Wydawca: Ya! Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 339 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Głębia Challengera - Neal Shusterman

Niepokojąca podróż przez głębię ludzkiego umysłu.
Wyjątkowo osobista książka jednego z najpoczytniejszych autorów powieści dla młodzieży.
Opowieść o chłopcu, który powoli pogrąża się w chorobie psychicznej. Caden Bosch jest rozdarty między tym co widzi, a tym, co wie, że jest prawdziwe. Ma paranoje i halucynacje. Jest zdolnym uczniem liceum obdarzonym artystyczną wrażliwością, jednak coraz częściej wydaje mu się, że bierze udział w misji badającej Głębię Challengera, najgłębiej położonego punktu Rowu Mariańskiego. Jest świadomy, że jego świat się rozpada i coraz bardziej przerażony, że powoli przestaje odróżniać, co jest prawdą, a co ułudą.

Wnikliwa i niezwykle realistyczna, poruszająca i nie dająca spokoju powieść powstała na podstawie osobistych przeżyć autora, którego syn Brendan cierpi na chorobę umysłową.

Opinie o ebooku Głębia Challengera - Neal Shusterman

Fragment ebooka Głębia Challengera - Neal Shusterman

Neal Shusterman

Głębia Challengera

przełożył Rafał Lisowski

Tytuł oryginału: Challenger Deep

Text copyright © 2015 by Neal Shusterman

Interior illustrations copyright © 2015 by Brendan Shusterman

Published by arrangement with HarperCollins Publishers.

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVII

Copyright © for the Polish translation by Rafał Lisowski, MMXVII

Wydanie I 

Warszawa MMXVII

Dla doktora Roberta Woodsa

Podziękowania

Głębia Challengerato owoc miłości, dzieło, które powstawało przez lata. Przede wszystkim chcę podziękować mojemu synowi Brendanowi za jego wkład, mojemu synowi Jarrodowi za niesamowite zwiastuny książki oraz moim córkom, Joelle i Erin, za wiele cennych spostrzeżeń i za to, że są cudownymi ludźmi. Najszczersze wyrazy wdzięczności kieruję do mojej dyrektor wydawniczej Rosemary Brosnan, redaktor prowadzącej Jessiki MacLeish i wszystkich z wydawnictwa HarperCollins za niesamowite wsparcie okazane tej książce. Dziękuję również moim asystentkom Barb Sobel i Jessice Widmer za porządkowanie mojego życia i grafiku wystąpień publicznych. Chciałbym podziękować Orange County Fictionaires za lata wsparcia i konstruktywnej krytyki, NAMI, czyli National Alliance on Mental Illness [Krajowemu Stowarzyszeniu ds. Chorób Psychicznych], za to, że jest tak wspaniałym źródłem wiedzy; i wreszcie moim przyjaciołom, którzy byli przy mnie w najlepszych i w najgorszych chwilach.

Dziękuję Wam wszystkim! Moja miłość do Was jest bez dna.

1 Czuję zapach ludzkiej krwi

Na pewno wiesz dwie rzeczy. Po pierwsze: byłeś tam. Po drugie: nie mogło cię tam być.

Żeby połączyć te dwie sprzeczne prawdy, potrzebna jest umiejętność żonglerki. Oczywiście żonglerka wymaga trzeciej piłki, żeby rytm był płynny. Ta trzecia piłka to czas – który podskakuje gwałtowniej, niż chcielibyśmy wierzyć.

Jest piąta rano. Wiesz o tym, bo na ścianie twojej sypialni wisi zegar na baterie, tykający tak głośno, że czasem musisz nakryć się poduszką. Ale choć tutaj jest piąta rano, jednocześnie gdzieś w Chinach jest piąta po południu – co udowadnia, że sprzeczne prawdy absolutnie mają sens, jeśli spojrzeć na nie z globalnej perspektywy. Przekonałeś się jednak, że wysyłanie myśli do Chin to nie zawsze dobry pomysł.

Twoja siostra śpi w sąsiednim pokoju, a dalej – twoi rodzice. Twój tata chrapie. Za chwilę twoja mama szturchnie go tak, że ojciec przewróci się na drugi bok, a wtedy chrapanie zamilknie, może aż do rana. To wszystko jest normalne i ta świadomość bardzo krzepi.

Po drugiej stronie ulicy na trawniku sąsiada włączają się zraszacze, syczą tak głośno, że zagłuszają tykanie zegara. Przez otwarte okno czujesz zapach wodnej mgiełki – lekko chlorowanej, mocno fluorowanej. Czyż to nie wspaniale, że trawniki w sąsiedztwie będą miały zdrowe zęby?

Syk zraszaczy to nie jest odgłos węży.

A malowane delfiny na ścianie u twojej siostry nie knują morderczych intryg.

A oczy stracha na wróble nie widzą.

Mimo to są takie noce, kiedy nie możesz zasnąć, bo rzeczy, którymi żonglujesz, wymagają od ciebie pełnej koncentracji. Boisz się, że któraś piłka upadnie, i co wtedy? Nie śmiesz sobie wyobrażać, co nastąpi po takiej chwili. Bo w takiej chwili czai się kapitan. Jest cierpliwy. I czeka. Zawsze.

Jeszcze zanim był statek, istniał już kapitan.

Ta podróż zaczęła się od niego, domyślasz się, że na nim się zakończy, a wszystko pomiędzy to sypka mąka z wiatraków, które mogłyby być olbrzymami mielącymi kości na chleb.

