Wydawca: Wydawnictwo Krytyki Politycznej Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Gejerel. Mniejszości seksualne w PRL-u ebook

Krzysztof Tomasik

3.11764705882353 (17)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 343 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gejerel. Mniejszości seksualne w PRL-u - Krzysztof Tomasik

Czy Andrzej Wajda zamierzał zrobić film o homomiłosnej akcji pod Arsenałem? Kim był brat „Wampira z Zagłębia” i jaki miał wpływ na przebieg słynnego procesu z lat 70.? Dlaczego tak mało wciąż wiemy o akcjiHiacynt”? Gdzie są „różowe teczki”?

Dlaczego Barbara Skarga bała się lesbijek? Jak warszawska „Kultura” żartowała z HIV?

Do czego klucz kryją powieści sensacyjne z serii „Jamnik”? Książka Krzysztofa Tomasika to kopalnia wiedzy na temat homoseksualizmu w PRL i konstruowanych wokół niego opowieści. Autor wertuje reportaże, zapomnianą literaturę, akta spraw sądowych, wypowiedzi autorytetów i polityków, pamiętniki i listy. Śledzi ów niezbadany dotychczas dyskurs i daje nam wgląd w sprawy, o których nie pisali literaturoznawcy, historycy ani badaczki kultury.

O AUTORZE

Krzysztof Tomasik (1978) –publicysta, biografista, badacz polskiego homoseksualizmu. Autor

głośnej książki Homobiografie. Pisarki i pisarze polscy XIX i XX wieku (2008), redaktor zbioru

PRL-owskich reportaży Mulat w pegeerze (2011).

Opinie o ebooku Gejerel. Mniejszości seksualne w PRL-u - Krzysztof Tomasik

Fragment ebooka Gejerel. Mniejszości seksualne w PRL-u - Krzysztof Tomasik

KrzysztofTomasik

GEJEREL

Mniejszości seksualne w PRL-u

SERIA PUBLICYSTYCZNA WYDAWNICTWO KRYTYKI POLITYCZNEJ

WSTĘP PRL z innej strony

Z upodobaniem powtarza się, jak to niedawno aktor Jurek Karaszkiewcz wszedł do kawiarni ZLP [Związku Literatów Polskich] na Krakowskim [Przedmieściu], stanął na środku, lekko się zachybotał i dramatycznym głosem zakrzyknął: „Pedały, powiedzcie, jak żyć”.

Krzysztof Mętrak, Dziennik z pawlacza (1975)

Minęło niewiele ponad dwadzieścia lat, od kiedy rozpadł się twór zwany Polska Rzeczpospolita Ludowa, a ta epoka wydaje się równie odległa i zmitologizowana jak dwudziestolecie międzywojenne czy czasy rozbiorów. Można odnieść wrażenie, że geje i lesbijki wówczas nie istnieli. Słowa „gej” faktycznie nie było, królował „pedał”, a sam temat średnio funkcjonował w świadomości społecznej. Pojedyncze książki, kilka filmów z ciotowskimi epizodami, dobrze ukryte kluby, artykuły w specjalistycznych pismach na temat zboczeń płciowych i kryminogennych środowisk – wyobrażamy sobie, że tak to właśnie wyglądało, dostrzegane przez grupkę najbardziej zainteresowanych, niewidoczne dla reszty. 6 lipca 1980 roku Krystyna Kofta zapisała w swoim dzienniku: „Na Starym Mieście, na wątróbkach, w knajpie pedalskiej. Oficjalnie zwykła knajpa, ale rzeczywiście sporo przystojniaków kręcących tyłkami, że nasza Wiercidupka może się schować. Odpoczywam, a tym razem Taylor i Dru są na linii strzału, oni są obiektem spojrzenia, machania ręką, stawiania kolejek”. Tak to wyglądało z perspektywy heteroseksualnej pisarki, spojrzenie osób homoseksualnych było zapewne nieco inne. Jak im się żyło? Różnie, także tak jak jednemu ze znajomych Grzegorza Musiała, którego opisał pisarz w swoim dzienniku: „Ciemnowłosy, wąsaty Marek, kiedyś chuligan, nawet kryminalista, dziś mąż, który «nienawidzi swej żony». Ojciec dwóch córeczek, które «kocha tylko przy wódce» i tylko wśród Drogich Nieznajomych, ku którym ma «niespożyty pociąg». – Nie mogę się z tym pogodzić, nie mogę, nienawidzę siebie – leje łzy. – To jest okropne, to jest... – zastanawia się chwilę i nagle zdumiewa nas precyzyjnym słowem – ...to jest gorzkie. Okropnie gorzkie” (26 I 1982).

