Genialne dziewczyny. 15 historii niezwykłych kobiet, które przyczyniły się do rozwoju nauki - Vichi March, Roberta Fulci - ebook
Opis

Piętnaście historii inspirujących kobiet, których największą pasją była nauka!

Kosmiczne podróże, wielkie odkrycia medyczne, wieloletnie badania – poznaj "Genialne dziewczyny", które potrafiły podążać za swoimi marzeniami i dzięki swoim poczynaniom zapisać się na kartach historii.

Każde z piętnastu ilustrowanych opowiadań jest dowodem na to, że osiągnięcia naukowe nie są zarezerwowane tylko dla mężczyzn. Ta piękna i wypełniona ciekawostkami ze świata nauki książka zainspiruje do odkrywania i realizowania pasji zarówno dorosłych, jak i młodszych czytelników.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 184

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


WALENTINA TIERIESZKOWADziewczyna, która wyruszyła na podbój kosmosu

Przekonała mnie moja przyjaciółka Galina. Powtarzała mi w kółko:

– Skakanie ze spadochronem to najpiękniejsza rzecz na świecie.

Z początku jej nie wierzyłam. A może się bałam. Pierwszy raz pojechałam na lotnisko i uznałam, że spadochroniarstwo nie jest dla mnie. Czułam się przytłoczona, kiedy patrzyłam na te małe ludziki, które żeglowały po niebie, by w końcu opaść na ziemię. Potem pojechałam tam jeszcze raz. Choć się bałam, pociągała mnie wywieszka z napisem „Klub spadochronowy”. Zaintrygowana patrzyłam przede wszystkim na dziewczyny, które śmiały się i żartowały przy składaniu spadochronów, zaraz po tym, jak wylądowały. Skoro one skakały, dlaczego nie miałabym i ja? W końcu podjęłam decyzję. Ciekawość zwyciężyła strach. Zapiszę się na kurs spadochronowy!

Któregoś wieczoru wróciłam do domu później niż zwykle. Coś w moim zachowaniu albo wyglądzie zwróciło uwagę mojej matki.

– Walentina, co się stało? Jakaś dziwna dziś jesteś – powiedziała zaniepokojona.

Zawahałam się, ale na razie postanowiłam nic jej nie mówić o tym, że zamierzam spróbować spadochroniarstwa. Nie chciałam, żeby się martwiła. Miała już dość problemów i przykrości w życiu. Mój ojciec zginął na wojnie z Finlandią, kiedy ja, urodzona w 1937 roku, miałam zaledwie trzy lata. Mama samotnie wychowała mnie, brata i siostrę, ciężko pracując przez całe życie. Byliśmy tak biedni, że w niektóre dni brakowało nam pieniędzy nawet na kawałek chleba. A jednak nigdy nie słyszałam, żeby narzekała. Poprawiło się nam trochę, kiedy matka znalazła pracę w fabryce włókienniczej. Ja także pracowałam w fabryce. Rzuciłam szkołę, kiedy miałam siedemnaście lat, ale zawsze lubiłam się uczyć, więc zapisałam się na kursy korespondencyjne. Wieczorem się uczyłam, w dzień pracowałam.

Z miasta, w którym dorastałam – nazywa się Jarosław i leży w europejskiej części Rosji, niecałe trzysta kilometrów na północny wschód od Moskwy – pamiętam deszcz i okna mojego domu wyglądające w stronę lotniska, tego samego, z którego miałam wyprawić się na moje pierwsze skoki spadochronowe. Kiedy byłam całkiem mała, marzyłam o tym, by zostać maszynistką, prowadzić pociągi i odwiedzać różne miasta. Marzyłam o podróżowaniu, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że będę podróżować w kosmos!

W klubie spadochroniarskim najpierw uczęszczałam na zajęcia teoretyczne. Potem nadszedł wielki dzień. Skoczę ze spadochronem! Pamiętam to tak dobrze, jakby to było wczoraj. Był 21 maja 1959 roku, miałam dwadzieścia dwa lata i wielkie pragnienie, by żyć i doświadczyć jak najwięcej.

Przyjechałam na lotnisko wcześnie rano. Niebo zasnuły chmury, padała lekka mżawka.

– Poczekamy – powiedział instruktor, spoglądając w niebo. – Pogoda nie jest dobra.

Co za rozczarowanie! Może będzie trzeba przełożyć skok. Jednak po jakimś czasie słońce wyjrzało zza chmur. Mogliśmy skakać. Mały samolot, na pokład którego wsiedliśmy, wystartował i parę minut później byliśmy już na odpowiedniej wysokości.

Huk silnika był ogłuszający i bałam się, że nie usłyszę komendy nakazującej skok. Może byłam zdenerwowana, a może niecierpliwa. W końcu wydało mi się, że słyszę głos wydający komendę. Zamknęłam oczy, zrobiłam krok w pustkę i zaczęłam spadać. Wydawało mi się, że lecę zbyt szybko, a potem biała czasza spadochronu się otwarła i poczułam, jak moje ciało spływa w kierunku ziemi. Widziałam pod sobą połyskującą wstęgę Wołgi i wielką połać zieleni. Byłam szczęśliwa! Wykonałam konieczne manewry zgodnie z instrukcjami, których się nauczyłam, i w końcu dotknęłam stopami ziemi. Hura, dałam radę! Jednak euforia trwała krótko. Usłyszałam szorstki męski głos, który tonem napomnienia zapytał mnie:

– Dlaczego skoczyłaś, nie czekając na komendę?

Poczerwieniałam jak burak.

– To nie moja wina – próbowałam się usprawiedliwić. – Silnik pracował bardzo głośno.

Usłyszałam stłumiony śmiech pozostałych skoczków. Byłam wściekła. Ale szybko wrócił mi dobry humor, kiedy instruktor dodał:

– Ale całkiem niezły skok jak na nowicjuszkę. I pamiętaj, że uczymy się na błędach. Wy wszyscy – dodał, patrząc po kolei na każdego i każdą z nas – możecie stać się dobrymi spadochroniarzami.