Stąpaj ostrożnie albo je zbudzisz.

2 Na dole można by spędzić wieczność

– Nie wie nikt, jak tam jest głęboko – mówi kapitan. Jego lewy wąs drga niczym ogon szczura. – Gdy kto w tę niezgłębioną czeluść wpadnie, to dni miną, zanim dojdzie do dna.

– Ale przecież rowy zmierzono – śmiem zauważyć. – Ludzie już tam byli. Wiem, że ta głębia ma dziesięć tysięcy dziewięćset metrów.

– Wiesz? – powtarza drwiąco. – Skąd niby rozdygotane, niedożywione szczenię takie jak ty miałoby wiedzieć cokolwiek ponad to, że ma mokry nos? – Potem śmieje się z tej oceny. Ogorzała twarz kapitana jest pełna zmarszczek, bo spędził całe życie na morzu, ale wiele z nich kryje się pod ciemną, splątaną brodą. Kiedy się śmieje, zmarszczki naciągają się i widać mięśnie oraz ścięgna na jego karku. – Ano, prawda to, że ci, co zapuścili się w wody tego rowu, twierdzą, że widzieli dno, ale łżą. Łżą, aż się za nimi kurzy, lecieć potem z miotłą trzeba, coby z nich wypłoszyć ten kurz.

Przestałem starać się zrozumieć słowa kapitana, ale i tak mi ciążą. Jakbym coś przegapił. Coś ważnego i złudnie oczywistego, co zrozumiem dopiero wtedy, gdy będzie już za późno, żeby to miało znaczenie.

– Tam na dole można by spędzić wieczność – mówi kapitan. – Nie daj sobie wmówić, że jest inaczej.

3 To ci dobrze zrobi

Mam taki sen. Leżę na stole w aż za jasno oświetlonej kuchni, w której wszystkie urządzenia są lśniąco białe. Nie tyle nowe, ile udają takie. Plastik z chromowanymi akcentami, ale głównie plastik.

Nie mogę się ruszyć. Albo nie chcę. Albo się boję. Za każdym razem ten sen jest trochę inny. Wokół mnie krążą ludzie, tylko że to nie ludzie, a potwory w przebraniu. Weszły do mojego umysłu i wyrwały z niego obrazy, zmieniły te obrazy w maski ludzi, których kocham – ale ja wiem, że to tylko kłamstwo.

Śmieją się i mówią o rzeczach, które nic dla mnie nie znaczą, a ja leżę sparaliżowany wśród tych fałszywych twarzy, w samym środku uwagi. Zachwycają się mną, ale w taki sposób, w jaki zachwycamy się czymś, wiedząc, że wkrótce tego nie będzie.

– Chyba za wcześnie wyjęte – mówi potwór z twarzą mojej matki. – Za krótko siedziało.

– Tylko w jeden sposób można się o tym przekonać – odpowiada potwór przebrany za mojego ojca.

Wszędzie wkoło wyczuwam śmiechy – nie dobiegają z ich ust, bo usta masek się nie poruszają. Śmiech jest w ich myślach, którymi rzucają we mnie jak zatrutymi strzałkami z wyciętych dziur na oczy.

– To ci dobrze zrobi – mówi jeden z pozostałych potworów.

Potem brzuchy burczą im tak głośno jak osypująca się góra, kiedy wyciągają ku mnie ręce i pazurami rozdzierają na strzępy swoje główne danie.

4 Tym cię mogą załatwić

Nie pamiętam, kiedy zaczęła się ta podróż. Zupełnie jakbym był tu zawsze, tylko że to niemożliwe, bo istniało jakieś „wcześniej”, zaledwie tydzień, miesiąc albo rok temu. Ale jestem prawie pewien, że wciąż mam piętnaście lat. Nawet jeśli przebywam na tej starej drewnianej łajbie całe lata, wciąż mam piętnaście lat. Tutaj czas płynie inaczej. Nie porusza się naprzód, ale na boki jak krab.

Nie znam wielu pozostałych członków załogi. A może po prostu zapominam ich po chwili, bo wszyscy mają w sobie coś bezimiennego. Są wśród nich starsi, którzy chyba spędzili całe życie na morzu. To oficerowie na tym statku, o ile można ich tak nazwać. Halloweenowi piraci, tak samo jak kapitan, ze sztucznymi poczerniałymi zębami, bawiący się w „cukierek albo psikus” na progu piekła. Śmiałbym się z nich, gdybym nie wierzył z całego serca, że wyłupią mi oczy plastikowymi hakami.

Są też młodsi, dzieci takie jak ja: ich przestępstwa wygnały je z ciepłych domów albo z zimnych domów, albo z braku domów, wskutek rodzicielskiego spisku, który widzi wszystko nieruchomymi oczami Wielkiego Brata.

Moi koledzy z załogi, i chłopcy, i dziewczyny, skupiają się na swojej bezproduktywnej robocie i nie mówią do mnie nic oprócz: „Zejdź mi z drogi” albo „Nie ruszaj moich rzeczy”. Zupełnie jakby ktoś z nas miał cokolwiek, czego warto pilnować. Czasami próbuję pomóc im w ich zajęciach, ale odwracają się albo odpychają mnie, niezadowoleni, że się zaoferowałem.

