Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 414 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 12 godz. 21 min Lektor: Roch Siemianowski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 12 godz. 21 min Lektor: Roch Siemianowski

Opis ebooka Głód - Alma Katsu

Zło jest namacalne. I wszechobecne.

Zostali przeklęci. Tylko tak można wytłumaczyć serię nieszczęść, które spadły na Wyprawę Donnera – grupę pionierów podążających w 1846 roku niepewnym szlakiem na zachód. Szczupłe racje żywnościowe, zagorzałe kłótnie i  tajemnicza śmierć małego chłopca doprowadzają odizolowanych od cywilizacji podróżnych na skraj szaleństwa. Choć do przodu wciąż gnają ich marzenia o dostatnim życiu w Kalifornii, wewnątrz grupy zaczynają narastać konflikty, wychodzą na jaw skrywane dotąd tajemnice, dochodzi do brutalnego morderstwa, znikają kolejne osoby…

Nad zdrowym rozsądkiem zaczyna górować obłęd i może to za jego sprawą ludzie w  karawanie mają wrażenie, że coś ich prześladuje… Niezależnie od tego, czy przyczyną niepowodzeń jest klątwa, nierozważny wybór trasy, czy najzwyklejszy pech, dziewięćdziesiąt osób – mężczyźni, kobiety i dzieci – zmierza ku nieuchronnej tragedii.

Katsu zna dogłębnie naturę ludzką. Tym, co wychodzi jej najlepiej, jest pokazywanie czytelnikom, jak desperacko zachowują się zwyczajni ludzie w zupełnie niezwyczajnych sytuacjach. I robi to tak, że czytelnik nie może się potem otrząsnąć. - „USA Today”

Opinie o ebooku Głód - Alma Katsu

Fragment ebooka Głód - Alma Katsu

Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Strona redakcyjna

Dedykacja

Mapa

Prolog

CZERWIEC 1846

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

LIPIEC 1846

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

SIERPIEŃ 1846

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

WRZESIEŃ 1846

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

PAŹDZIERNIK 1846

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Rozdział trzydziesty

LISTOPAD 1846

Rozdział trzydziesty pierwszy

Rozdział trzydziesty drugi

Rozdział trzydziesty trzeci

Rozdział trzydziesty czwarty

Rozdział trzydziesty piąty

Rozdział trzydziesty szósty

Rozdział trzydziesty siódmy

Rozdział trzydziesty ósmy

GRUDZIEŃ 1846

Rozdział trzydziesty dziewiąty

Rozdział czterdziesty

Rozdział czterdziesty pierwszy

Rozdział czterdziesty drugi

Rozdział czterdziesty trzeci

Rozdział czterdziesty czwarty

STYCZEŃ 1847

Rozdział czterdziesty piąty

Rozdział czterdziesty szósty

Epilog

PODZIĘKOWANIA

Przypisy

PRAWA DO ADAPTACJI FILMOWEJ SPRZEDANE WYTWÓRNI 20TH CENTURY FOX. PRODUCENTEM BĘDZIE RIDLEY SCOTT.

ZŁO JEST NAMACALNE.

I WSZECHOBECNE.

Zostali przeklęci. Tylko tak można wytłumaczyć serię nieszczęść, które spadły na grupę pionierów zmierzających przez nieprzyjazne pustynie i góry Ameryki do Kalifornii. Mężczyzn, kobiet i dzieci, których wędrówka bardziej przypomina drogę ku zatraceniu niż ku lepszej przyszłości.

Zaczyna brakować jedzenia. Wychodzą na jaw skrywane tajemnice. Znika dziecko, a kiedy zostają odnalezione jego zwłoki, ich stan budzi grozę. Giną kolejne osoby i uczestnicy wyprawy nabierają przekonania, że maja do czynienia z nienazwanym złem. Nie wiadomo tylko, czy jego źródło jest w karawanie, czy czai się na zewnątrz. A każdy kolejny krok doprowadza odizolowanych od cywilizacji podróżnych na skraj szaleństwa.

Niezależnie od tego, czy przyczyną niepowodzeń jest klątwa, nierozważny wybór trasy, czy najzwyklejszy pech, dziewięćdziesiąt osób zmierza ku nieuchronnej tragedii.

PORYWAJĄCA POWIEŚĆ, KTÓRA NAWIĄZUJE DO JEDNEJ Z NAJBARDZIEJ PRZERAŻAJĄCYCH HISTORII W DZIEJACH AMERYKI – WYPRAWY DONNERA.

ALMA HATSU

Amerykańska pisarka łącząca w swojej twórczości elementy prozy obyczajowej, thrillera i fantasy. Urodzona na Alasce, wychowywała się w stanie Massachusetts i na tamtejszym Uniwersytecie Brandeisa (gdzie studiowała z Johnem Irvingiem) zdobyła licencjat z literatury. Studia magisterskie ukończyła na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa. Przez wiele lat pracowała w agencjach rządowych.

Jej pierwsza książka Wieczni została uznana przez magazyn „Booklist” za najlepszy debiut literacki 2011 roku, a kolejna była nominowana do nagrody Goodreads Readers Choice.

Obecnie Alma Katsu mieszka wraz z mężem muzykiem w pobliżu Waszyngtonu.

almakatsubooks.com

Tytuł oryginału:

THE HUNGER

Copyright © Alma Katsu and Glasstown Entertainment, LLC 2018

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.

This edition published by arrangement with G.P. Putnam’s Sons, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2018

Polish translation copyright © Danuta Górska 2018

Redakcja: Marta Gral

Zdjęcia na okładce: Carson Ganci/Getty Images (wozy przemierzające prerię); Netfalls Remy Musser/Shutterstock (niebo)

Projekt graficzny okładki: Stephen Brayda

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Kasia Meszka

Mapa: Meighan Cavanaugh

ISBN 978-83-8125-431-1

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla mojego męża Bruce’a

Prolog

Kwiecień 1847

Wszyscy się zgadzali, że to była ciężka zima, jedna z najgorszych, jakie pamiętano. Tak ciężka, że wypędziła z gór niektóre szczepy Indian – Pajutów i Miwoków. Nie było zwierzyny i głód bił z ich niespokojnych ruchów. Zostawili za sobą opustoszałe obozowiska i czarne, bezwonne ślady ognisk, niczym ciemne oczy w ziemi.

Kilku Pajutów nawet opowiadało, że widzieli szalonego białego człowieka, który zdołał przeżyć tę straszliwą zimę, ślizgając się po zamarzniętym jeziorze jak duch.

To na pewno był ich człowiek, niejaki Lewis Keseberg. Ostatni, który przeżył z tragicznej Wyprawy Donnera. Wysłano grupę ratowników, żeby odszukać Keseberga i przywieźć go z powrotem żywego, o ile to możliwe.

W połowie kwietnia śnieg sięgał jeszcze koniom do piersi; musieli je zostawić na miejscowym ranczu i dalej iść na piechotę.

Kiedy dotarli na szczyt – zimny, wietrzny i pusty – od jeziora dzieliły ich trzy dni drogi. Wiosna oznaczała błoto, mnóstwo błota, ale wyżej wciąż królowała zima i ziemię pokrywała gruba warstwa bieli. Ten śnieg był zdradliwy; ukrywał rozpadliny, strome uskoki. Śnieg dotrzymuje sekretów. Myślisz, że stoisz na twardym gruncie, ale to tylko kwestia czasu, zanim półka pod twoimi nogami się rozpadnie.

Zejście było znacznie trudniejsze, niż się spodziewali; buty zapadały się w śniegu, śliskim i wilgotnym, nieludzko zachłannym, jakby chciał wciągnąć w głąb całą ekipę.

Im bliżej podchodzili do jeziora, tym robiło się ciemniej. Wysokie drzewa przesłaniały szczyty gór i nie dopuszczały słońca. Las nosił wyraźne ślady zniszczeń, świadczące o tym, ile napadało śniegu: gałęzie były połamane, kora zdarta do wysokości trzydziestu, czterdziestu stóp. Nad jeziorem panowała upiorna cisza. Nie słyszeli żadnych dźwięków: ptak nie zaśpiewał, ryba nie plusnęła w wodzie. Tylko tupot ich stóp i ciężkie oddechy, i czasami trzask topniejącego śniegu.

Pierwsze, na co zwrócili uwagę, kiedy z jeziora uniosła się mgła, to smród: cała okolica cuchnęła padliną. Gęsty fetor rozkładu mieszał się z zapachem sosen, gdy grupa zbliżała się do jeziora. Żelazisty odór krwi zdawał się napływać zewsząd, z ziemi, wody i nieba.

