Wydawca: MORGANA Katarzyna Wolszczak Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2016

Geniusze fantastyki ebook

autor zbiorowy

3.75 (8)
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Geniusze fantastyki - autor zbiorowy

Geniusze fantastyki” zabiorą cię na wyprawę do fantastycznych światów, gdzie rządzi magia, nauka lub wiara; gdzie niemożliwe walczy o prymat z możliwym, a wyobraźnia jest najpotężniejszą siłą we wszechświecie.

Nie ma znaczenia, czy po zamknięciu oczu podróżujesz po fantastycznych krainach, przedzierasz się przez postapokaliptyczne pustkowia, badasz nawiedzone miejsca czy mkniesz przez kosmiczną otchłań – z pewnością znajdziesz tu coś dla siebie!

W twoje ręce oddajemy obszerny zbiór opowiadań autorów związanych lub zaprzyjaźnionych z wydawnictwem Genius Creations. Ta ponad 1000-stronicowa antologia to ich prezent dla ciebie i dla nas z okazji drugiego roku działalności wydawnictwa.

Z prawdziwą przyjemnością zapraszamy do świata „Geniuszy fantastyki”!

Opinie o ebooku Geniusze fantastyki - autor zbiorowy

Cytaty z ebooka Geniusze fantastyki - autor zbiorowy

Antologia, którą macie przed sobą jest prezentem autorów dla Was, Drodzy Czytelnicy, i  dla nas (wydawnictwa Genius Creations) z  okazji drugich urodzin. O  projekcie, choć teoretycznie nic w  Genius Creations nie ma prawa się dziać bez mojej zgody, usłyszałem, kiedy antologia była już gotowa. Całość w  tajemnicy przygotował Dawid „Fenrir” Wiktorski.
Antologia, którą macie przed sobą jest prezentem autorów dla Was, Drodzy Czytelnicy, i  dla nas (wydawnictwa Genius Creations) z  okazji drugich urodzin. O  projekcie, choć teoretycznie nic w  Genius Creations nie ma prawa się dziać bez mojej zgody, usłyszałem, kiedy antologia była już gotowa. Całość w  tajemnicy przygotował Dawid „Fenrir” Wiktorski. To jego ciężkiej pracy i  determinacji zawdzięczamy ten wyjątkowy zbiór opowiadań.

Fragment ebooka Geniusze fantastyki - autor zbiorowy

Krótka przedmowa

Antologia, którą macie przed sobą jest prezentem autorów dla Was, Drodzy Czytelnicy, i dla nas (wydawnictwa Genius Creations) z okazji drugich urodzin. O projekcie, choć teoretycznie nic w Genius Creations nie ma prawa się dziać bez mojej zgody, usłyszałem, kiedy antologia była już gotowa. Całość w tajemnicy przygotował Dawid „Fenrir” Wiktorski. To jego ciężkiej pracy i determinacji zawdzięczamy ten wyjątkowy zbiór opowiadań.

Jestem szczerze wzruszony takim dowodem sympatii Autorów, których cenię i szanuję nie tylko za dorobek twórczy. Pragnę im w tym miejscu jeszcze raz serdecznie podziękować.

Uwierzcie mi, nie wiem, co znajdę na kolejnych stronach. Dla Was i dla mnie, tutaj zaczyna się wspaniałą przygoda. Nie traćmy więc czasu! Ruszajmy!

 

Marcin A. Dobkowski

W tym szaleństwie jest metoda

Nie jesteśmy megalomanami – od tej uwagi powinienem chyba rozpocząć przedmowę do całego projektu. Tytuł antologii nawiązuje wprost do nazwy naszego wydawnictwa.

Początkowo zbiór miał być „tylko” niewielkim prezentem dla czytelników z okazji drugich urodzin naszej oficyny. Dwieście, może trzysta stron, bo i skąd wziąć więcej opowiadań? Myliłem się, i to bardzo – nasi (i nie tylko) autorzy pokazali, że naprawdę można na nich polegać. Efektem są „Geniusze fantastyki”, najobszerniejsza antologia tego typu, jaka kiedykolwiek pojawiła się w polskiej sieci. 28 twórców, 64 opowiadania, około dwa i pół miliona znaków – te liczby robią naprawdę wielkie wrażenie. I mówię to jako osoba, która przez ostatnie trzy miesiące koordynowała całością, i powinna już teoretycznie przywyknąć.

Mam nadzieję, że „Geniusze fantastyki” was zainteresują – każdy z autorów porusza wiele tematów, wątków i motywów, na dodatek w niepowtarzalny sposób. Są tu zawarte historie poważne, jak i groteskowe; te z gatunku fantasy, jak i rozgrywające się w przestrzeni kosmicznej; krótkie i długie. Wybór jest ogromny.

Dwa lata funkcjonowania na rynku wydawniczym to, wbrew pozorom, długi czas. Na tyle długi, że można poświęcić kilka minut na refleksję nad kierunkiem, który obraliśmy i postępami w tworzeniu Genius Creations.

Te dwa lata to prawdziwy kalejdoskop. Były momenty bardzo trudne, ale były też takie chwile, gdy nasze starania przynosiły wyraźny efekt, a czytelnicy doceniali nasze książki i inicjatywy. Oby antologia, jako jedna z takich inicjatyw, także zasłużyła na Wasze uznanie.

Kto przyczynił się do powstania tej antologii? Wiele osób. Przede wszystkim składam serdeczne podziękowania autorom, którzy zgodzili się udostępnić swoje teksty, a potem współpracować przy ich odświeżaniu i poprawianiu. Współpraca z wami była prawdziwą przyjemnością i cieszę się, że wszyscy potraktowaliście projekt poważnie.

Przede wszystkim jednak gorące podziękowania należą się Marcinowi Dobkowskiemu, twórcy Genius Creations.

Cóż zatem rzec więcej? Pozostaje mi już tylko życzyć przyjemnej, satysfakcjonującej lektury.

 

Dawid „Fenrir” Wiktorski

Pierwsze zdanie – Michał Chmielewski

Miałem pomysł na historię. Oryginalny, najlepszy, na jaki dotychczas wpadłem. Po prostu genialny. Co prawda z poprzednimi było podobnie – prędzej czy później okazywało się, że genialne na pewno nie są, do najlepszych też nie należą, daleko im też do oryginalności.

Lecz nie potrafiłem wymyślić pierwszego zdania.

Mijały dni, historia grzała się na palniku mojej wyobraźni, dopracowywałem szczegóły, detale bohaterów, by uczynić ich jeszcze bardziej realnymi. Robiłem notatki, pisałem na fiszkach, ale wciąż nie mogłem ułożyć pierwszego zdania. Nic nie pasowało, nic nie oddawało tego, co chciałem przekazać.

To miała być powieść katastroficzna, o ludziach walczących o przeżycie, o tragedii na światową skalę.

Tylko to pierwsze zdanie...

Zacząłem chodzić na spacery, każdego dnia coraz bardziej sfrustrowany. Zabierałem ze sobą laptopa i siadałem na trawie, oczekując na inspirację niesioną wiatrem, ten chwilowy przebłysk geniuszu – tylko na kilka słów. Potem pójdzie z górki – powtarzałem sobie. Wszystko rozplanowałem, każdy dialog, każdą akcję. Głęboko wierzyłem, że ta historia skradnie serce jakiemuś redaktorowi, ten zaniesie ją do szefa wydawnictwa i oznajmi z wypiekami na twarzy, że dawno nie czytał czegoś równie wspaniałego.

Mało tego! Liczyłem, że powieść zyska nie tylko przychylność wydawnictwa, ale i czytelników – tak polskich, jak i zagranicznych. Marzyłem o głośnym debiucie, o wywiadach i spotkaniach autorskich, na które brakuje miejsc; pragnąłem wystąpić w telewizji śniadaniowej, opowiadać przed kamerami jak wpadłem na pomysł napisania tak wspaniałej i przerażającej historii. Czekałem na wywiady dla zagranicznych serwisów, intratne kontrakty, wyczekiwałem zachwytów jak w przypadku skandynawskich kryminałów.

Byłem gotów.

Niestety, wszystko to kryło się za pierwszym zdaniem, którego wciąż nie mogłem dostrzec.

Rwałem włosy z głowy, kląłem, piłem, paliłem, odchodziłem od zmysłów; aż dziw, że na moim czole nie rosił się krwawy pot. Wszędzie zapisywałem zdania, które przychodziły mi do głowy – na biletach, rachunkach, chusteczkach higienicznych, na dłoniach – i przyglądałem im się z rosnącą frustracją. Czułem się jak naukowiec, który jest o krok od rozwiązania.

Pierwsze zdanie ustawia całą powieść – wierzyłem w to równie mocno, jak nie wierzyłem w Boga i życie pozagrobowe. Ale to już wkrótce miało się zmienić.

Odwiedził mnie Diabeł.

* * *

Wtedy oczywiście nie wierzyłem. Siedziałem w kuchni przy stole, ćmiąc papierosa. Za oknem panowała późna noc, w okna stukał gęsty deszcz. Przy komputerze leżało kilka wydrukowanych kartek – wszystkie zapełnione pierwszymi zdaniami.

Pomyślałem, że w zamian za pierwsze zdanie oddałbym duszę Szatanowi. I właśnie wtedy zapukał do drzwi.

Otworzyłem. Miał pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt lat i wyglądał na cwanego oraz charyzmatycznego staruszka, którego wzrok przewiercał mnie na wylot.

Spytał, czy może wejść. Zgodziłem się. Może potrzebował pomocy?

Przedstawił się.

– Jestem Diabłem – powiedział i w tym momencie, jak w tanim filmie, za oknem piorun uderzył w ziemię z potwornym grzmotem.

Nie dałem mu wiary, a mimo to wpuściłem go do środka, zaproponowałem herbatę i spytałem, czy potrzebuje do kogoś zadzwonić.

Nie potrzebował.

Przeszedł do kuchni zdecydowanym krokiem, jakby wiedział, gdzie jest, i usiadł przy laptopie. Wtedy zaproponował umowę.

– Napiszę pierwsze zdanie twojej powieści, jeśli oddasz mi swoją duszę.

No tak, dziadek zwariował.

– Nieprawda – odpowiedział, a mnie zatkało.

Zaintrygował mnie ten cały… Diabeł.

– O czym piszesz?

– O katastrofie – powiedziałem. Czułem suchość w gardle.

– Co zatem stoi na przeszkodzie?

– Pierwsze zdanie.

Wytłumaczyłem mu, że to musi być coś. COŚ. Absolutny majstersztyk.. Ta historia musi znaleźć oddźwięk w mediach, wydawnictwa mają bić się o prawa do jej wydania, a Hollywood błagać o pozwolenie na produkcję filmu.

