Wydawca: Jaguar Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 571 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gen Atlantydzki - A. G. Riddle

Gen Atlantydzki” to pierwsza cześć trylogii „Zagadka pochodzenia”.  Powieść sprzedała się w ilości ponad miliona egzemplarzy, przetłumaczona została na 20 języków, a wkrótce zostanie zekranizowana.

Największa tajemnica wszech czasów… HISTORIA pochodzenia człowieka zostanie ujawniona. 70.000 lat temu ludzkość niemal wymarła. Przeżyliśmy, ale nikt nie wie jak.

Aż do teraz. Odliczanie do następnego etapu ewolucji człowieka właśnie się rozpoczyna. Tym razem ludzkość może tego nie przetrwać…

PONAD MILION SPRZEDANYCH EGZEMPLARZY!

Opinie o ebooku Gen Atlantydzki - A. G. Riddle

Fragment ebooka Gen Atlantydzki - A. G. Riddle

Tytuł oryginału: The Atlantis Gene. Redakcja: Anna Pawłowicz, Ewa Holewińska

Skład i łamanie: EKART

Projekt okładki: KS Agency

Copyright © 2013 by A.G. Riddle.

All rights reserved.

Jacket design © KS Agency

Polish language translation copyright © 2016 by Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna

ISBN 978-83-7686-473-0

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2016

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2016

Skład wersji elektronicznej: Michał Latusek

konwersja.virtualo.pl

Dla Anny

Prolog

Statek badawczy „Icefall”,

Ocean Atlantycki 140 kilometrów od wybrzeża Antarktydy

Karl Selig stanął przy relingu i skierował lornetkę na ogromną górę lodową. Kolejny kawał lodu oderwał się i spadł do wody, odsłaniając większy fragment podłużnego czarnego obiektu. Wyglądał jak… okręt podwodny. Ale to przecież niemożliwe.

– Hej, Steve, spójrz na to.

Steve Cooper, przyjaciel Karla z czasów studenckich, odwiązał boję i zajął miejsce przy relingu. Przyłożył do oczu lornetkę, omiótł wzrokiem górę lodową.

– O rany. Co to jest? Okręt podwodny?

– Może.

– A pod spodem?

Karl chwycił lornetkę.

– Pod spodem… – Skierował lornetkę poniżej tajemniczego obiektu. Rzeczywiście, coś tam było. Okręt, o ile był to okręt, wystawał z innej metalowej konstrukcji, znacznie większej, koloru szarego. Powierzchnia tego obiektu, w odróżnieniu od łodzi, nie odbijała światła. Przypominała raczej migotliwe falujące powietrze, takie jak widuje się w upalne dni nad rozgrzaną autostradą czy pustynią. Jednakże obiekt ten z pewnością nie miał wysokiej temperatury, ponieważ otaczający go lód nie topniał. Tuż powyżej dziwnej konstrukcji Karl zauważył fragment napisu na kadłubie łodzi: U-977 i Kriegsmarine. Niemiecki okręt podwodny z czasów drugiej wojny. Wystający z jakiejś dziwnej konstrukcji…

Karl opuścił lornetkę.

– Obudź Naomi, podpłyniemy bliżej i sprawdzimy, co to takiego.

Steve zszedł pod pokład, gdzie znajdowały się dwie niewielkie kabiny. Po chwili dało się słyszeć jego głos. Sponsor postawił warunek, że Naomi ma wziąć udział w wyprawie. Karl zgodził się z nadzieją, że kobieta nie będzie za bardzo wchodzić im w drogę. Nie rozczarował się. Pięć tygodni wcześniej, kiedy wyruszali z Kapsztadu, Naomi zjawiła się na pokładzie z dwoma zmianami ubrań, trzema powieściami i zapasem wódki zdolnym wykończyć rosyjską armię. Od tej pory właściwie jej nie widywali. Karl przypuszczał, że dziewczyna musi się straszliwie nudzić. Dla niego zaś ta wyprawa była życiową szansą.

Karl znów przyłożył lornetkę do oczu i skierował ją na ogromny kawał lodu, który niecały miesiąc wcześniej oderwał się od Antarktydy. Niemal dziewięćdziesiąt procent bryły znajdowało się pod wodą, widoczna część zajmowała obszar stu dwudziestu kilometrów kwadratowych – półtora raza tyle co powierzchnia Manhattanu.

W swojej pracy doktorskiej Karl zajmował się wpływem topnienia nowo powstałych gór lodowych na prądy morskie. W ciągu ostatnich czterech tygodni wraz ze Steve’em umieścili wokół góry nowoczesne boje, które mierzyły temperaturę wody i stosunek wody słonej do słodkiej, a w regularnych odstępach czasu zapisywały sonarowy obraz zmieniającego się kształtu góry lodowej. Badania te miały pomóc w uzyskaniu wiedzy na temat rozpadu gór po opuszczeniu obszaru Antarktydy. Jak wiadomo, na Antarktydzie znajduje się dziewięćdziesiąt procent globalnych zasobów lodu. Jego topnienie w ciągu kolejnych stuleci w dramatyczny sposób zmieni warunki panujące na Ziemi. Karl miał nadzieję, że jego badania pozwolą poznać szczegóły tego procesu.

Kiedy tylko Karl dowiedział się, że uzyskał fundusze na przeprowadzenie badań, natychmiast zatelefonował do Steve’a.

– Musisz ze mną popłynąć… Zaufaj mi.

W końcu Steve zgodził się, acz niechętnie, a po kilku dniach regularnych pomiarów i kilku wieczorach wypełnionych dyskusjami na temat wyników – ku wielkiej radości Karla – nabrał wielkiego entuzjazmu dla całego przedsięwzięcia. Przed tą wyprawą kariera naukowa Steve’a przypominała właśnie górę lodową – podobnie jak góra lodowa po powierzchni oceanu dryfowała ospale i niezbornie od jednego zagadnienia do drugiego. Karl i pozostali koledzy poważnie się obawiali, że Steve w końcu wypadnie z programu doktorskiego.

Analiza odczytów okazała się niezwykle zajmująca – teraz zaś znaleźli coś jeszcze, coś bardzo intrygującego. Odkrycie z pewnością trafi na pierwsze strony gazet. Tylko co będzie krzyczało z nagłówków? „Nazistowski okręt podwodny znaleziony w rejonieAntarktydy”? Hm, całkiem prawdopodobne.

Karl wiedział, że naziści bardzo interesowali się tym obszarem. Wysłali tam ekspedycje w 1938 i 1939 roku, ogłosili nawet, że część kontynentu, nazwana przez nich Nową Szwabią, należy do Niemiec. Kilka okrętów nigdy nie wróciło – a nic nie wiadomo, by zostały zatopione. Teorie spiskowe głosiły, że tuż przed upadkiem Trzeciej Rzeszy jeden z takich okrętów wypłynął z niemieckiego portu, unosząc na pokładzie najwyższych rangą nazistów i najcenniejsze przedmioty, w tym bezcenne, zagrabione w czasie wojny łupy i supertajną technologię.

Gdzieś w tyle głowy Karlowi zaświtała kolejna myśl: pieniądze z nagrody. Jeśli na pokładzie okrętu rzeczywiście znajduje się nazistowski skarb, to będzie on wart mnóstwo pieniędzy. Karl do końca życia nie musiałby się martwić o fundusze na badania.

Ale teraz stało przed nimi najważniejsze wyzwanie: jak podpłynąć do góry lodowej. Morze było niespokojne. Próbowali trzy razy. W końcu udało im się doprowadzić statek na odległość kilku kilometrów od wraku łodzi podwodnej i znajdującej się poniżej dziwnej konstrukcji.

Karl i Steve zebrali sprzęt wspinaczkowy. Karl wydał Naomi podstawowe instrukcje w gruncie rzeczy sprowadzające się do „niczego nie dotykaj”. A potem opuścili się na lód i ruszyli przed siebie.

Przez kolejne czterdzieści pięć minut brnęli w milczeniu po białej jałowej powierzchni. Lód robił się coraz bardziej szorstki i nierówny. Zwolnili, a po chwili Steve zaczął zostawać w tyle.

– Musimy się pospieszyć.

Steve próbował zwiększyć tempo.

– Przepraszam. Miesiąc na statku i straciłem formę.

Karl spojrzał na słońce. Wiedział, że kiedy zajdzie, temperatura gwałtownie spadnie. A to grozi niebezpiecznym wychłodzeniem. Dni były długie, słońce wstawało o 14.30 i zachodziło po 22.00, ale tak naprawdę mieli zaledwie kilka godzin zapasu. Karl jeszcze trochę przyspieszył kroku.

Słyszał za plecami desperackie szuranie rakiet Steve’a. I dziwne dźwięki dochodzące z wnętrza góry: najpierw stłumione buczenie, potem szybki rytmiczny stukot, jakby lód zaatakowało gigantyczne stado dzięciołów. Karl przystanął. Nasłuchiwał przez chwilę. Odwrócił się i spojrzał na przyjaciela. Dokładnie w tym samym momencie spod stóp Steve’a rozbiegła się drobna siateczka pęknięć. Steve spojrzał w dół, przerażony, po czym rzucił się biegiem w stronę Karla, tam gdzie lód był cały i nietknięty.

Karlowi cała ta scena wydała się nierzeczywista, jakby oglądał ją na ekranie w zwolnionym tempie. Widział samego siebie, jak rzuca się na pomoc przyjacielowi, ciska przymocowaną do pasa linę, a Steve chwyta ją i dosłownie ułamek sekundy później rozlega się głośny trzask, a lód pod jego nogami załamuje się, tworząc ogromną szczelinę.

Lina momentalnie się napięła, Karl stracił równowagę i padł brzuchem na lód. Jeszcze chwila i podzieli los Steve’a, również wyląduje w lodowym kanionie. Próbował się podnieść, ale lina ciągnęła go z wielką siłą. Poluzował uścisk, lina przesunęła się w jego dłoniach, ciało wytraciło prędkość. Zaparł się stopami, wbijając raki w lód, aż fontanna lodowych odłamków poleciała na jego twarz. Ścisnął linę, która napięła się na skraju przepaści, wydając przy tym dziwną wibrującą melodię, niemal jak dźwięk skrzypiec.

– Steve! Trzymaj się! Zaraz cię wyciągnę!

– Nie! – zawołał Steve w odpowiedzi.

– Co? Odbiło ci?

– Tu na dole coś jest. Opuść mnie jeszcze trochę.

Po namyśle Karl zapytał:

– Ale co?

– Wygląda jak tunel czy grota. W środku widać szary metal.