Uprzedzono ich, że ci, którzy przeżyli, mieszkali w opuszczonej chacie i dwóch przybudówkach, jednej opartej o wielki głaz. Chatę znaleźli szybko, okrążając brzeg jeziora, które falowało pod leniwymi pasmami mgły. Stała samotnie na niewielkiej polanie. Z pewnością była opuszczona, a jednak nie mogli się pozbyć wrażenia, że nie są sami, że ktoś czeka na nich w środku, niczym stwór z bajki. Złe przeczucia opanowały całą grupę; ten nienaturalny zapach w powietrzu działał wszystkim na nerwy. Podchodzili do chaty powoli, ze strzelbami w pogotowiu.

Na śniegu leżało kilka przedmiotów: książeczka do nabożeństwa, z wstążką zakładki trzepoczącą na wietrze.

Parę rozrzuconych zębów.

Coś, co wyglądało jak kręg z ludzkiego kręgosłupa, obrany do czysta.

Złe przeczucia podchodziły im do gardła i szczypały w oczy. Kilku nie chciało iść dalej. Drzwi chaty mieli teraz przed sobą, obok stała siekiera oparta o ścianę.

Drzwi otworzyły się same.

CZERWIEC 1846

Rozdział pierwszy

Charles Stanton najbardziej lubił porządnie, dokładnie się ogolić.

Tego ranka stał przed wielkim lustrem przywiązanym do wozu Jamesa Reeda. Preria rozpościerała się we wszystkie strony jak koc, chwilami falująca od wiatru; mila za milą trawy, z których sterczała tylko czerwona iglica Chimney Rock, niczym wartownik stojący w oddali na straży. Kiedy Stanton zmrużył oczy, karawana wozów wyglądała jak dziecięce zabawki rozrzucone po ogromnym, nieskończonym pustkowiu – kruche, nieważne, nic nieznaczące.

Odwrócił się do lustra i oparł ostrze pod podbródkiem, przypominając sobie jedno z ulubionych powiedzeń dziadka: „Nikczemnik kryje się za brodą jak Lucyfer”. Znał wielu mężczyzn, którym wystarczał dobrze naostrzony nóż, niektórzy używali nawet siekierki, ale dla niego nic nie mogło zastąpić prostej brzytwy. Nie wzdragał się przed dotykiem zimnego metalu na gardle. Właściwie nawet go lubił.

– Nie sądziłem, że jesteś próżnym człowiekiem, Charlesie Stanton – odezwał się ktoś za jego plecami. – Ale gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że podziwiasz swoje odbicie. – Edwin Bryant podszedł do niego z blaszanym kubkiem kawy. Jego uśmiech szybko zbladł. – Ty krwawisz.

Stanton spojrzał na brzytwę. Pokrywały ją smugi czerwieni. W lustrze zobaczył szkarłatną linię na gardle, ziejące trzycalowe rozcięcie w miejscu, gdzie przyłożył ostrze. Brzytwa była tak ostra, że nic nie poczuł. Zerwał ręcznik z ramienia i przycisnął do rany.

– Widocznie ręka mi się omsknęła – powiedział.

– Usiądź – nakazał Bryant. – Daj mi obejrzeć. Wiesz, trochę się znam na leczeniu.

Stanton odsunął się od jego wyciągniętej ręki.

– Nic mi nie jest. To tylko drobny wypadek.

Cała ta przeklęta podróż taka była. Jeden niespodziewany „wypadek” za drugim.

Bryant wzruszył ramionami.

– Jak sobie chcesz. Wilki zwęszą krew na dwie mile.

– Co mogę dla ciebie zrobić? – zapytał Stanton.

Wiedział, że Bryant nie przyszedł z drugiego końca karawany tylko pogadać, nie teraz, kiedy mieli zaprzęgać. Wokół nich trwał zwykły poranny chaos. Woźnice spędzali woły, ziemia dudniła pod ciężarem zwierząt. Ludzie składali namioty i ładowali na wozy albo zasypywali ogniska piaskiem. W powietrzu rozbrzmiewały pokrzykiwania dzieci noszących wiadra wody do picia i mycia.

Stanton i Bryant znali się niezbyt długo, ale szybko się zaprzyjaźnili. Oddział, z którym Stanton wcześniej podróżował – mała karawana z Illinois, składająca się głównie z rodzin Donnerów i Reedów – dołączył ostatnio za Independence w Missouri do znacznie większej grupy, dowodzonej przez byłego wojskowego Williama Russella. Edwin Bryant jako jeden z pierwszych członków grupy Russella przedstawił się i wyraźnie ciągnęło go do Stantona, może dlatego, że obaj byli samotnymi mężczyznami w karawanie pełnej rodzin.

Z wyglądu Edwin Bryant stanowił przeciwieństwo Stantona, który był wysoki i silny z natury i przez całe życie komplementowano go za urodę. Odziedziczył ją po matce, z tego, co wiedział. Miał jej gęste, faliste kasztanowe włosy i tęskne oczy.

„Twój wygląd to dar diabła, chłopcze, żebyś kusił innych do grzechu”. Następne powiedzenie dziadka. Raz trzasnął Stantona w twarz sprzączką pasa, może w nadziei, że przepędzi diabła, którego tam widział. Nie poskutkowało. Stanton zachował wszystkie zęby, a nos się zagoił. Blizna na czole zbladła. Diabeł najwyraźniej pozostał.

Bryant, starszy o jakieś dziesięć lat, dziennikarz z zawodu, był mniej wytrzymały niż większość mężczyzn uczestniczących w wyprawie, farmerów, kowali i cieśli, którzy zarabiali na życie ciężką pracą fizyczną. Miał słaby wzrok i prawie zawsze nosił okulary. Nie dbał o wygląd, jakby wiecznie błądził gdzieś myślami. Jednak niezaprzeczalnie był inteligentny, może najbystrzejszy w całej karawanie. Twierdził, że za młodu przez kilka lat praktykował u doktora medycyny, chociaż nie chciał objąć posady obozowego lekarza.

– Popatrz na to. – Kopnął kępkę trawy u ich stóp, wzbijając obłoczek kurzu. – Zauważyłeś? Trawa jest sucha jak na tę porę roku.

Od kilku dni podróżowali przez płaską równinę, porośniętą wysoką preriową trawą i niskimi krzakami. Horyzont ciągnął się długą linią. Po obu stronach szlaku w oddali wznosiły się i opadały złote i koralowe wzgórza z piaskowca, niektóre sękate jak palce wskazujące prosto w niebo. Stanton kucnął i wyrwał kilka źdźbeł trawy. Miały najwyżej dziesięć cali długości i przybrały już wyblakły brązowozielony kolor.

– Zdaje się, że niedawno była tu susza – powiedział. Wstał, otrzepał ręce z brudu i spojrzał w stronę odległej kurtyny purpurowej mgiełki. Preria zdawała się ciągnąć w nieskończoność.

– A my właśnie wjeżdżamy na równinę – zauważył Bryant. Znaczenie jego słów było jasne: może nie wystarczyć trawy dla wołów i żywego inwentarza. Trawa, woda, drewno – trzy rzeczy, których potrzebowała karawana wozów. – Warunki są gorsze, niż przypuszczaliśmy, i czeka nas długa droga. Widzisz ten łańcuch górski na horyzoncie? To dopiero początek, Charlesie. Za tymi górami są inne… i pustynie, i prerie, i rzeki głębsze i szersze niż te, które dotąd przekraczaliśmy. To wszystko jest między nami a Pacyfikiem.

Stanton słyszał już tę litanię. Bryant nie mówił prawie o niczym innym, odkąd dwa dni wcześniej natknęli się na chatę trapera w Ash Hollow. Pusta chata stała się czymś w rodzaju frontowego przyczółka dla przekraczających równinę pionierów, którzy zostawiali tam listy, żeby następny podróżny jadący na wschód zabrał je i nadał w prawdziwym urzędzie pocztowym. Wiele z tych listów to były po prostu złożone kartki papieru przyciśnięte kamieniem w nadziei, że kiedyś dotrą do adresata w domu.

Czerpał dziwną pociechę z widoku tych listów. Wydawały się świadectwem umiłowania wolności i dążenia do poprawy losu, bez względu na ryzyko. Ale Bryant zrobił się niespokojny. „Popatrz na te wszystkie listy. Są ich dziesiątki, może nawet sto. Osadnicy, którzy je napisali, wyprzedzili nas na szlaku. Należymy do ostatnich, którzy wyruszyli w tym roku, i wiesz, co to znaczy, prawda?”, zapytał Stantona. „Możemy się spóźnić. Z nadejściem zimy śnieg zamknie górskie przełęcze, a na dużych wysokościach zima przychodzi wcześnie”.