Może kluczem jest słowo „gorzki”? Gorzki fiolet – taki tytuł nosił drugi artykuł o homoseksualizmie opublikowany w polskiej prasie powojennej. Był rok 1981, a autorka to Barbara Pietkiewicz, publicystka „Polityki”. Jak pisał Paweł Kurpios, Gorzki fiolet szybko zyskał status kultowego: „Wspomina się wręcz o tym, że co celniejsze fragmenty odczytywano na głos w trakcie specjalnie zorganizowanych sesji lektorskich”. Dlaczego to właśnie artykuł Pietkiewicz zapisał się w zbiorowej pamięci, a nie wcześniejszy, o siedem lat, tekst Tadeusza Gorgola Homoseksualizm a opinia z „Życia Literackiego”? Czy zdecydowała o tym siła i poczytność „Polityki”, czy też po prostu dopiero w 1981 roku polscy homoseksualiści byli gotowi na przyjęcie artykułu o sobie? Pod względem treści oba teksty są do siebie zaskakująco podobne, najpierw jest rys historyczny (Grecja!), potem przedstawienie sytuacji współczesnej, wreszcie apel o tolerancję i zastrzeżenie, aby z przywilejami nie przesadzić. W obu homoseksualizm oznacza mężczyznę. Najważniejsza różnica to płeć autora i autorki. Wszystko wskazuje na to, że w przypadku Gorgola mamy do czynienia z pseudonimem, za to Pietkiewicz nie musi się skrywać za wymyślonymi nazwiskami, poruszenie kwestii przez kobietę nie „demaskuje” jej jako homoseksualistki. Nie zmienia to faktu, że oboje musieli się rytualnie odciąć od tematu, jeden z ostatnich akapitów u Pietkiewicz brzmi: „Homoseksualiści domagają się specjalnych, chroniących ich ustaw, jak te, które uchwalono dla Murzynów i kobiet. Wraz z tolerancją rośnie sprzeciw społeczny wobec tych żądań. Tolerancja nie może oznaczać aprobaty ani przyznania specjalnych uprawnień”. Na jakie to „specjalne uprawnienia” mogli liczyć geje i lesbijki w roku wprowadzenia stanu wojennego? Nie jest tajemnicą, że przez cały PRL pociąg do osób tej samej płci był postrzegany przez pryzmat słabości, jako czynnik, który ułatwi złamanie i zwerbowanie danej jednostki przez Służbę Bezpieczeństwa. Jedną z takich historii przytacza w dzienniku Grzegorz Musiał: „[Józio] opowiada o swym znajomym z Gdańska, lekarzu czy adwokacie, bardzo pięknym, o którym bezpieka wiedziała, że jest «taki». Przesłuchiwano go przez parę dni, po kilkanaście godzin dziennie – chcieli mieć przez niego «wejście w środowisko». Nic nie powiedział, nic nie podpisał, w nagrodę dali go do celi recydywistów, gdzie pięciu drabów gwałciło go jeden po drugim. Józio widział się z nim niedawno. Mówi: «To już jest zupełnie zrujnowany człowiek»” (5 II 1982). Historia tego i podobnych mu mężczyzn nie zainspirowała do szerszych badań na temat mechanizmu funkcjonowania osób homoseksualnych w PRL-u. Przyjęta perspektywa skupiająca się na nienormatywności seksualnej wymusiłaby opowieść o Polsce sprzed kilkudziesięciu lat nieco inną niż obowiązująca, dobrze już znana, z banalnymi podziałami na PZPR i „Solidarność”, Wałęsę i Jaruzelskiego, walczący naród i uciskający go obóz władzy. Chociaż każdego roku setki młodych ludzi rozpoczyna studia historyczne, opublikowane teksty podejmujące temat homoseksualności w Polsce Ludowej można policzyć na palcach jednej ręki. Z publikacjami książkowymi jest jeszcze gorzej, po prostu ich nie ma. Przez ponad dziesięć lat wydawnictwo Trio firmowało serię „W krainie PRL”, która miała być spojrzeniem na tamten okres od strony społecznej, alternatywnym dla historii proponowanej przez IPN. Tytułów ukazało się w sumie 63, lecz choć monografii doczekał się samochód „Syrenka”, zanalizowano scenę rockową i ruch syjonistyczny, a nawet ruch turystyczny, żadna z książek nie została poświęcona przemianom w dziedzinie seksualności, nie mówiąc już o mniejszościach seksualnych. Najlepiej pokazuje to horyzont myślowy polskich historyków, nawet tych liberalnych, niezwiązanych ze skrajną prawicą, pozornie dalekich od ideologii IPN-u. Siłą rzeczy także osoby wówczas żyjące mają problemy z podsumowaniem, czym była wszelka nienormatywność seksualna, często poprzestają na opisaniu pojedynczych anegdot, których byli świadkami bądź bohaterami. Jak dotąd chyba tylko Kindze Dunin udało się dotknąć istoty sprawy, gdy w Zadymie wspominała sytuację sprzed lat: „Homoseksualizm istniał i jednocześnie nie istniał. Kiedy dorastałam, zdarzało mi się to i owo z koleżankami. Jeden z moich pierwszych chłopaków wyznał mi, że przede mną kochał się w koledze z klasy. Inny kumpel znowu opowiadał, jak to nie mógł poradzić sobie z pewnymi sprawami, więc poszedł do seksuologa. Seksuolog spojrzał mu głęboko w oczy i zaprosił na weekend na Mazurach.Znałam bardzo samotnych mężczyzn, o których wiedziałam, że są homoseksualistami, oraz żonatych, o których powszechnie plotkowano, że wolą chłopców. [...] Wszystkie te doświadczenia i informacje pojawiały się na chwilę i natychmiast znikały. Nie powodowały żadnej zmiany myślenia. Nie prowokowały do żadnych pytań. Książeczki o zboczeniach sobie, a życie sobie. Wszystko to też działo się gdzieś w ukryciu, pod skórą tak zwanej normalności. Dopiero dziś wiem, że emancypacja polega właśnie na ujawnianiu niejawnego, a ja dorosłam w czasach przedemancypacyjnych”. Moim zadaniem było pozbierać „okruchy” o homoseksualizmie, które pojawiały się w PRL-u, nie układając się wówczas w żadną całość. Zobaczyć, w jaki sposób ten temat funkcjonował w przestrzeni publicznej, szczególnie w jej masowym wymiarze. Co można było przeczytać w popularnym czasopiśmie czy wydawanych w ogromnych nakładach książkach[1], obejrzeć w kinie, usłyszeć przy okazji głośnego procesu sądowego. Okazuje się wówczas, że świadectw z epoki jest całkiem sporo, nienormatywność płciowa istniała zawsze, a problemem jest raczej sposób konstruowania pamięci historycznej, tego, co jest „ważne” i warte zapamiętania.

Historia homoseksualności zawsze będzie historią alternatywną. Przypominam ludzi, sytuacje, tytuły, które w większości zostały zupełnie zapomniane. Nie ma tu tradycyjnie rozumianej wielkiej polityki, nazwiska Gierka czy Gomułki pojawiają się na drugim lub trzecim planie. Wydarzenia takie jak Czerwiec ’76 przedstawione są z perspektywy fałszywego „listu Andrzejewskiego” w obronie mniejszości seksualnych, epizodu wciąż mało znanego i nie dość zbadanego. Dotyczy to zresztą wielu historii zawartych w tej książce, na własną monografię czeka choćby akcja „Hiacynt”, zorganizowana operacja przesłuchiwania i ewidencjowania mężczyzn, których masowo aresztowano w miejscach spotkań homoseksualistów. Ważne jednak, aby nie ograniczać się tylko do wydarzeń mających bezpośredni związek z polityką, równie istotne są historie obyczajowe i życiorysy konkretnych osób. Jeśli uczynienie kogoś pierwowzorem postaci geja w książce lub filmie jest miarą bycia symbolem homoseksualności, to w latach 70. i 80. byli nimi tancerz Stanisław Szymański i aktor Jerzy Nasierowski, jeden uwieczniony w kryminale Heleny Sekuły, a drugi komedii Wielka majówka. Na opisanie czekają także zapoczątkowane w latach 80. próby formowania się w Polsce stowarzyszeń homoseksualistów, którym odmawiano prawa do rejestracji, na czele ze wciąż mało znaną postacią Waldemara Zboralskiego, „gejowskiego Wałęsy”, przewodniczącego Warszawskiego Ruchu Homoseksualistów.

