Geekerella - Ashley Poston - ebook + książka

Geekerella ebook

Poston Ashley

4,1

58 osób interesuje się tą książką

Opis

Pokochaj magię fandomu! Elle Wittimer jest geekiem, a jej całe życie to Starfield, klasyczna seria science-fiction. Kiedy dziewczyna dowiaduje się o konkursie na cosplay do ukochanego filmu, musi wziąć w nim udział. Z oszczędnościami z pracy w food trucku Magiczna Dynia i w starym kostiumem ojca, Elle wyrusza w podróż zdeterminowana, by wygrać. Nie spodziewa się jednak, że poza walką o pierwsze miejsce w konkursie, przyjdzie jej stoczyć bitwę o czyjeś serce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 395

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: Geekerella

Copyright © Ashley Poston, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Joanna Pawłowska

Projekt layoutu: Timothy O’Donnell

Skład i łamanie: Klaudia Kumala

Projekt okładki i ilustracje: Dan Sipple

Adaptacja okładki: Magda Bloch

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-7976-987-2

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

Mojej Drużynie:

żebyśmy przeżyli

jeszcze wiele

wspaniałych przygód

MACOCHA ZNOWU GRASUJE.

Na kuchennym stole leżą rozrzucone kupony: zniżkowe, na loterię, z różnymi gratisami. Moja macocha siedzi wyprostowana jak struna na jednym ze skrzypiących, drewnianych krzeseł, ostrożnie wycinając kolejny kupon. Zebrane na czubku głowy farbowane na blond włosy układają się w idealne loki, a szminka na ustach ma kolor krwi. Jej biała bluzka jest nieskazitelna, a ciemna ołówkowa spódnica idealnie wyprasowana. Macocha z pewnością spotyka się dzisiaj z potencjalną klientką.

– Skarbie, musisz się dzisiaj pośpieszyć – mówi, pstrykając na mnie palcami.

Maszeruję do kontuaru i otwieram puszkę z kawą. Wydobywa się z niej silny i tani zapach – jedyny, jaki znam z dzieciństwa. Nawet lepiej, skoro teraz nas nie stać na nic lepszego, chociaż wiem też, że nie powstrzymuje to macochy przed zamawianiem każdego ranka dirty chai latte z podwójnym espresso i mlekiem sojowym, by zapłacić za nią jedną z dziesiątek kart kredytowych.

Catherine – moja macocha – przymierza się z nożyczkami do kolejnego czasopisma.

– I żadnych węglowodanów dzisiaj. Taka spuchnięta się dzisiaj czuję, a mam po południu spotkanie z przyszłą młodą parą. Duży ślub. To arystokratka, niesamowite, prawda?

W Charleston? Nic mnie już tutaj nie zdziwi. Każdy jest tutaj arystokratą, Córką Konfederacji albo dzieckiem polityka – Thronhilla albo Fishburne’a, albo Van Noya, albo Pickneya, albo jednego z wielu innych słynnych charlestonowskich nazwisk. A mnie to nic nie obchodzi.

Wsypuję dwie miarki kawy do ekspresu – i zaraz jeszcze jedną, na wszelki wypadek. Czuję, że ten dzień wymaga trzeciej miarki. Może dodatkowa porcja kofeiny sprawi, że macocha i bliźniaczki wyjdą przed dziewiątą. To chyba nie jest wydumane życzenie, prawda?

Spoglądam na zegar mikrofalówki. Ósma dwadzieścia cztery. O ile bliźniaczki nie zaczną się poruszać z prędkością warpową, ledwo się wyrobię. Odmawiam cichą modlitwę do Pana Światła albo Q, czy kto tam mnie słucha. Proszę, niech chociaż raz macocha z bliźniaczkami wyjdą z domu o czasie. Równo o dziewiątej naHello, America ma się dokonać historyczna chwila dla Starfield, a ja nie zamierzam tego przegapić. Nie zamierzam. Wreszcie, po latach opóźnień, zmianie reżysera i problemach z dystrybucją, ukaże się film – reboot, ale nie można wymagać zbyt wiele – a dzisiaj mają ogłosić wyczekiwane od dawna wieści o obsadzie głównych ról, fabule i tak dalej. Przez Catherine i bliźniaczki przegapiłam maratony Starfield, seans ostatniego epizodu o północy w kinach, a także spotkania z twórcami na konwentach, ale tego nie przegapię.

– Chcą złożyć przysięgę pod magnoliami na plantacji Boone Hall – ciągnie macocha. – Wiesz, odkąd Ryan Reynolds i jego żona wzięli tam ślub, mają zajęte wszystkie terminy.

Catherine zajmuje się organizowaniem ślubów. Widziałam, jak całe weekendy spędza na ręcznym doszywaniu cekinów na bieżnikach i wytłaczaniu zaproszeń w drukarni w centrum. Sądząc po oddaniu, z jakim planuje każdy szczegół, łącznie z rodzajem tkaniny na obrusy i kolorem kwiatów w wazonach, można by pomyśleć, że to z powodu przykrego końca jej własnego szczęśliwego małżeńskiego pożycia, ale to nieprawda. Ona po prostu chce, by jej wesela były niczym z okładek „Vogue” albo „InStyle”, a zdjęcia z nich bez końca krążyły na Instagramie i Pintereście. Chce być z tego znana, ponieważ zainwestowała w biznes całą wypłatę z ubezpieczenia ojca. No, w jej biznes i wszystko, co jest „niezbędne” dla jej „wizerunku”.

– Chcę przynajmniej wyglądać, jakbym robiła zakupy u Tiffany’ego – mówi bardziej do siebie niż do mnie. To ta sama gadka, co zawsze. Jak to kiedyś chodziła do Tiffany’ego. Jak to zapraszano ją na gale na plantacji Boon Hall. Jak to była szczęśliwą mężatką z dwiema ślicznymi córeczkami. Mnie – przybranej córki – oczywiście nigdy nie wspomina. Catherine kończy wycinanie kuponu, wzdychając. – Ale to wszystko było kiedyś. Zanim twój ojciec zostawił mnie i dziewczynki w tym okropnym domu.

I na to czekałam. Znowu wszystko moja wina. Jakbym to ja wydała wszystkie jej oszczędności. Jakby to była wina taty. Sięgam po kubek ze Starfield – jedyną należącą do taty rzecz, jaka mi została – i nalewam sobie kawy.