– Cierpliwości, Edwin – powiedział teraz Stanton. – Dopiero co zostawiliśmy za sobą Independence…

– Ale jest środek czerwca. Posuwamy się za wolno.

Stanton z powrotem przerzucił ręcznik przez ramię i rozejrzał się. Słońce wzeszło już przed paroma godzinami, a jednak jeszcze nie zwinęli obozu. Wszędzie wokół niego rodziny nadal kończyły śniadanie przy resztkach obozowych ognisk. Matki kołysały na rękach niemowlęta i plotkowały. Chłopiec bawił się z psem zamiast spędzać z pola woły należące do jego rodziny.

– Dziwisz im się w taki piękny poranek? – rzucił lekko.

Po tygodniach na szlaku nikomu nie było pilno zmierzyć się z następnym dniem. Połowa mężczyzn spieszyła się tylko wtedy, kiedy przyszła pora otworzyć dzbanek z zacierem. Bryant zmarszczył brwi.

– W każdym razie powinieneś gadać z Russellem – poradził mu Stanton i potarł się po karku. Bryant skrzywił się i pochylił, żeby odstawić kubek z kawą.

– Rozmawiałem z Russellem i on się zgadza, ale nic nie robi w tym kierunku. Ten człowiek nie potrafi nikomu odmówić. Pamiętasz, jak pozwolił tym ludziom zapolować na bizony i karawana przez dwa dni tkwiła na miejscu, żeby uwędzić i wysuszyć mięso.

– Jeszcze podziękujemy za to mięso dalej na szlaku.

– Gwarantuję ci, że napotkamy więcej bizonów. Ale tych dwóch dni już nigdy nie odzyskamy.

Stanton dostrzegał sens w słowach rozmówcy i nie chciał się z nim kłócić.

– Słuchaj, pójdę z tobą dziś wieczorem i razem pogadamy z Russellem. Przekonamy go, że to poważna sprawa.

Bryant pokręcił głową.

– Mam dość czekania. Przyszedłem ci to powiedzieć: opuszczam karawanę. Kilku z nas pojedzie dalej konno. Wozy są zbyt powolne. Mężczyźni z rodzinami, rozumiem, że potrzebują wozów. Mają małe dzieci, wiozą starych i chorych. Muszą się troszczyć o swój dobytek. Nie mam im tego za złe, ale nie będę ich zakładnikiem.

Stanton pomyślał o swoim wozie, swojej parze wołów. Kosztowały go niemal wszystkie pieniądze, jakie zarobił na sprzedaży sklepu.

– Rozumiem – rzucił.

Oczy Bryanta błyszczały za szkłami okularów.

– Ten jeździec, który dołączył do nas wczoraj wieczorem, powiedział mi, że Washoe wciąż obozują na południe od swoich zwykłych pastwisk, jakieś dwa tygodnie drogi stąd. Nie mogę ryzykować, że się z nimi rozminę.

Uważał się po trosze za antropologa amatora i podobno pisał książkę o wierzeniach religijnych różnych szczepów. Mógł godzinami opowiadać o indiańskich legendach – mówiących zwierzętach, bogach oszustach, duchach żyjących w ziemi, wodzie i wietrze – i tak się entuzjazmował, że niektórzy osadnicy zaczęli go traktować podejrzliwie. Stanton lubił opowieści Bryanta, jednak zdawał sobie sprawę, że mogą przerażać chrześcijanina wychowanego wyłącznie na Biblii, który nie potrafił zrozumieć, jak biały człowiek może się fascynować wierzeniami tubylców.

– Wiem, że ci ludzie to twoi przyjaciele – ciągnął Bryant; kiedy się zapalał do jakiegoś tematu, trudno go było powstrzymać. – Ale, na litość boską, co im strzeliło do głowy, żeby taszczyć ze sobą do Kalifornii całe gospodarstwa?

Stanton uśmiechnął się mimo woli. Wiedział oczywiście, o co chodzi Bryantowi: o wielki, wykonany na zamówienie preriowy szkuner George’a Donnera. Opowiadano o nim w całym Springfield, kiedy go budowano, a potem mówiono o nim w całej karawanie. Konstrukcję wagonu podwyższono o kilka stóp, żeby zrobić miejsce na ławkę i zakryty schowek. Wyposażono go nawet w mały piecyk z kominem wyprowadzonym przez płócienny dach.

Bryant kiwnął głową w stronę obozowiska Donnerów.

– Jak oni chcą przebyć góry z taką landarą? Nawet zaprzęg z czterech wołów nie wciągnie jej na strome zbocze. I po co? Żeby królowa Saby podróżowała w komforcie. – Przez ten krótki czas, odkąd kontyngent ze Springfield dołączył do większej grupy Russella, Edwin Bryant zdążył nabrać serdecznej niechęci do Tamsen Donner, to było oczywiste. – Zaglądałeś tam do środka? Jak barka rozkoszy Kleopatry, puchowe materace i jedwabie.

Stanton uśmiechnął się ironicznie. Donnerowie wcale nie sypiali w środku; ich wóz był wyładowany domowymi sprzętami – włącznie z pościelą – jak wszystkie inne w karawanie. Bryant miał skłonności do świętoszkowatej przesady.

– Myślałem, że George Donner to łebski gość – powiedział. – Widocznie się myliłem.

– Dziwisz mu się, że chce uszczęśliwić żonę? – zapytał Stanton. Chciał uważać George’a Donnera za przyjaciela, ale nie mógł, znając jego koneksje. A teraz, co gorsza, trudno mu było oderwać wzrok od żony Donnera.

Tamsen Donner była o dobre dwadzieścia lat młodsza od męża i oszołamiająco piękna, chyba najpiękniejsza kobieta, jaką Stanton widział w życiu. Przypominała porcelanowe lalki stojące w pracowniach krawieckich i prezentujące najnowsze francuskie modele w miniaturze. Miała przebiegłe spojrzenie, które go pociągało, i cieniutką talię, tak wąską, że mężczyzna mógł ją objąć dłońmi. Czasem musiał się powstrzymywać, żeby nie wyobrażać sobie, jak by się czuł, trzymając tę talię w swoich dłoniach. Nie pojmował, jakim cudem George Donner zdobył taką kobietę. Zapewne miało to związek z jego pieniędzmi.

– Nasza grupa wyrusza jutro – powiedział ciszej Bryant. – Dlaczego się do nas nie przyłączysz? Jesteś sobie panem, nie musisz się troszczyć o żadną rodzinę. W ten sposób możesz dotrzeć znacznie szybciej do… tam, dokąd się wybierasz.

Najwyraźniej znowu zarzucał przynętę, próbując się dowiedzieć, dlaczego Stanton podróżuje na zachód. Większość ludzi opowiadała o tym aż nadto chętnie. Bryant wiedział, że Stanton miał w Springfield dom i sklep pasmanteryjny, ale nie zdradził mu – ani nikomu innemu – powodów, dla których postanowił porzucić to wszystko. Jego partner, ten z głową do interesów, zmarł niespodziewanie i zostawił mu zarządzanie sklepem. Stanton miał do tego dryg, ale brakowało mu zamiłowania, żeby obsługiwać niekończący się strumień klientów, targować się z tymi, którym nie podobały się jego ceny, starać się zapełniać półki towarami, które przypadną do gustu mieszkańcom Springfield, sąsiadkom, które ledwie znał i z pewnością ich nie rozumiał (egzotyczne wody toaletowe… jaskrawe satynowe wstążki?). Czuł się samotny i również dlatego opuścił Springfield.

Ale nie tylko z tego powodu.

Teraz znów wykręcił się od odpowiedzi.

– Co bym zrobił z wozem i wołami? – zapytał. – Nie mogę ich po prostu zostawić na szlaku.

– Nie musiałbyś. Na pewno znajdziesz w grupie kogoś, kto je kupi. Albo możesz wynająć któregoś woźnicę, żeby doprowadził twój wóz bezpiecznie do Kalifornii.

– No, nie wiem – powiedział Stanton.

W przeciwieństwie do Bryanta nie przeszkadzało mu podróżowanie z rodzinami, hałasujące dzieci, piskliwa paplanina kobiet na szlaku. Ale chodziło o coś więcej.

– Daj mi trochę czasu do namysłu – poprosił.

W tym momencie podjechał galopem mężczyzna na koniu, poprzedzany chmurą kurzu. George Donner. Do jego obowiązków należało wyprawienie rano karawany w drogę. Zwykle zabierał się do tego wesoło, popędzał rodziny, by pakowały bagaże i zaprzęgały woły, żeby wielka karawana znowu mogła ruszyć w drogę. Ale tego ranka twarz miał mroczną.

