Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 946 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Geniusz - A. Scott Berg

Max Perkins to człowiek, dzięki któremu narodziły się prawdziwe gwiazdy literatury: F. Scott Fitzgerald, Ernest Hemingway i Thomas Wolfe. Sam pozostawał w cieniu swoich słynnych podopiecznych, służąc im jako redaktor, krytyk, doradca, kredytodawca, psychoanalityk, wreszcie przyjaciel. Niezwykle bliskie relacje, które łączyły Perkinsa z najsłynniejszymi pisarzami, sprawiają, że jego biografię czyta się niczym fascynującą powieść.Zdobywca Pulitzera Andrew Scott Berg stworzył barwny i pełny ciekawych anegdot portret złotego wieku amerykańskiej literatury i jego największych bohaterów.

 

 

Opinie o ebooku Geniusz - A. Scott Berg

Fragment ebooka Geniusz - A. Scott Berg

Część pierwsza

Rozdział pierwszy

Autentyk

Kilka minut po szóstej, w deszczowy marcowy wieczór 1946 roku, szczupły, siwy mężczyzna siedział w ulubionym barze w „Ritzu”, kończąc ostatnią z kilku wypitych już martini. Uznawszy, że wystarczająco się wzmocnił, żeby stawić czoło czekającemu go wyzwaniu, zapłacił rachunek, wstał, włożył płaszcz i kapelusz. Opuszczał bar, trzymając wypchaną po brzegi teczkę w jednej ręce, a parasol w drugiej, i wyszedł w rzęsisty deszcz padający nad Środkowym Manhattanem. Ruszył na zachód, w stronę niewielkiej sali przy Czterdziestej Trzeciej Ulicy, kilka przecznic dalej.

Czekało na niego czterdzieścioro młodych ludzi, słuchaczy studiów zaocznych z edytorstwa, prowadzonych na prośbę Uniwersytetu Nowojorskiego przez redaktora naczelnego wydawnictwa Doubleday & Company, Kennetha D. McCormicka. Wszyscy oni marzyli, żeby zaczepić się w wydawnictwie, i uczęszczali na cotygodniowe seminaria w nadziei, że to zwiększy ich szanse na rynku. Zwykle kilku spóźnialskich przychodziło po czasie, ale tego dnia wszyscy już czekali na rozpoczęcie zajęć, siedząc w rzędach po sześciu. McCormick znał powód tak licznej obecności. Wykład tego wieczoru miał dotyczyć redagowania książek, a jemu udało się przekonać najbardziej szanowanego i najbardziej wpływowego redaktora w Stanach Zjednoczonych do „wygłoszenia kilku słów na ten temat”.

Maxwell Evarts Perkins nie był znany szerokiej publiczności, ale ludzie należący do światka wydawniczego uważali go za osobistość, kogoś w rodzaju bohatera. Bo był to redaktor wybitny. Jako młody człowiek odkrył wielkie nowe talenty, takie jak Francis Scott Fitzgerald, Ernest Hemingway i Thomas Wolfe. Naraził dla nich karierę, przeciwstawiając się uznanym gustom starszego pokolenia, i przyczynił się do zrewolucjonizowania literatury amerykańskiej. Na trzydzieści sześć lat związał się z jednym wydawnictwem — Charles Scribner’s Sons — i w tym okresie żaden redaktor w innym domu wydawniczym nawet nie zbliżył się do osiągniętego przez niego rekordu, jeśli chodzi o wynajdowanie utalentowanych pisarzy i doprowadzanie do publikacji ich książek. Kilkoro studentów McCormicka wyznało mu, że to właśnie błyskotliwy przykład Perkinsa przyciągnął ich do branży wydawniczej.

McCormick uciszył studentów, uderzając otwartą dłonią w blat stojącego przed nim składanego stolika, i rozpoczął wykład od opisania pracy redaktora. Stwierdził, że nie jest to — jak uważano w przeszłości — osoba skupiająca się przede wszystkim na poprawianiu w tekście ortografii i interpunkcji. Jego zdaniem redaktor powinien wiedzieć, co wydawać, jak to robić i w jaki sposób zyskać jak najszersze grono czytelników. We wszystkim tym — powiedział McCormick — Max Perkins nie ma sobie równych. Jego osąd literacki cechują oryginalność i niezwykła przenikliwość, znany jest też z umiejętności inspirowania autorów do tworzenia najlepszej literatury, jaką potrafią. Jest bardziej ich przyjacielem niż wymagającym przełożonym i służy im wszelką pomocą. Pomaga nadać książce strukturę, jeśli potrzeba, wymyśla tytuły, poszczególne wątki, bierze na siebie rolę psychoterapeuty autora, wielbiciela, pożyczkodawcy, doradcy życiowego, małżeńskiego i zawodowego. Niewielu redaktorów przed nim równie dużo zrobiło dla tekstu, a jednak zawsze pozostaje on wierny dewizie: „Książka należy do autora”.

W pewnym sensie — oznajmił McCormick — Perkins jest postacią, która nie powinna pojawić się w tej branży: robił potworne błędy ortograficzne, stosował „specyficzną” interpunkcję, a jeśli chodzi o czytanie, jak sam powiedział: „był powolny jak wół”. Traktował jednak literaturę niczym sprawę życia i śmieci. Napisał kiedyś do Thomasa Wolfe’a: „Nic nie może być równie ważne, jak bywa książka”.

Perkins był wybitnym redaktorem, wielu jego autorów zyskało sławę, a on sam miał w sobie coś z ekscentryka — to wszystko sprawiło, że obrósł mnóstwem legend, w większości mających swe źródła w prawdzie. Każdy ze studentów McCormicka słyszał przynajmniej jedną z zapierających dech w piersi wersji opowieści o tym, jak Perkins odkrył F. Scotta Fitzgeralda; jak żona pisarza, Zelda, przywiozła wydawcę na Long Island, i o tym, jak skłonił on Scribner’s Sons do pożyczenia Fitzgeraldowi wielu tysięcy dolarów, oraz jak wyciągnął pisarza z załamania nerwowego. Podobno kiedy zgodził się opublikować pierwszą powieść Ernesta Hemingwaya, Słońce też wschodzi, dostrzegłszy w niej to, co pozostawało niewidoczne dla innych, o mało nie stracił pracy, bo tekst zawierał wulgaryzmy. Inna ulubiona anegdotka Perkinsa dotyczyła jego scysji z ultrakonserwatywnym wydawcą Charlesem Scribnerem o niecenzuralne słowa w drugiej powieści Hemingwaya, Pożegnanie z bronią. Ponoć, żeby później przedyskutować kłopotliwe wyrazy — takie jak „srać”, „szczać” i „pierdolić” — zanotował je w kalendarzu na biurku, nie bacząc na nagłówek: „Sprawy do zrobienia na dziś”. Stary Scribner podobno zauważył tę listę i zwrócił Perkinsowi uwagę, że pewnie ma on ogromny kłopot, skoro musi sobie przypominać o robieniu tych rzeczy.

Wiele anegdot dotyczyło nieokiełznanego w pisarstwie i temperamencie Thomasa Wolfe’a. Mówiło się, że mierzący blisko dwa metry autor pisałpowieść Of Time and the River pochylony nad lodówką, której górna część służyła mu za blat, i wrzucał każdą zapisaną stronę do drewnianej skrzyni, nawet jej nie przeczytawszy. Legenda głosi, że trzech krzepkich mężczyzn przyniosło później Perkinsowi ciężkie pudło wypełnione kartkami, a redaktorowi jakimś cudem udało się ułożyć książkę z tego nadmiaru materiału. Każdy ze studentów McCormicka słyszał też o nakryciu głowy Maxwella Perkinsa — sponiewieranym filcowym kapeluszu — które nosił przez cały dzień zarówno w pomieszczeniach, jak i na zewnątrz, i zdejmował tylko przed udaniem się do łóżka.

W trakcie wykładu McCormicka legendarny bohater dotarł na Czterdziestą Trzecią Ulicę i cicho wszedł do sali. McCormick uniósł wzrok i zobaczywszy z tyłu pomieszczenia przygarbioną sylwetkę mężczyzny stojącego w drzwiach, przerwał w pół słowa, aby powitać gościa. Słuchacze odwrócili się, żeby rzucić okiem na największego amerykańskiego redaktora.

Miał sześćdziesiąt jeden lat, około 1,75 metra wzrostu i ważył jakieś 78 kilogramów. Można było odnieść wrażenie, że parasol, który trzymał w ręku, nie zapewnił mu wystarczającej ochrony przed deszczem — był przemoczony do nitki, a kapelusz opadł mu na uszy. Podłużna, wąska twarz Perkinsa była lekko zaróżowiona, co nieco łagodziło respekt, jaki wzbudzał w studentach. Twarz przecinał wydatny, zaczerwieniony nos, prosty niemal po sam koniuszek, gdzie zakrzywiał się niczym dziób. Redaktor miał jasnoniebieskie oczy. Wolfe napisał pewnego razu, że były one „pełne dziwnego, zamglonego światła, jakby odzwierciedlały głęboko skrywaną toń oceanu; to oczy marynarza z Nowej Anglii wypływającego na kliperze w wielomiesięczny rejs do Chin, oczy, w których coś kryje się niczym w bezkresie morskich wód”.

Perkins rozebrał się z ociekającego wodą płaszcza przeciwdeszczowego, ukazując wygnieciony popielaty trzyczęściowy garnitur. Następnie podniósł głowę i zdjął kapelusz, pod którym kryła się czupryna stalowosiwych włosów zaczesanych do tyłu i tworzących kształt litery „V” na środku jego czoła. Max Perkins nie dbał zbytnio o wrażenie, jakie robi — a tego wieczoru wyglądał nie lepiej niż pierwszy lepszy sprzedawca ziarna i pasz z Veromontu, który przybył do miasta w najlepszym niedzielnym ubraniu i dał się zaskoczyć nagłej ulewie. Kiedy szedł na środek sali, wydawał się zdumiony, a ów wyraz niedowierzania na twarzy stał się jeszcze wyraźniejszy, gdy Kenneth McCormick przedstawił go jako „mentora amerykańskich redaktorów”.