PRL formalnie trwał od 1952 do 1989 roku. Zbyt długo, by udawać, że tego okresu nie było lub że dziś już nie mamy z nim nic wspólnego. Czytając ówczesne teksty, okazuje się, że stykamy się z dobrze znaną opowieścią, w której homoseksualizm oznacza zagraniczną modę, przed którą trzeba się bronić, bo silne lobby wymusza coraz większe przywileje. Wbrew pozorom ten dyskurs nie jest tworzony na bieżąco jako reakcja na zmieniającą się sytuację – powstał w latach 70. i 80. XX wieku i pokutuje do dziś. W międzyczasie zmieniło się niemal wszystko, ale dla wielu gej to wciąż pan Czesio (Czesław Majewski) z Kabaretu Olgi Lipińskiej. Także dlatego, że nigdy potem nie zaistniała postać homoseksualisty w równie popularnym programie ani serialu, a te, które powstały, nie były znakiem kroku naprzód, choć minęło 35 lat od pierwszego pojawienia się Czesia na ekranie telewizora. Zgadzają się także inne części „układanki”. Wciąż obracamy się w męskocentrycznej opowieści, lesbijki „nie istniały” – najwyżej jako erotyczna fantazja albo część narracji więzienno-obozowej. Także w przypadku transpłciowości mamy do czynienia z sytuacją, w której wciąż od nowa kolejne osoby rozpoczynają polską historię „zmiany” płci. Okazuje się więc, że o ile życie mniejszości seksualnych zmieniło się diametralnie w ciągu tych kilkudziesięciu lat, o tyle w dyskursie publicznym wciąż operuje się tymi samymi kliszami. Można zresztą odnieść wrażenie, że także dla polityków okres PRL- u stanowi w tej kwestii swego rodzaju wzór. Kolejne opcje rządzące po ’89 roku homoseksualizm widziały jedynie w sferze prywatnej, jako niechciany temat, którym nikt nie chciał się zajmować. Ideałem byłby brak poruszenia tej kwestii w kontekście politycznym w jakiejkolwiek formie. Jednocześnie zadbano, by nie przesadzać z „przywilejami”. Dlatego w Konstytucji RP uchwalonej w 1997 roku znalazł się zapis o małżeństwie jako związku kobiety i mężczyzny, choć na poważnie nie odbyła się jeszcze żadna debata o związkach partnerskich – siłą rzeczy społeczność LGBT nie podnosiła także kwestii małżeństw jednopłciowych. Homoseksualizm pozostał straszakiem, takim samym, jakim był w latach 70. dla premiera Piotra Jaroszewicza.

W swojej książce skupiam się przede wszystkim na dyskursie publicznym, w oczywisty sposób nie wyczerpuje to tematu. Stanowi niewielki wybór zagadnień mający pokazać pewien potencjał tkwiący zarówno w historii mniejszości seksualnych, jak i samym PRL-u, który mimo licznych opracowań pozostaje epoką najbardziej zmitologizowaną, a często po prostu zakłamaną, pokazywaną przez pryzmat inscenizacji stanu wojennego i zabawy w ZOMO. Na badania czekają zarówno ówczesny underground, jak i kultura masowa. W przypadku nienormatywności seksualnej niezwykle istotna jest tzw. historia mówiona, czyli rozmowy z ludźmi, których spora część egzystencji przypadła na tamten okres. Dotychczasowe doświadczenia pokazały, że forma wywiadu jest świetnym nośnikiem przekazu wiedzy na temat tego, jak żyło się osobom, których czasem nie łączyło nic poza orientacją seksualną. Trzeba też pamiętać, że dzięki brakowi spójnej narracji o homoseksualności sugestia „tego tematu” była często o wiele mniej jednoznaczna niż dziś; można więc natrafić na sytuacje, których byśmy się nie spodziewali, nawet podczas wyborów Miss Polonia. Na przykład w 1988 roku, w czasie uroczystej gali transmitowanej przez telewizję, pośród wielu innych konkurencji, dla pięciu finalistek przygotowano także „tekst na inteligencję”. Jedno z pytań brzmiało: „Gdyby pani miała do wyboru następujące kandydatury na męża: Tadeusza Drozdę, Zbigniewa Bońka, Wojciecha Młynarskiego, Martinę Navrátilovą i ministra Aleksandra Krawczuka, kogo by pani wybrała?”. Jedna z finalistek odpowiedziała, że Martinę Navrátilovą. Otrzymała spore brawa.

Wojciech Jaruzelski przemawia na II Kongresie Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego – 1986 rok.

[1] W bibliografii w przypadku książek wydanych jeszcze w PRL-u podaję wysokość ich nakładu.

ROZDZIAŁ 1 Nie zauważać i karać

W dzień 7 bm. rozmowa z pp. tajnymi policjantami w kawiarni Muranów. Ładnie byłoby to opisać, ale mi czegoś wstyd. Nie opisuje się wizyty u prostytutki ani zaczepki pederasty.

Andrzej Kijowski, Dziennik (22 V 1965)

Pytanie o stosunek PRL-owskiej władzy do homoseksualności jest właściwie bezsensowne, a jednocześnie konieczne. Bezsensowne, bo zakłada, że rządzący w kolejnych okresach mieli jasno sformułowane i przemyślane stanowisko, które można dziś odtworzyć. Tak nie było, co nie znaczy, że ich działania pozostawały zawsze przypadkowe i nie należy zastanawiać się nad ich znaczeniem. Brak klarownego programu politycznego daje rządzącym spore możliwości – w zależności od potrzeb można uderzyć w tony represji albo przychylności, karać albo tolerować. To, że osoby homoseksualne zazwyczaj nie stanowiły przedmiotu szczególnego zainteresowania władzy – ani tej politycznej, ani instytucji mających realne znaczenie i częściowo autonomicznych, jak media i Kościół katolicki – nie zmienia faktu, że mamy w historii co najmniej kilka wydarzeń kluczowych dla sytuacji mniejszości seksualnych w Polsce. Da się też zauważyć pewną prawidłowość: im bardziej widoczna stawała się homoseksualność, tym silniejsze były represje.

PRYWATNY HOMOSEKSUALIZM

Najważniejsze było liberalne ustawodawstwo. W powojennej Polsce utrzymano międzywojenne prawo, które począwszy od 1932 roku nie penalizowało stosunków seksualnych między osobami tej samej płci. Wówczas stanowiło to ewenement niemal na skalę światową, podobne stanowisko nie było oczywiste także po ’45 roku, męsko-męski seks był karalny jeszcze w latach 60. XX wieku, zarówno w wielu krajach europejskich (Anglia, Austria, RFN), jak i w tzw. bloku środkowo-wschodnim (ZSRR, Rumunia, NRD). Jest to o tyle znaczące, że wciąż pokutuje mit wyzwolonego Zachodu, gdzie „od zawsze” geje i lesbijki cieszyli się pełnią praw. Echa takiego myślenia pobrzmiewają choćby u Tadeusza Sobolewskiego, gdy pisze o Mironie Białoszewskim: „Gdyby Białoszewski mieszkał w Paryżu czy Nowym Jorku – w którym poczuł się tak swojsko «jak w Sieradzu», kiedy tam pojechał w 1982 roku po odbiór Nagrody im. Alfreda Jurzykowskiego – nikt by go nie pytał, z kim śpi, o której wstaje i jak się ubiera. On tymczasem żył w peerelowskiej Warszawie”. Paradoksalnie, Białoszewski urodzony w 1922 roku mógł się poczuć swojsko w Nowym Jorku w 1982 roku, ale w latach 50. czy 60. XX wieku mógłby się tam spotkać z represjami o wiele poważniejszymi niż wszelkie niedogodności, jakie dotykały go w „peerelowskiej Warszawie”. Amerykański ruch wyzwolenia mniejszości seksualnych zaczął się zresztą właśnie w Nowym Jorku, gdy 27 czerwca 1969 roku w barze Stonewall Inn jego bywalcy po raz pierwszy sprzeciwili się rutynowemu nalotowi policji. Ówczesną sytuację społeczności LGBT podsumowywał po latach Paul Russell: „Naloty takie stanowiły zwykłą procedurę w latach sześćdziesiątych. Gejowskie bary, często niemające licencji na sprzedaż alkoholu, zamykano, ich bywalców traktowano brutalnie, niekiedy aresztowano, a nazwiska drukowano w gazetach, beztrosko rujnując niejedno życie i karierę. Było to po prostu jeszcze jedno ryzyko związane z byciem gejem i bywalcy takich barów godzili się z tym, ponieważ nie mieli żadnego innego wyjścia, jeśli chcieli spotykać ludzi sobie podobnych”.