Stanton przywitał go machnięciem ręki. Więc wreszcie nadeszła pora odjazdu.

– Właśnie miałem przywiązać… – zaczął, ale Donner mu przerwał.

– Jeszcze nie ruszamy – oznajmił ponuro. – Zdarzył się wypadek.

Złe przeczucia ogarnęły Stantona, ale je stłumił.

Bryant podniósł wzrok na Donnera.

– Mam zabrać apteczkę?

George Donner poprawił się w siodle.

– Nie taki wypadek. Mały chłopiec zaginął. Nie było go rano w namiocie, kiedy rodzice przyszli go obudzić.

Stanton natychmiast poczuł ulgę.

– Dzieci lubią się włóczyć…

– Tak, podczas jazdy. Ale nie w nocy. Rodzice tu zostają, żeby szukać syna. Kilku innych zostaje z nimi do pomocy.

– Szukają ochotników? – zapytał Stanton.

Donner pokręcił głową.

– Mają więcej niż trzeba – odparł. – Jak tylko odciągną swoje wozy ze szlaku, reszta karawany może ruszać. Wypatrujcie wszelkich śladów chłopca. Jak Bóg da, niedługo się znajdzie. – Odjechał, ciągnąc za sobą obłoczek kurzu.

Jeśli dzieciak powędrował gdzieś w nocy, rodzice już go raczej nie zobaczą. Mały chłopiec mógł się zagubić w tej ogromnej pustce, w tej bezlitosnej przestrzeni rozciągającej się we wszystkich kierunkach, wśród tych horyzontów, które ujarzmiały nawet słońce.

Stanton zawahał się – może powinien iść z nimi. Dodatkowa pomoc nie zaszkodzi. Przyłożył rękę do szyi, zamierzając dosiąść konia. Odjął palce splamione czerwienią. Znowu krwawił.

Rozdział drugi

Wozy ciągnęły się na równinie przed Tamsen Donner daleko jak okiem sięgnąć. Ktokolwiek wpadł na pomysł, żeby nazwać wozy pionierów „preriowymi szkunerami”, miał rację: płócienne budy rzeczywiście wyglądały jak żagle, oślepiająco białe w jaskrawym porannym słońcu. A gęste kłęby kurzu wzbijane przez koła wozów przypominały wzburzone fale, niosące miniaturowe statki przez pustynne morze.

Większość pionierów wolała iść piechotą niż jechać, żeby oszczędzić wołom dodatkowego ciężaru. Maszerowali po trawie z obu stron szlaku, żeby nie wdychać najgorszego kurzu. Zwierzęta – krowy mleczne i mięsne, kozy i owce – też pędzono po trawie; chłopcy i dziewczynki poganiali je witkami, a pies pilnował, żeby maruderzy nie zostawali z tyłu.

Tamsen lubiła chodzić. Mogła wtedy wyszukiwać zioła i rośliny, których potrzebowała do swoich lekarstw: krwawnik na gorączkę, kora wierzbowa na ból głowy. Prowadziła w dzienniku rejestr znalezionych okazów i dołączała fragmenty nieznanych, żeby je później zbadać i eksperymentować.

Poza tym gdy szła, mężczyźni mogli podziwiać jej figurę. Po co wyglądać tak jak ona, skoro to miałoby się marnować?

I było coś jeszcze. Kiedy siedziała zamknięta w wozie przez cały dzień, wzbierał w niej dokuczliwy, jątrzący niepokój, jak u zwierzęcia schwytanego w pułapkę. Tak samo czuła się w domu. Na zewnątrz ta bestia – ta zmora – mogła przynajmniej buszować swobodnie, a Tamsen miała czas odetchnąć i pomyśleć.

Tego ranka jednak szybko pożałowała swojej decyzji. W jej stronę toczyła się Betsy Donner, żona młodszego brata George’a. Betsy właściwie nie budziła w niej antypatii, ale bynajmniej nie budziła też sympatii. Była prostą kobietą, nie jak przyjaciółki, które Tamsen miała w Karolinie, zanim wyszła za George’a: inne nauczycielki, zwłaszcza Isabel Topp; Hattie, pokojówka Isabel, która nauczyła ją ziołolecznictwa; żona pastora, która umiała czytać po łacinie. Tamsen tęskniła za nimi wszystkimi.

To był największy problem. Podróżowali po szlaku już od półtora miesiąca i Tamsen była rozdrażniona. Wyobrażała sobie, że im dalej dotrą na zachód, tym bardziej poczuje się wolna – a tymczasem czuła się zamknięta w pułapce. Nie tego się spodziewała. Przez pierwsze tygodnie to wszystko miało dla niej urok nowości. Mieszkanie w wozie i obozowanie nocą pod gwiazdami. Znajdowanie dzieciom zajęcia dzień po dniu na bezkresnym szlaku, wymyślanie zabaw, przekształcanie zabaw w lekcje. Zaczęło się jak przygoda, teraz jednak ciągle rozpamiętywała, jakie się stało męczące i jak wiele zostawili za sobą.

Jak wiele ona zostawiła.

Mroczne, dręczące pragnienie tylko narastało z każdą przebytą milą, zamiast ustępować.

Tamsen od początku była przeciwna przeprowadzce na zachód. Ale George jasno dał do zrozumienia, że to on decyduje, co jest dobre dla rodziny. Przyszedł do niej jako właściciel wielkiego rodzinnego przedsiębiorstwa: setki akrów pod uprawą i stado bydła. „Urodziłem się do bogactwa. Zostaw mi zarządzanie naszym rodzinnym interesem, a niczego ci nie zabraknie”, obiecał. Pociągała ją jego pewność siebie; była sama i zmęczona walką o byt po śmierci pierwszego męża, który zmarł na ospę. Powiedziała sobie, że z czasem pokocha George’a. Musiała.

Tylko w ten sposób mogła zagłuszyć ból złamanego serca, poczucie, że źle postępuje.

Poza tym, cokolwiek czuła, wiedziała, że zawsze może zaufać Jory’emu. Jej brat uważał, że George jest dla niej odpowiedni; chciała w to wierzyć. Musiała w to wierzyć.

Potem George wpadł na pomysł, żeby się przenieść do Kalifornii. „To kraina możliwości”, powiedział jej, kiedy przeczytał książki napisane przez osadników, którzy już odbyli tę podróż. „Będziemy bogaci ponad nasze najśmielsze marzenia. Możemy tam nabyć tysiące akrów, znacznie więcej, niż kiedykolwiek moglibyśmy kupić w Illinois. Zbudujemy własne imperium i przekażemy je naszym dzieciom”. Namówił swojego brata Jacoba, żeby pojechał z nim na te ogromne tereny. Tamsen słyszała pogłoski o kłopotach w Kalifornii. Czy tam nie mieszkają Meksykanie? Przecież nie oddadzą nam tak po prostu swojej ziemi. A doniesienia o zbliżającej się wojnie z Meksykiem, tak jak było w Teksasie? Kiedy o to zapytała, zlekceważył jej obiekcje. „Amerykanie masowo przenoszą się do Kalifornii. Rząd by im nie pozwolił, gdyby to było niebezpieczne”, argumentował. Na dowód wyciągnął nawet swoją ulubioną książkę, Przewodnik emigranta po Oregonie i Kalifornii, pióra Lansforda Warrena Hastingsa, prawnika, który odbył tę podróż. I chociaż miała jeszcze wiele pytań, w głębi duszy też chciała poczuć tę samą nadzieję co mąż… że w Kalifornii może będzie lepiej.

Na razie jednak utknęła w tej podróży bez końca, otoczona ludźmi, którzy wcale jej nie obchodzili. Rodziną męża.

– Dzień dobry, Betsy – powiedziała, zmuszając się do uśmiechu, kiedy szwagierka do niej podeszła. Kobiety ciągle musiały się uśmiechać. Tamsen opanowała tę sztuczkę tak dobrze, że czasem ją to przerażało.

– Dzień dobry, Tamsen. – Betsy była przysadzistą kobietą, szeroką w ramionach i biodrach, z ciastowatą talią, której gorset nie mógł ujarzmić. – Słyszałaś nowiny? Zaginął chłopiec z jednego wozu.

Tamsen wcale się nie zdziwiła. Karawanę od początku spotykało jedno nieszczęście za drugim; same znaki, jeśli ktoś potrafił je odczytać. W zeszłym tygodniu otworzyła beczkę mąki i odkryła, że zalęgły się tam ryjkowce. Oczywiście musieli ją wyrzucić, kosztowna strata. Następnej nocy kobieta – Philippine Keseberg, młoda żona jednego z mniej zamożnych mężczyzn w karawanie – urodziła martwe dziecko. Tamsen skrzywiła się, wspominając, jak ciemna preria zdawała się pochłaniać jęki kobiety i więzić je w powietrzu wokół obozu.

