Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Z radością oddajemy do rąk polskiego czytelnika pierwszy pełny przekład traktatu François-René de Chateaubrianda Geniusz chrześcijaństwa w naszym ojczystym języku. To o nim jeden ze współczesnych biografów Chateaubrianda, napisał że „niewiele książek w historii świata odegrało tak ważną rolę…”. Jesteśmy przekonani, że ta niezwykła książka potrafi zachwycić i poruszyć również człowieka w XXI wieku.
Chateaubriand napisał tę książką, aby obronić chrześcijaństwo przed zarzutami i uprzedzeniami XVIII wieku. Aby przywrócić chrześcijaństwu należne miejsce w świadomości współczesnych Chateaubriand uzasadnia jego wyższość w stosunku do innych religii i mitologii oraz ukazuje, że religia ta odpowiada ludzkiej naturze i prowadząc do szczęścia pozaziemskiego, daje szczęście już tu na ziemi.
Choć Geniusz chrześcijaństwa to dzieło to, bez którego trudno zrozumieć historię literatury i idei w XIX wieku, to znane było do tej pory w języku polskim jedynie we fragmentach. Pierwszy przekład (niepełny), autorstwa Franciszka Ksawerego Giżyckiego ukazał się w 1816 roku pt. Duch wiary chrześcijańskiej i jest dziś praktycznie niedostępny. W 2003 roku ukazał się wybór fragmentów z dzieła Chateaubrianda w przekładzie pani prof. Anny Loby, obejmujący niecałą połowę objętości oryginału. Mimo, że przekład ten okazał się ważny dla wielu badaczy, to jako wycinek całości dzieła narusza jego misterną konstrukcje i nie oddaje, siłą rzeczy, jego pełnego bogactwa. Wydanie całościowego przekładu pozwoli docenić znaczenie tego dzieła dla historii literatury, religii i idei nie tylko w kontekście francuskim, ale i ogólnoeuropejskim.
Wydany w 1802 roku Geniusz chrześcijaństwa jest nie tylko jednym z najważniejszych utworów François-René de Chateaubrianda, lecz także dziełem, które wywarło znaczący wpływ na historię idei literackich i religijnych we Francji i w Europie XIX wieku. Autor poddaje w nim krytycznej rewizji oświeceniowe poglądy na temat ludzkiego poznania i wiary w postęp naukowy, by opierając się na historii chrześcijaństwa, ukazać jego olbrzymi dorobek i wkład cywilizacyjny w rozwój świata. Jest to dzieło zarazem osobiste jak głęboko zakorzenione w historii. Dzięki Geniuszowi chrześcijaństwa Chateaubriand stał się dla swego pokolenia duchowym przewodnikiem zarówno w sferze religijnej jak i literackiej, otwierając drogę romantyzmowi i stając u źródeł duchowej odnowy XIX wieku.
Prof. dr hab. Anna Loba
Geniusz chrześcijaństwa jest jednym z najważniejszych utworów Chateaubrianda, znakomitego pisarza, polityka i dyplomaty, czołowego przedstawiciela literatury francuskiej pierwszej połowy XIX w. Mamy w nim do czynienia z połączeniem osobistego świadectwa pisarza, jego ewolucji intelektualnej i duchowej, z odpowiedzią na autentyczne, zbiorowe oczekiwanie ówczesnego społeczeństwa francuskiego; obrona chrześcijaństwa przed uprzedzeniami, jakie przyniósł wiek XVIII, stała się bowiem odczuwalną potrzebą owych czasów pełnych zamętu po wydarzeniach rewolucyjnych. Książka zrywała z konwencjami klasycyzmu odwołującego się do mitologii, wskazywała na sztukę gotycką i wielkie epopeje średniowieczne jako nowe źródła inspiracji artystycznej, wzruszała swoją poetyką ruin czy pięknem liturgii. Dlatego też zyskała wielki rozgłos i wywarła duży wpływ na współczesnych, przygotowując wręcz drogę nurtowi romantycznemu.
Prof. dr hab. Wiesław Malinowski
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 984
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału:
Génie du Christianisme
Copyright © by Wydawnictwo Dębogóra, 2024
Przekład:
Anna Loba
Część pierwsza – Księgi I–VI, Część druga – Księga IV, Część trzecia – Księga I, oraz Część czwarta – Księgi I, III, VI [rozdziały I–VI oraz XII].
Przełożyła również Obronę Geniuszu chrześcijaństwa. Jest także autorką zamykającego tom Słownika postaci historycznych, biblijnych, mitologicznych iliterackich.
Wiesław Mateusz Malinowski
Część druga – Księgi I, II, III i V, Część trzecia – Księgi II, III, IV i V, Część czwarta – Księgi II, IV, V i z Księgi VI – rozdziały VII–XI iXIII.
Redakcja ikorekta:
Roman Bąk
Projektgraficzny:
Piotr Łysakowski
Skład:
Piotr Białecki
Na okładce wykorzystano obraz Francesco Solimeny Triumf wiary nad herezją (1 poł. XVIII w.) z Muzeum Archidiecezjalnego w Poznaniu
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
ISBN 978-83-67316-73-6
WYDAWNICTWO DĘBOGÓRA
ul. Dąbrówki 7
62-006 Dębogóra
www.debogora.com
tel. 509 731 913
Kiedy 14 kwietnia 1802 roku ukazał się Geniusz chrześcijaństwa, jego autor, François-René de Chateaubriand, miał niespełna 34 lata. Wiele lat później, podsumowując swoje życie, napisał: „Gdyby teraz założyć, że imię moje zostawi jakiś ślad, zawdzięczać to będę Geniuszowi chrześcijaństwa, nie mając złudzeń co do nieprzemijającej wartości dzieła, przyznaję mu wartość czasową: zjawiło się we właściwej chwili”1. Jeśli nie do końca miał rację, gdyż dziś znany jest przede wszystkim jako autor przejmującej spowiedzi, jaką są Pamiętniki zza grobu, co do jednego nie mylił się z pewnością: Geniusz chrześcijaństwa pojawił się we właściwym czasie. Istotnie, dzieło to pojawiło się w momencie szczególnym, zarówno w osobistej historii autora, jak i w dziejach jego ojczyzny. W długim życiu Chateaubrianda, urodzonego za panowania Ludwika XV, a zmarłego po upadku Ludwika Filipa, oba te wątki przeplatać się będą nieustannie.
Chateaubriand przyszedł na świat w burzliwą noc 4 września 1768 roku w Saint-Malo, jako potomek szlacheckiego rodu sięgającego swymi korzeniami XI wieku. Fortuna rodziny, popadającej od wielu lat w ruinę, została świeżo przywrócona dzięki kupieckiej i handlowej działalności ojca przyszłego pisarza, René-Auguste’a, oficera floty handlowej, a później bretońskiego armatora. Symbolem odzyskanej pozycji stało się zakupienie w 1761 roku zamku i ziemi w Combourg, możliwe dzięki zgromadzonemu przez ojca bogactwu. Chateaubriand wielekroć będzie powracał w swoich książkach do wspomnień z dni dzieciństwa i młodości, które spędził w posępnym zamczysku w towarzystwie rodziców i siostry. Był najmłodszym spośród dziesięciorga dzieci, z których oprócz niego samego tylko pięcioro – brat i cztery siostry – przeżyło okres wczesnego dzieciństwa. Pomimo raczej chaotycznej edukacji, zdobył dość solidne wykształcenie klasyczne. Pierwotnie, zgodnie z życzeniem matki, przeznaczono go do stanu duchownego, następnie, z woli ojca, przez pewien czas przygotowywał się do kariery oficera marynarki. Ostatecznie w 1786 roku wstąpił do wojska i służył jako kadet w pułku Nawarry stacjonującym w Cambrai. Kiedy pół roku później umarł jego ojciec, Chateaubriand nie odziedziczył prawie nic. Kończył się dla niego okres młodości i przychodziło mu wkroczyć w świat będący wówczas w stanie głębokiego kryzysu. Jako młody oficer częściej niż w swoim garnizonie bawił w Paryżu, obracając się w środowisku pisarzy, bywalców salonów i wolnomyślicieli. Niemal w przededniu rewolucji, w lutym 1787 roku został przedstawiony królowi Ludwikowi XVI. Z bliska, nie bez pewnej przychylności obserwował rodzącą się i rozwijającą rewolucję. Podczas zdobycia Bastylii przebywał w Paryżu razem z matką i siostrami. W kwietniu 1791 roku zaopatrzony w list polecający do Waszyngtona wyruszył do Ameryki, pozostawiając za sobą Francję rozdartą rewolucją: wielu jego bliskich i przyjaciół zostanie uwięzionych i straconych. Dla młodego człowieka, marzyciela żywiącego ambicje literackie i polityczne, miała to być wyprawa w poszukiwaniu odmiany losu. Wymarzona podróż trwała niespełna rok i choć nie ziściły się pokładane w niej nadzieje, stanie się ona w przyszłości niewyczerpanym źródłem obrazów i wspomnień. Po powrocie do Francji, w której trwał jeszcze rewolucyjny zamęt, Chateaubriand zawarł dość pośpieszne małżeństwo, podyktowane, jak się zdaje, względami finansowymi, po czym zdecydował się na emigrację, zostawiając świeżo poślubioną żonę w Paryżu. Początkowo walczył pod wodzą księcia de Condé, lecz jego kariera w armii nie trwała długo: ranny pod Thionville, udał się do Anglii, gdzie spędził następne siedem lat. Żyjąc na skraju nędzy, utrzymując się z lekcji francuskiego i tłumaczeń, pracował nad Szkicem historycznym o rewolucjach (Essai sur les révolutions). Do Francji wrócił w kwietniu 1800 roku, pod przybranym nazwiskiem (dopiero po upływie roku uzyskał wykreślenie z listy emigrantów). Jak napisał, „stanął na ziemi francuskiej razem z nowym wiekiem” .
Geniusz chrześcijaństwa ukazał się 14 kwietnia 1802 roku, na cztery dni przed uroczystym Te Deum, które w pamiętną Niedzielę Wielkanocną zabrzmiało w paryskiej katedrze Notre-Dame, jeszcze tak niedawno zamienionej w świątynię Rozumu. W ten sposób uczczono zawarcie pokoju między Francją i Anglią i podpisanie konkordatu, przypieczętowującego rehabilitację katolicyzmu we Francji. W tej perspektywie esej o historycznej i liturgicznej wspaniałości katolicyzmu jawi się zarówno jako obrona religii chrześcijańskiej, jak i nowego ładu, gdyż wyrasta z przekonania o konieczności odrodzenia kultu dla odnowy społeczeństwa po dziesięciu latach zamętu i ruin. W tym sensie Chateaubriand stał się sojusznikiem Bonapartego. Konkordat zawarty przez rząd Napoleona z papieżem Piusem VII w lipcu 1801 roku przyznał Kościołowi katolickiemu prawo publicznego kultu, pensje dla kleru, odtworzenie zlikwidowanych seminariów, kapituł i fundacji za cenę zgody na mianowanie biskupów przez konsula, zatwierdzenia podziału dóbr kościelnych przekształconych w dobra narodowe, zniesienia dziesięciny i odnowienia składu episkopatu. Tymczasem życie religijne osiągnęło żarliwość, którą niepokoje z lat poprzednich bardziej wzmogły niż ugasiły. Geniusz chrześcijaństwa zyskał prawie natychmiast niewiarygodną popularność. Książkę Chateaubrianda rychło znał cały Paryż, w „dobrym towarzystwie” czytanie jej należało wręcz do dobrego tonu, sam Napoleon kazał sobie codziennie odczytywać jej fragmenty2.
Jednakże Chateaubriand uznał swoje dzieło za niedoskonałe i źle zrozumiane i w 1809 roku przystąpił do pisania Męczenników (Les Martyrs), mających stanowić w pewnym sensie uzupełnienie Geniuszu i potwierdzenie jego tez. Bohater tego poematu prozą, Eudore, przemierza Cesarstwo Rzymskie w III wieku i na koniec umiera jako męczennik podczas prześladowań za cesarza Dioklecjana. Najważniejszą wartością dzieła pozostaje konfrontacja kultury pogańskiej i chrześcijańskiej, dzięki której możliwe jest ukazanie ciągłości kultury zachodniej. Sam Chateaubriand, pragnąc na własne oczy zobaczyć ziemie, po których stąpali jego bohaterowie, 13 lipca 1806 roku wyruszył w podróż-pielgrzymkę przez Grecję, Azję Mniejszą, Palestynę, Egipt, Tunezję i Andaluzję. Owocem tej wyprawy stał się opublikowany w 1811 roku Opis podróży z Paryża do Jerozolimy (Itinéraire de Paris à Jérusalem). Po ukazaniu się obu tych książek, Chateaubriand ogłosił chęć porzucenia kariery literackiej: „Skończyłem z literaturą – napisał – publikując trzy wielkie dzieła: Geniusz chrześcijaństwa, Męczenników i Podróż’’. Odtąd poświęcił się głównie karierze politycznej3.
