10 osób interesuje się tą książką

Opis

Długo wyczekiwana biografia Zuzanny Ginczanki. To pierwsza tak obszerna opowieść o życiu wybitnej poetki.

W Warszawie już za życia była legendą kawiarnianej cyganerii drugiej połowy lat trzydziestych. Przyjaźniła się z Tuwimem i Gombrowiczem, polemizowała z Karpińskim i Słonimskim. W czasie wojny uciekła do Lwowa, a stamtąd do Krakowa. W 1944 roku została zatrzymana i rozstrzelana kilka miesięcy później w Płaszowie. Od lat dziewięćdziesiątych poezja Ginczanki i sama Ginczanka budziła coraz większe zainteresowanie. Izolda Kiec zbiera i weryfikuje dotychczasowe informacje na temat poetki oraz uzupełnia je o niepublikowane wcześniej relacje jej znajomych, a także fakty zgromadzone podczas poszukiwań w archiwach. Nie dąży do rozstrzygania sprzecznych relacji tam, gdzie jest to niemożliwe, ani do stworzenia jednoznacznego obrazu Ginczanki. Odpowiedzi na pytania o osobowość i o tajemnice Ginczanki biografistka szuka także w jej wierszach, w szczątkowo zachowanej korespondencji i w fotografiach, kryjących być może więcej aniżeli piękny uśmiech. Biografia pokazuje konteksty czasu i miejsc, w których żyła Ginczanka. Wzbogacona jest w materiały ilustracyjne: fotografie oddające realia epoki, dokumenty dotyczące samej poetki i bliskich jej osób oraz unikatowe, nieznane dotąd portrety Ginczanki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 371

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 46 min

Lektor: Katarzyna Traczyńska

Popularność

Kolekcje



Wydawca i redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja MAŁGORZATA KUŚNIERZ
Korekta ADAM PLUSZKA, JAN JAROSZUK
Projekt okładki i stron tytułowych ANNA POL
Opracowanie graficzne i typograficzne, łamanie | manufaktu-ar.com
Na okładce wykorzystano portret Zuzanny Ginczanki autorstwa Andrzeja Stopki z okresu II wojny światowej, kolekcja prywatna
Copyright © by Izolda Kiec Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020
Warszawa 2020 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66500-08-2
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

WSTĘP

.

Z Ginczanką będziesz miała w przeszło 30 lat po jej śmierci mały kłopot, jaki ja miałem za jej życia.

(Józef Łobodowski do Stefanii Kossowskiej, 1975)

Zuzannę Ginczankę spotykam od lat nieustannie. Za każdym razem inną, odmienioną głównie moim doświadczeniem, coraz bardziej różniącym się od jej dwudziestoparoletniego świata. Kiedyś Zuzanna była moją rówieśnicą, dzisiaj – mogłaby być córką. Gdy z tej perspektywy czytam jej wiersze, po raz kolejny widzę w nich coś innego, nowego, coś, co wcześniej umykało, nie było dość istotne, czekało na swój odleglejszy czas, by wybrzmieć. Czy dlatego obraz poetki wydaje się odpomniany nie w pełni, wciąż zamazany, niejasny? Przecież dzieje się tak, pomimo wciąż odkrywanych faktów i świadectw z życia Ginczanki, ujawniania utworów, które poukrywane były (są?) w rękopisach i starych czasopismach. Czy dlatego pojawia się coraz więcej pytań o Zuzannę, znacznie więcej niż odpowiedzi w jej sprawie?

Ani sama Zuzanna, ani czas, w jakim żyła, ani kolejne miejsca, w których próbowała się zadomowić bądź schronić jedynie, nie sprzyjają rozjaśnieniu obrazu. Jego rekonstrukcja to prawdziwa archeologia fragmentów, śladów, ruin. A może tak właśnie metaforyzują się osobowość i los Zuzanny Ginczanki? Poprzez wymknięcie, ucieczkę, otwarcie, na przekór zamykaniu, znakowaniu albo – korzystając ze słownika samej autorki i podążając za jej myślą wyrażoną w wierszu Zza barykad – „spojoności”[1], niemożliwej do osiągnięcia, mimo chęci i starań.

Gdy zatem podczas gromadzenia materiałów do niniejszego wydania biografii Zuzanny Ginczanki raz po raz ogarniała mnie pewność znalezionego śladu, już po chwili okazywało się, że kolejny dokument, kolejne wspomnienie zawierają inną, nową „prawdę” o autorce. Ujawniają jej nieznaną dotąd twarz. Choćby w sensie dosłownym, najprostszym – nieprzeciętnej urody poetki. Co z tego, że znam, wszyscy znamy, jej fotografie, portrety, a także zachwyty, wymowne porównania i efektowne imiona – od Sulamity do Gwiazdy Syjonu. Proszę przeczytać fragment listu, jaki po opublikowaniu w latach dziewięćdziesiątych moich artykułów o Zuzannie[2], uzupełnionych ukazującymi się wówczas po raz pierwszy zdjęciami rówieńskiej gimnazjalistki zachowanymi w jej prywatnym albumie[3], napisał do mnie z Waszyngtonu Tadeusz Wittlin, znajomy „Zuzi” (jak sam nazywał Ginczankę) z przedwojennej Warszawy: „Oglądając zdjęcia, które Pani zamieściła, widzę, że Zuzanna stanowczo nie była fotogeniczna. W oryginale bowiem była znacznie ładniejsza i nie tak semicka i zwyczajna jak na fotografiach”. I dalej: „Nikt oprócz mnie nie wspominał o bardzo czerwonych jej policzkach”[4].

Nawet podoba mi się wizerunek Zuzi z rumianymi policzkami, choć jest odległy od portretów Sulamity Józefa Łobodowskiego i Gwiazdy Syjonu Jerzego Andrzejewskiego, a także od mojego wyobrażenia, być może mojej wiedzy o Zuzannie, o której nigdy przecież nie myślę: Zuzia. I której twarz widzę bez rumieńców, coraz bledszą, coraz bardziej niewyraźną, niknącą w szarościach starej fotografii. Choć coraz jaśniej uświadamiam sobie w tym momencie przewrotne znaczenie słów samej autorki: „Nie upilnuje mnie nikt”. To ostrzeżenie niepokoi i ostrzega przed uzurpacją, przed próbą zawłaszczenia. Nie tylko przecież dotyczy adresata wiersza Zdrada, z którego pochodzi ów cytat, miłosnego liryku napisanego przez niezależną, uległą jedynie własnym emocjom kobietę, lecz także wszystkich tych, którzy właśnie trzymają w ręku pióro albo wpatrują się w klawiaturę laptopa i pewni swoich przywilejów reprezentacji piszą: Zuzanna Ginczanka...

„Nie upilnuje mnie nikt” – te słowa towarzyszą mi od pierwszej chwili naszego spotkania wiele lat temu – jej, zapomnianej poetki, i mnie, debiutującej badaczki, biografistki, literaturoznawczyni. Na nieśmiałą propozycję bowiem, jaką przedstawiłam mojemu promotorowi – profesorowi Jerzemu Ziomkowi – by pracę doktorską poświęcić odpominaniu mało komu znanej autorki, jej poezji i jej dramatycznego losu – wybitny uczony i najlepszy nauczyciel wyrecytował natychmiast wiersz Zdrada, w ten sposób wyrażając aprobatę dla mojego pomysłu:

Nie upilnuje mnie nikt,

Grzech z zamszu i nietoperzy

zawisł na strychach strachu półmysią głową w dół –

O zmierzchu wymknę się z wieży, z warownej ucieknę wieży

przez cięcie ostrych os,

przez zasiek zatrutych ziół –

Ciężko powstaną z rumowisk tłoczące turnie przykazań

dwadzieścia piekieł Wedy,

płomienie,

wycie

i świst,

noc fanatyczna zagrozi, zakamieniuje gwiazdami,

Rtęcią wyślizgnę się z palców.

Nie upilnuje mnie nic.

Ty w wilka się zmienisz, ja w pliszkę –

ty w orła, ja w kręte dziwy – –

nieprzeniknionym zamysłem uprzedzę każdy twój pościg.

Nie upilnuje mnie świat,

o luby – o drogi – o miły,

jeśli nie zechcę

sama

słodkiej majowej

wierności.

