Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 496 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 24 min Lektor: Tomasz Sobczak

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 24 min Lektor: Tomasz Sobczak

Opis ebooka Gliny z innej gliny - Marcin Wroński, Andrzej Pilipiuk, Robert Ostaszewski

Po jedenastu latach od premiery pierwszego lubelskiego kryminału dziesiąty tom wieńczy historyczne dzieło!

Jak zapowiadał po opublikowaniu Czasu Herkulesów, dziewiątej i ostatniej powieści z Zygą Maciejewskim, Marcin Wroński pomysłowo i ciekawie zamyka swój kryminalny cykl retro. Na pożegnanie w tomie Gliny z innej gliny zbiera opowiadania i prozy, których bohaterem jest niepokorny komisarz oraz Lublin od lat 20. do 80. XX wieku. A nawet w XXI wieku! To wyborna lektura dla miłośników serii z Maciejewskim oraz wielbicieli kryminalnych historii.

Autor zaprosił do udziału w tym przedsięwzięciu Ryszarda Ćwirleja, Roberta Ostaszewskiego i Andrzeja Pilipiuka, których opowiadania z Zygą Maciejewskim są prawdziwą ozdobą zbioru i wzruszającym, literackim podziękowaniem dla sławnego kolegi po piórze.

Opinie o ebooku Gliny z innej gliny - Marcin Wroński, Andrzej Pilipiuk, Robert Ostaszewski

Fragment ebooka Gliny z innej gliny - Marcin Wroński, Andrzej Pilipiuk, Robert Ostaszewski

RYSZARD

ĆWIRLEJ

ROBERT

OSTASZEWSKI

ANDRZEJ

PILIPIUK

MARCIN

WROŃSKI

GLINY ‌Z INNEJ GLINY

Copyright © ‌by ‌Grupa Wydawnicza ‌Foksal, MMXVIII

Copyright © for ‌Podwójny nelsonby ‌Ryszard Ćwirlej, MMXVIII

Copyright ‌© for ‌Sejfby ‌Andrzej ‌Pilipiuk, ‌MMXVIII

Copyright © ‌for ‌Ten cholerny wrzesień by ‌Robert Ostaszewski, ‌MMXVIII

Wydanie I

Warszawa MMXVIII

Marcin ‌WrońskiTrupów hurtowo trzech

I

Lublin, jesienią ‌1926 roku

Był ‌w Grecji jeden cwaniak. Jak ‌mu ‌stało w metryce, ‌nie ‌wasza trefna ‌broszka, ‌dość ‌że dla ‌swojej ‌ferajny ten urka prawilny ‌był Tantal, takie ‌miał ‌pseudo oryginalnościowe. Zblatował się ‌na lewo i prawo, pił ‌jak równy ‌z ważniakami ‌i najlepsze kurwy ‌były jego, forsą szastał ‌i trząsł nie tylko swoją ‌dzielnicą, ale całą Grecją, ‌pod hajrem. ‌Miał raz kosę ‌z jednym frajerem, to go ‌zrobił na ‌mokro ‌i byłoby jak zwykle ‌git, ‌tyle że Tantal fest ‌przecwaniaczył. Kazał gościa ‌pokroić jak ‌chabaninę ‌i zrobić ‌z niego ‌zakąskę do ‌gorzały, ‌i podać jego koleżkom, ‌którzy ‌nie wiedzieli, co ‌szamią. Jak się wydało, ‌wiadomo, dintojra i nie było zmiłuj. ‌Obuli ‌Tantala w trepy ‌z betonu ‌i wsadzili do ‌wody po ‌szyję, i tak ‌cwanie przywiązali do deski, że nie mógł się schylić i napić, chociaż go suszyło. Nad głową na sznurkach powiesili mu piwo i kiełbasę niziutko, że jakby stanął na palcach, toby sięgnął, tylko jak to zrobić w betonowych butach?

Ten zgrywny bałach opowiedział pod celą jeden polityczny, którego zresztą zaraz przenieśli najpierw do drugiego skrzydła, potem chyba do Wronek, ale Staszek Sójka pseudo Chojrak zapamiętał każde słowo. Nic dziwnego, że w Grecji to mają dintojry, że strach; oni robili już niezłą grandę, kiedy w Polsce szpadryny jeszcze nie znali. Człowiek pod celą nauczy się niejednego, ale nie o to szło Chojrakowi. Bardziej o to, że sam był przecież jak Tantal, bo z jego celi wystarczyło wyjrzeć bokiem między blindą a murem i już ponad dachami Podzamcza widziało się Bramę Grodzką, a przed nią róg knajpy Joszke Flaka, nawet kawałek szyldu, ten z wyrysowaną flaszką. Gdyby Staszek jakimś cudem chociaż na godzinę wyrwał się z buchty, u Flaka w kwadrans dowiedziałby się, co na mieście, a co u Hanki, która od roku nie odezwała się słowem, przekazałby grypsy i proszę bardzo uprzejmie, dalej mógłby kiblować do krechy! Z lżejszym sercem. Tylko nie było jak; gady pilnowały bramy jak kundle furtki, a jeszcze jeden stał zawsze z karabinem na baszcie. Dwa strzały, pierwszy Sójce w plecy, drugi w powietrze, niby że ostrzegawczy. „Stój, bo strzelam”, wymamrocze pod nosem i koniec balu, panno Lalu!

Dlatego Staszek odsiedział swoje co do dnia. Zdał majdan, pokwitował depozyt, z władzą był rozliczony. Napadł go jeszcze, bo jakże inaczej, gość z Patronatu Opieki, ale koleżka nasz wyjaśnił mu grzecznie, że jak ma nagraną robotę, to owszem, lecz w kwestii pracy za dwa złote dniówki to nie do Staśka z taką mową. Gdzie poszedł, ledwo zaciągnął się wolnością, jasne jak żarówka, chyba że kto frajer!

II

Konna karetka pogotowia ratunkowego przetoczyła się z turkotem po moście na Bystrzycy, a potem kłusem pojechała Foksalem, gdzie dopiero co nakazem magistratu pojawiły się nowe tablice: „ul. 1 Maja”. Lewą stronę wciąż jednak zajmowały te same fabryki maszyn, a prawą smutne, przydymione, ciasne kamienice. Woźnica ambulansu miał na głowie nową czapkę ze znaczkiem Polskiego Czerwonego Krzyża, lecz jego grzbiet otulał porządny, carski jeszcze szynel. Mężczyzna sięgnął do dzwonka i kilkoma szarpnięciami sznurka wprawił go w dygot. Spieszący na pierwszą zmianę robotnicy ustąpili drogi karetce, która niczym znak cudzej śmierci wypłynęła z mgły październikowego przedświtu, a po chwili zanurzyła się w nią z powrotem. Dwa krzepkie konie, kary wałach i siwa klacz, pociągnęły ją ku dawnemu „przejazdowi śmierci”.

Tymczasem w kabinie ambulansu, podskakującego na nierównym bruku, doktor Karczewski nerwowo palił egipskiego.

– I za jakie grzechy właśnie siostra przypadła mi do spółki? – Niechętnie spojrzał na drobną dwudziestoletnią dziewczynę w palcie narzuconym na biały fartuch, której spod pielęgniarskiego czepka wysypywały się delikatne blond loczki. – Jedziemy do rozprawy nożowej. Krwi będzie jak na świniobiciu. Nie starczy mi czasu opatrywać ran i jeszcze cucić siostrę.

– Jeżeli do tego dojdzie, proszę pozwolić mi zemdleć i więcej się tym nie przejmować – odparła, przyciskając do siebie torbę z bandażami i medykamentami. – A ja radziłabym nie marnować energii na rozmowę ze mną, czas pana doktora jest zbyt cenny.

Przed torami karetka zwolniła, mimo że osławiony „przejazd śmierci” ustąpił miejsca nowo pobudowanemu wiaduktowi. Tory kolejowe teraz bezpiecznie wiodły górą, drogę dla pojazdów w obie strony wyznaczała wybudowana z berlińskim przepychem kolumnada, tyle że jak to w Lublinie, po każdym deszczu wozy nurzały się tu w kałużach niemal po osie, a konie całe brzuchy miały zachlapane.

Lekarz wyjrzał przez okno, ale gdy karetka znów przyspieszyła na Bychawskiej, usiadł z ulgą obok noszy.

– Dlaczego uparła się pani na pogotowie ratunkowe? To nisko płatna praca dla silnych mężczyzn.

– A pan doktor palił perfumowanego papierosa. Czyli jest nas dwoje!

Touché! Karczewski pokiwał głową. Siostra Róża Marczyńska jak na pielęgniarkę była doprawdy bezczelna, zupełnie jakby miała ochotę po dyżurze wprosić się do niego na kamasutrę i śniadanie. Nic nie odpowiedział jednak, bo ledwie ambulans wygrzebał się z kałuż, musiał zakręcić ostro ku najbliższemu mostowi nad kolejną rzeką, Czerniejówką. Za nią, między ulicami Garbarską, Wspólną i Długą, do bruków, nierównych parkanów i błotnistych podwórek tuliły się niczym dziwki do złodzieja podłe kamieniczki Kośminka. Tam było wezwanie, Żelazna numer siódmy. Lecz nim woźnica zdążył zawołać „prr!” na karego i siwkę, a doktor Karczewski wyleźć z karetki, siostra Róża Marczyńska z torbą opatrunków w ręku biegła już po schodach. W oknach kamienicy powoli zapalały się światła, zupełnie jakby budził je stukot obcasów pielęgniarki na poczerniałych schodach.

*

Starszy posterunkowy Witold Fałniewicz klęczał na lepkiej od brudu podłodze w kuchni. Ranna miała szczęście, że kiedy Żelazną przedwcześnie obudził krzyk: „Ratujcie! Zabili!”, policjant z II Komisariatu akurat kończył nocny obchód i znalazł się na miejscu w jednej chwili. Teraz przyciskał do szyi kobiety zdartą ze ściany makatkę. Na białym lnie czerwoną nicią wyhaftowano gospodynię przy garach i napis: „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje”. W mgnieniu oka nabiegł czerwienią cały zaimprowizowany opatrunek, podobnie jak ręce i mankiety munduru Fałniewicza.

– Nie wchodzić! – krzyknął, nie odwracając się, kiedy skrzypnęły za nim drzwi.

Zignorowano go jednak. Filigranowa blondynka przeskoczyła przez niedającego już żadnych oznak życia mężczyznę i uklękła obok posterunkowego. Odetchnął z ulgą, widząc pielęgniarski czepek i biały fartuch pod paltem.

– Brzytwą ją… – Uznał, że winien coś powiedzieć, gdy drobne palce sanitariuszki wcisnęły się pod jego wielkie dłonie i ścisnęły mocniej zakrwawioną makatkę. – Albo raczej nożem…

– To sprawa policji, nie pogotowia. Proszę nie przeszkadzać! – ofuknęła go.

– Niech pan jej nie drażni – poradził lekarz, wpadając na miejsce zbrodni za pielęgniarką.

Leżącemu na brzuchu mężczyźnie sprawdził pobieżnie puls i przytknął zegarek do ust. Ten nie zaszedł parą, więc Karczewski zostawił trupa w spokoju, by zaraz uklęknąć obok rannej.