Liberalne prawo PRL-u, w istocie niedostrzegające homoseksualizmu, sprawiało, że preferencje seksualne były prywatyzowane, i to od indywidualnej sytuacji danej osoby zależało jej poczucie wykluczenia i dyskryminacji. Historyk literatury Michał Głowiński (rocznik ’34), gdy jako nastolatek uświadomił sobie, że jest homoseksualny, miał poczucie całkowitego wyobcowania: „Zostałem zdany sam na siebie, nie było nikogo, z kim mógłbym na ten temat rozmawiać, moja samotność była absolutna. W ówczesnej szkole nie mówiło się o sprawach tego rodzaju, o czymś takim jak edukacja seksualna w ogóle nie myślano. Obowiązywała pełna pruderia, niejako podwójna, bo z jednej strony tradycyjna, wynikająca z nauk kościelnych, z drugiej zaś komunistyczna, bo tak zwana moralność socjalistyczna, którą w okresie stalinowskim intensywnie propagowano, była w tych materiach nader rygorystyczna, ta dziwna harmonia zasługiwałaby na zastanowienie i analizę”. I chociaż trudno nie zgodzić się z oceną Głowińskiego, warto zaznaczyć, że inni odnajdywali się w ówczesnej sytuacji dużo lepiej. Tancerz Witold Gruca (1927–2009), starszy od Głowińskiego o siedem lat, pod koniec lat 40. był już dorosłym mężczyzną całkowicie akceptującym swój homoseksualizm. W udzielonym pod koniec życia wywiadzie opowiadał, w jaki sposób rodzice dowiedzieli się o jego preferencjach: „Pojechałem do rodziców z moim przyjacielem z Opola. Mieliśmy na parę dni wyjechać w góry. Ojciec przyniósł nam bilety do Zakopanego, mama zaś wsunęła mi jakieś pieniądze. Pojechałem z Bronisławem w Tatry, spędziliśmy kilka pięknych dni, a później rozstaliśmy się, ponieważ dostał angaż do teatru w Jeleniej Górze, a ja zacząłem pląsać we Wrocławiu”. Z pewnością sytuacja tancerzy, czy w ogóle artystów, była na swój sposób wyjątkowa i nieukrywanie homoseksualizmu było w ich przypadku możliwe, mimo to nawet w balecie Gruca spotykał się z zarzutami. W wywiadzie wspominał także Barbarę Bębenek, koleżankę tancerkę: „Z wyrzutem pytała mnie, jak mogę być homoseksualistą, bo to przecież wbrew naturze. Odpowiedziałem jej, że Bóg stworzył nas na obraz i podobieństwo swoje, więc jest wielki znak zapytania, co dalej”.

HAK NA OBCEGO

Kluczowe wydaje się pytanie, na ile dla komunistycznej władzy informacja o homoseksualności danego człowieka była interesująca jako sposób na werbunek lub szantaż. Jeśli chodzi o obcokrajowców, znaczące są perypetie Michela Foucaulta, który jesienią 1958 roku przybył do Polski, by współtworzyć Ośrodek Kultury Francuskiej przy Uniwersytecie Warszawskim. Po rocznym pobycie opuścił Warszawę w aurze małego skandalu. Nawiązał bowiem romans z mężczyzną, który okazał się być podstawionym w tym celu współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Ambasador Francji oznajmił Foucaultowi, że musi natychmiast wyjechać. Tak też się stało. Ta filmowa niemal historia wciąż działa na wyobraźnię, Kamil Julian napisał nawet tekst o poszukiwaniach polskiego kochanka słynnego filozofa, kończący się informacją, że autor poznał nazwisko owego mężczyzny, ale postanowił zachować je dla siebie. Ważniejsze wydaje się jednak, dlaczego homoseksualny romans wiązał się automatycznie z przymusowym wyjazdem Foucaulta. Czy zależało na tym stronie polskiej, czy francuskiej? Obawiano się skandalu czy w ten sposób postanowiono udaremnić możliwość szantażu? I na czym ów szantaż miałby polegać? Może Foucault po prostu bał się ujawnienia swojego homoseksualizmu i w ten sposób był łatwym łupem dla werbujących donosicieli? Bez względu na to, jak było w istocie, sytuacja Foucaulta w Warszawie wydaje się typowa dla obcokrajowców odwiedzających Polskę, którzy przekraczając granicę, automatycznie zostali stawiani pod specjalnym nadzorem. Seks, zarówno homo-, jak i heteroseksualny, od zawsze i w każdym systemie był wykorzystywany w celu pozyskiwania agentów. Czesław Kiszczak, przez całe lata 80. minister spraw wewnętrznych, na początku lat 90. mówił, w jaki sposób ten aspekt wykorzystywały podległe mu służby: „Usiłowaliśmy kiedyś pozyskać szwajcarskiego bankiera, o którym wiedzieliśmy, że ma szczególne upodobania erotyczne: lubi lesbijki, najchętniej więcej niż dwie naraz. Mieliśmy w Warszawie dwie takie, które przy okazji pracowały dla nas. Natknęły się na niego przypadkowo w hotelu, w którym mieszkał, dały się poderwać, poszły do niego do pokoju, który wcześniej był już przez nas naszpikowany techniką. I zabawili się. Bankier pojechał do Wiednia, a za nim nasz oficer z kompromitującymi materiałami. Tak nam się przynajmniej wydawało. A ten obejrzał wszystko bardzo dokładnie, kazał sobie puścić taśmę dwa razy i powiedział: «Możecie to pokazać mojej żonie, a kiedy przyjadę do Warszawy następny raz, to przygotujcie te dwie dziewczynki». Sprawa dla nas zakończyła się pomyślnie. Rozwiódł się z żoną, a połączył się z nami. Tak więc różnie to wyglądało. Kiedyś na przykład homoseksualizm był kompromitujący. I jeżeli trafiło się na pracownika wywiadu, który był homoseksualistą, to się bez większych kłopotów pozyskiwało go do współpracy. Przykładowo, szef wywiadu austriackiego przed I wojną światową, słynny płk Redl, został zwerbowany przez wywiad rosyjski dlatego, że był homoseksualistą. Teraz, kiedy na Zachodzie są kluby dla homoseksualistów, filmy, czasopisma, w niektórych krajach mogą się żenić...”. W ten sposób wątek się urywa, Czesław Kiszczak nie kończy myśli, chociaż najwyraźniej chciał powiedzieć, że wobec emancypacji gejów i lesbijek w krajach zachodnich niemożliwe jest już szantażowanie kogoś wiedzą o jego homoseksualności. Najbardziej typowe wydaje się jednak, że pomimo potwierdzenia: nienormatywność seksualna była wykorzystywana w czasie werbunku, Kiszczak nie podaje żadnego przykładu z okresu, kiedy kierował MSW, tylko przywołuje dawną historię z pułkownikiem Redlem. Przypadków z własnego podwórka najwyraźniej nie znał albo z jakiegoś powodu nie chciał o nich mówić. Prosi się, aby w tym miejscu zapytać o akcję „Hiacynt”, za którą odpowiedzialność w największej mierze ponosi właśnie Kiszczak, ale przeprowadzający wywiad Witold Bereś i Jerzy Skoczylas, w całej książce, liczącej ponad trzysta stron, nie nawiązują do tego zdarzenia.