Perkins nigdy wcześniej nie przemawiał do równie licznej grupy osób. Co roku dostawał dziesiątki zaproszeń, ale wszystkie odrzucał. Unikał przebywania w większym gronie, bo po pierwsze miał pewne kłopoty ze słuchem, a po drugie uważał, że redaktor powinien pozostawać niewidoczny; twierdził, że jego publiczna rozpoznawalność mogłaby podważyć wiarę czytelników w pisarzy i wiarę autorów we własne siły. Co więcej, Perkins nigdy nie widział sensu w opowiadaniu o swojej karierze — do czasu zaproszenia ze strony McCormicka. Trudno było odmówić Kennethowi McCormickowi, jednemu z najbardziej kompetentnych i lubianych ludzi w branży wydawniczej, podzielającemu i wcielającemu w życie wyznawaną przez Maksa filozofię dobrowolnego pozostawania w cieniu autora. Być może Perkins miał też świadomość, jak bardzo smutek i zmęczenie nadwerężyły jego zdrowie, i poczuł, że lepiej przekazać wiedzę innym, zanim będzie za późno.

Stojąc z palcami założonymi za klapy marynarki, zaczął mówić nieco ochrypłym, dobrze ustawionym głosem: „Po pierwsze musicie pamiętać — powiedział, omijając wzrokiem słuchaczy — że redaktor niczego nie dodaje do książki. W najlepszym wypadku pełni funkcję służącego autora. Nigdy nie nabierajcie przekonania o swojej ważności, bo redaktor co najwyżej uwalnia energię. Sam niczego nie tworzy”. Perkins przyznał, że zdarzało mu się sugerować tematy książek autorom, którzy chwilowo cierpieli na brak weny twórczej, ale utrzymywał, że utwory te zwykle były poniżej ich możliwości, choć czasem okazywały się sukcesami finansowymi i zyskiwały przychylność krytyków. „Najlepsze dzieło pisarza — stwierdził — pochodzi wyłącznie od niego”. Przestrzegał słuchaczy przed próbą wprowadzenia własnego punktu widzenia do utworu lub przekształcenia go w coś, czym nie jest. „To takie proste — wyjaśniał — jeśli macie Marka Twaina, nie próbujcie uczynić z niego Shakespeare’a albo przekształcić Shakespeare’aw Marka Twaina. Koniec końców redaktor może od autora uzyskać tylko tyle, ile ma on w swoim wnętrzu”.

Perkins mówił powoli, przytłumionym głosem typowym dla osób niedosłyszących, jakby w zdumienie wprawiał go dźwięk własnych słów. Początkowo studenci z trudem go rozumieli, ale po kilku minutach zapanowała taka cisza, że każda sylaba mówcy stała się doskonale wyraźna. Siedzieli zasłuchani w słowa nieśmiałego redaktora, mówiącego o elektryzujących wyzwaniach jego pracy — poszukiwaniu tego, co nazwał „autentykiem”.

Kiedy gość zakończył wykład, Kenneth McCormick poprosił słuchaczy o zadawanie pytań. „Jak wyglądała współpraca z F. Scottem Fitzgeraldem?” — brzmiało pierwsze.

Delikatny uśmiech przemknął po twarzy Perkinsa, gdy zastanawiał się nad odpowiedzią. Po chwili odezwał się: „Scott zawsze był dżentelmenem. Czasem potrzebował dodatkowego wsparcia — i otrzeźwienia — ale jego pisarstwo jest tak bogate, że było tego warte”. Perkins przyznał, że Fitzgeralda dość łatwo się redagowało, bo w pracy kierował się perfekcjonizmem i chciał być w porządku. „Scott — dodał jednakże — był wyjątkowo wrażliwy na krytykę. Mógł ją przyjąć, ale jego redaktor musiał być pewien wszystkiego, co sugerował”.

Zaczęła się rozmowa o Hemingwayu. Perkins powiedział, że ten autor potrzebował wsparcia na początku kariery, a nawet później, bo „pisał równie odważnie, jak żył”. Wyraził przekonanie, że jego utwory odzwierciedlają zaletę tworzonych przez niego bohaterów — „przyzwoitość w chwilach stresu”. Hemingway, zdaniem Perkinsa, miał skłonność do zbyt dogłębnego poprawiania swoich utworów. „Pewnego razu wyznał mi, że pewne części Pożegnania z bronią napisał w pięćdziesięciu wersjach. Redaktor powinien wkroczyć, zanim autor zniszczy naturalne walory swojego pisarstwa. Ale ani chwili wcześniej”.

Perkins opowiedział o współpracy z Erskine’em Caldwellem, a potem omówił kilka z najlepiej sprzedających się powieściopisarek, między innymi Taylor Caldwell, Marcia Davenport i Marjorie Kinnan Rawlings. W końcu, choć studenci ociągali się z poruszeniem tego drażliwego tematu, pojawiły się pytania o zmarłego Thomasa Wolfe’a; pisarz w pewnym momencie zerwał stosunki z redaktorem. Przez resztę wieczoru większość pytań dotyczyła intensywnego zaangażowania Maksa Perkinsa w twórczość Wolfe’a; praca nad jego dziełem okazała się najbardziej mozolnym przedsięwzięciem w jego karierze. Od lat krążyły pogłoski o tym, że Wolfe i Perkins w równym stopniu przyczynili się do powstania opasłych tomów wydawanych pod nazwiskiem pisarza. „Tom — powiedział Max Perkins — był człowiekiem o ogromnym talencie, geniuszem. Jego talent był tak wielki, a jego spojrzenie na Amerykę tak przenikliwe, że ani jedna książka, ani jedno życie nie mogły zawrzeć tego, co miał do powiedzenia”. Wolfe zmieniał swój świat w fikcję, Perkins czuł zaś, że jego obowiązkiem jest wytyczenie mu pewnych granic, związanych z objętością książek i formą.

— To było praktyczne rozwiązanie, bo Wolfe samodzielnie nie potrafił tego zrobić.

— Ale czy przyjmował pańskie sugestie z wdzięcznością? — zapytał ktoś z sali.

Max Perkins po raz pierwszy tego wieczoru wybuchnął śmiechem. Opowiedział o tym czasie, przełomowym momencie w ich znajomości, kiedy próbował przekonać pisarza do usunięcia dużego fragmentuOf Time and the River. „Był to środek gorącej nocy, a my pracowaliśmy w biurze. Przedstawiłem mu swój punkt widzenia na ten temat, a później siedzieliśmy w ciszy, czytając rękopis”. Perkins wiedział, że Wolfe w końcu zgodzi się na wykreślenie tej części, ponieważ przemawiały za tym względy artystyczne. Ale pisarz niełatwo dawał za wygraną. Potrząsał głową, kiwając się na krześle i błądząc wzrokiem po skąpo umeblowanym gabinecie Maksa. „Czytałem dalej rękopis przez co najmniej piętnaście minut — kontynuował Perkins — ale byłem świadom każdego ruchu Toma, a przynajmniej tego, że wpatruje się w kąt gabinetu, gdzie wisiały mój kapelusz i płaszcz, a pod kapeluszem, razem z płaszczem, złowieszcza skóra grzechotnika z siedmioma grzechotkami”. To był prezent od Marjorie Kinnan Rawlings. Max spojrzał na przyjaciela wpatrującego się w kapelusz, płaszcz i skórę węża. „Aha — zawołał Wolfe — oto portret redaktora!” Po tym żarcie zgodził się na usunięcie spornego fragmentu książki.

Przyszli redaktorzy musieli powtarzać niektóre pytania, żeby Perkins je dosłyszał. Przerywał wypowiedzi długimi, zagadkowymi chwilami ciszy. Odpowiadał wyczerpująco, ale zanim zaczął mówić, można było odnieść wrażenie, że błądzi pośród setek wspomnień. „Wydawało się, że Max wchodzi w prywatny świat własnych myśli — powiedział McCormick wiele lat później. „Robi wewnętrzne, prywatne skojarzenia, jakby wszedł do pokoiku i zamknął za sobą drzwi”. Koniec końców wystąpienie okazało się godne uwagi, a studenci słuchali prelegenta jak zahipnotyzowani. Jankeski wieśniak, który godzinę wcześniej wszedł do sali prosto z deszczu, na ich oczach zmienił się w legendarnego bohatera, którego sobie wyobrażali.

Nieco po dziewiątej McCormick powiadomił gościa o tym, która jest godzina, żeby mógł zdążyć na pociąg. Szkoda było kończyć. Perkins nawet jeszcze nie wspomniał o doświadczeniach z takimi powieściopisarzami jak Sherwood Anderson, J. P. Marquand, Morley Callaghan, Hamilton Basso, nie mówił też o biografie Douglasie Southallu Freemanie ani o Edmundzie Wilsonie, Allenie Tacie, o Alice Roosevelt Longworth ani o Nancy Hale. Było zbyt późno, by rozmawiać o Josephie Stanleyu Pennellu, którego książkę Rome Hanks Perkins uznał za najbardziej ekscytującą spośród powieści redagowanych przez niego w ostatnich latach. Nie było też czasu na rozmowę o nowych autorach, takich jak Alan Paton i James Jones — nad których obiecującymi rękopisami właśnie pracował. Perkins z pewnością czuł jednak, że powiedział więcej niż wystarczająco. Wziął kapelusz i wcisnął go sobie na głowę, włożył płaszcz, odwrócił się tyłem do klaszczącej na stojąco publiczności i wymknął się z salki równie dyskretnie, jak do niej wszedł.

Deszcz wciąż padał rzęsiście. Redaktor pod czarnym parasolem brnął w stronę Grand Central Station. Nigdy jeszcze tyle o sobie nie mówił na forum publicznym.

Kiedy nocą dotarł do domu w New Canaan w stanie Connecticut, odkrył, że najstarsza z jego pięciu córek czekała na niego, wróciwszy z wieczorku. Dziewczyna zauważyła, że ojciec jest w melancholijnym nastroju, i zapytała o przyczynę.

— Miałem dziś wieczorem wykład i nazwano mnie „mentorem amerykańskich redaktorów”. Kiedy nazywają cię mentorem, to znaczy, że jesteś skończony.

— Och, tato, to wcale nie znaczy, że jesteś skończony — zaprzeczyła córka. — To znaczy, że osiągnąłeś szczyt.

— Nie — odparł bezbarwnym głosem Perkins. — To właśnie znaczy, że jestem skończony.

Wydarzenia te miały miejsce 26 marca. Dwadzieścia sześć lat wcześniej, również 26 marca, dla Maxwella Perkinsa wszystko się zaczęło. Wydał wówczas książkę, która zmieniła jego życie, i nie tylko.

Rozdział drugi

Raj

W 1919 roku obchody święta wiosny na Manhattanie zmieniły się we wspaniałą manifestację patriotyzmu. Tydzień wcześniej oddziały armii amerykańskiej przemaszerowały triumfalnie Piątą Aleją. „Wojna, która miała zakończyć wszystkie wojny” była już za nimi i została wygrana.