– Co za draństwo, ona jest w ciąży! – warknął. – Siostro, gaza i bandaż! I chyba będziemy szyli…

Fałniewicz wycofał się z mieszkania na poddaszu i zamknął drzwi przed nosami trójki sąsiadów. Grube babsko w poplamionym kwiecistym fartuchu narzuconym na nocną koszulę przypomniało sobie o mleku na kuchni. Rozczochrana brunetka w brudnym szlafroku, przeżegnawszy się, również zniknęła za swoimi drzwiami. Został tylko nieogolony dryblas w pożółkłej koszuli bez kołnierzyka, trzymający kciuki pod rozciągniętymi szelkami.

– Zawsze mówiłem, że źle skończy. Kurew była, proszę pana władzy. O, i patrz pan, zamiast księdza alfons jakiś! – Wskazał ruchem głowy niewysokiego, ale starannie ubranego faceta w krzykliwym krawacie, rzucającym się w oczy nawet z wysokości dwóch pięter. Z papierosem w gębie, facet sadził po dwa stopnie w górę.

Sąsiad chciał podzielić się jeszcze niejedną refleksją z posterunkowym, ale domniemany sutener i policjant podali sobie ręce jak starzy znajomi.

– Czekać u siebie proszę – rozkazał Fałniewicz. – Będzie pan za świadka – poinformował, a może zagroził, nim obaj weszli do mieszkania.

Akurat doktor Karczewski zanurzał pół dłoni w szyi nieprzytomnej kobiety, a pielęgniarka wołała o nosze, wychylona przez okno. Krwi na podłodze musiało być już parę litrów. Zasychająca kałuża spod trupa mieszała się ze świeżymi rozbryzgami.

– Oczom własnym nie wierzę! Śliczny Piotruś kopnął w kalendarz. – Młody tajniak zdjął kapelusz, lecz nie by przeżegnać się nad zwłokami złodzieja znanego mu jak rodzina, i po pseudonimie, i po personaliach. Poprawił tylko włosy wybrylantynowane na glanc, zaciągając się machorkowym. – I Haneczka. No to wszystko jasne!

Pielęgniarka odwróciła się gwałtownie i spiorunowała go wzrokiem. Wywiadowca ukłonił się szarmancko, babka z niej była pierwsza klasa!

– Proszę wyjść! – krzyknął lekarz. – Siostro, szew puścił! Szyjemy ją jeszcze raz.

Posterunkowy chciał odruchowo złapać niższego kolegę za ramię i wyprowadzić, lecz tamten wolał wyjść sam.

– Nowy płaszcz, do cholery, a ty masz łapy jak po świniobiciu! – warknął, zamykając drzwi.

– Człowieka już święty Piotr rozpytuje, a ty robisz kabaret, Zielny?! – wyrzucał mu Fałniewicz kilka minut później, myjąc ręce pod pompą na podwórku kamienicy. – I jeszcze ona! Chyba w piątym miesiącu…

Pogotowie odjechało, wypełniając Żelazną złowróżbnym hałasem dzwonka. Drzwi mieszkania, w którym popełniono zbrodnię, pilnował już drugi patrol, właśnie przysłany z komisariatu. Posterunkowy strząsnął wodę z dłoni i wytarł je starannie kraciastą chustką.

– Nie irytuj się, kolego. – Wywiadowca Tadeusz Zielny zadeptał taniego papierosa modnym butem, czarno-białym jak jaskółka. – Miałem cynk, że coś się na niego kroi, tylko nie chciałem wierzyć. Pójdziesz ze mną zgarnąć klienta?

Witold Fałniewicz spojrzał w okna kamienicy. Zasadniczo powinien rozpytać świadków, póki wszystko mieli na świeżo w pamięci i fakty nie pomieszały im się z dobrosąsiedzkimi pomówieniami. Z drugiej strony zamknąć taką sprawę jeszcze przed południem? Kusiło.

– Sam jesteś za mały? – zapytał jednak tajniaka.

– Nie, tylko jestem ciekaw, czy ty, taki duży, potrafisz coś bez kwitu od prokuratora. Poza tym nie znam adresu, a ty raczej tak – odparł Zielny z rozbrajającą szczerością.

*

Wszystko… mnie wszystko zawdzięczasz… – wydyszała tak niewyraźnie, że kto inny nie zrozumiałby ani słowa. On zrozumiał, bo od miesiąca słuchał jej zamierającego oddechu każdego wieczora. Że był szpiclem, a więc człowiekiem nawykłym do podsłuchiwania wątłych szeptów, w tym wypadku nie miało znaczenia.

Przyjechał do niej prosto z dworca z torbą pomarańczy i w mundurze z nowym srebrnym kątem na niewygodnym, sztywnym kołnierzu. Że cytrusy są zdrowe, słyszał od lekarzy. Że sukces nie służy przyjaźni, wiedział z bogatego doświadczenia życiowego, bo chociaż nie skończył jeszcze trzydziestu lat, miał na koncie mistrzostwo okręgu w boksie, sąd wojenny podczas wojny z bolszewikami i złamany, a potem krzywo zrośnięty nos, zaś od niespełna doby szarżę podkomisarza policji. Gdy nie tak dawno kończył w stopniu aspiranta kurs Służby Śledczej, stał w szeregu przed inspektorem generalnym Borzęckim, ściskającym wszystkim dłonie szczupłym mężczyzną o gładko wygolonej twarzy, pasującym raczej do prawniczej togi niż granatowego munduru. Teraz natomiast klepnął go szablą w ramię Jagrym-Maleszewski, nowy komendant główny, facet nie tylko z kretyńską kozią bródką, ale też ubrany w kretyński zielony mundur pułkownika szwoleżerów. Ktoś, kto byłby honorowy i nie miał na karku umierającej żony, rzuciłby mu twardą, oprawną w skórę nominację w pysk. Świeżo upieczony podkomisarz Zygmunt Maciejewski, podobnie jak pozostali, nie wykazał się jednak charakterem. I jadąc do Lublina w wagonie trzeciej klasy, w teczce miał swój ozdobny patent oficerski, na kolanach kilogram pomarańczy w brązowej papierowej torbie, w głowie zaś mętlik refleksji na temat honoru, który w jego służbie oznacza zupełnie coś innego niż dla durnowatego kawalerzysty pokroju komendanta Jagryma-Maleszewskiego.

– Mnie… zawdzięczasz, Zyga… i to! – Zofia dźgnęła palcem w jego mankiet, również ozdobiony srebrnym kątem.

Odruchowo cofnął rękę. Każdy by cofnął, gdyby dotykał go żywy jeszcze trup. Nawet szwoleżer.

Cholera wie jednak, co poczułby chwilę później bohater walk o niepodległość. Maciejewski natomiast poczuł złość.

– To i także tamto – burknął do chorej. – To chyba nie pora, żeby się licytować.

– Bo? – wycharczała.

– Bo nie jesteśmy sami. – Wskazał ruchem głowy na inne chore na sali. – Nie wypada.

Wybuchła jednocześnie śmiechem i kaszlem, śmiechem sięgającym przepony i kaszlem targającym dnem płuc. Tak Zofia Maciejewska, z domu Wołkońska, marnując jakże drogocenny oddech, naigrywała się, póki mogła.

– Nie wypada?… Mnie… w moim stanie… nie wypada?! – Lekarze starej daty dawali jej godziny, wierzący w niezbadane moce ludzkiego organizmu mówili o dniach, o możliwych kilku tygodniach w męczarniach przebąkiwał jedynie doktor Arnsztajn. Natomiast płuca Zofii charczały tak głośno, że słychać ją było na szpitalnym korytarzu, choć poza Zygą nikt nie zrozumiałby cierpkiego pytania: – A co… akurat ty… możesz o tym… wiedzieć?

O ile zdążył się zorientować, inni chorzy nie rozmawiali z odwiedzającymi ich bliskimi o sprawach zasadniczych. W grę wchodziły wyłącznie błahostki. Mąż umierającej obok na tę samą gruźlicę wychudzonej na wiór pacjentki pasjami mówił o prosperity w fabryce Moritza i o radości kolegów, a potem na korytarzu wiądł i liczył w portfelu niedobitki wypracowanych nadgodzin. Małżonek innej suchotniczki był wręcz poetą, bo mimo zgniłej polskiej jesieni potrafił godzinami przekonująco bredzić o kwiatach w ich ogródku.

– Ni cholery nie mogę o tym wiedzieć – powiedział natomiast Maciejewski, prostując się i poprawiając niewygodny mundur. Najbardziej uwierał go pod szyją, dusił niczym ta rozmowa. – Mam niestety tylko czerwoną krew, nie błękitną jak ty i twój kochanek. Dlatego… Tak, wiem, nie męcz się!… Wszystko ci zawdzięczam. Potrzebujesz czegoś? Przyniosę jutro.

Machnęła ręką jak księżna odpędzająca ciążącego jej sługę. Albo jak kostucha leniwym gestem wskazująca kolejną ofiarę. Bo tej kobiety, którą Zyga tak niedawno jeszcze brał z młodzieńczą namiętnością, nie przypominała ani trochę. Dlatego nie pożegnali się jak inni zdrowi z ich żywymi trupami ze Szpitala Jana Bożego. I dlatego również, że tak naprawdę na do widzenia powiedzieli sobie wszystko, jeszcze zanim arystokratyczna bladość Zofii okazała się zapowiedzią gruźlicy.

Maciejewski minął męską salę kaszlaków umarlaków i nie oparł się pokusie, by zajrzeć przez uchylone drzwi. Kapitan Potocki leżał nieporuszony, lecz jego klatka piersiowa unosiła się wraz z każdym oddechem jak po forsownym biegu. Ciekawość brała, czy kiedy Zofia uciekła z nim, pozostawiwszy pięknie wykaligrafowany liścik: „Nie szukaj mnie. Zwracam Ci wolność”, też tak sapał. Zyga zasalutował mu wrednie, nie mógł się powstrzymać.

Zszedł po pustych, martwych jeszcze nad ranem szpitalnych schodach, sam martwiejąc we własnych myślach, ale na parterze wytrąciła go ze stuporu mała, zaróżowiona na twarzy blondynka z paltem na ramionach i z lokami wysypującymi się spod czepka pielęgniarki.

– Z drogi! – Odepchnęła Zygę z taką determinacją, że gdyby rzecz działa się na ringu, niechybnie zostałby rzucony na liny.

Na szpitalnym wózku przejechała przed nim pchana w sprinterskim tempie nieprzytomna młoda kobieta. Okrywające ją prześcieradło szybko nasiąkało krwią.

– Panie doktorze, a gdyby tak doktór Gilanowicz? Może chociaż dziecko przeżyje…

– Siostra nie tylko mnie irytuje, ale i przekracza swoje kompetencje… – Tyle zdążył usłyszeć Maciejewski, zanim z hałasem zamknęły się drzwi oddziału ratunkowego.

Przez szybę jeszcze chwilę widział tę energiczną kobietę, pchającą wózek i dyskutującą z niedotykającym go nawet lekarzem. Fakt faktem, za wysiłek fizyczny pogotowie ratunkowe mu nie płaciło.