Krótko mówiąc, o tej historii ma usłyszeć cały świat.

Diabeł uśmiechnął się szelmowsko.

– Jeśli oddasz mi swoją duszę, napiszę pierwsze zdanie, a wtedy cały świat usłyszy o tej historii.

Żartowniś – pomyślałem, ale się zgodziłem. Diabeł wyciągnął dłoń, a ja ją uścisnąłem.

Spojrzał na monitor, podrapał się palcem po brodzie i niby od niechcenia wklepał pierwsze zdanie.

– Do zobaczenia – powiedział, wychodząc. – Bo na pewno jeszcze się zobaczymy.

Zamknąłem za nim drzwi, pokręciłem głową – muszę uważać, kogo wpuszczam do domu – i wróciłem do laptopa.

Zdanie, które staruszek – czy też Diabeł – napisał, było genialne. Wpatrywałem się w nie przez dłuższy czas. Idealne, wspaniałe. Kilka słów, jeden przecinek – i wszystko było jasne. Próbowałem dodać coś od siebie, coś zmienić, ale nic nie równało się z tym, co napisał Diabeł.

* * *

Na drugi dzień wziąłem wolne, by poświęcić powieści jak najwięcej czasu. Czułem, że to będzie to. Zdania wylewały się ze mnie, odgłos stukania w klawisze rozchodził się po całym domu. Mało jadłem, mało piłem. Musiałem zarwać kilka nocy – pisałem właśnie kluczowe, jak się okazało, fragmenty. Bałem się, że je stracę, jeśli zostawię je na następny dzień.

Tydzień później napisałem ostatnie zdanie i postawiłem kropkę. Po głębokim oddechu dopisałem „koniec”. Nie wybuchły fajerwerki, nie usłyszałem muzyki. Poczułem za to cały ten tydzień w kościach – tyłek i plecy bolały mnie niemiłosiernie, w głowie miałem pustkę, a w oczach jakby piach.

* * *

Następny dzień spędziłem przed telewizorem, z przerażeniem wgapiając się w jego ekran. Katastrofa zdarzyła się naprawdę. Na własne oczy widziałem to, co napisałem.

Nadawały o tym wszystkie media, wszystkie bez wyjątku – każda stacja radiowa i telewizyjna, a nazajutrz miała dołączyć do nich prasa.

Teraz jednak słuchałem i oglądałem wybuchy, które rejestrowały dziesiątki, jeśli nie setki kamer. Ujęcia z każdego kąta, opatrzone komentarzami reporterów. Relacje świadków, płacz, ucieczkę ludzi na ulicach, zakrwawione twarze. Gęsty dym zasłaniający słońce i niebo.

Całe oczy świata były zwrócone na to, co napisałem.

Nie musiałem zaglądać do laptopa – doskonale wiedziałem, że koszmar jeszcze długo się nie skończy. Będzie się ciągnął tygodniami wraz z nowymi ciałami niewinnych ludzi, ich szczątkami odnalezionymi w gruzach. Płacz rodzin czekających na powrót bliskich. Ojcowie dzieci i żony mężów będą mówić do kamer i mikrofonów, że ciągle wierzą, że nadzieja umiera ostatnia. Jednak każdy, kto widział w telewizji, co się działo, zrozumie, że to przegrana sprawa. Ocalałych będzie znacznie mniej niż tych, którzy zginęli. I tylko ja wiedziałem, że to jeszcze nie koniec.

To potrwa się znacznie dłużej, pochłonie więcej ofiar niż można sobie wyobrazić. Tego dnia, w tym jedynym miejscu, zginie więcej ludzi niż kiedykolwiek wcześniej. Dokładnie tak, jak napisałem.

– Cały świat usłyszy o tej historii – tak powiedział Diabeł.

I usłyszał. Miał słyszeć jeszcze długi czas. Pojawią się nowe fakty, indywidualne historie ofiar, służby specjalne znajdą winnych, a koszmarne ujęcia będą powtarzane przy każdym wydaniu wiadomości, programów śniadaniowych i gdzie tylko się da.

Moja dusza.

Cały świat usłyszał o tej historii, dokładnie tak, jak powiedział. A co z moją duszą? Nie wiem. Boję się. Czy czeka mnie ponowne spotkanie z Diabłem? Może przyjdzie do mnie jutro, może jeszcze dzisiaj, i zaproponuje kolejny układ? Czy po śmierci moim udziałem będzie piekło, kąpiele we wrzątku i spacery po żarze? Nie wiem. Wiem tylko, że się boję.

* * *

Diabeł spisał się znakomicie. Wszyscy o tym słyszeli, cały świat widział, co wydarzyło się tego pamiętnego dnia. Wy też widzieliście, jestem tego pewien. Jeśli nie – sprawdźcie w Internecie. Wpiszcie tylko „11 września”.

Wszystkich Świętych – Michał Chmielewski

Stanął przed bramą z wielkim metalowym napisem – „CMENTARZ BASKIN ZACHODNIE” – przepuszczając kilka osób. Wziął głęboki oddech i wszedł na teren nekropolii.

Pierwszy listopada, Święto Zmarłych, godzina dziewiąta wieczór. Wszystkie nagrobki pokryte były płonącymi zniczami, które tworzyły wielką łunę widoczną z drugiego końca miasta. Odwiedzających było mnóstwo – krążyli pomiędzy nagrobkami, czytali epitafia, pocierając dłonie.

Zauważył sporo trzymających się za ręce par.

Czyżby w takim miejscu mogło być coś romantycznego? – pomyślał.

Panował melancholijny nastrój. Niektórzy zamieniali ze sobą kilka uprzejmych zdań i rozchodzili się w swoje strony. Co chwila zawiewał lodowaty, listopadowy wiatr – zwiastun nadchodzącej zimy.

– Hej, Piotr! – Jakub podbiegł do niego, klepiąc go w ramię. – Wcześnie jesteś w tym roku.

– Chciałem z nim porozmawiać – odpowiedział.

– Z Markusem?

Przytaknął.

– O czym? Zresztą, znasz go. Przecież wiesz, że nic ci nie powie. Będzie się tylko mądrzył, jak to zawsze on, i tyle sobie z nim porozmawiasz.

Wzruszył ramionami. Może tak, może nie. Nie miał nic do stracenia – już nie – więc warto było spróbować.

– Dużo nowych w tym roku? – spytał.

– Trzydziestu siedmiu. W tym jeden tragik.

Szli środkiem deptaka. Nikt nie zwracał uwagi na ich głośną rozmowę.

– Ile on już tu jest?

– Markus? – Jakub zrobił teatralną minę wyrażającą głębokie zastanowienie. – Nie wiem. Długo. Kilkadziesiąt lat na pewno. Dzisiaj widziałem go w rogu cmentarza, za niemowlakami.

Piotr przełknął ślinę. Niemowlaki. Nigdy nie lubił tam chodzić. Spojrzał ukradkiem na Jakuba, zastanawiając się, w jaki sposób zachowuje taki optymizm wobec tego wszystkiego.

– Ach! – zawołał Jakub. – Chodź, muszę coś ci pokazać! Dzisiaj się nauczyłem!

Niechętnie ruszył za nim między nagrobki.

– Co takiego? – spytał zniechęcony. Przede wszystkim musiał – musiał! – porozmawiać z Markusem i nie chciał marnować ani chwili.

Jakub stanął przy czuwającej czteroosobowej rodzinie.

– Patrz – powiedział i szybkim dmuchnięciem zgasił jeden ze zniczy. Potem drugi i trzeci.

– Cholerny wiatr – odezwał się mężczyzna.

– Rysiek! – skarciła go żona, po czym podała chłopcu zapalniczkę. – Tomuś, zapal je z powrotem, dobrze?

Chłopiec podszedł do pierwszego znicza, zatrzymując się tuż przy Jakubie. Próbował odpalić zapalniczkę, ale przy każdej próbie Jakub zdmuchiwał – puff! – pojawiający się płomyk. Wraz z dźwiękiem odpalania – cyk! – posypały się malutkie iskierki.

– Nie działa – mruknął chłopiec.

– Na pewno działa – powiedziała matka. – Spróbuj jeszcze raz.

Scena powtórzyła się jeszcze kilka razy. Cyk – puff! Cyk – puff! Cyk – puff!

Jakub drażnił się z chłopakiem jeszcze chwilę, dopóki nie zauważył, że Piotr obrócił się na pięcie i odszedł w stronę deptaka.

– Ej, poczekaj! – Jakub pobiegł za nim, skacząc po marmurowych płytach. – Nie bądź taki sztywniak!

Skacząc z jednej na drugą, poruszył kilka wieńców i zniczy. Stojący w zamyśleniu ludzie przypisali to wiatrowi, który nawet jak na tę porę roku był nie do zniesienia. Niektórzy poczuli jeszcze dziwny niepokój, coś jakby wewnętrzny chłód.

– Nie skacz po nagrobkach! – krzyknął Piotr. W dalszym ciągu nikt nie zwracał na nich uwagi.

– Daj spokój, człowieku.

Piotr stanął w miejscu, przyglądając się Jakubowi. Stał teraz na grobie Wacława Zielonkowicza, przy którym czuwało kilka osób.

– Zejdź.

– Dobra, już dobra. – Jakub zeskoczył, potrącając znicz. Jedna z kobiet natychmiast go podniosła i odpaliła z powrotem. – Nie jesteśmy dziś w sosie, co?

– Nie o to chodzi. Chciałbyś, żeby ktoś tak traktował twój wieczny spoczynek?

– E tam. Na pewno mi zazdrościsz. Zazdrościsz mi, co, bo teraz mogę poruszać przedmiotami. W końcu mogę się czuć jak prawdziwy duch. Wiesz, ile na to czekałem?

Piotr patrzył na niego z politowaniem.

– Tylko na tym ci zależy? Serio, tylko na tym?

– A na czym może mi zależeć? – Jakub krzyknął na cały cmentarz. Nikt go nie usłyszał. – Jesteśmy martwi!

* * *

Jakub był nieugięty.

– Tracisz czas – powiedział.

– Jak mówiłeś. Mam całą wieczność.

– Nie, jeśli chcesz zrobić to, co myślę, że chcesz zrobić.

Piotr nie odpowiedział.

Szli deptakiem, zbliżając się do trzech dziewcząt. Siedziały na ziemi, tworząc trójkąt.

– Siema, dziewczyny! – zawołał Jakub.

– Gdzie idziecie? – spytały wszystkie naraz.

Piotr przerwał Jakubowi.

– Przejść się. Zaraz wracamy.