No i tropiły ich wilki; jedna rodzina straciła przez nie cały zapas suszonego mięsa, a raz nawet porwały piszczące nowo narodzone cielę.

A teraz zaginął chłopiec.

– Wilki – mruknęła Tamsen. Nie zamierzała łączyć tych dwóch wypadków, ale nic nie mogła poradzić.

Betsy zakryła usta ręką, jeden z jej licznych afektowanych nawyków.

– Ale w namiocie spały też inne dzieci – powiedziała. – Przecież by się obudziły…?

– Kto wie?

Szwagierka pokręciła głową.

– Oczywiście to mogli być Indianie – rzuciła. – Słyszałam, że Indianie zabierają białe dzieci, kiedy napadają na osady…

– Na litość boską, Betsy, widziałaś tu jakiegoś Indianina przez ostatnie dwadzieścia mil?

– Więc co się stało z tym chłopcem?

Tamsen tylko pokręciła głową. Dzieciom – i kobietom – często przytrafiały się straszne rzeczy w ich własnych domach, z rąk ludzi, których znały i myślały, że mogą im ufać. Jakby tego było mało, tutaj mieszkali obok setek obcych. Całkiem możliwe, że któryś z nich popełnił okropny grzech.

Ale ona nie padnie ofiarą tragedii, nie dopuści do tego. Miała środki obronne, chociaż ograniczone; zaklęcia, talizmany, sposoby przekonania zła, żeby ominęło jej drzwi.

Niestety, jednak nie mogły odpędzić zła, które zagnieździło się w środku.

W pobliżu mężczyzna, którego Tamsen rozpoznała jako Charlesa Stantona, poganiał witką bydło. Młodszy od George’a, wyglądał na człowieka, który przez całe życie harował ciężko na polu, a nie w sklepie. Podniósł wzrok i napotkał spojrzenie Tamsen. Szybko odwróciła głowę.

– Prawda jest pewnie dużo gorsza od wszystkiego, co sobie wyobrażamy – powiedziała; zaszokowana mina szwagierki sprawiła jej pewną przyjemność.

– Gdzie są teraz twoje dziewczynki? Widzę tylko trzy! – zawołała Betsy z nagłym niepokojem w głosie.

Zwykle Tamsen kazała córkom iść pieszo przez pierwszą połowę dnia w nadziei, że dzięki temu będą zgrabne i smukłe. Uroda może przysporzyć dziewczynie kłopotów, ale należy do nielicznych broni dorosłej kobiety, toteż Tamsen chciała, żeby wszystkie ją zachowały w miarę możności. Starsze dziewczynki, Elitha i Leanne, córki George’a z pierwszego małżeństwa, pilnowały młodszych: Frances, Georgii i Elizy. Dzisiaj jednak tylko nastolatki szły przodem, a Frances kręciła się przy nich jak rozbrykany cielak, pełna energii i uszczęśliwiona, że obie poświęcają jej niepodzielną uwagę. Siedmioro chłopców i dziewczynek Betsy człapało w pewnej odległości przed nimi, ze spuszczonymi głowami, bezmyślnie jak woły.

– Nie ma się czym martwić. Georgia i Eliza są w wozie – wyjaśniła Tamsen. – Rano obudziły się z gorączką i kaprysiły. Pomyślałam, że powinny odpocząć.

– No tak, słusznie. Maleństwa łatwo się męczą.

Czasami Tamsen nie mogła się nadziwić, że jest matką. Zdawało się niemożliwe, że ona i George są małżeństwem dostatecznie długo, żeby spłodzić trójkę dzieci. Córeczki były śliczne, wypisz, wymaluj ich matka w tym wieku… dzięki niebiosom. Za to Elitha i Leanne były podobne do ojca: grubokościste, o końskich twarzach.

Ale Tamsen nie żałowała macierzyństwa. Chyba tylko tego nie żałowała. Prawdę mówiąc, była dumna ze swoich córek. Kładła im miód na języki, kiedy były małe, jak ją nauczyła indiańska służąca w domu jej dzieciństwa, żeby wyrosły na słodkie istoty; splatała gałązki jodły balsamicznej i wkładała im pod kołderki, żeby wyrosły silne.

Zawsze będą miały wybór; nigdy nie ugną karku pod małżeńskim jarzmem, jak ona ugięła nie raz, lecz dwa razy.

Na szczęście miała swoje sposoby, żeby wyrównać rachunki, jeśli można tak powiedzieć.

Stanton ponownie napotkał jej spojrzenie. Betsy poszła przodem, żeby dogonić swoje dzieci, więc tym razem Tamsen nie uciekła spojrzeniem, dopóki on nie odwrócił wzroku.

Wyciągnęła rękę i musnęła palcami dzikie kwiaty. Przez chwilę myślała o żółtych jeżówkach, które bujnie pleniły się na rozległym polu pszenicy jej brata, dzikie i nieokiełznane. Wiedziała, że dom jest przed nią, nie za nią, że powinna wyrzucić z pamięci wspomnienia farmy Jory’ego – i wszystkie wspomnienia z poprzedniego życia – ale po prostu nie mogła.

Kwiaty pochylały się i kołysały pod jej dotykiem, tak delikatne, że prawie łaskotały.

Rozdział trzeci

Mary Graves uklękła w trawie i postawiła metalową balię na brzegu rzeki. To była spokojna odnoga North Platte, powolna i łagodna, chociaż może dlatego, że lato już odebrało jej trochę wigoru. Okolica nosiła wszelkie znamiona nadciągającej suszy.

Do obowiązków Mary w dużej rodzinie Gravesów należało robienie prania. Dwanaście osób – matka i ojciec, pięć sióstr i trzech braci, nie wspominając o mężu starszej siostry Sarah – oznaczało mnóstwo brudnych ubrań i bielizny. Mary wolała prać po trochu co wieczór niż czekać, aż nazbiera się kupa brudów. To były nieliczne chwile, kiedy mogła być sama. Cały dzień spędzała z rodziną; pilnowała młodszego rodzeństwa, przygotowywała posiłki z matką, siadywała z siostrą wieczorem przy ogniu, żeby naprawiać odzież. Od chwili, gdy wstawała rano, do chwili, gdy rozkładała posłanie, otaczał ją tłum ludzi, atakowały głosy i opowieści, nękały żądania i skargi. Czasami miała wrażenie, że stoi w porywistym wietrze, który szarpie nią ze wszystkich stron. Nawet z tej odległości od strony obozu dochodziły pokrzykiwania i ochrypły śmiech.

Zazwyczaj wymykała się dla samej przyjemności przebywania w ciszy, słuchania tylko lekkiego szelestu wysokich traw na wietrze. Dziś wieczorem jednak odgłosy pobliskiej karawany nie przeszkadzały jej za bardzo. Zaginiony chłopiec wystraszył wszystkich, nawet ją. Biedny Willem Nystrom. Jego rodzina należała do pierwotnej grupy i ponieważ niechętnie zadawali się z nowymi przybyszami, Mary widywała go tylko z daleka. Ale wyglądał na słodkiego chłopca, zawsze bawił się i śmiał, sześciolatek o włosach tak jasnych, że wydawały się niemal białe. Jej bracia, Jonathan i Franklin junior, byli dokładnie w tym wieku i serce jej podeszło do gardła na myśl, że jeden z nich mógłby po prostu zniknąć ze środka obozu. Zupełnie jak w starych baśniach, gdzie rozgniewane duchy nagle porywały dzieci w zaświaty.

Pocieszał ją widok obozowych ognisk w oddali. Mężczyźni przepędzali krowy na wyższą trawę, żeby się pasły przez wieczór, pętali konie, żeby nigdzie nie powędrowały. Oglądali koła i osie, szukając śladów zużycia, sprawdzali uprzęże, żeby następnego ranka wszystko było gotowe do wymarszu. Dzieci wracały do obozu z naręczami drewna i chrustu na podpałkę. Zostawiła swoich małych braci, kiedy rysowali na ziemi koło do gry w lisa i gęś. Wszystko toczyło się normalnie, na ile to możliwe.

Właśnie zaczęła szorować pierwszą sztukę odzieży – koszulę jej brata Williama, sztywną od zaschniętego potu – kiedy zobaczyła dwie młode kobiety, Harriet Pike i Elithę Donner, które szły do niej przez wysoką trawę, niosąc balie. Z ulgą, która zdumiała ją samą, Mary pomachała do nich.