Również Zyga nie miał już nic więcej do roboty w szpitalu. Wyszedł więc, by przyjść nazajutrz i kolejnego dnia. Lekarze zapamiętali go jako patrzącego im na ręce natręta, jednak pomarańcze dla Zofii podawał przez salowe. Nie był jej wdzięczny ani za awans, ani za zaszczyt małżeństwa. Jak przystało na syna socjalistycznych bojowców, z natury niewdzięczny był dla potomków tych, co w stolicy palili cygara. To już jednak zupełnie inna historia…

III

Połowa Długiej budziła się długo przed świtem, żeby wysypać się z niskich, odrapanych kamienic i iść robić u Plagego, Moritza, Vettera. Druga połowa dopiero co wróciła z roboty: ze skoków, włamów albo spod latarń, dlatego komuś o filozoficznej umysłowości ta przecinająca cały Kośminek ulica wydałaby się z pewnością miniaturą świata: tu zawsze ktoś spał i zawsze ktoś czuwał. A jednak nikt tak o niej nigdy nie pomyślał. Żaden z mieszkańców, bo tu nie było żadnego z wyższą umysłowością. Zaś stukający wysokimi butami w nierówny bruk policjant i towarzyszący mu niższy więcej niż o głowę elegancik z przedmieścia uwagę mieli zaprzątniętą zupełnie innymi sprawami.

– Tutaj – powiedział starszy posterunkowy Fałniewicz, uchylając wąskie drzwi wstawione w rzadko otwieraną bramę kamienicy. – Tylko zaraz! – Zatrzymał się. – Bierzemy sukinsyna do mnie czy do ciebie?

– Możemy do ciebie. – Wywiadowca zgodził się bez targów, bo w gruncie rzeczy było mu wszystko jedno.

A może nawet lepiej, aby zatrzymanego najpierw zawlec na II Komisariat, gdzie lubią i umieją wlać? Potem skruszonego odwiezie się na Jedynkę, spisze dobry protokół i dopiero na koniec facet, już całkiem ugotowany, trafi do Wydziału Śledczego.

Skrzypienie schodów, po których weszli, każdego postawiłoby na nogi. A jednak musieli długo walić do drzwi na drugim piętrze, zanim ktoś przyczłapał.

– Żeby ci tak w trumnę stukali nieheblowaną, bladź twoja… Zara, zara! – usłyszeli, zanim w uchylonych drzwiach pokazała się czerwona gęba z oczami jak u królika.

Gość miał łeb ostrzyżony maszynką jak rekrut albo ktoś świeżo zza krat. Zielny uśmiechnął się na ten widok.

– Sójka Stanisław, syn Feliksa? – warknął urzędowo.

– No. A co je…?

– Pseudo Chojrak? – Fałniewicz włożył nogę za próg.

– Dla kogo Chojrak to nie syn Feliksa, panie władzo.

– No to jesteśmy w domu! – Tajniak natarł ramieniem na skrzydło drzwi.

Zabrali go za pysk i za chabety i przez ciasną kuchnię porośniętą wieloletnim kurzem wepchnęli do pokoju z jednym oknem. Przekrzywiona szafa stała w rogu, stół na trzech nogach przewrócił się, ledwie tknięty, ale łóżko z jęczącymi sprężynami wytrzymało, chociaż rzucili na nie faceta jak worek ze zbożem.

– Zbieraj się, sukinsynie! – wrzasnął Zielny.

– Kiedy ja dopiero co wczoraj wyszłem!

– To znów posiedzisz. W nocy co robiłeś? – Tajniak złapał go lewą ręką za pogniecioną, rozchełstaną koszulę i podniósł prawą pięść.

– Nie wiem… Spałem, jak Boga kocham! – jęknął Sójka i widać było, że mniej bólu sprawia mu przemoc fizyczna niż wiercący uszy podniesiony głos. – Pijany byłem. Bo dopiero co wyszłem.

Zielny pozwolił mu opaść w bety. Fałniewicz podniósł skołtunioną kołdrę, chcąc sprawdzić, czy prześcieradło jest wiarygodnie pogniecione. Prześcieradła nie było jednak, tylko siennik, lepiej nie wiedzieć, czym poplamiony.

– Jasna sprawa, się wychodzi na wolność, mus wypić – przyznał ze zrozumieniem agent policyjny, lecz zaraz zaatakował: – Całą noc spałeś? Gdzie piłeś?

– Odpowiadaj panu wywiadowcy! – ryknął Sójce do ucha mundurowy.

– Nie męcz się, my i tak wiemy. – Zielny poklepał go po pysku. – Piłeś na Grodzkiej, herbaciarnia Joszke Flaka. Wiele poszło tej herbaty?

– Ale…

Czułość skończyła się w jednej chwili i podejrzany oberwał na odlew.

– Ale to angielskie piwo! – ryknął tajniak. – Piłeś wódkę i odgrażałeś się, że pójdziesz do kochanki, do jej nowego gacha i obojgu łby pourzynasz. Tak było, Chojrak, bracie kochany! Ludzie słyszeli…

– Nie pamiętam…

Zabrzmiało to całkiem szczerze, lecz nie dość szczerze, by oszukać posterunkowego Fałniewicza. Postawny mundurowy złapał go za kark jak kociaka.

– Nie pamiętasz, sukinsynie?! Nie pamiętasz trupów?

– Jakich trupów, panie władzo?! – Sójka zadygotał niczym podłączony do prądu, chociaż ten sposób odświeżania pamięci nie należał do metod Policji Państwowej. Na wielu posterunkach, na prowincji zwłaszcza, elektryczności nie znano.

– Hurtowo trzech – wyjaśnił Zielny. – Detalicznie: Mańka, czyli twoja bywsza, jej gach i ich dziecko. Nienarodzone, w brzuchu matki. Razem trzy. Zgadza się?

Mundurowy wiedział najlepiej, że zgadzało się jedynie pobieżnie. Co do Mańki, na razie zachodziło tylko ciężkie, zagrażające życiu uszkodzenie ciała. Co do jej dziecka, to samo.

– Nie pamiętam… – Podejrzany bezczelnie rozłożył jednak ręce.

Fałniewicz był niestety pobożnym katolikiem i nienawidził bezduszności elementu przestępczego.

– To ci przypomnę!

Nie miał przy sobie pałki, bo i zakres jego czynności patrolowych nie przewidywał regulowania ruchu ulicznego. W ruch poszły pięści, ale umiejętnie. Tylko w brzuch i po jajach, bez siniaków.

– Pan nie hańbi munduru, panie posterunkowy – przeszkodził mu Zielny. – Po to ja tu jestem, po cywilnemu.

A Sójka, chociaż każdy wyrokowiec na jego miejscu umiałby zachować się przyzwoicie, stanął sztorcem.

– No co pan? Na to jest paragraf! – zagroził.

– Paragraf?! – Wywiadowca przygwoździł mu bosą stopę obcasem i praworządnie trzepał po gębie otwartą dłonią. – Na ciebie to dopiero będzie paragraf! – sapał. – Zapoznasz się z samym Maciejewskim, byku krasy!

– Maciejewskim? – Albo kac dodał temu przestępcy sił, albo naprawdę był wyzuty z ludzkich uczuć. – Tak się nazywa ten wasz nowy?

– O nie, kochany, mam na myśli tego sławniejszego Maciejewskiego. – Zielny zamachnął się z prawa. – Kata z Mokotowa. – Poprawił z lewa. – Już wiąże ci krawat… z grubego sznura… Przyjedzie, ani się obejrzysz!

– Starczy! – rozległ się głos Fałniewicza.

Wywiadowca, nachylony nad podejrzanym, zadarł głowę. Mundurowy krzywił się, widocznie wezbrały w nim skrupuły albo zwyczajnie obawiał się prowadzić nazbyt pobitego Sójkę przez jego własną dzielnicę.

– Ma pan rację, panie posterunkowy. – Zielny nie zamierzał wchodzić w spór. Nie przy recydywiście. – Jesień, spocę się, a potem, nie daj Boże, jeszcze mnie przewieje… A z tobą, Sójka, idę o zakład: wszystko nam wyśpiewasz. I to dyszkantem!

*

Serwus, Gienek! Jak żona? Urodziła? – Maciejewski zjawił się w Wydziale Śledczym wcale nie spóźniony, wręcz za pięć ósma. Mimo to jego zastępca aspirant Eugeniusz Kraft musiał zagryźć zęby, gdy podawał mu rękę.

– Dzień dobry. Wybacz, mam dużo pracy – odparł z rezerwą i zagłębił się w lekturę raportów z nocnych patroli.

Kogo jak kogo, lecz dawnego szkolnego kolegi nie podejrzewał o podobny marsz po trupach. Owszem, sprowadzono go tu z Zamościa od razu na stanowisko zastępcy kierownika wydziału. W gimnazjum był rocznik wyżej, ale w policji o dwa lata młodszy wysługą lat. Gdyby w tym samym gabinecie posadzono mu innego aspiranta, Gienek uznałby to za sprawdzian, który zagryzie drugiego i tym sposobem w kwestii awansu zdejmie ciężar decyzji z barków przełożonych.

Maciejewski przeleci jak kometa, zapewniał go jednak komendant Bauman, a pan jest najbardziej sumiennym funkcjonariuszem, jakiego znam, i jeśli odejdę, to chyba oczywiste, kogo zarekomenduję na stanowisko kierownika po Sikorskim.

Najwyraźniej nie zdążył tego zrobić, kiedy kilka miesięcy po objęciu władzy przez Piłsudskiego wymieniono go z dnia na dzień jak wielu wyższych urzędników. Krafta zaś czekały wydatki: tylko patrzeć, jak Elizka pójdzie do szkoły, a teraz drugie dziecko w drodze i Olga źle znosi ciążę. Nowy nadkomisarz Sobociński oczywiście zapewniał, że ani mu w głowie pozbawiać komendy doświadczonych sił. Zatem gdy Zygę wezwano do Warszawy, Gienek spodziewał się wszystkiego, tylko nie że kolega z gimnazjum wróci starszy stopniem.

– Gienek, chodzi ci o ten wihajster u mnie na kołnierzu? – domyślił się wreszcie Maciejewski.

Sobociński niczego Zydze nie obiecywał, a on również nie spodziewał się wiele po Sobocińskim. Nadkomisarz miał imponujące doświadczenie, w końcu ponad dziesięć lat służby to nie w kij dmuchał, ale bardzo przypominał w tym Maciejewskiemu byłego szefa z Zamościa. Tacy faceci z praktyką, lecz z czterema klasami szkoły powszechnej, na ogół źle patrzyli na podwładnych po maturze, a po kilku latach studiów tym bardziej. Tylko co miał powiedzieć w Komendzie Głównej, kiedy okazało się, że nie chodzi o nowy przydział, ale o awans na podkomisarza? Że mają bałagan i że powinni uprzedzić?

– Byłem w szpitalu, zanocowałem u ciotki. Nie zdążyłem się przebrać. Co mam ci jeszcze powiedzieć? – Zyga niemal jęknął.

Prawie przywykł do myśli, że gdy nie sposób już będzie przedłużać urlopu kierownikowi Sikorskiemu, na jego miejsce wskoczy Kraft, a on zgodnie z planem pozostanie zastępcą. Fakt, w dawnym koledze widział raczej doskonałego urzędnika niż śledczego, lecz trudno, z takim szefem mógłby się dogadać. Może to nawet lepiej mieć nad sobą uporządkowanego i przewidywalnego ewangelika niż choleryka z Matką Boską pod koszulą. Byliby dobrym i złym policjantem, w sam raz na okoliczność poważniejszych przesłuchań.

– Nic mi nie musisz mówić – Gienek wzruszył ramionami – skoro o awansie też mi nie powiedziałeś. Gratuluję, panie komisarzu! Przyszedł pan na służbę jak na defiladę – rzucił mu jeszcze i zaraz tego pożałował.