Ciągle sobie wyobrażam, że na pokładzie jest moja młodsza siostra, chociaż wiem, że jej tu nie ma. Nie powinienem pomóc jej w matematyce? W myślach widzę, jak na mnie czeka i czeka, ale nie wiem, gdzie jest. Wiem tylko tyle, że nie przychodzę. Jak mogłem jej to zrobić?

Wszystkich na pokładzie ma na oku kapitan, który jest w pewien sposób znajomy, a w pewien nie. Wydaje się, że wie o mnie wszystko, chociaż ja nie wiem o nim nic.

– To jest moja sprawa, żeby trzymać w garści twoje sprawy – powiedział.

Kapitan ma przepaskę na oku i papugę. Papuga ma przepaskę na oku i kartę magnetyczną na szyi.

– Nie powinno mnie tu być – skarżę się kapitanowi. Zastanawiam się, czy mówiłem mu to już wcześniej. – Czekają na mnie klasówki i referaty do napisania, i brudne ciuchy, których nie zdążyłem pozbierać z podłogi, i koledzy, masa kolegów.

Kapitan zaciska szczęki i nic nie odpowiada, za to papuga mówi:

– Tu też będziesz miał kolegów, masę kolegów, tu też!

Któreś z dzieci szepce mi do ucha:

– Nic nie mów papudze. To tym cię mogą załatwić.

5 Jestem kompasem

Tego, co czuję, nie da się ująć w słowa albo może się da, ale są to słowa w języku, którego nikt nie rozumie. Moje emocje mówią językami. Radość przekształca się w gniew, gniew w strach, a strach w ironiczne rozbawienie, jak wtedy, gdy skaczesz z samolotu z szeroko rozłożonymi rękami, wiedząc bez cienia wątpliwości, że potrafisz latać, a potem odkrywasz, że wcale nie potrafisz i nie tylko nie masz spadochronu, ale nawet ubrania, a ludzie w dole patrzą przez lornetki i śmieją się z ciebie, gdy spadasz jak kłoda ku bardzo krępującej zgubie.

Nawigator każe mi się tym nie przejmować. Wskazuje palcem blok pergaminu, w którym często rysuję dla zabicia czasu.

– Ujmij swoje uczucia w linie i kolory – mówi. – Kolor, walor, fular, dolar. Prawdziwe bogactwo jest w tym, jak twoje rysunki chwytają mnie za serce, krzyczą do mnie, otwierają mi oczy. Moje mapy wskazują nam kierunek, ale twoje wizje wskazują nam drogę. Jesteś kompasem, Cadenie Boschu. Jesteś kompasem!

– Jeżeli jestem kompasem, to raczej takim do niczego – stwierdzam. – Nie umiem znaleźć północy.

– Oczywiście, że umiesz – odpowiada. – Po prostu na tych wodach północ ciągle goni własny ogon.

To mi przypomina pewnego kolegę, który myślał, że północ znajduje się zawsze tam, gdzie patrzył. Teraz myślę, że może miał rację.

Nawigator wybrał mnie na współlokatora, kiedy mój dawny sąsiad, którego ledwo co pamiętam, zniknął bez wyjaśnienia. Dzielimy kajutę za małą dla jednej osoby, a co dopiero dla dwóch.

– Jesteś najprzyzwoitszy wśród tutejszych nieprzyzwoitych – mówi mi. – Twoje serce nie nasiąkło chłodem morza. Poza tym masz talent. Talent, talon, trwałość, zazdrość. Twój talent sprawi, że cały statek zzielenieje z zazdrości, zapamiętaj moje słowa!

To chłopak, który był już na wielu wyprawach. I jest dalekowidzem. To znaczy, że kiedy na ciebie patrzy, nie widzi ciebie, ale coś za tobą, ileś wymiarów dalej niż nasz. Zwykle nie patrzy na ludzi. Za bardzo jest zajęty tworzeniem map nawigacyjnych. Tak je w każdym razie nazywa. Są pełne liczb i słów, i strzałek, i linii łączących kropki gwiazd w konstelacje, których nigdy wcześniej nie widziałem.

– Tutaj niebo jest inne – mówi. – Trzeba widzieć w gwiazdach inne wzory. Wzory, wagary, skalary, zegary. Chodzi o to, żeby odmierzać mijający dzień. Rozumiesz?

– Nie.

– Jak ziemia, to płoza, jak płoza, to koza. To jest odpowiedź, powiadam. Koza. Zjada wszystko, trawi świat, zmienia go w część własnego dna, a potem wypluwa, przywłaszczając sobie jego terytorium. Terytorium, prosektorium, podmuch, posłuch. Posłuchaj, co mówię. Znak kozy kryje odpowiedź na pytanie o cel naszej podróży. W tym wszystkim jest sens. Szukaj kozy.

Nawigator jest genialny. Tak genialny, że głowa mi pęka od samej jego obecności.

– Dlaczego się tu znalazłem? – pytam go. – Skoro wszystko ma sens, jaki jest mój sens na tym statku?

Wraca do swoich map, pisze jakieś słowa i dodaje nowe strzałki do tych, które już tam są, nawarstwia swoje myśli tak gęsto, że tylko on umie je rozszyfrować.

– Sens, fajans, futryna, fiszbin, delfin, drzwi. Ty stanowisz drzwi do zbawienia świata.

– Ja? Jesteś pewien?

– Równie pewien jak tego, że jedziemy tym pociągiem.