– Dobry wieczór, Mary – powiedziała sztywno Harriet.

Były w zbliżonym wieku, ale prawie się nie znały. Mary uważała, że Harriet mimo swoich dwudziestu lat zachowuje się jak znacznie starsza osoba, pewnie dlatego, że miała już męża i dzieci. Zdziwiła się, widząc ją z Elithą Donner, nie tylko młodszą o siedem czy osiem lat, ale według większości ludzi dziecinną nawet jak na swój wiek.

– Przyszłyście w samą porę – powiedziała, siląc się na wesoły ton. – Szybko się ściemnia.

Harriet zmierzyła Elithę przeciągłym spojrzeniem spod oka, sortując ubrania.

– No cóż, nie ja tak chciałam. Nie planowałam dzisiaj prania, ale ona błagała mnie, żebym z nią poszła. Za bardzo się bała, żeby iść sama.

Elitha Donner, która stała w płytkiej wodzie, nic nie odpowiedziała, ale wciągnęła głowę głęboko w ramiona. Była płochliwa i nerwowa niczym narowisty koń.

– Naprawdę? – zwróciła się do niej Mary. – Czy to z powodu tego chłopca? Nie ma się czego wstydzić. Chyba wszystkich to wytrąciło z równowagi.

Dziewczyna tylko pokręciła głową, więc Mary spróbowała jeszcze raz:

– Więc to przez Indian?

Sama nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie spotka jakichś Indian. Widzieli kilku pierwszego dnia, gdy wjechali na Terytorium Indiańskie, grupę Paunisów chłodno obserwujących z końskich grzbietów, jak karawana wozów wije się przez dolinę. Lecz nie podjechali bliżej.

Większość ludzi w oddziale bała się Indian – ciągle opowiadali o napadach na stada bydła i porywaniu białych dzieci – ale nie Mary. Jeden z osadników nad Little Blue River powiedział jej, że u Paunisów rządzą kobiety. Mężczyźni polowali i chodzili na wojnę, ale to kobiety podejmowały decyzje.

Zadziwiła ją ta koncepcja.

– To nie Indian się boję – odezwała się wreszcie Elitha. Pracowała szybko, nie podnosząc wzroku, wpatrzona w swoje ręce. Najwyraźniej nie zamierzała tu zostać ani sekundy dłużej, niż musiała.

– Ona się boi duchów – wyjaśniła Harriet z westchnieniem. – Myśli, że to miejsce jest nawiedzone.

– Wcale tak nie mówiłam – zaprzeczyła gwałtownie Elitha. – Nie powiedziałam, że to są duchy. – Zawahała się, przenosząc spojrzenie z Harriet na Mary. – Pan Bryant mówi…

Harriet prychnęła.

– I tego się zlękłaś? Historyjek pana Bryanta? Naprawdę powinnaś mieć więcej rozumu i nie słuchać tego człowieka.

– To niesprawiedliwe – oburzyła się Elitha. – On jest mądry. Sama tak twierdziłaś. Przyjechał tu, żeby napisać książkę o Indianach. Podobno mu powiedzieli, że tu są duchy, duchy lasu i wzgórz, i rzek.

– Och, Elitho, nie przejmuj się gadaniem pana Bryanta! – zawołała Mary.

Nie bardzo wiedziała, co o nim myśleć. Znał się na wielu sprawach, to nie ulegało wątpliwości. I udowodnił swoje umiejętności, kiedy nastawił złamaną nogę Billy’ego Murphy’ego, którego zrzucił koń. Ale było w nim coś niepokojącego, gdy tak się kręcił po obozie z nieobecną miną, jakby ciągle słuchał głosów, które słyszał tylko on jeden.

– Ale ja je słyszałam. – Elitha zmarszczyła brwi. – W nocy słyszałam, jak mnie wołają. Wy nie słyszałyście?

– Wołały cię? – powtórzyła Mary.

– Ona jest bardzo podatna na sugestie. Macocha pozwala jej czytać powieści, wyobraź sobie. Od tych wszystkich bajań w głowie jej się mąci – zwróciła się Harriet do Mary nad głową Elithy.

Mary poczuła ukłucie irytacji. Przez lata poznała wiele kobiet podobnych do Harriet, kobiet, które wyglądały tak, jakby ich twarze powoli ściśnięto między stronicami Biblii, aż zrobiły się wąskie i ostre.

Poklepała Elithę po ręce.

– Na pewno to nie było nic takiego. Może usłyszałaś ludzi rozmawiających w namiocie obok.

– To nie brzmiało jak dwoje rozmawiających ludzi. W ogóle tak nie brzmiało. – Elitha przygryzła dolną wargę. – Brzmiało jak… jak gdyby ktoś szeptał cienkim głosem, tylko bardzo słabym, jakby wiatr go niósł z daleka. To było dziwne i smutne. I straszne, nigdy nie słyszałam czegoś tak strasznego.

Dreszcz przebiegł Mary po plecach. Ona też słyszała dziwne rzeczy w nocy, odkąd jechali z biegiem North Platte, ale za każdym razem mówiła sobie, że to tylko jej wyobraźnia. Krzyk zwierzęcia, jakiego dotąd nie znała, albo wiatr świszczący w pustym kanionie. Dźwięki niosą się inaczej na otwartej przestrzeni.

– Teraz dajesz się ponieść wyobraźni – oświadczyła Harriet. – Nie powinnaś chodzić i opowiadać o duchach, Indianach i tak dalej. Ludzie mogą sobie pomyśleć, że masz pogańskie skłonności, jak pan Bryant.

– Och, Harriet, doprawdy – burknęła Mary.

Niezrażona Harriet ciągnęła:

– Przecież w tej karawanie może być mężczyzna, który już sobie ciebie upatrzył… Ale nie zechce się z tobą ożenić, jeśli pomyśli, że jesteś niemądrą, przestraszoną dziewczynką.

Mary szczególnie mocno wykręciła ostatnią sztukę odzieży, wyobrażając sobie, że to szyja Harriet, i wrzuciła ją do balii, żeby zanieść z powrotem do wozu.

– Ona ma dopiero trzynaście lat. – Starała się mówić lekkim tonem. – To chyba trochę za wcześnie, żeby myśleć o małżeństwie, nie uważasz?

Harriet wydawała się urażona.

– Nie uważam. Wyszłam za mąż, kiedy miałam czternaście lat. – Potem zwróciła się do Mary z zimnym uśmiechem: – A ty? Czy chociaż miałaś ukochanego? To dziwne, że jeszcze nie wyszłaś za mąż.

– Niedawno byłam zaręczona – odparła krótko Mary, płucząc ręce w wodzie. – Ale on umarł niespodziewanie, zanim zdążyliśmy się pobrać.

– Jakie to smutne – wymamrotała Elitha.

– Los potrafi płatać figle. – Mary starała się mówić wesołym tonem. – Nigdy nie wiesz, co ci życie przyniesie.

Harriet wyprostowała się, spoglądając na obie dziewczyny sponad długiego nosa.

– Dziwię ci się, Mary. Jesteś dobrą chrześcijanką. Bóg decyduje, co nas spotka w życiu, wszystko zgodnie z jego planem. Widocznie miał powód, żeby ci odebrać tego mężczyznę.

Te słowa nie zrobiły na Mary wrażenia, ale Elitha aż się zachłysnęła.

– Chyba tak nie myślisz? Bóg nie byłby taki okrutny dla Mary.

– Nie mówię, że to wina Mary. – Ton Harriet świadczył o czymś wręcz przeciwnym. – Mówię tylko, że nic się nie dzieje przypadkiem. Bóg pokazał Mary, że małżeństwo po prostu nie było jej pisane.

Mary ugryzła się w język. Harriet lubiła być okrutna, ale pod jednym względem miała rację. Mary nigdy by się nikomu do tego nie przyznała, zwłaszcza rodzicom, ale w głębi serca wiedziała, że nie jest gotowa do małżeństwa. Jej siostra Sarah z radością poślubiła Jaya Fosdicka w wieku dziewiętnastu lat – ale Mary różniła się od starszej siostry, co stawało się wyraźniejsze z każdym mijającym dniem. Kiedy ojciec oznajmił, że przenoszą się do Kalifornii, w duchu się ucieszyła. Dosyć miała miasteczka, w którym mieszkała od urodzenia, gdzie wszyscy znali skromne początki jej rodziny, wiedzieli, że rodzina paliła w piecu krowimi plackami, żeby sprzedać drewno opałowe, dopóki rośliny się nie przyjęły i nie dały lepszych plonów. Ludzie zawsze będą od niej oczekiwać, że będzie dokładnie taka, za jaką ją uważają, i nigdy nie pozwolą jej być kimś więcej. Zupełnie jakby próbowała iść do przodu i odkrywała, że jej głowa tkwi w jarzmie.