Polityka była, obok literatury, drugą pasją Chateaubrianda. Sam siebie widział przede wszystkim w roli męża stanu. Początkowo, od chwili powrotu do Francji w 1800 roku, Chateaubriand przekonany o wielkości Napoleona, był skłonny poprzeć jego wysiłki na rzecz reorganizacji społeczeństwa. W 1803 roku Bonaparte mianował go sekretarzem Ambasady francuskiej w Rzymie, wkrótce zaś ministrem pełnomocnym w Valais, lecz nominacje te nie były na miarę ambicji pisarza. Tymczasem po śmierci księcia d’Enghien z domu burbońskiego, rozstrzelanego na rozkaz Napoleona pod zarzutem spiskowania na rzecz przywrócenia monarchii, Chateaubriand wystąpił przeciwko Napoleonowi i wycofał się z życia politycznego: to czas podróży naWschód.
Po upadku Cesarstwa powrócił do polityki. Za czasów pierwszej Restauracji został ministrem Stanu. Podczas drugiej – parem Francji, ambasadorem w Berlinie, Londynie, ministrem spraw zagranicznych i ponownie dyplomatą w Rzymie. Pomimo piastowania wysokich funkcji państwowych, pozostał człowiekiem opozycji, o czym świadczą jego boje w Izbie Parów i pisma polemiczne publikowane w prasiepolitycznej.
W latach 1826–1831, gdy kariera polityczna Chateaubrianda osiągnęła szczyt, ukazały się jego Dzieła zebrane w 32 tomach, a w nich po raz pierwszy zostają opublikowane utwory do tej pory nieznane, napisane w okresie Cesarstwa: tragedia Mojżesz (Moïse), powieść Przygody ostatniego z Abenserażów (Les Aventures du dernier Abencerage), Podróż do Ameryki (Voyage en Amérique), a nawet Naczezowie (Les Natchez) – na poły epopeja prozą, na poły powieść moralizatorska napisana w 1795 roku. W lipcu 1830 roku Chateaubriand nie zawahał się wystąpić przeciw rządom Ludwika Filipa. Jego kariera polityczna dobiegła kresu. Osiemnaście lat życia, które mu zostały, poświęcił pisaniu pamiętników. Pod koniec życia, na życzenie swego kierownika duchowego, podjął się napisania dzieła poświęconego siedemnastowiecznemu reformatorowi zakonu trapistów, ŻywotaRancégo (Vie de Rancé). Ostatnie lata Chateaubrianda naznaczone były chorobą i kłopotami materialnymi. Umarł 4 lipca 1848 roku w Paryżu i zgodnie ze swoją wolą został pochowany w grobowcu bez inskrypcji, na wysepce Grand-Bé nieopodal Saint-Malo.
Kiedy ukazał się Geniusz chrześcijaństwa, Chateaubriand nie był pisarzem całkowicie nieznanym. W 1801 roku opublikował krótkie opowiadanie Atala, włączone do pierwszych wydań Geniuszu. Wcześniej, w 1797 roku, w Londynie wydał Szkic historyczny o rewolucjach, nad którym pracował podczas pobytu na emigracji. Dzieło to ukazało się w atmosferze skandalu, nie wywołało jednak merytorycznej dyskusji, a we Francji zostało opublikowane dopiero w 1826 roku, w Dziełach zebranych. Projekt pisarza był ambitny: wyjaśnić rewolucję 1789 roku, zestawiając ją z rewolucjami czasów starożytnych i współczesnych. Chateaubriand okazał się uważnym, lecz krytycznym czytelnikiem osiemnastowiecznych filozofów. W efekcie powstał swego rodzaju manifest niewiary w postęp, gorzki bilans daremności nieustannie powtarzających się przewrotów. Emigrant, zwiedziony początkowo ideą rewolucji, teraz był przerażony jej konsekwencjami. Nie oszczędzał nikogo: atakował dawny porządek, duchowieństwo, filozofów i jakobinów. Redukując chrześcijaństwo do roli historycznego i społecznego faktu, wykazywał jego nieskuteczność i bezsilność w czasach kryzysów. Na koniec zaś stawiał pytanie: „Jaka będzie religia, która zastąpi chrześcijaństwo?”. Choć dzieło nie jest pozbawione śladów pewnego religijnego niepokoju, zwłaszcza tam, gdzie młody wygnaniec zastanawia się nad źródłem „nieznanego pragnienia”, „nieokreślonego głodu” dręczącego człowieka stającego wobec własnej „wewnętrznej pustki”, rychło zyskało opinię „książkibezbożnej”.
Jak więc należy rozumieć nieoczekiwaną przemianę, która dokonała się dwa lata później, wraz z rozpoczęciem redakcji Geniuszu chrześcijaństwa? Sam Chateaubriand tłumaczył ją cudem nawrócenia i skruchą. Kiedy 31 maja 1798 roku umarła jego matka, pisarz dowiedział się o tym z listu siostry, gorzkiego i pełnego wyrzutów. Oskarżyła ona brata, iż przysporzył matce wielu cierpień i próbowała nakłonić go do porzucenia pisania. „Uspokoiłem się dopiero wtedy, gdym pomyślał, że mogę zmazać moją winę książką chrześcijańską: taki był początek Geniuszu chrześcijaństwa” – wspomina Chateaubriand w swych Pamiętnikach. Zaraz jednak dodaje, nawiązując do swego poprzedniego dzieła: „Wyolbrzymiałem tę winę; Szkic nie był książką bezbożną, ale książką zwątpienia i bólu. Poprzez jej ciemności przemyka się promień chrześcijańskiego światła, który rozbłyskiwał nad moją kołyską. Nie trzeba było wielkiego wysiłku, żeby od sceptycyzmu Szkicu powrócić do pewności Geniuszu chrześcijaństwa”4.
Jeśli więc w rozważaniach nad genezą Geniuszu należy uznać wagę tego wydarzenia z osobistego życia pisarza, nie wolno zapominać o szerszym kontekście historycznym, zwłaszcza zaś o roli Napoleona i jego polityki konkordatowej. Zamiar napisania nowej apologii religii świadczy zarówno o autentycznej woli zrehabilitowania chrześcijaństwa, jak i o pragnieniu społecznej reintegracji. Niesłychane powodzenie książki dowodzi zaś, że pojawiła się we właściwym momencie, wówczas gdy znużone zamętem i przemocą społeczeństwo gotowe było z radością przyjąć wszystko, co mogło przyczynić się do stabilizacji i ukojenianamiętności.
Pięć lat oddziela ukazanie się Szkicu i Geniuszu, lecz ton, uczucia i intencje obu tych książek są całkiem odmienne. Przez ten czas Chateaubriand przeszedł drogę od niewiary do wiary, od poczucia niepewności i beznadziei do ufności w możliwość zbudowania nowego ładu społecznego. Tam, gdzie Szkic podważa wszelkie wartości, Geniusz chrześcijaństwa przynosi porządek, proponuje dyscyplinę w miejsce gniewu i pasji, oczywistość – zamiast niepewności i optymizm – zamiast niepokoju. Jednakże nie wszystko w Geniuszu zaprzecza analizom przeprowadzonym w Szkicu. Nowe potwierdzenie zyskuje w nim historyczny i społeczny wymiar chrześcijaństwa, zostaje jednak potraktowany w perspektywie teleologicznej, streszczającej się w stwierdzeniu: „Wszystko na przeciągu wieków dąży do chrześcijaństwa”. Jeśli Szkic ukazywał narody, które bez religii są skazane na zagładę, Geniusz mówił o możliwości odrodzenia społecznego dziękireligii.
Geniusz chrześcijaństwa jest więc dziełem zarazem osobistym i uwarunkowanym okolicznościami historycznymi. Nie pozwala się wtłoczyć w ramy jakiegokolwiek gatunku literackiego, jest rodzajem politycznego i moralnego eseju, zawierającym obszerne fragmenty autobiograficzne. Dzieło podzielone jest na cztery części, z których każda mieści sześć ksiąg. Część pierwsza i ostatnia są poświęcone Kościołowi, części środkowe – wpływowi religii na literaturę i sztukę. Geniusz otwiera omówienie dogmatów i doktryny Kościoła chrześcijańskiego, w konfrontacji z wierzeniami politeistycznymi, a zwłaszcza z religią grecką i rzymską. W szczególności autor zajmuje się sakramentami, prawami moralnymi i kosmogonią. W księdze piątej istnienie Boga zostaje dowiedzione za pomocą obrazu harmonii świata i dziwów natury. Część druga przedstawia „poetykę chrześcijaństwa”, to znaczy wyjaśnienie wpływu wiary chrześcijańskiej na literaturę. Porównując literaturę, która powstała w czasach chrześcijańskich z literaturą antyczną, Chateaubriand wykazuje wyższość literatury chrześcijańskiej jako bardziej wzniosłej, moralnej i dramatycznej. Żadna inna religia tak dalece nie przeniknęła tajemnic człowieczej duszy ani tak silnie nie zgłębiła piękna świata jak chrześcijaństwo. W trzeciej części, poświęconej sztuce i literaturze, jest mowa o architekturze, malarstwie i filozofii. Kończy się ona rozważaniem związków łączących naturę, religię i uczucia. Czwarta część jest w istocie szkicem historycznym na temat społecznej roli Kościoła, jego tradycji i działalności. Chateaubriand podkreśla urok, jaki wywiera dźwięk kościelnych dzwonów, piękno sakralnych budowli, uroczysty charakter nabożeństw i majestat religijnych obrzędów. Chrześcijaństwo zrodzone na ruinach cesarstwa rzymskiego, powiada, ocaliłocywilizację.
Intencja apologetyczna ujawnia się już w pierwszym rozdziale: autor pragnie dowieść, że spośród wszystkich religii, jakie kiedykolwiek istniały, „religia chrześcijańska jest najbardziej poetyczna, najbardziej ludzka, najbardziej sprzyjająca wolności, sztukom i literaturze” i że „świat nowożytny jej wszystko zawdzięcza”. Zarzucano niekiedy Chateaubriandowi, że wysławiając piękno religii chrześcijańskiej, zdaje się zapominać o jej prawdzie. Istotnie, choć jego wywód zawiera elementy egzegezy biblijnej i powołuje się na świadectwo Ojców Kościoła, nie tyle chodzi w nim o udowodnienie prawdziwości chrześcijaństwa (to zadanie pozostawia teologom), lecz przede wszystkim o przezwyciężenie pogardy, jaka ciążyła na religii, o uczynienie jej na nowo upragnioną:„Na pomoc religii – pisał – należało wezwać te wszystkie oczarowania wyobraźni i te wszystkie porywy serca, które wcześniej przeciwko niej podburzano”. Na tym polega swoista teologia piękna, zdolna przemówić do wyobraźni i oczarować ją. Chateaubriand stara się uczynić swego czytelnika wrażliwym na piękno wiary i obrzędów chrześcijańskich, oraz na dobrodziejstwa wyświadczone ludzkości przez religię opartą na Ewangelii. Z podziwu godną drobiazgowością, graniczącą niekiedy z pedanterią, gromadzi wszelkie fakty, mogące świadczyć na korzyść chrześcijaństwa. Stąd Geniusz nie pozbawiony jest wartości czysto literackich, zwłaszcza tam, gdzie pojawiają się podobne do medytacji opisy pełne zachwytu nad wspaniałością przyrody, tajemnicą gotyckich katedr, melancholijnym urokiem ruin, przepychem i prostotą religijnychceremonii.