Witold Gruca i Barbara Bittnerówna.

FOT. Z PRYWATNEGO ARCHIWUM JERZEGO NASIEROWSKIEGO

DYSKRETNY PUTRAMENT

Z dzisiejszej perspektywy wydaje się oczywiste, że dla dygnitarzy kolejnych dekad homoseksualizm nie był tematem szczególnie interesującym, a raczej wstydliwym. Zboczeniem, o którym przyzwoici ludzie nie rozmawiają. Nie znamy też zbyt wielu sytuacji, kiedy poprzez publiczne ujawnienie czyjejś nienormatywnej orientacji seksualnej próbowano by dyskredytować przeciwnika politycznego, chociaż okazji było aż nadto. Przykładem grupa skupiona wokół paryskiej „Kultury” z Jerzym Giedroyciem na czele. Szczegółowe informacje o jego życiu prywatnym nie były dla Służby Bezpieczeństwa tajemnicą. We wrześniu 1960 roku Stanisław Cat-Mackiewicz po pobycie w Paryżu donosił: „Czapski jest szalenie rozgoryczony na Giedroycia. Powód nieporozumień bardzo pikantny: pederasta Czapski przestał być partnerką dla Giedroycia z powodu wieku”. Dysponując podobną wiedzą, SB nigdy nie zdecydowało się na jej upublicznienie, nawet poprzez inspirowane w prasie paszkwile, paryską „Kulturę” zwalczano jako przeciwników politycznych, a nie jako grupę homoseksualistów.

Być może idealnym ucieleśnieniem podejścia najwyższych władz partyjnych do seksualności było postrzeganie tej kwestii przez Jerzego Putramenta (1910–86), pisarza, a przede wszystkim niezmiernie wpływowego działacza politycznego, człowieka od zadań specjalnych na odcinku literackim. Począwszy od 1961 roku pod wspólnym tytułem Pół wieku rozpoczął on publikację swoich wspomnień, których kolejne części ukazywały się do 1987 roku. Nie brakowało w nich ostrych sądów na temat ważnych postaci polskiego życia kulturalnego różnych okresów, próżno jednak szukać prób zwalczania nielubianych osób poprzez ujawnienie ich homoseksualizmu; tu Putrament jest dyskretny, nawet gdy opisuje wydarzenia historyczne i dawno już nieżyjące osoby. Tylko w części zatytułowanej Literaci (1970) zdobył się na wyjątkowo delikatną sugestię dotyczącą homoseksualizmu zapomnianego poety poznańskiego Wojciecha Bąka (1907–61). Pisząc o jego wystąpieniach skąpanych w endeckim sobie, dodał: „Miał jeszcze specyficzne zainteresowania, by tak rzec, sentymentalne”. Nie znaczy to oczywiście, że więcej kwestia nienormatywności seksualnej nie pojawia się w jego wspomnieniach – zazwyczaj jedynie jako anegdotka mająca ubawić albo zadziwić czytelnika. W Poślizgu (1980) przypomniał wydarzenie, które miało miejsce w okolicach ’56 roku: „Pewnie w czasie mojej nieobecności (bo nie ma o nim w dzienniku ani wzmianki) odbył się zjazd poznański. Przeszedł względnie spokojnie. Ot, wyszedł na trybunę pewien «młody» pisarz, zalany w drobny mak, i powiedział:

– No, co tu ukrywać, wszyscy wiedzą, jestem pederastą...

Jerzy Putrament z młodzieżą.

Było dużo śmiechu. Prawda, jakie dowcipne?”. Wydarzenie musiało być głośne przynajmniej w literackim kręgu, skoro Putrament przytacza je po latach, relacjonując zjazd, na którym nie był obecny. Jednocześnie nazwisko bohatera tej opowieści zatrzymuje dla siebie. Nie do końca wiadomo, o czym ma świadczyć ta wzmianka i po co Putrament ją przytacza zaraz po rozważaniach o Władysławie Gomułce, który nie potrafił dobierać sobie współpracowników. I czy owo wystąpienie było żartem, czy też ktoś, upiwszy się, dokonał swoistego coming outu, którego nikt nie potraktował poważnie?

Najwięcej tematyki homoseksualnej pojawia się w Pół wieku przy okazji tematu Stanisława Cata-Mackiewicza, który w 1956 roku wrócił do Polski z emigracji, w czym Putrament odegrał ogromną rolę. Po latach tak charakteryzował autora Klucza do Piłsudskiego: „Zawsze był strasznym babiarzem, pederastów nie lubił, nie ufał im, brzydził się. Co zaś pod tym względem działo się w Anglii, o tym potrafił gadać godzinami”. Wyczulenie Cata-Mackiewicza na homoseksualizm musiało być spore, skoro tyle o tym mówił, że Putrament zapamiętał i zanotował jedną z opowieści: „Oto historia, której był świadkiem. Wracał z Belgii do Anglii statkiem. Na tymże stateczku wracała wycieczka harcerzy – dwudziestu pięciu chłopców, tyleż dziewczyn. Zaczęło huśtać, w kabinie zaś było tylko dwadzieścia pięć łóżek. Dzieci ułożono parami: chłopak, dziewczyna, chłopak, dziewczyna. Bo gdyby w łóżku znaleźli się dwaj chłopcy, zaraz by zaczęli dokazywać”. To jeden z wielu przykładów, w jaki sposób homoseksualizm funkcjonuje w kontekście zagranicznym, w tym przypadku Polska jawi się jako „zdrowy” erotycznie kraj, do którego Cat-Mackiewicz może wrócić ze znienawidzonej Anglii. Potwierdzają to zresztą jego listy, choćby ten pisany do Michała Pawlikowskiego: „Chory jestem i stroskany, ale co dzień Bogu dziękuję, że tu wróciłem. Emigrację pamiętam jako burdel z kurwami i pederastami do sprzedania, w którym ciągle kazano mi modlić się i śpiewać pieśni nabożne” (28 XI 1957). Na czym jeszcze polegała radość z powrotu do Polski, pisał Putrament w innym miejscu: „Zwierzał mi się, że mimo iż przekroczył sześćdziesiątkę, nigdy nie miał takiego powodzenia u kobiet. Dziennikarki wiedziały, że mają do czynienia z mistrzem w ich zawodzie, dla własnego doskonalenia zawodowego dawały z siebie wszystko. Prosiły o wywiad, ich serwis i tempo były zdumiewające. Szczególnie zadziwiało Mackiewicza lekceważące traktowanie całego protokołu wstępnego. Ale szczytu poczucia popularności dostarczył mu kto inny. Panienka z Polonii przyszła doń, zajęła się biednym wygnańcem, dowiedziawszy się zaś, kto zacz, zdecydowanie odmówiła honorarium”. Nawet pisząc o heteroseksualnych doświadczeniach Cata-Mackiewicza, Putrament zastrzegał od razu: „Proszę mi wybaczyć szczegóły z tak intymnej dziedziny. Wydają mi się istotne, dla ustalenia początków «rewolucji seksualnej» w Polsce, jej specyfiki”[2].