Kiedy zabito jej narzeczonego, czuła głównie ulgę – chociaż strasznie się tego wstydziła. Wiedziała, że ojciec wiązał wielkie nadzieje z jej małżeństwem, które miało poprawić ich sytuację.

Siostra wyszła za mąż ze względów praktycznych, ale również z miłości. Co do Mary ojciec miał inne plany. Zawsze sobie wyobrażał, że to ona zawrze korzystne małżeństwo, które uratuje ich wszystkich. Nie potrafiła zliczyć, ile razy jej powtarzał, że jest jego jedyną nadzieją.

I nie potrafiła też zliczyć, ile razy żałowała, że to nie Sarah urodziła się ładniejsza, tylko ona, na której barkach spoczywała odpowiedzialność za cudze szczęście.

Harriet stała, opierając balię na biodrze.

– Bóg ma specjalny plan dla każdej z nas i nie naszą sprawą jest kwestionować mądrość jego ścieżek, tylko słuchać i być posłuszną. Wracam do obozu. Idziesz ze mną, Elitho?

Elitha pokręciła głową.

– Jeszcze nie skończyłam.

Mary położyła rękę na jej ramieniu.

– Nie martw się. Zaczekam na ciebie i wrócimy razem.

– No i dobrze – rzuciła Harriet przez ramię, odchodząc. – Kolacja sama się nie ugotuje.

Elitha zaczekała, aż Harriet oddali się poza zasięg słuchu.

– Nie masz mi za złe, że ci o tym mówię, Mary? – Nagle jej oczy zrobiły się wielkie i okrągłe. – Bo po prostu muszę komuś powiedzieć. To nie głosy mnie przestraszyły, jak mówiłam. – Znowu ukradkiem obejrzała się przez ramię. – Ze mną zawsze tak było. Tamsen mówi, że jestem wrażliwa… to znaczy na świat duchów. Ona się interesuje takimi rzeczami. W Springfield poszła do jednej kobiety, żeby jej odczytała przyszłość z dłoni. I kazała sobie powróżyć z kart. Ta kobieta powiedziała Tamsen, że duchy mnie lubią. Że łatwo im ze mną rozmawiać.

Mary zawahała się, potem wzięła dziewczynę za rękę, zimną od wody.

– W porządku. Możesz mi powiedzieć. Czy coś się stało?

Elitha powoli kiwnęła głową.

– Dwa dni temu, kiedy przejeżdżaliśmy obok tej opuszczonej chaty trapera…

– Ash Hollow? – upewniła się Mary.

Wciąż widziała oczyma duszy maleńką, byle jak skleconą chatynkę, deski wybielone na kość przez bezlitosne preriowe słońce. Smutne, samotne miejsce, jak opuszczony dom na farmie, który mijała każdej niedzieli w drodze na nabożeństwo. Żywioły zostawiły z niego niemal sam szkielet, puste okna czerniały jak oczodoły w czaszce – surowa pamiątka klęski innej rodziny. „Niech to będzie lekcja”, powiedział raz do niej ojciec, kiedy przejeżdżali obok powoli na wozie, nie tak wiele lat po tym, jak oni również o mało wszystkiego nie stracili. „To mogło nas spotkać, gdyby nie łaska boska”.

Świat był kruchy. Jednego dnia roślina; drugiego dnia podpałka.

Elitha zacisnęła powieki.

– Tak, Ash Hollow. Wchodziłaś do środka?

Mary pokręciła głową.

– Pełno tam było listów. Setki. Całe sterty na stole, przyciśnięte kamieniami. Pan Bryant powiedział mi, że pionierzy je zostawiają, żeby następny podróżnik jadący na wschód zabrał je do pierwszego urzędu pocztowego, jaki zobaczy. – Elitha niepewnie spojrzała na Mary. – Czy źle o mnie pomyślisz, jeśli ci powiem, że kilka przeczytałam?

– Ależ, Elitho. One nie były do ciebie.

Dziewczyna się zaczerwieniła.

– Pomyślałam, że to nikomu nie zaszkodzi. Że to jak czytanie powieści. Większość listów nie była zapieczętowana, tylko złożona i zostawiona na stole, więc autor wiedział, że każdy może je przeczytać. Tylko okazało się, że to nie są listy.

Mary zamrugała, nie rozumiejąc. Popatrzyła na skuloną dziewczynę, bladą jak wschodzący księżyc.

– Nie rozumiem.

– Nie były do nikogo zaadresowane – wyjaśniła Elitha. Zniżyła głos do szeptu. – I nie było w nich żadnych wiadomości… Otwierałam list po liście i we wszystkich napisano to samo, ciągle to samo.

– Nadal nie rozumiem. – Mary miała wrażenie, że pająk łazi jej po kręgosłupie w górę i w dół. – Jeśli to nie były listy, to czym były?

Elitha niezgrabnie wepchnęła rękę do kieszeni fartucha. Wyciągnęła mały, złożony kwadracik papieru i podała Mary.

– Zatrzymałam jeden. Pomyślałam, że powinnam go komuś pokazać, ale jeszcze się na to nie zdobyłam. Nie wiedziałam komu. Nikt by mi nie uwierzył. Może by pomyśleli, że sama go napisałam, żeby zwrócić na siebie uwagę. Ale nie zrobiłam tego, Mary. Nie zrobiłam.

Mary wzięła papier. Był kruchy i łamliwy po wielu dniach w upale. Rozłożyła go ostrożnie z obawy, że rozpadnie się jej w rękach. Atrament wyblakł, jakby słowa napisano dawno temu, ale odczytała je bez trudu.

Zawracajcie, ostrzegały cienkie, drżące litery. Zawracajcie albo wszyscy zginiecie.

Rozdział czwarty

Znaleźli małego Nystroma, czy raczej to, co z niego zostało, tego samego wieczoru.

Zgroza ściskała Stantona za gardło, kiedy szedł za George’em Donnerem przez krąg wozów na pustą, ciemną równinę.

Dwóch poganiaczy dokonało odkrycia, gdy pędzili krowy na wieczorne pastwisko. W zmierzchającym świetle zobaczyli zagłębienie wśród wysokiej trawy i poszli sprawdzić. Obaj byli twardymi, zahartowanymi mężczyznami, ale na widok tego, co znaleźli, jeden z nich zwymiotował.

W mroku unosiły się drobinki światła i początkowo Stanton myślał, że to jakaś iluzja, ale kiedy podszedł bliżej, świetliste punkciki zmieniły się w płomienie, a potem pochodnie. Kilkunastu mężczyzn zebrało się w kręgu; pochodnie tworzyły płomienną aureolę nad ich głowami. Stanton znał większość z nich – Williama Eddy’ego, Lewisa Keseberga i Jacoba Wolfingera, a także Edwina Bryanta – ale kilku z pierwotnej grupy, przyjaciół rodziny chłopca, widywał tylko przelotnie. W oddali rozbrzmiał dziwny głos, ni to wycie, ni to zawodzenie, i płynął ku nim przez pustą równinę jak fala.

– Przeklęte wilki – mruknął ktoś.

Stanton przepchnął się do środka kręgu i najpierw zobaczył Edwina Bryanta na klęczkach. Coś, co wyglądało jak wilgotna czerwona smuga na trawie, okazało się ciałem. Stanton na chwilę zamknął oczy. Widywał już różne okropności, ale nie pamiętał, żeby kiedykolwiek zetknął się z czymś tak potwornym. Ponownie otworzył oczy.

Głowa była nietknięta. Właściwie gdyby spojrzeć tylko na twarz, wszystko wydawałoby się w porządku. Chłopiec miał zamknięte oczy, długie brązowe rzęsy ostro odcinały się od kredowobiałych policzków. Delikatne jasne włosy oblepiały czaszkę, drobne usta były zamknięte. Wyglądał spokojnie, jakby spał.

Ale od szyi w dół…

Obok niego George Donner jęknął cienko.

– Co mu się stało? – zapytał Lewis Keseberg, dźgając kolbą strzelby ziemię obok ciała, jakby chciał z niej wydobyć odpowiedź.

Keseberg i Donner byli przyjaciółmi, chociaż Stanton nie rozumiał, co ich łączy. Ten pierwszy był gwałtowny i skłonny do przemocy, twardo bronił swoich interesów. Trudno uwierzyć, że zdobył się na cierpliwość, żeby wypełniać ojcowskie obowiązki, ale podobno miał małą córeczkę.