6 Taki kłopot

Drzwi, futryna, delfiny tańczą na ścianach pokoju mojej siostry, kiedy stoję w drzwiach. Delfinów jest siedem. Wiem, bo to ja je dla niej namalowałem, a każdy symbolizuje jednego z Siedmiu samurajów Kurosawy, ponieważ chciałem, żeby wciąż je ceniła, kiedy będzie starsza.

Dziś wieczorem delfiny piorunują mnie wzrokiem, a choć ze względu na brak kciuków raczej nie poradzą sobie z mieczami, wydają mi się dużo groźniejsze niż zwykle.

Mój ojciec kładzie Mackenzie do łóżka. Dla niej jest już późno, ale dla mnie nie. Właśnie skończyłem piętnaście lat; ona niedługo skończy jedenaście. Minie jeszcze wiele godzin, zanim zasnę. O ile zasnę. Bo może nie. Nie dzisiaj.

Na dole matka rozmawia z babcią przez telefon. Słyszę, jak gada o pogodzie i termitach. Termity pożerają nasz dom.

– …ale dezynsekcja pod płachtą to taki kłopot – słyszę słowa mamy. – Musi być lepszy sposób.

Tata całuje Mackenzie na dobranoc, a potem się odwraca i widzi, że tam stoję, nie całkiem w pokoju, ale nie całkiem na zewnątrz.

– O co chodzi, Caden?

– Nic, po prostu… Nieważne.

Ojciec wstaje, a moja siostra odwraca się do ściany z delfinami, pokazując, że szykuje się do krainy snów.

– Jeśli masz problem, możesz mi powiedzieć – mówi tata. – Wiesz o tym, prawda?

Odpowiadam tak cicho, żeby Mackenzie nie słyszała:

– No bo… w szkole jest taki jeden chłopak.

– Tak?

– To znaczy nie jestem pewien…

– Tak?

– No bo… myślę, że chce mnie zabić.

7 Dobroczynna otchłań

W centrum handlowym jest taki kubeł na datki. Duży żółty lejek do zbierania pieniędzy dla jakiejś instytucji na rzecz dzieci, o których bardzo nieprzyjemnie myśleć. „Małe Ofiary Dalekich Wojen Bez Rąk i Nóg” albo coś w tym stylu. Wrzuca się monetę w szparę. Moneta kręci się w kółko w tym dużym żółtym lejku przez dobrą minutę, terkocze rytmicznie coraz głośniej i głośniej, coraz gwałtowniej, coraz rozpaczliwiej, w miarę jak spiralnym ruchem zbliża się do otworu. Kręci się coraz szybciej – cała ta energia kinetyczna jest wtłaczana w szyjkę, aż wreszcie lejek ryczy niczym tuba alarmowa – a potem milknie, kiedy moneta spada w czarną otchłań kubła.

Jestem tą monetą, kiedy się zsuwa, wyje w szyjce lejka, i nic poza moją energią kinetyczną i siłą odśrodkową nie powstrzymuje mnie przed spadnięciem w ciemność.

8 Sprowadzenie na ziemię

– Jak to chce cię zabić? – Mój tata wychodzi na korytarz na piętrze i zamyka drzwi do pokoju siostry. Słabe światło pada pod nieśmiałym kątem z łazienki w głębi holu. – Caden, to jest poważna sprawa. Jeżeli jakiś chłopiec w szkole ci grozi, musisz mi powiedzieć, co się dzieje.

Stoi i czeka, a ja żałuję, że się w ogóle odezwałem. Mama dalej rozmawia z babcią przez telefon i przychodzi mi do głowy, że może to wcale nie jest babcia, może mama udaje – rozmawia z kimś innym, być może o mnie, używając szyfru. Ale po co? Przecież to bez sensu. Nie, po prostu gada z babcią. O termitach.

– Powiedziałeś o tym chłopcu nauczycielom?

– Nie.

– Co zrobił? Groził ci bezpośrednio?

– Nie.

Tata robi głęboki wdech.

– Dobrze, to skoro otwarcie ci nie groził, może nie jest aż tak źle, jak myślisz. Czy on chodzi do szkoły z jakąś bronią?

– Nie. To znaczy może. Tak… tak, myślę, że chyba ma nóż.

– Widziałeś?

– Nie, po prostu wiem. No wiesz, to jest ten typ chłopaka, który ma nóż.

Tata znowu głęboko oddycha i drapie się po przerzedzonych włosach.

– Powtórz mi dokładnie, co ci powiedział. Spróbuj sobie wszystko przypomnieć.

Grzebię głęboko w mózgu, szukając słów, które to wytłumaczą, ale nie daję rady.

– Nie chodzi o to, co powiedział, ale czego nie powiedział.

Mój tata jest księgowym: lewa półkula, rozumowanie liniowe, dlatego wcale mnie nie dziwi, kiedy stwierdza:

– Nie rozumiem.

Odwracam się i zaczynam bawić fotografią rodzinną na ścianie, przekrzywiam ją. To mi przeszkadza, więc szybko znowu ją prostuję.

– Nieważne – odpowiadam. – To nie ma znaczenia. – Próbuję uciec na dół po schodach, bo bardzo chcę usłyszeć, o czym rozmawia mama, ale tata lekko łapie mnie za ramię. Wystarczy, żeby mnie zatrzymać.

– Poczekaj chwilę – mówi. – Chciałbym wszystko zrozumieć. Chłopiec, który cię zdenerwował, chodzi z tobą do klasy i w jego zachowaniu jest coś, co wydaje ci się groźne.