– Dobra, trzymaj się. Teraz poluzuję linę. – Karl wypuścił jakieś trzy metry liny, a ponieważ Steve nie odpowiadał, kolejne trzy.

– Starczy! – zawołał Steve.

Karl poczuł, że lina się napięła. Co ten Steve robi? Zawisł w powietrzu czy jak? Nagle lina zwiotczała.

– Jestem w środku – powiedział Steve.

– Co to jest?

– Na razie nie wiem. – Głos Steve’a był stłumiony.

Karl podczołgał się na samą krawędź i spojrzał w dół.

Steve wytknął głowę z otworu groty.

– Wygląda jak świątynia, czy coś w tym rodzaju. Ogromna. Na ścianach widnieją różne napisy czy symbole, nigdy takich nie widziałem. Wchodzę dalej.

– Steve, nie…

Steve znowu zniknął. Minęło kilka minut. Czyżby kolejna wibracja? Karl nasłuchiwał. Nie słyszał żadnych dźwięków, ale czuł pulsowanie lodu, szybsze niż wcześniej. Wstał i zrobił krok w tył. Za jego plecami pokazała się szczelina. Po chwili pęknięcia były wszędzie dokoła, rosły w szybkim tempie. Rzucił się biegiem w kierunku rozszerzającego się pęknięcia. Skoczył – i prawie mu się udało. Prawie. Zaczepił dłońmi o skraj szczeliny i zawisł, dyndając nogami w powietrzu. Z każdą sekundą wibrowanie lodu przybierało na sile. Karl zobaczył, jak lód dookoła kruszy się i rozpada w pył. W następnej chwili również fragment pod jego dłońmi oderwał się i spadł, pociągając go prosto w przepaść.

Naomi obserwowała, jak słońce chowa się za górą lodową. Wyjęła telefon satelitarny i wybrała numer, który dostała od tamtego mężczyzny.

– Mówiłeś, że mam dać znać, jeśli znajdziemy coś interesującego.

– Nic nie mów. Nie rozłączaj się. Za parę minut ustalimy twoją lokalizację.

Położyła telefon na blacie, podeszła do kuchenki i zamieszała gotującą się fasolkę.

Wreszcie na ekranie pokazały się współrzędne. Mężczyzna na drugim końcu linii skopiował lokalizację i zaczął przeszukiwać bazę satelitarną. Jeden sygnał.

Otworzył mapę i nakierował widok na środek góry, gdzie widniały ciemne plamy. Kilka razy powiększył interesujący go obszar. Kiedy obraz się wyostrzył, kubek z kawą wysunął mu się z ręki i uderzył o podłogę. Mężczyzna wypadł z biura i co sił w nogach pobiegł do gabinetu dyrektora. Bezceremonialnie wparował do środka i, przerywając w połowie zdania siwowłosemu mężczyźnie, oznajmił:

– Jest.

Część IDŻAKARTA W OGNIU

Rozdział 1

Ośrodek Badań nad Autyzmem

Dżakarta, Indonezja

Doktor Kate Warner ocknęła się z okropnym uczuciem: ktoś był w pokoju. Próbowała otworzyć oczy, lecz na próżno. Czuła się oszołomiona, jak pod wpływem narkotyków. Powietrze pachniało stęchlizną… jak w piwnicy. Próbowała przekręcić się na bok. Przeszył ją ból. Posłanie było twarde, może sofa? Z pewnością nie było to jej łóżko w mieszkaniu na dwudziestym piętrze w centrum Dżakarty. Gdzie ja jestem?

Znów usłyszała czyjeś ciche kroki. Sportowe buty na dywanie.

– Kate – szepnął męski głos.

Zdołała nieco rozewrzeć powieki. Słabe promienie słońca sączyły się przez metalowe żaluzje zasłaniające niskie szerokie okna. Co kilka sekund przecinało pokój pasmo światła, jakby co chwila ktoś strzelał zdjęcia z fleszem.

Wzięła głęboki wdech, prędko usiadła i spojrzała na mężczyznę. Cofnął się gwałtownie, coś spadło na podłogę, rozlał się ciemny płyn.

To był Ben Adelson, jej asystent.

– Jezu, Kate. Przepraszam. Pomyślałem… pomyślałem, że jak się obudzisz, pewnie chętnie napijesz się kawy. – Pochylił się i zaczął zbierać skorupy. Spojrzał na Kate i stwierdził: – Bez urazy, ale wyglądasz koszmarnie. – Po chwili dodał: – Powiedz, proszę, co tu się dzieje.

Kate potarła oczy. Powoli rozjaśniało się jej w głowie. Już wiedziała, gdzie jest. Od pięciu dni harowała w laboratorium, praktycznie bez chwili przerwy. Zaczęło się od rozmowy telefonicznej ze sponsorem: wyniki, natychmiast, albo cofają pieniądze. Żadnych wykrętów. Nikomu z zespołu nie wspominała o swoich badaniach nad autyzmem. Nie chciała niepotrzebnie ich martwić. Albo coś znajdzie i wszystko pójdzie w dobrym kierunku, albo nie i wszyscy pójdą do domu.

– Kawa to dobry pomysł. Dzięki, Ben.

Mężczyzna wyskoczył z vana i naciągnął maskę na twarz.

– Użyj noża. Strzały niepotrzebnie przyciągną uwagę.

Jego pomocnica kiwnęła głową i również zasłoniła twarz maską.

Mężczyzna uniósł dłoń w rękawicy i już miał pchnąć drzwi, ale nagle się zawahał.

– Jesteś pewna, że alarm jest wyłączony?

– Tak. To znaczy, odcięłam linię na zewnątrz, ale ten w środku pewnie się włączył.

– Co takiego? – Potrząsnął głową. – Jezu, zaraz tu będą. Szybko. – Gwałtownym ruchem otworzył drzwi i wpadł do środka.

Tabliczka nad wejściem głosiła:

Ośrodek Badań nad Autyzmem

Wejście dla pracowników.

Ben wrócił z nowym kubkiem kawy; Kate przyjęła ją z wdzięcznością. Ben klapnął na krzesło naprzeciw jej biurka.

– Zaharujesz się w końcu na śmierć. Wiem, że nocujesz tutaj od czterech dni. Wiem o konspiracji, zakazie wstępu do laboratorium, skrywaniu notatek, milczeniu wokół ARC-247. Nie tylko ja się martwię.

Kate upiła łyk kawy. Dżakarta była niewdzięcznym miejscem do prowadzenia badań klinicznych, ale praca na Jawie miała również swoje jasne strony. Jak na przykład kawa.

Nie mogła powiedzieć Benowi, czym się zajmuje w laboratorium, w każdym razie jeszcze nie teraz. Nic dobrego by z tego nie wynikło, poza tym prawdopodobnie i tak już stracili pracę. Nie chciała robić z niego wspólnika w prawdopodobnej zbrodni.

Kate wskazała ruchem głowy światło pulsujące w rogu pomieszczenia.

– Co to jest?

Ben zerknął przez ramię.

– Nie wiem. Chyba alarm.

– Pożar?

– Nie. Zrobiłem obchód, nigdzie się nie pali. Właśnie miałem sprawdzić, o co chodzi, kiedy zobaczyłem, że drzwi do twojego gabinetu są uchylone. – Ben sięgnął do jednego z licznych kartonów, przejrzał oprawione w ramki dyplomy.

– Czemu ich nie powiesisz?

– Nie widzę sensu. – Wieszanie dyplomów na ścianach stanowczo nie było w stylu Kate. A nawet gdyby było, komu niby miałaby zaimponować? Była jedyną badaczką i lekarką w zespole, a reszta znała jej cv. Nikt ich tu nie odwiedzał, do gabinetu zaglądało tylko tych dwudziestu kilku pracowników, opiekujących się autystycznymi dziećmi. Pomyśleliby, że Stanford i Johns Hopkins to osoby, może dawno zmarli krewni, a dyplomy to ich świadectwa urodzenia.

– Gdybym ja miał dyplom ukończenia studiów medycznych na uniwersytecie Johnsa Hopkinsa, to na pewno bym powiesił. – Ben ostrożnie włożył dyplom z powrotem do pudła, potem pogrzebał w nim jeszcze przez chwilę.

Kate dopiła kawę i uniosła pustą filiżankę.

– Serio? Zamienię się na jeszcze jedną kawę.

– To znaczy, że teraz mogę ci wydawać polecenia?

– Nie zapędzaj się – rzuciła Kate za wychodzącym Benem. Wstała i przekręciła twardy plastikowy uchwyt przy żaluzjach. Ujrzała siatkę otaczającą budynek, a na drugim planie zatłoczone ulice Dżakarty. Poranny ruch właśnie osiągał apogeum. Autobusy i samochody czołgały się w korkach, motocykle śmigały w ciasnych szczelinach między nimi. Masa rowerzystów i pieszych ściśle wypełniała chodniki, nie zostawiając nawet najmniejszego wolnego fragmentu. A jej się wydawało, że San Francisco jest takie tłoczne.

Nie chodziło tylko o ruch na ulicach. Dżakarta nadal wydawała się jej obca i Kate nie czuła się tutaj u siebie. Może nigdy się nie poczuje. Cztery lata wstecz była gotowa wynieść się gdziekolwiek, do każdego miejsca na świecie, byle dalej od San Francisco. Martin Grey, jej przybrany ojciec, powiedział: „Dżakarta to doskonałe miejsce do prowadzenia badań… i… dobry punkt, by zacząć wszystko od nowa”. Wspomniał też coś o czasie, który leczy rany. A teraz czas się kończył.

Odwróciła się z powrotem do biurka i zaczęła chować zdjęcia, które wyjął Ben. Zatrzymała się przy wyblakłej fotografii wielkiej sali balowej wyłożonej parkietem. Jakim sposobem znalazła się między rzeczami służbowymi? To było jedyne zdjęcie z domu rodzinnego w Berlinie Zachodnim, niedaleko Tiergartenstrasse. Kate pamiętała ogromny dwupiętrowy budynek jak przez mgłę. W jej wspomnieniach przypominał bardziej ambasadę czy posiadłość z innej epoki. Zamek. Pusty zamek. Matka Kate zmarła przy porodzie, ojciec, choć kochający, był prawie zawsze nieobecny. Kate próbowała przywołać go w pamięci, lecz nie potrafiła. Pamiętała niewyraźnie zimny grudniowy dzień, kiedy poszli razem na spacer. Jej dłoń w jego dłoni, taka mała. I poczucie bezpieczeństwa. Przeszli przez całą Tierngartenstrasse, aż do Muru. Ponury widok: całe rodziny kładące wieńce i zdjęcia, modlące się, by Mur wreszcie runął, a ich bliscy wrócili. Inne migawki z pamięci: wyjazdy i powroty, zawsze z pamiątką z jakiegoś odległego zakątka świata. Służba starała się, najlepiej jak potrafiła. Byli opiekuńczy, ale chyba nieco chłodni. Jak się nazywała gospodyni? A ta prywatna nauczycielka, mieszkająca na ostatnim piętrze, tam gdzie Kate i reszta pracowników? Kate nauczyła się od niej niemieckiego. Nadal umiała mówić w tym języku, ale imienia tamtej kobiety nie potrafiła sobie przypomnieć.