Zamysł apologetyczny ujawnia się również w pragnieniu, by wzorem Pascala wykazać doskonałość religii chrześcijańskiej w porównaniu z innymi systemami religijnymi. Aby tego dowieść, Chateaubriand obiera dwie drogi: pierwsza to analiza uczuć człowieka wobec dzieł natury i kultury, druga wiedzie śladem historycznych zwycięstw chrześcijaństwa. Chateaubriand nie pragnie udowadniać naukowo tego, co wymyka się nauce: w historii przechodzi od skutku do przyczyny, a w tym, co się tyczy człowieka, kładzie nacisk na uczucia, które muszą zostać poruszone, kiedy chodzi o wiarę. Historykowi, który stara się być obiektywny, towarzyszy romantyk, który stara się przekonać przemawiając sercem do serc: łączy piękno świata, wielkość duszy ludzkiej, piękno Boga postrzegalne poprzez wzniosłość, słodycz i tajemnicę. Podkreśla niedoceniane ciągle źródła piękna: w Biblii odnajduje nie mniej poezji i wzniosłości, niż w epopejach Homera, należne miejsce przywraca dziełom wielkich poetów chrześcijańskich: Dantego, Tassa i Miltona, budzi zainteresowanie dla średniowiecza i sztuki gotyckiej, kieruje uwagę czytelników ku historii, podejmując próbę jejzrozumienia.
Odrzucając filozofię XVIII wieku, „naukę” i ideę postępu, Chateaubriand stara się uczynić z chrześcijaństwa myśl nowoczesną. Daje odpowiedź filozofom Oświecenia, którzy zarzucali religii niedorzeczność, wulgarność i małostkowość, dowodząc, że „nie jest niczym wstydliwym wierzyć wraz z Newtonem i Bossuetem, Pascalem i Racinem”. Powołując się na klasyków, przyznaje cywilizacji chrześcijańskiej doskonalszą, genialną znajomość człowieka i wznioślejszą ideę moralności w porównaniu ze starożytnością. Pojęcie geniuszu jest zakorzenione z jednej strony w osiemnastowiecznej estetyce, gdzie oznacza wyjątkowość, osobliwość przynależną pięknu natury, z drugiej strony jednak wykracza poza klasycystyczny światopogląd, gdy oznacza wielkość nie dającą się zamknąć w żadnej rozumowej argumentacji, naukowej wykładni czy zasadach dobrego smaku. Piękna i wyjątkowości chrześcijaństwa nie jest w stanie wyczerpać żadna formuła estetyczna, a nawetteologiczna.
Chateaubriand przemawia w imię uczucia, natury i wiary. Uczucie stanowi punkt wyjścia: „Najcudowniejszymi uczuciami są te, które wywołują w nas niejasne poruszenie”. Pisarz przeciwstawia je rozumowi, „który nigdy nie osuszył żadnej łzy”, iateizmowi, który „chwali się sercem, którego nic nie może wzruszyć”. Wychodząc z tych założeń, atakuje niedawną historię społeczeństwa. Uznając rewolucję za konsekwencję upadku człowieka, prawdę o człowieku odnajduje w chrześcijaństwie, które odkrywając naszą dwoistą naturę i sprzeczności naszego bytu, opiera się na pewnych wartościach i pewnychuczuciach.
Dzięki Geniuszowi chrześcijaństwa Chateaubriand stał się dla swego pokolenia duchowym przewodnikiem. Jego wpływ zaznaczył się zarówno w sferze religijnej, jak i literackiej. Jeśli w dziedzinie literatury Geniusz otwiera drogę romantyzmowi, w dziedzinie religii stoi u źródeł duchowej odnowy XIX wieku. Wraz z Louisem de Bonaldem, Josephem de Maistrem i Félicité de Lamennais Chateaubriandowi przypada zasługa ożywienia zainteresowania dla studiów religijnych. Jego własne ujęcie chrześcijaństwa również podlegało pewnej ewolucji: wychodząc od pewnego estetyzmu i zafascynowania przeszłością, z czasem, być może pod wpływem Lamennais’go, staje się ono bardziej polityczne i społeczne. Pod koniec życia Chateaubriand pragnął jakoby napisać drugą wersję swego dzieła, w którym lepiej zostałaby wyrażona „siła postępu chrześcijaństwa”. Jakkolwiek by było, książka ta nie powstała, i to o Geniuszu chrześcijaństwa możemy dziś powiedzieć za jednym z współczesnych biografów Chateaubrianda: „Być może dlatego, że dacie pojawienia się książki sprzyjało tyle pomyślnych okoliczności, mało książek w historii świata odegrało tak ważką rolę…”5.
Ponad dwadzieścia lat temu, w serii „Biblioteka Christianitas” wydawanej przez Klub Książki Katolickiej, ukazał się w moim przekładzie obszerny wybór fragmentów Geniuszu chrześcijaństwa François-René de Chateaubrianda6. Kierując się chęcią przybliżenia dzisiejszemu czytelnikowi tego, co już w chwili ukazania się tego dzieła zapewniło mu ogromny sukces u współczesnych, przetłumaczyłam wówczas te części, w których dochodzi do głosu podziw i zachwyt dla piękna i geniuszu religii chrześcijańskiej, przejawiających się w jej dogmatach i sakramentach, świętach i obrzędach, w sztuce powstałej z jej inspiracji, wreszcie w instytucjach i dobrodziejstwach, jakimi obdarza świat. Mimo że wydanie z 2003 roku obejmowało w przybliżeniu połowę dzieła, było tylko pewnym wycinkiem całości, a dokonana selekcja siłą rzeczy naruszała misterną konstrukcję, jaką zgodnie z zamysłem autora miał być Geniusz chrześcijaństwa. Z tym większą radością – wraz z Wiesławem Mateuszem Malinowskim – oddajemy do rąk czytelników pełny przekład traktatu Chateaubrianda na język polski7 owoc współpracy dwojga tłumaczy, mając nadzieję, że ta niezwykła książka czytana w całości, bez skrótów i opuszczeń, potrafi dzisiaj tak samo zachwycić i poruszyć, jak to czyniła dwieście lat temu8.
Anna Loba
Kiedy ukazał się Geniusz chrześcijaństwa, Francja wychodziła z rewolucyjnego chaosu; wszystkie żywioły społeczeństwa zostały pomieszane: straszliwa dłoń, która zaczęła je rozdzielać, jeszcze nie dopełniła swego dzieła, z despotyzmu i chwały jeszcze nie wyłonił się ład.
Przeto, niejako na zgliszczach naszych świątyń, ogłosiłem Geniusz chrześcijaństwa, aby w tychże świątyniach przywołać wspaniałość ceremonii i uczcić pamięć sług ołtarzy. Bazylika Saint-Denis była opuszczona: chwila, w której Bonaparte miał wspomnieć, iż potrzebuje grobowca, jeszcze nie nadeszła; wówczas zaiste trudno by mu było odgadnąć, jakie miejsce wyznaczyła dlań Opatrzność. Wszędzie wokół widniały szczątki kościołów i klasztorów, których niszczenie dobiegało końca: przechadzanie się pośród owych ruin było nawet rodzajemrozrywki.
Gdyby ówcześni krytycy, dzienniki, pamflety i książki nie poświadczali wrażenia, jakie wywołał Geniusz chrześcijaństwa, nie wypadałoby mi o tym mówić; ponieważ jednak niczego nigdy nie odnosiłem do siebie, a zawsze miałem na względzie jedynie moją troskę o losy kraju, jestem zmuszony uznać fakty, których nikt nie podważa. Mogły zostać inaczej osądzone, jednak ich istnienie jestbezsporne.
Geniusz chrześcijaństwa udzielił po części swych barw literaturze: pisarze uczynili mi zaszczyt, naśladując zdania wyjęte z Renégo i Atalii, podobnie kaznodzieje czerpali i nadal czerpią z tego, co powiedziałem o obrzędach, misjach i dobrodziejstwachchrześcijaństwa.
Dzięki książce, która tak dobrze odpowiadała duchowym potrzebom wiernych, mogli oni uznać się za ocalonych: istniał wówczas wielki głód wiary i religijnej pociechy, będący rezultatem trwającego od wielu lat niedostatku w tym względzie. Ileż nadprzyrodzonej siły potrzeba było w obliczu tylu doznanych nieszczęść! Ileż okaleczałych rodzin musiało szukać swych utraconych dzieci u Ojca ludzkości! Ileż złamanych serc, ile osamotnionych dusz szukało pomocy Boskiej dłoni, błagając, by je uleczyła! Do domu Bożego spieszono tak, jak w czas zarazy bieży się do domu lekarza. Ofiary zamętu (i jakże rozmaite ofiary!) szukały ocalenia przy ołtarzu, tak jak rozbitkowie w nadziei ratunku chwytają sięskały.
Geniusz chrześcijaństwa, pełen wspomnień o prastarych zwyczajach, chwale i pomnikach naszych królów, tchnął dawną monarchią: prawowity dziedzic był poniekąd ukryty w głębi sanktuarium, którego zasłony uchyliłem, a korona Ludwika Świętego została zawieszona nad ołtarzem jego Boga. Francuzi nauczyli się patrzeć w przeszłość wzrokiem pełnym żalu; wytyczone zostały drogi przyszłości i obudziły się niemal wygasłenadzieje.
Bonaparte, który naonczas pragnął oprzeć swą potęgę na stałym fundamencie społeczeństwa i ledwie co zawarł układy z dworem papieskim, nie stawiał żadnej przeszkody wydaniu dzieła użytecznego dla swych zamiarów. Musiał walczyć przeciwko otaczającym go ludziom, zaprzysięgłym wrogom wszelkich ustępstw wobec religii; był tedy szczęśliwy, iż dzięki opiniom, które wyrażono na temat Geniuszu chrześcijaństwa, znalazł obronę z zewnątrz. Później wyrzucał sobie swą pomyłkę, a w chwili swojego upadku wyznał, iż dziełem, którego wydanie najbardziej zaszkodziło jego władzy, był Geniuszchrześcijaństwa.
Jednakże Bonaparte, który kochał chwałę, łatwo ulegał złudzie jej blasku; uwodził go rozgłos i, choć rychło stawał się zazdrosny o cudzą sławę, naprzód pragnął zawładnąć człowiekiem, którego siłę uznawał. Z tej oto racji Instytut, nie uwzględniwszy Geniuszu chrześcijaństwa pośród dzieł, które ubiegały się o nagrodę dziesięciolecia, otrzymał polecenie sporządzenia raportu na temat tego dzieła; i choć wówczas mógłbym śmiertelnie zranić Bonapartego, ów pan świata co dnia rozmawiał z panem de Fontanes na temat stanowisk, które miał zamiar utworzyć dla mnie i wspaniałej odmiany losu, jaką dla mnieszykował.
Ów czas przeminął: upłynęło dwadzieścia lat, przyszły nowe pokolenia i stary świat, który trwał poza Francją, powrócił doniej.
Ów świat korzystał z prac ukończonych przez kogo innego i nie poznał, jak wielkim kosztem zostały wykonane. Ponieważ śmieszność, którą Wolter okrył religię, poszła w niepamięć, ponieważ młodzież znów miała odwagę chodzić na Msze, a kapłanów otaczano szacunkiem przez wzgląd na ich męczeństwo, ów stary świat mniemał, iż wszystko to zdarzyło się samo i że nikt do tego nie przyłożyłręki.
Wkrótce nawet dał się odczuć pewien rodzaj niechęci wobec tego, kto głosząc ewangeliczne umiarkowanie, na nowo otworzył bramy kościołów, kto pragnął, by miłowano chrześcijaństwo z powodu piękna jego liturgii, geniuszu jego mówców, mądrości jego uczonych, cnót jego apostołów i uczniów. Wówczas należało iść dalej. W moim sumieniu uczynić tego niemogłem.
Od dwudziestu pięciu lat moje życie było nieustanną walką przeciwko temu, co w religii, w filozofii i w polityce wydawało mi się fałszem, przeciwko zbrodniom albo błędom mojego wieku, przeciwko ludziom, którzy nadużywali władzy, by deprawować albo zniewalać narody. Nie liczyłem się nigdy ze stopniem dostojeństwa owych ludzi i, poczynając od Bonapartego, przed którym drżał cały świat, choć ja nigdy nie zadrżałem, aż do nędznych ciemięzców, których zna tylko moja pogarda, ośmieliłem się mówić wszystko temu, kto poważył się wszystko atakować. Wszędzie, gdzie mogłem, wyciągałem dłoń do niedoli, nie znam się bowiem na szczęściu; zawsze gotów poświęcić się dla nieszczęśliwych, nie potrafię służyć tryumfującymnamiętnościom.