Do domu wróciłam późnym wieczorem. Otworzył mi brat z wyzywającą miną.

– Gdzie byłaś? Mama się martwi, wyszła cię szukać. Zobaczysz, jaka będzie zła, kiedy wróci!

Nie miałam czasu odpowiedzieć. Matka właśnie wchodziła do mieszkania, wściekła jak osa.

– Gdzie byłaś?

To był najwyższy czas, żeby powiedzieć prawdę.

– Skakałam ze spadochronem – powiedziałam spokojnie.

W pierwszej chwili zażądała, by moja noga więcej nie postała na lotnisku.

– Oszalałaś? To nie jest sport dla dziewcząt!

– A właśnie że tak, jest nas w klubie więcej! Są nawet dziewczęta, które pracują ze mną w fabryce.

Udało mi się ją uspokoić. Jeszcze trochę poburczała, aż w końcu skapitulowała, ale kazała mi obiecać, że będę ostrożna.

– Walentina, rób, jak chcesz. Ale uważaj, nie ufam tym spadochronom. Proszę cię, przynajmniej nie skacz ze zbyt dużej wysokości, bo mnie to przeraża.

Uśmiechnęłam się na te słowa. Ja też z początku się bałam. Zamykałam oczy, by nie widzieć pustki ziejącej pode mną. I to samo robiłam przy kolejnych skokach. Dopiero przy piątym albo szóstym zebrałam się na odwagę, by trzymać oczy otwarte od pierwszej chwili. Strach minął. Później powrócił tylko raz.

Zaraz po moim skoku wiatr nagle zmienił kierunek. Uświadomiłam sobie, że spycha mnie daleko od miejsca, w którym miałam wylądować. Spojrzałam w dół i z przerażeniem zobaczyłam stado zwierząt z ogromnymi rogami. Jeśli nic nie zrobię, wyląduję prosto na nie. Zaczęłam gwałtownie manewrować linkami spadochronu, żeby się stamtąd oddalić. Starałam się zachować zimną krew, ale zupełnie nie potrafiłam. Na szczęście udało mi się wylądować obok stada. Pamiętam, że kiedy zwijałam spadochron, rzuciłam wymowne spojrzenie zwierzakom, które patrzyły na mnie z ciekawością. Nie wiedzieć czemu uważałam, że mogą mnie zrozumieć.

Wkrótce spadochroniarstwo stało się moją pasją. Cały wolny czas poświęcałam skokom, a klub na lotnisku stał się moim drugim domem. Matka w końcu pogodziła się z moimi cotygodniowymi wyprawami na skoki, ale nawet nie próbowała ukryć niepokoju i za każdym razem, gdy wracałam, pytała mnie z wyraźną ulgą w głosie:

– I co, jak ci się dziś lądowało?

Zupełnie jakbym była samolotem.

To było dwa lata po moim pierwszym skoku. Któregoś dnia w pracy ludzi ogarnęło wielkie poruszenie. Ktoś krzyczał:

– Hura! Udało się! Nareszcie! Niech żyje Gagarin!

Z początku nie rozumiałam. Po chwili wszystko się wyjaśniło. Nasz rodak Jurij Gagarin poleciał w kosmos. Byłam podekscytowana i dumna. Mój kraj jako pierwszy przeprowadził udany lot kosmiczny z człowiekiem na pokładzie. Słychać było okrzyki radości i wybuchy śmiechu. Ludzie padali sobie w objęcia. To było 21 maja 1961 roku. Tego pięknego wiosennego dnia zaczęłam marzyć, że i ja zostanę kosmonautką.

Próbowałam sobie wyobrazić siebie jako pierwszą kobietę w kosmosie i powtarzałam przyjaciółkom:

– Jestem pewna, że wkrótce także Rosjanki będą uczestniczyć w lotach kosmicznych.

Nie mogłam wiedzieć, że ludzie odpowiedzialni za program kosmiczny myśleli to samo co ja. Skoro Rosjanin jako pierwszy poleciał w kosmos, to pierwszą kobietą kosmonautką również powinna zostać Rosjanka. Tylko w ten sposób mój kraj mógł zapewnić sobie zwycięstwo nad Stanami Zjednoczonymi w rywalizacji o podbój kosmosu.

Jak tysiące innych Rosjan wysyłałam podania o przyjęcie mnie do zespołu kosmonautów.

Skoro Gagarin też zaczynał jako spadochroniarz, czemu ja nie mogłabym osiągnąć tego samego co on?

Myślę, że wiele moich podań trafiło do kosza. W końcu jednak się udało. W grudniu 1961 roku zostałam wezwana na spotkanie.

– Przygotujcie się, za kilka miesięcy rozpocznie się szkolenie.

Pamiętam tę rozmowę jak coś nierzeczywistego. Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

– Spełniacie konieczne wymagania. Umiecie skakać ze spadochronem, nie skończyliście jeszcze trzydziestu lat, ważycie poniżej siedemdziesięciu kilogramów i macie mniej niż metr siedemdziesiąt wzrostu.

Wraz ze mną wybrane zostały cztery inne kobiety: Irina Sołowjowa, Tatiana Kuzniecowa, Żanna Jorkina i Walentina Ponomariowa.

Pewnego wiosennego dnia opuściłam miejsce, w którym się wychowałam, by zamieszkać niedaleko Moskwy, w centrum szkoleniowym kosmonautów zwanym Gwiezdnym Miasteczkiem.

Wszystko otoczono najściślejszą tajemnicą. Nawet mojej rodzinie nie mogłam zdradzić, że zakwalifikowano mnie do grona przyszłych kosmonautów. Niełatwo było wyjechać, nie mówiąc, gdzie się udaję i w jakim celu.

– Mamo, zostałam zakwalifikowana do specjalnej grupy skoczków spadochronowych. Jadę do Moskwy.