Nie dlatego w żadnym razie, że ogarnął go nagły niepokój o los rodziny, zależny przecież od przychylności zwierzchników. Uniósł się? Trudno! Raz na rok wolno nawet protestantowi, a poza tym na korzyść Krafta świadczyły jego akta personalne bez najmniejszej skazy. Tylko że teraz zamiast karierowicza znowu zobaczył w Zygmuncie dawnego kolegę.

– Nie zabiegałem o to sreberko. – Maciejewski zgarnął na bok papiery na swoim jak zwykle zabałaganionym biurku i rozpiął krępujący go kołnierz. – Mnie chodzi tylko o robienie dochodzeń i dość mam pretensji! A ty jesteś jak moja żona i ciotka razem wzięte. Lepiej się poczujesz, jak złożę podanie o przeniesienie?

– Nie, przepraszam. – Kraft podniósł głowę znad papierów. I tak nie rozumiał ani słowa z tego, co próbował czytać. Podły charakter pisma funkcjonariuszy patrolówki miał z tym niewiele wspólnego.

– To dobrze – Zyga uśmiechnął się – bo gdyby wyszło tak, że to ja będę tu kierowniczył, za cholerę cię stąd nie puszczę. I liczę na wzajemność, Gienek.

Liczyć to można na liczydła, mawiał ojciec Krafta, który przyjechał do Lublina z nadzieją na założenie fabryczki, ale rozbił sobie łeb o kredyty i nieuleczalne pijaństwo tutejszych robotników. Przepracował więc resztę życia na cudzym, co było rodzinną przypadłością. Gienek wolał policzyć do dziesięciu, zanim coś odpowie, i dla zabicia czasu zerknął za okno.

Akurat na róg Zielonej i Staszica podjechała dorożka, a postawny mundurowy i sporo niższy tajniak wytargali z niej skutego kajdankami mężczyznę. Za chwilę zadzwonił telefon z dyżurki i wszystko stało się jasne. Kraft wyjął spośród raportów ten o zabójstwie Hanny Rutki, córki Tadeusza, prostytutki rejestrowanej, oraz jej kochanka Piotra Kołodzieja, z ojca nieznanego, zawodowego złodzieja.

– Mamy sprawę, Zyga – powiedział na zgodę.

Maciejewski wstrzymał oddech i zapiął haftki przy kołnierzu munduru.

– Piotra Kołodzieja? – Zdziwił się. – Jeśli Kołodzieja, to chyba Piasta…

*

Już popołudniem herbaciarnię Joszke Flaka czuć było wszystkim poza herbatą. Z Grodzkiej, traktu recydywistów prowadzącego od więzienia ku Krakowskiemu Przedmieściu, biła cebula przysmażana na starym tłuszczu, a wystarczyło otworzyć drzwi, aby odetchnąć aromatami monopolki i dymu papierosowego. Maciejewski zaciągnął się z lubością jak nałogowiec. W podobnym lokalu w Zamościu zdobywał pierwsze szlify policyjnego szpicla.

Zanurzył się między stoliki, które obsiadły dziwki, luftmencze i poszukujący taniej rozrywki studenci katolickiego uniwersytetu. Ponieważ zmienił mundur na szary garnitur i wymięty płaszcz, nikt nie zwrócił na niego uwagi. Dopóki nie położył na kontuarze metalowego znaczka Służby Śledczej.

– Pan przodownik nie uwierzy, ale ja tego sobie nie wybaczę… – powiedział knajpiarz, międląc koźlą brodę.

Powód wizyty odgadł w lot, Zyga był pod wrażeniem. Że zaniżył mu szarżę, Maciejewski nie zamierzał się procesować. W końcu oficerowie, nawet policyjni, nie bywają w podobnych spelunkach.

– Pan jest wyjątkowo wrażliwy człowiek, panie Flak – pochwalił śledczy. – Dziw, że wierszy pan nie pisze.

Przed policjantem pojawił się pełny kieliszek. Świeżo mianowany podkomisarz wychylił go jednym haustem.

– A co do faktów tak zwanych? – spytał cicho, raz, by nie robić rabanu, a dwa, by nie dać znać po sobie, że pejsachówka miała więcej procent, niż zwykł przyjmować jako kompot.

– Fifn jorn, znaczy się pięć lat, jak dał mi go na przechowanie, to przechowałem. Potem Chojrak, znaczy się Sójka Stanisław, zamówił obiad i więcej wódki…

I to pasowało jak ulał do raportu, który wraz z zatrzymanym dostarczyli posterunkowy Fałniewicz i wywiadowca Zielny. Pierwszy wyglądał Maciejewskiemu na sumiennego, drugi na niezłego spryciarza, dobrana para. Zyga nie słyszał jednak, aby gliniarze z różnych komisariatów samorzutnie połączyli siły, nie ustaliwszy z przełożonymi, na konto której jednostki pójdzie sukces. „My dla dobra służby”, powiedział Zielny z cwaniackim uśmiechem i przygładził wybrylantynowane włosy, chociaż i tak świeciły się jak latarnia. Podkomisarz spojrzał wtedy pytająco na Krafta. Nie znał ani lubelskiego półświatka, ani tych dwóch funkcjonariuszy. Gienek był jednak zadowolony, jemu wszystko grało.

Podobnie jak grało knajpiarzowi, który opisywał pijacki wieczór podejrzanego, jakby to działo się przed kwadransem, a nie wczorajszego wieczora.

– Pan się spieszy na pociąg, że tak szybko mówi?… Co dał panu na depozyt?

– Nóż. Sprężynowy. Z monogramem S.S.

Maciejewski znacząco wskazał swój pusty kieliszek.

– Jak Siostry Samarytanki? – burknął, przyglądając się wódce niczym inspektor z Państwowego Monopolu Spirytusowego.

– Jak Sójka Stanisław – powiedział bez uśmiechu knajpiarz.

Zyga odwrócił się od szynkwasu i powiódł wzrokiem po sali. W Zamościu większość twarzy znałby lepiej niż album inwigilacyjno-rozpoznawczy, rodzinne miasto musiał poznać na nowo. Od najgorszej strony.

– Więc pan, jak to uczynny i uczciwy człowiek, kiedy Sójka wrócił po pięciu latach odsiadki, oddał mu ten pamiątkowy nożyk. I co było dalej? – zapytał, na powrót opierając łokcie o szynkwas.

– Wsadził go do kieszeni marynarki. – Flak klepnął się w lewy bok. – Żałuję, że mu powiedziałem, panie władzo. I to ja mu pierwszy powiedziałem! On tylko: „Hanke kochanke, kochanke Hanke”… Jo, ja się przyznaję, bo to tylko wykroczenie, a ja z dobrego serca: przeze mnie szły te grypsy na buchtę. Tyle że ona z rok temu przestała odpowiadać. Zadała się ze Ślicznym Piotrusiem, chociaż i jego brejdak, brat znaczy się, miał wcześniej do niej skłonność.

– Odgrażał się? – przycisnął Maciejewski. – Sójka, nie brejdak Piotrusia.

– Jak kto wypije, to się odgraża, zrozumiałe. Pan by się nie odgrażał?… Żadne kredyt! Na szyldzie jest napis, że knajpa czy że Flak i Spółka, Kasa Kredytowa?! – krzyknął do młodego kelnera, z którym trzech nowo przybyłych facetów zaczęło negocjować.

Zyga pokiwał z uznaniem głową. Cenił ludzi z podzielną uwagą.

– Co chcą pić, to z góry płacić, git? – zakończył Joszke Flak. – Ale czy to moja wina? Jak nie wczoraj, to dziś, jak nie dziś, to jutro… I tak by się dowiedział. Niecierpliwa była i zwykła zojne, stąd cała tragedia. Nawarzył sobie Sójka piwa, oj, nawarzył… Może panu władzy kufelek?

Podkomisarz pokręcił głową. Zapłacił i wyszedł, aby już na Grodzkiej włożyć sobie do ust dwa dropsy miętowe, po czym zapalił papierosa. Zamierzał jeszcze wrócić na komendę, więc lepiej, żeby nie było od niego czuć wódką.

*

W tym samym czasie wywiadowca Tadeusz Zielny robił to, co lubił najbardziej. Rozpinał rozporek, podczas gdy Kudłata Helka przystawiła niski taboret i zadarłszy kieckę, usiadła przed nim. Jako katoliczka miała zasady i nie klękała przed klientem. Nawet jeżeli klient był duchownym, a co dopiero zwykłym mentem!

– A wracając do Mańki… – Tajniak zachęcająco pogłaskał ją po włosach. Sztywne, zdrowe loki zalatywały naftą, ale przyjemnie łaskotały wnętrze dłoni. – Nieraz odgrażałaś się po knajpach, że w pysk jej kwasem chluśniesz. Tamta odbiła ci Ślicznego Piotrusia, ty musowo wyszłaś z nerw…

– A to z pana glina skończona! – Oburzona prostytutka przerwała działalność zarobkową. – Ja daję panu serce na talerzu…

– Od kiedy to się nazywa serce?! – Zielny zaśmiał się, przyciągając ją za włosy.

Spoglądając z góry na poruszającą się miarowo głowę Helki i jej loki jak u rasowej owcy, pomyślał sobie, że pogniewała się całkiem szczerze. Nie rozumiał, o co chodziło temu nowemu, Maciejewskiemu, że szukał dziury w całym. Rozumiał natomiast, że ten facet wkrótce będzie kierownikiem Wydziału Śledczego, więc nie dyskutował.

Zielny ani podejrzewał, że spotka go cokolwiek poza pochwałą. Tymczasem Maciejewski, ledwie przesłuchał podejrzanego, wyrwał tajniaka do telefonu. Słuchajcie, mamy za mało na tego Kołodzieja, powiedział. Teraz nabrał wody w usta, ale wyrwie się w sądzie z nowym zeznaniem i cały akt oskarżenia leży. Poza tym ja wcale nie jestem pewien, czy to on…

Wywiadowca miał wprawdzie lat dopiero dwadzieścia dwa, ale w swojej robocie nie był szczeniakiem. Gdy po wojsku zgłosił się do służby w policji, tylko kilka miesięcy dali mu chodzić w mundurze. Poznał się na nim wtedy i kierownik Komisariatu I, i sam komendant Bauman. Dlatego teraz od razu wyraźnie zaznaczył, że z całym szacunkiem dla pana komisarza, lecz skoro tak, to już rewir Dwójki. A komisarz od razu zapytał, czy Zielny zamierza całą służbę spędzić na Lubartowskiej, czy też chodzi mu po głowie robota w Wydziale Śledczym. No i wziął pod włos, zanim tajniak zdążył się wyśliznąć.

Teraz Zielny stał w lekkim rozkroku, zamglonym wzrokiem wodząc po pajęczynach na suficie. Może ten Maciejewski miał rację, mówiąc o nim, że zasługuje na rozwinięcie skrzydeł? Co szkodziło popracować trochę po godzinach? No i Helka tak umiała dogodzić po francusku, że podobnie jak Zielny zasługiwała nie na Lubartowską z przyległościami, lecz choćby i na sam Paryż!

– Odgrażałaś się czy nie? – zapytał jednak, bo służba nie drużba.

– Może i się odgrażałam, jak mnie naszło na wspominki o Piotrusiu… – powiedziała, niespiesznie pracując językiem. – Uczuciowa jestem.

Wywiadowca skwapliwie potaknął. Przez otwarte okno od podwórka wdzierał się harmider żydowskiej dzieciarni, kopiącej szmacianką o ścianę wychodka. Tajniak obiecał sobie, że da bachorom parę groszy na cukierki. Rozpraszały go, przedłużając przyjemność.