(302)

Wymknę się z wieży, ucieknę z wieży... wyślizgnę się z palców... zmienię się w pliszkę, w kręte dziwy... uprzedzę pościg... nie upilnuje mnie świat... Czy wobec tak manifestowanej niezależności, domagania się wolności decydowania i wyborów, można uczynić los Zuzanny jednoznacznym? Czy da się go ująć w ramę, zamknąć, opatrzyć etykietą? Czy wypada zabierać poetce prawo do milczenia, intymności i własnych tajemnic? Pytania są wyłącznie retoryczne. Bo historia Zuzanny Ginczanki pozostanie niedokończona, a jej osobowość będzie fascynować nierozpoznaniem, niedopowiedzeniem, domysłem. Dlatego oprócz przedstawienia faktów opowiem w tej książce o poszukiwaniach, pytaniach, poszlakach i ginących albo pozacieranych śladach. O Zuzannie, Sanie i Zuzi.

Nie tylko jednak interesują mnie dowody oraz ich interpretacje, analizy dokumentów i wspomnień, sięgam również do wierszy Ginczanki, ich lektury bowiem nie izoluję od życia poetki. Przeciwnie – bo niekiedy tam, w słowach, ale i pomiędzy słowami Zuzanny, próbuję odszukać ślady jej decyzji, postępowania, myślenia o własnym losie. Gdyż – jak zauważył Wacław Oszajca – ten los, bez wierszy... Po raz pierwszy – choć niejednokrotnie cytowałam to zdanie wrażliwego czytelnika poezji – dopowiem za autora. Bez wierszy tego losu by nie było. Zuzanna Gincburg byłaby jedną z milionów, anonimową, pozbawioną imienia, nazwiska, pozbawioną indywidualnych rysów i indywidualnej historii, ofiarą zbrodni ludobójstwa. Czy to właśnie, dramat własnej śmierci i moc poezji, przeczuwała autorka Żar-Ptaka, pisząc: „a za mną smugą surową wiersze znaczą mój ślad” (322)?

Symbolicznie zatem czytam zdarzenie, pozornie mało istotne, które zapamiętałam z poszukiwań sprzed lat, a które przywołałam w pamięci w ubiegłym roku podczas przygotowań nowej edycji poezji zebranych Ginczanki dla Wydawnictwa Marginesy.

Wróciłam wówczas do wiosny 1990, kiedy gromadziłam dokumenty pozostałe po Zuzannie i trafiłam do Juliusza Wiktora Gomulickiego, który przechowywał świadectwa osób pamiętających autorkę, zebrane przez Kazimierza Wykę w 1949 roku dla redakcji „Odrodzenia”. Wśród materiałów, jakie udostępnił mi Gomulicki, były autografy dwóch wierszy Ginczanki – podpisane przez poetkę maszynopisy Żeglugi i Zdrady. Pożółkłe, wyraźnie nadpalone kartki... Chwalił się wybitny kolekcjoner i archiwista, że to rękopisy ocalone z płonącego archiwum Juliana Tuwima. Po trzydziestu latach postanowiłam więc odnaleźć owe unikatowe świadectwa. Wydawało się – bez skutku, skoro nie znalazłam ich w przekazanym do Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie archiwum Gomulickiego ani w pozostałych w zbiorach rodzinnych materiałach. A jednak – sam trafił do mnie jeden z tych wierszy. Jasne: musiała to być Zdrada z owym towarzyszącym mi „Nie upilnuje mnie nikt”. Otrzymałam mianowicie z Biblioteki Narodowej w Warszawie pytanie dotyczące autentyczności podpisu pod tekstem wiersza[5]. Po trzydziestu latach znów czytałam tak bardzo symboliczne i ważne słowa, wystukane na maszynie być może przez samą Zuzannę. Słowa na nadpalonej, coraz bardziej kruchej kartce papieru, ale wciąż wyraźne, czytelne, z jasnym przesłaniem...

Zdrada. Tak, tego jestem pewna – z jej doświadczeniem zmagała się Zuzanna przez całe życie. I to ona będzie lejtmotywem jej historii. Opowiem o pierwszej zdradzie, być może najbardziej bolesnej, zdradzie rodziców. I o kolejnych zdradach – mężczyzn, którzy nie byli godni tej niezwyczajnej i niezwykłej kobiety. O zdradach pospolitych „zjadaczy chleba”, którzy z pobudek trudnych do zrozumienia i niegodnych jakichkolwiek wyjaśnień – donosili, denuncjowali, poświęcili jej życie za rzeczy żydowskie. Wreszcie – o zdradzie wybitnej urody, która budziła zazdrość i obawy kobiet, rozpalała chęć zemsty odrzuconych mężczyzn, ale też – nie pozostawiała wątpliwości co do pochodzenia dziewczyny, zyskując status piętna, stając się przyczyną łowów, panicznej ucieczki i śmierci.

1

RÓWIEŃSKI ANIOŁ

.

Czy wie Pani, że Zuzanna, kiedy była uczennicą w Równem, przed każdymi świętami Bożego Narodzenia ozdabiała wystawę sklepu swojej babki jako anioł? Klęczała w białej sukience, ze skrzydłami, srebrną przepaską na czole, a może złotą, i w białych pantofelkach. [...] Klęczała nieraz bardzo długo.[6]

Tę znaną dziś powszechnie anegdotę z dzieciństwa Zuzanny Ginczanki ujawnił Kazimierz Brandys, który w 1989 roku podzielił się ze mną kilkoma wspomnieniami związanymi z poetką. Równianka Lusia Gelmont (później Stauber), młodsza koleżanka Ginczanki, dodała, że wokół wystawy gromadziły się umorusane dzieciaki, przyklejały buzie do szyby, by podziwiać piękną dziewczynę. Czasem wychodziła do nich babcia Zuzanny i rozdawała zmarzniętym małym gapiom cukierki. Więc następnego dnia gromadzili się znowu. Ta historia, powtarzana chętnie przez licznych komentatorów biografii i twórczości Ginczanki w charakterze ozdobnika, dowodu na egzotykę prowincjonalnego rytuału, jest dla mnie metaforą jej losu, życia za wystawową szklaną szybą, uniemożliwiającą porozumienie ze światem, pozwalającą jedynie na podglądanie cudzej egzystencji, co z tego, że przebiegającej w nędzy, w chłodzie i brudzie. Z pewnością cukierki miały tam słodszy, wyrazistszy smak, smak niespodzianki, spełnienia i dziecięcego szczęścia. Aureola wyjątkowości zapewniała jedynie życie w osamotnieniu, w opuszczeniu, w izolacji. Mimo że musiało ono budzić zachwyt otoczenia, onieśmielenie, prawdopodobnie też zazdrość, dla Zuzanny z pewnością łączyło się z bólem, z cierpieniem, z koniecznością nakładania maski uśmiechu na użytek zbiegowiska. W wierszach młodej poetki dramat ten znalazł najpełniejszy chyba wyraz w kończącym utwór Zza barykad dwuwersie, napisanym przez niespełna siedemnastoletnią gimnazjalistkę: „patrzysz mi w oczy jak w szklane szyby, jak nieprzebite graniczne szyby / i nie wiesz wcale, jak w myśli wołam: uwolń mnie, miły, ratuj i wybaw –” (169).

Z lirycznych opowieści, zaklęć i próśb Zuzanny Ginczanki wyłania się metaforyczny, rysowany delikatną kreską, na wzór owego wspomnienia Brandysa z dzieciństwa młodziutkiej autorki, obraz rówieńskiego anioła – figura poezji, która daje pocieszenie i ochrania, oswaja zbiorowe zagrożenia i jednostkowe lęki. Jednocześnie tej, która zapewnia opiekę, oferuje jedynie egzystencję pomiędzy słowami, egzystencję nierzeczywistą, skazaną na oddalenie od zwyczajności, zbiorowości, nazywanych niekiedy – normalnym życiem. Na wieczne oddalenie, także dzisiaj, gdy wystawy dawno już nie ma, bo unicestwiona została wraz ze zmienionym w 1941 roku w stos gruzu domem babci w Równem, gdy po Zuzannie nie pozostał grób, a nawet pewność, że to tam, w Płaszowie, 5 maja 1944 roku, dosięgło ją ostatnie nienawistne spojrzenie hitlerowskiego oprawcy. Są jedynie słowa. Aż słowa.