Próbowałam powiedzieć to wesoło i lekko, ale matka natychmiast zaczęła coś podejrzewać.

– Do Moskwy? I gdzie będziesz pracować?

– Mam pozwolenie! To oni mnie wysyłają – wymyśliłam naprędce.

Pamiętam dzień, w którym wraz z towarzyszkami po raz pierwszy weszłyśmy do wielkiego budynku, gdzie miało się odbywać nasze szkolenie. Sala była pusta. Stał w niej tylko włączony telewizor. Ściany były obwieszone zdjęciami kosmonautów, pomieszczeń wykładowych, w których miałyśmy uczyć się teorii lotu, jakimiś skomplikowanymi wykresami i wzorami. Serce biło mi mocno i pomyślałam z przerażeniem o czekających mnie sprawdzianach. Bo cóż ja do tej pory osiągnęłam w życiu? Umiałam tylko skakać ze spadochronem. Myślę, że wszystkie byłyśmy przestraszone. Stałyśmy tam w środku i patrzyłyśmy w telewizor, nie wiedząc, co robić, kiedy do sali weszła grupa uśmiechniętych kosmonautów.

– Witajcie! – odezwał się chór powitań i nastąpiła seria uścisków rąk. Wszyscy byli przyjaźni i zaraz zaczęli żartować, starając się nas ośmielić. Ale jestem pewna, że kiedy się tak uśmiechali, to w głębi serca zadawali sobie pytanie, czy damy radę. To była wielka wątpliwość wszystkich w Gwiezdnym Miasteczku, zarówno inżynierów, jak i lekarzy. Czy kobieta będzie miała wystarczająco dużo siły fizycznej i psychicznej, by znieść stres związany z tym przedsięwzięciem? Czy będzie zdolna wytrzymać ogromne przeciążenie, jakiemu podlega ciało podczas startu na orbitę i przy lądowaniu na Ziemi? Czy zniesie totalną samotność i absolutną ciszę przestrzeni kosmicznej? A stan nieważkości? Oczywiście i ja o tym myślałam. Patrzyłam na kolegów wyćwiczonych przez długie godziny treningu fizycznego i nauki.

„Dam radę!”, powtarzałam sobie nieprzerwanie. Musiałam samą siebie przekonać, że jestem na właściwym miejscu.

W ciągu kilku dni nasza mała kobieca grupka znakomicie się odnalazła w wielkiej rodzinie kosmonautów, choć siedzenie w szkolnych ławkach i uczestniczenie w wymagających zajęciach z teorii i matematycznych obliczeń nie było łatwe. Często siadałam koło Gagarina, odznaczonego najwyższym tytułem państwowym Bohatera Związku Radzieckiego.

– Spokojnie – mówił mi. – Zobaczysz, że dasz radę, to nie jest takie trudne, jak się z początku wydaje. – Z uśmiechem dodawał mi odwagi, kiedy widział, że za bardzo się przejmuję.

„A jeśli jednak nie dam rady?”, pytałam samą siebie.

Starałam się robić wszystko co on: odczytywać i interpretować sygnały, rysować tablice astronomiczne. Pod koniec wykładu byłam wyczerpana.

Przygotowanie sprawnościowe również było bardzo wymagające. Długie godziny poświęcałyśmy na różnego rodzaju ćwiczenia, które miały na celu wzmocnienie sił fizycznych i ogólnej sprawności ciała. Pływanie, skoki z trampoliny, spadochroniarstwo, jazda na rowerze. Ponadto były ćwiczenia, na których najbardziej zależało lekarzom, chcącym się dowiedzieć, jak dalece kobiece ciało może się przystosować do warunków podróży kosmicznej. Były tam przyrządy, w których kręcili nami jak w wirówce, aby zobaczyć naszą odporność na przyspieszenia i lot paraboliczny i sprawdzić, czy nadajemy się do przebywania w stanie nieważkości. Długie godziny spędzałyśmy w tak zwanym pokoju ciszy, gdzie byłyśmy całkowicie odizolowane od świata i jakichkolwiek dźwięków. To miało pomóc nam w oswojeniu się z lękiem, którego mogłyśmy doświadczyć tam w górze. Wieczorem wracałam do domu zmęczona, ale szczęśliwa. Byłam z siebie dumna.

Zdawało mi się, że śnię na jawie.

Uczyłam się pilotować samolot i odbywałam częste loty ćwiczebne z moim instruktorem, bardzo doświadczonym i cierpliwym mężczyzną. Nie zawsze szło mi gładko.

– Dlaczego mi się nie udaje? – pytałam z gardłem ściśniętym z rozczarowania i złości, kiedy podczas lotu gubiłam się w obsłudze przyrządów.

– Nie przejmuj się, Walentina, po prostu powtórz czynność – odpowiadał spokojnie. – Uczysz się czegoś nowego, a pilotowanie samolotu nie jest tak łatwe, jak to się wydaje patrzącym z ziemi.

Tygodnie mijały bardzo prędko. Nasz trening stawał się intensywniejszy. Nikt już nie patrzył na to, że jesteśmy dziewczynami. Byłyśmy traktowane na równi z mężczyznami, otaczano nas taką samą troską, ale i stawiano takie same wymagania.

Wielki dzień miał nadejść już niedługo, ale wciąż nie wiedziałyśmy, kto zostanie wybrany do misji kosmicznej. Na początku myślano o wybraniu dwóch kobiet na dwa kolejne loty, potem postanowiono, że poleci tylko jedna z nas. Na drugi lot został wyznaczony mężczyzna.

Do grupy „gotowych do startu” wybrano mnie i Irinę Sołowjową. Ale która z nas poleci? Tego miałyśmy się dowiedzieć dopiero na koniec treningu. Jednym z dwóch mężczyzn w naszej grupie był Walerij Bykowski, sympatyczny i zawsze gotowy do pomocy kolega z naszego kursu.