CZY DYGNITARZ MOŻE BYĆ HOMO?

Pytanie o orientację seksualną działaczy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej może wydawać się zaskakujące. Dygnitarze wyższego i niższego szczebla w większości byli dla społeczeństwa anonimowi, w dodatku także dziś jawią się nam jako istotny aseksualne, które w kwestiach obyczajowych powtarzały przez całe dziesięciolecia te same propagandowe dyrdymały. Zupełnie jak ten członek partii przemawiający w czasie VII Plenarnego Posiedzenia Komitetu Centralnego PZPR, w listopadzie 1972 roku: „Brak nam Towarzysze w telewizji, w kinie, w książce wzorca dobrego robotnika, ucznia, studenta. Pozytywnego bohatera młodzieżowego naszych czasów. Propagujemy często w telewizji zniewieściałe typy ubrane w komisowe ciuchy, zamiast Polaka lat siedemdziesiątych, aktywistę organizacji młodzieżowych, racjonalizatora, dobrego pracownika i kolegę”. Ten anonimowy działacz wyraził dość powszechny strach przed zacieraniem różnic płciowych i homoseksualizmem, jak zwykle importowanym z zagranicy, w tym wypadku poprzez ubiór i konsumpcyjny styl życia. Podobne myślenie nie było obce także najwyższym władzom państwowym. Zdzisław Rurarz, doradca ekonomiczny Edwarda Gierka, w swojej książce wspomnieniowej opisał fragment obrad rządu, kiedy wicepremier Mieczysław Jagielski zaproponował powiększenie ilości dostępnego mięsa poprzez popsucie jego jakości. Na to zdecydowanie miał zareagować właśnie Rurarz: „Tonem więc jak najbardziej poważnym postanowiłem się wmieszać do rozmowy:

– Uczeni angielscy dowiedli, że wzrost homoseksualizmu ma związek z coraz większym spożywaniem żywności konserwowanej, której brak wielu witamin, kwasów itp... – wypaliłem.

W istocie rzeczy coś takiego kiedyś czytałem, chyba w brytyjskim tygodniku „The Economist”.

Efekt był piorunujący. [Premier] Jaroszewicz słuchał mnie z największą uwagą, coś potem pomruczał do siebie i raptem wybuchnął:

– Ej, Mietek, pedałów to ty z nas nie rób!

Kończąc to, wybuchnął śmiechem. Wszyscy mu wtórowali, z Jagielskim włącznie”. Ten fragment można by było potraktować jako mało zabawny figiel, który Rurarz spłatał nielubianemu Jagielskiemu. A jednak cała opisana tu sytuacja nie tylko pozwala uwierzyć, że już w latach 70. homoseksualizm pojawiał się w czasie obrad rządu. Przede wszystkim wskazuje, jak bardzo kwestia nienormatywnej seksualności, która teoretycznie nie funkcjonowała w obiegu publicznym, zawsze działała jako straszak. Myślenie, w którym należy się obawiać wzrostu liczby osób homoseksualnych, jest tak oczywiste, że nikt go nie neguje, nawet premier, który ze strachu jest w stanie odstąpić od rozważanego pomysłu...

Na szczęście na tej anegdocie Rurarz nie poprzestaje. W innym miejscu pisze, że w międzynarodowej organizacji GATT (Układ Ogólny w sprawie Taryf Celnych i Handlu) z ramienia PRL- u działał Bohdan Łączkowski, któremu następnie zostaje poświęcone nieco uwagi: „Łączkowski jeszcze przed wojną był jakimś młodym urzędnikiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W czasie wojny znalazł się na Zachodzie, choć nikt nie wiedział dokładnie gdzie, a ponadto działał we władzach emigracyjnych, choć też nikt nie wiedział, co robił dokładnie.

Po wojnie pozostał na emigracji, chyba w Londynie. Na początku lat 50. wydał nawet książeczkę Bezdroża emigracji[3] (którą czytałem), gdzie wychwalał PRL. Ale chyba w 1954 roku został aresztowany we Francji jako podejrzany agent... rumuński! Po kilku miesiącach został z aresztu zwolniony i znalazł się w PRL-u. Tu uczyniono go redaktorem naczelnym «Rynków Zagranicznych», pisma Polskiej Izby Handlu Zagranicznego. Był to mężczyzna samotny (mówiono, że żona z córką były we Francji). Miał wtedy może 40 lat, był wysoki, silnie zbudowany i o cholerycznym charakterze. Mówiono, że był homoseksualistą. Był także, o dziwo, bezpartyjny, ale wyjątkowo wpływowy. Wkrótce został doradcą ministra HZ, który się go wyraźnie bał.

Łączkowskiego nie cierpiałem podobnie jak on mnie. Posądzałem go zwyczajnie, że był agentem sowieckim, a nawet nie MSZ. [...] W lipcu 1967 roku PRL została pełnym członkiem GATT i teraz Łączkowski był jej stałym przedstawicielem przy GATT. [...] Dochodziły mnie różne słuchy na temat przeróżnych wyczynów Łączkowskiego, ale może najważniejszym było to, że od wspomnianego pobytu w Warszawie nie można go było pod żadnym pozorem ściągnąć do kraju. Chodziły nawet słuchy, że zamierzano go porwać z Genewy, ale do jego misji nie zaglądałem i GATT nie interesowałem się zupełnie.

Aż wreszcie wybuchła bomba – Łączkowski zniknął z placówki! Nie prosił nigdzie o azyl, nie wydał żadnej deklaracji, a po prostu gdzieś przepadł. Mówiono, że był we Francji, «pisał książkę» i «leczył się na oko». Dla mnie było jasne, że spełniał jakąś sowiecką tajną misję. Jakoś bowiem dziwnie nikt w PRL-u nie nazwał go zdrajcą”. W pewnym momencie opis życiorysu Łączkowskiego zostaje spuentowany: „Gdzieś w połowie lat 70. zjawił się w PRL-u bez żadnych problemów. Otrzymał wysoką emeryturę i widywałem go często w operze i niektórych teatrach. Było już teraz dla mnie zupełnie jasne, kim był naprawdę. Chyba parę lat temu przeczytałem nekrolog o jego śmierci w prasie PRL-u”. Tym samym Rurarz przypomniał zupełnie zapomnianą postać, a przy okazji pokazał, jak mogło wyglądać życie przedstawiciela mniejszości seksualnych obracającego się w PRL-owskich kręgach władzy. Oczywiście w wersji autora plotki na temat homoseksualizmu są częścią pewnej tajemniczości i mają za zadanie wzmacniać negatywny stosunek do Łączkowskiego. Dlatego Rurarz nie zastanawia się, czy opisywany przez niego działacz GATT nie był ofiarą służb specjalnych, a nienormatywna orientacja seksualna sposobem na zwerbowanie go oraz jak jego ewentualny homoseksualizm miał się do posiadania żony i córki.