– W sumie to nie mam z nim lekcji.

– Więc skąd go znasz?

– Nie znam. Ale czasami mijam go na korytarzu.

Tata spuszcza wzrok, liczy coś w myślach, a potem znowu na mnie patrzy.

– Caden… skoro go nie znasz, a on nigdy ci nie groził, po prostu czasem mija cię na korytarzu, to skąd przyszło ci do głowy, że chce ci zrobić krzywdę? Pewnie nawet cię nie kojarzy.

– Jasne, masz rację, po prostu jestem zestresowany.

– Pewnie reagujesz przesadnie.

– Właśnie, przesadnie. – Teraz, kiedy powiedziałem to na głos, słyszę, jak głupio brzmiało to, co mówiłem wcześniej. Przecież ten chłopak nawet nie wie, że istnieję. A ja nie wiem, jak ma na imię.

– Liceum bywa stresujące – stwierdza tata. – Wiele rzeczy może człowieka zdenerwować. Przykro mi, że nosiłeś w sobie coś takiego. Co za straszna myśl! Ale każdy czasami potrzebuje, żeby go sprowadzić na ziemię, no nie?

– Właśnie.

– To co, lepiej się czujesz?

– Aha, już lepiej. Dzięki.

Kiedy odchodzę, on dalej mi się przygląda, jakby wiedział, że kłamię. Rodzice zauważyli, że ostatnio mnie nosi. Tata uważa, że powinienem zająć się sportem, żeby uwolnić tę nerwową energię. Mama uważa, że powinienem uprawiać jogę.

9 Nie jesteś pierwszy i nie będziesz ostatni

Morze rozciąga się we wszystkie strony. Przed nami, za nami, za prawą burtą, za lewą i w dół, w dół, w dół. Nasz statek to galeon, sfatygowany milionem wypraw sięgających czasów jeszcze mroczniejszych niż obecne.

– To najlepszy statek tego rodzaju – powiedział mi kiedyś kapitan. – Zaufaj mu, a nigdy nie zwiedzie cię na manowce.

Całe szczęście, bo u steru nigdy nikogo nie ma.

– Czy on ma jakąś nazwę? – spytałem kiedyś kapitana.

– Nadać mu nazwę to go zatopić – odparł. – To, co nazywamy, waży więcej niż morze, które wypiera. Spytaj dowolnego wraku.

Nad łukiem głównego włazu wisi wypalona w drewnie tabliczka z napisem: Nie jesteś pierwszy i nie będziesz ostatni. Zadziwia mnie, że wobec tych słów czuję się jednocześnie nieistotny i wyróżniony.

– Przemawia do ciebie? – pyta papuga przycupnięta nad włazem, obserwując mnie, stale mnie obserwując.

– Nie za bardzo – odpowiadam.

– Jeśli przemówi – radzi papuga – to każde słowo zapisuj.

10 W kuchni strachów

W Plastikowej Białej Kuchni bywam prawie co noc. Konkrety zmieniają się za każdym razem na tyle, żebym nie mógł przewidzieć wyniku snu. Gdyby zawsze było tak samo, przynajmniej wiedziałbym, czego się spodziewać – a gdybym to wiedział, mógłbym przygotować się na najgorsze.

Tej nocy się chowam. Mało jest w kuchni miejsc, gdzie można się ukryć. Wepchnąłem się do supernowoczesnej lodówki. Drżę i myślę o kapitanie. O tym, że nazwał mnie rozdygotanym szczenięciem. Ktoś otwiera drzwiczki; jej maski nie kojarzę. Kręci głową.

– Biedaczysko, musi ci być zimno. – Nalewa kawy z pełnego dzbanka, ale zamiast mi ją podać, sięga wprost przez mój pępek i z lodówki, skądś za mną, wyjmuje mleko.

11 Wszystko, co okropne, ma też piękną stronę

Pod głównym pokładem znajdują się kajuty załogi. Pokład załogi jest dużo większy, niżby się wydawało, jeśli patrzeć na statek z zewnątrz. Tak duży, że to wręcz niemożliwe. Jest tam długi korytarz, który ciągnie się i ciągnie, jakby nigdy się nie kończył.

Szczeliny między deskami, z których składają się kadłub i pokłady statku, wypełnia cuchnąca czarna smoła, żeby woda się tamtędy nie wlewała. Smród nigdzie nie jest silniejszy niż tam na dole – ostry i organiczny, jakby te wszystkie organizmy, które czas zatopił w tej smole, wciąż nie skończyły się rozkładać. Cuchnie tam zagęszczonym potem i tym, co zbiera się pod paznokciami u nóg.

– Zapach życia, mały – odparł kapitan z dumą, gdy pewnego razu spytałem go o ten smród. – Może i życia w stanie transformacji, ale jednak życia. Jest jak słony fetor basenu pływowego. Ostry i paskudny, a jednak orzeźwiający. Fala uderza o brzeg, wtłacza ci mgiełkę do nosa, ale czy na nią złorzeczysz? Nie! Bo przypomina ci, jak bardzo kochasz morze. Ten letni zapach plaży, który zabiera cię do najbardziej błogiego miejsca twojej duszy, to nic innego niż łagodna woń morskiego rozkładu. – Potem odetchnął głęboko i z zadowoleniem, aby dowieść swojej racji. – Powiadam ci, wszystko, co okropne, ma też piękną stronę.