– Przyczepię ci do prawego rękawa kombinezonu kosmetyczkę. Żebyś mogła sobie zrobić makijaż w kosmosie – żartował.

Ktoś zaczął mnie nazywać „Gagarinem w spódnicy”, może ze względu na takie samo pochodzenie – ze skromnej, robotniczej rodziny. A może z powodu mojego zdecydowanego, ale też pogodnego usposobienia. Byłam dobra z ćwiczeń fizycznych, gorsza z teorii i inżynierii kosmicznej. Zdawałam sobie sprawę, że moje koleżanki z kursu przewyższały mnie w wielu materiach. Ale poprzysięgłam sobie, że dam radę.

Ostateczną decyzję podjął przywódca Związku Radzieckiego, Nikita Chruszczow. Wybrał mnie.

„To prawdziwa Rosjanka, jest dobrze przygotowana i ucieleśnia nasze ideały. Jej nazwisko zapisze się w historii lotów kosmicznych”. Tak brzmiało uzasadnienie.

Byłam najszczęśliwsza na świecie, ale wciąż nic nie mogłam powiedzieć mojej rodzinie. Wiedziałam, że niepokoiła ich moja nieobecność, ale nie miałam wyboru. Musiałam dochować tajemnicy.

W końcu nadszedł ten dzień.

Dwa dni przede mną wystartował Walerij Bykowski na pokładzie statku kosmicznego Wostok 5.

Udało mi się z nim porozmawiać z centrum kontroli lotów. Kiedy jego twarz pojawiła się na monitorze, zaczęłam niemalże krzyczeć:

– Walerij! Uśmiechnij się, jeśli nas widzisz. Mamy już dla ciebie kwiaty na powitanie, kiedy wylądujesz.

– A zasłużyłem sobie na nie? – odparł ze śmiechem.

Pewnie, że sobie zasłużył!

Zanim wszedł na pokład swojego statku, znalazł czas, by podtrzymać mnie na duchu.

– W kosmosie nigdy nie jesteś naprawdę sama. Wciąż są przy tobie konstruktorzy statku, którym lecisz, instruktorzy i nauczyciele, którzy przygotowali cię do lotu, ludzie, którzy cały czas patrzą na ciebie przez monitor, i są jeszcze twoi przyjaciele. Oni też lecą z tobą w kosmos.

Miałam ochotę rzucić się mu na szyję.

Natomiast o dziwo osobą, która nie zrobiła nic, by mnie uspokoić, był Gagarin. Gdy widział, jak jestem zdenerwowana, mówił tylko:

– Rozumiem cię. Niełatwo być pierwszą.

I oto nadeszła wielka chwila.

Stoję blisko stanowiska startowego. Z roztargnieniem witam się z przedstawicielami władz, którzy przybyli, by oglądać start pierwszej kobiety w kosmos. Mam na sobie pomarańczowy skafander, pod którym kryje się drugi, przeciwprzeciążeniowy. Wielki biały kask z napisem ZSRR i przezroczystym przodem sprawia, że czuję się jak ryba w akwarium. Chodzę trochę sztywno z powodu wielkich buciorów, które przydadzą mi się, kiedy opadnę na Ziemię na spadochronie, po katapultowaniu się ze statku. Szef projektu coś do mnie mówi, ale prawie go nie słyszę. Także Gagarin coś mówi. Chcą mnie uspokoić, lecz niepokój już minął. Słyszę tylko głuchy, nieustający hałas, podobny do warkotu werbli. To moje serce tak mocno bije. A potem wszystko dzieje się bardzo szybko.

Jest 16 czerwca 1963 roku, godzina 12.30 czasu moskiewskiego. Silniki zostają włączone. Hałas rośnie, robi się ogłuszający. Mam wrażenie, jakby jakiś olbrzym potrząsał statkiem. Moje ciało, przymocowane pasami do fotela w kabinie, robi się coraz cięższe. Oddycham z trudnością. Czuję się, jakby mnie coś przygniatało, i zaczynam oddalać się od naszej planety.

„Muszę wytrzymać”, mówię sobie.

A potem, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko się zmienia. Mój oddech robi się z powrotem regularny, ciało lekkie. Słyszę głos Gagarina, jakby był tuż koło mnie.

– Czajka, Czajka – wywołuje mnie z sali kontroli lotu na Ziemi. To mój kryptonim. – Wszystko idzie jak po maśle – zapewnia mnie.

– Tu Czajka. Widzę horyzont, jest jak błękitna wstążka opasująca Ziemię. Widziana stąd jest po prostu przepiękna! Wszystko w porządku – odpowiadam z entuzjazmem.

Ale nie wszystko poszło jak z płatka.

Po trzydziestym okrążeniu ziemskiej orbity oprzyrządowanie zarejestrowało poważne niebezpieczeństwo. Przy każdym okrążeniu statek coraz bardziej oddalał się od Ziemi i jej grawitacji. Groziło mi, że zagubię się gdzieś w nieskończonej przestrzeni kosmicznej. Nastały chwile wielkiego niepokoju, kiedy inżynierowie na Ziemi szybko przeliczali trajektorię lotu, by uniknąć nieszczęścia. Był to problem najpoważniejszy, ale nie jedyny. Stan nieważkości sprawiał, że bardzo źle się czułam. Zbierało mi się na wymioty. Drugiego dnia lotu rozbolała mnie prawa noga, a hełm silnie uciskał ramiona. Prawdziwa udręka. Ale nic nie mogłam na to poradzić. W zamian za wszystkie te dolegliwości dostawałam wspaniały widok gwiazd i niewiarygodną ciszę kosmosu. Moja podróż wokół Ziemi trwała siedemdziesiąt dwie godziny, aż w końcu nadszedł moment lądowania. Żałowałam, że to już koniec, a jednocześnie czułam się szczęśliwa.