Pies sąsiadów zaczyna szczekać na przebiegającego przez ulicę mężczyznę w dresie. Mieszkamy na obrzeżach słynnej zabytkowej dzielnicy, nie dość starej, by stać się atrakcją turystyczną, lecz nie dość nowej, by przejść renowację – chociaż nas i tak nie byłoby na to stać. Dwie przecznice dalej znajduje się College Charleston. Nasz dom to jeden z ostatnich, które przetrwały huragan Hugo, jaki przetoczył się przez Karolinę Południową jeszcze przed moimi narodzinami. Budynek przecieka tu i tam, jak wszystko, co dobre i stare. Mieszkałam tutaj całe życie. Nie znam nic innego.

Catherine nienawidzi go z całego serca.

Zapach kawy jest wyrazisty i orzechowy. Upijam łyk i prawie odpływam. Niebo w gębie. Macocha chrząka znacząco, więc nalewam kawy do jej ulubionego kubka: białego z różowymi kwiatkami. Dwie kostki cukru (jedyna słodycz, na jaką sobie pozwala w ciągu dnia), delikatnie mieszana, z trzema kostkami lodu.

Odbiera ją, nawet nie podnosząc wzroku znad czasopisma. A potem, kiedy jamnik sąsiadów zaczyna głośno wyć, odstawia kubek.

– Kiedy ten kundel wreszcie nauczy się siedzieć cicho? Giorgio ma już wystarczająco dużo problemów.

Catherine lubi udawać, że jest ze wszystkimi w dobrej komitywie, a już w szczególności z ludźmi, których uważa za istotnych. Pan Ramirez – Giorgio – jest bankierem, co oznacza, że posiada mnóstwo pieniędzy, a te automatycznie dają mu wpływową pozycję w country klubie, czyniąc go ważną osobistością.

– Jeśli się zaraz nie zamknie – ciągnie tym swoim chłodnym, obojętnym tonem – sama pójdę założyć mu kaganiec.

– On się nazywa Franco – przypominam jej. – I nie lubi być uwiązany.

– Trudno, wszyscy musimy nauczyć się radzić z rozczarowaniem – odpowiada i upija kolejny łyk kawy. Jej krwistoczerwone usta wykrzywiają się, zaraz oddaje mi kubek z powrotem. – Za gorzka. Popraw się.

Niechętnie wrzucam do naparu kolejną kostkę lodu. Catherine znowu pije i tym razem kawa jest najwyraźniej wystarczająco lurowata, bo kubek ląduje obok sterty kuponów, a macocha wraca do przeglądania kącika z plotkami w czasopiśmie.

– No i?

Waham się, spoglądając to na kubek, to na nią, i zastanawiam się, czy o czymś nie zapomniałam. Robię to od siedmiu lat i nie wydaje mi się, bym coś przegapiła.

Na zewnątrz pies wydaje żałosny skowyt. Ach.

Catherine unosi cienką kreskę brwi.

– Jak tu spędzić spokojny poranek, jak to zwierzę tak wyje? – przybiera ten swój ton zapracowanej bizneswoman. – Gdyby Robin jeszcze tu był…

Patrzę na nią z szeroko otwartymi ustami. Już mam powiedzieć, że też tęsknię za tatą, że też mi go brak… ale coś mnie powstrzymuje. Albo ja się powstrzymuję. To wszystko przez niedobór kawy. Jeden łyk nie daje tyle odwagi w wersji instant, co cały kubek. Poza tym nie chcę wkurzyć Catherine. Chcę, żeby upoiła się kofeiną, uspokoiła i wyniosła za drzwi.

Przerzuca stronę magazynu i sięga znowu po nożyczki, żeby wyciąć kupon na zimową kurtkę. Mamy czerwiec. W Karolinie Południowej.

Wtedy Catherine chrząka raz jeszcze.

– Danielle, zrób coś z tym kundlem, żeby się wreszcie uciszył.

– Ale…

– Teraz – mówi macocha, dając mi znak, żebym się pośpieszyła.

– Jasne, królowo – burczę pod nosem.

Kiedy Catherine odkłada kupony i wczytuje się w artykuł o najnowszej stylizacji Jessiki Stone na czerwonym dywanie, wyjmuję z lodówki resztki wczorajszych steków i wybiegam przez tylne drzwi.

Biedny Franco, brązowy jamnik z brudną czerwoną obrożą, siedzi w błocie za budą, bijąc ogonem w kałużę. Patrzy na mnie przez wyłamaną sztachetę w płocie. Zeszłej nocy padało i budę zalało, zupełnie tak, jak ostrzegałam pana Ramireza – to znaczy Giorgia.

Pan Ramirez przyprowadził Franka do domu kilka tygodni po tym, jak ożenił się po raz drugi. Chyba chciał w ten sposób wynagrodzić sobie brak potomka. Jednak od rozwodu, czyli od kilku już lat, praktycznie mieszka w pracy, więc Franco został tylko zapomnianym pomysłem, który nigdy nie wypalił. Jego żałosne życie dopełnia już tylko mokra buda.

Przekładam przez dziurę w płocie pojemnik i drapię jamnika za uszami, brudząc sobie palce.

– Kto jest moim dobrym pieskiem? No kto? Gdy tylko oszczędzę wystarczająco dużo pieniędzy, oboje się stąd wyniesiemy. Co ty na to, mój drugi pilocie? – Ogon Franka merda z ekscytacją, rozchlapując błoto. – Kupię nam nawet takie same okulary przeciwsłoneczne.

Język Franka wypada mu bokiem z pyska, jakby potwierdzając moje słowa. Może i nie robią okularów dla psów, ale przez chwilę mam w głowie taki obraz: ja i Franco w starym rzęchu, wyjeżdżającym na jedyną autostradę prowadzącą poza miasto i prosto do Los Angeles. Oczywiście w okularach.

Odkąd pamiętam, ręce zawsze mnie świerzbiły, żeby coś robić. Żeby pisać. Tworzyłam pamiętniki, fanfiki, raz po raz uciekałam na strony zapełnione życiem kogoś innego. Jeśli tata miał rację, a ja faktycznie mogę być, kim zechcę, zrobię kiedyś taki serial jak Starfield i pokażę innym dzieciakom, że nie są sami. I zamierzam zająć się tym za rok, po skończeniu szkoły. Zacznę się uczyć scenopisarstwa. W pewnym sensie już mam portfolio. W tej chwili zaspokajam potrzebę pisania, publikując posty na moim blogu, Rebelgunner, gdzie opisuję to, na czym na pewno się znam: Starfield. Ten blog i pieniądze, które zbieram, pracując w food trucku, będą moją przepustką do innego życia. Pewnego dnia.