RÓWNE WOŁYŃSKIE (1917/1918–1935)

B. Terlecki, burmistrz miasta Bereznego

RÓWNE, NAJWIĘKSZY GRÓD WOŁYŃSKI O AMERYKAŃSKIM ROZMACHU

Powstanie miasta Równego nie jest dotychczas ściśle oznaczone. W bezimiennem „latopisie”, załączonym do kroniki Nestora, wspomniany jest w liczbie pierwotnych miast Rówieńsk. Wskazywałoby to, że Równe jest jednem z najstarszych miast ówczesnego państwa ruskiego. Historyczne daty, odnoszące się do Równego, zaczynają się dopiero w XV wieku; wspominają one, że Równe należało wówczas do ziemianina Dyczka. Z rąk Dyczka miasto przeszło do książąt nieświeskich, następnie do Holszańskich. Marja z Nieświeskich Holszańska wybudowała w Równem pierwszy zamek, na gruzach którego stanął następnie zamek Lubomirskich. Drogą małżeństw Równe przeszło następnie na własność książąt Ostrogskich, później Łaskich, Łukasza z Górki, wojewody łęczyckiego, wróciło potem znowu do Ostrogskich. Następnie, również drogą małżeństw, właścicielami Równego byli: Tomasz Zamoyski, wojewoda kijowski, Aleksander Koniecpolski, wojewoda sandomierski i spadkobiercy jego Stanisław i Aleksander.

W końcu Równe przeszło drogą spadku do Aleksandra Walewskiego, miecznika Sieradzkiego, który w roku 1725 odstąpił Równe Jerzemu Aleksandrowi Lubomirskiemu. Odtąd Równe pozostało już w rękach Lubomirskich.

Równe, jak cały szereg miast Wołynia, przechodziło nawały tatarskie i wojny kozackie, szwedzkie i inne. Miało swoje chwile rozkwitu, nawet niewykorzystane prawa magdeburskie i przywileje na jarmarki, miało i chwile bardzo ciężkie w czasie najazdów tatarskich i liczne pożary, w czasie których spłonął i stary zamek w 1694 r.

Największy rozwój miasta datuje się od roku 1738, za czasów władania Równem przez księcia Stanisława Lubomirskiego. Odbudowuje on zamek, nadając mu charakter pałacu, który przetrwał do ostatnich lat i spłonął w roku 1926 [1927 – I.K.], urządza miasto, sprowadzając osadników i osadzając ich na popularnem wówczas prawie czynszowem. Od tej pory miasto zaczyna się rozwijać i dochodzi do obecnego stanu. [...]

Po powrocie Wołynia do Rzeczypospolitej władze komunalne przystąpiły do energicznego wyrównania strat i szkód, wyrządzonych przez wojnę światową. Od tej pory przystąpiono do uporządkowania miasta, założono chodniki i wybrukowano znaczną część ulic i założono skwery miejskie.

Na bardzo znaczne trudności napotyka Zarząd miasta przy nowych inwestycjach, z powodu braku gruntów i placów miejskich. Brak ich spowodował niezałożenie dotychczas tak potrzebnego dla ludności parku miejskiego, oraz uniemożliwił budowę gmachów użyteczności publicznej. Brak funduszów nie pozwolił dotychczas miastu wykupić, znajdujących się prawie w śródmieściu, kilkunastu hektarów bagien, które ujemnie wpływają na stan sanitarny miasta i urządzić na ich miejscu ogrodu miejskiego. [...]

Jako największe miasto na Wołyniu, należy Równe do liczby tych 12 miast w Polsce, w których ilość mieszkańców przekracza 50 000. Niezależnie od siły zaludnienia, a dzięki pozycji zajmowanej w świecie handlowym jest Równe – jak wykazaliśmy powyżej – miastem bardzo zamożnem, z wszelkimi widokami na przyszłość. I mimo to wszystko nie zdobyło dotychczas tych najkonieczniejszych urządzeń, jakie są udziałem przeciętnej osady na cywilizowanym zachodzie. Było w tem dużo niezaradności, a może i złej woli poprzednich zarządów miejskich, tak aby ludny ośrodek pozostawić bez nowoczesnego zaopatrzenia w wodę, bez prawidłowej asenizacji, bez szpitali, rzeźni, straży ogniowej, szkół, ratusza itp.

Zwalanie całej winy za to upośledzenie miasta na zaborców jest już dziś – po 10 latach samoistnego bytowania – aż nazbyt widocznem naciąganiem faktów. Tem większe uznanie należy się nowo obranej municypalności, która zerwała z dotychczasowym marazmem i raźnie a skutecznie zabrała się do odrobienia zaległości, odziedziczonych w puściźnie po poprzednikach. Ludność z nieukrywanem zadowoleniem i rosnącem zainteresowaniem przygląda się energicznej działalności obecnego Magistratu i patronującej mu Rady miejskiej.

„Polski Przemysł Budowlany” sierpień 1928, nr 8

Stare grzechy przeciw dobru publicznemu przechodzą do smutnych wspomnień, a braki elementarne zostają stopniowo usuwane. W odróżnieniu od dawnych ojców miasta nowy burmistrz, p. Arciemowicz, jest najgorliwszym rzecznikiem podjętego zadania odnowy, a raczej unowocześnienia Równego. [...][7]

Mieczysław Orłowicz

ILUSTROWANY PRZEWODNIK PO WOŁYNIU

[...] Miasto jest nieładne i niesystematycznie zabudowane. Całe miasto ciągnie się na przestrzeni 3 km wzdłuż szosy Łuck–Korzec, która stanowi główną ulicę miasta. Dawniej nazywała się ona ul. Szosową, a obecnie ul. 3 Maja. Przecina ona całe miasto ze wschodu na zachód. Ulica ta jest bardzo brzydko zabudowana, przeważnie parterowymi bezstylowymi domami. Środek miasta leży na równinie bagnistej nad rzeką Uściem, przedmieścia wschodnie i zachodnie na wzgórzach. Centrum miasta oddzielone jest od przedmieścia zachodniego, na którym stoją duże koszary, torami dworca kolejowego.

Przy ulicy 3 Maja stoi kościół, neogotyk z czerwonej cegły z dwiema wieżami. [...] Dalej na wschód stoi przy ul. 3 Maja sobór prawosławny ozdobiony 6 kopułami, które rzucają się w oczy przy ogólnym widoku miasta. [...]

Z ul. 3 Maja zbaczamy na południe ul. Zamkową do ruin Zamku. Niegdyś w tym miejscu stał pierwotny zamek ks. Ostrogskich [...]. Na wiosnę 1927 roku spalił się zamek, a po pożarze tym pozostały tylko nagie mury bez dachu i sufitów, które się pozapadały. Ruina ta stoi obecnie w pustkowiu, powstałem na miejscu wspaniałego niegdyś, później wyciętego parku. Przed frontem urządzono boisko sportowe Sokoła, obok którego zachowały się resztki wałów zamkowych. Stawy, które otaczały niegdyś zamek dokoła, zamieniły się częściowo w bagna, a częściowo w łąki, co spowodowało, że zamek stracił dawną malowniczość położenia.

Przy końcu ul. 3 Maja, na przedmieściu od strony Korca, stoi dawny pałacyk ks. Fryderyka Lubomirskiego „Na Górce” zbudowany około roku 1840 w stylu empirowym. Obecnie bezstylowo przebudowany mieści sąd okręgowy. W pałacu tym znajdowały się niegdyś zbiory artystyczne, przeniesione później do muzeum Lubomirskich we Lwowie i w Przeworsku. W parku przy tym pałacu pozostała dawna oranżeria ks. Lubomirskich, mieszcząca obecnie bursę. Jest to gmach empirowy z jońską kolumnadą. Z licznych rzeźb, które niegdyś zdobiły park pozostały tylko dwie rokokowe. Dawny park Lubomirskich służy obecnie jako park miejski. [...]

Do najokazalszych gmachów należy w Równem budynek kuratorjum szkolnego wołyńskiego, zbudowany w stylu klasycznym przy jednej z bocznych ulic, niedaleko soboru. [...]