Na Czterdziestej Ósmej Ulicy parada minęła biura Charles Scribner’s Sons, firmy wydawniczej i księgarskiej. Scribner Building był dziesięciopiętrową budowlą w stylu klasycystycznym, zwieńczoną dwoma obeliskami i ozdobioną majestatycznymi pilastrami. Parter wyłożony został połyskliwym mosiądzem — znajdowała się tam elegancka witryna księgarni Scribner’s Sons, przestronne, podłużne pomieszczenie z wysoko sklepionym sufitem i wąskimi, metalowymi, spiralnie kręconymi schodkami prowadzącymi na górne galerie. John Hall Wheelock, który zarządzał księgarnią, zanim został redaktorem w wydawnictwie Scribnerów, nazywał ją „bizantyńską katedrą książek”.

Do księgarni przylegały niepozorne drzwi. Ciągnący się za nimi korytarz prowadził do windy, która terkocząc, przemierzała drogę do górnych stref królestwa Scribnerów. Piętra pierwsze i drugie mieściły działy finansowy i handlowy. Reklama zajmowała trzecie piętro. Na czwartym znajdowały się pokoje redaktorskie — wyposażenie ograniczało się tu do gołych ścian i sufitów, surowej cementowej podłogi, sekretarzyków z żaluzjowym zamknięciem i szaf na książki. Scribnerowie, drugie pokolenie wydawców, utrzymywali wnętrza firmowe w surowym stylu i rościli sobie prawo do pozycji najszacowniejszego wydawnictwa amerykańskiego o najbogatszej tradycji. W miejscu tym ciągle jeszcze panowała atmosfera jak z Dickensa. Księgowość na przykład prowadził siedemdziesięcioletni mężczyzna, który spędzał cały dnie na wysokim stołku, ślęcząc nad oprawionymi w skórę księgami rachunkowymi. Maszyna do pisania była już wtedy wyposażeniem standardowym, a ponieważ do obsługi tego ustrojstwa zatrudniano tylko kobiety, oczekiwano, że dżentelmeni nie będą palili tytoniu w biurach.

Począwszy od czwartego piętra firmą zarządzano jak dziewiętnastowieczną monarchią. Charles Scribner II, „stary CS” był niekwestionowanym władcą tego miejsca. Przybierał zwykle surowy wyraz twarzy, miał ostry nos, siwe, krótko ostrzyżone włosy i wąsy. Jako sześćdziesięciosześcioletni mężczyzna władał firmą już od czterdziestu lat. Następny w kolejce do tronu był jego o dziewięć lat młodszy brat, Arthur — łagodniejszy i, jak mawiał Wheelock, „zawsze jakby przerażony żywotnością brata”. William Crary Brownell, redaktor naczelny o twarzy otoczonej białą brodą i z sumiastymi wąsami, miał w swoim gabinecie mosiężną spluwaczkę i skórzaną kanapę. Każdego popołudnia czytał ponoć jeden nowo złożony rękopis, a następnie przez godzinkę „przesypiał się z tym”. Później zwykle szedł na spacer wokół budynku wydawnictwa, paląc cygaro, a kiedy wrócił do biurka i splunął do spluwaczki, był gotów do wygłoszenia opinii na temat przeczytanej książki.

W wydawnictwie pracowały też młodsze osoby. Należał do nich Maxwell Evarts Perkins, który rozpoczął pracę w firmie w 1910 roku. Zanim awansował na piętro redaktorskie, gdzie terminował u czcigodnego Brownella, cztery i pół roku kierował działem reklamy. Do 1919 roku zdążył już wyrobić sobie opinię obiecującego młodego redaktora. A jednak, kiedy patrzył z okna swojego biura na przemierzające aleję parady wojskowe, czuł ukłucie zawodu z powodu przebiegu własnej kariery. W wieku trzydziestu paru lat uważał, że jest już zbyt stary i zanadto przytłoczony obowiązkami, żeby zaciągnąć się do wojska i udać się na wojnę na innym kontynencie. Obserwując barwne pochody żołnierzy wracających do kraju, odczuwał żal, że nie wziął w niej udziału.

Firmy Scribner’s Sons wojna również niemal nie dotknęła, podobnie jak związane z nią zamieszanie. Wydawnictwo było ostoją dobrego gustu i wartości literackich. Publikowane przez nie książki nigdy nie przekraczały granic „przyzwoitości” i w zasadzie rzadko były dla czytelnika czymś więcej niż zaledwie rozrywką. Żaden z młodych pisarzy, takich jak Theodore Dreiser, Sinclair Lewis, Sherwood Anderson, nie zwrócił uwagi Scribnerów. Trzema filarami, na których wspierał się dom wydawniczy, byli autorzy od dawna uznani i zanurzeni w tradycji angielskiej. Opublikowali Sagę rodu Forsyte’ów Johna Galsworthy’ego oraz wszystkie dzieła Henry’ego Jamesa i Edith Warton. Większość ważnych książek wydanych przez Scribnerów była autorstwa pisarzy, którzy od lat współpracowali z wydawnictwem, a ich rękopisy nie wymagały redakcji. William C. Brownell wyraził politykę firmy, recenzując jeden z rękopisów Whartona następującymi słowami: „Nie bardzo wierzę w majsterkowanie przy tekście i nie jestem wystarczająco suffisant[1], by sądzić, że redaktor jest w stanie wnieść coś wartościowego przez doradzanie wprowadzenia zmian”.

Obowiązki Maxwella Perkinsa jako redaktora w większości ograniczały się do sporządzania korekty — pracował na długich, zadrukowanych kartach, z których każda zawierała tekst objętości trzech stron książkowych — i innych równie niewdzięcznych zajęć. Od czasu do czasu powierzano mu poprawianie błędów gramatycznych w książkach o ogrodnictwie lub ułożenie wyboru klasycznych nowel czy przekładów Czechowa do szkolnych antologii. Zadania te nie miały w sobie nic twórczego.

Do stale publikowanych przez Scribner’s Sons autorów należał Shane Leslie, irlandzki dziennikarz, poeta i wykładowca, który wówczas spędzał całe lata w Stanach Zjednoczonych. Podczas jednej z tych przedłużających się podróży wychowawca z Newman School w New Jersey przedstawił mu kilkunastoletniego chłopca. Leslie i przystojny młodzieniec, aspirujący pisarz z Minnesoty, zostali przyjaciółmi. Chłopak studiował w Princeton, lecz zaciągnął się do wojska przed uzyskaniem dyplomu. Został zmobilizowany i wysłany do Fort Leavenworth w Kansas. „Każdej soboty o pierwszej — wspominał wiele lat później — biegłem do klubu oficerskiego i tam, w weekendy kolejnych trzech miesięcy, przesiadując w kącie sali wypełnionej dymem, rozmowami oraz szelestem gazet, napisałem powieść na sto dwadzieścia tysięcy słów”. Wiosną 1918 roku sądził, że dowództwo zamierza wysłać go do Europy. Młody oficer — a był nim F. Scott Fitzgerald — nie wiedząc, jaki czeka go los, powierzył swój rękopis Lesliemu.

Książka zatytułowana The Romantic Egotist była zaledwie zbiorem nowel, wierszy i szkiców opowiadających o dorastaniu ich autora. Leslie wysłał rękopis do Charlesa Scribnera, prosząc, aby wydał na jej temat swój „sąd”. W charakterze wprowadzenia napisał:

Otrzymałem żywy obraz pokolenia Amerykanów pragnących wziąć udział w wojnie, choć nie jest to powiedziane wprost. Zachwyca mnie surowość i inteligencja tego dzieła. Miejscami jest naiwne, w innych fragmentach wstrząsające, bolesne dla osób przywiązanych do konwenansów i niepozbawione ironii, zwłaszcza pod koniec. Mniej więcej jedną trzecią książki można pominąć, nie tracąc wrażenia, że została napisana przez amerykańskiego Ruperta Brooke’a […]. Interesuje mnie jako książka dla chłopców i myślę, że ukazuje prawdziwy obraz amerykańskiej młodzieży, który sentymentaliści tak gorliwie chcą ukryć pod płótnem namiotów YMCA[2].

W ciągu kolejnych trzech miesięcy redaktorzy kolejno przekazywali sobie rękopis. Bronwell „w ogóle nie mógł tego strawić”. Edward L. Burlingame, inny redaktor starszego pokolenia, uznał książkę za „trudną w czytaniu”. W końcu dzieło trafiło do rąk Maxwella Perkinsa. „Zapoznaliśmy się z The Romantic Egoist[3] z ogromnym zainteresowaniem — napisał do Fitzgeralda w sierpniu tego roku — od dawna nie przyszedł do nas rękopis powieści odznaczający się porównywalną żywotnością stylu”. Perkins nie chciał jednak ograniczyć się do przekazania negatywnej odpowiedzi. W wydawnictwie tylko jemu książka się spodobała i w swoim liście, choć niechętnie, musiał ją odrzucić. Powołał się na rządowe ograniczenia dotyczące dostaw farby drukarskiej, wysokie koszty druku i „pewne cechy samej powieści”.

Redaktorzy w Scribner’s Sons uznawali pisanie krytyk odrzucanych książek za czynność wychodzącą poza zakres ich obowiązków, obawiali się też reakcji autorów na ich uwagi. Jednak entuzjazm, jaki wzbudził w Perkinsie rękopis Fitzgeralda, skłonił go do dokonania obszerniejszego komentarza. Używając redaktorskiego „my”, zaryzykował przekazanie kilku ogólnych uwag i dodał: „Z radością przyjmiemy możliwość ponownego rozważenia wydania Pańskiej książki”.

Jego podstawowym zarzutem wobec The Romantic Egotist było to, że akcja nie zmierza do zakończenia. Główny bohater dryfuje i ma niewielki wpływ na bieg wydarzeń w powieści.

Być może taki był Pański zamiar, gdyż podobna sytuacja nader często zdarza się w życiu [napisał Perkins], ale w ten sposób wyraźnie zawodzi się oczekiwania czytelnika i powoduje jego niezadowolenie, spodziewać się on bowiem będzie, że bohater do czegoś dojdzie, czy to dosłownie — w wyniku swojej reakcji na wojnę — czy to w sensie psychologicznym, poprzez „odnalezienie siebie”. Kusi, żeby na przykład Pendennis doznał czegoś takiego. Pański bohater tymczasem poszedł na wojnę z niemal takim samym nastawieniem, jak do college’u, a wcześniej do szkoły, ponieważ tak należało.