Gdy odeszli, Jakub spytał go szeptem, dlaczego nie powiedział im prawdy. Piotr zauważył, że spacerujący ludzie omijają utworzony przez dziewczyny trójkąt i zadał sobie pytanie, czy robią to świadomie. Pewnie nie.

– Poszłyby za nami – odpowiedział Jakubowi. – Chcę porozmawiać z nim sam.

Jakub kopnął leżącą na ziemi gałąź.

– Wiesz, może on faktycznie wie, co jest po drugiej stronie. Mówi, że wie i większość z nas mu wierzy. Ale on nigdy nie powiedział o tym ani słowa. Każdy, kto chce się tego dowiedzieć, musi tam iść sam. Dlaczego w ogóle teraz nagle się tym interesujesz?

Bo chcę tam iść – pomyślał. Zbliżali się do tylnej bramy cmentarza. Po lewej, ponad nagrobkami, majaczył zarys postaci.

– To do zobaczenia – powiedział Piotr, zostawiając Jakuba. Wszedł między stare nagrobki, zapomniane przez rodziny i zniszczone przez czas.

Stanął przy grobie. Na wielkim, marmurowym krzyżu siedział Markus. Wyglądał na dwadzieścia parę lat. Miał długie włosy i dwudniowy zarost.

Prawie jak Kurt Cobain – ocenił Piotr.

– Bardzo trafnie – powiedział Markus. – Lubiłem go, słuchałem jego muzyki. Wielki gość.

Czyta w myślach?

– Tak – powiedział Markus, sięgając po jedynego zapalonego znicza. – Czytam wszystko.

Odpalił papierosa i odłożył znicz na miejsce.

Patrzył jak papieros wędruje do ust Markusa, patrzył jak się zaciąga i wydmuchuje dym.

Ciekawe, jak smakuje? – pomyślał.

– Jak powietrze – rzekł Markus.

Przyjrzał się nagrobkowi. Tak jak inne w tej części cmentarza, ten również nie prezentował się najlepiej. Epitafium głosiło „Markus Herman, kochany synek”.

– To twój? – spytał Piotr.

Markus odpowiedział skinięciem głowy.

– Dlaczego chcesz wiedzieć? – spytał Piotra, nie spuszczając z niego wzroku. – Po co ci wiedza, co jest tam, po drugiej stronie?

Spodziewał się tego pytania. Miał przygotowaną odpowiedź, nawet kilka, wszystkie ułożone tak, by pociągnąć Markusa za język. Był martwy, miał przed sobą całą wieczność tu, na Ziemi, w postaci niczego. Mógł widzieć, nie mógł nawiązać kontaktu. Nie mógł czuć zapachu, dotyku, wzroku żywej osoby ani z nią rozmawiać.

– Nie tego chciałem – odpowiedział. – Nie tego oczekiwałem, gdy odbierałem sobie życie.

* * *

Markus wciąż ćmił papierosa.

– To, gdzie teraz jesteśmy – powiedział, omiatając ręką cmentarz – można nazwać to czymś w rodzaju stanu przejściowego. Poczekalni.

Kilku chłopaków zapuściło się w tę część cmentarza, opowiadając sobie historie o nawiedzających go duchach. Jeden z nich zerkał podejrzliwie w ich stronę. Coś wyczuwał.

– Jak tam jest? – spytał Piotr.

– Po drugiej stronie? Nie wiem, czy mogę udzielić ci zadowalającej odpowiedzi. Nie wiem, czy są takie słowa.

– Ale byłeś tam, tak?

– Byłem.

Piotr zastanawiał się nad kolejnym pytaniem.

– Czym jesteśmy?

Markus zeskoczył z krzyża i usiadł obok niego.

– Duchami – powiedział, uśmiechając się. – Cóż, to banalne, ale taka jest prawda. Jak zwał, tak zwał, kino i telewizja tak nas określają, niech tak będzie. Jesteśmy tym, co zostało z tego. – Markus postukał palcem w skroń. – Świadomością, która straciła swoje naczynie. Pilotem bez samolotu.

– Jest ktoś, kto kieruje tym wszystkim? Tymi...

– Zaświatami? Innymi słowy, pytasz, czy on – Markus uniósł palec do góry – istnieje?

Piotr przytaknął powoli, niepewnie.

– Tego akurat nie mogę ci powiedzieć.

– Ale wiesz?

– Wiem. Wiem wszystko. W tym właśnie tkwi problem. Widzisz, po tym, jak postanowiłem wyjść z tej, jak to nazywamy, poczekalni, uświadomiłem sobie, dlaczego nie zrobiłem tego wcześniej. Chcesz wiedzieć, dlaczego?

Piotr ponownie skinął głową.

– Z tego samego powodu co wszyscy. Wszyscy chcą zobaczyć się z bliskimi. Porozmawiać z nimi po raz ostatni, tak jak ty i inni. Nikt nie wie, co jest po drugiej stronie, gdy przekroczy się granicę ostatecznie. Czy jeszcze ich zobaczysz? Rozpłyniesz się w niebycie?

Zabawne – pomyślał Piotr. Najpierw boimy się śmierci, która jest jedną wielką niewiadomą, a potem boimy się kolejnej niewiadomej.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Markus nadal palił, obojętnie przyglądając się ludziom.

– Powiedz, Markus, proszę. Co jest po tamtej stronie?

Markus wzruszył ramionami.

– Nie wiem, co ci powiedzieć. Większość z was myśli, że nie chcę mówić, ale ja zwyczajnie nie potrafię tego opisać. Nikt stamtąd nie wrócił, to pewne. Ja jestem wyjątkiem, sam nie wiem, jak to zrobiłem. Ale udało mi się. W każdym razie, co tam jest. Tam jest wieczność. Wszystko i nic. Inaczej tego nie potrafię opisać. Istniejesz i jakby cię nie było. Uczucie spokoju. To chyba właśnie dlatego do tej pory nikt nie chce wracać.

– Ale ty wróciłeś.

– O tak. Nie podobało mi się. Tak szczerze, z całego serca, nie podobało mi się! Jeżeli to ma być prezent od stwórcy za przebrnięcie życia, to ja dziękuję. Nawet zapalić tam nie mogłem.

Rzucił petem o ziemię, jednak Piotr nie zauważył, by niedopałek gdziekolwiek wylądował. Po prostu zniknął.

Minęła dłuższa chwila. Milczeli. Jak starzy kumple, którzy nie muszą nieustannie do siebie mówić, by czuć się dobrze w swoim towarzystwie.

Zza nagrobków wyłonił się staruszek. Podszedł do nich wolnym krokiem, uśmiechając się przyjaźnie.

– Cześć, Markus – przywitał się. – A to kto?

– Piotr. Miło mi pana poznać.

– Henryku. – Markus stanął przed staruszkiem. Jego twarz rozpromieniał szeroki uśmiech. – To dzisiaj.

Henryk uśmiechnął się. To był uśmiech człowieka, który bardzo długo czeka na coś, na czym bardzo mu zależy. I nadszedł dzień, w którym to dostaje.

– Idź – powiedział Markus. – Idź i czekaj na nią.

Obaj odprowadzili staruszka. Szedł wolno i szybko jednocześnie.

Markus skinął delikatnie głową.

– Długo czekał.

– Na co?

– Zobaczysz później. – W jego ustach ponownie pojawił się papieros, tym razem odpalony.

– Dasz bucha? – spytał Piotr.

Markus podał mu papierosa bez słowa.

Faktycznie. Smaku tyle co w czystym powietrzu.

* * *

Jakub dotknął czubkiem palców uciekającego przed nim Krystiana, który zginął w paskudnym wypadku samochodowym, i zaczął biec.

– Ganiasz!

Krystian ruszył za nim w pościg, skacząc po nagrobkach.

Pojawił się Piotr.

– O, jesteś. – Jakub zatrzymał się przy nim. – Bawisz się? Jak tak, to ścigasz.

– Nie, dzięki – odpowiedział. – Wy też powinniście przestać. Rozwalacie znicze, nie widzicie tego?

Jakub rozejrzał się dookoła. Faktycznie. Ludzie, zdziwieni dziwnymi porywami wiatru, stawiali je z powrotem.

Nagle pojawił się Krystian, więc Jakub zaczął uciekać, potykając się o własne nogi. Piotr dusił w sobie śmiech. Zaiste, całkiem to zabawne. Grupka duchów nastolatków biega po grobach, a żywi nie wiedzą, co się dzieje.

Kawałek od nich stała Natalia. Rok temu utonęła w jeziorze za Baskin. Daleko od brzegu złapał ją skurcz. Krzyczała, ale było za późno. Zniknęła w podwodnych ciemnościach. Szesnaście lat. Jaka szkoda.

Podszedł do niej.

Przyglądała się swojej rodzinie. Młodszy braciszek i rodzice stali blisko siebie, wpatrując się w jej grób. Tuliła się do matki, która czuła dziwny, przeszywający chłód.

– Cześć, Natka.

– Cześć. – Szybko odkleiła się od rodziny, wycierając łzy.

Dobiegły ich krzyki i śmiechy Jakuba i reszty.

– Uspokoić ich? – spytał.

– Nie. Nie trzeba. To i tak nic nie da.

Przyjrzał się twarzy jej matki. Na oko czterdziestka, ale śmierć córki postarzała ją o jakieś dziesięć lat. Rozpacz na jej twarzy mówiła wszystko – straciła chęć do życia i jedyne, co powstrzymywało ją przed włączeniem gazowej kuchenki i odpaleniem zapałki, to drugie dziecko, mąż i silne środki antydepresyjne.

– Wiesz… – odezwała się dziewczyna. – Chciałabym im powiedzieć, że wszystko w porządku. Nie lubię patrzeć na ich smutne twarze.

– Za jakiś czas im się polepszy. Będzie dobrze.

– Niby tak, ale trochę to potrwa. To zawsze długo trwa. Wiem, że mama bierze dużo tabletek. Za dużo.

Piotr chciał coś dodać, pocieszyć, że jej przejdzie, odzyska radość życia i tak dalej, ale nie było sensu. Stał w milczeniu, słuchając szeptów i krzyków dochodzących gdzieś z oddali.

Znowu pojawił się Jakub. Udało mu się uciec, zatrzymał się przy nagrobku Natalii. Uśmiechnął się głupkowato i pobiegł dalej. Zatrząsł się znicz.

Odszedł bez słowa, rozmyślając o tym, co powinien dzisiaj zrobić.

Wieczność.

To brzmiało lekko, wręcz banalnie, jednak słysząc to z ust Markusa, poczuł wagę tego słowa. Całe życie człowiek uczy się, że nic nie trwa wiecznie, a tymczasem to czekało na nich po drugiej stronie.