Czy słusznie uczyniono, podążając drogą, którą wyznaczyłem, aby przywrócić zbawienny wpływ religii? Jestem o tym przekonany. Wnikając w ducha naszych instytucji, nasiąkając znajomością świata, łagodząc cnoty wiary za pomocą cnót miłosierdzia, niezawodnie doszlibyśmy do celu. Żyjemy w czasach, w których potrzeba wiele wyrozumiałości i miłosierdzia. Wielkoduszna młodość – choć gotowa rzucić się w ramiona każdego, kto będzie wzywał do szlachetnych uczuć tak dobrze przystających do wzniosłych zasad Ewangelii – unika wszakże uległego posłuszeństwa i przy całym swoim zapale do nauki wykazuje znamionujące dojrzałość upodobanie dorozsądku.
Geniusz chrześcijaństwa ukazuje się teraz uwolniony od okoliczności, którym można było przypisać pewną część jego powodzenia. Podźwignięto ołtarze, kapłani powrócili z niewoli, biskupi piastują najwyższe godności państwowe. Pewien rodzaj nieprzychylności, jaki na ogół wiąże się z władzą, powinien również wiązać się z wszystkim, co sprzyjało przywróceniu owej władzy; jesteśmy poruszeni walką, niewiele obchodzi naszwycięstwo.
Być może pośród pewnych ludzi sam autor mógłby dziś zaszkodzić swemu dziełu. Nie wiem, jak to się dzieje, że usługi, które miałem szczęście oddać, rzadko zjednywały mi przychylność tych, którym je oddałem, podczas gdy ludzie, których zwalczałem, zawsze okazywali skłonność do moich pism, a nawet do mojej osoby: to nie moi wrogowie rzucali na mnie potwarze. Czyżby w przekonaniach, które popierałem, ponieważ pod wieloma względami sam je podzielam, tkwił pewien zarodek naturalnej niewdzięczności? Tak bez wątpienia nie jest i cała wina leży po mojejstronie.
Różnorakie względy tyczące czasu, miejsca i osób skłaniają mnie do wniosku, iż jeśli Geniusz chrześcijaństwa nadal jest czytany, przyczyny tego stanu rzeczy różnią się od tych, które zapewniły powodzenie jego pierwszej edycji: o ile okoliczności sprzyjały mu niegdyś, o tyle sprzeciwiają się mu dzisiaj. Jednak dzieło znowu wychodzi drukiem, mimo iż wielokrotnie było wydane w przeszłości, a ja witam je jako dowód porozumienia zczytelnikami.
François-René de Chateaubriand
przeł. Anna Loba
Jak tylko chrześcijaństwo pojawiło się na ziemi, nieustannie było atakowane przez trzy rodzaje wrogów: herezjarchowie, sofiści i owi ludzie, tylko z pozoru lekkomyślni, niszczący wszystko śmiechem. Wielu apologetów zdołało obnażyć ich przewrotność i kłamstwa, lecz szyderstw nie udało im się tak skutecznie odeprzeć. Święty Ignacy Antiocheński9, święty Ireneusz, biskup Lyonu10, Tertulian w swojej Preskrypcji przeciw heretykom, nazwanej przez Bossueta „boską”, zwalczali nowatorów, których dumne wykłady niszczyły prostotęwiary.
Odpór oszczerstwu dali naprzód Kwadratus i Arystydes, filozofowie ateńscy; nie znamy ich apologii, poza fragmentem pierwszej, zachowanym przez Euzebiusza. O drugiej święty Hieronim i biskup Cezarei mówią jako o arcydziele11.
Poganie zarzucali chrześcijanom ateizm, kazirodztwo i udział w odrażających ucztach, podczas których, jak mawiano, jedzono ciała noworodków. Po Kwadratusie i Arystydesie w obronie wyznawców Chrystusa stanął święty Justyn: jego stylowi brak ozdobności, lecz akta jego męczeństwa świadczą, iż przelał krew za wiarę z tą samą prostotą, z jaką dla niej pisał12. Atenagoras włożył więcej talentu w swoją obronę, lecz nie ma on ani oryginalnego stylu Justyna, ani zapalczywości Tertuliana. Tertulian, autor Apologetyku, to afrykański i barbarzyński Bossuet. Teofil w trzech księgach dedykowanych swojemu przyjacielowi Autolykosowi wykazuje się wyobraźnią i wiedzą, zaś Minucjusz Feliks w Oktawiuszu przedstawia chrześcijanina i dwóch bałwochwalców, którzy rozprawiają o religii i naturze Boga, przechadzając się brzegiem morza13.
Arnobiusz retoryk, Laktancjusz, Euzebiusz, święty Cyprian również bronili chrześcijaństwa, choć mniej starali się uwydatnić jego piękno, aniżeli wykazać niedorzecznośćbałwochwalstwa.
Orygenes zwalczał sofistów. Swego przeciwnika Celsusa przewyższał, jak się zdaje, erudycją, rozumem i stylem. Greka Orygenesa jest osobliwie melodyjna, jednakże pełna hebraizmów i obcych wyrażeń, tak częstych u pisarzy, którzy znają wielejęzyków.
Za panowania cesarza Juliana Kościół był narażony na prześladowania najgroźniejszego rodzaju. Przeciw chrześcijanom nie używano przemocy, lecz okazywano im wzgardę. Z początku rabowano ołtarze, następnie zabroniono wiernym nauczania i studiowania literatury14. Cesarz jednak, świadom wyższości chrześcijańskich instytucji, niszcząc je, zarazem je naśladował: zakładał przytułki i klasztory, a także, wzorem Ewangelii, próbował złączyć moralność z religią, nakazując głosić w świątyniach mowy na kształtkazań.
Sofiści, którymi otoczył się Julian, unieśli się gniewem przeciw chrześcijaństwu, on sam zaś nie wzgardził rozprawą z Galilejczykami. Dzieło, które przeciw nim napisał, nie zachowało się do naszych czasów, lecz święty Cyryl, patriarcha Aleksandrii, cytuje jego fragmenty w piśmie polemicznym, które do dziś posiadamy. Jak długo Julian zachowuje powagę, święty Cyryl tryumfuje nad filozofem, kiedy jednak cesarz ucieka się do ironii, patriarcha traci przewagę. Styl Juliana jest żywy, lotny, dowcipny; święty Cyryl wybucha złością, pisze dziwacznie, niejasno i z afektacją. Od czasów Juliana aż do Lutra Kościół, będąc w pełni sił, nie potrzebował apologetów. Gdy zrodziła się schizma zachodnia, wraz z nowymi wrogami pojawili się nowi obrońcy. Trzeba przyznać, że protestanci – jak zauważa Monteskiusz – pierwotnie górowali nad katolikami, przynajmniej jeśli chodzi o formę. Nawet Erazm okazał się słabszy od Lutra, a Teodor Beza miał lekkość stylu, której zbyt często brakowało jegoprzeciwnikom.
Kiedy jednak nastał czas Bossueta, rychło stało się jasne, do kogo należy zwycięstwo; hydra herezji została na nowo pokonana. Historia przemian kościołów protestanckich i Wykład nauki kościoła katolickiego oto dwa arcydzieła, które przejdą dopotomności.
Z natury rzeczy schizma wiedzie ku niedowiarstwu, zaś za herezją kroczy ateizm. Po Kalwinie wystąpili Bayle i Spinoza, znajdując w Clarke’u i Leibnizu geniuszy zdolnych obalić ich sofizmaty. Abbadie napisał w obronie religii dzieło godne uwagi ze względu na metodę i rozumowanie. Niestety, styl jest słaby, chociaż myśli nie brak pewnego blasku. „Jeśli starożytni filozofowie wielbili cnoty – powiada Abbadie – to jednak było to tylko pięknebałwochwalstwo”.
Podczas gdy Kościół jeszcze odnosił tryumfy, Wolter już gotował powrót prześladowań godnych samego Juliana. Posiadał on – zgubny dla kapryśnego i żądnego pochlebstw ludu – dar czynienia z niedowiarstwa mody. Do tego niedorzecznego przymierza zwerbował największych pyszałków; religia została zaatakowana przy użyciu wszelkiej dostępnej broni: od pamfletu aż do druków in folio, od epigramatu aż do sofizmatu. Skoro tylko ukazywała się książka religijna, jej autora niezwłocznie okrywano śmiesznością, a zarazem pod niebiosa wynoszono dzieła, z których Wolter pierwszy natrząsał się w gronie przyjaciół: tak bardzo przewyższał swych uczniów, iż niekiedy nie mógł się powstrzymać od śmiechu, widząc ich bezbożny zapał. Tymczasem jednak niszczycielski system robił postępy wzdłuż i wszerz Francji. Osadzał się w prowincjonalnych akademiach, owych ośrodkach złego smaku i intryg. Kobiety z towarzystwa, poważni filozofowie mieli swe własne katedry niedowiarstwa. Na koniec, zostało stwierdzone, iż chrześcijaństwo jest systemem barbarzyńskim, którego upadek powinien nastąpić jak najwcześniej w imię wolności ludzkości, postępu oświecenia, rozkoszy życia i wykwintusztuk.
Pominąwszy przepaść, w jakiej pogrążyły nas owe przekonania, bezpośrednim następstwem nienawiści wobec Ewangelii był, bardziej udawany niż szczery, powrót ku bogom Rzymu i Grecji, którym przypisano wszystkie cuda starożytności15. Bez żadnego wstydu tęskniono za ową religią, czyniącą z rodzaju ludzkiego stado bezwolnych i bezwstydnych istot albo okrutnych bestii. Musiało to nieuchronnie doprowadzić do pogardy dla pisarzy wieku Ludwika XIV, którzy przecież tylko dzięki swej religijności wznieśli się na wyżyny doskonałości. Nie ośmieliwszy się uderzyć wprost, z uwagi na autorytet ich sławy, atakowano pośrednio. Dawano do zrozumienia, iż skrycie pisarze ci byli niedowiarkami, albo przynajmniej, iż zostaliby o wiele znamienitszymi ludźmi, gdyby żyli w naszych czasach. Wszak każdy autor błogosławi swój los, który sprawił, iż narodził się w pięknym wieku Diderotów i d’Alembertów, kiedy to świadectwa ludzkiej mądrości zostały ułożone w porządku alfabetycznym w Encyklopedii, tej wieży Babel nauk irozumu.
Ludzie uczeni i o nietuzinkowych umysłach próbowali przeciwstawić się tej nawałnicy. Opór okazał się wszakże bezskuteczny: ich głos zagubił się w tłumie, a ich zwycięstwo zignorował płochy świat, który jednakże rządził Francją i który z tej racji należało poruszyć16.
Tak tedy owa fatalność, która zapewniła tryumf sofistom za Juliana Apostaty, opowiedziała się po ich stronie i w naszych czasach. Obrońcy chrześcijan popełnili błąd, który już niegdyś ich zgubił: nie spostrzegli, iż nie chodzi już o to, aby dyskutować nad tym lub owym dogmatem, ponieważ całkowicie odrzucono podstawy. Wyszedłszy od misji Jezusa Chrystusa i wysuwając konsekwentne wnioski, ustalili bez wątpienia rzetelnie prawdy wiary; lecz ten sposób argumentacji, dobry w XVII wieku, kiedy jeszcze nie został podważony fundament, nie był nic wart w naszych czasach. Należało podjąć przeciwną drogę: przejść od skutku do przyczyny, dowieść nie tego, że chrześcijaństwo jest doskonałe, ponieważ pochodzi od Boga, lecz tego, że pochodzi od Boga, ponieważ jestdoskonałe.
Innym jeszcze błędem było udzielanie poważnych odpowiedzi na pytania sofistów należących do owego gatunku ludzi, których przekonać jest niepodobieństwem, ponieważ nigdy nie mają racji. Zapomniano, iż nie poszukują oni prawdy w dobrej wierze, a przywiązani do swojego systemu tylko z racji wrzawy, którą powoduje, gotowi są zmienić go nazajutrz wraz z opiniąpubliczną.