– To musiały być wilki, żeby tak poszarpać ciało – powiedział William Eddy, odruchowo pocierając brodę. Był cieślą, umiał naprawić pękniętą oś i wykoślawione koło. Dzięki temu cieszył się popularnością wśród rodzin w karawanie. Ale był nerwowy, czuło się w nim napięcie. Stanton nie bardzo mu ufał.

– Co pan myśli, doktorze? – zapytał Jacob Wolfinger swoim lekkim niemieckim akcentem.

Bryant przysiadł na piętach.

– Nie jestem doktorem – przypomniał im. – I trudno mi cokolwiek powiedzieć. Ale moim zdaniem to nie były wilki. To wygląda zbyt schludnie.

Stanton zadrżał. Właściwie nawet nie było ciała. Nie zostało prawie nic oprócz szkieletu. Skrawki mięsa i rozrzucone kości w wydeptanym, przesiąkniętym krwią kręgu wśród trawy, wnętrzności leżące na kupce i już czarne od much. I jeszcze jedno go niepokoiło: przejechali już szlakiem sześć mil od miejsca, gdzie chłopiec zaginął. Wilki nie ciągnęłyby zwłok tak daleko, zanimby je pożarły.

– Cokolwiek to było, było głodne – skomentował Donner z twarzą wypraną z koloru. – Powinniśmy pochować szczątki. Lepiej, żeby kobiety i dzieci tego nie zobaczyły.

Eddy splunął.

– A co z rodzicami? Ktoś musi zaświadczyć, czy to jest ten chłopiec, czy nie…

– Jesteśmy na zupełnym bezludziu. Następna biała osada leży kilka dni drogi stąd. Kto inny to by mógł być? – odparł Wolfinger. Wolfinger dał się poznać jako przywódca niemieckich emigrantów w karawanie, tłumaczył dla tych, którzy nie znali angielskiego. Zwykle trzymali się razem, wieczorami gromadzili się przy ogniskach i trajkotali po niemiecku… chociaż Stanton nie mógł nie zauważyć młodej, ładnej żony Wolfingera, Doris, której ręce wydawały się stworzone do gry na fortepianie, nie do noszenia drewna albo szarpania za lejce.

W końcu kilku mężczyzn poszło po łopaty. Inni wrócili sprawdzić, czy rodziny są bezpieczne, obudzić śpiące dzieci albo tylko na nie popatrzeć, zaczerpnąć pociechę z ich obecności.

Stanton zawinął rękawy i kopał, kiedy przyszła jego kolej.

Nie potrzebowali głębokiego dołu, żeby pomieścić szczątki – tak niewiele zostało z chłopca – ale woleli mieć pewność, że żadne zwierzę nie wygrzebie kości. Poza tym wysiłek fizyczny dobrze im robił. Stanton chciał się zmęczyć, zanim pójdzie spać.

Tak się zmęczyć, żeby nic mu się nie śniło.

George Donner został z nimi, ale – co było do przewidzenia – nic nie zrobił, tylko sypnął kilka łopat ziemi na grób. Kiedy wreszcie skończyli, odmówił nad świeżym kopczykiem krótką, urywaną modlitwę. Stare słowa brzmiały słabo w nocnym powietrzu.

Donner i Stanton wrócili do wozów razem z Jamesem Reedem i Bryantem. Stanton nie zawarł bliższej znajomości – i raczej nie miał na to ochoty – z Reedem, który był dobrze znany wśród największych przedsiębiorców w Springfield, ale niezbyt lubiany.

Reed trzymał nad głową dogasającą pochodnię, lecz wątły płomień prawie nie rozjaśniał ciemności. On i Donner pojawiali się w świetle i znikali; ich blade twarze migały na peryferiach pola widzenia jak duchy. Grunt był nierówny i zdradliwy; nory piesków preriowych i kępy wysokiej trawy utrudniały marsz. Zmniejszył się letni skwar, tak dokuczliwy w ciągu dnia, ale powietrze wciąż było suche i zapylone.

– Nigdy nie widziałem czegoś takiego – przerwał wreszcie milczenie Reed. – Zgadzam się z pańską oceną, panie Bryant. Gdyby zaatakowało zwierzę, to wyglądałoby mniej porządnie. Odpowiedź jest oczywista. Indianie… to musieli być Indianie. – Podniósł rękę, żeby Bryant mu nie przerywał. – Wiem, że uważa się pan za swego rodzaju eksperta od Indian. Mieszka pan z nimi, rozmawia pan z nimi i robi pan różne notatki do tej pańskiej książki. Ale nigdy pan z nimi nie walczył, nigdy nie widział ich w gniewie, tak jak ja. Wiem, do czego są zdolni.

Reed opowiadał każdemu, kto chciał słuchać, że brał udział w Wojnie Czarnego Jastrzębia, zapewne po to, żeby twardzi starzy wyjadacze na szlaku nie traktowali go jak żółtodzioba.

– To prawda, panie Reed – odpowiedział spokojnie Edwin Bryant. – Wszystkiego, co wiem o Indianach, dowiedziałem się, rozmawiając z nimi, nie strzelając do nich z daleka. Ale kłótnia niczego nie rozwiąże. Nawet pan musi przyznać, że jeśli pozwolimy ludziom myśleć, że winni są Indianie, bardzo szybko zrobi się źle. Ostatnie, czego nam trzeba, to panika. Poza tym – dodał, kiedy Reed otworzył usta, żeby się sprzeciwić – nigdy nie słyszałem o indiańskim zwyczaju, żeby zarżnąć i sprawić ciało w ten sposób.

Donner gwałtownie odwrócił do niego głowę.

– Zarżnąć i sprawić? Mówi pan, jakby to zrobił rzeźnik.

Bryant nie odpowiedział. Nie musiał.

– Sprawienie ciała oznacza, że zrobiono to z premedytacją – wtrącił się Stanton. Nawet samo słowo miało ohydny posmak. – Ale jeśli nie Indianie, to kto?

Bryant ponuro zacisnął usta.

– Nie możemy odrzucić możliwości, że ten, kto zabił chłopca, należy do karawany – odparł po chwili. – On jest wśród nas.

Zapadła pełna napięcia cisza.

– Nonsens – mruknął Reed. Pojawiła się chusteczka, jak zawsze, kiedy się denerwował. Widoma oznaka.

– Przecież taki człowiek jakoś by się wyróżniał, prawda? – Donner bawił się guzikami surduta. – Zdradzałby się swoim zachowaniem.

Stanton wiedział, że to niekoniecznie prawda. Widok martwego chłopca przypomniał mu tamten odległy dzień w jego rodzinnym miasteczku w Massachusetts, kiedy patrzył, jak jego ukochaną kobietę wyciągają ze skutej lodem rzeki i kładą na śniegu. Lydia. Minęło piętnaście lat, a on wciąż ledwie mógł znieść to wspomnienie. Wyglądała, jakby po prostu zasnęła, twarz miała tak spokojną jak ten chłopiec… kłamstwo. Pamiętał ciemne wachlarze jej rzęs na skórze, która zrobiła się bladosina od długiego zanurzenia w wodzie, pamiętał ciemnosine wargi. Coś strasznego kazało jej uciekać po cienkim lodzie tamtego zimowego dnia, zło żyjące wśród nich, którego nie zdołał dostrzec. Przynajmniej w tym jego dziadek miał rację. Zło jest niewidzialne i jest wszędzie.

– Czasami szaleniec potrafi się zachowywać normalnie, kiedy musi – powiedział Bryant. – Może się ukrywać przez długi czas. Może ukrywać swoją prawdziwą naturę w nieskończoność.

Reed otarł czoło.

– Wiem jedno: to dobrze, że pułkownik Russell podał się do dymisji. Czas na nowego dowódcę.

Stanton zerknął na Donnera, którego zwykły dumny krok wydawał się trochę zwichrowany w podskakującym świetle pochodni Reeda. Donner należał do poruczników Russella i najwyraźniej uwielbiał swoje stanowisko oraz wszystkie wynikające z niego drobne obowiązki. Lubił się wypowiadać w sprawach karawany; z pewnością lubił, kiedy go podziwiano, i zabiegał o popularność. Stanton mniej go za to szanował.

– Chyba pan nie zamierza obwiniać o to Russella? – powiedział Bryant.

– Przede wszystkim ten człowiek nigdy nie powinien zostać dowódcą. Nie doszłoby do tego pod rozkazami kogoś silniejszego – oświadczył Reed, po czym odchrząknął. Stanton pomyślał, że wie, co będzie dalej. – Moja reputacja, jak sądzę, mówi za siebie.