Mijał ludzi. Niektórzy, przechodząc obok niego, zapinali kurtki pod samą szyję. Kilkuletnie dziecko odprowadziło go wzrokiem. Czy go widziało? Możliwe. Dzieci dostrzegają więcej niż dorośli. Mijał nagrobki obstawione rozświetlonymi zniczami, ozdobione nowymi wieńcami, uprzątnięte, zadbane. Ale były też te zapomniane, nieodwiedzane od lat, popękane, przechylone.

Po chwili zdał sobie sprawę, dokąd idzie. Niemowlaki.

Nie chcesz tego zobaczyć – upominał się w duchu. Jednak czy był duchem, czy nie, nadal posiadał tę charakterystyczną dla ludzi cechę. Ten rodzaj ciekawości, który namówi cię, byś wspiął się na najwyższą gałąź na drzewie, a potem zostawia cię sam na sam ze strachem, który nie pozwala ci zejść. Mimo to poszedł dalej, słysząc pierwszy krzyk dziecka. Po chwili dołączyły do niego kolejne. Było ich więcej i więcej. Przyłączyły się do nich odgłosy gaworzenia.

Stanął, gdy dotarł na miejsce, i rozejrzał się dookoła. Sektor niemowlaków. Tu chowano tylko małe dzieci. Mogiłki ozdobione drobnymi krzyżami. Nagrobki znajdowały się w zdecydowanej mniejszości – wszystkie brudne i zapomniane.

Na każdej mogile i nagrobku leżało dziecko. Ten najbliżej Piotra trącił jego nogę rączką, wiercąc się i patrząc mu w oczy. Nie płakał, jak pozostałe. Dopiero gdy ruszył dalej, maluch zaczął kwilić.

Gaworzenie i płacz roznosiły się po całym cmentarzu, a ludzie przechadzali się, kompletnie tego nie słysząc.

* * *

Nad ranem, gdy na cmentarzu nie było już nikogo żywego, zaczęli pojawiać się nowi. Jakub wraz z innymi chłopakami usiedli na pierwszych nagrobkach, obserwując wszystko. Reszta duchów stała tuż przy głównym wejściu, czekając. Tuż nad ziemią unosiła się delikatna, mleczna mgiełka.

Jako pierwsza pojawiła się stara kobieta o siwych włosach i dziecięcym spojrzeniu, ubrana w sięgającą kostek nocną koszulę. Weszła na teren cmentarza boso. Za nią widniał odwrócony napis „CMENTARZ BASKIN ZACHODNIE”.

– Dzień dobry – powiedziała do zgromadzonych. Uśmiechała się delikatnie. – Nie jestem pewna, czy dobrze trafiłam.

– Och, myślimy, że trafiła pani bardzo dobrze – powiedział ktoś z tłumu.

– Nazywam się Elżbieta Wańczak i... wydaje mi się, że umarłam.

– Witamy cię, Elu – powiedział Markus. – Ktoś od dawna na panią czeka.

Tłum rozstąpił się, robiąc miejsce dla ducha o imieniu Henryk, z którym Markus zamienił kilka słów. Staruszek uśmiechnął się delikatnie, ona zaczęła szlochać, zasłaniając usta dłonią.

– Henryku...

– Elu...

Wszyscy przyglądali się temu spotkaniu.

– Długo musiałem na ciebie czekać, skarbie.

Kobieta dotknęła policzka mężczyzny, musnęła palcami jego suche usta i w końcu przytuliła. Z jej oczu płynęły łzy.

– Modliłam się o to, by jeszcze raz ciebie zobaczyć.

Pojawiały się kolejni, wszyscy tak samo zdezorientowani, nie do końca wierząc w to, co się działo. Byli martwi. Tak jest, tak wygląda życie po życiu.

Każdego z nowo przybyłych ktoś odprowadzał do jego nagrobka. Na ich widok niektórych ogarniała histeria, innych apatia, jeszcze innych ulga. Ich droga się skończyła. Padały pytania. Czy to właśnie jest śmierć? Co muszą teraz zrobić? Czy ktoś się nimi zaopiekuje? Czy istnieje Bóg? Gdzie jest? Co mamy teraz robić?

Piotr, który do tej pory trzymał się z boku, ujrzał tragika. Oto i on. Szedł samotnie, młody chłopak z rozbieganym wzrokiem, wyraźnie zmieszany. Zszedł z deptaka i stanął z boku, przyglądając się wszystkim. Widać było, że nie wie, co ze sobą zrobić. Wtedy Piotr postanowił do niego podejść.

– Cześć – powiedział. Chłopak odpowiedział wystraszonym spojrzeniem. – Spokojnie, nic ci się nie stanie.

– Przepraszam, ale... ale nie wiem, czy powinienem tu być.

Piotr kiwnął głową.

– Tak, wiem. Nikogo z nas nie powinno tu być.

Nastała niezręczna cisza. Tymczasem między grobami żywo toczyły się rozmowy – starzy witali nowych, spotkało się nawet kilku znajomych, doświadczeni tłumaczyli nowo przybyłym jak to wszystko mniej więcej działa.

Tragik stał niespokojnie, oglądając się za siebie. Brama z wielkim napisem, za nią biel. Nieprzenikniona, bielsza od wszelkiej możliwej bieli.

– Ja nie żyję, tak? – spytał.

– Tak.

– Tak wygląda życie po śmierci?

– Mniej więcej. Na tym etapie.

– Mogę iść zobaczyć się z mamą?

– Niestety, kolego. Raczej nie.

Jakie to wszystko podobne – pomyślał Piotr. Dobrze pamiętał, jak sam na początku chciał zobaczyć się z rodzicami i siostrą, powiedzieć im, że dobrze się stało. Tamten świat nie był dla niego i zrobił to, bo chciał.

Niestety, cmentarz można było opuścić tylko tą bramą, za którą widniała biel wieczności.

– Nie mogę stąd wyjść, prawda? – spytał tragik. Piotr powoli pokręcił głową. – To znaczy, że spędzę tu całą wieczność?

– Nie. Przynajmniej nie do końca. Tam za tobą, za bramą, jest... nikt nie wie, co to jest. Nikt, kto tam wszedł, jeszcze nie wrócił. Może rodzisz się na nowo? Może rozpływasz się w wieczności. – Pomyślał o Markusie i jego słowach. Postanowił o nim nie wspominać. – Niedługo wszyscy wracamy do swoich miejsc.

– Swoich miejsc?

– Tych, które... nawiedzamy, z braku lepszego słowa.

– Rozumiem.

– Chcesz zobaczyć?

Tragik chciał spytać, co zobaczyć, ale Piotr już chwycił delikatnie go za ramię i poprowadził deptakiem.

– Czy oni wszyscy...

– Tak jest. Nieboszczyki. Teraz prowadź.

Chłopak spojrzał pytająco na Piotra, nie doczekawszy się odpowiedzi. Zrozumiał po chwili.

– Mój grób – powiedział.

– Tak.

– Skąd mam wiedzieć, gdzie on jest?

– Ty mi powiedz.

Piotr poszedł za chłopakiem, który wszedł pomiędzy groby. Z łatwością znalazł ten należący do niego.

* * *

Robiło się coraz jaśniej. Noc Wszystkich Świętych dobiegała końca. Pozostało niewiele czasu, zanim wszyscy wrócą tam, gdzie ich miejsce.

– Hej! – Markus spojrzał na Piotra, gdy ten stanął przy jego grobie. – Jak tam nowi?

– Jak co roku, chwila szoku. – Piotr uśmiechnął się do siebie. – Reszta przyjęła to spokojnie.

– A tragik?

– Gdzieś pomiędzy. Wiesz, Markus, przyszedłem...

– Pożegnać się, wiem.

– Tak. Chciałbym posiedzieć tu chwilę, jeśli nie masz nic przeciwko.

Usiadł obok. Markus ćmił nieodłącznego papierosa, robiąc kółka z dymu, Piotr próbował pstryknąć palcem mały kamyczek. Nawet nie drgnął. Palec przelatywał przez niego jak przez mgłę.

Chociaż nie – poprawił się w myślach. To ja jestem mgłą.

Markus strzelił papierosem.

– Nie zostało ci wiele czasu, wiesz o tym?

Piotr spojrzał w niebo. Świtało. Ciemność rozrzedzał blady świt. Święto Zmarłych dobiegało końca.

– A co z tobą, Markus?

– Ze mną? – zaśmiał się. – Powiedzmy, że czekam na uznanie reklamacji.

Piotr przytaknął, uścisnął Markusowi dłoń i odszedł.

Nie wiedział, czy był gotów, ale nie zamierzał dłużej czekać. Przeszedł pomiędzy nagrobkami, wyszedł na deptak i ruszył w stronę bramy. Cmentarz był już pusty – wszyscy wrócili do swoich siedzib.

Nie będzie lepszego momentu od tego. Podjął decyzję. Zresztą, czyż wielkie zmiany nie nadchodzą zazwyczaj same? Stają okrakiem nad drogą naszych planów i każą obrać inny kierunek. Tak działa życie. I śmierć.

Plany, ha, dobre sobie. Chcesz mieć zaskakujące życie? Planuj.

Nie wiedział, jak to działa. Co roku przechodził przez bramę i pojawiał się w holu szkoły podstawowej – tam, gdzie popełnił samobójstwo. W tym roku będzie inaczej. Nie pojawi się tam ani nigdzie indziej – przynajmniej nie w tym świecie.

Stanął pod bramą, oglądając się po raz ostatni. Nagrobki delikatnie spowijała biała mgła.

Spojrzał przed siebie, prosto w oślepiającą biel. Piękne światło. Wziął głęboki oddech i przeszedł przez bramę.

Zachwianie równowagi emocjonalnej – Michał Chmielewski

Śmierć przyszła po Łucjana pewnego sobotniego poranka, ale coś poszło nie tak i przyłapał ją na gorącym uczynku.

* * *

Jak to często bywało w sobotnie poranki, Łucjan wstał skacowany. Całą mętną radość piątku zamazywał upiorny ból głowy.

Właśnie tak musi wyglądać śmierć – pomyślał niefortunnie, nie wiedząc, jak bardzo się myli. Śmierć już na niego czekała i za chwilę miał dostąpić zaszczytu ujrzenia jej na własne, przekrwione oczy.

Dla zajęcia myśli włączył telewizor – leciała akurat jedna z jego ulubionych kreskówek, z kojotem i strusiem ganiających się po pustyni i z kowadłami i fortepianami spadającymi na kojota.

Powolny proces dochodzenia do siebie rozpoczął od myślenia. Nie jakiegoś skomplikowanego, bo na to nie miał siły nawet na trzeźwo. Chodziło o takie proste, podstawowe czynności jak jedzenie. Udał się do kuchni, gdzie wbił dwa jajka na patelnię, włączył gaz i rozejrzał się za zapalniczką. Zazwyczaj leżała na blacie przy kuchence.