Przy czterdziestym dziewiątym okrążeniu usłyszałam, jak warczą silniki. Wostok 6 zaczynał przygotowywać się do lądowania. Znów poczułam, jak potężna siła wciska mnie w fotel. Przez szybę widziałam czerwony błysk płomieni silnika. Wyglądały jak języki ognia drżące na niebie. Zamknęłam oczy. Jeszcze głośniejszy hałas oznajmił mi, że weszliśmy w przestrzeń ziemskiej atmosfery. Z każdą sekundą hałas narastał, aż stał się ogłuszający. A potem zostałam katapultowana z mojej kosmicznej kajuty.

– Dzień dobry, Rosjo! – krzyknęłam. Wracałam do domu. Jednak pode mną nie było ukochanej, solidnej ziemi, ale wielkie błyszczące jezioro, do którego żeglowałam na spadochronie. Nie chciałam wpaść do wody. Nie miałabym siły pływać. Byłam przerażona. Przeżyć w kosmosie i umrzeć w sadzawce pełnej wody. „Co za wstyd”, pomyślałam. Ale raz jeszcze wiatr okazał się moim przyjacielem i popchnął mnie w stronę stałego lądu. Wylądowałam, uderzając nosem we wnętrze hełmu i nabijając sobie wielki siniec.

Byłam nareszcie w domu. Widziałam uśmiechnięte twarze ludzi, niebo znajdowało się nade mną. Dałam radę. Byłam dwunastą osobą w kosmosie i pierwszą kobietą, która wyruszyła na podbój gwiazd!

JANE GOODALLBiała małpa i leśny lud

Panno Goodall, zdąży pani przepisać to na maszynie w ciągu godziny?

– Oczywiście, panie dyrektorze.

Ech, czekało mnie kolejne popołudnie w biurze. Miałam dwadzieścia dwa lata, ukończyłam szkołę dla sekretarek i pracowałam w Londynie, w wytwórni filmów dokumentalnych. To była całkiem niezła praca, ale moje obowiązki wydawały się stworzone specjalnie po to, by przypominać mi, że mam kompletnie inne marzenia. Tak właśnie było tamtego dnia, kiedy zaczęłam stukać w klawisze maszyny do pisania. „Przedmiot: Wydatki ekipy filmowej – źródła Nilu”. Ekspedycja do źródeł Nilu! W Afryce! Czaple, krokodyle i nieustraszeni badacze w beżowych strojach tropikalnych, przeprawiający się przez rzekę na pirogach wąskich niczym źdźbła trawy… Oddałabym wszystko, by znaleźć się na ich miejscu. I wcale nie chodziło o to, że chciałam stać się sławna czy trafić do telewizji. Pragnęłam podróżować i żyć w kontakcie z naturą, z moimi ukochanymi zwierzętami. A zamiast tego musiałam się zadowolić stukaniem w klawisze maszyny do pisania i papierkową robotą.

Z wyjątkiem mojej matki nikt nie traktował mnie poważnie, kiedy opowiadałam, że mam marzenie, by pojechać do Afryki.

– Dziewczyna taka jak ty w afrykańskim lesie! – śmiali się moi koledzy. – Londyńska blondynka na safari!

Albo jeszcze:

– Jane, to są sprawy dla mężczyzn. I to bardzo odważnych.

Nikt nie rozumiał, że moje marzenie nie było słomianym ogniem. Miłość do zwierząt i dzikiej przyrody zaczęła się u mnie wcześniej, niż sama sięgam pamięcią.

Miałam zaledwie półtora roku, kiedy ojciec podarował mi pluszowego szympansa maskotkę. Nazywał się Jubilee. Był prawie tak duży jak ja i koleżanki mojej mamy się przeraziły.

– Jane się przestraszy na śmierć, jeśli włożysz jej tę bestię do łóżeczka.

Tymczasem Jubilee od razu stał się moim najlepszym przyjacielem, wszędzie go ze sobą zabierałam. Po nim zaczęłam zapraszać do mojego świata kolejne zwierzęta: jedne były prawdziwe, jak nasz piesek Rusty, a inne wyimaginowane, jak zwierzęcy przyjaciele doktora Dolittle, których poznałam w wieku siedmiu lat na kartach popularnej powieści dla dzieci. Jej tytułowy bohater, doktor Dolittle, potrafił rozmawiać ze zwierzętami, a na koniec książki wyjechał z nimi do Afryki. A ja? Mogłam co najwyżej zgromadzić wokół siebie tyle zwierząt, ile się dało. Któregoś razu wyciągnęłam z ziemi sporą gromadę dżdżownic i zabrałam je do domu.

– Tak nie można, Jane – śmiała się moja matka – one nie przeżyją w domu. Potrzebują ziemi, żeby żyć.

I pomogła mi zanieść je na miejsce, gdzie z pewnością odetchnęły z ulgą.

Pewnego dnia – byłam wtedy jeszcze mała – wróciłam do domu z powieścią kupioną w dziale książek używanych pobliskiej księgarni. Nosiła tytuł Tarzan wśród małp, jej bohaterem był chłopak mieszkający w dżungli. Przeczytałam historię jednym tchem, a gdy skończyłam, kochałam się już w Tarzanie na zabój. Ten cały Tarzan ożenił się nie z tą Jane, co należało, myślałam ze złością. No i on też mieszkał w Afryce. Koniec i kropka: prędzej czy później i ja tam pojadę!

Niestety, nasza rodzina była niezamożna, a rodzice oprócz mnie mieli na utrzymaniu także Judy, moją młodszą siostrę. Brakowało im środków, by umożliwić mi podróże czy opłacić studia na uniwersytecie. I tak znalazłam się w biurze na stanowisku sekretarki. Skończyłam przepisywanie listu, wyobrażając sobie wspaniałe zwierzęta, od których roją się brzegi Nilu, i niepocieszona wróciłam do domu. W drzwiach czekała na mnie uśmiechnięta mama.

– Jane, przyszedł list do ciebie – powiedziała, wręczając mi jasnozieloną kopertę.

Otworzyłam zaciekawiona. To był list od mojej dawnej szkolnej przyjaciółki.