Ponieważ nie spostrzeżono tego w porę, stracono wiele czasu i trudu. Nie sofistów należało pojednać z religią, lecz świat, który wprowadzili w błąd. Zwiedli go, mówiąc, iż chrześcijaństwo jest religią zrodzoną z łona barbarzyństwa, że jego dogmaty są niedorzeczne, a ceremonie śmieszne, że jest ono wrogiem sztuki i literatury, rozumu i piękna, że jest religią, z powodu której lała się krew, ludzie stawali się niewolnikami, a postęp szczęścia i oświecenia rodzaju ludzkiego się opóźniał. Należało tedy postarać się dowieść, iż przeciwnie, ze wszystkich religii, jakie kiedykolwiek istniały, religia chrześcijańska jest najbardziej poetyczna, najbardziej ludzka, najbardziej sprzyjająca wolności, sztukom i literaturze, że świat nowożytny jej wszystko zawdzięcza, od rolnictwa do nauk abstrakcyjnych, od przytułków dla nieszczęśników do świątyń wzniesionych przez Michała Anioła i ozdobionych przez Rafaela. Należało pokazać, że nie ma nic bardziej boskiego niż jej moralność, nic bardziej miłego sercu i uroczystego niż jej dogmaty, doktryna i kult: należało powiedzieć, iż sprzyja ona geniuszowi, oczyszcza smak, rozwija cnotliwe uczucia, nadaje żywotność myśli, użycza szlachetnych form pisarzom, a artystom doskonałych wzorów; że nie jest niczym wstydliwym wierzyć wraz z Newtonem i Bossuetem, Pascalem i Racinem. Na koniec zaś na pomoc religii należało wezwać te wszystkie oczarowania wyobraźni i te wszystkie porywy serca, które wcześniej przeciwko niejpodburzano.
W tym miejscu czytelnik widzi cel naszego dzieła. Inne gatunki apologii wyczerpały się i byłyby pewnie dziś bezużyteczne. Któż czytałby teraz dzieło teologiczne? Kilku pobożnych ludzi, których nie ma potrzeby przekonywać, kilku prawdziwych chrześcijan z dawna już przekonanych. Czy nie grozi nam jednak niebezpieczeństwo rozważania religii w czysto ludzkim świetle? A dlaczegóż to? Czyżby nasza religia obawiała się oświecenia? Jednym z dowodów na jej niebiańskie pochodzenie jest to, iż zdolna jest ścierpieć najsurowsze i najdokładniejsze badanie rozumu. Czyżbyśmy pragnęli, aby czyniono nam wiecznie zarzut ukrywania naszych dogmatów w mrokach świętej nocy, w obawie, że odkryje się ich fałsz? Czyż chrześcijaństwo będzie mniej prawdziwe, kiedy ukaże się jako piękniejsze? Porzućmy małoduszny strach; nie pozwólmy religii zaginąć z nadmiaru gorliwości. Nie żyjemy już w czasach, kiedy wystarczało powiedzieć: wierzcie i nie roztrząsajcie; inni będą roztrząsać za nas, a nasze bojaźliwe milczenie, powiększając tryumf niedowiarków, zmniejszy liczbęwierzących.
Przyszedł czas, aby świat dowiedział się wreszcie, do czego sprowadzają się owe zarzuty niedorzeczności, prostactwa, słabości, które co dzień stawia się chrześcijaństwu. Przyszedł czas, aby pokazać, że chrześcijaństwo, dalekie od tłumienia myśli, cudownie sprzyja wzlotom duszy i może oczarować umysł równie doskonale, co bogowie Wergiliusza i Homera. Racje nasze mają przynajmniej tę wyższość, iż są zrozumiałe dla wszystkich i wystarczy tylko zdrowy rozsądek, aby je osądzić. W dziełach tego rodzaju być może za bardzo lekceważy się przemawianie językiem czytelników: należy być uczonym dla uczonych i poetą dla poetów. Bóg nie zabrania podążać ukwieconą drogą, jeśli prowadzi do Niego, zaś zagubiona owca nie zawsze powraca do owczarni niedostępnymi i stromymiścieżkami.
Odważamy się sądzić, iż chrześcijaństwo rozważane w ten sposób ukazuje się z mało znanej strony: wzniosłe dzięki starożytności swych wspomnień sięgających kolebki świata, niewysłowione w swych misteriach, godne uwielbienia w sakramentach, pasjonujące dzięki swej historii, niebiańskie w moralności, wspaniałe i zachwycające w ceremoniach, domaga się bogactwa obrazów. Chcecie ujrzeć je w poezji? Tasso, Milton, Corneille, Racine, Wolter opisują jego cuda. Szukacie w literaturze, retoryce, historii, filozofii? Spójrzcie, czego dokonali z jego natchnienia Bossuet, Fénelon, Massillon, Bourdaloue, Bacon, Pascal, Euler, Newton, Leibniz! W sztukach pięknych? Ileż arcydzieł! Jeśli patrzycie na nie od strony wiary, jak wiele powiedzą wam stare gotyckie kościoły, zachwycające modlitwy i wspaniałe uroczystości! Rozglądacie się wśród duchowieństwa? Popatrzcie na tych wszystkich ludzi, którzy przekazali wam język i dzieła Rzymu oraz Grecji, na samotników z Tebaidy, opiekunów schronisk dla nieszczęśników, misjonarzy w Chinach, Kanadzie, Paragwaju, nie zapominając o zakonach rycerskich, z których narodziło się rycerstwo! Obyczaje naszych przodków, obraz dawnych dni, poezja, a nawet powieści, tajniki życia domowego – wszystko to wprzęgliśmy do służby naszej sprawie. Szukamy śmiechu nad kołyską i płaczu nad grobem: z maronickimi mnichami mieszkamy na szczytach Karmelu i Libanu, z siostrami miłosierdzia czuwamy u łoża chorego. Tu małżonkowie amerykańscy wołają do nas z głębi pustkowia, ówdzie słyszymy westchnienie dziewicy w ciszy klasztoru17. Homer staje u boku Miltona, Wergiliusz u boku Tassa, widzimy ruiny Memfis i Aten pośród ruin budowli chrześcijańskich, a grobowiec Osjana pośród naszych wiejskich cmentarzy. W opactwie Saint-Denis odwiedzamy prochy królów, kiedy zaś obrany temat zmusza nas do mówienia o dogmacie istnienia Boga, poszukujemy dowodów jedynie pośród cudów natury. W końcu zaś próbujemy przemówić do serca niedowiarka wszelkimi sposobami, wszak nie ośmielamy się chełpić posiadaniem owej cudownej laski, która sprawia, iż ze skały wytryska źródło żywejwody.
Dzieło nasze składa się z czterech części, z których każda podzielona jest na sześć ksiąg. Pierwsza część traktuje o dogmatach i odoktrynie.
Druga i trzecia zawierają poetykę chrześcijaństwa, albo związki tej religii z poezją, literaturą isztuką.
Czwarta traktuje o kulcie, to znaczy o wszystkim, co odnosi się do uroczystości kościelnych i o wszystkim, co dotyczy duchowieństwa świeckiego izakonnego.
Co do reszty, często porównujemy dogmaty i doktrynę innych religii do dogmatów, doktryny i religii ewangelicznej: pragnąc zadowolić wszystkich czytelników, dotykamy od czasu do czasu historycznej i mistycznej strony religii. Teraz, kiedy czytelnik zna ogólny plan dzieła, przystąpmy do rozważania Dogmatówi Doktryny. Zanim zaś przejdziemy do misteriów chrześcijańskich, rozpocznijmy od wyjaśniania natury rzeczytajemnych.
przeł. Anna Loba
Nie ma w życiu nic równie pięknego, lubego i wzniosłego, jak rzeczy tajemne. Najcudowniejszymi uczuciami są te, które wywołują w nas niejasne poruszenie; pełne tajemnic są: wstydliwość, czysta miłość i cnotliwa przyjaźń. Można by pomyśleć, iż miłujące serca rozumieją się w pół słowa i są tylko na wpół otwarte. Niewinność zaś, będąc tylko świętą niewiedzą, czyż nie jest najbardziej niewysłowioną z tajemnic? Dzieciństwo jest szczęśliwe tylko dlatego, że nic nie wie, starość tak godna pożałowania, ponieważ wie wszystko; na szczęście, z chwilą, gdy rozwiązują się tajemnice życia, otwierają się przed nią tajemniceśmierci.
Jeśli tak rzecz się ma z uczuciami, podobnie jest i z cnotami: najbardziej anielskie są te, które, wzorem pochodzącej bezpośrednio od Boga miłości, skrywają się przed ludzkim wzrokiem, tak samo jak ichźródło.
Przechodząc do spraw ducha, sądzimy, iż rozkosze myśli są również tajemnicami. Natura tajemnicy jest tak boska, iż pierwotni mieszkańcy Azji przemawiali tylko za pomocą symboli. Do jakiej wiedzy najchętniej powracamy? Otóż do takiej, która pozostawia zawsze coś nieodgadnionego i przyciąga nasz wzrok ku nieskończonej perspektywie. Jeśli zbłądzimy na pustkowiu, instynkt każe nam omijać równiny, gdzie wszystko widać jak na dłoni; idziemy na poszukiwanie lasów, kolebki religii, owych kniei, których cień, odgłosy i cisza pełne są cudów; owych samotni, gdzie kruki i pszczoły karmiły pierwszych Ojców Kościoła, a owi święci mężowie, zakosztowawszy tylu słodyczy, wołali: „Panie, wystarczy; umrę z rozkoszy, jeśli nie umniejszysz mojej radości!”. Wreszcie, nie kontempluje się nowego pomnika, którego pochodzenie jest znane; kiedy jednak na bezludnej wyspie, pośrodku oceanu, zostanie odkryta rzeźba z brązu, której wyciągnięte ramię wskazuje zachód słońca, a okryty hieroglifami cokół stoczyły morze i czas, jakież to źródło medytacji dla podróżnika! We wszechświecie wszystko jest zakryte, wszystko nieznane. Nie jestże sam człowiek przedziwną tajemnicą? Skąd pochodzi owa błyskawica, którą nazywamy życiem, i w jakiej nocy zgaśnie? Wiekuisty umieścił Narodziny i Śmierć pod postacią dwóch mglistych widm, na dwóch krańcach naszego życia: pierwsze z nich daje początek niepojętej chwili naszego życia, którą drugie śpieszypochłonąć.
Wziąwszy pod uwagę upodobanie człowieka do tajemnic, nie ma nic dziwnego w tym, że religie wszystkich ludów miały swe nieprzeniknione tajemnice. Seleje18 badali w Dodonie zadziwiające głosy gołębi; Indie, Persja, Etiopia, Scytia, Galia, Skandynawia miały swe święte miejsca: groty, góry, dęby, gdzie bramini, magowie, gimnosofiści, druidzi głosili niepojęte wyrocznieNieśmiertelnych.
Niech nas Bóg broni, abyśmy mieli porównywać owe misteria do tajemnic prawdziwej religii, a nieporuszone głębiny Pana, który jest w niebiesiech, do zwodniczego mroku owych bogów, dzieł rąk ludzkich! (por. Mdr 13,10). Pragnęliśmy jedynie zauważyć, iż nie ma religii bez tajemnic; one to w istocie, wraz z ofiarą są podstawą wiary: sam Bóg jest wielką tajemnicą natury; w Egipcie bóstwo było ukryte, a na progu tamtejszych świątyń siedziałsfinks.
przeł. Anna Loba
W tym, co się tyczy misteriów, od razu rzuca się nam w oczy wielka przewaga religii chrześcijańskiej nad religiami starożytności. Misteria tychże nie miały żadnego związku z człowiekiem i dostarczały, co najwyżej, filozofowi tematu do rozmyślań, a poecie – pieśni. Tymczasem nasze misteria zwracają się do nas, gdyż zawierają tajemnice naszej natury. Nie chodzi przeto o nic nie znaczący układ liczb, lecz o zbawienie i szczęście rodzaju ludzkiego. Czy człowiek, który każdego dnia tak bardzo odczuwa swą niewiedzę i słabość, mógłby odrzucić tajemnice Jezusa Chrystusa? A przecież są to tajemnice, które należą donieszczęśliwych!
Trójca Święta – najważniejsza tajemnica chrześcijan – otwiera niezmierzone pole dla studiów filozoficznych czy to w rozważaniach nad atrybutami Boga, czy też w poszukiwaniach śladów tego dogmatu rozpowszechnionego niegdyś na Wschodzie. Odrzucanie tego, czego nie można zrozumieć, to bardzo niegodziwy sposób rozumowania. Począwszy od rzeczy najprostszych, łatwo można by udowodnić, iż nie wiemy nic, a chcemy przeniknąć forteleMądrości!