„Krótko mówiąc — oznajmił Perkins — wydaje się nam, że opowieść nie kończy się w sposób, w jaki powinna, aby uzasadnić zainteresowanie śledzącego akcję czytelnika, oraz iż można to zmienić poprzez dokonanie korekt w konstrukcji bohaterów i wcześniejszych etapów historii”. Perkins nie chciał, żeby Fitzgerald „uczynił powieść bardziej konwencjonalną”, lecz bardziej intensywną. „Mamy nadzieję, że ujrzymy jeszcze Pańską książkę — napisał na zakończenie — a wówczas natychmiast ją przeczytamy”.

List Perkinsa skłonił porucznika Fitzgeralda do spędzenia kolejnych sześciu tygodni na poprawianiu powieści. W połowie października przysłał poprawiony rękopis do Scribner’s Sons. Zgodnie z obietnicą Perkins natychmiast go przeczytał i z zadowoleniem uznał, że całość jest znacznie lepsza. Zamiast zwrócić się w tej sprawie do starego CS, dyskretnie starał się pozyskać sojusznika u syna Scribnera. Charlesowi III książka również się spodobała, ale jego poparcie nie wystarczyło. Starsi redaktorzy przegłosowali Perkinsa. To spowodowało, że redaktor, jak później wyznał pisarzowi: „Obawiał się, iż […] skończy Pan z naszym konserwatywnym wydawnictwem”.

Max jednak zdecydował, że doprowadzi do opublikowania tej książki. Zwrócił uwagę na powieść dwóm konkurencyjnym oficynom. Jeden z kolegów Scribnera wspominał, jak bardzo Perkinsa „przerażała wizja, że przyjmą rękopis, bo świetnie wiedział, iż można go znacznie bardziej udoskonalić. Wydawcy odesłali jednak utwór bez słowa”.

Niezrażony tym Perkins nadal żywił nadzieję, że uda mu się opublikować The Romantic Egotist. Sądził, że po demobilizacji Fitzgerald będzie mógł jeszcze raz poprawić powieść, co da mu kolejną szansę przedstawienia jej radzie wydawniczej.

Pisarz nie był jednak równie nieugięty jak jego nowojorski orędownik. Kiedy The Romantic Egotist została ponownie odrzucona, przebywał w Camp Sheridon w Montgomery w stanie Alabama. Stracił wiarę w tę książkę. Uczucie zawodu łagodziła Zelda Sayre, córka sędziego Sądu Najwyższego Alabamy, którą koledzy — tak jak ona, absolwenci liceum — okrzyknęli „najładniejszą i najatrakcyjniejszą” dziewczyną w szkole. Porucznik Fitzgerald został jej przedstawiony w lipcu w wiejskim klubie tanecznym i stał się jednym z admiratorów, którzy odwiedzali ją tego sierpnia. Pisarz wyznał później w swoim Rejestrze, że siódmego września „zakochał się”. Zelda odwzajemniała jego miłość, ale trzymała go na dystans. Chciała się przekonać, czy jego talent jest wystarczająco duży, żeby zapewnić im luksusowe życie, o jakim oboje marzyli. Fitzgerald został zwolniony z wojska w lutym 1919 roku. Wyjechał wtedy do Nowego Jorku i zatrudnił się w agencji reklamowej Barron Collier. Po przyjeździe wysłał do Zeldy depeszę: JESTEM W KRAINIE AMBICJI ORAZ SUKCESU I ŻYWIĘ TYLKO NADZIEJĘ I WIARĘ, ŻE MOJE KOCHANIE WKRÓTCE DO MNIE DOŁĄCZY.

Fitzgerald, oczywiście, poszedł się spotkać z Perkinsem. Nie wiadomo, o czym rozmawiali, poza tym, że redaktor zasugerował mu nieoficjalnie, żeby przepisał powieść i zmienił narrację z pierwszej osoby na trzecią. „Max chciał, żeby autor trochę zdystansował się do swojej opowieści — powiedział wiele lat później John Hall Wheelock. „Podziwiał wybujałość pisarstwa Fitzgeralda i jego osobowość, lecz był przekonany, że żaden wydawca, a zwłaszcza Scribner’s Sons, nie przyjmą równie aroganckiego i pozbawionego umiaru dzieła jak to”.

W środku lata 1919 roku Fitzgerald napisał do Perkinsa z St. Paul. „Po czterech miesiącach prób pisania tekstów reklamowych za dnia i żenującej, wymuszonej literatury popularnej nocami, zdecydowałem, że muszę dokonać wyboru. Porzucam więc plany małżeńskie i wracam do domu”. Pod koniec lipca skończył szkic powieści zatytułowanej The Education of a Personage. „Nie było sensu poprawiać nieszczęsnej The Romantic Egotist — zapewniał Perkinsa — nowa zawiera jednak trochę wcześniejszego materiału, poprawionego i dopracowanego, pod innymi względami także mocno ją przypomina”. I dodał: „O ile poprzednia książka była nużącym, bezładnym tyglem, o tyle tym razem podjąłem zdecydowaną próbę napisania wielkiej powieści i prawdziwie wierzę, że mi się to udało”.

20 sierpnia Fitzgerald, spoglądając z optymizmem na przyszłość swojej książki, po raz kolejny zapytał, czy utwór mógłby się ukazać w październiku. „Zdaję sobie sprawę, że jest to dziwne pytanie, bo nie widział Pan jeszcze książki — pisał do Perkinsa — ale z taką uprzejmością zajął się Pan moimi sprawami, że jeszcze raz ośmielę się nadużyć Pańskiej cierpliwości”. Pisarz podał dwa powody, dla których zależy mu na szybkim wydaniu książki: „Ponieważ chcę zrobić pierwszy krok w literaturze i zdobyć niezależność finansową, a poza tym w pewnym stopniu jest to powieść swojego czasu i wydaje mi się, że czytelnicy łakną porządnego pisarstwa”.

The Education of a Personage wydał się Maksowi Perkinsowi znakomitym tytułem i wzbudził jego ciekawość co do treści książki. „Od chwili zapoznania się z Pańskim pierwszym rękopisem czuliśmy, że może Pan odnieść sukces” — odpisał natychmiast. Jeśli chodzi o publikację — stwierdził — jednego był pewien: nikt nie może zdecydować o wydaniu powieści w ciągu dwóch miesięcy, nie działając jednocześnie na jej szkodę. Jednakże, aby skrócić czas podejmowana decyzji, zaproponował, że przeczyta skończone rozdziały.

Fitzgerald nie przysłał żadnej części książki, ale w pierwszym tygodniu września 1919 roku na biurku redaktora pojawiła się pełna wersja poprawionego tekstu. Pisarz w znacznym stopniu zmienił treść, w istocie przychylając się do każdej sugestii Perkinsa. Wprowadził narrację trzecioosobową, a ten materiał, który pozostawił bez zmian, wykorzystał lepiej. Nadał też całości nowy tytuł: Po tej stronie raju.

Max Perkins przygotowywał się do przeprowadzenia trzeciego szturmu podczas comiesięcznego zebrania kolegium redakcyjnego i zgodnie z obietnicą dał kolegom z redakcji rękopis do przeczytania. W połowie września redaktorzy się spotkali. Charles Scribner zajął honorowe miejsce u szczytu stołu, patrząc spode łba. Obok siedział jego brat, Arthur. Obecny był też Brownell, postać budząca respekt, bo był nie tylko redaktorem naczelnym, lecz także najznakomitszym ówczesnym krytykiem literackim w Stanach Zjednoczonych. „Przespał się z tą książką” i był gotów pokłócić się z każdym z obecnych przy stole, kto chciałby ją przyjąć do druku. Stary CS długo przemawiał. Zdaniem Wheelocka „był urodzonym wydawcą, odznaczającym się doskonałym wyczuciem i szczerze lubiącym przyjmowanie książek do druku. Pan Scribner mawiał jednak: »Jestem dumny z mojego wydawnictwa. Nie mogę publikować powieści, które nie mają wartości literackiej«. Później Brownell zabrał głos i nazwał książkę »błahą«”. Wydawało się, że dyskusja dobiegła końca, gdy stary CS spojrzał groźnym wzrokiem na Maksa Perkinsa wpatrującego się w stół konferencyjny i rzekł: „Max, jesteś dziś bardzo milczący”.

Perkins wstał i zaczął chodzić po sali. „Czuję — wyjaśnił — że najważniejszym zobowiązaniem wydawcy jest poszukiwanie talentów. A jeśli nie opublikujemy równie utalentowanego pisarza jak ten, będzie to poważny błąd”. Oznajmił, że ambitny Fitzgerald znajdzie innego wydawcę dla swojej powieści, a kolejni młodzi pisarze pójdą w jego ślady. „Wtedy będziemy mogli równie dobrze wycofać się z tego biznesu”. Powiedziawszy to, Perkins wrócił na swoje miejsce przy stole i patrząc Scribnerowi w oczy, dodał: „Jeżeli mamy zamiar odrzucać takich jak Fitzgerald, tracę zainteresowanie wydawaniem książek”. Przeprowadzono głosowanie. Doszło do remisu, głosy młodych redaktorów zrównoważyły sprzeciw starszych. Zapanowała cisza. Scribner powiedział, że potrzebuje czasu, żeby przemyśleć tę sprawę.

Fitzgerald zarabiał w tym czasie, pracując czasowo przy naprawie dachów wagonów kolejowych. 18 września, tuż przed dwudziestymi trzecimi urodzinami, dostał list polecony od Maxwella Perkinsa.

Z radością informuję Pana, że jednogłośnie zdecydowaliśmy się wydać Pańską książkę Po tej stronie raju. Biorąc pod uwagę, że w pewnym sensie jest to ta sama powieść, którą przysłał nam Pan wcześniej, choć zmieniona i rozszerzona, myślę, że niesłychanie ją Pan ulepszył. Podobnie jak pierwszy rękopis, emanuje energią i życiem, a jednocześnie wydają się mi one o wiele lepiej zbalansowane […]. Książka tak bardzo różni się od tego, co się obecnie pisze, że trudno przewidzieć, jak będzie się sprzedawać, wszyscy jednak chcemy skorzystać z okazji jej wydania i z zapałem ją wspierać.

Scribner miał nadzieję wydać książkę jeszcze tej wiosny.