Rosjanie zamienili w końcu XIX wieku Równe na obóz warowny, który we wrześniu 1915 r. stanowił dla nich główny punkt oparcia. Wyszła stąd ich kontrofensywa, która nie tylko wstrzymała pochód wojsk centralnych na wschód, ale zmusiła je do cofnięcia się na linję Łuck–Brody. Pamiątką walk z owych czasów jest cmentarz wojskowy rosyjski, urządzony w sąsiedztwie cmentarza prawosławnego. Pochowano tu zwłoki 1800 żołnierzy. Poza tem na cmentarzu katolickim pochowano 150 polskich żołnierzy, poległych w czasie walk z bolszewikami.

Okoliczne gościńce posiadały piękne aleje topoli nadwiślańskich, zasadzonych w początkach XIX w. z inicjatywy AleksandraI. Obecnie z powodu starości drzew zostały one już przeważnie wycięte.[8]

Aleksander Piskor

MIASTO 400 PREZESÓW

PRZESZŁOŚĆ I TERAŹNIEJSZOŚĆ

Przez miasto przecieka mała, brudna rzeczka. Nad jej brzegami, ponoć w IX wieku, osiedlili się jacyś ludzie. Nie wiadomo dlaczego. Miejscowość na ogół równinna, obronić ją było trudno, a zdobyć łatwo. Powstała mimo to osada, której właścicielem w XV wieku był miejscowy sobiepan Iwaszko Dyczko. Potrzebował pieniędzy, gdyż w 1461 roku sprzedał Równe za 900 kop szerokich groszy księciu Nieświckiemu [Nieświeskiemu]. Od tego czasu miasto wielokrotnie niszczyli Tatarzy, pożary i morowe zarazy. Wielcy panowie obdarzali nim zwykle swe córki, przed zamążpójściem, przeto zmieniali się często właściciele. Lubomirscy w XVIII wieku zbudowali murowany zamek, który spalił się w 1927 roku. Następnie nadali przywileje Żydom i przez to przekształcili oblicze miasta. Żydzi zaczęli ciągnąć do Równego jak do Ziemi Obiecanej. Rozmnożyli się. Obecnie na 43 000 jest ich przeszło połowa. Trzecią część stanowią Polacy, reszta zaś składa się z innych aryjczyków: Ukraińców, Rosjan, Czechów i odrobiny Niemców.

Po wojnie rokowano miastu wielką przyszłość. Niedaleko znajduje się sowiecka granica, miał się przeto rozwijać handel. Handel rozwijał się, ale w Warszawie i Moskwie. Przez Równe szły tylko transporty kolejowe z towarami. Nikt w mieście nie miał oczywiście z tego nawet grosza. Przemyt znowuż uprawiany był na zbyt małą skalę, aby mógł wpłynąć na ogólny dobrobyt. Mimo to miasto przez kilka lat „prosperity” rosło. Powstawały nowe ulice, nowe budynki, skasowano jeden most, marzono nawet o kanalizacji.

Potem nastąpił kryzys.

Przeważająca część mieszkańców utrzymuje się z handlu. Naokoło kraj rolniczy, zboże tanie, rolnicy nie mają pieniędzy. W sklepach zapanowały pustki. Miasto zubożało. Zarzucono wielkie inwestycje. Zorganizowano tylko doskonałe Targi Wołyńskie, aby robić jakiś ruch. Potem została wybudowana brzydka poczta. I na tem się wszystko skończyło. „Stolica Wołynia” pozostała nadal bardzo dużem – małem miasteczkiem. „Wielka przyszłość” została odłożona na przyszłość.

„ŚLEDZIORYB”

Tak jak w miasteczkach Lewisa Sinclaira, jest tylko jedna wielka ulica. Nazywa się tu 3-go Maja. Przed wojną nazywała się: Szosowa, gdyż jest częścią szosy Łuck–Korzec, w obrębie miasta wybrukowaną „kociemi łbami”. Po obydwóch stronach tej przeszło dwukilometrowej magistrali, koncentruje się życie handlowe. Jeden obok drugiego tłoczą się sklepiki, sklepy, magazyny o dużych wystawach i tandetne drewniane budki.

Wzrok przechodnia wabią wymyślne szyldy „Woda sodowa – duży szklanka 2 gr”, „Sensacyjny napój orzeźwiający – American – Drix – nowość nieznana w Polsce”. Magazyny towarów łokciowych i gotowych ubrań, w których ofiaruje się za towar 10% ceny żądanej, a po godzinnym targu ku zadowoleniu kupca – płaci się 15%. Wszystkie branże. Między innemi „Śledzioryb”[9]. Na jednym szyldzie: rysunek dużego śledzia z otwartą paszczą, gotową do połknięcia kupującego, na drugim: trzy bezmyślne rybki, ułożone w trójkąt. W oknie ulotka: „Nadeszły śledzie o pięknym zapachu”.

Wszyscy sprzedają wszystko. [...]

Chłopi kupują tutaj potajemnie sacharynę, gdyż ich nie krzepi cukier. W pokoikach, przylegających do sklepów, można dostać popularną na Wołyniu „sznyrkę” – eter mieszany z alkoholem. Gdzie indziej można dostać złote ruble, zagraniczną walutę i zagraniczny paszport, po cenie niższej niż w starostwie. W zaofiarowaniu brylanty z carskiej korony, które coraz trudniej opylić w Warszawie.

Na ulicach furmanki, dorożki i co parę godzin pojedynczy samochód. Komunikacja autobusowa, po raz pierwszy w dziejach świata, została skasowana z powodu nadmiernej frekwencji. W paru wozach panował stale przeraźliwy ścisk i stale rozgrywały się wielkie awantury o miejsca. Aby zlikwidować coraz bardziej rosnący z tego powodu wśród mieszkańców ferment niezadowolenia, zlikwidowano autobusy. Obecnie ludzie chodzą pieszo lub jeżdżą dorożkami. Są spokojni i więcej się nie denerwują.

W mieście dużo hoteli o szumnych nazwach: Europejski, Bristol, San Remo, Bellevue i inne. Moc „domów noclegowych” i „umeblowanych pokoi”. Przyjezdnych mężczyzn w tych pokojach, domach i hotelach, pyta na wstępie właściciel – portjer – jaką dziewczynkę ma sprowadzić na noc. Gdy gość na tę propozycję jest nieczuły i nie chce się zdecydować, portjer podejrzliwie spogląda na niego i próbuje inaczej.

– Może panu zrobić łazienkę? A może z „rybką”?

Gdy ktoś łapie się na tę propozycję, po chwili odwiedza go ciemnowłosa lub platynowa „rybka”. Łazienka – to tylko przynęta. W żadnym bowiem hotelu nie ma łazienki.

Kąpiele zresztą są utrudnione z powodu braku wody. W mieście nie ma wodociągów i dostatecznej ilości studzien. Dlatego rano wyjeżdżają na ulicę woziwody, każdy prowadzi za uzdę konia, ciągnącego beczkę umieszczoną na dwóch kołach i głośno zachwala swój towar. Kubeł 2 grosze! Magistrat również robi podobne interesy. Zakłada automaty, z których leje się całe wiadro cennego płynu, po wrzuceniu dwugroszowej monety. Woziwody jednak udzielają kredytu i tem biją chytre, konkurencyjne pomysły ojców miasta. Poza tem stałych odbiorców obdarzają rabatem. A automaty nic. Czekają tylko na forsę. Za darmo nie dadzą nawet ćwierć litra wody. Dla woziwodów nie jest to groźna konkurencja.

PREZESI

Ludzie w Równem, z małymi wyjątkami zajmują się handlem lub są urzędnikami. Z grubsza, poza narodowościami, dzielą się na dwie warstwy: inteligencję i resztę. Wołyńscy chłopi nie wiadomo dlaczego nazywają inteligencję „panami” i zazdroszczą jej rzekomego przepychu życia. „Reszta” jest taka sama jak wszędzie, ciemna masa – wiadomo. Natomiast wśród inteligencji nurtują wielkie ambicje.

Nikt nie chce być szarym człowiekiem. Każdy chce być czemś, pragnie wybić się ponad innych. Przynajmniej mieć tytuł – to już wielka przyjemność. Tym wszystkim, spragnionym wielkości przychodzi z pomocą ustawa, która zezwala 15 obywatelom założyć stowarzyszenie. „Społecznictwo” jest dobrze widziane. Przyjemnie powiedzieć: „Społecznie pracuję, proszę pana”. Dlatego w tem małem mieście jest około 400 stowarzyszeń. Po ulicach przechadza się co dnia 400 prezesów, 400 skarbników, 400 sekretarzy zwykłych i generalnych oraz 400 przewodniczących komisyj rewizyjnych, 800 wiceprezesów i 800 członków komisyj rewizyjnych, 1600 członków zarządów i kilku prawdopodobnie zwyczajnych, nieutytułowanych członków stowarzyszeń.