12 Zakupy

Kiedy ja i moi koledzy byliśmy młodsi i umieraliśmy z nudów w centrum handlowym, mieliśmy taką grę. Nazywaliśmy ją „Psychol na zakupach”. Wybieraliśmy sobie jakąś osobę, parę, a czasem całą rodzinę – ale zawsze najlepiej wychodziło z kimś, kto robił zakupy sam. Potem wymyślaliśmy historię jego tajnej motywacji. Zwykle miała związek z siekierą i/lub piłą łańcuchową oraz piwnicą i/lub strychem. Pewnego razu upatrzyliśmy sobie drobną staruszkę, która kuśtykała przez centrum handlowe z taką zawziętością wypisaną na ściągniętej twarzy, że uznaliśmy ją za wymarzoną seryjną morderczynię. Historia była taka, że kupuje w centrum całą masę rzeczy – za dużo, żeby to wszystko unieść, więc zamawia dostawę. Potem łapie kuriera i zabija go właśnie tym, co jej przywiózł. W piwnicy i/lub na strychu ma całą kolekcję nowo zakupionych narzędzi zbrodni i martwych kurierów z ups.

Chodziliśmy więc za nią przez jakieś dwadzieścia minut, przekonani, że to jest strasznie śmiesznie… aż weszła do sklepu ze sztućcami i kupiła nowiutki nóż rzeźnicki. Wtedy zrobiło się jeszcze śmieszniej.

Ale kiedy wychodziła ze sklepu, nawiązałem z nią kontakt wzrokowy – głównie dlatego, że założyłem się sam ze sobą, że nie stchórzę. Wiem, że tylko mi się przywidziało, ale w jej oczach były złośliwość i okrucieństwo, których nigdy nie zapomnę.

Ostatnio wszędzie widuję te jej oczy.

13 Dół nie istnieje

Stoję pośrodku salonu, zatapiam zgięte palce stóp w naszym pluszowym, lecz bezdusznie beżowym dywanie.

– Co robisz? – pyta Mackenzie, gdy wraca ze szkoły i rzuca plecak na kanapę. – Dlaczego tak stoisz?

– Słucham – odpowiadam.

– Czego słuchasz?

– Nasłuchuję termitów.

– Termity słychać? – Ta myśl ją przeraża.

– Może.

Nerwowo skubie duże niebieskie guziki swojego żółtego wełnianego płaszczyka, zupełnie jakby przed termitami można się było pozapinać jak przed chłodem. Potem nieśmiało przykłada ucho do ściany, bo pewnie uznała, że tak łatwiej będzie usłyszeć termity, niż stojąc na środku cichego pokoju. Słucha przez kilka chwil, po czym mówi trochę niespokojnie:

– Nic nie słyszę.

– Nie bój się – odpowiadam moim najbardziej pocieszającym tonem. – Termity to tylko termity.

I choć to najbardziej neutralne stwierdzenie świata, rozbraja cały insektowy niepokój, jaki w niej zaszczepiłem. Zadowolona idzie do kuchni coś przegryźć.

Ja się nie ruszam. Nie słyszę termitów, ale je wyczuwam. Im więcej o nich myślę, tym bardziej je wyczuwam, i to mnie dekoncentruje. Jestem dziś bardzo zdekoncentrowany. Nie przez rzeczy, które widzę, ale przez te, których nie widzę. Rzeczy w ścianach i wiele pod moimi stopami, rzeczy, które od zawsze budziły u mnie dziwną fascynację. Dziś ta fascynacja oblazła mnie jak zgraja drzewożernych owadów powoli rujnujących nasz dom.

Mówię sobie, że to dobrze, bo dzięki temu nie wpadam w spiralę paskudnych myśli o tym, co być może dzieje się w szkole, a być może nie. Pożyteczna dekoncentracja, więc chwilowo jej ulegam.

Zamykam oczy i czuję. Przeciskam myśli przez podeszwy stóp.

Moje stopy stoją na bezpiecznym, twardym podłożu, ale to tylko złudzenie. Nasz dom należy do nas, prawda? Ale właściwie to nie, bo hipotekę ma bank. Więc co należy do nas? Ziemia? Też nie, bo co prawda mamy akt własności ziemi, na której stoi dom, ale nie mamy praw do minerałów. Co to są minerały? Wszystko, co znajduje się w glebie. Generalnie jeśli coś jest wartościowe albo może być wartościowe kiedyś, nie jest nasze. Do nas należy tylko pod warunkiem, że nie ma wartości.

Więc co tak naprawdę znajduje się pod moimi stopami, pod tym kłamstwem o własności? Kiedy się skupię, czuję, co tam jest. Pod dywanem – betonowa płyta spoczywająca na gruncie ubitym dwadzieścia lat temu ciężkim sprzętem. Niżej – zagubione życie, którego nikt nigdy nie odnajdzie. Mogą tam być ślady cywilizacji zniszczonych przez wojny, przez bestie albo przez układy odpornościowe, które oblały niezapowiedzianą kartkówkę z bakterii. Czuję kości i skorupy prehistorycznych stworzeń. Potem wysyłam myśli jeszcze głębiej do skały macierzystej, gdzie w kieszonkach gaz wrze i bulgocze od zaburzeń jelitowych ziemi usiłującej strawić długą i często smutną historię swojego życia. Do miejsca, gdzie wszystkie boże stworzenia zostają w końcu przefiltrowane przez skałę i przekształcone w czarną maź, którą my wysysamy potem z ziemi i spalamy w naszych samochodach, zmieniając te niegdyś żywe organizmy w gazy cieplarniane, co chyba lepsze, niż gdyby spędziły wieczność jako szlam.