Fitzgeraldowi nie wypłacono pieniędzy na poczet przyszłych zarobków — w tamtych czasach nie zawsze proponowano zaliczkę, obecnie będącą czymś zwyczajnym. Młody pisarz przewidywał już jednak swoją pomyślną przyszłość. „Tego dnia rzuciłem pracę i włóczyłem się po ulicach, zatrzymywałem samochody, żeby obwieścić dobrą nowinę przyjaciołom i znajomym — moja powieść, Po tej stronie raju, została przyjęta do druku […]. Spłaciłem drobne długi, kupiłem garnitur i każdego rana budziłem się w świecie niewymownie ogromnej obietnicy” — napisał w eseju Early Success (1937). Fitzgerald niemal wszystkie warunki umowy pozostawił do decyzji Perkinsa. Z wyjątkiem jednego, co do którego był nieco bardziej stanowczy. Za wszelką cenę chciał, żeby książkę wydano na Boże Narodzenie, najpóźniej w lutym. W końcu wyjawił redaktorowi powód, dla którego zależało mu na tym terminie. Zelda Sayre nadal znajdowała się w jego zasięgu. Poza tym, pisał do Perkinsa, „będzie to miało korzystny efekt psychologiczny na mnie i na moje otoczenie, a także otworzy przede mną nowe możliwości. Jestem na etapie, kiedy każdy gorączkowy miesiąc się liczy i wydaje się pałką w walce z czasem o szczęście”.

Perkins wyjaśnił mu, że rok wydawniczy jest podzielony na dwa okresy i Scribner’s Sons do każdego przygotowuje się długo przed jego rozpoczęciem. Na przykład każdego lipca i sierpnia sprzedawcy wydawnictwa objeżdżali kraj z kuframi samochodów wypełnionymi próbkami rozdziałów i obwolutami książek, żeby zwiększyć sprzedaż w okresie Bożego Narodzenia. Książka umieszczona na liście jesiennej po odwiedzeniu księgarni przez „komiwojażerów” miała znacznie większe szanse. „Natomiast niezapowiedziane pojawienie się tytułu u księgarza, którego — tłumaczył Perkins — niemal do obłędu doprowadza liczba książek w sklepie i który zainwestował w nie wszystkie pieniądze, jakimi dysponował, byłoby ze wszech miar niepożądane, kłopotliwe i zaszkodziłoby dziełu”. Rekomendował drugi okres wydawniczy, do którego przygotowania zaczynały się miesiąc po gorączce bożonarodzeniowej. W tym czasie księgarze zrobili już swój najwyższy utarg w roku i są gotowi ponownie zapełnić magazyny, tym razem nowymi, zamówionymi na wiosnę tytułami, w tym — można mieć nadzieję — egzemplarzami Po tej stronie raju.

Fitzgerald przyjął do wiadomości te wyjaśnienia. „Podczas czekania na ukazanie się powieści — pisał później w eseju z 1937 roku — zacząłem przechodzić metamorfozę od amatora do zawodowca — polegającą na przeorganizowaniu całego życia zgodnie z rytmem pracy; koniec jednego przedsięwzięcia automatycznie stawał się początkiem kolejnego”. Pisarz przygotowywał grunt pod kilka projektów. Perkinsa najbardziej zainteresowała powieść The Demon Lover, której czas powstania Fitzgerald oceniał na rok. Kiedy jego entuzjazm do tego przedsięwzięcia opadł, napisał kilka opowiadań. Wysłał je do „Scribner’s Magazine”, miesięcznika publikowanego przez wydawnictwo. Przyjęto tylko jeden z pierwszych czterech wysłanych przez niego utworów.

Fitzgerald chciał otrzymać kilka słów motywacyjnych, łagodzących zniechęcenie spowodowane nieprzyjęciem do druku jego utworów. Max Perkins przeczytał odrzucone opowiadania i stwierdził, że młody twórca powinien bez trudu umieścić je w innym czasopiśmie. „Ich wielkim urokiem — napisał — jest to, że są takie żywe. Dziewięćdziesiąt procent wydawanych opowiadań czerpie z życia, ale ulega rozrzedzeniu z powodu języka literackiego. Pańskie, jak mi się wydaje, zaczerpnięte są bezpośrednio z życia. Są prawdziwe również pod względem oddania języka i stylu naszych czasów, wolne od konwenansów z przeszłości, które większość pisarzy tak uwielbia […] z wielką szkodą dla siebie”. Perkins napisał też: „Te utwory są dla mnie wskazówką, że jest Pan zdecydowanie predystynowany do pisania opowiadań”.

„Czuję, że musiałem mieć szczęście, iż trafiłem na wydawcę, który tak bardzo interesuje się swoimi autorami. Bóg jeden wie, jak ta literacka zabawa czasem bywa zniechęcająca” — napisał do Perkinsa Fitzgerald w ostatnich tygodniach roku. Nie wiedział, że Maxwell Perkins był równie szczęśliwy jak on. Jego pierwszym literackim odkryciem okazał się najwybitniejszy młody autor publikujący u Scribnerów.

Podczas studiów w Princeton Fitzgerald powiedział pewnemu wizytującemu profesorowi, zatrudnionemu przez uniwersytet poecie, Alfredowi Noyesowi, że wierzy, iż jest w jego mocy „pisać książki, które albo będą się sprzedawać, albo odznaczać się nieprzemijającą wartością”. Miał być to dylemat, z którym Scott będzie się zmagał przez całe życie. Perkins szybko zorientował się, że choć dla Fitzgeralda liczyły się obie te sprawy, pieniądze miały dla niego ogromne znaczenie. Kiedy robiono korektę Po tej stronie raju, Scott napisał, że ma pomysł na kolejną książkę. „Chcę zacząć pisać powieść, lecz nie mam ochoty znów przerywać w połowie i musieć przerzucać się na opowiadania, bo nie lubię [pisać krótkich form] i robię to tylko dla pieniędzy”. Mając bardziej na myśli możliwość zdobycia żywej gotówki niż uznania jako literat, zapytał: „Na zbiorach opowiadań nie da się wiele zarobić, prawda?”.

Redaktor potwierdził przeczucie Fitzgeralda, że z zasady antologie nowel rzadko stają się bestselerami. „Prawda jest taka — wyjaśnił — że odniosłem wrażenie, iż Pańskie opowiadania mogą być wyjątkiem od tej reguły, kiedy wyda się te dobre, a Pana nazwisko będzie już szerzej znane. Odnajduję w nich ową ludową nutę, która może sprawić, że będą się sprzedawały w formie zebranego w książkę zbioru. Żałuję, że nie poświęca Pan więcej czasu na ich pisanie […], bo mogą Panu zapewnić sławę, a także same w sobie zasługują na uwagę”.

Przez całą zimę Fitzgerald pozostawał niespokojny. Zelda Sayer co prawda zgodziła się za niego wyjść, ale ślub nadal całkowicie uzależniała od jego sukcesów jako autora. Pisarz traktował opowiadania jako drogę na skróty do osiągnięcia tego celu. Przerwał pracę nad powieścią The Demon Lover, do której stworzył szkice kilku bohaterów; sprzedał je za czterdzieści dolarów od fragmentu do „The Smart Set”, popularnego magazynu literackiego wydawanego przez George’a Jeana Nathana i H. L. Menckena. Ten ostatni, wydawca i krytyk literacki, bardziej niż ktokolwiek inny w 1920 roku zachęcał pisarzy do odrzucenia „nobliwej tradycji” i rejestrowania współczesnego im języka. Pod koniec zimy, po wydaniu przez „The Smart Set” sześciu wprawnych opowiadań poświęconych bezczynnym dandysom i pyskatym pannom, Fitzgerald szybko zyskiwał sławę jako młody pisarz.

Publikacja Po tej stronie raju rysowała się coraz wyraźniej i pracownicy Charles Scribner’s Sons zaczęli odczuwać gorączkowe podniecenie, którego Maxwell Perkins doświadczył wiele miesięcy wcześniej. Niektórzy byli jednak nie tyle podekscytowani, ile przerażeni. Krytyk literacki Malcolm Cowley jeszcze przed ukazaniem się książki napisał, że powieść została uznana za „potworny głos nowego wieku i wprawiła w zażenowanie kilku starszych pracowników wydawnictwa”. Przykładem takiej reakcji może być opis zamieszczony przez Rogera Burlingame’a – syna redaktora Edwarda L. Burlingame’a, a później również redaktora w Scribner’s Sons — w książce Of Making Many Books, nieformalnej historii wydawnictwa. Burlingame był wtedy jedną z najbardziej liczących się postaci w firmie i ważnym członkiem działu sprzedaży. Często nie dowierzał własnemu osądowi literackiemu i o wielu książkach wyrażał się „oględnie”, zwykł też zabierać książki do domu, żeby dać je przeczytać siostrze erudytce. Uważano, że jest ona nieomylna, i rzeczywiście — wiele pozycji, które odrzuciła, odniosło sukces i wspaniale się sprzedawało. Koledzy w wydawnictwie, wiedząc, że Burlingame zabrał książkę do domu na weekend, z niecierpliwością czekali na niego w poniedziałek rano. Kiedy przyszedł do pracy, chórem zapytali: „Co powiedziała twoja siostra?”. „Podniosła ją szczypcami do drewna — odparł — bo po przeczytaniu nie chciała jej więcej dotykać, i wrzuciła ją do ognia”.

26 marca 1920 roku Po tej stronie raju w końcu się ukazała, a Fitzgeralda dumnie reklamowano jako najmłodszego autora, którego powieść opublikowano w Scribner’s Sons. Tego dnia Perkins zszedł do księgarni i zobaczył dwie osoby kupujące powieść, co uznał za pomyślną wróżbę. Tydzień później na plebanii katedry św. Patryka, którą od Scribner Building dzieliła ledwie przecznica, Zelda Sayer i Scott Fitzgerald pobrali się. Zawsze uważali Perkinsa za patrona swojego małżeństwa.

Po tej stronie raju rozpościerała się niczym sztandar nad całą epoką. Książka zwracała uwagę zarówno w rubrykach literackich, jak i na wykresach sprzedaży. H. L. Mencken w recenzji do „Smart Setu” stwierdził, że Fitzgerald napisał „doprawdy zdumiewającą pierwszą powieść — oryginalną w budowie, niezwykle wyszukaną stylistycznie i okraszoną błyskotliwością równie rzadko spotykaną w amerykańskiej literaturze, jak uczciwość w amerykańskim rządzie”. Mark Sullivan w swojej społecznej historii Stanów Zjednoczonych Our Times, którą opublikowało wydawnictwo Scribnerów, ocenił, że pierwszej książce Fitzgeralda „przypada jeśli nie stworzenie pokolenia, to z pewnością zwrócenie na nie uwagi świata”.