Gdyby można było zebrać wszystkich należących do zarządów i ustawić obok siebie tworzyliby szpaler długości około 3 kilometrów. Zmobilizowani tworzyliby grupę mniej więcej odpowiadającą stanowi dywizji piechoty. Dla przewiezienia zarządów na ewentualny zjazd do Warszawy potrzeba by było 6 dużych pociągów. Podobna statystyka uzmysławia nam ogrom „życia społecznego” w Równem.

DWA KAUKAZY

Jeden Kaukaz – to restauracja na ulicy 3-go Maja. Zbierają się tam miejscowi prezesi, przejezdni urzędnicy, leśni przemysłowcy, podróżujący agenci i niezrujnowani obywatele ziemscy. Podczas „diner” orkiestra gra Wołgę i Weronikę, kelnerzy w smokingach „bezszelestnie” podają zamówione potrawy, a rozpostarci na krzesłach burżuje popijają czystą wyborową, radując się pięknością życia. Są syci i zadowoleni. Omawiają po polsku, rosyjsku i żydowsku swoje interesy, nie myślą o drugim Kaukazie.

Drugi Kaukaz – to nędza. Duże przedmieście zamieszkałe przez miejscowych parjasów wszelkich wyznań i narodowości. Kręte, wąskie i brudne uliczki. Parterowe drewniane domki, na pół zawalone i wtulone w ziemię lepianki, których okna znajdują się na wysokości kolan przechodnia. Tutaj mają swoją siedzibę wszyscy wydziedziczeni. Robotnicy, bezrobotni, przekupnie, drobni złodzieje i „byli ludzie”. W jednym pokoju obok siebie nieraz dwie, trzy rodziny. Dorośli i dzieci. Ścisk, brud, zaduch. O higjenę nikt nie dba. Po co komu higjena, gdy brakuje jedzenia?

Dorośli z rana biegną do miasta pracować, handlować lub kraść. Dzieci po drogach zbierają koński nawóz, który wyschnięty będzie się palił w piecu. Tych dzieci jest bardzo dużo. Są wychudzone, obdarte i brudne. Mimo to biegają, bawią się, śmieją się. Swoje krótkie życie spędziły na przedmieściu, nie widziały nic lepszego, nie mają za czem tęsknić. W ten sposób rośnie przyszłe pokolenie Kaukazu – pokolenie nędzarzy.

KWIATY I KLOZETY

Na ulicach duże afisze TUM-u. To nie są inicjały Taniego Uniwersalnego Magazynu, który niegdyś istniał w Warszawie, lecz Towarzystwa Upiększania Miasta. Równe ma stać się miastem pięknem, wiadomo zaś, że najbardziej upiększają kwiaty. Przeto obywatele kupujcie, hodujcie, pielęgnujcie, umieszczajcie w oknach i na balkonach kwiaty! Niech Równe stanie się miastem kwiatów!

Niestety propaganda nie została poparta karami administracyjnemi. Na afiszach brak utartego zwrotu: „Nie stosujący się do powyższego podlega karze aresztu do 6 tygodni lub grzywnie do 1000 zł, lub obydwu karom łącznie”. Towarzystwo Upiększania Miasta dlatego nie upiększyło miasta. Pojedyncze kwiaty w oknach były gdzieniegdzie również dawniej. Po akcji TUM-u na paru zaledwie balkonach pojawiły się skrzynki z roślinami. Obywatele widocznie nie przejęli się wezwaniem, psychologicznie tłumaczy się to tem, że czuli lęk przed innowacjami. Na ulicach nie ma przeto kwiatów, które by swoim zapachem zabiły zapachy klozetów, znajdujących się na chodnikach.

Równe Wołyńskie, skwer powstały w latach dwudziestych staraniem Towarzystwa Upiększania Miasta

Przekonać się o tem łatwo. Wystarczy skręcić z ul. 3-go Maja na lewo, gdy idzie się w stronę parku Lubomirskich, aby znaleźć się w egzotycznej dzielnicy. Po obydwóch stronach wąskich uliczek wznoszą się zabudowania o najbardziej fantastycznych kształtach. Murowane domki o jednej ścianie drewnianej, domki drewniane, powyginane w niesamowity sposób, podparte w paru miejscach, z dziurawemi dachami i bez dachów, o mnóstwie przybudówek, ganków i balkoników, pomalowane na biało, czerwono, niebiesko, fioletowo i żółto. W oknach i na balkonach nie kwiaty, lecz wietrzące się poduszki, pierzyny, kołdry i schnąca bielizna. Na ulicach, któremi nie przejeżdżają zwykle żadne pojazdy – bawią się tłumy dzieciaków, w drzwiach mieszkań i na gankach siedzą na krzesłach oparte mamy, które wśród zaduchu, smrodu i krzyku oddają się słodkiemu wypoczynkowi, od czasu do czasu spoglądając na swoje pociechy.

Ulice Joselewicza, Obwodowa, Pereca i inne – widok wszędzie podobny. Nie można tylko iść chodnikami, co parę metrów przegradzają drogę liczne drewniane budki, pomalowane z zewnątrz wapnem na biało. To są tradycyjne, rodzinne klozety, zamknięte przed niepowołanymi na haczyki lub kłódki. Nie są skanalizowane – tak jak i całe miasto. W ciche, bezwietrzne dnie smród niepodzielnie wypełnia całą dzielnicę i wpełza do mieszkań. Ludzie jednak przyzwyczaili się do tego i trudno im sobie wyobrazić, że może być inaczej.

Mieszkają tam wyłącznie Żydzi. Dziwią się, gdy ujrzą w swojej dzielnicy trochę lepiej ubranego aryjczyka. Co on chce na ul. Pereca? Po co przyszedł? Czy to – sekwestrator?

Gdy szedłem tamtędy, zaczepiła mnie kiedyś stara Żydówka. Kogo szukam? Odpowiedziałem, że pana Wasilewicza, pierwsze lepsze nazwisko, które przyszło mi na myśl. Zdziwiła się. Tutaj z pewnością taki nie mieszka. „Tutaj same jewreje, proszę pana”. Trzy ulice dalej mieszkał jeden „ruski”, ale w zeszłym roku się wyprowadził. „Żona mu umarła i on pojechał do brata na wieś”. Teraz nie ma żadnego „ruskiego” ani „polskiego”. Chyba gdzieś dalej koło 3-go Maja lub ul. 13-ej Dywizji. Tam trzeba szukać.

– Tutaj same jewreje – kilkakrotnie powtórzyła.

„WIECZORNE SZALEŃSTWA”

Wieczorem wszyscy, bez względu na warstwę społeczną, kogo tylko stać na to, chodzą do kina. Na trzech miejscowych ekranach oglądają barwne, pełne emocji i wrażeń życie, które prowadzą gdzieś daleko inni ludzie. Jedyne wyrwanie się z monotonji codziennej egzystencji! Panie prezesowe, urzędniczki, pensjonarki, ekspedjentki, modystki – wszystkie marzą potem o Gary Cooperze, udają Marlenę lub Gretę, w zależności od ostatniego filmu. Mężczyźni z rozczarowaniem stwierdzają, że ich towarzyszki nie przypominają w niczem Jean Crawford lub Kay Francis. Tem niemniej idą z niemi, czasami, do parku Lubomirskich. W parku jest kawiarnia, w kawiarni – dancing. Kto chce może tańczyć.

Równe Wołyńskie. Sklep spożywczy Icka Rybaka, luty 1934

Miejscowe snoby przesiadują w cukierni naprzeciw prawosławnej cerkwi. Jest to dość nędzny lokalik, w lecie pachnący flitem, który dlaczegoś przez autochtonów uważany jest za elegancki. Przebywać w innej dużej i czystej kawiarni to shoking! „Czy pan wie, tam chodzą kupcy?” Żądni „niezdrowych” dreszczów udają się do „Nowego Świata”, jedynego lokalu, w którym odbywają się produkcje artystyczne w wykonaniu „znanych warszawskich artystów”, zupełnie nieznanych w stolicy. Cnotliwe matrony gorszą się bezeceństwami, których tam nie ma, i często namawiają mężów do wspólnego spędzenia wieczoru w kabarecie.