Trójcę Świętą znali być może Egipcjanie: grecki napis na wielkim obelisku w Circus Maximus w Rzymie głosił:
„Μέγας Θεός, wielki Bóg; Θεογένητος, spłodzony przez Boga; i Παμφεγγής, Świetlisty” (Apollo, Duch).
Heraklides z Pontu i Porfiriusz przytaczają słynną wyrocznię Sarapisa:
Πρῶτα Θεός, μετέπειτα λόγος, καὶ πνεῦμα σὺναὐτοῖς.
…Σύμφυτα δὴ τρία πάντα, καὶ εἰς ἕν ἐόντα.
„Wszystko jest Bogiem u początków; następnie Słowo i Duch: trzej bogowie spłodzeni razem i łączący się wjednym”.
Magowie mieli rodzaj Trójcy pod postacią Metrisa, Oromasisa i Araminisa albo Mitry, Ormuzda iArymana.
Platon zdaje się mówić o tym dogmacie w wielu miejscach swegodzieła.
Niektórzy twierdzą – powiada Dacier – iż [Platon] nie tylko poznał Słowo, odwiecznego Syna Bożego, lecz utrzymują nawet, że poznał Ducha Świętego, i w ten sposób miał niejakie pojęcie o Przenajświętszej Trójcy, gdyż tak pisał do Dionizjosa Młodszego: „W Epinomis i w innym miejscu ustala jako zasady: pierwsze dobro, słowo albo rozum, oraz duszę. Pierwszym dobrem jest Bóg; […] Słowo albo rozum jest synem owego pierwszego dobra, który spłodził go na swoje podobieństwo; dusza, która jest granicą pomiędzy Ojcem a Synem, to Duch Święty”19.
Platon zapożyczył tę doktrynę o Trójcy od Timajosa z Lokri, który zawdzięczał ją Szkole Italskiej20. Marsilio Ficino w jednej ze swych uwag na temat Platona wykazuje, śladem Jamblicha, Porfiriusza, Platona i Maksyma z Tyru, że również pitagorejczycy znali doskonałość Troistości; Pitagoras unaocznił to nawet w takim symbolu:
Προτίμα τὸ σχῆμα, καὶ βῆμα, καὶΤριώϐολον.
Honorato in primis habitum, tribunal etTriobolum.
Trójca znana jest także w Indiach. „Najbardziej znamienną i zadziwiającą rzeczą tego rodzaju, jaką widziałem – mówi ksiądz Calmette – był tekst wyjęty z Lamaastambam, jednej z [hinduskich] ksiąg… Zaczyna się on tak: Pan, dobro, wielki Bóg, w jego ustach jest słowo. (Termin, którego używają, personifikuje je.) Następnie, tak mówi o Duchu Świętym: Ventus, seu Spiritus perfectus, i kończy stworzeniem, przypisując je jednemuBogu”.
Znają Trójcę i w Tybecie. „Oto, czego dowiedziałem się o religii Tybetu – mówi dalej ksiądz Calmette. – Boga nazywają tam Konciosa i zdają się mieć pewne pojęcie o Trójcy; gdyż niekiedy zwą go Koncikockick, Bogiem-jedynym, a niekiedy Koncioksum, Bogiem-trójjedynym. Posługują się rodzajem różańca, na którym powtarzają słowa: om, ha, hum. Zapytani o wyjaśnienie, odpowiadają, że om oznacza rozumienie albo ramię, czyli moc, że ha to słowo, a hum znaczy serce albo miłość, i że wszystkie te trzy wyrazy oznaczająBoga”.
Angielscy misjonarze znaleźli pewne ślady Trójcy pośród religijnych dogmatów mieszkańców wyspyTahiti.
Sądzimy zresztą, iż w samej naturze można dostrzec rodzaj fizycznego dowodu obecności Trójcy Świętej. Jest ona prawzorem wszechświata, albo, innymi słowy, jego boską konstrukcją. Czyż nie byłoby możliwe, aby zewnętrzna i materialna forma miała wspólne cechy z podpierającym ją wewnętrznym i duchowym przęsłem, tak jak to jest w Państwie Platona, który przedstawiał rzeczy cielesne jako cienie myśli Boga? Liczba „trzy” wydaje się być w przyrodzie pojęciem doskonałym. „Trzy” nie jest liczbą stworzoną isamo tworzy wszystkie inne ułamki, z tego też powodu Pitagoras nazwał je liczbą bez matki21.
Pewną mglistą tradycję Trójcy można odkryć już w baśniach politeizmu. Gracje obrały ją sobie za znak; istniała w Tartarze, łącząc życie i śmierć człowieka oraz zemstę niebios; wreszcie trzej bogowie-bracia tworzyli razem całą potęgęwszechświata.
Filozofowie wyróżniali w człowieku moralnym niejako trzy części, Ojcowie Kościoła zaś sądzili, iż odnajdują obraz duchowej Trójcy w duszyczłowieka.
Skoro nakażemy milczenie naszym zmysłom – powiada Bossuet – i skryjemy się na niewielką chwilę w głębinach naszej duszy, to znaczy w tej części, gdzie można usłyszeć prawdę, ujrzymy tam obraz Trójcy, którą czcimy. Myśl rodząca się w nas jako zalążek naszego rozumu, jako dziecię naszego umysłu, dąje nam niejakie pojęcie o Synu Bożym odwiecznie poczętym w umyśle Ojca Niebieskiego. Dlatego też ów Syn Boga przybiera imię Słowa, abyśmy pojęli, iż rodzi się w łonie Ojca nie tak, jak rodzą się ciała, lecz tak, jak rodzi się w naszej duszy owo wewnętrzne słowo, które przeczuwamy, kiedy kontemplujemyprawdę.
Jednakże płodność naszego umysłu nie kończy się na owym wewnętrznym słowie, na owej myśli rozumnej, na obrazie prawdy, który się w nas kształtuje. Kochamy i to słowo wewnętrzne, i umysł, w którym się rodzi; kochając zaś czujemy w sobie coś, co jest nam nie mniej drogie niż nasz umysł i nasza myśl, co jest owocem ich obu, co się z nimi łączy i tworzy z nimi jednożycie.
Tak tedy, o ile jest możliwe odkryć związek między Bogiem a człowiekiem; tak tedy, powiadam, rodzi się w Bogu wieczna miłość wychodząca od Ojca, który myśli, i od Syna, który jest Jego myślą, aby stworzyć z Nim i Jego myślą tę samą naturę, jednakowo szczęśliwą i doskonałą22.
Starożytni czynili wielki użytek z liczb rozważanych metafizycznie i nie należy pochopnie twierdzić, że Pitagoras, Platon i kapłani egipscy, od których pochodziła owa wiedza, byli szaleńcami albogłupcami.
Oto bardzo piękny komentarz na temat jednego tylko zdania z Księgi Rodzaju: „Uczyńmy człowieka” (1,26).
Tertulian w swoim Apologetyku tak się wypowiada w materii wielkiej tajemnicy naszejreligii:
Bóg stworzył ten wszechświat słowem, rozumem i potęgą. Także u waszych mędrców uchodzi za rzecz pewną, że logos, tj. słowo i myśl, zdaje się być twórcą wszechświata. […] My zaś słowo, rozum i potęgę, przez które, jak wyżej powiedzieliśmy, Bóg stworzył wszystko, przypisujemy jako szczególną właściwość duchowi, który i słowo posiada, kiedy mówi, i rozumem się posługuje, kiedy wydaje rozkazy, i na potędze się opiera, kiedy działa. Uczyliśmy się, że pochodzi od Boga i przez pochodzenie jest zrodzony, i dlatego synem Boga i Bogiem nazwany z jedności natury. […] I kiedy promień od słońca odpada, to jest częścią całości; ale słońce będzie w promieniu, ponieważ jest promieniem słońca, i natura nie jest przy tym dzielona, ale rozciągnięta jak światło zapalone od światła. […] W ten sposób to, co z Boga wyszło, jest Bogiem i synem Boga i jednym obaj. W ten sposób duch z ducha i Bóg z Boga, drugi tylko z porządku utworzył liczbę przez stopień, a nie przez swoją istotę, a z macierzystej materii nie oderwał się, lecz wyszedł. Ten promień Boga, jak przedtem zawsze przepowiadano, zstąpił do dziewicy i w jej łonie uformowany jako ciało rodzi się jako człowiek złączony z Bogiem. Ciało obdarzone duszą przyjmuje pokarm, rośnie, mówi, naucza, działa – jest Chrystusem23.
To objaśnienie Trójcy Świętej mogą zrozumieć najprostsze umysły. Należy wspomnieć, iż Tertulian mówił do ludzi, którzy prześladowali Jezusa Chrystusa i którzy niczego bardziej nie pragnęli niż znaleźć sposób zaatakowania doktryny, a nawet jej obrońców. Nie posuniemy dalej tych dowodów, pozostawiając je tym, którzy studiowali Sektę Italską i wyższą teologięchrześcijańską.
Co do obrazów, które naszym słabym zmysłom przedstawiają największe z misteriów, z trudem pojmujemy, dlaczego w poezji czymś śmiesznym miałby być straszliwy trójkąt z ognia wypisany na obłoku. Czyżby Bóg Ojciec, pod postacią starca, majestatycznego przodka czasu, lub przedstawiony jako rozlewająca się światłość, był tedy obrazem tak podrzędnym wobec obrazów mitologii? Czyż nie jest rzeczą cudowną ujrzeć Ducha Świętego, wzniosłego ducha Jahwe, ukazanego za pomocą symbolu łagodności, miłości i niewinności? Czy Bóg czuje się utrudzony potrzebą siania swojego słowa? Duch nie jest już ową Gołębicą, która okrywała ludzi skrzydłami pokoju; to Słowo widzialne, to język ognia, który mówi wszystkimi dialektami ziemi i którego wymowa podnosi albo przewracacesarstwa.
Chcąc przedstawić Syna Bożego, wystarczy, abyśmy użyli słów tego, który oglądał Jego chwałę. Zasiadał na tronie – mówi Apostoł – a oblicze jego jak słońce świecące w swej mocy i nogi jego podobne do mosiądzu rozpalonego; a oczy jego jako płomień ognia. Z ust jego wychodził miecz z obu stron ostry; miał w swej prawej ręce siedem gwiazd; w lewej ręce księgę zapieczętowaną siedmioma pieczęciami. A głos jego jak głos wielu wód. I siedem lamp gorzało przed tronem – to siedem duchów Bożych; i z tronu wychodziły błyskawice, i głosy, i gromy24.
przeł. Anna Loba
Tak jak Trójca Święta zamyka w sobie tajemnice metafizyczne, tajemnica Odkupienia mieści w sobie całą niezwykłość człowieka oraz historię jego celów i pragnień. Jeśli zatrzymamy się nieco przy tych wzniosłych rozmyślaniach, z jakimże zdumieniem ujrzymy, jak wyłaniają się owe dwie tajemnice, które skrywają w swym cieniu pierwotne zamiary Boże i porządek wszechświata! Trójca Święta swą chwałą zawstydza naszą małość, przytłacza nasze zmysły i uniżamy się przed nią z pokorą. Jednakże roztkliwiające Odkupienie, napełniając łzami nasze oczy, ratuje je przed zbytnim oślepieniem i pozwala zatrzymać je bodaj przez chwilę nakrzyżu.
Widzimy najpierw, jak z tajemnicy tej wynika doktryna grzechu pierworodnego, która objaśnia człowieka. Nie przyjmując owej prawdy, znanej w tradycji wszystkich ludów, pozostaniemy spowici nieprzeniknioną nocą. Nie uznając pierwotnej zmazy, jakże wytłumaczyć występne skłonności naszej natury, podważane przez głosy wieszczące, iż zostaliśmy stworzeni dla cnoty? Zdolność człowieka do cierpienia, jego pot użyźniający rolę, łzy, strapienia, nieszczęścia sprawiedliwego, bezkarny tryumf i pomyślność niegodziwca, jakże, powiadam, wszystko to można wyjaśnić bez pierwszego upadku? Nie znając owego poniżenia, filozofowie starożytni popadali w dziwaczne błędy i stworzyli dogmat o anamnezie. Aby przekonać się o nieszczęsnej prawdzie, z której rodzi się tajemnica naszego odkupienia, nie potrzeba nam innych dowodów aniżeli rzucone na Ewę przekleństwo, spełniające się każdego dnia na naszych oczach. Ileż wielkich spraw zawiera się w bólach rodzenia, a zarazem w szczęściu macierzyństwa! Jakże tajemniczą zapowiedź człowieka i jego podwójnego przeznaczenia stanowi boleść, a zarazem radość rodzącej kobiety! Nie sposób pomylić się co do dróg Najwyższego, dostrzegając dwa wielkie cele człowieka w cierpieniu jego matki, i nawet w tym przekleństwie należy rozpoznaćBoga.