– Ale nie że zabiję przecież! – zaznaczyła Helka, powłóczyście patrząc Zielnemu w oczy. – Pobić kurwę, kwasem gębę szkaradną polać… Nadać mokrą robotę, panie władzo? A czy mnie na to stać? No i ona była w ciąży, a dziecko jest dziecko, nawet takiej suki. To maleństwo niewinne!

Hanna Rutka żyła jeszcze, co tajniak powinien był wyraźnie zaznaczyć, bo inaczej sytuowało to charakter czynu, lecz nie miał ochoty na drobiazgi. Usiłowanie zabójstwa nie ulegało wątpliwości, zaś Kudłata Helka znów zabrała się ostro do pracy i tylko odgłos końskich kopyt oraz turkoczącego wozu na podwórku kamienicy przyjemnie rozpraszał myśli wywiadowcy.

– Proszę zamykać okna, z ustępu wybierane będzie! – wdarł się przez uchylone okno okrzyk urywający i rozdzierający wszystko, co w Lublinie mogło być piękne.

Dziwka natychmiast poderwała się z taboretu. Nieszczęśliwie, odpychając Zielnego, zbyt natarczywie poruszyła ręką. Gdy ona klękała na parapecie i manipulowała przy okiennej klamce, żeby jak najszczelniej odgrodzić pokój od kloacznego odoru, który za chwilę zaleje całe podwórko, on patrzył, jak smętnie cieknie z niego na podłogę, nawet brudzi modny mankiet nogawki. Zły jak diabli wyjął z kieszeni chustkę.

– A sama nie byłaś czasem podejrzana o spędzenie płodu? Czy może źle pamiętam?

Kudłata Helka spojrzała wściekle przez ramię. Kłapały pospiesznie zamykane okna, pompa kanalarzy jeszcze nie zabulgotała.

– Pan wywiadowca zaspokoił się za pół ceny, to co mi teraz sztukuje?! Uniewinniona byłam! Z braku dowodów, tak sędzia powiedział. I ludzie słyszeli!

*

Jednym z tych ludzi, którzy na własne uszy słyszeli sentencję wyroku w sprawie Heleny Pióro, był Józef Kołodziej, z fachu wyuczonego ślusarz, z zawodu bezrobotny. Wszakże obecnie, gdy niechętnie wysiadał z dorożki na Zielonej róg Staszica, niewinność Kudłatej Helki obchodziła go jak zeszłoroczny śnieg.

– Na co pan czeka? – ponaglił posterunkowy Witold Fałniewicz.

Brat zamordowanego Piotra postawił nogę na krawężniku i spojrzał podejrzliwie na ciężki, przysadzisty budynek z dwoma oficynami, wyciągniętymi jak chciwe łapy gliniarza. W jednej z nich właśnie mieścił się Wydział Śledczy. Fałniewicz wskazał Kołodziejowi bramę na dziedziniec, a sam zabrał z siedzenia podłużny przedmiot zawinięty we wczorajszą gazetę.

– Czy to trzeba aż tak? – burknął przywieziony tu mężczyzna. – Ja to żem panu władzy przyniósł, nie żeby zaraz iść do komisarza…

– Im prędzej, tym lepiej – zdecydował mundurowy, a kilka minut później referował już aspirantowi Kraftowi, iż Józef Kołodziej, brat Piotra Kołodzieja pseudo Śliczny Piotruś, niekarany, nieopodal kamienicy Żelazna 7 znalazł w rynsztoku nóż sprężynowy z monogramem S.S., w którym świadek rozpoznał własność podejrzanego Stanisława Sójki. Nie mając wiedzy w zakresie zabezpieczania śladów, owinął go w gazetę i przyniósł na komisariat.

Śledczy popatrzył ostro na świadka i wskazał krzesło przed swoim biurkiem. Fałniewicz chciał zasalutować i odejść, lecz w tej samej chwili otworzyły się drzwi gabinetu i stanął w nich podkomisarz Maciejewski. Z daleka czuć go było dropsami miętowymi, skutecznie maskującymi zapach tytoniu, wódki, w innych wypadkach także zepsutych zębów.

– S.S.? – Od razu zwrócił uwagę na dowód rzeczowy. – Stanisław Sójka…

– Sprawa jest jasna – potwierdził Kraft.

Zaś Kołodziejowi, w którego oczach wymięty garnitur Zygi Maciejewskiego budził najwięcej zaufania, zaraz rozwiązał się język.

– Żem znalazł, to zaraz z tym na policję. I ja panu posterunkowemu zaraz chciałem pokazać miejsce, gdzie ten bydlak go wyrzucił. Dla jasności, panie władzo, ja nie jestem kapuś! Ale tydzień będę pił z radości, jak drania powiesicie!

Zyga kiwnął głową i trzymając przez gazetę nóż za czubek ostrza, podniósł wyżej.

– Brat zabitego – wyjaśnił Kraft.

– I krwawe ślady palców tu, na lewej stronie rękojeści. Czyli w prawej garści trzymał… – zauważył Zyga.

– Ja go tam za rękę nie złapałem, to nie wiem w której. Jakbym złapał, toby żyli. Od tego pan jest glina, żeby wiedzieć. Nóż znalazłem niedaleko domu Mańki w rynsztoku. Jego, mordercy! Litery same mówią.

– Palce, ale bez linii papilarnych. Miał rękawiczki… Często grzebiesz pan w rynsztokach, panie Kołodziej? – Maciejewski przysiadł na biurku Krafta, tak że teraz górował posturą nie tylko nad świadkiem, lecz nawet Fałniewiczem, przypominającym sylwetą słonia.

– Co pan mnie tak krzywo rozpytuje, skoro dowód przyniosłem rzeczowy?! – Kołodziej, jeszcze niedawno onieśmielony gmachem komendy, teraz się odszczeknął. – Ja z nim też piłem u Joszke Flaka!

– To wiem – warknął Zyga i obaj patrzyli przez moment na siebie jak złe psy.

Twarz Krafta, chociaż przed chwilą ambicjonalnie poczerwieniała, bo kolega panoszył się jak u siebie, teraz przybrała skupiony wyraz. Fałniewicz wodził oczami od jednego oficera do drugiego.

– Siedział na prawo ode mnie, częstował… – opowiadał Kołodziej. – Dopiero kiedy zaczął się odgrażać na Piotra…

– Inni mówili o nim raczej Śliczny Piotruś – przerwał bezdusznie Maciejewski, jakby chodziło mu właśnie o to, by wyprowadzić świadka z równowagi.

I cel ten osiągnął.

– Ale to był mój brat! – Józef poderwał się z krzesła. – I ja mówię, jak stoi w metryce. Szlag mnie mało nie trafił i wyszedłem z tej speluny. Gdybym wiedział, że Sójka to tak pod hajrem mówi, tobym draniowi tam na miejscu łapy połamał!

– Podobno Hanka prowadzała się z panem, a jednak to Śliczny Piotruś, przepraszam, pański brat Piotr, zmajstrował jej dzieciaka.

Fałniewicz uznał, że czas zareagować. Przyprowadzony przez niego świadek stawiał się sztorcem oficerom, więc posterunkowy wstał i położył mu ciężką dłoń na ramieniu. Kołodziej usiadł.

– Bywa w najlepszej rodzinie – odburknął jednak charakternie. – Pan pójdzie kiedyś do kina, to sam pan zobaczy, jakie rzeczy zdarzają się na świecie.

I wtedy zadzwonił telefon. Kraft przez chwilę tylko słuchał, rzucając krótkie zdania, po czym wstał zza biurka.

– Odzyskała przytomność – rzucił.

– Hanka?! To ona żyje? – Oczy Kołodzieja przybrały rozmiar dwuzłotówek.

*

Pod białym prześcieradłem nawet kurwa wygląda jak anioł, przemknęło przez głowę Maciejewskiemu, lecz nie powiedział tego głośno. Raz, że miał na myśli nie tylko Hankę, lecz i swoją dogorywającą żonę. Dwa, Kraft jeszcze nie dokończył modlitwy przy zmarłej.

Nie zdążyli. Hanna Rutka zapytała tylko lekarza o kochanka i swoje dziecko, a młody doktor okazał się przy niej marnym kłamcą.

– Po chwili przytomności nastąpił wstrząs, którego osłabiony organizm pacjentki nie wytrzymał – powiedział później policjantom.

– No to zbrodnia zamiast usiłowania – podsumował Zyga, gdy schodzili po schodach. Przyspieszył kroku obok oddziału, gdzie umierała Zofia. – Co myślisz o tym świadku, Gienek?

– Powiedziałem już, że sprawa jest jasna. – Dawny kolega szkolny włożył kapelusz i zapiął pasek płaszcza. – Nawet bez jej zeznań.

Maciejewski pokręcił głową. Jak na jego gust sprawa była aż za jasna. Przeciw Sójce świadczyło wszystko i nawet pełen współczucia knajpiarz Flak nie miał wątpliwości, kto zabił. Policja lubiła i zawsze będzie lubić takie dochodzenia, bo mało roboty, a statystyki puchną aż miło. Wszystko na tacy. Tylko Zyga, podobnie jak dobrze wytresowany pies, czuł opory, żeby brać kiełbasę od obcych. Może nie miał racji? Może po przeniesieniu do Lublina niepotrzebnie spodziewał się wyłącznie trudnych, ekscytujących śledztw? I tak powinien docenić, że skrupulatny Kraft pozostawił dokończenie nudnego protokołu posterunkowemu Fałniewiczowi, a sam zerwał się wraz z nim do szpitala. To dowodziło, że gliniarski instynkt posiedli obaj, choć na co dzień Gienek się z nim nie obnosił. Pewnie miał dzięki temu mniej porażek…

– Dobry wieczór, siostro Różo! – Głos kolegi wyrwał Zygę z jego własnych myśli i podkomisarz podniósł głowę.

Byli już w holu na parterze, a z sali przyjęć wychodziła niewysoka, lecz energiczna pielęgniarka z burzą blond loków wysypujących się spod czepka.

– Pani pozwoli, mój kolega z pracy, Zygmunt Maciejewski.

– Marczyńska. Już pana tutaj widziałam. Pan ma chorą żonę?

Podkomisarz bywał dotąd raczej partaczem niż bawidamkiem, lecz teraz przytrzymał jej dłoń dwie chwile dłużej, niż to było konieczne przed ucałowaniem.

– Mam – nie wyparł się. – I mam wielką przyjemność poznać panią.

Tej nocy w ruderze na Rurach Jezuickich miał sen. Śniły mu się te wszystkie nieliczne momenty wzruszeń, jakie przeżył z Zofią Wołkońską, ale za każdym razem miała ona włosy i oczy Róży Maciejewskiej, przepraszam, wtedy jeszcze Marczyńskiej.

IV

Ani słowa, git? O co by nie pytali, nic pan nie wiesz, nic pan nie pamiętasz, byłeś pan pijany jak bela.

Urzędowy papuga miał w teczce i papiery, i tałes, bo widocznie zaraz z więzienia wybierał się do synagogi. Chojrak codziennie widział ją z okna swojej celi śledczej w północnym skrzydle Zamku, słyszał głośniejsze rozmowy i czasem katarynkę z targu żydowskiego, ale największy harmider urządzały mu jego własne myśli. Do tego, żeby milczeć w śledztwie, nie potrzebował adwokata. Zwłaszcza takiego, który nawet nie pytał, jak było. Z drugiej strony może i dobrze, bo Staszek wyszedłby z nerw. Jak było, sam dobrze nie pamiętał.