Ujrzał Śmierć po wyjściu z kuchni.

Siedziała na sofie w postaci małego, łysawego grubaska.

Mały, łysawy grubasek notował coś w zeszycie.

Łucjan uznał jegomościa za ostatniego niedobitka nocnej imprezy, pozostawił go więc samemu sobie i skupił się na zlokalizowaniu zapalniczki.

– Nie widziałeś zapalniczki? – spytał gościa.

Gość wrzasnął wysokim tonem, jak dziewczynka, podrzucając papiery.

– Widzisz mnie?!

Łucjan nie zrozumiał pytania. Po prawdzie to w ogóle mało rozumiał.

– Nie możesz mnie widzieć! – powiedział gość. – Widzisz mnie? Naprawdę mnie widzisz?! Nie możesz mnie widzieć. Chyba że... Naprawdę mnie widzisz?

– Owszem. No i?

– Co „no i”?

– Co pan tu robi? Wszyscy już poszli, może by tak pan...

– Ależ nie, nie, ja tu jestem z innych powodów. Mamy się dzisiaj zobaczyć.

Łucjan dał z siebie wszystko i przegrzebał pamięć w poszukiwaniu spotkania, na które się umówił. Nie znalazł niczego poza jeszcze silniejszym bólem głowy.

– Ma pan ogień?

– Nie, nie mam. – Gość pozbierał rozrzucone wcześniej papiery i wrócił na sofę. – Wiesz co, Łucjanie? Rób swoje, to znaczy nie zawracaj sobie mną głowy. Nie powinienem ci przeszkadzać.

– To znaczy co, mam udawać, że pana tu nie ma?

– Mniej więcej.

– A kim pan jest?

– Ach, gdzie moje maniery! Zwą mnie Śmierć.

– Przepraszam?

– Tak jest.

– Śmiercią?

– Nie inaczej.

No tak – pomyślał Łucjan. Najwyższa pora wytrzeźwieć.

Wpadające przez okna słońce skupiało się w jego oczach i wypalało mózg. Tak mniej więcej to czuł. I oto efekt. Śmierć w moim domu.

– Jeżeli nadal szukasz zapalniczki, leży tam. – Gość wskazał stół i wrócił do notowania.

– Skoro jest pan Śmiercią, to jak zmarła moja ciotka?

– Zawał.

– Miałem psa.

– Zagapił się na ulicy.

Poczuł nagłą potrzebę zapalenia.

– Babcia Jadzia?

– Wypadek samochodowy.

– Dziadek mojego kolegi?

– Mówimy o Januszu spod dwójki i Andrzeju z pracy?

– Tak.

– Wylew i rak krtani.

– Aha! – krzyknął głośno Łucjan.

– W odwrotnej kolejności.

– Ech.

Przełknął miękką grudę, która w normalnych okolicznościach byłaby śliną, starając się myśleć.

A więc tak wygląda Śmierć.

Spróbował odpalić papierosa, ale zapalniczka odmawiała posłuszeństwa.

– Cholera.

Facecik pogroził mu palcem.

– Nie powinieneś tego robić.

– Tak, tak, wiem. Papierosy wpędzą mnie do grobu.

– Mówiłem o przeklinaniu.

Myślenie odniosło skutek.

– A zatem, panie Śmierć…

– Tak?

– Ja żyję, prawda?

– Owszem.

– Zatem dlaczego cię widzę?

– Nie wiem. – Śmierć wzruszył ramionami, nie przestając notować. – Ja tu tylko sprzątam. Że tak powiem. Pewnie ktoś na górze znowu nawalił.

– Ktoś na górze?

Śmierć wskazał palcem na sufit.

– Masz na myśli...?

– Nie. Jego nie ma.

– Skąd wiesz?

– Nie żyje.

Łucjan w dalszym ciągu toczył zacięty pojedynek z zapalniczką. Tak bardzo pragnął, by pan Śmierć sobie poszedł i zostawił go w spokoju. Miał tyle na głowie. Na przykład leżenie. Tak. Leżenie na sofie przez cały dzień, to brzmiało sensownie.

Poczuł dziwny zapach i wrócił do kuchni. Sprawdził jajka – wszystko w porządku.

Śmierć w moim domu – zaświtało mu w głowie.

– No dobrze – odezwał się facet, zatrzasnął notatnik i stanął pod ścianą przy oknie. – Możemy teraz... no wiesz.

– Że co niby?

– No wiesz. Przyszedłem po ciebie przecież.

W głowie Łucjana doszło do skomplikowanych reakcji chemicznych, które poskutkowały wnioskiem.

– Przyszedłeś po mnie? Śmierć przyszła po mnie?

– Tak.

– Ale ja nie chcę! – Teraz Łucjan wycelował palec w Śmierć. – Nie chcę. Protestuję!

– Przykro mi.

– Wcale nie jest ci przykro,

– No dobra, przepraszam. Po prostu kiedy robisz to kilka lat...

– I kiedy mam umrzeć?

– Zaraz.

– Zaraz?

– Dokładnie za... – Śmierć spojrzał na zegarek na nadgarstku. – Dwadzieścia cztery sekundy.

– Czyli że jak?!

– Tajemnica.

– No weź.

– Nie.

– I co, tak po prostu mnie zabijesz?

– O nie, nie, jak mówiłem, ja tu tylko sprzątam. Nadzoruję, jeśli użyć fachowej terminologii.

– Ale ja nie chcę!

– Nie jest tak źle, zobaczysz. Nie boli i w ogóle.

Łucjan stanął w miejscu, nie ruszając się na krok.

– Co robisz? – spytał Śmierć.

– Unikam cię. Nic nie robię, czekam aż sobie pójdziesz.

– Daj spokój. Rób, co robiłeś i miejmy to już za sobą. Mam terminy i...

– W dupie mam twoje terminy. Nadzoruj sobie to.

Śmierć patrzył na niego znudzony.

– No dobra – rzekł. – To ja sobie ponadzoruję, a ty sobie zapal.

– Żebyś, kurde, wiedział. – Łucjan włożył papierosa do ust, rozglądając się przezornie. Lampa nad jego głową wyglądała na stabilną, na trzęsienie ziemi się nie zapowiadało. Był bezpieczny.

Drżącymi dłońmi spróbował odpalić zapalniczkę raz, drugi, piąty, za każdym razem wywołując tylko ciche cyknięcie i mały deszcz iskierek. Wtedy to poczuł.

Gaz! Pieprzony gaz!

Ty debilu, zostawiłeś odkręcony gaz!

Ostentacyjnie zakręcił kurek, upewnił się, że ten właściwy, po czym otworzył na oścież okno i spojrzał na Śmierć.

– I co teraz? – spytał wyzywająco.

Śmierć próbował zachować twarz, ale marnie mu to wychodziło. Ewidentnie nie wiedział, co robić.

Łucjan powtórzył pytanie.

– I co teraz?

– Teraz...

– Tak, teraz.

– Teraz, mój drogi, stało się to, na co czekałem od dawna. To będzie gra.

– Gra?

– Tak, gra. Zasady są proste. Ty sobie żyjesz dalej, a ja łażę za tobą krok w krok i czyham na twoje życie. Nazywa się „Oszukać Przeznaczenie”.

Z Łucjana uleciało całe powietrze, którym tak spontanicznie napompował swoją pewność siebie.

– Nie no, żartuję. – Śmierć zaśmiał się głośno i usiadł z powrotem na sofie, klepiąc zachęcająco miejsce obok siebie. – Usiądź. Musimy pogadać.

* * *

Łucjan zaproponował kawę, odkładając papierosa na później. Palenie zabija, a w jego domu siedział Śmierć. Lepiej nie kusić licha.

Śmierć natomiast przystał na kawę z wielką chęcią.

– Nie zabijesz mnie?

– O nie, nie, skończyłem z tym, definitywnie.

Zatem Łucjan, który szczycił się umiejętnością robienia świetnej kawy – wrzątek, kawa, wymieszać, tadam! – przyrządził dużą czarną. Przez całą tę sytuację stracił apetyt ale, co ważniejsze, ból głowy ustąpił niemal całkowicie, co było podejrzane. Łucjan z pewnością zwróciłby uwagę na tę nieścisłość, lecz teraz wszystkie jego myśli koncentrowały się na gościu.

– Jak dawno nie czułem smaku kawy – powiedział Śmierć, siorbiąc niemiłosiernie.

Życie jest zabawne – pomyślał Łucjan.

Przez chwilę nieuwagi trafiłby do gazety w postaci artykułu przyozdobionego zdjęciem rozwalonego okna. On sam zaś leżałby martwy, zapewne rozsmarowany na ścianach, zabity na śmierć przez własną głupotę. Jego znajomi kręciliby głową, mówiąc w szoku, że jeszcze wczoraj pili z nim wódkę.

– No dobrze, do rzeczy. – Śmierć wyciągnął z aktówki plik dokumentów i kopertę. – Przede wszystkim muszę ci powiedzieć o tej pracy, że jest wykańczająca. Wydawać by się mogło, że to nic, tylko bieganie w kapturze z kosą i odbieranie życia. Nic bardziej mylnego. Jest dużo papierkowej roboty. Musisz przestrzegać regulaminu i terminów, bo inaczej wszystko się sypie. Poza tym nie wiem jak ty, ale ja bardzo chciałem zająć się – Śmierć nakreślił palcami znak cudzysłowu – ludźmi, którzy na mnie zasługiwali. Był taki facet, co bił żonę, tłukł swoje dzieciaki i w ogóle awanturował się strasznie. Zamiast nim, musiałem zająć się jego synem. Przykre. Ale ktoś to musi robić, rozumiesz. No tak sobie pracujesz, odbierasz te całe życia i nic z tego nie wynika. Syzyfowa praca, mówię ci.

– Nie wiedziałem, że takie trudne, panie...

– Rysiek. Po prostu Rysiek.

– A co ze Śmiercią?

– To już nie ja. Koniec. Zgodnie z kontraktem to już nie moja działka. Zrobiłem swoje.

– I co teraz zamierzasz?

– Nie wiem. Zawsze chciałem stabilizacji. Może kupię jakąś działkę. Marzy mi się złota jesień. Miałem już tak bardzo dość uspokajania tych wszystkich ludzi. Niby każdy wie, że Śmierć po niego przyjdzie, prędzej czy później, a potem wielkie zdziwienie. Tak jak ty.

Łucjan, który jeszcze nie wiedział, do czego zmierza ta rozmowa, upił łyk kawy. Brak smaku też mu nic nie podpowiedział.