– Danielle! – wrzeszczy macocha z kuchennego okna.

Podtykam pojemnik z resztkami steków pod pysk Franka i jamnik bierze się za pałaszowanie mięsa.

– Może w innym wszechświecie, piesku – szepczę. – Bo na razie mój dom jest tutaj.

To miejsce skrywa zbyt wiele wspomnień, żebym mogła je tak po prostu zostawić, nawet gdybym chciała. Tata teoretycznie przepisał dom na mnie, ale Catherine ma nim dysponować do czasu, aż nie osiągnę pełnoletności. Dlatego na razie…

– Danielle!

Dlatego na razie utknęłam tutaj z macochą i jej córkami.

– No już! Idę!

Ostatni raz drapię Franka za uchem i żegnam się, zapamiętując, żeby wrócić po pojemnik, a potem wracam biegiem do kuchni.

– Dziewczynki! – woła znowu Catherine, zakładając na ramię torebkę Gucci. – Pośpieszcie się, bo inaczej spóźnicie się na zajęcia u pana Craiga! Dziewczynki? Dziewczynki! Jak się okaże, że jeszcze leżycie w łóżkach, przysięgam, że…

Słyszę dudnienie jej kroków w ich pokoju i spoglądam na zegar. Ósma trzydzieści sześć. Nie ma mowy, żeby wyszły z domu na czas. Chyba że trochę wszystko przyśpieszę.

Niechętnie zbieram jarmuż, truskawki i mleko migdałowe, żeby przygotować im poranny koktajl. Catherine, oczywiście, zostawiła magazyn na stole, więc Darien Freeman szczerzy się do mnie z okładki. Rozciągam usta w złośliwym uśmieszku. Mówiło się, że ma wystąpić w remake’u Starfield, ale to żart tego samego kalibru, co stwierdzenie, że Carmindora zagra buldog francuski na deskorolce. Nie można oddać całej galaktyki w ręce gwiazdora oper mydlanych.

Uruchamiam blender i staram się o tym nie myśleć.

Z piętra docierają stłumione odgłosy Catherine wyciągającej córki z łóżek. Każdego ranka to samo. Jak w zegarku.

Właśnie tak latem wygląda moja codzienność: budzę się i robię kawę – dodatkowa miarka w poniedziałki. Catherine ślęczy nad czasopismami, wycinając kupony. Spędza za dużo czasu przy torebkach i sukienkach. Ględzi o swoim starym życiu, wygłaszając jakieś pasywno-agresywne komentarze. Każe mi szykować śniadanie. Zamiast tego idę nakarmić Franka. Catherine maszeruje na górę, żeby powrzeszczeć na bliźniaczki za to, że „zapomniały” ustawić budziki. Śniadanie wciąż nie jest gotowe. Dziesięć minut później bliźniaczki kłócą się o łazienkę, a Catherine przypomina mi, że to ona ma pieczę nad domem, Danielle, więc o ile nie chcę, żeby zamieniła je na luksusowe mieszkanie – jakby mogła go sprzedać za odpowiednią sumę – mam się pośpieszyć ze śniadaniem. Dlatego miksuję im wymiociny Grincha, bliźniaczki zabierają identyczne kubki, a Catherine wypycha je przez drzwi, by poszły na lekcje tenisa.

Pozostała część mojego dnia nie jest lepsza. Spóźniam się pięć minut do pracy, ale Sage – córka właścicielki food trucka – będzie zbyt pochłonięta czytaniem magazynów o modzie z Harajuku, żeby zwrócić na to uwagę. Potem spędzam osiem godzin w Magicznej Dyni, sprzedając zdrowe placki bankierom w ciasnych garniturach i mamuśkom z dzieciakami opartymi na biodrach. Później przeciskam się przez tłum w supermarkecie, a mam przy sobie tyle kuponów, że kobieta przy kasie przewraca oczami (nikt nie lubi kuponów). Wracam do domu na „rodzinny obiad”, znowu przygotowany przeze mnie. Wysłuchuję komentarzy bliźniaczek na temat moich zdolności kulinarnych, zanim nie znikną na piętrze, żeby nagrać vloga urodowego o idealnym kocim makijażu oczu albo najlepszym cieniu do powiek pasującym do rubinowej szminki. Potem zostaje tylko zmywanie, sprzątanie resztek, ostatnie głaskanie Franka i do łóżka.

No, nie do końca. Oglądam jeszcze powtórki Starfield na starym telewizorze taty, który stoi w kącie pokoju. Czasami piszę post na blogu na temat odcinka, jeśli akurat czuję się zainspirowana. Sprawdzam wszystkie strony fanowskie w poszukiwaniu wieści. Zasypiam, słuchając głosu księcia Federacji. „Spójrz w gwiazdy. Obierz kurs. Leć”.

Następnego ranka obudzę się i zrobię wszystko od nowa. Ale tym razem – zwrot akcji! – może dotrę do pracy na czas. Może Sage wreszcie się do mnie odezwie. Może bliźniaczki będą miłe. Może ktoś wsunie dwa bilety lotnicze do Los Angeles do słoika na napiwki. Może napiszę laurkę o odcinku czterdziestym trzecim zamiast kwestionować prawość bohaterów w chwili upadku kolonii. Może przyśni mi się tata.

Blender warczy, jakby cierpiał katusze. Pozwalam mu chwilę odpocząć i wytrząsam koktajl do dwóch pojemników, nerwowo spoglądając na zegar mikrofalówki. Ósma czterdzieści jeden.

Po zaserwowaniu śniadania bliźniaczek z gracją godną pracownika branży gastronomicznej wyciągam zachomikowany w szafce słoik masła orzechowego. Chronię go jak Smeagol Pierścień – jessssteś mój, sssskarbie – bez względu na to, jakiej aktualnie przestrzegamy diety w domu. W tej chwili Catherine przerzuciła się na paleo, ale w zeszłym miesiącu przerabiałyśmy dietę raw. Jeszcze wcześniej South Beach… a może Atkinsa? Coś z bekonem. W przyszłym tygodniu będzie niskotłuszczowa albo niskosodowa, albo… cokolwiek wpadnie Catherine w oko. Co by to nie było, zmusi mnie do przestrzegania zasad, grożąc sprzedażą tego domu – domu taty.