Chyba jedyne naprawdę wyraźne wspomnienie z pierwszych sześciu lat życia dotyczyło tamtego wieczoru, kiedy Martin wszedł w trakcie lekcji tańca, wyłączył muzykę i oznajmił, że ojciec więcej nie wróci – i że od tej pory Kate będzie mieszkać razem z nim.

Najchętniej wymazałaby to wspomnienie z pamięci, podobnie jak kolejnych trzynaście lat. Przeniosła się wraz z Martinem do Ameryki, ale wszystkie miasta zlewały jej się w jedno, Martin pędził z jednej wyprawy na drugą, a ona zaliczała kolejne szkoły z internatem. W żadnej nie czuła się jak w domu.

W jej życiu miejscem najbliższym domowi było laboratorium. Spędzała w nim praktycznie każdą chwilę. Po wyjeździe z San Francisco rzuciła się w wir pracy i to, co z początku służyło za mechanizm obronny, strategia przetrwania, stało się rutyną i stylem życia. Zespół – jej rodziną, a uczestnicy badań jej dziećmi.

I to wszystko miała wkrótce stracić.

Powtarzała sobie, że musi się skupić. I wypić więcej kawy. Zepchnęła stos zdjęć z biurka do stojącego pod spodem pudła. Gdzie ten Ben?

Wyszła na korytarz i ruszyła w stronę kuchni. Pusto. Zajrzała do dzbanka na kawę. Pusto. Tutaj również pulsowały światła stroboskopowe.

Coś było nie tak.

– Ben? – zawołała.

Pozostali pracownicy mieli zjawić się dopiero za kilka godzin. Trzymali się bardzo dziwnego grafiku, ale wykonywali rzetelną pracę. A dla Kate najważniejsze były rezultaty.

Ruszyła do części badawczej, złożonej z szeregu magazynów i gabinetów rozmieszczonych dokoła obszernego laboratorium, tak zwanego pomieszczenia czystego, w którym Kate i jej współpracownicy modyfikowali retrowirusy z nadzieją, że znajdą one zastosowanie w terapii genowej autyzmu. Spojrzała przez szybę. Tam Bena też nie było.

O tej porze budynek sprawiał nieprzyjemne wrażenie. Pusty, cichy, może nie całkiem ciemny, ale jeszcze nie całkiem jasny. Korytarz przecinały wiązki światła słonecznego, wpadające przez okna w pomieszczeniach, ciągnących się po obu stronach niczym reflektory szukające oznak życia.

Kate wytrwale penetrowała przepastne korytarze, zaglądała do wszystkich pomieszczeń po kolei, mrużąc oczy w ostrym tropikalnym świetle. Głośne echo powtarzało jej kroki. Wszędzie pusto. Została jeszcze część mieszkalna – pokoje, kuchnie i inne pomieszczenia przeznaczone dla około setki dzieci z autyzmem biorących udział w badaniach.

Z oddali dobiegły kroki innej osoby – szybsze od kroków Kate. Ktoś biegł. Przyspieszyła, kierując się w ich stronę. W chwili, kiedy skręciła za róg, Ben chwycił ją za ramię.

– Kate! Za mną, szybko!

Rozdział 2

Dworzec kolejowy Manggarai

Dżakarta, Indonezja

David Vale schronił się w cieniu przy okienku kasowym i obserwował mężczyznę kupującego „New York Times”. Mężczyzna zapłacił sprzedawcy i ruszył dalej. Minął kosz na śmieci, nie wyrzucił gazety. A więc to nie kontakt.

Na stację wtoczył się lokalny pociąg, napakowany do granic wytrzymałości indonezyjskimi pracownikami zjeżdżającymi do stolicy z pobliskich miasteczek. Pasażerowie zwisali jak grona w podwójnych drzwiach, głównie mężczyźni w średnim wieku. Na dachu podróżowała młodzież, chłopcy siedzieli, kucali bądź leżeli, czytając gazety, bawiąc się smartfonami, gawędząc. Zatłoczone lokalne pociągi były symbolem Dżakarty, miasta pękającego w szwach od stale rosnącej, goniącej za nowoczesnością populacji. Transport publiczny stanowił jedynie naoczny dowód tego procesu, próby upchania dwudziestu ośmiu milionów na obszarze, do którego da się dotrzeć metrem.

Pasażerowie kłębili się na peronie jak tłum kupujących w Czarny Piątek. Totalny chaos. Ludzie popychali się, krzyczeli, tłoczyli w drzwiach, jedni próbowali wydostać się ze stacji, inni dostać do środka. Takie sceny działy się w tym mieście każdego dnia, na wszystkich stacjach. Idealne miejsce na spotkanie.

David nie odrywał wzroku od stoiska z gazetami. Słuchawka w jego uchu ożyła.

– Kolekcjoner, tu sklep. Jest dwadzieścia minut po godzinie zero.

Kontakt się spóźniał. Zespół zaczynał się denerwować. Milczące pytanie: przerywamy akcję?

David zbliżył telefon do twarzy.

– Sklep, odbiór. Kupiec, pośrednik, zgłoście się.

Ze swojego miejsca David widział dwóch pozostałych agentów. Jeden siedział na ławce pośród kłębiącego się tłumu. Drugi naprawiał latarnię w pobliżu wejścia do poczekalni. Żaden jak dotąd nie doniósł o pojawieniu się anonimowego informatora, człowieka, który, jak twierdził, zna szczegóły dotyczące planowanego ataku terrorystycznego zwanego Protokołem Toba.

To byli świetni agenci, jedni z najlepszych pracowników Stacji Dżakarta. David z trudem odróżniał ich w tłumie. Kiedy tak wodził wzrokiem dokoła, poczuł lekkie podenerwowanie.

W słuchawce znów zatrzeszczało. Tym razem był to Howard Keegan, dyrektor Clocktower, organizacji antyterrorystycznej, dla której pracował David.

– Kolekcjoner, tu rzeczoznawca. Zdaje się, że sprzedający nie dotrze dzisiaj na targ.

David był szefem Stacji Dżakarta, Keegan zaś jego przełożonym i mentorem. Najwyraźniej nie miał ochoty wchodzić Davidowi w paradę i przerywać operacji, ale przekaz był jasny. Keegan przyleciał aż z Londynu w nadzieji na przełom. Bardzo ryzykował, biorąc pod uwagę, że w tym samym czasie Clocktower przeprowadzała jeszcze jedną operację.

– Dobrze – odparł David. – Przerywamy akcję.

Dwaj agenci, jak gdyby nigdy nic, opuścili stanowiska i wmieszali się w rozpędzoną ciżbę.

David jeszcze raz spojrzał na stoisko z gazetami. Jakiś wysoki mężczyzna w czerwonej wiatrówce właśnie płacił za gazetę „New York Times”.

– Kupiec, pośrednik, bądźcie w gotowości. Jakiś klient ogląda towar – powiedział David.

Mężczyzna odszedł na bok, uniósł gazetę do oczu, zatrzymał się i przesunął wzrokiem po pierwszej stronie. Potem, nie rozglądając się, złożył gazetę, wrzucił ją do kubła na śmieci i szybkim krokiem ruszył przed siebie.

– Wchodzę. – David ruszył za nim. Jego mózg pracował gorączkowo. Dlaczego informator się spóźnił? I wygląd – nie pasował. Ta ostentacyjnie czerwona kurtka, postawa (żołnierza bądź operacyjnego), sposób poruszania się.

Mężczyzna wszedł do pociągu i zaczął przeciskać się przez gęsty tłum stojących mężczyzn i siedzących kobiet. Górował wzrostem nad niemal wszystkimi pasażerami. David nadal widział jego głowę. Dlaczego kontakt biegnie? Czy zauważył coś podejrzanego? Coś go wystraszyło? W tym momencie odwrócił się i spojrzał prosto na Davida. Jego wzrok wystarczył za odpowiedź.

David obrócił się na pięcie, wypadł na peron, pociągając za sobą czterech stojących w przejściu mężczyzn. Inni pasażerowie szybko wypełnili powstałą lukę. David już miał ostrzegawczo krzyknąć, lecz w tej samej sekundzie pociągiem wstrząsnął wybuch. Na peron poleciały odłamki szkła i metalu. Podmuch rzucił Davida na beton, wciskając między inne ciała, niektóre martwe, inne skręcone w bólu. Rozległy się krzyki. Płaty popiołu i odłamki dryfowały w kłębach dymu niczym wielkie płatki śniegu. David nie mógł poruszyć ręką ani nogą. Jego głowa odchyliła się do tyłu, niemal stracił przytomność.

Na chwilę znów znalazł się w Nowym Jorku, uciekał z walącego się budynku, potem leżał pod gruzami, w pułapce, skazany na czekanie. W końcu wyciągnęły go czyjeś ręce.

– Mamy cię, stary – usłyszał. Słońce uderzyło go po twarzy, zawyły syreny wozów oznaczonych literami FDNY i NYPD.

Ale tym razem nie zabrała go karetka. Pod stację podjechał czarny samochód dostawczy. I nie było w nim strażaków, tylko dwaj agenci, kupiec i pośrednik. Wciągnęli Davida do środka i odjechali na pełnym gazie.

Rozdział 3

Ośrodek Badań nad Autyzmem

Dżakarta, Indonezja

Świetlica tętniła życiem. Rozgrywała się tam typowa scena: wszędzie porozrzucane zabawki, kilkanaścioro dzieci, każde bawiące się osobno. W kącie ośmioletni Adi sprawnie układał puzzle, kołysząc się w przód i w tył. Włożył na miejsce ostatni element i spojrzał na Bena z dumnym uśmiechem.

Kate nie mogła uwierzyć własnym oczom.

Chłopiec właśnie poradził sobie z układanką, która służyła zespołowi do wynajdywania tak zwanych sawantów – osób z autyzmem obdarzonych wybitnymi zdolnościami. Rozpracowanie układanki wymagało ilorazu inteligencji między 140 a 180. Kate nie potrafiła jej ułożyć, do tej pory dokonało tego tylko jedno z grupy badanych dzieci – Satya.