Ostatecznie, każdego dnia widzimy synów karanych za winy ojców i następstwa zbrodni niegodziwca uderzające w sprawiedliwego potomka: potwierdza to w sposób nawet zbyt oczywisty doktrynę grzechu pierworodnego. Jednakże Bóg dobroci i wyrozumiałości, wiedząc, iż zginiemy z powodu tego upadku, przyszedł, aby nas ocalić. My wszyscy, którzyśmy słabi i winni, nie pytajmy naszego umysłu, lecz serca, o to, jak Bóg może umrzeć. Jeśli ów doskonały przykład dobrego syna, ów wzór wiernego przyjaciela, jeśli samotność na Górze Oliwnej, ów gorzki kielich, krwawy pot, owa słodycz duszy, szlachetność umysłu, ów krzyż, owa rozdarta zasłona, owe pęknięte skały, ciemności okrywające ziemię, jeśli wreszcie ów Bóg umierający dla ludzi nie zdoła ani zachwycić naszego serca, ani rozpłomienić naszych myśli, można się obawiać, iż w naszych dziełach ani w dziełach Poety, nie znajdą się nigdy speciosa miracula, „osobliwe dziwy”25. Ktoś może powie: „Obrazy nie są argumentami; żyjemy w wieku oświecenia, który nie przyjmuje nic bezdowodów”.
Czy zaiste żyjemy w wieku oświecenia, w to niektórzy zwątpili; nie będziemy wszak wcale zdziwieni, jeśli uczynią nam powyższy zarzut. Kiedy zamierzano przytoczyć poważne dowody przeciw chrześcijaństwu, odezwał się Orygenes, Clarke i Bossuet. Pod naciskiem owych groźnych przeciwników próbowano uniku, zarzucając chrześcijaństwu wdawanie się w te same dysputy metafizyczne, do których chciano nas wciągnąć. Powiadano, wzorem Ariusza, Celsusa i Porfiriusza, że nasza religia jest utkana z rojeń, które nie przemawiają ani do wyobraźni, ani do serca, i w które wierzą tylko szaleńcy i głupcy26. Jeśli pojawi się ktoś, kto, odpowiadając na te ostatnie zarzuty, stara się wykazać, że kult ewangeliczny jest religią poety, czułej duszy, nie zawahają się wykrzyknąć: Ech, czegóż to dowodzi, jeśli nie tego tylko, że potraficie lepiej czy gorzej namalować obraz? Tak tedy, kiedy pragniecie opowiadać i wzruszać, żądają od was pewnikówi wniosków. Kiedy zaś zamierzacie rezonować, potrzebują już tylko uczući obrazów. Trudno jest dosięgnąć wrogów równie zmiennych, którzy nigdy nie pozostają na miejscu, skąd wam rzucają wezwanie. Poważymy się na kilka słów o Odkupieniu, aby ukazać, iż teologia chrześcijańska nie jest tak niedorzeczną, jak się niekiedymyśli.
Powszechna tradycja uczy nas, iż człowiek został stworzony w stanie większej doskonałości niż stan, w którym żyje dzisiaj, i że nastąpił upadek. Tradycja ta wspiera się na opinii filozofów wszystkich czasów i wszystkich krajów: nie potrafili oni przedstawić sobie człowieka moralnego, nie zakładając pierwotnego stanu doskonałości, z którego natura ludzka stoczyła się następnie z własnejwiny.
Jeśli człowiek został stworzony, stało się to dla jakiegoś celu: otóż, ponieważ sam był stworzeniem doskonałym, również jego cel musiał byćdoskonały.
Czy jednak ostateczny cel człowieka został wypaczony na skutek jego upadku? Nie, gdyż człowiek nie został stworzony na nowo; nie, gdyż rasa ludzka nie została unicestwiona, aby ustąpić miejsca innejrasie.
Tedy człowiekowi, który stał się śmiertelny i niedoskonały za przyczyną swego nieposłuszeństwa, pozostał cel nieśmiertelny i doskonały. Jakże osiągnie swój cel, będąc w stanie teraźniejszej niedoskonałości? Nie może już tego dokonać własnymi siłami, z tej samej przyczyny, z jakiej człowiek chory nie może wznieść się na wyżyny myśli, których dosięga człowiek zdrowy. Istnieje tedy brak równowagi pomiędzy siłą a ciężarem do udźwignięcia: już tutaj widzimy konieczność pomocy alboodkupienia.
Rozumowanie to, powiedzą niektórzy, byłoby słuszne względem pierwszego człowieka; my jednak jesteśmy zdolni do osiągnięcia celu. Jakże niesprawiedliwe i niedorzeczne jest przekonanie, iż wszyscy zostaliśmy ukarani za winę naszego pierwszegoojca!
Nie wdając się dywagacje, czy Bóg ma rację czy nie, czyniąc nas współodpowiedzialnymi, dziś wiemy tylko – i ta wiedza musi nam wystarczyć – iż prawo to istnieje. Widzimy, że wszędzie niewinny syn ponosi karę za winy ojca; prawo to zaś tak bardzo jest związane z zasadą rzeczy, iż odnajdujemy je nawet w fizycznym porządku wszechświata. Kiedy dziecko przychodzi na świat skażone rozpustą swego ojca, dlaczego nie oskarża się natury? Cóż w końcu takiego uczyniła ta niewinna istota, by ponosić karę za występki bliźniego? Otóż choroby duszy odradzają się tak, jak choroby ciała i człowiek zostaje ukarany w ostatnim pokoleniu za winę, którą spowodował pierwszy zaczynzbrodni.
Upadku dowodzi tedy powszechna tradycja, przekazywanie lub rodzenie zła moralnego i fizycznego; z drugiej strony, ponieważ cel człowieka pozostał tak samo doskonały, jak przed nieposłuszeństwem, jakkolwiek sam człowiek stał się zwyrodniały, wynika z tego, że odkupienie albo jakikolwiek inny sposób uczynienia człowieka zdolnym do osiągnięcia celu jest naturalną konsekwencją stanu, do jakiego stoczyła się naturaludzka.
Raz uznawszy konieczność odkupienia, poszukajmy porządku, w którym moglibyśmy je odnaleźć. Porządek ów możemy rozważać w człowieku lub ponadczłowiekiem.
Rozważmy go wpierw w człowieku. Aby dopuścić możliwość odkupienia, należy wyznaczyć cenę proporcjonalną do rzeczy podlegającej wykupowi. Otóż jakże to niedoskonały i śmiertelny człowiek mógłby ofiarować samego siebie, aby odzyskać doskonały i nieśmiertelny cel? Jakże człowiek, uczestnik pierwszej winy, miałby wystarczyć, tak względem tej części grzechu, która jego dotyczy, jak i tej, która odnosi się do rodzaju ludzkiego? Czy podobne poświęcenie nie wymagałoby miłości i cnoty wykraczających ponad naturę? Wydaje się, iż z woli nieba musiały upłynąć cztery tysiące lat od upadku do podźwignięcia się, aby ludzie mieli czas sami osądzić, jak bardzo niewystarczające były ich spaczone cnoty dla spełnienia podobnej ofiary. Pozostaje tedy jedynie drugie przypuszczenie: to znaczy, że odkupienie musiało pochodzić od bytu stojącego ponad człowiekiem. Przyjrzyjmy się, czy mogło przyjść od istot znajdujących się pomiędzy nim aBogiem.
Pięknym pomysłem Miltona jest przypuszczenie, iż po grzechu Odwieczny zwrócił się do przerażonych niebios, zapytując, czy jest jakaś potęga, która zechce poświęcić się dla zbawienia człowieka. Boskie hierarchie pozostały nieme i spośród tylu Serafinów, Tronów, Potęg, Panowań, Aniołów i Archaniołów żaden nie był zdolny złożyć siebie w ofierze. Ta myśl poety jest nieodparcie prawdziwa w teologii. W istocie, kiedyż to aniołowie mieliby powziąć do człowieka ową bezmierną miłość, jaką zakłada misterium krzyża? Co więcej, nawet najbardziej szlachetna z potęg stworzonych nie miałaby dosyć siły, aby to wypełnić. Żaden byt anielski nie mógł, z powodu słabości swej istoty, podjąć się owych cierpień, które, według Massillona, w osobie Jezusa Chrystusa zjednoczyły wszystkie trwogi cielesne, jakie mogła zakładać kara za wszystkie grzechy popełnione od początku istnienia człowieka, i wszystkie udręki moralne, wszystkie wyrzuty sumienia, jakich musieli doznawać grzesznicy dopuszczający się zbrodni. Jeśli sam Syn Człowieczy uważał swój kielich za gorzki, jakże anioł mógłby go podnieść do ust? Nie zdołałby nigdy wypić goryczyi ofiara nie zostałabyspełniona.
Naszym zbawicielem mogła tedy zostać tylko jedna z trzech Osób istniejących odwiecznie: otóż jednak widzimy, iż spośród tych trzech Boskich Osób Syn, z samej swej natury, był jedynym, który mógł nas odkupić. On sam: miłość zespalająca części wszechświata, środek łączący skrajności, ożywiająca zasada natury, jako jedyny mógł pojednać Boga z człowiekiem. Przyszedł ów nowy Adam, człowiek wedle ciała przez Maryję, człowiek wedle moralności przez swą Ewangelię, człowiek wedle Boga przez swą istotę. Narodził się z Dziewicy, aby nie uczestniczyć w grzechu pierworodnym, i aby stać się ofiarą bez skazy; ujrzał światło dnia w stajence, na najniższym szczeblu człowieczeństwa, gdyż upadliśmy z powodu pychy: tutaj zaczyna się głębia tajemnicy, człowieka przejmuje lęk i zasłonaopada.
Tedy cel, który mogliśmy osiągnąć przed nieposłuszeństwem, zostaje nam ukazany na nowo, lecz szlak wiodący ku niemu nie jest już taki sam. Niewinny Adam dotarłby do niego cudownymi drogami; grzeszny Adam może się tam dostać tylko, pokonując przepaści. Natura zmieniła się od czasu upadku naszego pierwszego rodzica, a celem odkupienia nie było nowe stworzenie, lecz ostateczne ocalenie pierwotnego. Wszystko tedy zostało wypaczone wraz z człowiekiem; ten zaś król wszechświata, który pierwej zrodzony jako nieśmiertelny, miał wznieść się, nie zmieniając istnienia, ku szczęściu niebieskich mocy, teraz nie może cieszyć się obecnością Boga, nie przeszedłszy przez pustynię grobu, jak mówi święty Jan Chryzostom. Dusza jego została ocalona od ostatecznego zniszczenia przez odkupienie; lecz ciało, dołączając do naturalnej kruchości materii akcydentalną słabość grzechu, poddaje się całej surowości pierwotnego wyroku: upada, rozpływa się, rozkłada. Bóg po upadku naszych pierwszych rodziców, uległszy prośbie swego Syna i nie chcąc zniszczyć całego człowieka, stworzył śmierć jako pół-niebyt, aby grzesznik uczuł grozę owego całkowitego niebytu, na który byłby skazany, gdyby nie cud niebiańskiejmiłości.
Ośmielamy się sądzić, iż jeśli w metafizyce jest cokolwiek jasnego, to jest nim owo rozumowanie. Nie masz tu słów poddanych torturze, żadnych podziałów i rozbiorów, niejasnych albo barbarzyńskich terminów. Chrześcijaństwo nie składa się z owych rzeczy, które usiłują nam wmówić szyderstwa niedowiarków. Ewangelia została ogłoszona ubogim duchem i wysłuchana przez ubogich duchem; to najbardziej zrozumiała księga, jaka istnieje. Siedzibą jej doktryny jest nie głowa, lecz serce; nie uczy ona, jak wieść dysputy, lecz jak dobrze żyć. Nie jest wszak pozbawiona tajemnic. Tym, co w Piśmie Świętym jest naprawdę niewysłowione, jest owo przemieszanie najgłębszych tajemnic i najskrajniejszej prostoty: właściwości, z których rodzi się wzruszenie i wzniosłość. Nie należy tedy się dziwić, iż dzieło Jezusa Chrystusa przemawia tak wymownie; prawdy naszej religii są takie, że pomimo ubóstwa aparatu naukowego uznanie jednego tylko punktu zmusza do przyjęcia wszystkich innych. Więcej jeszcze: jeśli macie nadzieję, iż wymkniecie się, negując zasadę, taką jak, na przykład, grzech pierworodny, wkrótce, pchani od wniosku do wniosku, będziecie zmuszeni zagubić się w ateizmie; z chwilą zaś, gdy uznacie jedynego Boga, religia chrześcijańska – jak zauważyli już Clarke i Pascal – zjawia się, wbrew waszej woli, z wszystkimi swymi prawdami. Oto, co wydaje się nam jednym z najmocniejszych dowodów na rzeczchrześcijaństwa.