Wyskrobuję resztę masła orzechowego z dna słoika, rozkoszując się jego smakiem. Cieszę się nawet z takich małych zwycięstw.

Na piętrze wreszcie słychać jęk rur, który oznacza, że woda pod prysznicem została zakręcona. Wreszcie. Tego ranka bliźniaczki z niczym się nie śpieszą. Zazwyczaj cieszą się na zajęcia w country klubie, ponieważ zawsze spotykają tam przyjaciółki. To najmodniejsze miejsce dla bogatych i popularnych. Czy dla mnie? Catherine ciągle i niezbyt subtelnie sugeruje, że jedyne, do czego bym się w klubie nadawała, to noszenie za kimś kijów golfowych.

Wyrzucam słoik po maśle do śmieci i sprawdzam telefon – niezniszczalną cegłę, którą „odziedziczyłam” po śmierci taty. Kolejny wspaniały pomysł macochy, kolejny sposób na zaoszczędzenie resztek pieniędzy: bliźniaczki mogły kupić sobie nowe komórki, ale ja musiałam wziąć to, co było w domu. Urządzenie jest ogromne – można by nim pewnie odgonić statek pełen Rozbójników – ale przynajmniej ma zegarek.

Ósma czterdzieści trzy. Nie mogą wyjść wcześniej? Chociaż raz. Chociaż raz mogłyby wyjść z domu przed dziewiątą.

Ciągle są na piętrze, ale nosowy głos Chloe jest doskonale słyszalny.

– Ale mamo! Dzisiaj rano w telewizji będzie Darien Freeman! Nie mogę tego przegapić.

Czuję ukłucie w sercu. Jeśli Chloe zajmie telewizor, nie ma mowy, żebym mogła obejrzeć Hello, America.

– Możemy się spóźnić kilka minut – stwierdza Calliope.

Cal zawsze staje po stronie Chloe. Są w tym samym wieku, co ja – zaczynamy ostatnią klasę – ale równie dobrze mogłybyśmy mieszkać na różnych planetach. Chloe i Calliope aspirują do uczelnianej drużyny tenisa. Biorą udział w pracach komitetu organizacji zjazdu absolwentów. Są liderkami w konkursie popularności. I używają swoich wpływów, żeby przypominać wszystkim w szkole, że jestem śmieciem. Że bez ich rodziny byłabym sierotą.

Dzięki. Jakbym mogła o tym zapomnieć.

– Nie możemy tego przegapić – tłumaczy Chloe. – Musimy to obejrzeć i nagrać vloga, inaczej wszyscy inni zgarną lajki przed nami. A to nas zabije, mamo. Zabije.

– Skarby, płacę panu Craigowi naprawdę duże pieniądze, żeby uczył was gry w tenisa. Nie możecie marnować waszych miejsc w drużynie uczelnianej w przyszłym roku dla jakiegoś programu telewizyjnego! – Catherine schodzi i wkracza do kuchni, szukając czegoś w torebce. – Danielle, widziałaś moją komórkę?

Sięgam nad kontuarem, żeby odłączyć aparat od ładowarki.

– Proszę.

– No i dlaczego ją tutaj położyłaś? – Odbiera telefon, nie patrząc na mnie, i zaczyna przeglądać Facebooka. – A, właśnie – dodaje – pamiętaj, że jutro jest…

– Jasne, pamiętam. – Jakbym mogła zapomnieć o dniu, w którym umarł mój ojciec. – Powinnam w tym roku kupić storczyki czy…

– Dziewczynki! – wrzeszczy Catherine, spoglądając na zegarek. – Złaźcie natychmiast!

– Jak sobie życzysz!

Idą, tupiąc, ubrane w stroje do gry w tenisa, i po drodze zabierają z kontuaru kubki z koktajlem. Bliźniaczki są bardzo podobne do matki, jakby skórę zdjął. Jasne włosy, orzechowe oczy, wydęte i nadąsane wargi. Chloe i macocha zachowują się też tak samo, ale Cal jest minimalnie inna, nieco cichsza. Moim zdaniem to dlatego, że jest podobna do ojca, który uciekł, gdy dziewczyny były jeszcze małe, i ożenił się z jakąś właścicielką kasyna w Atlantic City.

W tej chwili obie mają włosy spięte w ciasne kucyki i nie da się ich odróżnić, o ile nie wie się, że Calliope zawsze dopasowuje kolczyki do fioletowych okularów, a Chloe każdego dnia ma inny kolor paznokci – tym razem letni błękit. Czasami zło nosi przebranie.

– To niesprawiedliwe! Dlaczego Elle nie musi chodzić na te głupie zajęcia? – jęczy Chloe.

– Dziewczynki. – Macocha cmoka, a potem uśmiecha się cierpliwie. – Elle musi sobie radzić z tymi talentami, które ma.

Staram się ją ignorować, a potem zabieram klucze z miseczki w przedpokoju i wkładam je do torebki, udając, że jestem gotowa do pracy. Czasami wydaje mi się, że Catherine po prostu zapomina o mojej obecności.

– Zniszczysz naszą karierę – oskarża Chloe, sącząc zielony koktajl. – Musimy być na bieżąco.

– Wszyscy inni będą o tym tweetować – dodaje Calliope.

– Odkąd osiągnęłyśmy sto tysięcy wyświetleń naszego tutorialu makijażu z Nadmorskiej zatoczki, ludzie oczekują, że będziemy trzymać rękę na pulsie!

– DZIEWCZYNKI! – Catherine pokazuje różowym paznokciem na drzwi. – Lekcje za czterysta dolarów. TERAZ!

Calliope przewraca oczami, porywa torebkę z wieszaka i wychodzi na podwórze, by wsiąść do czerwonej mazdy (kolejny „niezbędny” element „wizerunku” Catherine). Macocha spogląda spode łba na drugą bliźniaczkę. Jeśli istnieje coś, czemu Chloe nie potrafi stawić czoła, to z pewnością dezaprobata matki. Też bierze torebkę – taką samą jak siostry, ale różową – i maszeruje za Cal. Takiej podwózki im nie zazdroszczę.