Kochana Jane,

mam wspaniałą wiadomość. Pamiętasz, jak Ci opowiadałam o farmie moich rodziców w Kenii? No więc za kilka tygodni wyjeżdżam do Afryki i mam zamiar zostać na dłużej. Na farmie jest mnóstwo miejsca i bardzo chciałabym, żeby razem ze mną była moja przyjaciółka. Zgadnij, o kim pomyślałam?

Gdy zobaczyłam słowo „Kenia”, zakręciło mi się w głowie, a gdy skończyłam czytać, mało brakowało, bym zaczęła wywijać fikołki. Moje marzenie w jednej chwili przestało być tak szalone, jak się wydawało. Oczywiście zdobycie pieniędzy na podróż wcale nie było proste. Natychmiast złożyłam wypowiedzenie z pracy i zatrudniłam się jako kelnerka, żeby szybciej odłożyć potrzebną sumę. Po kliku miesiącach zarobiłam tyle, że mogłam kupić bilet na statek, który był najpowolniejszym, ale też najtańszym środkiem transportu. Statek podniósł kotwicę w roku 1957 i był to początek mojego drugiego życia.

Minął jakiś miesiąc, odkąd przybyłam do Kenii – również tam znalazłam dorywczą pracę biurową – kiedy usłyszałam o Louisie Leakeyu. Był dyrektorem Muzeum Historii Naturalnej w Nairobi, stolicy Kenii.

– Skoro interesują cię zwierzęta, powinnaś się z nim spotkać – zasugerował mi przyjaciel goszczącej mnie rodziny. Parę dni później wchodziłam po schodach wielkiego żółtego budynku, w którym mieściło się muzeum. Na środku holu wejściowego stały wielki wypchany słoń i zwierzę podobne do zebry, tylko że paski miało jedynie do połowy – reszta sierści była jednolicie brązowa. „Equus quagga quagga, wyginął w 1883 roku”, widniał napis na tabliczce. Pomiędzy tymi dwoma zwierzętami ustawiono szkielet ssaka podobnego do słonia, ale z bardzo długimi kłami, sięgającymi aż do ziemi. Patrzyłam jak urzeczona.

W głębi korytarza pełnego gablot z ekspozycją skamieniałości zobaczyłam półotwarte drzwi z napisem „Dyrekcja”. Zapukałam niepewnie.

– Tak? Proszę! – usłyszałam zaaferowany męski głos.

– Dzień dobry – powiedziałam, wchodząc do środka. – Nazywam się Jane Goodall i szukam doktora Leakeya.

– Goodall? Proszę, niech pani siądzie – odparł mężczyzna o wysokim czole, przeczesując dłonią siwe włosy. Miał na sobie jasną koszulę z krótkimi rękawami i dumnie eksponował szpakowate wąsiki. Wstał zza wielkiego stołu pełnego dziwnych szpiczastych przedmiotów. Gdy podeszłam bliżej, uświadomiłam sobie, że były to fragmenty kości. – Ja jestem Leakey – powiedział, podając mi dłoń obsypaną kurzem.

– Bardzo mi miło.

W tej właśnie chwili uświadomiłam sobie, że właściwie nie wiem, co mu powiedzieć.

– Chciałam pana poznać, bo… bo… no właśnie, bo ogromnie pasjonują mnie zwierzęta. I pomyślałam sobie, że…

– Zwierzęta, tak? – przerwał mi. – Proszę pójść ze mną.

Gdy ruszyliśmy korytarzem, zaczął mnie wypytywać, skąd pochodzę, jak znalazłam się w Kenii i czym się do tej pory zajmowałam. Ale nie wyglądało to jak przesłuchanie, raczej jak przyjacielska pogawędka. Zdenerwowanie minęło i zaczęłam się cieszyć spacerem po muzeum. Przechodziliśmy od sali do sali, a ja z zachwytem patrzyłam na prawdziwe, choć wypchane zwierzęta, które dotąd oglądałam jedynie w książkach. Leakey opowiadał mi o historii każdego eksponatu, zwyczajach każdego gatunku, wzajemnych relacjach zwierząt, zarówno żyjących współcześnie, jak i tych, które wymarły tysiące lat temu. Czułam się jak we śnie.

– Panno Goodall, bardzo miło było panią poznać. Proszę mnie jeszcze odwiedzić – powiedział na zakończenie Leakey.

Zebrałam się do pożegnania, ale czułam lekkie rozczarowanie. Tylko właściwie czemu? Co ja sobie wyobrażałam?

– Wielka szkoda, że ma już pani pracę – kontynuował tymczasem Leakey – bo potrzebna nam tutaj pomoc, a pani byłaby do tego zadania idealną osobą.

Zobaczyłam, że się szeroko uśmiecha. Musiał zauważyć, jak twarz mi się nagle rozjaśnia.

Nie trzeba chyba mówić, że natychmiast przyjęłam jego propozycję. Muzeum odwiedzało wielu znakomitych przyrodników, a ja byłam głodna wiedzy i pełna entuzjazmu. Nie było dnia, bym nie nauczyła się czegoś nowego. Leakey zajmował się studiami nad przodkami rodzaju ludzkiego i pewnego dnia poprosił mnie i jeszcze jedną koleżankę z muzeum, byśmy towarzyszyły jemu i jego żonie Mary, również paleoantropolożce, w wyprawie badawczej do stanowiska archeologicznego w wąwozie Olduvai w Tanzanii. Wspólnie mieliśmy poszukiwać skamieniałych szczątków naszych przodków.

– Dziś naszymi najbliższymi krewniakami są szympansy – wyjaśniał mi któregoś wieczoru Leakey, gdy odpoczywaliśmy po długim dniu spędzonym na wykopaliskach. – Nie wymarły, a jednak niemal nic nie wiemy o tym, jak zachowują się w swoim naturalnym środowisku.

– Dlaczego? – zapytałam. – Chyba ktoś już próbował je badać.