Jeszcze głębiej czuję, jak chłód ziemi jest zastępowany żarem, aż wreszcie trafiam na jaskinie rozgrzanej do czerwoności, a później do białości magmy, wirującej pod niewyobrażalnym ciśnieniem. Jądro zewnętrzne, potem jądro wewnętrzne, aż do samego centrum grawitacji, a potem grawitacja się odwraca. Żar i ciśnienie zaczynają słabnąć. Ciekła skała znów krzepnie. Przeciskam się przez granit, szlam, kości, ziemię, robaki, termity, a w końcu wybijam na polu ryżu gdzieś w Chinach, udowadniając, że coś takiego jak dół nie istnieje, bo ostatecznie dół to góra.

Otwieram oczy, niemal ze zdziwieniem, że znajduję się we własnym salonie, i dociera do mnie, że między moim domem a Chinami jest idealny pion. Zastanawiam się, czy przeciskanie myśli wzdłuż tego pionu tak jak przed chwilą może być niebezpieczne. Czy żar i ciśnienie mogą te myśli spotęgować, tak że wyjdą one drugą stroną jako trzęsienie ziemi?

Chociaż wiem, że to tylko luźna, nerwowa myśl, nazajutrz rano, a potem kolejnego ranka i każdego od tej chwili, potajemnie ze strachem sprawdzam wiadomości, czy w Chinach nie było trzęsienia ziemi.

14 Stąd nie można tam dojść

Chociaż różni wystraszeni członkowie załogi mówili mi, żebym nie zapuszczał się w nieznane zakamarki statku, nie mogę się powstrzymać. Coś pcha mnie do odszukiwania rzeczy, które lepiej zostawić w spokoju. Zresztą jak można przebywać na wielkim galeonie i nie chcieć go spenetrować?

Pewnego ranka, zamiast iść na pokład na apel, wstaję wcześniej, żeby się rozejrzeć. Ruszam długim, słabo oświetlonym korytarzem pokładu załogi. Biorę ze sobą mój blok pergaminu i robię pośpieszne szkice.

– Przepraszam – mówię do załogantki majaczącej w mroku swojej kajuty. Nie widziałem jej do tej pory. Ma wielkie oczy, rozmazany tusz do rzęs i nosi obróżkę z pereł, która wygląda tak, jakby dziewczynę dusiła. – Dokąd biegnie ten korytarz?

Patrzy na mnie podejrzliwie.

– Donikąd, cały czas jest tutaj. – Potem z powrotem znika w kajucie i zatrzaskuje drzwi. Zatrzymuję jej obraz w pamięci, a potem w moim bloku szkicuję jej twarz z chwili, gdy cofała się w mrok.

Idę dalej. Żeby nie stracić poczucia odległości w tym nieskończonym korytarzu, liczę drabiny. Jedna, dwie, trzy. Dochodzę do dziesiątej, ale korytarz po prostu ciągnie się przede mną dalej. W końcu się poddaję i wspinam drabiną numer dziesięć, tylko po to, żeby wyjść na pokład włazem na śródokręciu. Uświadamiam sobie, że każda z drabin, bez względu na to, w którym miejscu pokładu załogi się znajduje, prowadzi do tego samego włazu. Szedłem korytarzem przez dwadzieścia minut, a nigdzie nie doszedłem.

Na barierce nade mną siedzi papuga, jakby czekała tam tylko po to, żeby ze mnie zadrwić.

– Stąd nie można dojść tam – mówi. – Nie wiesz? Nie wiesz?

15 Nie ma ruchu w przestrzeni

Moja funkcja na statku to „stabilizator”. Nie przypominam sobie, kiedy mi ją przydzielono, ale pamiętam, że tłumaczył mi ją kapitan.

– Masz wyczuwać, kiedy statek na morzu przechyla się na bok, i przechodzić na przeciwną burtę, z prawej na lewą, z lewej na prawą – powiedział.

Innymi słowy moim zadaniem, tak jak większości załogi, jest bieganie po pokładzie z boku na bok, żeby zneutralizować kołysanie morza. To kompletnie bez sensu.

– Jakim cudem na statku takich rozmiarów nasz ciężar miałby cokolwiek zmienić? – zapytałem go kiedyś.

Spiorunował mnie przekrwionym okiem.

– Wolałbyś być balastem?

W ten sposób zamknął mi usta. Widziałem ten „balast”. Marynarzy ściśniętych w ładowni jak sardynki, żeby obniżyć środek ciężkości statku. Jeśli na pokładzie nie ma dla ciebie innej pracy, stajesz się balastem. Powinienem był wiedzieć, że nie warto się skarżyć.

– W miarę zbliżania się do celu – powiedział mi kiedyś kapitan – zacznę wybierać specjalny zespół do naszej wielkiej misji. Rób z zapałem i w pocie czoła to, co do ciebie należy, a może jakimś cudem zasłużysz, żeby się w nim znaleźć.

I chociaż nie wiem, czy powinno mi na tym zależeć, może to lepsze od ganiania bez celu po pokładzie. Pewnego razu spytałem kapitana, jak daleko jesteśmy od Rowu Mariańskiego, bo na morzu każdy dzień jest identyczny. Wydaje się, że ani się nigdzie nie zbliżamy, ani od niczego nie oddalamy.