Sam pisarz wyraził podobną myśl na ostatnich stronach książki. „Oto nowe pokolenie — napisał — które wykorzystuje stare hasła, przyswaja sobie stare wyznania wiary, rozmyślając nad nimi podczas długich dni i nocy; pokolenie skazane na to, by wejść w ten brudny, szary odmęt w poszukiwaniu miłości i godności; pokolenie ulegające bardziej niż poprzednie obawie przed nędzą i wierze w powodzenie. Kiedy dorośnie, odkryje, że wszyscy bogowie umarli, że wszystkie wojny już się odbyły, że człowiekowi nie pozostała już żadna wiara…”[4]

O atrakcyjności tej książki autor wspominał w Early Success:

Oszołomiony powiedziałem w Scribner Company, że nie spodziewam się, aby moja powieść sprzedała się w większej liczbie egzemplarzy niż dwadzieścia tysięcy, a kiedy ich śmiech ucichł, poinformowano mnie, że w wypadku pierwszej książki znakomitym wynikiem jest pięć tysięcy. Zdaje się, że przekroczyłem tę granicę tydzień po wydaniu, lecz traktowałem siebie samego zbyt poważnie, żeby przyszło mi do głowy, że to zabawne.

Powieść zapewniła Fitzgeraldowi mniejsze bogactwo niż sławę. Miał zaledwie dwadzieścia cztery lata i mogło się wydawać, że sukces jest mu pisany. Tego samego roku Charles Scribner napisał do Shane’a Lesliego: „Pański list polecający nam Scotta Fitzgeralda okazał się dla nas ważny; Po tej stronie raju stał się naszym bestselerem w tym sezonie i nadal trzyma się mocno”.

W pierwszym gorącym okresie rozgłosu w książce przeoczono wiele poważnych błędów pisowni. Perkins całą winę za to brał na siebie. Tak bardzo bał się reakcji innych pracowników Scribner’s Sons, że niemal nie wypuszczał książki z rąk na żadnym etapie jej przygotowywania — nawet korekty. W Of Making Many Books Roger Burlingame zauważył, że gdyby nie surowy nadzór Irmy Wyckoff, oddanej Perkinsowi sekretarki, Max „sam stałby się prawdopodobnie fenomenem ortograficznym”. Wkrótce niedostrzeżone przez Perkinsa błędy stały się głównym przedmiotem rozmów. Latem dowcipny recenzent literacki nowojorskiej „Tribune”, Franklin P. Adams, uczynił z poszukiwania usterek językowych grę towarzyską. W końcu pewien wykładowca z Harvardu przesłał do wydawnictwa listę ponad stu błędów. Było to upokarzające dla Perkinsa, ale jeszcze bardziej jego dumę uraził fakt, że uchybienia wytykał mu także autor powieści, sam popełniający okropne błędy ortograficzne. Fitzgerald cieszył się, że jego powieść była dodrukowywana co tydzień, lecz zżymał się na to, że wiele błędów z listy Adamsa zostało poprawionych dopiero w szóstym nakładzie.

Wydaje się jednak, że literówki nie miały większego znaczenia dla czytelników. Książka szczególnie działała na wyobraźnię młodzieży, niepewnej swej przyszłości. Mark Sullivan miał później powiedzieć na temat bohatera stworzonego przez Fitzgeralda: „Młodzi ludzie odnajdowali w zachowaniu Amory’ego wzór dla własnego postępowania — a zaniepokojeni rodzice widzieli w nim ziszczenie swych najgorszych obaw”. Roger Burlingame zauważył, że powieść „wyrwała z poczucia bezpieczeństwa i uświadomiła wszystkim spokojnym rodzicom pokolenia biorącego udział w wojnie, że coś wyrazistego, strasznego i prawdopodobnie nieodwracalnego przydarzyło się ich dzieciom. Ich dzieciom dało to z kolei pierwsze, pełne dumy poczucie przynależności do »straconego pokolenia«”. „Ameryka zmierzała ku największemu i najjaskrawszemu szaleństwu w swojej historii i wiele miało być do opowiadania” — napisał później Fitzgerald.

Miesiąc po wydaniu powieści Scott wysłał swojemu redaktorowi jedenaście opowiadań i sześć wierszy — trzy z nich zostały „dostrzeżone w Second Book of Princeton Verse” — oraz kilka sugestii tytułów antologii. Perkins przeczytał wszystkie przysłane utwory, wybrał osiem nowel i tytuł Flappers and Philosophers, jako najlepszy spośród radosnych propozycji autora. Charles Scribner uznał ten wybór za „okropny”, ale był skłonny dać Perkinsowi szansę przekucia pierwszego sukcesu w kolejny.

Dochód osiągany przez Fitzgeralda z pisarstwa w latach 1919–1920 wzrósł z 879 dolarów do 18 850 i Scott wszystkie te pieniądze roztrwonił. Scribner szybko zorientował się, że pisarz nie przejmował się oszczędzaniem, niewiele też dbał o przyszłość. Napisał do Shane’a Lesliego, że młody autor „bardzo ceni przyjemności życia i jest skłonny w pełni z nich korzystać, kiedy dobrze mu idzie. Oszczędność nie należy do jego cnót”.

Podczas współpracy z Fitzgeraldem Perkins wykształcił zwyczaj wysyłania książek do swoich autorów. „Max był jak aptekarz z dawnych czasów” — zauważył jeden z nich, James Jones. „Gdy tylko zauważył, że jesteś ospały, przepisywał ci książkę, która cię ożywiała. Zawsze były one specjalnie wybrane do twojego stanu, doskonale odpowiadały twojemu gustowi i temperamentowi, lecz dawały wystarczająco mocnego kopa, żeby twoje myśli pobiegły w nowym kierunku”. W czerwcu 1920 Max wysłał Fitzgeraldowi egzemplarz powieści Van Wyck Brooksa The Ordeal of Mark Twain. NapisałScottowi, że Brooks „to chłop błyskotliwy i niezwykle uroczy; jeśli rzeczywiście zależy Ci na tej książce, chciałbym, żebyś się z nim spotkał”. Van Wyck Brooks był najbliższym przyjacielem Perkinsa. Znali się od przedszkola, do którego uczęszczali w Plainfield w stanie New Jersey, i razem studiowali na Harvardzie. W tamtym czasie, dwanaście lat po ukończeniu studiów, Brooks właśnie stawał się najbardziej wpływowym amerykańskim krytykiem literackim.

„To jedna z najbardziej inspirujących książek, jakie czytałem, miałem wrażenie, że zapiera mi dech w piersiach” — odpisał Fitzgerald kilka dni po otrzymaniu przesyłki. „Właśnie skończyłem najlepszą książkę, jaką napisałem, ta powieść będzie dziełem mojego życia”. Scott intensywnie popodkreślał swój egzemplarz The Ordeal of Mark Twain, co stanowi dowód na to, że dzieło to miało głębszy wpływ na kolejny zbiór jego opowiadań. Fitzgerald przeczytał u Brooksa o powieści Samuela Clemensa (Marka Twaina) Gilded Age, w której bohater udaje się na Zachód, żeby odnaleźć złoże węgla i wzbogacić się na tyle, by móc poślubić ukochaną kobietę. Później Scott napisał opowieść, w której FitzNorman Culpepper Washington natknął się na cenny minerał w Montanie. Akcja jego opowiadania rozgrywa się mniej więcej w tym samym czasie, co powieść Twaina. Pisarz zatytułował utwór Diament wielki jak góra.

Fitzgerald, w przeciwieństwie do Perkinsa, pracował całe lato. Redaktor nie umiał cieszyć się z wakacji, jeśli nie czuł, że na nie zasłużył — a tym razem, po raz pierwszy, odkąd zaczął pracować w wydawnictwie, czuł, że ma do nich pełne prawo. Przed wyjazdem na urlop przesłał Fitzgeraldowi swój adres, żeby w razie jakiejkolwiek potrzeby mógł się z nim skontaktować. Była to jedynie nazwa miasteczka, do którego wyjeżdżał na lato niemal przez całe życie.

Windsor (w Vermoncie) znajduje się w jednej trzeciej drogi do granicy między stanami Vermont i New Hampshire, na zachodnim brzegu rzeki Connecticut. Dla Perkinsa było to najwspanialsze miejsce na ziemi. Około siedemdziesięciu lat wcześniej, w cieniu góry Ascoutney, jego dziadek ze strony matki wybudował kompleks domów, w których zgromadził całą rodzinę. „Windsor był osobistym rajem wnuków mojego dziadka” — napisała Fanny Cox, siostra Maksa, w „Vermonterze”. „Zimą mieszkaliśmy w różnych miejscach […], ale latem zbieraliśmy się na dużym placu otoczonym palikowym ogrodzeniem, przy którym stało sześć domów ustawionych frontem do wiejskiej ulicy. Z tyłu, na stoku wzgórza opadającego ku stawowi, rozciągały się zielone trawniki obsadzone żywopłotem i okrągłymi rabatkami begonii”. Wzniesienie nad stawem było szczególnie pięknym miejscem, ze strumieniami spływającymi w dół wzgórz i ścieżkami wijącymi się pośród brzóz i sosen. Rodzina nazywała ten las „Rajem”.

W „Raju” młodzież mogła dokazywać, ile dusza zapragnie. Młody Max Perkins spędził tam mnóstwo godzin z braćmi, siostrami i kuzynami. Później, gdy sam został ojcem, zabierał tam swoje dzieci. Teraz im przypadały wszystkie rozkosze na drugim końcu siedmiogodzinnej podróży z Nowego Jorku odbywanej w White Mountain Express, niezwykle wygodnym pociągu wakacyjnym.

„Najwspanialszym uczuciem jest pójść do łóżka zmęczonym” — powiedział Perkins jednej z córek. Pora kładzenia się spać, te kilka minut przed zaśnięciem, kiedy można „kierować snami”, zawsze była jego ulubioną. Tuż przed zaśnięciem Perkins często przenosił się do Rosji 1812 roku — swojej ulubionej sceny z Wojny i pokoju. Każdej nocy wyobrażał sobie armię Napoleona wycofującą się spod Moskwy w mróz i wczesnozimowy śnieg. Rano, kiedy postaci z powieści Tołstoja już przed nim przedefilowały, twierdził, że w Windsorze jego sny są wyraźniejsze oraz że śpi tam mocniej niż w jakimkolwiek innym miejscu.

Każdego lata Max zabierał córki na wycieczkę na górę Ascutney. Kazał im na przemian iść przez pół godziny, a później odpoczywać przez dziesięć minut — tak jak książę Andrzej z Wojny i pokoju swoim żołnierzom. Największą jednak przyjemnością w Windsorze były dla niego długie, samotne przechadzki. Nazywał je „autentycznymi spacerami”. W samotności przemierzał ziemie niegdyś należące do jego przodków.

[1]Fr. ‘zarozumiały’. (Jeśli nie zaznaczono inaczej, przypisy dolne pochodzą od tłumacza).