Zresztą, nie należy dziwić się, iż Ten, który sprawia, iż miliony ciał niebieskich krążą ponad naszymi głowami, nie wchodząc sobie w drogę, taką harmonią obdarzył zasady ustanowionej przez siebie religii; nie należy się dziwić, iż piękno i wielkość swoich tajemnic obraca w kręgu nieuchronnej logiki, tak jak kieruje biegiem gwiazd, aby sprowadzić dla nas kwiaty albo gromy kolejnych pór roku. Z trudnością pojmujemy nienawiść świata względem chrześcijaństwa. Jeśli prawdą jest, jak sądzili wszyscy filozofowie, że religia jest ludziom koniecznie potrzebna, jakimże to kultem pragnie się zastąpić religię naszych ojców? Długo będziemy pamiętać owe dni, kiedy krwawi mężowie wznosili cnotom ołtarze na ruinach chrześcijaństwa. Jedną ręką stawiali szafoty; drugą, na fasadach naszych świątyń, zostawiali Bogu wieczność, a człowiekowi śmierć. Świątynie zaś, gdzie niegdyś mieszkał Bóg, którego zna cały świat, ozdobione obrazami Najświętszej Panny, które pocieszały tylu nieszczęśników, te same świątynie zostały poświęcone Prawdzie, której żaden człowiek nie zna, i Rozumowi, który nigdy nie osuszył żadnejłzy!
przeł. Anna Loba
Wcielenie ukazuje nam Władcę niebios w stajence, Tego, który ciska pioruny, owiniętego w powijaki, Tego, którego wszechświat cały pomieścić nie może, ukrytego w łonie kobiety. Starożytność umiałaby wykorzystać ów cud. Jakież obrazy pozostawiliby nam Homer i Wergiliusz, opisując narodziny Boga w żłobie, pasterzy śpieszących do kołyski, mędrców ze Wschodu prowadzonych przez gwiazdę, aniołów zstępujących na pustynię, dziewiczą Matkę wielbiącą swego nowo narodzonego Syna i całe to połączenie niewinności, uniesienia iwielkości!
Pominąwszy to, co w naszych misteriach proste i święte, można pod ich osłoną odnaleźć najbardziej zachwycające prawdy natury. Owe tajemnice niebios, nie mówiąc o ich stronie mistycznej, są być może pierwowzorem moralnych i fizycznych praw świata: byłoby to bardzo godne chwały Bożej i można by wówczas odgadnąć, dlaczego spodobało się Mu objawić w owych misteriach, przedłożywszy je nad wszystkie inne, jakie mógł był wybrać. Jezus Chrystus (czyli świat moralny), począwszy się w łonie Dziewicy Maryi, ukazywałby nam cud stworzenia materii i przedstawiał wszechświat kształtujący się w łonie niebiańskiej miłości. Alegorie i figury owego misterium zostałyby następnie wyryte na każdej otaczającej nas rzeczy. Bowiem wszędzie siła rodzi się z łaski: rzeka wypływa ze źródła, lew jest pierwej karmiony mlekiem podobnym do tego, jakie ssie jagnię; zaś, co do ludzi, Wszechmocny obiecał chwałę niebieską tym, którzy praktykują najpokorniejszecnoty.
Ci, co w przeczystej Królowej Aniołów ujrzą tylko bezwstydne misteria, zaprawdę godni są pożałowania. A przecież można by powiedzieć rzeczy prawdziwie wzruszające o tej śmiertelnej kobiecie, która stała się nieśmiertelną matką Boga Odkupiciela, o owej Maryi, będącej zarazem dziewicą i matką, uosabiając dwa najbardziej boskie stany kobiety, o tej córce starożytnego Jakuba, przychodzącej z pomocą ludzkiej biedzie i poświęcającej swego Syna, aby zbawić ród swych ojców. Owa czuła pośredniczka, stojąc pomiędzy nami a Przedwiecznym, z właściwą dla swojej płci dobrocią otwiera dla naszych smutnych wyznań serce przepełnione litością i uśmierza gniew Boga: oto zachwycający dogmat, który łagodzi lęk przed Bogiem, wprowadzając piękno między naszą nicość a Boskimajestat!
Pieśni Kościoła malują nam błogosławioną Dziewicę Maryję siedzącą na tronie niewinności, lśniącym bardziej niźli śnieg; jaśnieje na owym tronie jako Róża Duchowna, Rosa mystica, albo Gwiazda Zaranna, Stella matutina, zwiastująca słońce łaski; służą jej najpiękniejsi aniołowie, harfy i głosy niebiańskie otaczają ją chórem; w owej córce człowieczej rozpoznajemy Ucieczkę grzesznych, Refugium peccatorum, Pocieszycielkę strapionych Consolatrix afflictorum, ona nie zna świętego gniewu Pana: jest samą dobrocią, samym współczuciem, samąwyrozumiałością.
Maryja jest uosobieniem niewinności, słabości i nieszczęścia. Tłum jej czcicieli w naszych kościołach to ubodzy marynarze, których ocaliła z morskich katastrof, starzy inwalidzi, których wyrwała śmierci w bitwach z wrogami Francji, młode kobiety, których boleści ukoiła; one zaś przynoszą przed Jej obraz swe niemowlęta, a serce nowo narodzonego, nie ogarniające jeszcze Boga na niebiosach, już pojmuje tę najcudowniejszą Matkę, która trzyma Dziecię w swychramionach.
przeł. Anna Loba
Tajemnice przytłaczają umysł swoją wielkością, jednak rozmyślając nad sakramentami Kościoła, odczuwamy inny rodzaj zdziwienia, być może niemniej głębokiego. Poznanie człowieka jako istoty społecznej i moralnej stanowi podwalinę owychinstytucji.
Chrzest, pierwszy z sakramentów, których religia udziela człowiekowi, zgodnie ze słowami Apostoła, przyobleka go w Jezusa Chrystusa (por. Ga 3,27). Sakrament ów przypomina nam o stanie zepsucia, w jakim się urodziliśmy, o boleściwym łonie matki, które nas nosiło, o niepowodzeniach, jakie czekają nas na tym świecie; mówi nam, że nasze winy spadną na naszych synów, a wszyscy jesteśmy współodpowiedzialni: oto wspaniała nauka, która sama jedna, dobrze przemyślana, potrafiłaby sprawić, że między ludźmi zapanowałabycnota.
Spójrzcie na neofitę stojącego pośród fal Jordanu: pustelnik leje oczyszczającą wodę na jego głowę; rzeka patriarchów, wielbłądy na jej brzegach, świątynia jerozolimska, cedry Libanu zdają się zadumane. Albo raczej, popatrzcie na to małe dziecko u świętego zdroju: otacza je przejęta radością rodzina; w jego imieniu wyrzeka się grzechu, nadaje mu imię swego przodka, którego czyni nieśmiertelnym dzięki miłości odradzającej się z pokolenia na pokolenie. Już ojciec pośpiesza odebrać swego syna, aby oddać go niecierpliwej małżonce, która, skryta za zasłonami łoża, liczy wszystkie uderzenia chrzcielnego dzwonu. Stają u matczynego posłania: łzy rozczulenia i wiary płyną ze wszystkich oczu; powtarzają z ust do ust nowe imię dziecka, starodawne imię przodka; zaś wspomnienia przeszłości, splątane z radościami teraźniejszości, pozwalają każdemu rozpoznać w nowonarodzonym dziecku owego starca, którego pamięć została ożywiona. Takie oto obrazy ukazuje sakrament Chrztu. A przecież religia, zawsze moralna i poważna, nawet wówczas, kiedy zda się bardziej radosna, pokazuje nam również królewskiego syna w purpurze wyrzekającego się spraw szatana przy tej samej chrzcielnicy, przy której dziecię nędzarza w łachmanach wyrzeka się przepychu, na który wszak nie będzie wcaleskazane.
Znajdujemy u świętego Ambrożego niezwykły opis sposobu, w jaki udzielano sakramentu Chrztu w pierwszych wiekach Kościoła27. Dniem wybieranym na ową uroczystość była Wielka Sobota. Rozpoczynano ją, dotykając nozdrzy i otwierając uszy katechumena przez wypowiedzenie słów: effatha, „otwórz się”. Następnie polecano mu wejść do świętego przybytku. W obecności diakona, kapłana i biskupa katechumen odrzekał się wszelkich spraw ducha złego. Zwracał się ku zachodowi, obrazującemu ciemność, aby wyrzec się świata, następnie ku wschodowi, symbolowi światła, aby zaznaczyć swą łączność z Jezusem Chrystusem. Biskup błogosławił wówczas zbiornik, którego wody, według świętego Ambrożego, oznaczają tajemnice Pisma Świętego: stworzenie, potop, przejście przez Morze Czerwone, słup obłoku, wody w Mara, Naamana czy uzdrowienie paralityka. Kiedy wody zostały uświęcone znakiem krzyża, zanurzano w nich katechumena trzykrotnie, ku czci Trójcy Świętej – pouczając go, iż trzy rzeczy dają świadectwo w chrzcie: woda, krew iDuch.
U wyjścia z przybytku biskup namaszczał głowę odnowionego człowieka, aby uświęcić go w rodzie wybranym i ludzie kapłańskim Pana naszego. Następnie umywano mu nogi, odziewano go w białe szaty na znak niewinności, po czym w sakramencie bierzmowania otrzymywał ducha bojaźni Bożej, ducha mądrości i rozumu, ducha rady i męstwa, ducha umiejętności i pobożności. Biskup wypowiadał głośno słowa Apostoła: „Bóg Ojciec wycisnął na tobie swoją pieczęć, Pan nasz, Jezus Chrystus utwierdził cię i dał zadatek Ducha Świętego w twoim sercu” (2 Kor 1,22)28.
Nowy chrześcijanin postępował wówczas ku ołtarzowi, aby przyjąć Chleb anielski, wypowiadając te słowa: „Przyjdę do ołtarza Bożego, do Boga, który uwesela młodość moją” (Ps 42,4). Na widok ołtarza przystrojonego złotymi naczyniami, pochodniami, kwiatami, jedwabnymi tkaninami, neofita wołał za Prorokiem: „Nagotowałeś przed oczyma mymi stół; Pan mną rządzi, i na niczym mi schodzić nie będzie. Na miejscu paszy tam mnie postawił” (Ps 22,1). Uroczystość kończyła się ofiarą Mszy świętej. Musiało to być święto bardzo dostojne, skoro podobni Ambrożemu przyznawali niewinnemu biedakowi miejsce, jakiego odmawiali grzesznemucesarzowi.
Jeśli w tym pierwszym akcie chrześcijańskiego życia zabraknie boskiego połączenia teologii i moralności, tajemnicy i prostoty, nigdy w religii nie będzie niczegoboskiego.
Chrzest jednakże, rozważany w sferze wyższej i jako figura tajemnicy naszego odkupienia, jest zanurzeniem, które przywraca duszy jej pierwotną energię. Nie można bez żalu wspominać piękna dawnych dni, kiedy lasy nie były dość ciche, a groty dość głębokie dla wiernych, którzy tam przybywali, aby rozważać tajemnice wiary. Owych pierwszych chrześcijan, świadków odnowy świata, zajmowały myśli zgoła różne od tych, jakie dziś przyginają ku ziemi nas, chrześcijan postarzałych w świecie, nie zaś w wierze. W owym czasie mądrość przebywała na skałach, w jamach lwów, a królowie szli po radę do pustelników. O dni zbyt wcześnie minione! Nie masz już na pustyni świętego Jana, a szczęśliwy katechumen