– Tak, ale nikt nie wytrzymał dłużej niż kilka miesięcy. To zbyt krótko. I wielka szkoda, bo obserwacja szympansów w ich naturalnym środowisku mogłaby nam wiele powiedzieć o tym, jak żyli nasi wspólni przodkowie. Zachowania to nie kości – dodał z westchnieniem – nie stają się skamielinami.

Zamilkł na chwilę, a potem zapytał:

– Jane, czułabyś się na siłach, żeby zamieszkać w lesie i badać zachowania szympansów?

Popatrzyłam na niego całkowicie zaskoczona. On to mówił do mnie? Do drobnej blondynki, która całe dotychczasowe życie mieszkała w Londynie i nie skończyła żadnych studiów? Leakey musiał dostrzec, że nie bałam się dzikiej przyrody. Dopiero później miałam się dowiedzieć, że to właśnie brak studiów uniwersyteckich i umysł wolny od wpojonych z góry przekonań były dla niego dodatkowym powodem, by wybrać właśnie mnie. Przyjęłam z wdzięcznością jego propozycję i nie mogłam się doczekać chwili, w której zacznę badania. Leakey wziął na siebie znalezienie środków finansowych i udało mu się zebrać sumę wystarczającą na pierwsze sześć miesięcy. Jednak w czasie pertraktacji zmarszczyła się niejedna brew. Biała dziewczyna bez tytułów naukowych miała samotnie prowadzić badania w środku afrykańskiego lasu? To była rzecz całkowicie niesłychana. Brytyjskie władze kolonialne udzieliły mi pozwolenia tylko pod jednym warunkiem: że nie pojadę tam sama.

– Nie mogę w to uwierzyć – żaliłam się mojej matce. – Kogo ja znajdę, żeby mieszkał ze mną przez kilka miesięcy w namiocie pośrodku dzikiego lasu?

Bardzo się bałam, że stracę tę okazję tylko dlatego, że nie znajdę towarzysza podróży. Jednak moja matka była wyjątkową kobietą i odpowiedziała w sposób równie wyjątkowy:

– No to ja z tobą pojadę. Co ty na to?

Pewnego skwarnego dnia lata 1960 roku, jakieś trzy miesiące po naszym przyjeździe do Parku Narodowego Gombe w Tanzanii, wspinałam się po zboczu stromego wzgórza. Kręciło mi się w głowie nie tyle od wspinaczki, ile od osłabienia wywołanego malarią, na którą niedługo wcześniej obie z matką zachorowałyśmy. Miałam fatalny nastrój. Podczas minionych tygodni nic nie osiągnęłam. Szympansy były nienawykłe do widoku ludzi i ukrywały się przed nami. Codziennie szłam w las i włóczyłam się po nim od rana do wieczora z nadzieją, że w końcu je zobaczę. Starałam się na wszelkie sposoby wtopić w środowisko i nie hałasować podczas przedzierania się przez gęstwinę, ale dotąd udało mi się usłyszeć jedynie ich głosy dobiegające z daleka. Jednocześnie musiałam znosić sceptycyzm rybaków i lokalnych strażników rezerwatu. „Ta mała Angielka nie wytrzyma tu tygodnia”, zdawały się mówić ich spojrzenia, trochę rozbawione, a trochę pogardliwe. No i jeszcze niebezpieczeństwa, na które byłyśmy wystawione: w rezerwacie roiło się od leopardów, węży i krokodyli. Niejeden raz moja matka miała do czynienia z pawianami kradnącymi nam rzeczy z obozu. Dominic, nasz uroczy kucharz, nieco zbyt często zaglądał do kieliszka: czasem się upijał i wtedy znikał na całe dnie. Panował duszący upał, pająki, stonogi i skorpiony wieczorami oblegały tropik namiotów. A najgorsze było to, że czas, jaki miałam do dyspozycji, nieuchronnie się kończył.

Myśli o wszystkich tych problemach kłębiły mi się w głowie, kiedy z łomoczącym sercem wdrapałam się wreszcie na szczyt wzniesienia. Z tego miejsca roztaczał się wspaniały widok na całą okoliczną roślinność. Rozsiadłam się wygodnie, wyciągnęłam lornetkę i zaczęłam wypatrywać między liśćmi. I niedługo później – nareszcie! – zobaczyłam dwa wspaniałe szympansy zaledwie sto metrów ode mnie. Dostrzegły mnie. Zamarłam bez ruchu, wstrzymałam oddech. Nie uciekły! To było ogromne osiągnięcie. Chwilę później ruszyły spokojnie w swoją stronę. To samo zdarzyło mi się później, tym razem z liczebniejszą grupą.

Nareszcie je znalazłam.

Począwszy od tamtego dnia, zmieniło się wszystko: szympansy, przyzwyczajone do mojej obecności, zbliżały się coraz bardziej, pozwalając mi na dłuższą i dokładniejszą obserwację. Wspinałam się na szczyt wzgórza i robiłam notatki na temat wszystkiego, co widziałam. Wieczorem, w obozie, przepisywałam całość na czysto. Zapisanie każdego, nawet najmniejszego szczegółu było rzeczą fundamentalną i często pracowałam do północy, chociaż mój dzień zaczynał się bardzo wcześnie.

Wkrótce nauczyłam się odróżniać od siebie szympansy, które napotykałam najczęściej. Był tam Dawid Siwobrody, samiec o szlachetnym wyglądzie, który, jak szybko zrozumiałam, zawsze umiał wspierać swoich towarzyszy. Była staruszka Flo, do której mimo jej wieku zalecało się najwięcej samców. Był samiec, którego nazwałam Goliatem, bo był nierozłącznym towarzyszem Dawida. I jeszcze Mike, Fifi, Olly, Melissa ze swoim maluchem… Zaczęłam powoli poznawać codzienne obyczaje szympansów. Przemieszczały się na znaczne odległości w małych lub większych grupach. Każdego dnia pokonywały wiele kilometrów w poszukiwaniu pożywienia. Bardzo dużo czasu spędzały na iskaniu się nawzajem. Gdy przychodziła pora snu, każdy przygotowywał sobie gniazdo z liści na drzewie, a młode spały razem z matkami. Jednak najbardziej interesujące było to, że miały niezwykle złożoną strukturę społeczną i każde zwierzę dokładnie znało swoje miejsce w hierarchii.