Z Kaukazu nikt oczywiście nie chodzi do kina, z ul. Pereca tylko młodzież. Gdy niektórzy bawią się, reszta miasta już śpi. Ludzie muszą się wyspać, gdyż wstają dość wcześnie. Sen jest równocześnie bardzo przyjemną rozrywką. Jedyną dla tych, którzy nie mają pieniędzy.

Na ulicach, w dużych odstępach, świecą latarnie. W dorożkach drzemią miejscowe „jamszczyki”. Czasem ktoś przejdzie, wracając z „wieczornego szaleństwa”. Gdzieniegdzie wałęsają się prostytutki. Poza tem jest pusto, cicho i spokojnie.[10]

Stefan Bardczak

RÓWNE NOCĄ

Umilkły ulice, jak mechanizm w zepsutym zegarze,

i wnet odetchnęły pełną piersią domy –

słuchacze referatów, które nikogo nie obchodzą,

w tępym uporze zacięły prostokątne twarze,

by nikomu

nie wyszeptać tajemnic, co wewnątrz się rodzą.

Pędem ulicami galopadą – rejteradą

spłoszone latarnie

jedna za drugą uciekają dwurzędem –

noc je z brzaskiem w zapaskę śniadą

jak kurczęta zgarnie – –

droga na wschód prowadzi tamtędy!

Zawróćcie na północ za Wielkim Wozem,

za wami księżyc,

miast wszystkich i miasteczek honorowy obywatel –

właśnie nad Równem, jak nad obozem,

dzwon nieba naprężył

i w pierwszą uderzył, jak na apel.

Uchyliła się jakaś brama lekko, jak powieka we śnie,

spóźnionych gości wypchnęła kawiarnia

i tylko cień, jak pies, za nimi pobiegł –

a już na wschodzie (jak to latem wcześnie)

brzask kurzawę mgieł znad czoła zgarnia

i wstaje leniwo, jak człowiek.[11]

Władysław Milczarek

RÓWNE

Ulica 3-go maja szeroka, prosta, daleka –

śródmieście tętniące gwarem i marszem codziennych kroków.

Tu domy są te same i sterczą niepotrzebne,

po starych pańskich komnatach przeszłość bezdomna się włóczy –

tutaj jest świat legendy i daleki.

Nie płacz nad ruinami, tu duszno jest i ciasno,

chodźmy na Grabnik za miasto – tam jest przestronnie, szeroko...

Tam domy nowe, tam drzewa i oddech pól szeroki.

Urbanizm... jak tu pięknie... Grabnik to nowe miasto.

Park Lubomirskich jest pusty... dzisiaj jest dzień roboczy,

widać jak dymią cegielnie wszystkimi kominami.

Słychać ryk cementowni w pobliskim Zdołbunowie

i widać pociąg z Bolszewji, jak w stronę Równego się toczy.[12]

„Na Szerokim Świecie” 1935, nr 39

DOM

Historia Zuzanny Ginczanki – poetki – zaczyna się właśnie tutaj: w Równem Wołyńskim, być może późną jesienią albo zimą 1917 roku[13], gdy Cecylia i Szymon Gincburgowie wysiedli na prowincjonalnym dworcu kolejowym z wieczornego pociągu jadącego z Łunińca. Młodzi rodzice z kilkumiesięczną córeczką zapewne sporo czasu musieli czekać na ten skład na stacji Sarny, dokąd dotarli z Kijowa pociągiem zmierzającym do Kowla[14]. Zamówioną furmanką albo konną dorożką, a może nawet autodorożką przemierzyli ulicę Kolejową, aż do Szosowej – która już za kilka lat, gdy Równe będzie polskim miastem, otrzyma dumną nazwę 3 Maja – gdzie pod numerem 94 (po zmianach – 132), w jednym z niewielu murowanych domów tej, jak by nie było, głównej ulicy miasta mieszkali i prowadzili skład apteczny rodzice Cecylii, Chaja (Klara) i Abram (Abraham) Sandbergowie.

Równe Wołyńskie, dworzec kolejowy

Dom był okazały, dwupiętrowy, stał na sporej działce łączącej 3 Maja z biegnącą równolegle ulicą Poniatowskiego. Parter budynku zajmował ogromny sklep. Niektórzy mówili: wypisz wymaluj jak u Wokulskiego, innym przypominał przestrzenie z powieści Franza Kafki. Sprzedawano tu dosłownie wszystko – począwszy od lekarstw, zabawek, ozdób, nasion, kosmetyków, artykułów przemysłowych i przyborów fotograficznych, na biletach do kina i teatru kończąc. Piętro domu przeznaczone było na mieszkanie – właścicieli oraz ich córek wraz z rodzinami.

Równe Wołyńskie, ulica 3 Maja

Rachunek Abrama Sandberga dla majątku Szpanów, 1903

Dokument założycielski Związku Kupców i Przemysłowców w Równem

Raport Mieczysława Jelińskiego, p.o. przodownika Policji Państwowej w Równem Wołyńskim, w sprawie Abrama Sandberga, współzałożyciela Związku Kupców i Przemysłowców w Równem w 1920 roku (rutynowa kontrola władz założycielskich przed zarejestrowaniem organizacji)

Dziadek Zuzanny, znany w mieście aptekarz, jeden z pierwszych pochodzenia żydowskiego w historii Równego, urodził się w 1860 roku w Brześciu Litewskim (według innych dokumentów – w pobliskiej miejscowości Wysokie Litewskie). Do Równego przeprowadził się w roku 1888, tutaj zakładał w 1920 roku Związek Kupców i Przemysłowców. W latach trzydziestych XX wieku był już poważnie chory, nie opuszczał swojego pokoju. Zmarł przed wybuchem wojny. Wspominano go jako wysokiego, przystojnego mężczyznę z grzywą siwych włosów, cenionego filantropa.

Rosyjskie ogłoszenia prasowe, 1925; u dołu informacja o możliwości zakupienia biletów na spektakl teatralny w aptece Sandberga

Babcia Zuzanny, Chaja Dwosia Sandberg, z domu Glikman, urodzona 24 stycznia 1869 roku, wywodziła się z rodziny znanych rówieńskich farmaceutów – z tradycjami kupieckimi po mieczu, rabinackimi po kądzieli. Oprócz nieruchomości przy 3 Maja 132 należał do niej dom czynszowy przy ulicy Hallera 35, a poza tym razem z innymi Glikmanami była współwłaścicielką apteki znajdującej się przy 3 Maja 51. To Chaja, nazywana też Klarą, zarządzała zarówno domem, jak i składem aptecznym. „[...] była bardzo mądrą osobą” – napisała o niej Lusia Gelmont (Stauber)[15]. Wspominał ją także Izaak Paweł Gasko, syn miejscowego doktora, starszy kolega Zuzanny z Równego:

Pełna godności osobistej, atoli bez śladu pozy. Siwowłosa, uśmiechnięta, życzliwa w domu i bardzo poważna w składzie aptecznym przy dużej „srebrnej” kasie mechanicznej. Zawsze się dziwiłem, jak w tym ogromnym (bez przesady) składzie jej zaufani pracownicy szybko i sprawnie odnajdywali to, o co prosili klienci.

Dom pani Klary (albo jak my zwykliśmy ją nazywać Klara Władimirowna) był laicki, ale pani Klara roztaczała opiekę nad biednymi staruszkami i pannami bez posagu. Finansowała więc odpowiednie organizacje społeczne [...].[16]

Chaja Sandberg hojnie wspierała stowarzyszenia, fundacje oraz instytucje społeczne, między innymi Żydowski Dom Akademicki we Lwowie oraz rówieński sierociniec sieci Centos[17]. Od 1931 roku była honorową prezeską Związku Kobiet Żydowskich w Równem Wołyńskim; była też wiceprzewodniczącą miejscowego oddziału Towarzystwa Opieki nad Sierotami Żydowskimi na Wołyniu. W swoim rodzinnym mieście założyła Dom Sierot; pomogła w zakupie budynku dla tej instytucji i w organizacji kursów krawiectwa oraz drukarstwa. Ubogie panny znajdowały u niej pracę jako pomoc w sklepie[18].