[2] YMCA (Young Men’s Christian Association) — Chrześcijańskie Stowarzyszenie Młodych Mężczyzn; chrześcijańska organizacja kulturalno-oświatowa założona w 1844 w Londynie przez G. Williamsa (1821–1905), rozwinięta zwłaszcza w środowiskach protestanckich krajów anglosaskich.

[3] Perkins błędnie zapisał tytuł. W całej książce zachowano oryginalną pisownię, także interpunkcja z cytowanych dokumentów została zachowana, o ile błędy nie utrudniają zrozumienia treści (przyp. autora).

[4] F. Scott Fitzgerald, Po tej stronie raju, przeł. Małgorzata Golewska-Stafiej, Leszek Stafiej, Warszawa 1992, s. 314.

Rozdział trzeci

Pochodzenie

„Nikt prawdziwie nie znał Maksa, jeśli nie rozumiał, co znaczy dla niego Windsor, i w ogóle Vermont, ów zakątek starej, wiejskiej Ameryki, od której jego życie pod wieloma względami było tak bardzo oddalone” — napisał Van Wyck Brooks w Scenes and Portraits. Perkins niemal całe życie spędził w Nowym Jorku lub na jego przedmieściach, ale to surowe wartości cenione w Nowej Anglii ukształtowały jego charakter. Miał mnóstwo jankeskich dziwactw i uprzedzeń. Bywał zrzędliwy w zachowaniu i osądzie literackim, uparty i staromodny. A jednak — Brooks był o tym przekonany — Windsor uczynił go w głębi duszy człowiekiem „bezpośrednim, wolnym od uprzedzeń i złych uczuć, bliskim i świeżym”. Jego uformowany w Nowej Anglii umysł był pełen sprzeczności.

Redaktor urodził się 20 września 1884 roku na Manhattanie, na rogu Drugiej Alei i Czternastej Ulicy, otrzymał miano William Maxwell Evarts Perkins i był dziedzicem dwóch wybitnych rodzin. Brooks stwierdził, że poznał „niewielu Amerykanów, w których historia byłaby równie silnie obecna i ucieleśniona; można było dostrzec, jak na niego oddziałuje, czasem niezbyt korzystnie, bo jego umysł nieustannie znajdował się w stanie wojny domowej”.

Brooks uważał, że Max nigdy do końca nie przetrawił angielskiej bitwy między okrągłogłowymi i kawalerami z 1642 roku. Wojna przekroczyła ocean i osiem pokoleń później zagnieździła się w jego duszy. O ile dziedzictwo Perkinsów uczyniło go „romantycznym, żądnym przygód, eleganckim, szczerym, wesołym, uprzejmym i pełnym naturalnego czaru chłopcem”, o tyle Evartsowie sprawili, że był przekonany, iż wszystko należy osiągać w trudzie, „iść w życiu pod prąd”. Brooks pisał, że: „Jedna albo druga strona […] biorąca udział w [bitwie] nieustannie wysuwała się naprzód w przełomowych momentach jego życia”.

Walijczyk John Evarts był pierwszym przodkiem Maxwella Perkinsa, który wyemigrował do Nowego Świata. Jako służący kontraktowy[5] w 1635 roku wypłynął do Ameryki, osiadł w Concord w stanie Massachusetts, a w 1638 roku uzyskał wolność. Sto pięćdziesiąt lat później żył tylko jeden bezpośredni potomek protoplasty rodu — Jeremiah Evarts. Urodził się on w 1782 roku, ukończył Yale College i pracował jako prawnik w New Haven. Był surowym, religijnym człowiekiem, purytaninem. Współcześni mu utrzymywali, że „cechowała go zbyt nieugięta prawość, aby zyskał popularność jako prawnik”. Ożenił się z Mehitabel Barnes, owdowiałą córką Rogera Shermana, jednego z sygnatariuszy Deklaracji Niepodległości w Connecticut. Osiedlili się w Charlestown w stanie Massachusetts, gdzie Jeremiah objął posadę redaktora czasopisma „Panoplist” — organu ortodoksyjnych independentów. Całkowicie poświęcił się drukowaniu ulotek i pracy misjonarskiej, ale nie ograniczał swojej działalności agitatorskiej do spraw religijnych. Za głoszenie konieczności zniesienia niewolnictwa spędził rok w więzieniu w Georgii. W marcu 1818 roku, podczas podróży z Savannah, dowiedział się o narodzinach syna — Williama Maxwella Evartsa.

William w 1833 roku rozpoczął naukę w Yale, gdzie został jednym z założycieli „Yale Literary Magazine”. Skończył uczelnię z wyróżnieniem i wstąpił na wydział prawa na Harvardzie. Richard Henry Dana, który w książce Two Years Before the Mast spisał swoje morskie przygody, immatrykulację wspominał następująco: „Najlepszą mowę do studentów, jaką tam słyszałem, wygłosił Wm. M. Evarts […]. Gdyby nie okazał się postacią wybitną, zawiódłby więcej osób niż jakikolwiek inny młody człowiek, jakiego spotkałem”. W 1843 roku Evarts ożenił się z Helen Minervą Wardner w jej domu rodzinnym w Windsorze. W ciągu kolejnych dwudziestu lat spłodził siedmiu synów i pięć córek.

Evarts sprostał oczekiwaniom Dany. W 1855 roku jego prawnicza kariera w Nowym Jorku zwróciła międzynarodową uwagę, kiedy przeznaczył tysiąc dolarów — jedną czwartą całego swojego majątku — na cele ruchu abolicjonistycznego. Do 1889 roku, gdy po raz ostatni pojawił się w sądzie, wziął udział w licznych rozprawach dotyczących podstawowych zapisów Konstytucji. Dictionary of American Biography nadał mu tytuł „bohatera trzech wielkich spraw” jego czasów — arbitrażu genewskiego, wyborów Tilden–Hayes z 1876 roku oraz usunięcia z urzędu Andrew Johnsona. W każdej z nich odniósł zwycięstwo: przyczynił się do wypłacenia rekompensat od krajów walczących z Unią podczas wojny secesyjnej, doprowadził do ustąpienia ze stanowiska prezydenta polityka, który przegrał referendum, bronił także praw innego do dalszego sprawowania władzy prezydenckiej.

Podczas przygotowywania się do spraw Evarts zawsze zasięgał rady uczonych przyjaciół. Często zwracał się do Henry’ego Adamsa, który zanotował w swojej utrzymanej w narracji trzecioosobowej autobiografii: „Bez wątpienia najszybszym sposobem oczyszczenia umysłu jest dyskusja, a Evarts celowo zmusza do dyskutowania. Dzień po dniu podczas przemieszczania się, jedzenia i spacerów prowokował Adamsa do omawiania jego poglądów. Mawiał, że potrzebuje kowadła do wykuwania swoich pomysłów”. W 1877 roku prezydent Hayes mianował Evartsa sekretarzem stanu. Nowojorska legislatura dwukrotnie wybrała go do Senatu Stanów Zjednoczonych.

Po przejściu na emeryturę Evarts wrócił do Vermontu, gdzie apodyktycznie zarządzał sprawami rodzinnymi. Jego „Biały Dom” w Windsorze był wewnątrz ciemny i pełen wiktoriańskich ciężkich mebli, znajdowały się tam także oprawione w złote ramy portrety przodków rodu Evartsów i marmurowe popiersie samego Williama Maxwella w todze.

Barwne postacie z rodu Perkinsów zajmują w Dictionary of American Biography niemal tyle samo kolumn,co surowi Evartsowie, którzy jednak w większości nie potrafili tego docenić. Jedna z kuzynek z gałęzi Evartsów dziewięćdziesiąt lat po śmierci Maksa nadal utrzymywała, że „Perkinsowie mieli błędne przekonania polityczne, siadali po złej stronie kościoła i wszyscy zostali pochowani po niewłaściwej stronie cmentarza”.

Charles Callahan Perkins, dziadek Maksa ze strony ojca, odziedziczył po swoich rodzicach pieniądze i temperament, które w naturalny sposób uczyniły z niego wpływowego przyjaciela sztuk w rodzinnym Bostonie. Był potomkiem Edmunda Perkinsa, przybyłego do Nowej Anglii w 1650 roku, a na emigracji został zamożnym i filantropijnym kupcem — magnatem wschodnioindyjskim. Edmund miał kilkoro dzieci, które podczas wojny o niepodległość stanęły po stronie lojalistów. Charles w 1843 roku ukończył Harvard i przejawiał zainteresowanie rysunkiem oraz malarstwem. Nie przyjął propozycji zajęcia się interesami i wyjechał za granicę z decyzją przekształcenia swego zamiłowania do sztuki w poważne studia. W Rzymie obracał się wśród ważnych artystów, jednak przeciętny talent sprawił, że pozostał amatorem. Doszedł do wniosku, że mógłby przynajmniej poświęcić życie interpretacji sztuki, i stał się pierwszym amerykańskim krytykiem. W 1855 roku poślubił Frances D. Bruen z Nowego Jorku. Perkins utrzymywał bliskie stosunki z Browningami w Europie, a w Bostonie z Longfellowem. Napisał kilka dużych studiów poświęconych rzeźbie europejskiej.

Do czasu, kiedy troje dzieci Charlesa Perkinsa osiągnęło dojrzałość, ich ojciec roztrwonił większość swojego majątku. Wrócił z rodziną do Nowej Anglii i zaprzyjaźnił się z senatorem Evartsem. Drugie dziecko Charlesa, Edward Clifford — absolwent prawa na Harvardzie — poznał córkę senatora, Elizabeth, i się w niej zakochał. W 1882 roku, gdy oboje mieli po dwadzieścia cztery lata, wzięli ślub w Windsorze.

Elizabeth była pełną godności i czaru kobietą, która — jak mówiono — zawsze chodziła w tym samym tempie: nie za wolno, żeby nie sprawiała wrażenia, że idzie bez celu, ale też nie na tyle szybko, by wydawało się to niekobiece, z rękami złożonymi na talii. Często w Waszyngtonie przyjmowała gości ojca. Jej mąż był żywszy i miał bardziej buntownicze usposobienie. Wyjechali do Plainfield w stanie New Jersey, a Edward kontynuował praktykę prawniczą w Nowym Jorku. Na stację kolejową jeździł na welocypedzie, pierwszym w mieście. W ciągu trzynastu lat Perkinsowie doczekali się sześciorga dzieci. Elizabeth była matką, która od potomstwa nigdy nie wymagała dobrego zachowania, raczej się go spodziewała. Edward był łagodnym ojcem.