Macocha ostatni raz poprawia sobie włosy w zwycięskim geście, oglądając się w lustrze w przedpokoju.

– Jesteś pewna, że nie chcesz, bym szepnęła o tobie dobre słówko w klubie, Danielle? Nie wątpię, że przyjęliby cię z powrotem nawet po tym… incydencie… z zeszłego roku. Dostałaś nauczkę i to się nie powtórzy, prawda?

Czy nauczyłam się, by nigdy więcej nie zaufać facetowi? Jasne.

– Nie, dziękuję – odpowiadam, uśmiechając się uprzejmie.

– To najlepsze miejsce dla kogoś takiego jak ty, wiesz. – Kręci głową. – W końcu przekonasz się, że mam rację.

Z tymi słowami zamyka drzwi.

Czekam, dopóki samochód nie wyjedzie na ulicę, a potem biegnę do salonu i włączam telewizor dokładnie trzy minuty przed dziewiątą. Idealnie. Sage z food trucka ma odebrać mnie o dziesiątej, żebyśmy pojechały pod stadion RiverDogs po drugiej stronie miasta, więc mam mnóstwo czasu. Przez kolejną godzinę będę pławić się w prawdopodobnie najważniejszych wiadomościach w historii Starfield.

Ta chwila, by zakończyć wszystkie chwile – a może je rozpocząć. Nowe Starfield dla nowego pokolenia. Podobają mi się te wszystkie rodzące się możliwości.

Sięgam po leżącego na stoliku pilota i siadam po turecku przed pięćdziesięcioczterocalowym telewizorem. Czarny ekran rozbłyska, czuję przyjemną niecierpliwość. Szkoda, że tata tego nie widzi. Szkoda, że nie ogląda razem ze mną. Byłby tak samo podekscytowany jak ja – nie, on byłby bardziej podekscytowany. Niestety prawda jest taka, że nie mam z kim dzielić się swoim podnieceniem. Nie mam z kim spierać się o to, kto wreszcie założy mundur Federacji i zastąpi legendarnego Davida Singha, pierwszego księcia Carmindora. Od kilku miesięcy piszę o tym na blogu, ale tak naprawdę nikt tego nie czyta. Tworzenie go działa na mnie terapeutycznie, przypomina bardziej pamiętnik. Nikt nie jest mi tak bliski, jak społeczność Stargunnerów, gdzie wszyscy od dawna spekulują na temat obsady: może ten koleś z ostatniego filmu o Spider-Manie? Albo ten przystojny gwiazdor Bollywoodu, który ma własny zestaw GIF-ów na Tumblrze? Ktokolwiek nim zostanie, lepiej, żeby nie wybielali mojego księcia.

W programie właśnie kończy się segment o zabawnych filmikach ze zwierzątkami w Internecie. Gospodyni uśmiecha się promiennie, a kamera zaraz potem pokazuje publiczność. Na widowni siedzi mnóstwo dziewczyn – całe mnóstwo – i wszystkie wiwatują. Trzymają transparenty. Mają na sobie koszulki z tym samym nazwiskiem. Nazwiskiem, które sprawia, że ekscytacja w mojej piersi tężeje i spada do brzucha jak bomba atomowa.

Darien Freeman.

Dziewczyny wyrzucają ręce do góry przed kamerą, wykrzykując jego imię. Niektóre wyglądają, jakby miały zaraz stracić przytomność z wrażenia.

Ja nie omdlewam. Moja ekscytacja robi zwrot i zamienia się w strach.

Nie, to nie może być prawda. Na pewno włączyłam zły kanał.

Naciskam przycisk INFO. Pokazuje się napis Hello, America, a ja pragnę już tylko, żeby pochłonęła mnie Czarna Mgławica.

Jak to możliwe, że przypadkiem znalazł się w tym samym programie? Jak to możliwe, że akurat jego zaprosili do odcinka, w którym zostanie ogłoszona obsada nowego Starfield?

Tymczasem gospodyni uśmiecha się i mówi kilka słów, a potem wszystkie moje lęki się potwierdzają.

Logo Starfield pojawia się na ekranie za plecami prowadzącej. Ten moment stał się wypadkiem na torach kolejowych, od którego nie potrafię odwrócić wzroku. Cała moja fanowska miłość przeobraziła się w płonącą, wrzącą lawę rozpaczy.

Nie. Nie, to nie on. To nie może być on.

Darien Freeman nie może być moim księciem Federacji Carmindorem.

TŁUM JEST PEŁEN POTWORÓW.

No dobra, nie prawdziwych potworów. Ale sami spróbujcie lecieć po nocy z Nowego Jorku, zasilani jedynie przepaloną kawą i połówką grejpfruta, by potem siedzieć pół godziny na fotelu przed lustrem, by stylista mógł idealnie ułożyć wasze kręcone włosy (na Boga, człowieku, to tylko włosy), w designerskich dżinsach, które uwierają was w miejsca, jakie o tej porze jeszcze się nie obudziły, podczas gdy wy próbujecie zapamiętać odpowiedzi do wszystkich pytań, które zadadzą wam gospodarze programu – po całych trzech godzinach snu, trzech – by na koniec jeszcze udawać podekscytowanego spotkaniem z fanami.

Oddychaj, powtarzam sobie w duchu. Jest dobrze.

Chodzę w kółko za sceną. Nikt mnie jeszcze nie zauważył, ale mrowi mnie skóra, jakbym był obserwowany. Tak już jest w tej branży.

Teraz rozumiem, dlaczego Gail, moja opiekunka, kazała mi wziąć dwie tabletki z ibuprofenem przed rozpoczęciem programu. Bywałem już na koncertach rockowych (a także, dawno temu, na konwentowych panelach), ale ta widownia to kompletne przegięcie. Gail mówiła, że ustawiali się w kolejce już o czwartej rano. Kto normalny sterczałby tyle czasu dla mnie?

Za moimi plecami Gail podskakuje w zużytych tenisówkach. Nie miała chyba czasu ich zdjąć od drugiego odcinka Nadmorskiej zatoczki. Przegląda wiadomości, kiwając głową.

– Wszystko gra. Mamy zarezerwowane bilety na wieczorny lot, załatwiony dojazd na lotnisko, dwóch asystentów robiących za przynęty dla paparazzich… – Podnosi wzrok i spogląda na mnie z uśmiechem. – Ogarnięte.