Kate przyglądała się, jak chłopiec wkłada puzzle na miejsce, po czym wszystko niszczy i zaczyna od nowa. Adi wstał i usiadł na ławce obok siedmioletniego Suryi. Młodszy chłopiec zaczął układać puzzle z taką samą łatwością jak jego poprzednik.

Ben spojrzał na Kate.

– Niewiarygodne, co? Myślisz, że robią to z pamięci? Że nauczyli się, obserwując Satyę?

– Nie. A może. Nie sądzę. – Kate myślała gorączkowo. Potrzebowała czasu na zastanowienie. Musiała zdobyć pewność.

– Tego szukasz, prawda? – zapytał Ben.

– Tak – odparła z roztargnieniem. To niemożliwe. Stało się o wiele za szybko. Jeszcze poprzedniego dnia te dzieci przejawiały typowe oznaki autyzmu – jeśli coś takiego w ogóle istnieje. Badacze i lekarze coraz częściej opisywali autyzm jako całe spektrum zaburzeń o bardzo szerokim wachlarzu symptomów. Podstawowy problem stanowią zaburzenia komunikacji i związków społecznych. Dzieci najmocniej dotknięte autyzmem unikają kontaktu wzrokowego i wszelkich interakcji z otoczeniem, niektóre nie reagują na swoje imię, a w najpoważniejszych przypadkach w ogóle nie nawiązują kontaktu. Jeszcze wczoraj ani Adi, ani Surya nie potrafili dokończyć układanki, siedzieli ze wzrokiem w bitym w ziemię.

Musi powiadomić Martina. On dopilnuje, by nie odcięto funduszy.

– Co zamierzasz? – spytał Ben podekscytowanym głosem.

– Zabiorę ich na obserwację numer dwa. A teraz muszę zadzwonić. – Niedowierzanie, zmęczenie i radość toczyły ze sobą bitwę w umyśle Kate. – A, i trzeba przeprowadzić wywiad kliniczny. ADI-R. Nie, ADOS 2, będzie szybciej. Zapiszemy to na filmie. – Kate uśmiechnęła się i chwyciła Bena za ramię. Chciała powiedzieć coś głębokiego, co podkreśliłoby wagę tej chwili, słowa, jakie wedle jej wyobrażenia niezwykle zdolni i wkrótce sławni naukowcy wygłaszają w przełomowym momencie, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Ograniczyła się do znużonego uśmiechu. Ben kiwnął głową i wziął dzieci za ręce, Kate otworzyła drzwi i całą czwórką wymaszerowali na korytarz. A tam czekało dwoje ludzi – nie, nie ludzi, raczej dwa potwory, od stóp do głów w czarnym wojskowym rynsztunku. Hełmy, maski na twarzy, ciemne gogle, podobne do narciarskich, kamizelki kuloodporne i czarne gumowe rękawice.

Kate i Ben zatrzymali się, spojrzeli na siebie z niedowierzaniem i zasłonili sobą dzieci. Kate odchrząknęła i powiedziała:

– To jest laboratorium badawcze, nie mamy pieniędzy. Możecie zabrać wyposażenie, co tylko chcecie. Nie będziemy…

– Zamknij się. – Mężczyzna miał schrypnięty głos, jak ktoś, kto nigdy nie szczędził sobie papierosów i alkoholu. Zwrócił się do niższej postaci: – Wyprowadź je.

Kobieta zrobiła krok w stronę dzieci. Kate bez namysłu zastąpiła jej drogę.

– Nie. Zabierz wszystko, co chcesz. Zabierz mnie, tylko…

Mężczyzna wyjął pistolet i wymierzył.

– Doktor Warner. Radzę się cofnąć. Nie chcę nikogo zranić, ale zrobię to, jeśli będę musiał.

Zna moje nazwisko.

Adi rzucił się do ucieczki, ale kobieta chwyciła go za koszulkę.

Ben stanął obok Kate, potem zasłonił ją własnym ciałem i oboje rzucili się na mężczyznę. W tym samym momencie broń wystrzeliła. Ben osunął się na podłogę. Wszędzie była krew.

Kate próbowała się podnieść, ale mężczyzna trzymał ją mocno. Był bardzo silny, przyciskał ją do ziemi tak, że nie mogła się ruszyć. Usłyszała głośny trzask i…

Rozdział 4

Kryjówka Clocktower

Dżakarta, Indonezja

Trzydzieści minut później David siedział przy tanim rozkładanym stoliku w bezpiecznym domu należącym do organizacji Clocktower, poddając się zabiegom pielęgniarskim i próbując wywnioskować, co się właściwie zdarzyło na dworcu.

– Au. – David skrzywił się i odruchowo cofnął przed dotykiem wacika nasączonego spirytusem, który jeden z pracowników przykładał mu do twarzy. – Dziękuję, później się tym zajmiemy. Nic mi nie jest. Powierzchowne skaleczenie.

Na drugim końcu pomieszczenia, gdzie ciągnął się rząd ekranów komputerowych, Howard Keegan wstał z miejsca i podszedł do Davida.

– To była pułapka.

– Ale dlaczego? To nie ma sensu…

– A i owszem. Spójrz. Dostałem to tuż przed wybuchem. – Keegan podał mu kartkę.

«Poufne»

«Clocktower»

«CENTCOM»

Clocktower w niebezpieczeństwie.

Stacje w Kapsztadzie i Mar del Plata zniszczone.

Karaczi, Delhi, Dhaka, Lahaur zaatakowane.

Zalecane: zastosować firewall.

«Koniec»

Keegan wsadził kartkę do kieszeni płaszcza.

– Skłamał w kwestii ochrony.

David potarł skronie. To był scenariusz najgorszy z możliwych. Głowa wciąż pulsowała od huku bomby. Próbował zebrać myśli.

– Nie skłamał…

– No, może źle oszacował. A najprawdopodobniej celowo przemilczał prawdę, by nas osłabić i odwrócić uwagę od poważniejszego ataku na Clocktower.

– Atak na Clocktower nie oznacza, że zagrożenie terrorystycznie nie istnieje. To może być preludium…

– Może. Jedno, co wiemy na pewno, to, że Clocktower zostało przyparte do muru. Przede wszystkim masz zapewnić bezpieczeństwo swojej stacji. To największa komórka w Azji północnowschodniej. Całkiem możliwe, że już rozpoczął się atak na siedzibę główną. – Keegan wziął torbę do ręki i dodał: – Lecę do Londynu, spróbuję stamtąd zapanować nad sytuacją. Powiedzenia, Davidzie.

Uścisnęli sobie ręce, a potem David odprowadził Keegana do wyjścia.

Na ulicy do Davida podbiegł jakiś dzieciak z naręczem gazet. Machał nimi w powietrzu i wykrzykiwał:

– Słyszeliście? Atak na Dżakartę!

David odepchnął chłopaka, lecz ten zdążył wcisnąć mu do ręki zrolowaną gazetę, po czym zniknął za rogiem.

David już miał wyrzucić gazetę, ale nagle poczuł, że jest dziwnie ciężka. Coś było w środku. Rozwinął ją. Na ziemię wypadła okrągła czarna rurka, długości około trzydziestu centymetrów. Rurobomba.

Rozdział 5

Ośrodek Badań nad Autyzmem

Dżakarta, Indonezja

Naczelnik policji na rejon Dżakarty zachodniej, Eddi Kusnadi, otarł brwi z potu i wkroczył na miejsce zbrodni – do jakiegoś laboratorium badawczego na zachodnim krańcu miasta. Strzelaninę zgłosił sąsiad. Była to lepsza dzielnica, z tych, gdzie mieszkańcy mogą mieć powiązania z władzami, musiał więc sprawdzić, o co chodzi. Tak, budynek zdecydowanie wyglądał jak jakiś zakład medyczny, chociaż niektóre pomieszczenia przypominały raczej przedszkole.

Paku, jeden z jego najlepszych oficerów nieumundurowanych, przywołał go machaniem ręki do pomieszczenia w tylnej części budynku. Na podłodze leżała nieprzytomna kobieta, obok martwy mężczyzna w kałuży własnej krwi, dokoła stało kilku policjantów.

– Kłótnia kochanków?

– Nie sądzę – odparł Paku.

Z oddali dochodził płacz dzieci. Do pomieszczenia weszła jakaś Indonezyjka, na widok ciał zaczęła krzyczeć.

– Zabierzcie ją stąd – polecił naczelnik. Funkcjonariusze natychmiast wyprowadzili kobietę. Zwrócił się do Paku, jedynego policjanta, który został w pomieszczeniu: – Kto to jest?

– Kobieta to doktor Katharine Warner.

– Doktor? To jest przychodnia?

– Nie. Ośrodek badawczy. Warner nim kieruje. Kobieta, która weszła tu przed chwilą, to jedna z opiekunek. Prowadzą badania nad upośledzonymi dziećmi.

– Chyba niezbyt dochodowy interes. A facet?

– Jeden z techników laboratoryjnych. Opiekunka powiedziała, że inny technik zaproponował, że zajmie się dziećmi, więc poszła do domu. Twierdzi też, że zaginęło dwoje dzieci.

– Uciekły?

– Raczej wykluczone. Kobieta mówi, że budynku pilnuje ochrona.

– Monitoring na zewnątrz budynku?

– Nie. Tylko w pomieszczeniach, w których przebywają dzieci. Sprawdzamy nagrania.

Naczelnik pochylił się i zmierzył wzrokiem leżącą kobietę. Była szczupła, ale nie nadmiernie. Lubił takie. Sprawdził puls, przekręcił jej głowę w prawo i w lewo, by sprawdzić, czy nie doznała urazu. Zauważył tylko otarcia na nadgarstkach, poza tym żadnych obrażeń.

– Niezły burdel. Sprawdź, czy ma pieniądze. Jeśli tak, zabierz ją na posterunek. Jeśli nie, podrzuć do szpitala.

Rozdział 6

Ośrodek Badawczy Immari Corp.

Chiny, okolice Burangu

Tybetański Region Autonomiczny

Kierownik projektu wszedł do gabinetu doktora Shen Changa i rzucił teczkę na biurko.

– Mamy nową terapię.

Doktor Chang chwycił teczkę i zaczął przerzucać kartki.

Kierownik przechadzał się po pokoju.

– Wygląda bardzo obiecująco. Zamierzamy wypróbować ją jak najszybciej. Chcę, żeby w ciągu czterech godzin maszyna była gotowa, a pacjenci poddani terapii.

Chang wypuścił teczkę z rąk i podniósł wzrok. Otworzył usta, lecz nie zdążył nic powiedzieć. Kierownik pomachał ręką.