– W każdym razie trzymaj. – Rysiek podał mu kopertę i podsunął formularz in blanco. – I podpisz.

Instynkt samozachowawczy kazał mu się zawahać. Nigdy, przenigdy nie podpisuj niczego, czego nie jesteś pewien. Zwłaszcza w przypadku śmierci.

– Co to jest? – spytał, otwierając kopertę. Jego usta ruszały się wraz z tekstem, który czytał.

 

Gratulacje,

niniejszym informujemy, że Twoja kandydatura na stanowisko „Śmierć” została rozpatrzona pozytywnie.

W związku z powyższym w trybie natychmiastowym, to znaczy kiedy tylko to przeczytasz, obejmujesz stanowisko Śmierci. Twoje obowiązki zostaną Ci przedstawione przez naszego pracownika.

Jesteśmy prężnie rozwijającą się firmą, która dba o dobro i rozwój pracowników, w związku z czym sposób wykonywania zawodu jest dostosowany do każdego z osobna. W Twoim przypadku...

 

– Co to jest?

Rysiek uśmiechnął się szeroko, zamknął teczkę i wstał.

– Gratulacje! Zostałeś nową Śmiercią.

– Ale...

– Jeżeli chcesz, mogę wytłumaczyć ci wszystkie obowiązki i zasady...

– Ale ja nie chcę!

– Obawiam się, że to raczej nie...

– Odwołam się!

– Co?

– Gdzie mogę się odwołać? To jakaś pomyłka! Nigdy nie zgłaszałem swojej kandydatury...

– Daj spokój. – Ryszard machnął ręką. – Tyle przy tym będzie załatwiania, że zanim wniosek zostanie rozpatrzony, już dawno odbębnisz swoje.

Łucjan uparcie odmawiał podpisania czegokolwiek.

– Słuchaj, Łucjan, ja miałem tylko przekazać ci informacje. Moja rola skończyła się w momencie, gdy moja... moc sprawcza przestała działać. Teraz pozwól, że sobie pójdę. Nie zrozum mnie źle, nie żeby tego, ale jesteś Śmiercią i...

– Nie jestem Śmiercią.

– Dokument, który otrzymałeś, mówi co innego. No nic, w każdym razie ja się zwijam.

Łucjan, który nigdy nie potrafił wykonać prostego zadania w pracy, nie obawiał się, że będzie nieodpowiednim kandydatem na to stanowisko. On był pewien. Już widział ocean źle dobranych ludzi, których uśmierci przez pomyłkę.

Mimowolnie zaczął czytać formularz, którego w końcu nie podpisał.

– Tu jest napisane, że mam zabić prezydenta!

Rysiek wzruszył ramionami.

– To jeszcze nic. Zobaczysz, spotkasz wielu wspaniałych ludzi.

– I że mam zabijać mrugnięciem oczami.

– O, to nowe, pokaż. – Rysiek przeczytał odpowiedni fragment. – Faktycznie. Ja musiałem wszystko notować, zapisywać, zdawać raporty. Ty też będziesz musiał, trzeba tylko nabrać wprawy. Od razu ci radzę: notuj wszystkich, nie odkładaj niczego… to znaczy nikogo, na później.

Dla Łucjana wszystko działo się zdecydowanie za szybko i bez sensu. Jedno wielkie what the fuck?

Tymczasem Rysiek wyszedł na klatkę schodową, uradowany pięknem nadchodzącego dnia. Słońce na zewnątrz świeciło pięknie, a pod blokiem, jak to w Polsce, menel puszczał pawia.

Łucjan wybiegł za nim, ale mowa ciała Ryśka wyrażała więcej niż brak odpowiedzi. Tutaj ich drogi się rozchodzą.

Od teraz to Łucjan miał pełnić funkcję Śmierci.

Rysiek szedł dziarsko przed siebie, pogwizdując. Łucjan, wciąż nie dowierzając, odprowadzał go wzrokiem. Następnie pomyślał o najgłupszym sposobie na śmierć i mrugnął, nie oczekując niczego.

Sekundę potem na Ryszarda spadł fortepian, zabijając go na miejscu.

* * *

Lekarze zjawili się bardzo szybko. Natychmiast odkryli, że niepotrzebnie się spieszyli, gdyż Ryszard był martwy. Cholernie martwy.

Okazało się, że samolot transportowy przelatujący nad blokiem Łucjana uległ małej awarii. Konkretnie – luku bagażowego. Wypadło z niego kilka przedmiotów, w tym zabytkowy fortepian.

Łucjan tymczasem panikował we własnym mieszkaniu. Był pewien, że lada chwila informacja o jego nowej funkcji dotrze do opinii publicznej, a ta z kolei wyśle po niego grupę antyterrorystyczną.

Siedział w fotelu i palił papierosa. Raz jeszcze spróbował w logiczny sposób wytłumaczyć sobie wydarzenia tego poranka, lecz nie potrafił. Podjął męską decyzję – nie zrobi w tej sprawie absolutnie niczego. Poczeka.

Nicnierobienie zazwyczaj skutkuje – ostatnio dzięki temu nie umarł – zatem postanowił uskutecznić to ponownie. Mniej więcej wtedy zadzwonił telefon.

 

Dzwonił szef.

– Młody, musisz przyjść.

Gdy usłyszał te słowa, nie myślał dwa razy. Zostawił wszystko, łącznie z nową umową o „pracę”, i wyszedł z domu, udając się w kierunku centrum.

Po drodze minął zbiorowisko ludzi. Wszyscy byli szczęśliwi i czekali na otwarcie nowego budynku. Były przemówienia, był burmistrz miasta i orbitujący wokół niego dziennikarze, mnóstwo ludzi – tych zaangażowanych w budowę, jak i tych, których absolutnie nie obchodziło nic związanego z budynkiem, mieli jedynie nadzieję na darmowy poczęstunek.

Budynek był brzydki, jak większość dzieł architektonicznych. Łucjan pomyślał, że może się łatwo zawalić. Niechcący, przypadkiem. A potem mrugnął. Chciał jakoś to cofnąć, ale przeszkodziła mu proza życia – nie wiedział jak. Czmychnął stamtąd czym prędzej.

Całą drogę do pracy starał się myśleć o wszystkim prócz śmierci. Wyszło mu to tak sobie, bo wiadomo, że jak nie chcesz o czymś myśleć, to ci się nie uda. Spróbujcie nie myśleć o chmurach. I co widzicie? Biały puch czy może szare kłębowisko zwiastujące deszcz? No właśnie.

Co gorsza, bez mrugania również nie mógł sobie poradzić. Przy sobotnim upale, na kacu, nikt by nie mógł.

Przez chwilę sądził, że się wycwani i patrzył w niebo. Jego błękit przecinała biała smuga zakończona pasażerskim samolotem.

Zgadnijcie, o czym wtedy pomyślał.

* * *

Szef Łucjana był mendą.

Wiedział o tym Łucjan, wszyscy współpracownicy Łucjana i prawdopodobnie wiedział o tym również sam szef, przy czym ten ostatni nic sobie z tej wiedzy nie robił. Łucjan bardzo często zastanawiał się, dlaczego świat musi znosić takich kretynów. Doszedł do wniosku, że jedyny logiczny powód stanowił on sam: przeciętny facet, który nie potrafi wybić się ponad przeciętną. Menda była gorzką osłodą zesłaną przez Los przeciętniakom takim jak on.

Jego szef był dużym, grubym facetem z wielkim, czarnym wąsem, chyba najgęstszym w regionie, z wiecznym błyskiem w oku. Ów błysk pojawiał się za każdym razem, gdy zza horyzontu wyzierała możliwość zarobienia pieniędzy albo ich zaoszczędzenia. Mogły być legalne lub nie, musiały tylko wpływać do jego portfela niczym Wisła do Bałtyku. Najlepiej jeśli były to pieniądze w postaci fizycznej, do łapy, bo skarbówka – tu cytat – się przypierdoli.

Łucjan pracował u niego całe trzy lata, seryjnie projektując strony internetowe, które potem sprzedawał szef.

W zasadzie większość jego dnia wyglądała następująco: przesuń to logo w lewo, nie, bardziej, bardziej, za daleko, jeszcze trochę, trochę więcej, okej, teraz pomniejsz, jeszcze, jeszcze, za dużo, za mało, tak dobrze, dodaj niebieski, odejmij zielony, za bardzo, za mało, więcej zielonego, jeszcze trochę, nie no teraz za dużo, i w lewo, jeszcze, jeszcze, trochę w prawo, tak, tak jest dobrze, zostaw, no zostaw, mówię!

Wszedł do biura, obecnie pustego, bo wszyscy inni pracownicy wykazywali się minimalną inteligencją. Wystarczającą, by wiedzieć, że telefon od szefa w sobotni poranek nie wróży niczego dobrego.

Zapukał do drzwi szefa, odczekał chwilę i wszedł.

Przełożony siedział za biurkiem, zajęty wyciszaniem niemieckiego pornosa. Łucjan dostrzegł uśmiech na jego twarzy i wziął głęboki oddech. Znał ten uśmiech bardzo dobrze – szef stosował go jako prolog do srogiego opierdolu. Nie mogło być inaczej, skoro ściągnął Łucjana w sobotni poranek.

– Po pierwsze, młody, co tak długo?

Łucjan po raz cztery tysiące siedemset dwudziesty drugi przełknął „młodego” i wyłgał w miarę wiarygodne kłamstwo.

– Pies mi zdechł. Przepraszam pana.

– Powiedz mi, co się stało z wczorajszymi projektami, co? Miały być przygotowane na wczoraj, a dziś jest dziś...

– Te projekty robił chyba Marek i z tego, co się orientuję, klient nie był zadowolony z efektu końcowego. Trzeba wprowadzić poprawki, zmienić kilka rzeczy…

Ty kutasie złamany, karakanie ty, poczwaro, hipopotamie po kuracji hormonalnej – pomyślał Łucjan, ale nie tracił rezonu. Bądź co bądź szef dawał mu kasę co miesiąc, a szef-menda jest w Polsce tak powszechny, że powinien być dopisany do każdej umowy.

Spokojnie, Łucjan, spokojnie.

– Nie wiem, młody, ja wam chyba wszystkim polecę po premii. Rozleniwiliście się jak leniwce jakieś, wszyscy. Za wygodnie tu macie, o tak, ale spokojnie, nic się nie stało, nadejdą zmiany, już wkrótce zobaczysz.

Łucjan uspokajał się na wszystkie znane sobie sposoby. Liczył do dziesięciu, zagłuszał szefa własnymi myślami, w ogóle starał się nie myśleć.