Mijały dni, a ja żyłam w coraz większym zjednoczeniu z przyrodą. Rytm lasu stał się moim własnym rytmem. Kto wie, może w oczach szympansów byłam dziwną i śmieszną białą małpą. Pewnego ranka, przyglądając się temu, jak jedzą, odniosłam wrażenie, że kłócą się ze sobą o jakiś lepszy kąsek. Przypatrzyłam się dokładniej i ku mojemu zaskoczeniu odkryłam, że jest to mięso innego zwierzęcia. A więc dzikie szympansy nie były wyłącznie roślinożercami! Zaledwie dwa tygodnie później zaobserwowałam jeszcze bardziej zaskakującą scenę. Dawid Siwobrody majstrował coś przy termitierze. Wkładał do środka gałązkę, wyciągał ją pokrytą owadami, zjadał je z zadowoleniem, a potem zaczynał od nowa. „Używa gałązki, jakby to była łyżka”, pomyślałam zdumiona. I nie tylko: sam sobie zrobił tę łyżkę, odrywając niepotrzebne liście, żeby łatwiej nią było operować.

Dziś to może się wydawać banalne, ale wówczas podobna scena całkowicie zbijała z tropu, ponieważ jeszcze wtedy uważano, że wyłącznie istoty ludzkie potrafią konstruować narzędzia. Natychmiast napisałam o tym do Leakeya. W odpowiedzi przysłał mi telegram: W takim razie albo musimy teraz podać nową definicję narzędzia i nową definicję człowieka, albo uznać szympansy za istoty ludzkie. Całkowita zmiana perspektywy! Ale to był dopiero początek. Nigdy nie zapomnę, co poczułam tego dnia – to był poranek Bożego Narodzenia – kiedy Dawid po raz pierwszy pozwolił mi się dotknąć. To był cudowny prezent, na który zapracowałam cierpliwością i wysiłkiem.

Na zakończenie tych pierwszych sześciu miesięcy moja matka musiała wrócić do Londynu. Z początku bardzo odczuwałam jej brak, ale niedługo potem Leakey dał mi znać, że dołączy do mnie fotoreporter z „National Geographic”, który miał dokumentować moją pracę. Później dowiedziałam się, że Leakey napisał także do mojej matki, ale w tym liście wyrażał się inaczej: Znalazłem męża dla Jane! I miał rację. Odkryłam, że łączy mnie z Hugonem taka sama miłość do dzikiej przyrody i zwierząt. A kiedy parę lat później się pobraliśmy, na czubku naszego tortu weselnego stanęła gliniana figurka Dawida Siwobrodego.

Hugo zebrał fantastyczny materiał zdjęciowy, ponieważ urocza Flo nabrała zwyczaju odwiedzania nas w obozie, a za nią ciągnęła kolejka zalotników, praktycznie wszystkich samców ze stada. Szympansy przyzwyczaiły się do naszej obecności i widywaliśmy się z nimi codziennie. Dla naszej pracy było to niezwykłe ułatwienie, ale musieliśmy zachować ostrożność, bo szympansy są znacznie silniejsze od ludzi i dorosły osobnik z łatwością mógłby nas zranić, a nawet zabić. Nigdy nie zapomnę popisywania się porywczego Mike’a, kiedy w walce o przywództwo w stadzie przerażał wszystkich potrząsaniem gałęziami i hałasowaniem pustymi bańkami po nafcie. W takich momentach lepiej było się schować.

Spędziłam w rezerwacie Gombe wiele lat, aż nadszedł moment przestawienia rezultatów badań ekspertom. Z początku moje odkrycia – a także metody prowadzenia badań i to, że byłam samoukiem – wzbudziły wiele zastrzeżeń.

– Ta cała Goodall nadała nawet imiona szympansom, jakby były zwierzętami domowymi. To nie może być obiektywne.

– Na dodatek pojechała robić badania bez żadnego przygotowania naukowego…

– Ona mówi, że każdy szympans ma swój temperament, doświadcza radości i cierpienia, gniewu i przywiązania, zupełnie tak samo jak my. To niedorzeczne!

Z czasem, na szczęście, to się zmieniło.

Teraz, kiedy mam osiemdziesiąt pięć lat, z satysfakcją widzę, że moje przedsięwzięcie uznane zostało za rewolucyjny sposób badania zwierzęcych obyczajów. Ale wciąż jeszcze nikt nie zna odpowiedzi na najbardziej frapujące mnie pytanie: kiedy patrzę w oczy szympansa, co on myśli, odpowiadając mi spojrzeniem?

TU YOUYOUMagiczne zioła laureatki Nagrody Nobla

Mamo, kiedy mogę wrócić do szkoły?

– Najpierw musisz wyzdrowieć.

– Od miesięcy to powtarzasz. A już się dobrze czuję.

– Lekarze mówią, że ci się poprawia, ale jest jeszcze za wcześnie, żeby wrócić do szkoły.

– Oni nic nie rozumieją! Jak dorosnę, zostanę lekarką! I to ja będę decydować o moim zdrowiu – powiedziałam, zakładając kosmyk włosów za ucho.

Matka uśmiechnęła się łagodnie. Jej też zależało na tym, żebym się uczyła. Całej mojej rodzinie na tym zależało.

– Skoro tak bardzo tego pragniesz, to zgoda.

Moja choroba trwała dwa lata.

„Gruźlica”, brzmiał werdykt lekarzy, który zmusił mnie do opuszczenia szkoły, kiedy miałam szesnaście lat.