– Nie chcę żadnych protestów. Szczególny przypadek może pojawić się w każdym momencie: dzisiaj, jutro, a może nawet już się pojawił. Nie ma co tracić czasu na środki ostrożności.

Chang zaczął protestować, ale kierownik znów mu przerwał.

– I nie mów mi, że potrzebujesz więcej czasu. Miałeś go wystarczająco dużo. Musimy mieć wyniki.

Chang odchylił się na oparcie krzesła.

– Ostatni test poważnie naruszył lokalne układy. Przekroczyliśmy nasze uprawnienia. Chyba udało nam się zapanować nad sytuacją, ale miejscowe władze mogą nabrać podejrzeń. Najgorsze, że brakuje nam przedstawicieli naczelnych…

– Nie interesują nas przedstawiciele naczelnych. Chcę grupy pięćdziesięciu ludzi.

Chang wyprostował się i odparł, nadając głosowi bardziej stanowcze brzmienie:

– Nawet jeśli odłożymy na bok kwestie moralne, czego nie zalecam, potrzebujemy więcej danych, by rozpocząć testy na ludziach. Potrzebujemy…

– Wszystko jest w teczce. I wciąż zdobywamy nowe dane. To nie wszystko. Mamy dwóch osobników z aktywnym genem atlantydzkim.

Oczy Changa zrobiły się wielkie i okrągłe.

– Dwóch… jak… co…

Kierownik wskazał teczkę szybkim gestem, podobnym do ruchu kobry.

– Teczka, doktorze. Tam jest wszystko. Wkrótce tu będą. Proszę się przygotować. Pana zadaniem jest jedynie wdrożyć terapię genową.

Chang przez chwilę przerzucał strony, mrucząc do siebie pod nosem.

– Osoby badane to dzieci?

– Tak. Jakiś problem?

– Yy, nie. Może. Może jednak nie.

– „Może jednak nie” to prawidłowa odpowiedź. W razie potrzeby proszę się ze mną skontaktować. Cztery godziny. Chyba nie muszę tłumaczyć, jaka jest stawka.

Ale doktor Chang nie słuchał. Całkowicie pochłonęła go lektura notatek autorstwa doktor Katherine Warner.

Rozdział 7

Siedziba główna Stacji Dżakarta

Dżakarta, Indonezja

David przyglądał się czarnej rurce przez wąski otwór w osłonie przeciwwybuchowej. Odkręcenie górnej części za pomocą wysięgnika trwało całą wieczność. Ale musiał zajrzeć do środka. Zaintrygował go ciężar rury – stanowczo za mały jak na bombę. Gwoździe, śrut i kulki BB ważyłyby znacznie więcej.

Wreszcie górna część odpadła. David przechylił rurę. Ze środka wysunęła się zwinięta w rulon kartka. Gruby lśniący papier. Fotografia.

David rozwinął ją. Było to zdjęcie satelitarne góry lodowej na ciemnoniebieskim oceanie. Pośrodku góry widniał jakiś czarny podłużny obiekt. Okręt podwodny. Na odwrocie zdjęcia napisano:

Protokoł Toba istnieje.

David wsunął zdjęcie do grubej teczki z papieru manilowego i przeszedł do centrum monitoringu. Jeden z techników oderwał wzrok od rzędu ekranów.

– Na razie nic.

– Lotniska? – spytał David.

Mężczyzna wstukał coś na klawiaturze. Spojrzał na Davida.

– Tak. Kilka minut temu wylądował na Soekarno-Hatta. Mamy go tam zatrzymać?

– Nie. Potrzebuję go tutaj. Tylko zróbcie tak, żeby nie było go widać na piętrze.

Rozdział 8

BBC ze świata – najnowsze informacje

Ataki na dzielnice mieszkaniowe w Mar del Plata (Argentyna) i Kapsztadzie (Republika Południowej Afryki)

Z ostatniej chwili: Kolejne wybuchy w Karaczi (Pakistan) i Dżakarcie (Indonezja).

Kapsztad, RPA.

Wcześnie rano wystrzały z broni automatycznej i wybuchy granatów zburzyły ciszę na ulicach Kapsztadu. Grupa około dwudziestu uzbrojonych napastników wtargnęła do budynku mieszkalnego i zabiła czternaście osób.

Policja nie zdradziła żadnych szczegółów na temat ataku.

Świadkowie wydarzenia twierdzą, że wydarzenie przypominało akcję służb specjalnych. Oto nagranie, które zarejestrował nasz reporter: „No i wtedy zobaczyłem ten pojazd, wyglądał jak transporter opancerzony. Wjechał na chodnik i zaraz wyskoczyli z niego ci goście, jak jacyś ninja czy żołnierze-roboty, ruszali się normalnie jak maszyny. I nagle cały budynek wywaliło w powietrze, wszędzie poleciały odłamki szkła. Uciekłem. – To dość niebezpieczna dzielnica, ale rany, czegoś podobnego w życiu nie widziałem. Najpierw pomyślałem, że to, ten no, nalot antynarkotykowy. Nieważne, w każdym razie wyglądało to naprawdę nieciekawie”.

Kolejny świadek, który również pragnął zachować anonimowość, potwierdził, że nie zauważył żadnych emblematów ani na ubraniach, ani na pojeździe napastników.

Reporter z agencji Reuters, któremu na chwilę udało się dostać na miejsce zdarzenia, nim usunęła go stamtąd policja, tak opisał to, co zobaczył: „Budynek wyglądał jak tak zwany bezpieczny dom, siedziba CIA czy MI6. Trzeba sporych funduszy na tak zaawansowaną technologię: pokój dowodzenia ze ścianą ekranów komputerowych i ogromną serwerownię. Wszędzie leżały ciała. Mniej więcej połowa zabitych miała na sobie cywilne ubrania, pozostali czarne kamizelki kuloodporne, podobne do tych, które według świadków nosili napastnicy”.

Na razie nie wiadomo, czy któreś z tych ciał należą do napastników czy wyłącznie do osób wcześniej przebywających w budynku.

Nasi dziennikarze poprosili o komentarz zarówno CIA, jak i MI6. Obie organizacje odmówiły.

Nie wiadomo też, czy ten incydent jest powiązany z podobnym zdarzeniem, które miało miejsce w Mar del Plata, gdzie potężny wybuch w ubogiej dzielnicy zabił dwanaście osób około drugiej nad ranem lokalnego czasu. Świadkowie twierdzą, że wybuch poprzedził atak grupy ciężko uzbrojonych osobników o niezidentyfikowanej tożsamości.

Podobnie jak w przypadku zdarzenia w Kapsztadzie nikt nie przyznał się do ataku.

„Bardzo nas niepokoi, że nie wiemy, kto może stać za tymi atakami”, powiedział Richard Bookmeyer, profesor z American University w Waszyngtonie. „Wnioskując z dotychczasowych relacji, jeśli ofiary bądź napastnicy są częścią siatki terrorystycznej, mamy do czynienia z działaniami o wysokim stopniu zaawansowania, który trudno przypisać jakiejkolwiek znanej organizacji. Albo jest to jakaś nowa grupa, albo któraś z wcześniej istniejących, która przeszła znaczącą przemianę. Oba scenariusze wymagają przemyślenia naszej dotychczasowej wiedzy na temat struktury globalnego terroryzmu”.

Będziemy informować na bieżąco, kiedy pojawią się kolejne szczegóły.

Rozdział 9

Siedziba główna Stacji Dżakarta

Dżakarta, Indonezja

David właśnie studiował mapę Dżakarty i rozsianych po mieście kryjówek organizacji Clocktower, kiedy do środka wszedł jeden z pracowników.

– Przyszedł.

David złożył mapę.

– Świetnie.

Josh Cohen zmierzał w stronę niczym niewyróżniającego się budynku mieszkalnego, w którym mieściła się główna siedziba Clocktower. Okoliczne budynki były w większości niezamieszkane – mieszanka niedokończonych budów z mieszkaniami dla najuboższych i walących się magazynów.

Na tabliczce przy drzwiach widniał napis „Clocktower Security, SA”. W oczach osób postronnych Clocktower Security była po prostu jedną z wielu firm ochroniarskich. Oferowała ochronę osobistą szefom korporacji i ważnym gościom zagranicznym odwiedzającym Dżakartę, a także usługi detektywistyczne w przypadku, kiedy władze lokalne okazywały się „niechętne do współpracy”. Idealna przykrywka.

Josh wszedł do środka, pokonał długi korytarz, otworzył ciężkie stalowe drzwi i podszedł do lśniącej srebrzyście windy. Panel obok drzwi przesunął się i Josh położył rękę na odbijającej światło powierzchni.

– Josh Cohen. Zweryfikuj mój głos.

Otworzył się kolejny panel, tym razem na poziomie jego twarzy. Josh zamknął oczy i stał nieruchomo, czekając, aż wiązka czerwonego światła zeskanuje jego twarz.

Winda zadzwoniła, drzwi się rozsunęły i Josh wszedł do środka. Winda bezgłośnie ruszyła do góry, na środkowy poziom. Josh wiedział, że gdzieś tam technicy właśnie wykonują pełen skan jego ciała, szukając pluskiew, bomb i innych niebezpiecznych przedmiotów. W razie gdyby coś znaleźli, windę wypełniłby bezbarwny i bezwonny gaz, a Josh po jakimś czasie obudziłby się w celi. To byłby ostatni przystanek na drodze jego życia. Jeśli przejdzie test, winda zabierze go na trzecie piętro – od trzech lat będące jego domem i główną siedzibą Clocktower w Dżakarcie.

Clocktower stanowiła tajną odpowiedź na ponadpaństwowy terroryzm: była ponadpaństwową organizacją antyterrorystyczną. Żadnych zbędnych przepisów. Żadnej biurokracji. Dobrzy goście zabijają złych gości. Może nie było to do końca takie proste, ale Clocktower z pewnością odbiegała niewiele od ideału.

Była to organizacja niezależna, apolityczna, antydogmatyczna i, co najważniejsze, niezwykle skuteczna. Z tych powodów wspierały ją służby wywiadowcze z całego świata, choć tak niewiele o niej wiedziano – ani kiedy się narodziła, ani kto nią kieruje, kto ją finansuje i gdzie znajduje się jej siedziba główna. Kiedy Josh wstąpił do Clocktower trzy lata wcześniej, sądził, że wkrótce pozna odpowiedzi na wszystkie pytania. Mylił się. Szybko awansował, po krótkim czasie został kierownikiem działu analitycznego Stacji Dżakarta, ale nadal wiedział o Clocktower równie mało, co w dniu, kiedy rekrutowano go spośród pracowników Biura Analiz d/s Terroryzmu w CIA. Najwyraźniej tak już miało pozostać.