PRYWATNE STAŁO SIĘ PUBLICZNE

Napisałem wcześniej, że niewiele było przypadków, kiedy komunistyczna władza dyskredytowała przeciwników politycznych poprzez ujawnienie ich homoseksualności. Jednak te, które były, miały spore znaczenie symboliczne, bo odbywały się w tle wydarzeń niezmiernie ważnych dla historii Polski i kluczowych dla powstawania opozycji demokratycznej. Najpierw przy okazji wydarzeń marcowych ’68 roku czołowy publicysta tego okresu Ryszard Gontarz opublikował w „Kurierze Polskim” felieton kpiący z dwóch osób, które zdecydowały się wówczas na emigrację: pisarza Henryka Grynberga i publicysty Józefa Muszkata znanego pod pseudonimem Jotem. O ile tego pierwszego nie trzeba przedstawiać, do dziś obecny jest na polskim rynku literackim, o tyle ten drugi został zupełnie zapomniany. To właśnie jego Gontarz nazwał „«gwiazdką» naszego dziennikarstwa” i „deprawatorem nieletnich chłopców”. Te słowa do dziś cytowane są przy okazji wspominania kampanii marcowej ’68 roku, za każdym razem służą jako świadectwo wyjątkowej perfidii i przekroczenia granic. Brakuje jednak próby odpowiedzi na pytanie, jak ten swego rodzaju outing odebrał sam Muszkat i jaki miał on wpływ na jego dalszą egzystencję. Jest to pytanie o tyle znaczące, że ów prasowy donos Gontarza odebrać można nie tylko jako sugestię homoseksualizmu, ale – gdyby traktować go dosłownie – sugestię sytuacji przestępczej („deprawowanie nieletnich”).

Można powiedzieć, że historia powtórzyła się siedem lat później. We wrześniu 1976 roku powstał Komitet Obrony Robotników, ogłoszono wówczas „Apel do społeczeństwa i władz PRL-u” postulujący „solidarność i wzajemną pomoc” dla represjonowanych robotników Ursusa i Radomia. Apel podpisało 14 osób, jako pierwszy widniał na liście pisarz Jerzy Andrzejewski (1909–83). Wówczas władza zdecydowała się na ruch zupełnie do tej pory niespotykany, w październiku rozpoczęto kolportaż esbeckiej fałszywki, listu podpisanego przez Andrzejewskiego, w którym autor domagał się równych praw dla mniejszości seksualnych. Była to próba skompromitowania pisarza, wciąż jednak nie wiadomo, czy raczej poprzez ujawnienie jego homoseksualizmu, czy też przypisanie opozycji chęci zajmowania się takimi sprawami jak walka o męsko-męskie małżeństwa. „Apel w sprawie wolności osobistych i tolerancji” można też potraktować jako swego rodzaju parodię wcześniejszej odezwy KOR-u czy też w ogóle listów otwartych kierowanych do społeczeństwa.

Kiedy dziś czyta się „odezwę Andrzejewskiego”, uderza jej koncyliacyjny charakter, emancypacyjne zapędy i uwzględnienie kobiet. Już w jednym z pierwszych fragmentów czytamy: „Miłość mężczyzny do mężczyzny czy kobiety do kobiety jest takim samym prawem istot ludzkich jak miłość między ludźmi płci odmiennej. Wszystkie epoki piśmiennictwa – od ksiąg Starego Testamentu i od pieśni Safony aż po największe dzieła literackie naszego wieku – pełne są świadectwa, że miłość seksualna do istot ludzkich tej samej płci istnieje odtąd, odkąd istnieje sam człowiek, że może być ona źródłem wielkich uczuć i duchowego rozkwitu jednostki”. Najciekawsze są oczywiście postulaty, autor domaga się możliwości „swobodnego zrzeszania się”, „zawierania – wzorem zachodnich państw europejskich – małżeństw osób tej samej płci” oraz „zagwarantowania szerokich swobód w traktowaniu życia seksualnego ludzi obojga płci według własnych upodobań oraz możliwości publicznego wypowiadania się w tych kwestiach w prasie, radiu, telewizji bez ograniczeń natury formalnej i faktycznej sprawowanej przez urząd cenzorski”. Dziś nie sposób stwierdzić: brak którego z owych postulatów stanowił największą niedogodność, które z nich miałyby szanse zostać zrealizowane, a przede wszystkim – czy żyjący wówczas homoseksualiści w ogóle byli w stanie myśleć w podobnych kategoriach. Sama reakcja na apel jest jednak dość dobrym świadectwem podejścia elit intelektualnych do tematu. Andrzejewski odciął się od listu tak szybko, jak tylko było to możliwe, oburzeniem zareagował Stefan Kisielewski w swoim dzienniku. Do sprawy po kilku latach wrócił też w Czerwcu (1983) Jerzy Putrament, określając ją jako „żądanie wolności dla homoseksualistów” i przy okazji ujawniając własne podejście do kwestii: „To w Stanach, w Anglii, we Francji temat usiłowano wydąć do rozmiarów politycznych, w Polsce zostawał on ciągle na szczeblu dziwactwa. Zadziwiło to mnie, zły byłem na Andrzejewskiego, coś mi się w tym nie podobało. Parę dni później zaszedł do mnie Zagórski. Był u Andrzejewskiego, który zaklinał się, że nic o tym memorandum nie wie i że na pewno tego nie pisał. Więc prowokacja... Co za głupota! Nietrudno zgadnąć, kto to robił, podziwu godne jest jedno – że się na takim poziomie szuka iluzorycznych zysków politycznych. Machnąłem na to ręką”. Okazuje się więc, że nawet osoby takie jak Putrament, świetnie osadzone w strukturach władzy, potępiały prowokację wymierzoną w Andrzejewskiego. On sam, choć wiedział, kto za tym stał, nie podzielił się tą informacją z czytelnikami.

List przypisywany autorowi Popiołu i diamentu jest dziś dokumentem tak fascynującym, bo mamy tu do czynienia ze skupieniem w jednym tekście pewnych projekcji na temat podejścia Andrzejewskiego do homoseksualizmu[4], ale też wyobrażeń o bolączkach mniejszości seksualnych i przewidywanej reakcji społecznej na ich upublicznienie. Traktując rzecz czysto instrumentalnie, władza przedobrzyła, mało kto odezwę potraktował poważnie. Okazuje się, że zawarte tam postulaty były zbyt postępowe, by można było uwierzyć, że znany pisarz podnosił je publicznie, podpisując się imieniem i nazwiskiem. Niepowodzenie akcji być może przesądziło o tym, że w przyszłości nie powtarzano już prób ośmieszenia znanych postaci poprzez ujawnienie nienormatywnej orientacji seksualnej. Można odnieść wrażenie, że w tym wypadku mieliśmy do czynienia z pewnym wybrykiem, po którym wszystko wróciło do „normy”, a więc sytuacji, w której Służba Bezpieczeństwa oczywiście zbierała informacje o homoseksualnych romansach interesujących ją osób[5], ale nie decydowała się na ich upublicznienie. W styczniu 1977 roku Kazimierz Koźniewski w jednym ze swoich donosów pisał, jaki jest stosunek pisarzy do działalności Andrzejewskiego w Komitecie Obrony Robotników: „W środowisku literackim nie ma jednomyślności w ocenie postawy Jerzego Andrzejewskiego. To smutne, słyszałem, że KOR reprezentuje pijany pedał, neurotyczna aktorka i zdziecinniały starzec”.