Podaje mi butelkę wody, przystawiam ją sobie do karku. Włosy w kolorze truskawkowego blondu ma spięte w zbyt mocny koczek, co stanowi pewny znak, że jest tak samo zestresowana jak ja.

– Oddychaj głęboko, wszystko będzie dobrze. To dopiero przystawka przed prawdziwym medialnym szaleństwem. Dasz sobie radę.

– Można powiedzieć, że wbijam wyższy level – żartuję.

Patrzy na mnie bez zrozumienia.

– Jak w grach komputerowych, wiesz? Kiedy zbierasz wystarczająco dużo punktów doświadczenia… nieważne, już się zamykam. – Odkręcam korek butelki i piję. Przez szparę w kurtynie widzę niecierpliwiących się fanów. Mrużę oczy. – Czy ta dziewczyna ma na koszulce moją twarz?

– Nie zwracaj na nie zbyt wielkiej uwagi – odpowiada Gail i sięga po telefon, który właśnie zabipczał. Marszczy brwi.

Zerkam na nią z ukosa.

– Wszystko w porządku?

Znowu przegląda wiadomości.

– Ziemia do Gail, wszystko w porządku? – Nic. – Gail Morgan O’Sullivan.

– Co? A! – Wsuwa z powrotem komórkę do tylnej kieszeni. – Przepraszam. Masz czasami tak, że wydaje ci się, jakbyś o czymś zapomniał?

– Ciągle zapominam o bieliźnie – odpowiadam ze śmiertelną powagą. – Czasami sam sobie naciągam gacie, żeby tylko się upewnić, że je mam.

Na jej zaniepokojonej twarzy pojawia się oszczędny uśmiech.

– Wcale że nie.

Gail jest ode mnie starsza – ma jakieś dwadzieścia pięć lat – jej policzki zdobią piegi ciemniejące latem, a gdy się uśmiecha, praktycznie promienieje. Nie licząc pierwszego rocznika komiksów o Batmanie z autografem, jest moją najlepszą przyjaciółką. Komuś takiemu jak ja posiadanie prawdziwych przyjaciół nie przychodzi łatwo. Albo w ogóle. Kiedyś ich miałem, ale w przykry sposób przekonałem się, że to już przeszłość. Gdy zyskujesz sławę, twoje życie się zmienia.

Przychodzi asystent, żeby założyć mi mikrofon. Przeciągam go pod koszulką, a odbiornik przypinam do spodni.

– Dwie minuty – zapowiada i ucieka.

– Okej! – rzuca Gail. – Pamiętaj, żeby się uśmiechać i być po prostu najlepszym sobą, na jakiego cię stać.

Mierzy mnie sokolim wzrokiem, poprawia mi włosy i wygładza blezer na podkoszulku. To najbardziej kosztowna rzecz, jaką posiadam – blezer, nie koszulka – zgodnie z wytycznymi agenta. Chce, żebym wyglądał jak „geek z sąsiedztwa”, ale jednocześnie miał w sobie coś z noszącego Burberry amanta z Nadmorskiej zatoczki. Moim zdaniem tych dwóch strumieni nie należy nigdy krzyżować.

– Spójrz w gwiazdy. Obierz kurs. Leć – nuci Gail i ściska mnie mocno. – Jestem z ciebie taka dumna, Darien. Twój tata również.

– Jest dumny z pieniędzy – mamroczę.

Drga jej kącik ust.

– Nie wydaje mi się, on po prostu…

Wrzask widowni zagłusza resztę jej wypowiedzi. Podniósł się pisk, jakby otworzyły się bramy piekła. Jestem pewny, że moja towarzyszka z ekranu, Jessica Stone – urocza, popularna, z filmografią pełną niezależnych tytułów, które robią znacznie lepsze wrażenie niż mój angaż w Nadmorskiej zatoczce – przyciąga znacznie… spokojniejszych fanów. Wielbiący ją faceci nie noszą koszulek z napisem KOCHAM JESS, oni po prostu… no, w sumie nieważne. Właściwie to nie chcę myśleć, co wyszukują w sieci fani Jess Stone. Nasi fani bardzo się od siebie różnią, kropka. Reżyser Starfield, Amon Wilkins – który zasłynął serią filmów o gigantycznych robotach – pewnie uznał, że jej udział zwiększy szansę na pożądane nagrody branżowe i inne zaszczyty. Przekonamy się o tym całkiem niedługo, bo zdjęcia zaczynają się już jutro.

A co ja robię? Najwyraźniej przyprowadzam ze sobą armię potworów do ukochanego fandomu. Moje wielbicielki nazywają się Zatoczankami, a może Darienczynkami. A dzisiejsze wydarzenie? To czysty chwyt reklamowy. Najwspanialszy przykład pracy mojej ekipy od PR-u i menadżera.

Scotty może dać mi znak w każdej chwili.

W tym też tkwi problem. Nie jestem pierwszym młodym aktorem, który przejmował kochaną przez wielu postać. Nie wątpię, że Chris Pine też budził niechęć za Kirka 2.0. Ale ja to co innego. Ja mam osiemnaście lat. Chris miał dwadzieścia kilka. Zdążył nauczyć się, jak mieć to wszystko w tyłku. Ja wciąż martwię się, czy na pewno mam skarpetki do pary i czy nie widać moich starwarsowych bokserek. Poza tym w tej chwili czuję, że zaczynam się pocić, a pocenie się w trakcie wywiadu w telewizji jest najgorsze.

Wdech, wydech. Dasz sobie radę, Darien.

Asystent wraca i zagania mnie na schodki prowadzące na scenę. Zaczyna odliczać na palcach.

Pięć… cztery…

Poprawiam blezer. Przełykam ślinę, by zdusić tremę.

– A teraz powitajmy naszego następnego gościa – mówi jedna z prowadzących, uciszając tłum – młodego aktora znanego jako król Nadmorskiej zatoczki…

Na świętego Kruszyciela Ego, Batmanie, tym tekstem zepsuła mi ca…

– …który teraz przejmuje obowiązki naszego ulubionego gwiezdnego arystokraty, księcia Federacji Carmindora. Przed państwem Darien Freeman!

Wdech. Wydech. Uśmiech.

Niczym zakładający maskę superbohater wychodzę z siebie i przyjmuję rolę Dariena Freemana, dając się pochłonąć dzikim wrzaskom pięciuset nastolatek.