Odmienne cechy dwóch rodów połączyły się w ich drugim dziecku — Williamie Maxwellu Evartsie Perkinsie. Jego charakter stanowił połączenie wyczucia estetycznego Perkinsów i dyscypliny Evartsów. Już jako chłopiec Max odznaczał się talentem artystycznym i nowoangielskim zdrowym rozsądkiem.

Każdego niedzielnego wieczoru Edward Perkins czytał rodzinie na głos. „Wszyscy siadaliśmy naprzeciw ojca. Czytał nam Ivanhoe albo Pierścień i różę — wspominała młodsza siostra Maksa, Fanny — a my wszyscy wybuchaliśmy śmiechem, bo te romanse nawet wówczas wydawały się okropnie melodramatyczne”. Maksowi i jego starszemu bratu Edwardowi ojciec czytał francuskie książki, które tłumaczył, żeby podtrzymać znajomość języka. Oczarowani chłopcy słuchali fantastycznych przygód trzech muszkieterów, wspomnieńgenerała Marbota i Histoire d’un conscrit de 1813 Erckmanna-Chatriana. Max dorastał zapatrzony w armię, a zwłaszcza w heroiczne historie o Napoleonie.

W wieku szesnastu lat Maxwell wyjechał do St. Paul’s Academy w Concord w stanie New Hampshire, rok później wrócił jednak do domu, gdyż sytuacja finansowa rodziny nie pozwalała na jego dalszą naukę w tej szkole. Pod koniec października 1902 roku ojciec Maksa, który uparcie odmawiał noszenia ciepłego płaszcza, zachorował na zapalenie płuc. Zmarł trzy dni później, w wieku czterdziestu czterech lat. Edward C. Perkins nie zostawił żadnych oszczędności; wdowa z sześciorgiem dzieci dzięki różnym rodzinnym funduszom powierniczym miała mimo wszystko zapewnioną spokojną przyszłość. Max zdobył wykształcenie średnie w Leal School w Plainfield.

Gdy Edward, najstarszy syn Perkinsów, wyjechał na studia do Harvardu, Max zajął przy stole krzesło przynależne głowie rodziny. Jankeski instynkt kazał mu ukrywać żałobę i przejąć możliwie najwięcej ojcowskich ról. Czuł, że musi w obliczu przeciwności pokazać rodzinie niewzruszony hart ducha. Zajmował się młodszym rodzeństwem stanowczo, ale z czułością, a bracia i siostry go uwielbiali. Pewnego rana, kiedy po modlitwie matka zalała się łzami, głaskał ją po ramieniu, aż przestała płakać. Wiele lat później powiedział własnym dzieciom: „Człowiek każdy dobry uczynek robi po to, żeby sprawić przyjemność swojemu ojcu”.

Jako nastolatek doświadczył — podobnie jak większość chłopców w tym wieku — szczenięcej miłości. „Do diabła, tego popołudnia pocałowałem ładną dziewczynę” — napisał do Van Wyck Brooksa w 1900 roku. „Musiałem przekonywać ją ze trzy godziny, w końcu jednak się zgodziła”. Przez kilka letnich miesięcy z kolei dawał prywatne lekcje dzieciom w Southampton na Long Island, a jako szesnastolatek pracował jako doradca w firmie Camp Chesterfield w New Hempshire. Pewnego dnia w środku lasu Max, podobnie jak kilkoro młodych turystów,usłyszał przeraźliwe krzyki. Odesłał chłopców do obozu, po czym wyruszył na poszukiwanie miejsca, skąd dochodziły odgłosy. Dotarł do chałupy, gdzie zobaczył kobietę stojącą w drzwiach i szarpiącą się z dwoma uzbrojonymi mężczyznami. Jeden z nich zapytał: „Czego tu chcesz?”. „Przyszedłem uratować tę panią” — odparł chłopak. Później Maxwell zanosił się śmiechem, opowiadając tę historię, bo okazało się, że kobieta była w malignie pijackiej, a mężczyźni po prostu chcieli wprowadzić ją do domu.

Kolejnego lata doszło do pewnego drobnego wydarzenia, które miało wpłynąć na całe późniejsze życie Perkinsa. Po południu poszedł kąpać się z młodszym kolegą, Tomem McClarym, w głębokim stawie w Windsorze. Tom, który słabo pływał, w połowie długości zbiornika stracił odwagę i uczepił się szyi Maksa. Obaj zaczęli tonąć. Maxwell uwolnił się z uścisku i popłynął w kierunku lądu. Po chwili pomyślał o koledze. Kiedy się obejrzał, zobaczył chłopaka unoszącego się na powierzchni twarzą w dół. Podpłynął do niego, chwycił w pasie i doholował do brzegu. Objął Toma za brzuch, żeby wyciągnąć go na plażę, dzięki czemu wypompował z niego wodę i przywrócił oddech. Chłopcy postanowili nikomu nie mówić o tym wypadku, ale nigdy o nim nie zapomnieli.

O tym, jak Tom McClary niemal się utopił, Maxwell wiele lat później po raz pierwszy i jedyny opowiedział przyjacielowi. „Z natury jestem nieostrożny, nieodpowiedzialny i lękliwy. […] Kiedy miałem siedemnaście lat, uświadomiłem to sobie za sprawą tego drobnego, niewartego wspominania wypadku, gdy okazałem się nieudolny, i podjąłem postanowienie, którego odtąd się trzymam: nigdy nie unikaj odpowiedzialności za swoje czyny” — powiedział wówczas. Postanowienie to było tak silne, że wkrótce bezinteresowność i obowiązek stały się najważniejsze dla osądu Perkinsa.

Max, podobnie jak wcześniejsze pokolenia Perkinsów, poszedł na studia do Harvardu. Tam zrezygnował z nieużywanego pierwszego imienia, jakby chciał się w ten sposób uwolnić od dziedzictwa przodków. W 1907, jako student ostatniego roku, napisał:

Moim zdaniem college jest miejscem rozwoju, pokonywania uprzedzeń, spojrzenia na rzeczy własnymi oczami. Tutaj chłopiec po raz pierwszy staje samodzielnie na własnych nogach. Dotychczas był w rękach innych, którzy go formowali, teraz musi formować się samodzielnie. Musi odciąć się od starych idei.

Po przybyciu na Harvard jedynie towarzyska strona uczelni zrobiła wrażenie na Maksie. „Podziwiam »lekkoduchostwo«, towarzyskie próżnowanie” — napisał w szkolnym eseju Varied Outlooks. „Też chciałbym się dobrze ubierać, mieć licznych przyjaciół, palić i pić w kawiarniach, zajmować pierwsze rzędy w rozświetlonych operach”. Miał cienkie blond włosy i pod pewnymi względami wydawał się delikatnie urodziwy, a pod innymi raczej niezwykły niż przystojny. Na fotografiach z rocznika uczelnianego krytyk literacki, Malcolm Cowley, dopatrzył się uderzającego podobieństwa między Perkinsem a Napoleonem — jednym z bohaterów dzieciństwa Maxwella — z okresu, kiedy Korsykanin był młodym porucznikiem artylerii. „Takie same szerokie, zmysłowe usta, rzymski nos, wysokie czoło i duże, przylegające do głowy uszy”.

Na pierwszym roku, w listopadzie, Perkins trafił do aresztu po zawodach sportowych w Yale za przebywanie w towarzystwie pijanego i nieporządnie ubranego kolegi. W grudniu od swojego roku otrzymał „tytuł” pierwszego wśród najmłodszych studentów, który znalazł się pod dozorem sądowym. Było to wyróżnienie, które „lekkoduch” zawsze wspominał z dumą.

W Cambridge Perkins uważał się za pokrzywdzonego przez los. W przeciwieństwie do zamożnych studentów ze „Złotego Wybrzeża” miał ograniczone fundusze. Latem musiał pracować i z tego powodu czuł się podle. Był dumny z pochodzenia od Evartsów i Perkinsów i lubił powtarzać, że „niektórzy z nich byli bardzo majętni, inni bardzo biedni, ale nie sposób odróżnić jednych od drugich”. W college’u czuł się tak, jakby został całkowicie odarty ze swojej godności rodowej. Nie miało to dużego wpływu na sposób postrzegania go przez otoczenie, w Maksie wykształciła się jednakże nowoangielska niechęć do przyjmowania czegoś, na co sam nie zapracował. „Gdy ktoś wyświadcza ci przysługę, uzyskuje na własność część ciebie” — wyjaśnił kiedyś swojej trzeciej córce, która później wspominała: „Jeden z jego najbliższych przyjaciół, mieszkający w luksusowym domu na Long Island, wielokrotnie zapraszał go do siebie na weekend. Ojciec miałby ochotę pojechać, jednak nie zrobił tego, bo nie stać go było na danie napiwku kamerdynerowi”.

Zamiast tego Perkins niemal co tydzień udawał się w starej koszuli z wytartymi mankietami do swojego wuja, wielebnego Prescotta Evartsa, rektora Christ’s Church w Cambridge. „Max zawsze sprawiał wrażenie, że cieszy się ze spotkań rodzinnych” — wspominał syn duchownego, Richard. „Graliśmy w warcaby, jedliśmy kolację i często prowadziliśmy głośne dyskusje, zwykle na tematy społeczne, na przykład o znaczeniu dziedziczności versus środowisko. Ale wszyscy wiedzieliśmy, że niedzielny wieczór spędzony w naszym towarzystwie jest jego sposobem na oszczędzanie”.

„Miarą sukcesu mężczyzny jest to, do jakich klubów należy” — napisał Perkins, gdy był studentem ostatnich lat. Kiedy jego wuj Prescott, absolwent Harvardu, dowiedział się, że Max dostał zaproszenie do Fox Club, jednak nie może sobie pozwolić na wstąpienie do niego, wypisał czek na pokrycie koniecznych kosztów. Siostrzeniec opierał się przyjęciu pomocy, ale ostatecznie zgodził się, bo — jak zauważył: „nie można zaprzeczyć roli, jaką kluby odgrywają w Harvardzie”.

Perkins był również członkiem grona „Harvard Advocate”, kampusowego magazynu, i został wybrany do jego rady redakcyjnej. W większości artykułów wyśmiewał się z dżentelmeńskich praktyk i rozrywek harvardzkich studentów. W jednym ze swoich esejów, On Girls and Gallantry,napisał: „Autorytety potwierdzają, że cześć, jaką mężczyźni otaczają kobiety, jest miarą, którą mierzy się poziom cywilizacji […]. Tego przynajmniej jestem pewien: nie tylko nie ma dwóch podobnych dziewcząt, nawet żadna dziewczyna nie jest taka sama — chyba że przez czysty zbieg okoliczności — w dwóch różnych momentach”.