Na pewno pękła jedna flaszka, przy której Sójka dowiedział się od Flaka, że Lublin już nie jest ten sam, co wcześniej. Pokiełbasiło się i w ferajnie, i w mentowni, bo do Wydziału Śledczego dali nowego szefa, Maciejewskiego. Morda bandyty, kapelusz spod wyżymaczki, ganc kabaret odstawia nowa władza! Flak śmiał się tylko, nalewał i dopisywał do zeszytu, a Sójka z każdą złotówką długu czuł się wypłacalny na kolejnego dziesiątaka.

Potem u Flaka jak co dzień zjawił się serdeczny koleżka Staszka, starszy z braci Kołodziejów. I na pewno to wtedy Kazik Kulas zaczął dośpiewywać słowa do melodii na swoją harmonię:

To nie jest tango z Argentyny,

tango z Podzamcza tu się rżnie.

Tu nie przychodzą żadne gliny,

chewra z ferajną bawi się!

W buchcie na Zamku to się nuci,

żeby klawisza trafił szlag,

a gdy zza krat koleżka wróci,

to tutaj pije, mówiąc tak:

„Mnie Maciejewski przesłuchiwał:

«Sypiesz? Bo w mordę będę lał!»,

a kiedy jużem w buchcie siedział,

to Maciejewski wieszać chciał”.

Chojrak pamiętał dobrze, jak spodobało mu się, że to jest tango z Podzamcza, a nie z Argentyny, i że nuci się je właśnie w buchcie, jak wszyscy wyrokowcy nazywali lubelskie więzienie na Zamku. Rzucał się później, że jak to Maciejewski przesłuchiwał, skoro takiego psa nie widział na oczy. Trzy, może nawet pięć razy powtórzono mu, że piosenka nie jest przecież o nim, i Staszek zrozumiał wreszcie różnicę między ogółem a szczegółem. Chyba jednak z pół godziny później znowu się ciskał, tak po prawdzie, bo przypominał sobie ręce młodego Kołodzieja łapiące go za marynarkę od ramion po połę i przy kieszeni.

Wsadzono go do dorożki, to też sobie przypominał. I przypominał sobie również, jak na koniec miał pretensje do dryndziarza, że śpiewa się o jakimś Maciejewskim, a nie o Staszku Chojraku. Kto musiał zatargać go na piętro i rzucić na wyro, to niestety kryło się w pomroce, zupełnie jak te rzeczy, które mocno wtedy wsiowa, jednak zawsze polska ferajna, wyrabiała w czasach Tantala.

No i na koniec przypominał sobie tego małego tajniaka i mundurowego jak szafa, podobno to był nowy dzielnicowy na Kośminku. Bili, a za co, to sami wiedzieli lepiej, jak to gliny. Sójka w życiu nie uderzył człowieka bez dania racji, przynajmniej na trzeźwo. Trzeźwy jednak tamtego wieczoru nie był, więc wciąż zadawał sobie pytania, wyglądając na miasto spoza blindy.

Miasto zaś, dymiące z coraz to nowszych kominów fabrycznych, rozrastające się jak pleśń na chlebie, na świeżo i z pasją poznawał podkomisarz Maciejewski. Nie było ono zagadką dla Róży, codziennie jeżdżącej karetką pogotowia i spoglądającej na oświetlone lampami elektrycznymi Krakowskie Przedmieście i na ciemne Bronowice albo Piaski. Na świeżo, lecz bez pasji, obserwowała ze swych okien Lublin ciotka Maciejewskiego, lecz o tym za chwilę.

V

Ja poprosze panenke o take czarne piczie, jak ta pani ma za szczaną, i jeden „Kurwier Warsiaski” na kiju – zażądał od kelnerki brodaty, pejsaty gość w garniturze wyświechtanym, lecz z grubą i szczerozłotą dewizką przy zegarku. Nie zdjąwszy kapelusza, wskazywał palcem i świecił sygnetem w kierunku ciotki Zygi Maciejewskiego za szklanym przepierzeniem kawiarni Semadeniego.

Ciotka lewą ręką odstawiła spodek z porcelanową filiżanką na marmurowy stolik. Zyga nie mógł się nadziwić, że na powierzchni kawy nie pojawiła się najmniejsza fala, a spoczywająca obok łyżeczka nie wydała ani brzęku. Tymczasem gazeta w rękach mężczyzny za szkłem łopotała głośno jak żagle pirackiego brygu w powieściach dla młodzieży.

– Kupiłeś jej piękny wieniec – westchnęła ciotka. – I dziękuję, że mnie zaprosiłeś, Zygmusiu.

Maciejewski uśmiechnął się z przymusem. Owszem, wieniec za dwadzieścia złotych musiał wyglądać pięknie, to murowane. I jeszcze do tego szarfa: Nieodżałowanej Wiernej Małżonce – wdzięczny za wszystko Mąż. Ironia to była jedna z niewielu rzeczy, jakie Zyga naprawdę w sobie lubił, w przeciwieństwie do wydawania pieniędzy. Tymczasem przyszło mu zapłacić kolejne trzy pięćdziesiąt, bo jakiś kretyn pomylił się z „nie” i wyszło „odżałowanej” oraz „niewiernej”. W gruncie rzeczy facet miał rację, ale nowa szarfa na godzinę przed pogrzebem wymagała napiwku. Teraz dojdzie rachunek w najdroższej lubelskiej kawiarni, niestety ciotkę zaprosić musiał, sumienie kazało. Dawniej to on mógł niezawodnie polegać na jej kapitale, teraz wymyślała lepsze wymówki niż kiedyś Zygmuś, byle odroczyć odrabianie lekcji. Wstydziła się, że wielkie, luksusowe mieszkanie na Krakowskim Przedmieściu musiała zamienić na szereg klitek dla sublokatorów. Sklep ciotki nie wytrzymał powojennego kryzysu, a na Rurach Jezuickich, gdzie zamierzała pobudować na starość willę na dwóch parcelach, wciąż stały dwie rudery. W jednej mieszkał teraz Zyga, drugą dostała bezdzietna służąca Kapranowa z mężem inwalidą, byleby tylko codziennie darmo przyszła do swej chlebodawczyni i ugotowała obiad.

– To był piękny pogrzeb i jestem dumna, że tak się postarałeś.

Skinął głową i zgasił papierosa w popielnicy droższej chyba niż jego zegarek. Wcale nie był dumny, a ciotka zaczynała go irytować. Dobrze wiedziała, co oznaczało to zaprzeszłe małżeństwo: krępujący wszystkich mezalians. Gdyby miał chociaż gram rozumu, powiedziałby w porę, że koniec balu, panno Lalu, niestety postanowił zostać rycerzem w lśniącej zbroi. Po tym, jak obnażył zbrodnię ojca Zofii, błękitnokrwistego mordercy, uznał, że musi zaopiekować się panną, która w swoim kręgu zostanie skazana na śmierć towarzyską. Wbrew temu, co bredziła w gorączce, przeniesienie do Lublina, chociaż o nim marzył, nie było żadną przysługą, raczej wypadkową obopólnych interesów. Rodzina nie chciała jej więcej widzieć, lecz i nie życzyła sobie dalszych plotek, dlatego Wołkońska musiała wraz z mężem zniknąć z Zamościa, gdzie była znana zbyt dobrze. Zygmuntowi po prostu trafiło się jak ślepej kurze ziarno.

– Tylko nie rozumiem, dlaczego nie przyszedłeś w mundurze – ciągnęła ciotka. – Jesteś oficerem, nie gorszym niż wojskowi.

– Jeżeli ciocia ma na myśli kuzynów nieboszczki, to nie chciałem grać im na nerwach – skłamał i to też zauważyła. Zbyt byli sobie bliscy na tak niewysublimowane kłamstwa, a jednak grali komedię. Włożył cywilny garnitur tylko dlatego, że urwała mu się haftka przy kołnierzu.

– I to cię martwi? – zapytała, nadziewając na widelczyk kawałek napoleonki tak foremny, jakby wykroiła go maszyna. Próbując dotrzymać jej kroku, Zyga swoje ciastko rozsmarował po całym talerzyku. Ze słodyczy najbardziej lubił śledzie.

– Nie, mam po prostu trochę kłopotów w pracy. A cioci nie szkoda, że w jej sklepie panoszy się jakiś Żyd? – zmienił temat, lecz jeszcze nie skończył, a już wyczuł, że poszybował prawym prostym w powietrze.

– Żyd czy Chińczyk, to bez znaczenia! – żachnęła się w uniku. – Lepszy kupiec, młodszy, silniejszy, obrotniejszy!… Odstępne zapłacił uczciwe. I powiem ci, że zawsze wiedziałam: Kapucyńska to szczęśliwe miejsce. Gdy przechodzę ulicą i widzę nową witrynę, jak ja się cieszę, że sklep żyje!

Kłamała jak z nut. Chociażby miała nadłożyć drogi, nigdy nie przeszłaby Kapucyńską, Zyga dobrze o tym wiedział. Ciotce serce by pękło. Lecz w całej rodzinie była jedynym przypadkiem zdrowego rozsądku, dlatego przemawiała jak któraś z postaci z Lalki Prusa. Lata temu ciotka kupiła powieść, bo była o kupcach, więc jakby też o niej. Maciejewski przeczytał prawie całą jako gimnazjalista, bo liczył na sceny erotyczne, a w swoim ówczesnym guście znalazł tylko jeden krótki rozdzialik przypominający książki Verne’a.

– To i ja się cieszę, proszę cioci. Likieru by ciocia nie skosztowała? – Zyga wzniósł się ponad przyrodzone skąpstwo.

– Daj spokój, Zygmusiu! – osadziła go wielkopańsko. – Wiem, ile dostaje żołdu podporucznik piechoty, to i domyślam się, ile ty zarabiasz. Chcesz, to zamów sobie wódki. Rachunek ja zapłacę.

– O tym nie może być mowy, proszę cioci!

– Pozwolisz, mój kochany, że póki mnie nie sparaliżowało, to ja będę decydować, o czym ma być mowa – odparła. – Najlepszej starki proszę dwa kieliszeczki – powiedziała niemal szeptem, a jednak kelnerka zatrzymała się w biegu między stolikami i uprzejmie przyjęła zamówienie.

– I ja poprosze take najlepsze wódke jak ta pani – przyłączył się gość zza szklanego parawanu.

– Powiedz mi szczerze, Zygmusiu, jakie masz kłopoty – zażądała cicho ciotka, zupełnie nie zważając na swą rolę arbitra w sprawach elegancji. – Przecież właśnie dostałeś nominację na kierownika wydziału. Żałoba żałobą, ale z tego powinieneś się cieszyć.

Już otwierał usta, aby odpowiedzieć ciotce szczerze i kąśliwie. Zyga Maciejewski jeszcze dobrze nie zagrzał krzesła w lubelskim Wydziale Śledczym, a już był sławny. Ktoś z boku powiedziałby, że szedł po trupach, odsuwając od awansu dawnego szkolnego kolegę. Fakt, nie przyłączyli się do nienawistnego chóru Fałniewicz i Zielny, którym świeżo upieczony kierownik obiecał etaty w komendzie. I Krafta ani myślał się pozbywać, o ile ten będzie chciał pozostać. Zyga na jego miejscu by nie chciał, liczył jednak na protestancki rozsądek Gienka. Tak, miał wokół siebie ludzi, z którymi chciał pracować, tymczasem nie opuszczała go dręcząca myśl, że w sprawie wyrokowca Sójki wszyscy się pomylili, że nad złodziejem zawisło okrutne i nawet w jego wypadku niezasłużone fatum. Niestety Zyga nie miał pomysłu, co z tym fantem zrobić.