Chaja Sandberg

Państwo Sandbergowie mieli dwie córki: Annę i Cecylię. Anna wyszła za mąż za Barucha (Borysa) Nogida, przedsiębiorcę, urodziła córkę Lidię, która przez jakiś czas wychowywała się z Zuzanną u dziadków. Ale w połowie lat trzydziestych Nogidowie mieszkali już w Warszawie, później przenieśli się do Wilna, a do Równego przyjeżdżali jedynie na wakacje.

Cecylia wyszła za mąż za Szymona Gincburga z Kijowa i tam właśnie przeprowadziła się po ślubie. Według aktu urodzenia Zuzanny Poliny Gincburg, jej ojciec Szmaja Bierowicz Gincburg ukończył kurs nauk prawniczych na Uniwersytecie Kazańskim, natomiast przy Cyrli (Cirli) Abramownej – matce – nie podano wykształcenia ani wykonywanego zawodu. Zachowały się jednak wnioski paszportowe Cirli Gincburg z 1925 roku, gdzie wpisany jest rok urodzenia: 1893, wyznanie mojżeszowe, obywatelstwo po ojcu – Polka. W rubryce „zawód” Cecylia napisała „przy rodzicach”, a w rysopisie: wzrost średni, twarz pociągła, oczy piwne, brunetka.

Cirla (Cecylia) Gincburg, 1925

Małżeństwo państwa Gincburgów nie było udane, przetrwało tylko do 1921 roku. Niedługo po przyjeździe do Równego Szymon opuścił rodzinę i wyjechał do Niemiec. Znajomi Ginczanki mówili, że wkrótce zamarzył o karierze aktorskiej i w poszukiwaniu szczęścia oraz możliwości zrobienia kariery filmowej wyemigrował do Ameryki. Pojawił się nawet w tych wspomnieniach jego pseudonim artystyczny – Senia Gardeni, który świetnie pasował do wizerunku przystojnego, trochę zblazowanego młodego mężczyzny, widocznego na zdjęciu w albumie fotograficznym Zuzanny. To od jej koleżanki, Laury Laszewskiej, odnalezionej przeze mnie w latach dziewięćdziesiątych w Tel Awiwie, usłyszałam o wymarzonej profesji i nowych personaliach Szymona; a w liście do mnie pani Lorka dodała: „Sanka pokazywała mi ogłoszenia z filmów z nazwiskiem swego ojca”[19]. Nie udało mi się potwierdzić informacji o próbach podboju amerykańskiego przemysłu filmowego przez Szymona Gincburga / Senię Gardeniego. Być może chęć zaimponowania rówieśnikom zainspirowała Zuzannę do stworzenia tej fantastycznej opowieści? A może zdradzona – chciała mieć godną siebie rywalkę? Sztukę? Bo jak można uwierzyć, że ojciec porzucił ją dla innej, „zwyczajnej” kobiety? Tego wybaczyć nie sposób. Ale skoro jego wyborem miała być artystyczna twórczość... To teraz opuszczona i zraniona córka zechce udowodnić, że wcale nie jest gorsza... że jej sztuka także będzie godna taty, jego miłości i wierności. Czy chęć uzyskania statusu poetki mogła być próbą zwrócenia na siebie uwagi ojca, jego odzyskania – choćby w sensie symbolicznym?

Szymon Gincburg

Poszukiwanie śladów Szymona Gincburga fascynuje nie tylko dzisiaj. Rozpalało także wyobraźnię Józefa Łobodowskiego, który przed laty wskazał niezwykły trop, na jaki trafił podczas swoich lektur i poddał go osobistej dedukcji oraz spekulacji. Trop wydaje się fałszywy, ale jakże literacki i godny historii o hollywoodzkiej karierze, wreszcie – jakoś przecież pasujący do fantazji nastoletniej dziewczynki chwalącej się tatą:

Mniej więcej w tym samym czasie [mowa o latach sześćdziesiątych XX wieku – I.K.] przeczytałem o wielkim dziwaku i fantaście, którego w Kijowie przed rewolucją nazywano „baronem”. Baron Gincburg! Był artystycznym cyganem z natury, mecenasem poetów, malarzy i w ogóle artystów. Miewał okresami grube pieniądze, szybko je tracił, równie szybko bogacił się w niewytłumaczalny dla otoczenia sposób. Przyjaźnił się z Osipem Mandelsztamem, poetą wielkiej klasy, ale wtedy jeszcze mało znanym [...]. Po zestawieniu pewnych faktów i dat doszedłem do wniosku, że ów fantastyczny „baron Gincburg” był ojcem Zuzanny. [...] Za ojcostwo barona nie ręczę; zbieżność faktów i dat mogła być zwykłym przypadkiem. Niemniej, jestem przekonany, że Zuzanna była córką owego fantasty-utracjusza i hojnego mecenasa w dniach obfitości. Ale, jak już podkreśliłem, nigdy z nią na ten temat nie rozmawiałem. O Gincburgu dowiedziałem się różnych szczegółów z lektur rosyjskich w dobrych kilkanaście lat po tragicznej śmierci Zuzanny.[20]

Rzeczywistość była, jak się okazuje, o wiele bardziej prosta, wcale nie tak kolorowa i burzliwa. Czytając całkiem niedawno listy sprzed wielu lat, jakie otrzymałam od znajomych Zuzanny Ginczanki, pisane już po moich pierwszych publikacjach na jej temat w latach dziewięćdziesiątych, zatrzymałam się nad fragmentem wspomnienia autorstwa Tadeusza Wittlina, być może rozjaśniającym nieco historię Szymona Gincburga i jego relacji z córką:

Pisze Pani, że ojciec Ginczanki był aktorem i reżyserem. Zuzia pokazując mi jego fotografię z dwiema blondynkami na plaży powiedziała, że był adwokatem, stale mieszkającym w Berlinie. Zdziwiłem się, wiedząc o jego pochodzeniu, a były to już czasy hitlerowskie. Z przyczyn jednak zrozumiałych nie zrobiłem żadnej uwagi.[21]

Dzięki kwerendzie wykonanej przez Krzysztofa Willmanna udało się wytropić ślad niejakiego Symona Gincburga i jego żony Hedwing[22]. Według danych Fundacji Ellis Island małżeństwo przybyło do Nowego Jorku w listopadzie 1939 roku statkiem Vulcania, który wypłynął z włoskiej Genui 25 października 1939 roku. Symon, lat pięćdziesiąt, bezpaństwowiec narodowości żydowskiej, mówiący po niemiecku, urodził się w Rosji, ostatnio mieszkał w Berlinie. Hedwing, lat czterdzieści osiem, gospodyni domowa, mówiąca po niemiecku, bezpaństwowiec, urodzona w Niemczech, zamieszkała w Berlinie. Oboje posiadali wizy amerykańskie wydane w Berlinie 12 września 1939 roku.

Symon i Hedwing Gincburgowie – dokument potwierdzający przybycie do Stanów Zjednoczonych, październik 1939

Według spisu powszechnego, jaki przeprowadzono w Stanach Zjednoczonych w roku 1940, Simon i Hedy Gincburgowie mieszkali w Nowym Jorku na Manhattanie. Szymon był wówczas kierownikiem fabryki jedwabiu (manager of silk factory), jego żona – projektantką w fabryce toreb (bag designer in purse factory). Zachowało się nawet świadectwo patentowe z 1941 roku dla jednego z projektów wykonanych przez Hedy.

Kolejne poszukiwania – Małgorzaty Wach i Karoliny Szlęzak[23] – pozwoliły dotrzeć do oświadczenia Symona (Simona) Borisa Gincburga, urodzonego 17 marca 1889 roku w miejscowości Wieliż w Rosji (w obwodzie smoleńskim), ubiegającego się w maju 1940 roku o amerykańskie obywatelstwo. Dokument ten rozwiewa wszelkie wątpliwości, jeśli chodzi o identyfikację mężczyzny, ponieważ w rubryce „dzieci” Simon potwierdził, że z pierwszego małżeństwa ma jedną córkę Zuzannę (Suzanne), urodzoną 9 marca 1917 w Rosji, zamieszkałą w Polsce. Podał także, że jego rozwód miał miejsce w 1921 roku w Rosji. Drugi raz ożenił się Gincburg w Berlinie 11 listopada 1938 roku z Hedy Joan (urodzoną 26 grudnia 1890 roku w Kolonii w Niemczech). W Nowym Jorku mieszkali nowo przybyli pod adresem 90 Ellwood Street. Deklaracja zawiera także informacje na temat wyglądu Symona: jasna cera, czarne włosy, oczy niebieskie, wzrost sześć stóp i jeden cal (czyli nieco ponad sto osiemdziesiąt pięć centymetrów), waga sto dziewięćdziesiąt osiem funtów (czyli prawie dziewięćdziesiąt kilogramów).