PIĘKNA TWARZ – IRYTUJĄCO PIĘKNA, w typie tych, które zapamiętasz, bo będzie uśmiechała się do ciebie z każdego billboardu albo reklamy perfum przez najbliższych dziesięć lat – należąca do Dariena Freemana zajmuje cały pięćdziesięcioczterocalowy ekran telewizora macochy, szczerząc niefrasobliwie zęby. Ciemna skóra, długie rzęsy, kręcone włosy. Może i pasuje wyglądem do roli, ale jego uśmiech jest tak śnieżnobiały, że aż oślepiający. Gdzie on się tam nadaje na srogiego, ponurego księcia Federacji? Zdecydowanie nie został ulepiony z tej samej gliny.

W ciągu pięćdziesięciu czterech odcinków Carmindor uśmiechnął się tylko raz. Do księżniczki Amary, w przedostatnim epizodzie. Przed tym, jak…

Nie, nie. Nikt nawet nie myśli o ostatnim odcinku, a już na pewno nie mówi. To się nie wydarzyło. Nawet dodałam go na czarną listę na swoim blogu.

Wnętrze Rockefeller Center jest pełne niebieskiego i srebrnego, barw Starfield. Jakieś stadko dziewczyn w pierwszym rzędzie macha banerami BĘDĘ TWOJĄ AMARĄ i CHCĘ Z TOBĄ WABBA-WABBA, jakby oglądały serial w czasach, kiedy był emitowany, i znały go od podszewki. Co jest kłamstwem.

Nawet ja go wtedy nie oglądałam.

Jednak tata… On był fanem od samego początku. Nawet zaczął organizować konwent fanowski, ExcelsiCon. Braliśmy w nim udział każdego roku. Pamiętam spotkania ze starzejącymi się aktorami, proszenie o autograf na moim stargunie. Chowałam go w torbie na książki w szkole. Każdego ranka budził mnie motyw przewodni serialu z budzika ojca. Na śniadanie jadłam Płatki Wabba-Wabba (czyli zwyczajne płatki kukurydziane z polewą, ale jako sześciolatka widziałam różnicę). Latem gapiłam się na gwiazdy i udawałam, że walczę z Noxem na naszym podwórku. Ratowałam galaktykę przed wessaniem do Czarnej Mgławicy…

Mieszkanie z tatą było jak mieszkanie w świecie, gdzie książę Federacji Carmindor istnieje naprawdę.

A potem – w mgnieniu oka – ten świat zniknął.

Mój palec zamiera nad wyłącznikiem na pilocie, ale nie potrafię odwrócić wzroku od ekranu. Jak się skończy spotkanie fanów Nadmorskiej zatoczki ze Stargunnerami? To jak oglądanie dwóch samochodów wyścigowych pędzących na czołowe zderzenie – trzeba to zobaczyć.

Siadając na wygodnym fotelu, Darien Freeman macha – nieco nieśmiało, nieco zaskoczony – do tłumu swoich fanek, a prowadzący witają go w programie. Na pewno uważa, że zachowuje się uroczo.

– Cieszę się, że tu jestem – zaczyna Darien.

Jego wielbicielki piszczą jak syreny alarmowe: „Kocham cię, Darien!”, „Wyjdź za mnie, Darien!”. Obrzydlistwo.

Współprowadzący program mężczyzna z ogromnym podbródkiem zaczyna wywiad.

– A my jesteśmy podekscytowani twoją wizytą! Może ta uwaga zdradzi mój wiek, ale pamiętam, jak nie spałem do późna, żeby obejrzeć ten serial. Prawdziwy klasyk! Jak się czujesz w tak dużej roli, jaką jest rola Carmindora?

Aktor uśmiecha się. Jego zęby są zbyt białe, usta poruszają się ze zbyt dużą gracją – założę się, że ćwiczył przed lustrem.

– To z pewnością wielki zaszczyt – odpowiada, chociaż nie poznałby klasyka, gdyby ten strzelił w niego działem fazerowym w oczy. – Nie mogę się doczekać, kiedy zaczniemy zdjęcia. Spoczywa na mnie wielka odpowiedzialność.

– Chyba wielka porażka – mówię do siebie.

David Singh był fenomenalnym Carmindorem. Łamał bariery w czasach, kiedy niemal żaden inny tytuł science-fiction nie miał niebiałego aktora w głównej roli. Singh wspierał prawa człowieka, zarówno na ekranie telewizora, jak i poza nim. Naprawdę wierzył w filozofię Starfield.

– Cóż, w przeciwieństwie do Ricka, ja nigdy nie widziałam Starfield – mówi druga prowadząca, drobna kobieta w białym kostiumie, który pewnie nie miał wyglądać jak zbroja szturmowca, ale zdecydowanie tak wygląda. – Ale teraz chyba wszyscy o nim wiedzą! Tamto motto… jak ono brzmiało?

– Spójrz w gwiazdy. Obierz kurs. Leć – odpowiada Darien. – I mam nadzieję, że zostaniesz fanką. W Starfield każdy znajdzie coś dla siebie. To historia o dobrym statku Prospero i jego załodze, która walczy w obronie galaktyki i poszanowania standardów pokoju i równości. No i – dodaje, szczerząc zęby – walczy z obcymi.

– To brzmi naprawdę przerażająco! – rzuca kobieta.

Przewracam oczami. Przeciwstawianie się siłom króla Noxów nie nazwałabym „walką z obcymi”, bo teoretycznie w uniwersum serialu to ludzie są obcymi. Ale cóż, ja jestem prawdziwą Stargunnerką.

– A teraz, tylko nie gniewaj się na nas za to, ale uwielbiamy w naszym programie urządzać sobie gry z gośćmi, a skoro najwyraźniej wiesz tak dużo o Starfield, pomyślałam, że wyzwiemy cię do Zamoczonych!

Na ekranie pojawia się wypełniony wodą zbiornik z tarczą strzelniczą na boku. Następuje cięcie i teraz widać z powrotem Dariena, który wydaje się zszokowany – wyraźnie udaje.

– O rany! Naprawdę?

– Oczywiście! – rzuca prowadząca, by zaraz sięgnąć za fotel i wyciągnąć stamtąd pistolet na wodę. – Zobaczymy, jak dobrze znasz Starfield! Za każdym razem, gdy błędnie odpowiesz, ja strzelam.