STAN PRZEJŚCIOWY

Wciąż nie wiadomo, w jaki sposób na sytuację osób homoseksualnych wpłynęło ogłoszenie stanu wojennego. Jak zawsze zapewne wiele zależało od położenia danego człowieka i ewentualnego zaangażowania w opozycję. Jeden z dorosłych już wówczas gejów, zapytany przeze mnie, czy 13 grudnia był przełomem, odpowiedział, że na pikietach nic się nie zmieniło, po czym dodał: „Polityka w ogóle nie wchodziła w jakiekolwiek relacje z życiem codziennym, najwyżej w jednostkowych sytuacjach”. Nieco inaczej wygląda to w zapiskach z tamtego okresu autorstwa pisarza Grzegorza Musiała (rocznik ’52), który po latach wydał je pod tytułem Dziennik wojny jaruzelskiej. Jak dotąd jest to jedyny dokument mogący dać jakieś wyobrażenie o tym, jak mogło wyglądać życie homoseksualnych mężczyzn w tamtym okresie. Wizja Musiała jest zdecydowanie pesymistyczna. Pisze o zerwanych więzach społecznych, nienawiści spotykanej nawet w sklepowych kolejkach i strachu. W liście do znajomej stwierdza: „Najtrudniej będzie dzisiejszemu Genetowi, Gombrowiczowi, Proustowi... O takim rodzaju wolności będzie w Polsce coraz trudniej rozmawiać” (5 I 1982). Autor przeczuwa więc ograniczenie swobód obyczajowych, w tym pogorszenie sytuacji homoseksualistów, czego w kontrolowanej korespondencji nie może nawet wyrazić wprost. Musiał pisze o tym z perspektywy Bydgoszczy, a więc miasta średniej wielkości, tęsknym wzrokiem patrzy na stolicę[6], z której docierają do niego informacje: „W Warszawie boska dekadencja. Chlanie rozpoczyna się już po południu, żeby do wieczornej szczekaczki w TV i tzw. konferencji prasowych Urbana dotrzeć już w stanie znieczulenia. Tylko tak to wszystko daje się jakoś znieść. Do tego – wszyscy już teraz sypiają ze wszystkimi. Dzień mniej więcej wygląda tak: rano drukowanie gazetki, koło obiadu kolportaż, koło czwartej ze dwa pershingi, czyli dwa razy trzy czwarte litra czystej wędruje na stół, a z końcem dziennika – kotłowanie po wyrach” (22 II 1982). Życie w najlepsze toczy się też w Poznaniu, gdzie podczas wizyty u Edwarda autor notuje najnowsze plotki: „Romek siedzi pod piecem cichutki, skulony. Podobno jest źle tu widziany, odkąd przed rokiem ciął się w łazience żyletką z powodu Pięknego Darka”. Poznajemy też historię gospodarza: „Chłopcy siedzą, piją wódeczkę. Dziesięcioletni syn Edwarda zmiata zupę z talerza i zerka na wujków, w ilości których od pewnego czasu zaczął się już gubić. Śpieszy się «na randkę», Edward pieszczotliwe targa go za czuprynę.

– No leć już, leć... Patrzcie, jak go praktycznie wychowałem, pierwsze, co musi nosić czyste, to majtki.

Wojtek rumieni się, wstaje i wybiega. Trzask drzwi, Edward upewnia się, czy zostaliśmy sami.

– No – wzdycha i pręży szeroką pierś, wyciągając do sufitu ramiona. – Nareszcie mogę nie być tatusiem, ale ciocią” (25 I 1982). Następnego dnia, po opisaniu pierwszego posiedzenia Sejmu od momentu ogłoszenia stanu wojennego, odskocznią dla autora jest anonimowy seks na pikiecie, nie wiadomo tylko, czy wyobrażony, czy rzeczywisty: „Wyłania się on, rudowłosy i zielonooki, tak jak ja samotny... Morbidetto, diabeł Prousta, Wilde’a, Gombrowicza... Patrzy na mnie gorącymi oczyma, wyciąga dłoń i wstaję, a on prowadzi mnie w objęcia opustoszałego, wieczornego parku” (26 I 1982).

Grzegorz Musiał, wyczulony na tematykę homoseksualną, notował także zasłyszane perypetie bliższych i dalszych znajomych o ich styczności z Milicją Obywatelską: „Historia Mariusza, przyjaciela Krzysia F., który nie chce już dłużej pić herbaty Popularna. Wracał od Krzysztofa po godzinie policyjnej, już blisko północy – biegł, bo niedaleko. Ale ulica pusta, cicha, zwolnił więc kroku. Wtem zajeżdża od tyłu cichobieżna limuzyna, wypadają dwaj cywile i wciągają chłopca do środka.

«Oo, ptaszka złapaliśmy», powiedział jeden, rewidując torbę Mariusza, w której prócz notesu z adresami i paroma wycinkami prasowymi nosi też swój osobisty dziennik. Wypadł stamtąd wycięty z gazety nekrolog Sz., który był szefem «Solidarności» Urzędu Pocztowego w Gdyni i na początku stycznia w swoim mieszkaniu popełnił samobójstwo? Został zamordowany? Podobno przyjaciel T. ze Stoczni – tego samego, który niedawno zorganizował blokadę eksportu żywności z gdyńskiego portu. Adresy obu miał Mariusz w notesie.

– Proszę, proszę, w jakich sferach się obracamy.

Wpierw byli ordynarni i grozili. Postawili go na skrzynce w kącie pokoju i kazali tak stać parę godzin, naśmiewając się i świecąc lampami. Zemdlał i upadł twarzą na kaloryfer, tracąc w ten sposób piękny ząb na samym przedzie. «Żegnajcie przyjęcia na parę tygodni!».

Przyszli następni – ci byli uprzejmi, wyrozumiali, uśmiechali się ciepło, proszą, by zeznał, że «Sz. był ciotą T.». Nie zeznał, to go zamknęli w «pustej i dość wygodnej celi». Chwalił też lekturę, którą miał przy sobie: książkę o Safonie. I na tym by się skończyło, gdyby nie groźba, jaką ci niby kulturalni i niby mimochodem rzucili mu rano:

– Do was, kurwy, też się dobierzemy. Najpierw z tymi skończymy”.

U Musiała represje wobec opozycji demokratycznej bardzo ściśle łączą się ze ściganiem mniejszości seksualnych. Oczywiście nic tu nie jest dopowiedziane, mamy tylko kilka imion, inicjałów i informacji, nie ma nawet wyjaśnienia, kim byli aresztujący mężczyźni w cywilu. Dla czytelnika powinno być to oczywiste, co potęguje grozę sytuacji. Niestety, groźba, która pada na końcu, sprawdziła się już po kilku latach, a prawdziwym stanem wojennym dla mniejszości seksualnych okazał się „Hiacynt”.

NA CAŁOŚĆ

Akcja