Szczęśliwie od tej skomplikowanej opowieści wybawił go dzwonek konnej karetki pogotowia, która akurat przejeżdżała Krakowskim Przedmieściem przed kawiarnią. To miasto było zbyt wielkim jak na małe, napisał Jerzy Trąbicz w „Ziemi Lubelskiej”, lecz i zbyt małym jak na wielkie. Dlatego zdarzały się w nim niekiedy podobnie szczęśliwe przypadki.

– Widzi ciocia tę pielęgniarkę tam, w okienku? – Niekulturalnie wskazał palcem Maciejewski. – Nie wiem jeszcze jak, ale zamierzam ją oczarować.

– Ty zwariowałeś, Zygmusiu! Jak nie księżniczka na ziarnku grochu, to sierotka Marysia! – Ciotka załamała ręce. – Owszem, ładna, z wyglądu sympatyczna i powiem ci, to dobrze, że nie jakaś lalka perfumowana, ale dlaczego akurat pielęgniarka?!… Zobaczysz, że cię wydziedziczę! Nie możesz tak jak inni zwyczajnie chodzić sobie na kurwy?

– Za skąpy jestem. – Zyga smutno pokręcił głową. – Tak mnie ciocia wychowała.

– Ja?! – Starsza pani żachnęła się. – Ja cię wychowałam na to, żebyś wiedział, co jest słuszne, a co diabła warte. Umrę, to może docenisz – burknęła gderliwie, wiek i kłopoty zrobiły swoje. Jednakże gdy kelnerka przyniosła starkę, znów była damą, uśmiechniętą i po stoicku znoszącą kłopoty. – No, Zygmusiu, na zgodę! Więc jakie masz kłopoty?

Docenił, że dała spokój rozmowie o zmarłej. Wypili. Ona pół kieliszka, on cały.

– Mam takiego podejrzanego. – Taktownie nie wymienił nazwiska, chociaż po chwili zobaczył przez szybę, że nawet „Kurwier Warsiaski” pisał o nim na czwartej stronie. – Moim zdaniem ten człowiek jest niewinny, ale wszystko sprzysięgło się przeciw niemu. I sam nie chce sobie pomóc.

– No to go przesłuchaj. – Ciotka wzruszyła ramionami.

– Robiłem to z dziesięć razy. – Machnął ręką.

– Więc zrób jedenasty. Na miłość boską, Zygmusiu, po to chyba dali ci awans, żebyś służył ludziom. I ja też na to cię wychowywałam. Ale gdzie ty idziesz? Obraziłeś się?! – Ciotka spojrzała niepewnie na siostrzeńca, który poderwał się od stolika jak oparzony.

– Przeciwnie. – Ucałował jej dłoń. – Przepraszam ciocię, idę na komisariat. Płacić, pani będzie łaskawa! – Podniósł rękę, przyzywając kelnerkę.

Spodziewał się, że gość za szklanym przepierzeniem zawoła zaraz o „taky sam fejn rachunek jak tego pana”, lecz nieznajomy tylko przewrócił stronę w gazecie.

ZBRODNIARZ Z KOŚMINKA UPARCIE MILCZY

Krew obeschła, lecz zgroza zbrodni żywa! Dwa tygodnie już przebywa w areszcie śledczym Stanisław Sójka (lat 31), zam. przy ul. Długiej 2 recydywista. Nad ranem 7-go b. m. patrol P. P. ujawnił w kamienicy przy ul. Żelaznej 7 zwłoki notowanego złodzieja Piotra Kołodzieja (lat 27) i ciężko ranioną nożem ciężarną Hannę Rutkę (lat 24), zawodową prostytutkę. Rutka dawniej była kochanką Sójki, lecz ten ciężko zapracował sobie na trzy lata więzienia na Zamku. Ułożyła sobie życie inaczej. Wyszedłszy na wolność, Sójka wpadł w szał.

Dochodzenie Wydziału Śledczego P. P. z jego nowym kier. pkom. Maciejewskim ujawniło szereg faktów. Sójka nie ukrywał swych morderczych zamiarów przed kompanami z półświatka. Znaleziono nóż – narzędzie zbrodni – ze śladami krwawych odcisków. Zbrodniarz cynicznie milczy w śledztwie.

– We Lwowie czy w Krakowie czekałaby go kara śmierci – powiedział reporterowi p. prok. Igniasiak. – Obowiązujący w naszem województwie kodeks karny jest niesłusznie pobłażliwy, lecz żądać będę postawienia Sójki przed sądem doraźnem, który dysponuje odpowiednimi instrumentami oczyszczania społeczeństwa z elementów tak zdemoralizowanych i społeczeństwu zagrażających. (jt)

No i co powiesz, Sójka? – Maciejewski, skończywszy czytać na głos, złożył gazetę, po czym cisnął na biurko. – Nic nie powiesz? No to ci zaśpiewamy! – obiecał, otwierając drzwi gabinetu.

Mundurowy policjant wepchnął do środka kalekę z akordeonem. Grajek miał nos fioletowy od alkoholu i częstego przebywania na świeżym powietrzu, zdarte ubranie, poruszał się o kulach i ogólnie mówiąc, z niejednego pieca chleb jadł, teraz jednak wykazał nieśmiałość właściwą naturom wrażliwym. Jakkolwiek pracował swym wiernym akordeonem w Bramie Krakowskiej, na podwórkach Starego Miasta i bywało, że na dworcu kolejowym, to w komendzie policji czemuś zabrakło mu talentu. Nawet miech instrumentu odmówił posłuszeństwa artyście.

– No! – ponaglił podkomisarz Maciejewski.

Uliczny muzyk spojrzał najpierw na marsową minę śledczego, który rozsiadł się za biurkiem pełnym urzędowych papierów, potem na zgaszoną twarz aresztanta. Zagrał i zaśpiewał na ćwierć swych możliwości:

…„Mnie Maciejewski przesłuchiwał:

«Sypiesz? Bo w mordę będę lał!».

A kiedy jużem w buchcie siedział,

To Maciejewski wieszać chciał”.

Tak samo Stach, jak go puścili,

Tutaj skierował kroki swe.

Ledwie z ferajną się napili,

To Joszke Flak wnet przysiadł się.

„Tyś przez fifn jorn śnił o swej Hance,

Tyś jej spod celi grypsy słał,

A z innym żyje twa kochanke.

Jak mi nie wierzysz, to sprawdź sam”.

Gdy go komisarz w śledztwie cisnął,

To Stach nie wiedział, co to strach.

A teraz żal mu gardło ścisnął,

Jakby mu pętlę włożył kat.

Wypadło słabo. Akordeon fałszował, zaś uliczny muzyk śpiewał bez przekonania. Potrzebował tej znanej sobie przygodnej publiczności, potrzebował akustyki bram i podwórek, a sprowadzony tu przez policjanta, nagle przypomniał sobie, że nie zna nut i nigdy w życiu nie był w filharmonii. Bał się jednak. Dlatego charczącym głosem zaczął kolejną zwrotkę:

A rankiem…

– Dość! – Maciejewski urwał w pół frazę i stanowczym gestem wskazał drzwi. – Jesteśmy sławni, panie Sójka – ni to zakpił z ambicyj podejrzanego, ni to je połechtał, gdy zostali już sami. – Chociaż moją sławę tylko panu zawdzięczam. Co do tamtego Maciejewskiego jednak, kata z Mokotowa, nie znam człowieka. Niejednemu psu… Maciejewski. Może teraz będzie pan bardziej rozmowny?

Sójka nie odpowiedział. Zyga miał ochotę porwać z biurka ciężki ebonitowy telefon i walnąć go nim w głowę. Mniejsza o tortury, które podobno nagminnie stosowała Policja Państwowa, co podnosił sejm, póki Marszałek nie zatkał gąb posłom. Śledczy nie chciał maltretować recydywisty, ale wrócić mu rozum. Ten jednak milczał na własną zgubę jak kto głupi lub tylko nader konsekwentny.

– Trudno zatem. – Podkomisarz sięgnął po akta. – Stanisław Sójka, syn Feliksa, urodzony… i tak dalej… Przypomniałeś sobie coś więcej?

– Kaca…

Maciejewski zdziwił się, że padło cokolwiek nowego, lecz nie był opiekunką z freblówki, która chwali dzieci choćby za to, że sznurówki same sobie zawiązują.

– To mam dać na protokół? – burknął, jakby charknął.

I podejrzany, odmawiający dotąd w śledztwie wszelkich wyjaśnień, nagle wybuchnął, widać wyprowadzony z nerw:

– A po co mam strzępić język, jak wyście już z tamtym drugim tajniakiem… i pewno jeszcze z sędzią śledczym wszystko dawno ustawili? Recydywista, niewierna kochanka i tak dalej… No, macie mnie zaobrączkowanego, to o co się jeszcze rozchodzi?! Chcę wrócić pod celę!

– Wrócisz, wrócisz, i to na długo – uspokoił go Zyga. – Ja przejdę na emeryturę, a ty wciąż będziesz pierdział w słomiany siennik. Zabiłeś czy nie?! – wrzasnął.

Sójka spojrzał na niego wzrokiem stoickiego filozofa, który doprawdy nie potrafi pojąć, dlaczego prości ludzie denerwują się z byle powodów.

– Ile razy mam mówić, że nie zabiłem?! – powiedział jak zdarta płyta, jak dewotka odmawiająca setną zdrowaśkę. – Byłem tak pijany, że nawet nie wiem, czyj Anioł Stróż odprowadził mnie do domu. Odwykłem od wódki przez te pięć latek… Byle pętak, jakby napadł, to dałby mi radę, a Piotr toby mnie…

– Wychodzi jednak, że to ty jego. – Teraz to Maciejewski powtórzył spokojnie, co miał w aktach, a podejrzany nerwowo zacisnął pięści.

– Ktoś inny. Ile razy mam powtarzać?! Chcę wrócić pod celę.

– Dobrze. – Zyga westchnął. Spisanie tego zeznania nie trwało długo, więc szybko skończył i podsunął blankiet podejrzanemu. – Podpisz protokół.

– Sto razy podpisywałem – mruknął Sójka.

– Ale nie mnie osobiście. – Maciejewski uśmiechnął się krzywo.

Komu, to nie miało znaczenia. Fakt faktem jednak, że dotąd zajmował się tym Kraft albo któryś z wywiadowców. Teraz podkomisarz osobiście zanurzył stalówkę w kałamarzu i podał pióro podejrzanemu. Ten wyciągnął rękę.

– Gdzie mi tu lewą?! – ryknął śledczy. – Chcesz w sądzie iść w unieważnienie protokołu? Masz mnie za głupiego?

– Nie odpowiem, bo mi pan przyszyje jeszcze obrazę władzy – odparł spokojnie recydywista. – Mańkut jestem.

– Mańkut? – Zyga zaczął kartkować akta, szukając kwitów z podpisem Sójki.

– Od urodzenia. Dlatego ledwo skończyłem szkołę. Ale to chyba nie przestępstwo? Chcę wrócić pod celę.

– Won! – zgodził się uprzejmie Maciejewski.