Simon i Hedy Gincburgowie w spisie powszechnym USA, 1940

Projekt torebki autorstwa Hedy Gincburg, świadectwo patentowe, 1941

Ostatnim śladem Szymona Gincburga w Ameryce jest znaleziony w internecie nekrolog, z którego wynika, że ojciec Ginczanki zmarł w listopadzie 1964 roku jako wdowiec. To wszystko. Poza jednym jeszcze drobiazgiem z przeszłości rodziny Gincburgów, tym razem dziadków Zuzanny ze strony ojca. W księdze rabinackiej bowiem, przechowywanej w archiwum w Kijowie, zachował się zapis o ślubie Chaima Bera Gincburga, który odbył się w 1888 roku[24]. Nieczytelne jest imię żony Chaima, ale w tym przypadku bardziej interesują nas informacje o tożsamości mężczyzny. Skoro imię odojcowskie (otczestwo) Szymona zapisane w akcie urodzenia Zuzanny to „Berowicz” – zgadzałoby się z wymienionym tu drugim imieniem pana młodego z 1888 roku, a i zestawienie dat ślubu owych kijowskich nowożeńców oraz urodzin ojca Ginczanki może wskazywać, że w imieniu Zuzanny udało się odnaleźć, być może osobiście wcale jej nieznanych, dziadków Gincburgów.

Symon Gincburg – wniosek o przyznanie obywatelstwa amerykańskiego, 1940

Po wyjeździe Szymona do Niemiec Cecylia Sandberg zajęła się układaniem własnego życia na nowo. Poznała Waltera Rotha, piwowara z Czech[25], być może zatrudnionego w znanym browarze Bergszlos (oficjalna nazwa: Towarzystwo Browarów i Fabryka Drożdży Spirytusowych „Bergszlos” Spółka Akcyjna w Równem, 1910–1939), ale ponieważ nie udało się Waltera odnaleźć w księgach meldunkowych i w dostępnych spisach ludności Równego z lat trzydziestych, być może pracował w Łucku, w największym na tym terenie browarze Wacława Zemana?

„Wiadomości Turystyczne” 1932, nr 1

Dlaczego po ślubie państwo Rothowie wyjechali do Hiszpanii? Jan Śpiewak wyraźnie sugeruje, że powodem była obawa Cecylii, sporo starszej od męża, o ewentualne zainteresowanie Waltera Zuzanną:

Matka Zuzanny tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej wyszła za mąż za znacznie młodszego od siebie inżyniera chemika. Mógł być raczej mężem urodziwej córki. Korzystając z pretekstu możliwości otrzymania dla niego pracy w Hiszpanii, wyjechali czym prędzej.[26]

Miałaby to być ucieczka? Ucieczka matki strzegącej własnego szczęścia przed córką, która mogła stać się rywalką? Czy dlatego Zuzanna nigdy nie odwiedziła Cecylii? Nie chciała – nawet gdy wiosną 1939 roku wiadomo było, że nie powinna pozostać dłużej w Polsce, gdy nadciągała katastrofa. Józef Łobodowski, wspominając swoje ostatnie spotkanie z Ginczanką, w Warszawie, tuż przed wybuchem wojny, przyznał, że w obliczu zbliżającego się konfliktu zbrojnego radził dziewczynie wyjechać do Hiszpanii: „Odszukasz matkę, pomoże ci urządzić się...”[27]. Wobec powyższego nie może dziwić reakcja Zuzanny: „Roześmiała się. «Nie, ja już wolę zostać razem z babcią!»”[28]. Po zdradzie ojca zdrada matki musiała zaboleć tym bardziej. Zwłaszcza zdrada, która miała znamiona ucieczki przed córką.

Zachowały się dwa listy Cecylii Roth pisane do Sanki pod koniec lat trzydziestych z Hiszpanii – oba po rosyjsku. Trzeci list, z 21 czerwca 1949 roku, został zaadresowany do Kazimierza Wyki, następnie przekazany przez niego do prywatnego archiwum Juliusza Wiktora Gomulickiego, a dzisiaj znajduje się w zbiorach Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie. Jest to dramatyczna prośba matki o informacje dotyczące zamordowanej w obozie córki. Obietnica kolejnego listu i nadesłania pamiątek pozostałych jej po Zuzannie. Nie wiem, czy profesor Kazimierz Wyka, wybitny historyk literatury, pod koniec lat czterdziestych redaktor „Odrodzenia”, odpowiedział na ten list. Ani w spuściźnie badacza, ani w archiwum krakowskiego czasopisma nie ma śladu dalszej korespondencji. Pozostał zapisany na samym końcu listu adres Cecylii, pod którym bezskutecznie próbowałam szukać jej – i Zuzanny – śladów: Cecilia Roth, Pamplona, Estafeta 73, España[29]. Jedyna informacja, jaką przesłano mi z Archiwum Królewskiego i Generalnego Nawarry w Pampelunie, w odpowiedzi na zapytanie o małżeństwo państwa Rothów, dotyczy niejakiego Valtera Rothe Klein, zameldowanego pod powyższym adresem w roku 1945, inżyniera, lat sześćdziesiąt sześć. Być może natrafiliśmy w ten sposób na ślad teścia Cecylii, do którego sprowadzili się przybysze z Równego? I o kim informuje zapis w oficjalnym dzienniku Królestwa Hiszpanii „Boletín Oficial del Estado” z 1958 roku, w którym odnotowano, że Walter Roth Klein z Czechosłowacji otrzymał obywatelstwo hiszpańskie 21 listopada 1957 roku[30]? Czy któryś z wymienionych (a może mówimy o tej samej osobie?) to ów tajemniczy piwowar, który do nazwiska po ojcu (Roth) dodał hiszpańskim zwyczajem nazwisko po matce (Klein)?

Cecylia Roth do Kazimierza Wyki, 1949

W latach dziewięćdziesiątych, gdy miałam okazję spotkać się z jedyną żyjącą osobą z najbliższej rodziny Zuzanny – jej kuzynką Lidką Varsano (z domu Nogid), zapytałam o losy siostry jej matki. Dowiedziałam się, że ciotka Cecylia zmarła samotnie w Pampelunie, a jej mieszkanie zostało urzędowo zlikwidowane wraz ze wszystkimi znajdującymi się w nim dokumentami. Jeśli były tam pierwsze wierszyki i rysunki Zuzanny Ginczanki, fotografie i późniejsze listy, tom O centaurach z dedykacją dla mamy – to wszystko przepadło.

Jedyny niewyraźny ślad, jaki pozostał po Cecylii, z jej powojennej już historii, zachował się we wspomnieniu Józefa Łobodowskiego:

Zdarzyło się, że w latach sześćdziesiątych drukowałem w londyńskich „Wiadomościach” wiersz pt. Pamięci Sulamity, poświęcony pamięci Zuzanny Ginczanki. Jeden z młodych studentów polskich pojechał w okresie świątecznych wakacji do Pamplony i po powrocie opowiada mi, że poznał tam małżeństwo z Polski; on, piwowar z Wołynia, spolszczony Czech, żona, zdaje się Żydówka. Zapytała go, czy coś wie o poetce, Zuzannie Ginczance, której jest ciotką. Wydało mi się dziwne, że ciotka, ale poinformowałem chłopaka o losach Zuzanny i dałem mu odpis owego wiersza. Po jakichś dziesięciu dniach otrzymuję małą poleconą paczuszkę z Pamplony. Tekturowe pudełko, w nim drugie, mniejsze, następnie trzecie, jeszcze mniejsze. Co u diabła! – myślę – jakieś kpiny czy kawał? Ale w trzecim pudełeczku mała flaszeczka, a w niej w kawałku waty złota szpilka do krawata z diamencikami. Szpilka przebija małą karteczkę z napisem „Od matki Zuzanny”.[31]

Akt urodzenia Zuzanny Poliny Gincburg