W Clocktower poszczególne komórki działały w izolacji od pozostałych. Każda z jednostek otrzymywała informacje z Centrali, każda jednostka dzieliła się informacjami z Centralą, żadna jednak nie mogła zdobyć całościowego obrazu i wzglądu w szerszą działalność organizacji. Dlatego Josh doznał prawdziwego wstrząsu, kiedy sześć dni temu otrzymał zaproszenie na coś w rodzaju „spotkania na szczycie” dla głównych analityków poszczególnych komórek Clocktower. Skontaktował się z Davidem Vale’em, szefem stacji w Dżakarcie, i zapytał, czy to jakiś dowcip. David zapewnił, że nie i że wszyscy dyrektorzy zostali powiadomieni o spotkaniu.

Wstrząs z powodu zaproszenia szybko ustąpił znacznie silniejszym wrażeniom, wywołanym przez odkrycia, których dokonał podczas konferencji. Pierwszą niespodzianką była już sama liczba uczestników: dwustu trzydziestu ośmiu. Josh przypuszczał, że Clocktower jest stosunkowo niedużą organizacją, liczącą może koło pięćdziesięciu komórek, rozmieszczonych w najgorętszych miejscach naszego globu, okazało się jednak, że na konferencję zjechały osoby dosłownie ze wszystkich zakątków świata. Zakładając, że każda z komórek była wielkości tej w Dżakarcie – około pięćdziesięciu agentów – dla Clock-work musiało pracować ponad dziesięć tysięcy osób. Do tego dochodził dział centralny – co najmniej tysiąc osób, zajmujących się analizą i łączeniem informacji oraz rzecz jasna koordynacją pracy poszczególnych komórek.

Rozmiary organizacji były naprawdę szokujące – mogła niemal dorównywać wielkością CIA, która za czasów Josha zatrudniała około dwudziestu tysięcy osób. A wiele z nich pracowało w dziale analiz w Langley, nie w terenie. Przy czym Clocktower nie posiadała całej tej biurokratycznej i organizacyjnej otoczki.

Możliwości jednostek specjalnych Clocktower prawdopodobnie znacznie przerastały możliwości jakiegokolwiek rządu na świecie. Każda z komórek składała się z trzech zespołów. Jedną trzecią pracowników stanowili oficerowie prowadzący, którzy działali na podobieństwo NCS, Państwowej Służby Niejawnej, będącej częścią struktury CIA; pracowali pod przykrywką w organizacjach terrorystycznych, kartelach i innych grupach przestępczych oraz w przeróżnych innych miejscach, w których można pozyskać źródła: władzach lokalnych, bankach, oddziałach policji. Celem ich działań było rozpoznanie osobowe – HUMINT – stworzenie sieci tak zwanych osobowych źródeł informacji.

Kolejna jedna trzecia agentów w każdej komórce zajmowała się analizą. Analitycy większość czasu poświęcali dwóm sprawom: hakowaniu i rozwiązywaniu zagadek. Hakowali dosłownie wszystkich i wszystko: rozmowy telefoniczne, mejle, esemesy. Łączyli ten rodzaj wywiadu, zwany SIGNIT, z HUMINT-em oraz wszelkimi uzyskanymi lokalnie informacjami i przesyłali wszystko do Centrali. Główne zadanie Josha polegało na pilnowaniu, by Stacja Dżakarta zbierała informacje w sposób jak najskuteczniejszy oraz na wyciąganiu wniosków z uzyskanych informacji – co brzmiało znacznie lepiej niż „rozwiązywanie zagadek”, ale w gruncie rzeczy do tego się sprowadzało. Josh przesyłał pewne sugestie szefowi stacji, ten zaś, po konsultacji z Centralą, zatwierdzał miejscowe akcje, które wykonywała grupa od tajnych operacji – stanowiąca ostatnią trzecią część pracowników.

Tajna jednostka szybko zdobyła reputację jednej z najlepszych grup uderzeniowych w całej Clocktower. Ta opinia zapewniła Joshowi rolę swego rodzaju celebryty podczas konferencji. Komórka Josha była najlepsza w regionie Azji i Pacyfiku i każdy chciał poznać jego sekrety zawodowe.

Nie wszyscy na szczęście traktowali go jak gwiazdę. Z radością odnalazł w tłumie twarze wielu dawnych znajomych, ludzi, z którymi kiedyś pracował dla CIA, bądź których poznał podczas wspólnych akcji ze służbami wywiadowczymi innych państw. Niesamowite: przez cały czas kontaktował się z osobami, które dobrze znał od wielu lat. W Clocktower obowiązywały surowe przepisy: każdy nowy członek organizacji dostawał nowe nazwisko, musiał zniszczyć własną przeszłość i nie miał prawa wyjawiać tożsamości poza własną komórką. Podczas wszystkich rozmów telefonicznych głos zmieniano komputerowo. Kontakty osobiste były surowo zabronione.

Spotkanie twarzą w twarz – wszystkich szefów wszystkich komórek – niszczyło otoczkę tajemnicy. I kłóciło się z obowiązującymi w Clocktower regułami postępowania. Josh wiedział, że za tak ryzykowną akcją musi się kryć naprawdę poważny powód – coś bardzo istotnego i bardzo pilnego – ale nigdy by się nie domyślił, jakie rewelacje wyjawi Centrala podczas konferencji. Nadal nie mógł w to uwierzyć. Chciał natychmiast podzielić się tą informacją z Davidem Vale’em.

Stanął tuż przy drzwiach windy, gotów ruszyć prosto do gabinetu szefa.

Była dziewiąta rano, praca zapewne szła pełną parą. Widział to wszystko w wyobraźni: kanciapa analityków świeci jak nowojorska giełda, pracownicy kłębią się przy monitorach, pokazują coś na ekranach, dyskutują. Drzwi po drugiej stronie korytarza prowadzące do szatni oficerów pracujących w terenie są otwarte na oścież, widać, jak przygotowują się oni na kolejny dzień. Spóźnialscy stoją przy szafkach, szybko zakładają kamizelki kuloodporne, napychają kieszenie dodatkowymi magazynkami. Ranne ptaszki już siedzą na drewnianych ławkach, czekając na poranną odprawę, rozmawiają o sporcie i broni. Spokojną atmosferę od czasu do czasu zakłócają psikusy ubierających się kolegów.

Josh czuł się tutaj jak w domu i musiał przyznać, że tęsknił za tym miejscem, chociaż konferencja okazała się niezwykle owocna. Świadomość, że należy do grupy podobnych sobie osób, że dzieli z nimi te same doświadczenia, te same problemy i lęki, podziałała na niego bardzo krzepiąco. W Dżakarcie stał na czele grupy analityków, miał pod sobą zespół, odpowiadał jedynie przed szefem stacji – nie było tam ani jednej osoby równej mu rangą, nikogo, z kim mógłby porozmawiać. Praca w wywiadzie wiąże się z samotnością – szczególnie w przypadku osób zajmujących odpowiedzialne stanowiska. Bez wątpienia wielu jego przyjaciół nie umiało sobie poradzić z negatywnymi skutkami tej profesji. Niektórzy postarzeli się przedwcześnie. Inni obrośli twardą skorupą, stali się nieprzystępni. Josh zastanawiał się, czy jego też to czeka. Wszystko ma swoją cenę. Wierzył jednak, że ich praca ma sens. A żadna praca nie jest idealna.

Nagle uświadomił sobie, że winda jakoś dziwnie długo się nie otwiera. Powiódł wzrokiem dokoła. Światełka rozmazały się w powietrzu jak obraz odtwarzany w zwolnionym tempie. Ciało zrobiło się dziwnie ciężkie. Nie mógł oddychać. Wyciągnął rękę, by chwycić się poręczy, ale dłoń nie chciała się zacisnąć, ześliznęła się bezwładnie, a metalowa podłoga zaczęła się zbliżać w błyskawicznym tempie.

Rozdział 10

Pokój przesłuchań C

Komisariat policji, wydział dla Dżakarty Zachodniej

Dżakarta, Indonezja.

Jej głowę rozsadzał potworny ból. Bolało ją wszystko. A policjanci bynajmniej nie okazali się pomocni. Kate obudziła się na tylnym siedzeniu policyjnego wozu. Kierowca nie chciał odpowiadać na żadne pytania, a kiedy dotarli na komisariat, sytuacja tylko się pogorszyła.

– Dlaczego mnie nie słuchacie? Dlaczego nie próbujecie znaleźć tych chłopców? – Kate Warner oparła się o metalowe biurko, wbijając wzrok w śledczego o bardzo zadowolonej z siebie minie, który zmarnował już dwadzieścia minut jej cennego czasu.

– Ależ próbujemy. Dlatego właśnie zadajemy pani te wszystkie pytania.

– Już mówiłam, ja nic nie wiem.

– Może tak, może nie. – Przy tych słowach policjant przekrzywił głowę na jedną, potem na drugą stronę.

– Może. Do licha ciężkiego. Sama ich znajdę. – Zrobiła krok w stronę stalowych drzwi.

– Są zamknięte na klucz, pani Warner.

– To proszę je otworzyć.

– Niemożliwe. Podczas przesłuchania podejrzanego drzwi są zamknięte.

– Podejrzanego? Żądam adwokata, natychmiast.

– To jest Dżakarta. Żadnych prawników, żadnych telefonów do ambasady Stanów Zjednoczonych. – Mężczyzna, nie podnosząc głowy, czyścił zabłocone buty. – Mamy tutaj wielu obcokrajowców, wielu przyjezdnych. Wiele osób spoza Indonezji nie szanuje naszego kraju, naszych obywateli. Wcześniej baliśmy się amerykańskiego konsulatu, dawaliśmy zatrzymanym adwokatów, a oni zawsze się wymykali. Z czasem się nauczyliśmy. Indonezyjczycy nie są tak głupi, jak się pani wydaje. Bo dlatego przyjechała tu pani pracować, prawda? Myśli pani, że jesteśmy głupi i nie zorientujemy się, co pani wyczynia?

– Niczego nie wyczyniam. Próbuję leczyć chorych na autyzm.

– Dlaczego nie we własnym kraju?

Kate nie zamierzała zwierzać się temu człowiekowi, dlaczego wyjechała z Ameryki. Odparła:

– W Ameryce prowadzenie badań klinicznych jest najdroższe na świecie.

– A, więc chodzi o koszty, tak? A tu, w Indonezji, można tanio kupić dzieci i robić na nich eksperymenty?

– Nie kupuję dzieci!