A potem wyjął z szuflady biurka nóż przyniesiony przez młodszego z braci Kołodziejów. Trzymając go za czubek ostrza, widział wyraźnie ślady palców pozostawione po lewej stronie. Bez linii papilarnych, bo sprawca prawdopodobnie miał rękawiczki, poza tym dowód nie był w porę zabezpieczony i cholera wie, co działo się z nim w rynsztoku na Żelaznej. Jedno pewne, ktoś z łapą ubrudzoną krwią trzymał go w prawej ręce. I jeszcze ten Joszke Flak, przypomniał sobie Zyga, wskazał lewą kieszeń. Może też był mańkutem i tak mu było wygodniej, a może właśnie dobrze zapamiętał?…

Zyga podniósł słuchawkę telefonu.

– Dyżurny, jutro rano chcę mieć posterunkowego Fałniewicza z drugiego i wywiadowcę Zielnego z pierwszego komisariatu – zakomenderował. – Na którą? Dla dowcipu niech będzie szósta rano. Znaleźć i zawiadomić! Ja będę. I dzbanek kawy z restauracji! Nigdzie się nie ruszam, na całą noc mam roboty.

*

Wytwórnia maszyn rolniczych Moritza przy 1 Maja robiła pełną parą. Przestała galopować inflacja, teraz i ziemianin, i zamożniejszy chłop nawet czuł w garści wagę swego pieniądza, a na gwałt trzeba było wsi młocarni i kieratów. Tylko między czwartą a szóstą rano tokarki i prasy parowe miały chwilę wypoczynku, motory mogły ostygnąć, a baby i dzieciaki zaangażowane na pół dniówki oczyścić jako tako halę, póki nie przyjdzie pierwsza zmiana, najlepsi fachowcy.

Wśród nich niemrawo zbliżał się do bramy fabrycznej ospały Józek Kołodziej. Niedawny bezrobotny, zabijający czas wśród ferajny Kośminka, nie przywykł wstawać przed południem, dlatego lazł do roboty w półśnie, ale zawziął się i miał nadzieję przywyknąć. Uczciwe życie stanęło przed nim otworem w sposób nieoczekiwany. Nie był kapuś i złodziejska granda to wiedziała, ale gdy szło o śmierć brata, honorowe zasady nie były już te, co przed wojną. Kiedyś taki chłopak jak on miałby mir, tylko gdyby poszedł mścić się z kosą w garści i zostawił Sójkę w kałuży krwi na środku placu Bychawskiego. Teraz nie żył już urka Mendel z Podzamcza i honor inne miał imię. Szczególnie że Sójka siedział w areszcie, bo gliny były pierwsze, więc jak go dorwać? Pozostawało jedynie osłodzić mu kiblowanie. Zatem nie tylko dzielnica machnęła ręką na to, że Józek zaniósł mentowni narzędzie zbrodni, ale też i dziennikarzom z miasta bardzo się to spodobało. Wtedy wkroczyła matka. Bo matka jest matka.

– A pan władza pamięta, że to mój synek panu odniósł ten przeklęty nóż? Ten sam, co ten skurwysyn nim dwie osoby i dziecko niewinne nienarodzone zaszlachtował?!… – awanturowała się nie tylko po komisariatach. – A pan majster to ma sumienie chrześcijańskie przyjmować do fabryki byle kogo, kiedy mój synuś, taki uczciwy i fachowiec, cierpi bezrobocie? Ślusarz fachowy, tylko mu się noga powinęła z głupoty, jak to ślusarzowi – dodała, bo i ona wiedziała dobrze, i ludzie wiedzieli, że sam pan majster dawniej robił wytrychy, kiedy potrzeba mu było forsy na chrzciny.

Lepszej protekcji zatem Józek mieć nie mógł i robił uczciwie, zwłaszcza że matka pilnowała go gorzej niż klawisz więzienny. A gdyby zaczął popijać z koleżkami, gotowa była wstydu narobić, przychodzić po niego na koniec zmiany, jakby był gówniarzem, którego trzeba odebrać ze szkoły po lekcjach. Matka ma swoje humory, lecz matka jest tylko jedna.

Minęła godzina i druga. Maszyny sapały i wystukiwały swoje miarowe rytmy, a młody Kołodziej raz za razem brał ze skrzynki toporne kształtki żelazne i przeistaczał je w wajchy zakończone z jednej strony trybem, z drugiej uchwytem na dłoń.

– Sprawnie pan to trzymasz – wyrwał go naraz znad roboty obcy głos.

Podniósł głowę i zobaczył dwóch facetów. Wyższego znał, to był komisarz ze Śledczego, Maciejewski. Miał sine z niewyspania oczy i czarny garnitur, jakby wybierał się na pogrzeb. Ten mniejszy, który zaczepił Józka, wyglądał jak alfons ze swoim szerokim, kwiatowym krawatem ze sztucznego jedwabiu do niebieskiej marynarki w prążki.

– Dziękuję szanownemu panu – powiedział Kołodziej – ale pan szanowny uważa na garderobę, bo smar może prysnąć. Czy coś trzeba podpisać, panie władzo?

– Nie trzeba. – Maciejewski pokręcił głową. – Pan naprawdę sprawnie to w garści trzymasz. W prawej garści. A Sójka jest mańkut.

Nie wykonali najmniejszego ruchu w jego stronę i to był ich błąd. Józek znał fabrykę, w której maszyny, podręczne magazyny i stanowiska tokarskie tylko z pozoru wyglądały jak labirynt, a dla wtajemniczonych były niczym plan Starego Miasta, trzy uliczki na krzyż. Odskoczył w tył, przebiegł piętnaście kroków w lewo, kilka w prawo, po czym zostawiwszy pogoń za syczącym wściekle, wypełnionym płynnym żeliwem tyglem pełznącym powoli na łańcuchach, już był prawie przy kantorku z tylnym wyjściem na magazyn.

Tam zderzył się jednak z twardym niemalże jak ów tygiel postawnym posterunkowym Fałniewiczem. Kołodziej zachwiał się, na mundurowym nie zrobiło to wrażenia. Policjant wykręcił Józkowi rękę i przycisnął go twarzą do betonowej posadzki o zapachu opiłków metalu, oliwy do maszyn, ludzkiej pracy i pewnie nawet pieniędzy, niestety tych jeszcze Józek Kołodziej nie zdążył się tu dość nawąchać.

– Jest pan zatrzymany pod zarzutem potrójnego zabójstwa swojego brata Piotra, Hanny Rutki oraz ich nienarodzonego dziecka – powiedział Maciejewski, zapinając kajdanki.

Chociaż ubrany porządnie, spod jego pachy było czuć, jakby w tym garniturze przeżył pogrzeb, stypę i jeszcze tęgą popijawę w gronie najbliższych żałobników. Taki już był.

VI

Maciejewski patrzył ze złością na zegarek. Fakt, Lublin nie był metropolią i jeśli za kwadrans stąd wyjdzie, nie spóźni się na rendez-vous tak bardzo, by miało to mieć przykre reperkusje.

Niestety miał przed sobą niepoprawnego milczka.

– Sójka, ja cię znam i ty mnie znasz, więc darujmy sobie wstępne grzeczności – zaproponował. – Jedno mi tylko powiedz, bo nie rozumiem. Byłeś porządnym złodziejem, ledwie cię od stryczka urwałem, a tu teraz mam w papierach, że jak byle łajza pobiłeś słabszego, kalekę…

Zatrzymany milczał, wpatrzony w zakratowane okno piwnicy, jakby naprawdę spodziewał się w nim zobaczyć cokolwiek poza tylnym zderzakiem zaparkowanego tam policyjnego auta. Zepsutego od miesięcy. Cmoknął nerwowo i niechętnie spojrzał na glinę.

– Skurwysyna pobiłem. Nieprawdę śpiewał – wycedził. – Kłamstwa o mnie i o panu komisarzu. Ja spłaciłem mój dług. Coś jeszcze? Czy mogę mocz oddać, że tak powiem urzędowo? – Ruchem głowy wskazał kubeł przykryty metalowym wiekiem.

– Uważaj, Sójka, bo świat jest mały – warknął Zyga i załomotał w drzwi celi.

Kiedy mundurowy zamykał zasuwy, podkomisarz wygrzebał z pudełka niespaloną zapałkę i zaciągnął się papierosem.

– Dać kolację – polecił policjantowi. – Odczekać, aż strawi, i wlać pałką. Ale tak po ojcowsku, z miłością, rozumiemy się?

– Tak jest! Żeby skruszał? – spytał klawisz dla czystej formalności.

– Nie, dla zasady. A potem wypuścić.

– No ale jak to wypuścić, panie komisarzu? Są przepisy.

Maciejewski położył policjantowi ciężką łapę na ramieniu, poklepał go i poczęstował papierosem.

– Przepisy, posterunkowy, biorę na siebie. W końcu palić tutaj też nie wolno – zauważył, podając ogień.

*

Niewidomy grajek szóstym albo i siódmym zmysłem wyczuł zainteresowanie stojącego nad nim widza, dlatego gramofon zachrypiał tak, jakby też lubił sobie wypić i zapalić:

A rankiem budzą go tajniacy:

„Całą noc spałeś? Sukinsyn!

Dowody mamy jak na tacy!

Na dom twej Hanki napad był.

Trzy trupy – gęby glin się cieszą

– bo w ciąży była Hanka twa”.

Stach, choć niewinny, to nie przeczy.

Dopiero w celi cicho łka.

Śledztwo prowadził Maciejewski

– Stach w niebo patrzył spoza krat,

A w pociąg już w Warszawie siadał

Ten drugi Maciejewski – kat.

– I tyle? – warknął wierny słuchacz. – Wiesz, kto ja jestem?

Harmonista, ociemniały wprawdzie nie w wyniku ataku gazowego podczas wielkiej wojny, jak miał to wypisane na tabliczce, ale z powodu bimbru ze złego źródła, zafrasował się. Było późno, czego nie mógł wprawdzie widzieć, ale czuł, jak chłodnieje mur za jego plecami. Krzyczeć pomocy? To jak prosić się o danie w mordę!

– To było ostatni raz, panie komisarzu – obiecał, bo mówiono mu, że kierownik Wydziału Śledczego miał osobisty uraz do tej piosenki.

Kopniak zmasakrował miech instrumentu. Czyli to nie był glina. Grajek spodziewał się zatem kolejnego ciosu, tym razem w twarz, lecz jego nos połaskotał banknot. Wiele by dał za zmysł wzroku, aby poznać nominał.

– To pięćdziesiątka – usłyszał, a słuch miał dobry, wręcz coraz lepszy, odkąd oczy odmówiły mu posłuszeństwa. – A to druga na akordeon. Jeżeli cię jednak jeszcze raz zobaczę, to nie będzie trzeciej. Wiesz, co będzie?

– Wiem – odparł natychmiast ślepiec. – Bardzo pana szanownego przepraszam. Balladę o Stachu i Maciejewskim śpiewają jeszcze garbus przy placu Dworcowym i jeden taki łamaga sztukowany na Grodzkiej – doniósł skwapliwie.

– Wiem. – Ręka w chłodnej skórzanej rękawiczce poklepała twarz muzyka. – Oni już nie śpiewają. Ty byłeś ostatni.

I umarła uliczna ballada, która mogła przebić Bal na Gnojnej, ale tak już bywa w naszym mieście, że w zarodku dusi się rzeczy wielkie, pod hajrem!