– Robicie co chcecie całymi dniami, a potem wychodzi takie coś jak dzisiaj. Miał być projekt, a nie ma, i co? Nie no, tak to nie będzie, już ja się tym zajmę. Osobiście sprawdzę wszystko, nad czym teraz pracujecie i się z wami rozliczę. Koniec! Skończyło się, kurwa, sranie w banię! Zapierdalać na wysokości lamperii, oto co będziecie robić! Już ja znam takich jak wy, myślicie że jesteście niezastąpieni, że stanowicie trzon firmy, czujecie się pewnie, że nigdy, ale to nigdy nie czeka was taka rozmowa jak ta! No to informacja dla ciebie, młody! Tutaj tak nie będzie! Jak coś ma być skończone na konkretny dzień, to ma być skończone, czaisz?! Nie „szefie, nie skończyłem, bo to czy tamto gówno”! Zapomnij! Wszyscy zapomnijcie, możesz im to przekazać! Mogę znaleźć kogoś na twoje stanowisko, na wasze wszystkie, zanim pierdniecie, bo tylko to robicie! Teraz zejdź mi łaskawie z oczu i skończ ten projekt! Potem dam ci coś do poprawienia, bo też nie mogę na to patrzeć. Miałem je zostawić jak są, ale przyda się wam trochę odświeżającego powiewu. Zresztą, widzę, że kac cię męczy, trochę roboty ci pomoże. Teraz, kurwa, śmigaj stąd, bo dłużej nie zdzierżę! I co tak mrugasz tymi gałami jak jakiś idiota?!

Był szef, nie ma szefa.

* * *

Łucjan doszedł do wniosku, że trudno. Praca jeszcze się znajdzie. Zresztą miał teraz jedną i wcale jej nie chciał.

Łaził po mieście, szukając pomocy, choć nie do końca wiedział jakiej. Szarpnął się i kupił przeciwsłoneczne okulary w nadziei, że pomogą mu nie wysyłać przechodniów na drugą stronę.

Miasto żyło własnym życiem, tak jak krążący po nim ludzie, a Łucjanowi zebrało się na filozoficzne rozmyślania. Zabawne, że on, Śmierć we własnej osobie, patrzył na nich i...

Mniej więcej wtedy ogarnęło go zmęczenie i apatia. Ewidentnie nie nadawał się do tej pracy. Właśnie zabił szefa, nie dlatego, bo przyszła jego kolej. Po prostu go wkurzył i to wystarczyło. Śmierć powinna być bardziej… wyrachowana, obiektywna i sensowna?

Jego uwagę przykuła mała dziewczynka, na oko siedmioletnia. Ubrana była jak harcerzyk, miała czapeczkę i dwa urocze warkoczyki. Nie, nie zabił jej. Wypatrzyła go w płynącym chodnikiem tłumie i pomachała.

Podszedł bliżej.

– Nowy, co? – spytała.

– Nowy?

– Nowy jesteś. Widzę, poznaję.

Mówiąc to, rozdawała ulotki. Miała ich całą garść. Co chwila podawała je komuś w tłumie.

Łucjan chciał się upewnić.

– Wiesz, kim jestem?

– Jasne, jesteś Śmiercią. Sama chciałam nią być, ale za młoda jestem. Muszę przejść szkolenia i odbyć staż.

– To widać? Znaczy się, że jesteś Śmiercią?

– I tak, i nie. My siebie widzimy, zwykli ludzie nie. Znaczy widzą cię, ale jako człowieka.

Uradowany, że znalazł kogoś, z kim będzie mógł porozmawiać o swoim dramacie, rozgadał się. Opowiedział jej o wszystkim, zaczynając od Ryśka, biednego, martwego Ryśka. Wspomniał o papierach, które zostawił w domu, kopercie i wszystkim, co podsumował jednym słowem.

– Pomyłka. To jakaś pomyłka i muszę znaleźć kogoś, kto to odkręci.

– To chyba jasne, z kim musisz porozmawiać? – Dziewczynka wskazała palcem niebo.

– Ale Rysiek mówił, że Jego nie ma.

– Jest, jest. Tylko się pewnie zgrywał.

Czyli On istnieje. Łucjan musiał Go znaleźć, wyjaśnić co trzeba i wszystko wróci do normy. Spotkał dzisiaj Śmierć, sam nią został. Jeśli dzień nadal będzie wyglądał tak dziwnie, odnalezienie Jego nie powinno być takie trudne.

– A kim ty jesteś? – spytał.

– Jestem Losem. – Dziewczynka podała mu ulotkę z reklamą SPA. – Odwróć ją.

Na drugiej stronie widniał napis „Wnuk w drodze”. Nieco kulfoniasty, ale ładny charakter pisma zdradzał, że to ona była autorką.

– Jesteś Losem.

– Tak jest, to są moje dary. Popatrz.

Na jednej ulotce napisała „Leniwy wieczór przy telewizorze” i podała ją kobiecie. Następna – „Spotkanie pierwszej miłości” – powędrowała do chłopaka w okularach.

– Rozdajesz im losy?

– Tak. Nudne to trochę, ale jeśli chcę zostać Śmiercią, muszę się starać.

Z tego wszystkiego Łucjan zapalił.

– Możesz mi powiedzieć, w jaki sposób mogę się spotkać, no wiesz, z Nim. – Wycelował palec w niebo.

– Nie bardzo. Jeśli nie siedzi w kościele, to nie wiem. Możesz odwiedzić Śmierć Na Peronie, on jest w tym biznesie długo, więc może coś wiedzieć.

– Śmierć Na Peronie? To nas jest więcej?

– No jasne. – Dziewczynka uśmiechnęła się, jakby usłyszała coś wyjątkowo głupiego. – Nie należysz chyba do tych, co sądzą, że Śmierć jest jedna?

– No wiesz...

– Wystarczy pomyśleć logicznie. Tak jak ze Świętym Mikołajem. Nie może przecież rozwieźć sam tych wszystkich prezentów. Musi mieć pomocników. Swoją drogą, dlaczego nie chcesz być Śmiercią?

– Nie mogę tego robić. Nie potrafię na czas skończyć projektu w pracy, nic mi nie wychodzi. Dlaczego ty chcesz nią być?

– A kto by nie chciał?

– Ja.

– Dziwny jesteś.

* * *

Z braku lepszego pomysłu udał się na dworzec.

W poczekalni panowała smętna, ponura atmosfera wyczekiwania. Wypełniał ją aromat drożdżówek i zapach bezdomnych, którzy wyglądali, jakby w ich życiu nie pozostało już nic innego poza spotkaniem z Łucjanem. Twarze podróżujących wyrażały bezgraniczną, szczerą nienawiść do tego, kto odpowiadał za spóźnienie pociągu.

Odnalazł Śmierć Na Peronie. Stał na – gdzieżby indziej – peronie, ubrany w garnitur, i wraz z ludźmi wypatrywał pociągu.

– Co jest, kurwa? – spytał, gdy podszedłem. – Przecież było ustalone, co nie? Dworzec jest mój. Tak czy nie?

– Tak, jasne, oczywiście, ja tylko...

– No właśnie. Mój i tylko mój. Co tu robisz?

– Nie chciałem cię zdenerwować. Ja tylko...

Śmierć Na Peronie prychnął lekceważąco i pokręcił głową.

– Zdenerwować, a to dobre! – powiedział i odciągnął Łucjana od grupki ludzi. – Ty mi nie mów nic o nerwach, dobrze? Nawet nie wiesz, jakie to frustrujące, nawet sprawy sobie nie zdajesz!

– Rozumiem.

Śmierć Na Peronie znowu prychnął.

– Nic nie rozumiesz, więc pozwól, że ci wytłumaczę. Długo już to robisz?

– Dziś zacząłem. Ale mój problem polega na tym, że...

– Dziś! No widzisz, na pewno sobie nawet sprawy nie zdajesz, co ja tu przeżywam. Ci wszyscy ludzie – Śmierć Na Peronie machnął ręką – ci żywi ludzie wpędzają mnie w depresję. Rozumiesz?! To się właśnie dzieje. Jestem na tym dworcu już trzy lata, rozumiesz?! Pojmujesz to?!

Łucjan, który nigdy nie lubił awantur, zaczął się rozglądać, kiedy tylko Śmierć Na Peronie podniósł głos. Nikt nie zwracał na nich uwagi.

– Po trzech latach powinienem zdobyć wprawę, prawda? Każda robota powinna być rutyną. A nie jest! A wiesz dlaczego?! Powiem ci. Otóż dlatego, że przez te trzy lata nie miałem absolutnie nic do roboty. Ludzie nie wpadają pod pociągi tak często, jak kiedyś. Nie wiem, z czego to wynika. W Tokio co chwila ktoś rzuca się pod pociąg, a tutaj co? Wielkie nic. Ani jednego samobójcy, ani jednego wypadku. A ja czekam na tym zasranym dworcu i czekam. I dopiero dzisiaj dostałem jedno zlecenie. Jedno, rozumiesz?!

– Rozumiem.

– Wcale nie rozumiesz! Jeszcze nie czerpałeś ze swojej pracy przyjemności, zacząłeś dopiero dzisiaj, więc nie wiesz, jak to jest!

– W zasadzie to niechcący wykonałem już kilka wyroków.

– No i widzisz? – Śmierć Na Peronie teatralnie machnął rękoma. – To jeszcze bardziej wpędza mnie w depresję! Ile tych wyroków wykonałeś?

Łucjan pomyślał o szefie. O Ryśku. I o zawalonym budynku. I samolocie.

– Niewiele – powiedział. – W każdym razie przyszedłem tu, bo chciałem się tylko dowiedzieć...

– O nie! Ja nie udzielam żadnych informacji. Nie wolno, wszystkiego masz się uczyć sam. Taka polityka firmy. Poza tym zaraz nadjedzie pociąg, mój pociąg, a ten oto przemiły pan, który rozmawia przez telefon, musi pod niego wpaść. Tak z ciekawości, jaki jest twój rewir?

– Rewir?

– No wiesz, gdzie pracujesz.

– W zasadzie nie wiem. Niczego nie wiem. I nie chcę tej pracy.

Łucjan popatrzył na mężczyznę, który zaraz miał wpaść pod pociąg. Rozemocjonowany rozmawiał przez telefon, czymś się martwił, to było widać. Nie mógł wiedzieć, że wszystkie jego problem znikną już za chwilę – choć pewnie nie w taki sposób, w jaki by sobie tego życzył.

– Zaraz, zostałeś Śmiercią przez przypadek?

Łucjan przytaknął.

– Niemożliwe. Tutaj nie ma przypadków.

– No cóż. Wygląda na to, że jestem wyjątkiem od reguły. Ktoś popełnił błąd i szukam tego kogoś lub kogokolwiek, kto może to odkręcić. Nie nadaję się do tej roboty.