– Ale pani ośrodek posiada dzieci na własność, prawda? – Odwrócił teczkę i wskazał odpowiednie miejsce w dokumentach.

Kate pobiegła wzrokiem za jego palcem.

– Pani Warner, ośrodek jest opiekunem prawnym tych dwóch chłopców oraz pozostałych dzieci, w sumie stu trojga. Czyż nie?

– Opiekun prawny to nie właściciel.

– Po prostu używa pani innego słowa. Tak jak Holenderska Kompania Wschodnioindyjska. Słyszała pani? Na pewno. Oni posługiwali się słowem „kolonia”, w rzeczywistości zaś posiadali Indonezję na własność, przez ponad dwieście lat. Kompania handlowa była właścicielem mojego kraju i całego narodu. Traktowali nas jak swoją własność i brali, co im się żywnie podobało. W 1947 wreszcie odzyskaliśmy niepodległość. Ale pamięć o przeszłości jest nadal bardzo żywa. Sąd będzie widział tę sprawę dokładnie tak samo. Wzięła pani sobie te dzieci, tak po prostu, może nie? Sama pani to przyznała. Nie zapłaciła pani za nie. I nie widzę tu danych rodziców, żadnej zgody na adopcję. Czy oni w ogóle wiedzą, że pani przetrzymuje ich dzieci?

Kate rzuciła mu harde spojrzenie.

– Tak myślałem. Wreszcie mamy coś konkretnego. Najlepiej mówić uczciwie. Jeszcze jedna sprawa, pani Warner. Widzę, że pani badania finansuje firma Immari Dżakarta – oddział badawczy. To zapewne zwykły zbieg okoliczności… lecz bardzo niefortunny. Spółka Immari Holdings kupiła sporo aktywów od Holendrów, kiedy ci sześćdziesiąt pięć lat temu wycofywali się z Indonezji… Tak więc pieniądze na pani badania pochodzą z…

Mężczyzna wcisnął kartki do teczki i wstał, robiąc taką minę, jakby był co najmniej indonezyjskim Perry’m Masonem, przedstawiającym argument nie do zbicia.

– Chyba domyśla się pani, jak sąd może to odebrać. Wasi ludzie wyjeżdżają, ale wracają pod inną nazwą i nadal nas eksploatują. Z tym że teraz już nie potrzebujecie kawy i trzciny cukrowej, tylko nowych leków, szukacie królików doświadczalnych. Zabieracie nasze dzieci i robicie na nich eksperymenty, których nie moglibyście zrobić we własnym kraju, bo nie chcecie krzywdzić własnych dzieci. A jeśli coś pójdzie nie tak, jakieś dziecko zachoruje, czy nagle ogarnie was strach, że władze mogą się dowiedzieć, pozbywacie się tego dziecka bez skrupułów. Ale znowu coś idzie nie tak. Może któryś z waszych pracowników nie jest w stanie zabić dziecka. Wie, że to złe. Walczy i ginie. Wiecie, że zaraz zjawi się policja, więc wymyślacie bajeczkę o porwaniu. Tak. Może się pani przyznać, tak będzie lepiej. W Indonezji wiemy, co to miłosierdzie i wyrozumiałość.

– To wszystko nieprawda.

– To jedyne logiczne wytłumaczenie, pani Warner. Nie pozostawia nam pani wyboru. Prosi pani o adwokata. Nalega, by ją wypuścić. Proszę tylko pomyśleć, jak to wszystko wygląda.

Kate patrzyła na niego w milczeniu.

Mężczyzna ruszył w stronę drzwi.

– No dobrze, pani Warner. Muszę panią ostrzec, że może się zrobić naprawdę nieprzyjemnie. Lepiej zacząć z nami współpracować, ale oczywiście wy, Amerykanie, zawsze wiecie najlepiej.

Rozdział 11

Ośrodek Badawczy Immari Corp.

Chiny, okolice Burangu

Tybetański Region Autonomiczny

– Obudź się, Jin, wołają cię.

Jin próbował otworzyć oczy, ale raziło go oślepiające światło. Chłopak, z którym dzielił pokój, pochylał się i coś mu szeptał do ucha, lecz Jin nie rozpoznawał słów. W tle grzmiał głośnik: „204 394, zgłoś się natychmiast. 204 394, zgłoś się natychmiast. 204 394. 204 394, zgłoś się”.

Jin wyskoczył z łóżka. Jak długo już go wołają? Spojrzał w prawo i w lewo, omiatając wzrokiem celę wielkości trzy metry na trzy, którą dzielił z Weiem. Gdzie jego spodnie i koszulka? O nie, jeśli już jest spóźniony i w dodatku zapodział gdzieś ubranie, wywalą go jak nic. Gdzie te ciuchy? Gdzie…? Siedzący na pryczy kolega podniósł wysoko białe płócienne spodnie i bluzę. Jin chwycił je i prędko wciągnął na siebie, o mało nie rozrywając tkaniny.

Wei wbił wzrok w ziemię.

– Przepraszam, Jin. Ja też zaspałem. Nic nie słyszałem.

Jin chciał coś powiedzieć, ale nie było czasu. Wypadł z pokoju i pobiegł długim korytarzem, mijając szereg cel. Wiele było pustych. W większości zajmowały je pojedyncze osoby. Pielęgniarz stojący w drzwiach prowadzących do odpowiedniego skrzydła, powiedział:

– Ramię.

Jin posłusznie wyciągnął ramię.

– 204 394.

– Cisza – odparł pielęgniarz i przesunął czytnikiem z niewielkim ekranem nad ramieniem Jina. Czytnik zapikał, mężczyzna podniósł głowę i krzyknął: – Zgadza się. – Otworzył drzwi przed Jinem. – Ruszaj.

Jin dołączył do grupy około pięćdziesięciu „rezydentów”. Trzech pielęgniarzy zaprowadziło ich do obszernego pomieszczenia, w którym ciągnęły się długie rzędy krzeseł, oddzielone od siebie wysokimi ściankami. Krzesła przypominały trochę plażowe leżaki. Obok każdego z nich stał metalowy słupek, na którym wisiały trzy worki z przezroczystym płynem, z których odchodziły rurki. Po drugiej stronie krzesła znajdowała się maszyna; wyposażona w przeróżne ekrany i wyświetlacze przypominała skomplikowaną deskę rozdzielczą. Pod spodem zwisały niezliczone kabelki i druciki, podłączone do prawej poręczy krzesła.

Jin nie widział dotąd czegoś podobnego. Badania nigdy tak nie wyglądały. Od dnia jego przybycia do ośrodka, sześć miesięcy temu, rozkład dnia rzadko się zmieniał: śniadanie, obiad i kolacja zawsze o tej samej porze, zawsze to samo jedzenie, a po każdym posiłku pobranie krwi z przypominającego wentyl urządzenia, które zamocowano na stałe na prawym ramieniu; po południu czasem gimnastyka, monitorowana przez elektrody umieszczone na klatce piersiowej. Resztę czasu uczestnicy badań spędzali w celach trzy na trzy metry, wyposażonych w dwa łóżka i toaletę. Co kilka dni wielka maszyna wydająca niski mrukliwy głos robiła każdemu zdjęcie. Zawsze powtarzali, że trzeba leżeć bez ruchu.

Prysznic brało się raz w tygodniu, w wielkiej koedukacyjnej łazience. Nawiasem mówiąc, panowanie nad potrzebami okazało się najtrudniejsze ze wszystkiego. W czasie pierwszego miesiąca przyłapano jakąś parę. Więcej ich nie zobaczyli.

W poprzednim miesiącu Jin chciał zostać w celi, ale nic z tego. Przełożony wpadł do środka z krzykiem: „Jak nie będziesz się słuchał, wylatujesz!”. Jin przeraził się nie na żarty. Płacili mu majątek, dosłownie majątek. Poza tym nie miał wyboru.

Rok wcześniej jego rodzina straciła wszystko. Właścicieli małych gospodarstw nie było stać na płacenie podatków. Ceny ziemi gwałtownie poszły w górę, liczba ludności rosła. Rodzice Jina postąpili tak jak wiele innych rodzin: najstarsze dziecko wysłali do miasta do pracy, a sami wraz z młodszym potomstwem próbowali jakoś przetrwać.

Starszy brat Jina znalazł zatrudnienie w fabryce produkującej sprzęt elektroniczny. Po miesiącu go odwiedzili. Panujące tam warunki były znacznie gorsze niż tutaj. Ciężka praca już zdążyła zebrać żniwo – silny energiczny dwudziestolatek wyglądał, jakby postarzał się o dwadzieścia lat. Był blady, włosy mu się przerzedziły, chodził przygarbiony. I ciągle kaszlał. Powiedział, że w fabryce zapanował wirus i wszyscy się pozarażali, ale Jin mu nie wierzył. Brat dał rodzicom skromną sumę zaoszczędzoną z wypłaty. „Pomyślcie tylko, za jakieś pięć-dziesięć lat zbiorę tyle, że kupię nowe gospodarstwo. Wrócę do domu i zaczniemy wszystko od nowa”. Wszyscy zareagowali entuzjastycznie. Rodzice powiedzieli, że są z niego bardzo dumni.

W drodze powrotnej ojciec oznajmił, że następnego dnia brat poszuka lepszej pracy. Że z jego umiejętnościami na pewno zostanie kierownikiem. Zarobi dużo pieniędzy. Jin i matka pokiwali głowami.

Tej nocy Jin słyszał przez ścianę, jak matka płacze. Potem ojciec coś krzyczał. Nigdy dotąd się nie kłócili.

Kolejnej nocy Jin wymknął się z pokoju, napisał list pożegnalny i wyruszył do Chongqing, najbliższego dużego miasta. Zjeżdżało tam mnóstwo ludzi w poszukiwaniu pracy.

W siedmiu pierwszych miejscach odprawiono go z kwitkiem. W ósmym było zupełnie inaczej. Nie zadawali żadnych pytań. Włożyli mu do ust patyczek higieniczny i kazali czekać przez godzinę w wielkiej sali. Większość kandydatów odrzucono. Upłynęła kolejna godzina i wreszcie wywołano jego numer – 204 394. Powiedzieli, że zatrudnią go w ośrodku badań medycznych. A potem wymienili sumę. Błyskawicznie podpisał wszystkie formularze.

Nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Sądził, że w ośrodku będą panowały nędzne warunki, ale bardzo się pomylił – było tu niemalże jak w domu wczasowym. A teraz wszystko zepsuł. Na pewno go wyrzucą. Wzywali go przez głośniki.