– Taka natura wodnego horyzontu, że nie czuć ruchu w przestrzeni – odparł. – Ale poznamy, gdy zaczniemy się zbliżać do rowu, bo pojawią się znaki i mroczne wróżby.

Nie śmiem pytać kapitana, na czym te wróżby polegają.

16 Majtek

Kiedy morze jest spokojne, a ja nie muszę biegać od burty do burty, czasem na pokładzie spędzam czas z Carlyle’em. Carlyle to tutejszy majtek – rudzielec z krótkim meszkiem na policzkach, o uśmiechu przyjaźniejszym niż u całej reszty na statku. Jest starszy, jak oficerowie, ale do nich nie należy. Wygląda na to, że sam sobie ustala godziny pracy i zasady, a kapitan mu w tym nie przeszkadza. Na statku on jeden jest sensowny.

– Zostałem majtkiem z wyboru – powiedział mi kiedyś. – Robię to, bo jest potrzebne, no i takie z was fleje.

Dziś zauważam, że szczury uciekają przed wodą z jego mopa i znikają w ciemnych zakamarkach pokładu.

– Przeklęte draństwa – mówi Carlyle, macza mop w wiadrze z mętną wodą i szoruje dechy. – Nigdy się ich nie pozbędziemy.

– Na starych statkach zawsze są szczury – odpowiadam.

Unosi brew.

– Szczury? Myślisz, że to szczury?

Alternatywnej teorii nie podaje. Czmychają tak szybko i chowają się tak głęboko w cieniu, że nie jestem pewien, czym naprawdę są. Robię się przez to nerwowy, więc zmieniam temat.

– Powiedz mi o kapitanie coś, czego nie wiem.

– To twój kapitan. Wszystko, co warto wiedzieć, już wiesz.

Ale po samym tonie jego głosu poznaję, że Carlyle jest wtajemniczony jak mało kto. Dochodzę jednak do wniosku, że jeśli chcę poznać odpowiedzi, muszę zadawać konkretne pytania.

– Opowiedz, jak stracił oko.

Carlyle wzdycha, rozgląda się, żeby sprawdzić, czy nikt nie patrzy, a potem zaczyna szeptać.

– Z tego, co mi wiadomo, papuga straciła oko wcześniej niż kapitan. Podobno sprzedała je wiedźmie, która miała z niego uwarzyć eliksir zmieniający w orła. Ale wiedźma ją oszukała, sama wypiła eliksir i odfrunęła. Papuga nie chciała być jedyna z przepaską na oku, więc kapitanowi też je wydłubała.

– To nieprawda – stwierdzam z uśmiechem.

Carlyle wciąż ma poważną minę. Szybkim ruchem wylewa mydliny na pokład.

– Prawda na tyle, na ile trzeba.

Smoła między deskami jakby uciekała przed tą powodzią.

17 Zapłaciłbym, żeby to zobaczyć

Nawigator mówi, że widok z bocianiego gniazda przyniesie mi „komfort, klarowność, czarowność, czystość”.

Jeśli to test wielokrotnego wyboru, wybieram „a” i „b”, ale biorąc pod uwagę załogę, może moim ołówkiem hb powinienem po prostu zaczernić kwadracik odpowiedzi „d”.

Bocianie gniazdo to mała okrągła balia wysoko na grotmaszcie. Zmieści się tam jeden, góra dwóch obserwatorów. Uznaję, że to dobre miejsce, gdzie będę sam ze swoimi myślami, ale powinienem już wiedzieć, że moje myśli nigdy nie są samotne.

Jest wczesny wieczór, kiedy wspinam się po wytartych drabinkach, które spowijają statek jak całuny. Za horyzontem powoli znika ostatni ślad zmierzchu i pod nieobecność słońca dziwne gwiazdy dają się skusić do świecenia.

Sznurowa drabinka zwęża się w miarę zbliżania do bocianiego gniazda, przez co wspinaczka robi się coraz niebezpieczniejsza. W końcu wciągam się do małej drewnianej balii przytulonej do masztu – żeby odkryć, że wcale nie jest mała. Tak jak tylny pokład załogi wydaje się mała z zewnątrz, za to w środku kolista przestrzeń ma ze trzydzieści metrów średnicy. Na obitych aksamitem fotelach wyciągają się członkowie załogi, sączą neonowe martini ze wzrokiem wbitym gdzieś w dal i słuchają orkiestry grającej smooth jazz.

– Miejsce dla jednej osoby? Proszę za mną – mówi hostessa i prowadzi mnie do fotela z widokiem na wodę połyskującą księżycowym blaskiem.

– Skaczesz? – pyta blady mężczyzna w sąsiednim fotelu, który pije coś niebieskiego i być może radioaktywnego. – Czy przyszedłeś tylko popatrzeć?

– Przyszedłem oczyścić myśli.

– Napij się – mówi, wskazując na radioaktywny drink. – Dopóki nie znajdziesz własnego koktajlu, możesz się poczęstować moim. Tutaj każdy musi znaleźć swój koktajl, inaczej czeka go porządne lanie i zostanie wysłany do łóżka. Właśnie tak kończą się tu wszystkie dziecięce rymowanki. Nawet te, co się nie rymują.

Spoglądam na kilkanaście osób radośnie pogrążonych w dość psychodelicznym stuporze.

– Nie rozumiem, jak to wszystko mieści się w bocianim gnieździe.