W oddali zawył zbliżający się pociąg. Śmierć Na Peronie spojrzał w tamtym kierunku.

– Nareszcie – powiedział. Roziskrzonymi oczami spojrzał na mężczyznę. – Słuchaj, wszystko masz w dokumentach, które dał ci twój poprzednik. Nie wyrzuciłeś ich?

– Nie.

– Zajrzyj tam. Tam na pewno wszystko jest wyjaśnione.

Pociąg wyłonił się zza horyzontu.

– Muszę iść.

Mężczyzna wciąż rozmawiał przez telefon, gdy pociąg wjeżdżał na peron. Śmierć Na Peronie pchnął go delikatnie, ledwie dotknął paluszkiem. Facet przebierał nogami, próbując odzyskać równowagę. Dwie osoby wyciągnęły ręce, ale było już za późno. Mężczyzna spadł na tory, po których sekundę potem przejechał pociąg.

Za kilka godzin odpowiednie służby pozbierają do woreczków to, co z niego zostało. Kamery monitoringu, które później sprawdzi policja, nie zarejestrowały niczego poza tragicznym w skutkach potknięciem się ofiary o własne nogi.

Następnego dnia w lokalnej prasie ukazał się artykuł zatytułowany „Śmierć na peronie”.

* * *

W drodze do domu skazał na śmierć kilkanaście osób. Ze wszystkich sił starał się nie myśleć o tym, o czym nie chciał myśleć, ale obrazy wyskakiwały same, niczym gaz z puszki – pssst! – no a jeśli chodzi o mruganie, to wiadomo. Musiał mrugać, tak nakazywała natura.

Wieczorem, po wejściu do domu, usiadł na sofie, przygniatając wątłym tyłkiem pilota.

Trafił idealnie na relację z akcji ratunkowej, która odbywała się kilka kilometrów od jego mieszkania. Zawalił się budynek nowego miejskiego ośrodka kultury. Moment zawalenia uchwyciły dwie kamery lokalnych stacji telewizyjnych, dzięki czemu cała Polska widziała, jak budynek po prostu się sypie. Najpierw poleciał dach, potem ściany, w powietrze wzbiła się chmura kurzu i pyłu, a krzyk zgromadzonych ludzi robił za ścieżkę dźwiękową. Jeden z dziennikarzy podbiegł do obecnego tam inżyniera, projektanta budynku. Pytał rozemocjonowany, co się stało, dlaczego budynek się zawalił.

– Nie wiem – odpowiedział facet.

To był temat numer dwa.

Za główny temat robiła katastrofa samolotu pasażerskiego. Przyczyny jeszcze nie ustalono, samolot po prostu zniknął z radarów, by pojawić się z powrotem w postaci kuli dymu i ognia, która uderzyła w ziemię gdzieś na niemieckiej wsi.

Łucjan znalazł papiery zostawione przez Rysia – niech spoczywa w pokoju – a w nich dokładną instrukcję w przypadku różnorakich problemów. Z tego, co wyczytał, wszystko zajęłoby mnóstwo czasu, a na to Łucjan nie mógł sobie pozwolić. Jeśli ludzie chcą umierać, proszę bardzo, ale on nie chce przykładać do tego ręki. I wtedy zauważył Jego adres. Tak jest – Jego.

Natychmiast wyszedł z domu.

* * *

Kilka razy w życiu wyobrażał sobie to spotkanie – śpiewające aniołki, chmury, piękny krajobraz, cisza i spokój. I On, siedzący pośrodku tego wszystkiego, monumentalny, wiekowy, o mądrym spojrzeniu.

Dlatego widok hipstera w fioletowych szortach i niebieskiej koszuli bez rękawów był sporym zaskoczeniem. Do tego grzywka à la Tokio Hotel i ray-bany.

– Wejdź – powiedział i zaprowadził Łucjana do swojego pokoju. Ściany zdobiły wielkie plakaty, na krześle, łóżku i podłodze – po prostu wszędzie – leżały ubrania, do których trudno było dopasować płeć. W centrum tego wszystkiego stało biurko z MacBookiem.

Łucjan usiadł na łóżku, przyglądając się, jak Bóg ścisza wydobywające się ze stereo dźwięki wiertarki udarowej.

– Podoba ci się? – spytał.

– Tak. – Łucjan pokiwał głową. – Ładny pokój.

– Nie, nie. Chodzi o muzykę. Dobre, nie? Sam nagrywałem. Mam jeszcze kilka kawałków, całkowicie nowe brzmienie, nikt tego jeszcze nie słyszał. To będzie mieszanka rave z dubstepem i szczyptą rosyjskiego disco podkreślona muzyką celtycką.

Łucjan kumulował w sobie całe zasoby odwagi, jakie posiadał – było tego niewiele – by zadać pytanie.

– Mogę o coś zapytać?

– Jasne że możesz. Ale wiesz, jak to ze mną, nie muszę odpowiadać.

– Jesteś... to znaczy jesteś... – Nie odważył się wypowiedzieć tego słowa. Jak poprzednio, po prostu wskazał palcem sufit.

– Tak, tak, no jestem. Wiem, wiem, to mainstreamowe zajęcie, ale z czegoś muszę żyć. Poza tym mam zespół i parę projektów w planach. A ty jesteś...

– Śmierć.

– Śmierć – powtórzył, siadając przy laptopie. Kliknął kilka razy, wpisał jakieś dane i zaczął czytać. – A tak, nowy pracownik. Południowo-zachodnia część miasta. Z tego, co tu widzę, trochę dzisiaj narozrabiałeś. Kilka... kilkana... a nie, kilkaset wyroków, czyli o kilkaset za dużo. Chłopie, no co ty, nie czytałeś instrukcji ani poradnika? Nie możesz chodzić po mieście i zabijać ot tak. Są terminy, rozumiesz.

– Właśnie widzisz, ja jestem tu w tej sprawie. – W tym momencie Łucjan przełknął ślinę. – Właściwie to mam pewną prośbę.

– Ooo tak, jasne, pewnie. – Bóg uniósł teatralnie ręce, kręcąc głową. – Wszyscy czegoś chcą, no oczywiście. Przecież to takie pospolite, takie oczywiste. A wiesz, co ci powiem? Podejdź tu, no chodź, bliżej, jeszcze bliżej.

Patrzył, jak Bóg wpisuje coś w przeglądarce. Po chwili na ekranie rozbłysło logo Facebooka.

– Zobacz. Pięć lajków! Tyle właśnie ma mój profil. Nikt nie jest mną zainteresowany, absolutnie nikogo nie obchodzę. Dla porównania spójrz na to. Popatrz, widzisz? „Wszystkie cycki są fajne” ma ponad sto tysięcy.

Łucjan, jeden z obserwatorów „Wszystkie cycki są fajne”, dyplomatycznie milczał.

– Tymczasem ja piszę posty i publikuję je dzień w dzień. Ostatnio zrobiłem nawet konkurs. Każdy mógł wpisać swoje życzenie i spełniłbym kilka. I nic, zero odzewu, czaisz? Nikt nie chce mieć mnie w znajomych, nikogo nie interesuję, ale wiadomości z prośbami przychodzą cały czas. Ja nie wiem. O, teraz na przykład, zobacz na to.

– Boże daj mi cierpliwość, o siłę nie proszę, bo jak ją dostanę, to wszystkich zapierdolę – przeczytał Łucjan, uśmiechając się pod nosem.

– Widzisz? Jaja se normalnie robią! Jak mnie potrzebują, to klepią w te klawisze i klepią, ja się przejmuję, staram się zorganizować jakąś pomoc, odpisuję, a gość nawet tego nie odczytuje.

W końcu zapadło milczenie. W oczach Łucjana Bóg wyglądał na zmęczonego tym wszystkim. Jak ktoś, kto wie, że odwala robotę głupiego, spędza czas nad czymś, co nigdy nie wejdzie w życie.

– Przyszedłem tu, by cię o coś prosić.

– Słucham.

– Nie chcę tej roboty – powiedział i wytłumaczył, co zaszło tego dnia. W trakcie wyjaśnień wyciągnął wszystkie dokumenty. Bóg zdjął modne okulary i przetarł je obojętnie.

– I mówisz, że nie kandydowałeś?

– No właśnie nie.

– Trochę to niemożliwe – stwierdził Bóg. – Jestem Bogiem. Nie popełniam błędów.

– Stworzyłeś człowieka.

– Tak. No i?

– Musisz przyznać, że daleko nam do ideału.

– Stworzyłem was na swoje podobieństwo.

Mimo wszystko Bóg wszedł na czata na Facebooku, napisał coś w okienku dialogowym, poczekał na odpowiedź, a gdy ta naszła, wstał.

– Tyle. Już, po krzyku.

– To wszystko?

– Tak. Możesz wyjść.

Łucjan nie czekał dłużej. W drodze do drzwi stało się coś dziwnego – mianowicie pomyślał.

Pomyślał o jedynej w życiu szansie, jaką ma na wyciągnięcie ręki. Może zmienić świat, może sprawić, że Ziemia stanie się bardziej znośnym miejscem do życia. Wystarczyło poprosić, przemówić z głębi serca. Co prawda Bóg nie reagował przesadnym entuzjazmem na prośby, ale prośba wysłana prosto z serca przez usta to coś innego niż sucha wiadomość na monitorze.

Mogę sprawić, że ludzie będą dla siebie dobrzy – myślał dalej.

Tego dnia był Śmiercią, spotkał Los i samego Boga. Taki dzień nigdy się nie powtórzy, to było pewne.

– Boże... – zaczął, gdy stał już na klatce schodowej, a Bóg trzymał uchylone drzwi. Na jego twarzy malowała się irytacja. Oto człowiek przyszedł do niego osobiście i co? Oczywiście chciał czegoś. Mimo to Łucjan, który w tym momencie był naprawdę dobrej myśli, spytał: – Boże, mógłbyś sprawić, żeby świat był lepszym miejscem dla nas, ludzi? Żebyśmy nie znali wojen, żebyśmy się kochali, pomagali sobie, żebyśmy byli braćmi, a nie narodami, mieli siostry, a nie wrogów, żebyśmy kochali życie takim, jakie nam dajesz. Żebyśmy, Panie, byli szczęśliwi.

Minęła długa chwila, napięta jak okrętowa cuma, podczas której Bóg patrzył mu w głęboko w oczy. Następnie spojrzał na zegarek.

– Już po północy. Jest niedziela. Mam wolne.

I zatrzasnął drzwi.

Łucjan odpalił papierosa, wcisnął ręce w kieszenie i wrócił do domu szukać nowej pracy.