Ale może już zdążył zebrać sumę wystarczającą na zakup gospodarstwa? A może uda mu się znaleźć inny, podobny, ośrodek. Słyszał jednak, że wielkie fabryki wymieniają się listami kiepskich pracowników. Potem tacy ludzie nigdzie nie znajdą pracy. To byłoby dla niego jak wyrok.

– Na co czekacie?! – krzyknął mężczyzna. – Zająć miejsca.

Jin i pozostali rezydenci, wszyscy bosi i odziani w identyczne białe stroje, ruszyli w stronę krzeseł. Pchali się, rozpychali łokciami, kilku się przewróciło. W końcu chyba wszyscy dopadli swoich miejsc – za wyjątkiem Jina. Za każdym razem, kiedy już, już miał usiąść, ktoś w ostatniej sekundzie zajmował krzesło. A jeśli nie zdoła żadnego znaleźć? Jeśli to jakiś test? Może powinien…

– Ludzie. Spokojnie. Uważajcie na sprzęt. Po prostu niech każdy podejdzie do najbliższego krzesła.

Jin odetchnął i ruszył do kolejnego rzędu. Komplet. Dopiero w ostatnim znalazł wolne miejsce.

Weszła kolejna grupa pielęgniarzy. Mieli na sobie długie fartuchy i nieśli tablety. Do Jina podeszła jakaś młoda kobieta, przyłączyła torebki do „wentyla” na jego ramieniu i przyczepiła okrągłe czujniki do ciała. Popukała w ekran i ruszyła do kolejnej osoby.

Może to po prostu jeszcze jedno badanie, pomyślał Jin.

Nagle poczuł się bardzo śpiący. Odchylił głowę do tyłu i…

Kiedy się obudził, nadal siedział na krześle, torebki zabrano, zostawiono czujniki. Czuł się zamroczony i odrętwiały, jak podczas grypy. Próbował unieść głowę, ale była za ciężka. Zjawił się biały fartuch, mignął światłem przed oczami, odczepił czujniki i nakazał stanąć przy drzwiach wraz z pozostałymi uczestnikami badania.

Kiedy wstał, kolana się pod nim ugięły. Chwycił się oparcia krzesła i powlókł się w stronę grupy. Wszyscy wyglądali na mocno oszołomionych. Było tam dwadzieścia kilka osób, mniej więcej połowa początkowej grupy. A gdzie reszta? Czyżby znowu zaspał? Czy teraz czeka go kara? Czy powiedzą dlaczego? Po kilku minutach dołączył do nich jeszcze jeden mężczyzna, chyba w jeszcze gorszym stanie niż Jin i pozostali.

Pielęgniarze pognali ich przez kolejny długi korytarz do wielkiego pomieszczenia, w którym Jin nigdy dotąd nie był. Pomieszczenie było całkowicie puste i miało bardzo gładkie ściany. Jin pomyślał, że wygląda jak krypta, czy coś w tym rodzaju.

Minęło kilka minut. Jin miał wielką chęć usiąść na podłodze. Ale nikt nie wydał takiego polecenia. Stał więc w miejscu, głowa zwisała mu ciężko na piersi.

Drzwi się otworzyły i strażnicy wprowadzili do środka dwoje dzieci, w wieku może siedmiu-ośmiu lat, po czym wyszli, drzwi zamknęły się za nimi z głośnym hukiem.

Dzieciom nie podano żadnych leków, przynajmniej nic na to nie wskazywało. Były czujne i całkowicie przytomne. Szybko wmieszały się w tłum. Miały brązową skórę, na pewno nie pochodziły z Chin. Krążyły od jednej osoby do drugiej, zapewne szukając znajomej twarzy. Jin pomyślał, że zaraz pewnie się rozpłaczą.

Z krańca pomieszczenia doszedł mechaniczny dźwięk, przypominający trzeszczenie obracającego się kołowrotu. Do środka opuszczano jakąś maszynerię. Jin próbował podnieść głowę, ale nadal była ciężka. Widział wszystko jak przez mgłę. Maszyneria przypominała wielki żelazny pionek do gry z płaską głową. A może raczej dzwon o gładkich prostych ścianach. Miała jakieś cztery metry i musiała być bardzo ciężka, ponieważ kable, na których wisiała, liczyły pewnie ze ćwierć metra w obwodzie. Maszyneria zatrzymała się jakieś sześć metrów nad podłogą. Dwa kable przesunęły się w dół, wzdłuż szyny, której Jin wcześniej nie zauważył. Zatrzymały się mniej więcej na poziomie dolnej krawędzi maszynerii i napięły się, unieruchamiając ją z obu stron. Jin z trudem uniósł głowę. Z górnej części wystawał kolejny kabel, jeszcze grubszy niż te po bokach, ale w odróżnieniu od nich nie był zrobiony z metalu; składał się z wiązki skręconych drutów czy przewodów, przypominających kable komputerowe.

Dzieci zatrzymały się pośrodku grupy. Wszyscy dorośli próbowali unieść głowy.

Jin odzyskał ostrość widzenia. Zauważył, że na urządzeniu widnieje jakiś znak. Wyglądał jak ten nazistowski symbol, jak… nie, nie potrafił przypomnieć sobie nazwy. Czuł się taki śpiący.

Maszyneria miała ciemne ściany, a ze środka dochodził słaby dźwięk, jakby ktoś rytmicznie stukał w metalowe drzwi – bum bum bum. Podobny do tej maszyny robiącej zdjęcia. Może ta pełni podobne funkcje? Może używają jej przy zdjęciach grupowych? Dźwięk z każdą sekundą narastał, a w górnej części pionka pojawiło się żółtopomarańczowe światło. Widocznie umieszczono tam wąskie otwory czy okna. Światło pulsowało przy każdym bum. Prawie jak latarnia morska.

Jin, zahipnotyzowany rytmicznym dźwiękiem i pulsującym światłem, dopiero po chwili zauważył, że stojący dokoła niego ludzie osuwają się na podłogę. Tak, działo się coś niepokojącego. Z nim też. Nogi wydawały się teraz bardzo ciężkie. Usłyszał dźwięk jakby wyginanego metalu – maszyneria ciągnęła za kable po obu stronach, próbowała się wznieść.

Z każdą sekundą Jin czuł coraz mocniejsze przyciąganie podłogi. Powiódł wzrokiem dokoła, nigdzie nie widział dzieci. Ktoś chwycił go za ramię. Odwrócił się i zobaczył mężczyznę o mocno pomarszczonej twarzy. Z nosa ciekła mu krew. Nagle zobaczył, że skóra dłoni leżącej na jego ramieniu zaczyna odłazić. I nie tylko skóra. Biały materiał bluzki Jina zabarwił się czerwienią. Mężczyzna upadł na niego i obaj osunęli się na podłogę. Rytmiczne postukiwanie maszyny przeszło w jednostajny szum, a światło świeciło teraz jednostajnym mocnym blaskiem. Jin poczuł, że z nosa cieknie mu krew. A potem dźwięk i światło nagle zniknęły.

W sterowni doktor Chang i jego współpracownicy przyglądali się pomarszczonym zakrwawionym ciałom na podłodze.

Chang opadł na krzesło.

– To już wszystko. Wyłączcie. – Zdjął okulary i rzucił je na biurko. Ścisnął palcami nos, po czym odetchnął głęboko. – Muszę złożyć raport dyrektorowi. – Chang wiedział, że szef nie będzie zachwycony.

Chang wstał i ruszył w stronę drzwi.

– I zacznijcie sprzątać. Autopsja niepotrzebna. – Wynik był dokładnie taki sam jak w przypadku poprzednich dwudziestu pięciu testów.

Sprzątacze podnieśli jedno z ciał, zakołysali nim i wrzucili do dużego plastikowego kontenera. Każdy z kontenerów mógł pomieścić około dziesięciu zwłok. Dzisiaj pewnie czekają ich trzy wycieczki do spalarni, no, może dwie, gdyby tak załadować kontener z górką.

Bywało gorzej, tym razem zwłoki przynajmniej nie rozpadły się na kawałki. W takich przypadkach sprzątanie trwało całą wieczność.

Kombinezony hazmat utrudniały ruchy, ale alternatywa nie wydawała się zbyt kusząca.

Podnieśli kolejne ciało, rozkołysali…

Nagle dostrzegli jakiś ruch.

Spod ciał próbowało się wydostać dwoje zakrwawionych dzieci.

Jeden ze sprzątaczy zaczął odsuwać martwych ludzi. Drugi odwrócił się twarzą do kamer, zamachał ramionami.

– Hej! Mamy dwóch żywych!

Rozdział 12

Areszt w głównej siedzibie Stacji Dżakarta

Dżakarta, Indonezja

– Josh, słyszysz mnie?

Josh Cohen próbował rozewrzeć powieki, ale uniemożliwiało mu to ostre światło. Głowa pulsowała bólem.

– Daj mi jeszcze jeden.

Josh dojrzał zamazaną postać siedzącą na brzegu twardego łóżka. Gdzie on jest? Pomieszczenie wyglądało jak jedna z cel. Mężczyzna przysunął do nosa Josha niewielką kulkę, otworzył ją i Josh poczuł najgorszy smród, z jakim kiedykolwiek miał styczność – ostra, obezwładniająca woń amoniaku wypełniła jego gardło, zaatakowała płuca i rzuciła nim do tyłu, aż walnął głową w ścianę. Pulsowanie zmieniło się w ostry przenikliwy ból. Zacisnął powieki i potarł czubek głowy.

– Spokojnie, spokojnie. – To był głos szefa stacji, Davida Vale’a.

– Co się dzieje? – spytał Josh.

Wreszcie zdołał ponownie otworzyć oczy. David był w pełnym rynsztunku, łącznie z kamizelką kuloodporną. Przy drzwiach stali dwaj pracownicy.

Josh usiadł na posłaniu.

– Ktoś musiał założyć mi pluskwę…

– Spokojnie, tym razem nie chodzi o pluskwę. Możesz wstać?

– Chyba tak. – Josh z trudem zwlókł się z łóżka, wciąż oszołomiony od gazu, który zwalił go z nóg w windzie.

– Dobrze. Za mną.

Josh ruszył za mężczyznami długim korytarzem, wiodącym do serwerowni. Przy wejściu David odwrócił się i powiedział do żołnierzy:

– Zaczekajcie tutaj. Powiadomcie mnie, jeśli zobaczycie kogoś na korytarzu.

W serwerowni David przyspieszył kroku w typowy dla siebie sposób. Josh musiał niemal biec, by nie zostać w tyle. Szef stacji miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i był mocno umięśniony, z pewnością nie taki potężny, jak niektórzy operacyjni, przypominający posturą zawodników futbolu, ale wystarczająco, by wystraszyć potencjalnych awanturników w barze.