Aha, myślę sobie. Szykuje się coś ciekawego. Nie ma mowy, żeby wiedział cokolwiek o serialu poza tytułem.

Tłum zaczyna skandować głośno i rechotliwie:

– Zamoczony! Zamoczony! Zamoczony!

Darien teatralnie wyrzuca ręce w stronę widowni.

– Naprawdę? Naprawdę chcecie zobaczyć, jak ląduję w wodzie?

– Co ty na to, Darien? – pyta prowadząca, szczerząc zęby.

Wzdycha i zwiesza głowę – och, no dobra, miejmy to już z głowy. Potem klepie dłońmi w boki fotela i wstaje, ściągając z siebie blezer, który sprawia wrażenie dość drogiego.

– No dobra! Zróbmy to.

Dobra! Zobaczymy, w czym się pomylisz, Darienie Freemanie. Krzyżuję ręce na piersi i rozsiadam się wygodnie. Na ekranie Darien wspina się na zbiornik, wkłada gogle i pokazuje do kamery zaciśnięte kciuki.

Prowadząca zadziera pistolet na wodę i spogląda na kartkę z pytaniami.

– Pytanie pierwsze! Jak się nazywa rząd, którego członkiem jest Carmindor?

– Poważnie? To za proste! – woła do niej Darien. – Federacja!

Słychać brzęczyk sygnalizujący prawidłową odpowiedź i widownia buczy, niezadowolona, że Darien nie wylądował w wodzie. Coś przelatuje obok jego głowy – wygląda mi to na biustonosz. Wydaje się tym zupełnie niewzruszony, uśmiecha się od ucha do ucha, machając nogami pod deską, na której siedzi.

– Teraz już nie będzie tak łatwo! – woła współprowadzący o wielkim podbródku i odczytuje kolejne pytanie. – Kto jest najlepszym przyjacielem Carmindora?

– Euci! Ciągle za proste! – prowokuje ich Darien.

– A może to: czym Euci zajmuje się na statku? Albo: w którym odcinku zdradza Carmindora Noxom, żeby uratować swoją kolonię? Albo: w którym odcinku ta kolonia i tak wylatuje w powietrze? – mamroczę pod nosem. – Może odpowiesz na takie pytania, przystojniaczku?

Tłum skanduje coraz głośniej.

– Zamoczony! Zamoczony! Zamoczony!

– Jak się nazywa statek?

– Prospero!

– Jak się nazywa pozdrowienie Federacji?

– Przyrzeczenie-obietnica!

Prowadząca szczerzy zęby i wyciąga ostatnią kartę, wyraźnie szykując się do rozstrzygającego ciosu. Przesuwam się na brzeg fotela.

– Jak Carmindor nazywa swoją ukochaną w ostatnim odcinku serialu?

Darien waha się. Rozgląda się, patrzy na tłum.

– Bez podpowiadania! – woła prowadząca. – Czyżbyś nie znał odpowiedzi? Dziesięć, dziewięć…

Siedzący nad zbiornikiem Darien przygryza wargę, kołysząc się w przód i w tył. Prycham. Oczywiście, że to dla niego za trudne. Nie obejrzał nawet jednego odcinka Starfield.

– Pięć! Cztery! Trzy!

Widownia zaczyna skandować razem z prowadzącą, a ta staje na szeroko rozstawionych nogach i celuje w bardzo teatralny, lecz niezbyt skuteczny sposób. Darien drapie się po karku, wyraźnie skonfundowany.

– Dwa… JEDEN! – wiwatuje tłum.

Prowadząca strzela i trafia w sam środek tarczy. Rozlega się syrena, nad idealną fryzurą Dariena Freemana obraca się migające światło, a deska wysuwa się spod jego pośladków. Młody gwiazdor wpada do wody, a widownia wiwatuje. Uwielbiają to.

Dziwne, ale ja nie.

– To ah’blena – mamroczę, chociaż Darien jest pod wodą. Chociaż widzę go w telewizji. Chociaż z pewnością mnie nie słyszy, bo mówię tylko do wielkiego ekranu. Mimo wszystko, jeśli zamierza zostać Carmindorem, powinien to wiedzieć. Mokry czy suchy, powinien to wiedzieć. – Nazwał ją ah’blena.

Tymczasem na ekranie Darien wychodzi ze zbiornika, ociekając wodą, i na oczach tłumu zarzuca swoimi włosami, a fanki wrzeszczą, podnosząc wysoko ręce. Szczerzy do nich zęby.

Marszczę brwi. W tym momencie jedyne, co może uratować ten film, to ogłoszenie idealnego czarnego charakteru. Oczywiście powinien być nim król Noxów, bo czy to nie byłoby najfajniejsze? Noxowie to naturalni wrogowie Federacji, ale niestety efekty specjalne na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy powstał serial, nie najlepiej radziły sobie z ich wielkimi uszami. W reboocie mogliby wyglądać o wiele lepiej. Poza tym – bądźmy szczerzy – w tym tkwi genialny potencjał dla slash fiction. Zerkam na telefon, żeby sprawdzić czas, ale wciąż mam dobrych dwadzieścia minut do rozpoczęcia zmiany w Dyni.

Na ekranie Darien bierze ręcznik z rąk asystenta i zaczyna się wycierać. Zaraz ktoś krzyczy do niego, żeby zdjął koszulkę. Chłopak zamiera i odwraca się w stronę widowni.

– Naprawdę tego chcecie? – pyta.

Odpowiada mu wrzask.

Wrzaski stają się coraz głośniejsze i Darien chwyta za brzeg koszulki. Nawet przez materiał widzę zarys jego mięśni. Wszyscy to widzą. Jęczę niezadowolona. Dlaczego życia nie można przewinąć do przodu za naciśnięciem guzika?

W przeciwieństwie do bliźniaczek nie jestem fanką Dariena Freemana. A już na pewno nie jestem fanką tej durnej opery mydlanej dla nastolatków, Nadmorskiej zatoczki.

Ale potem Darien Freeman zdejmuje koszulkę, a mi opada szczęka. Jego kaloryfer i klatka piersiowa lśnią na ekranie telewizora Catherine, przebijając się przez mój zaspany mózg niczym promyczek nadziei w bezbożnym wszechświecie.

– Cóż… zdecydowanie przypakował do roli księcia Federacji – mruczę pod nosem. – To jedno muszę przyznać.

Gapię się na niego dłużej, niż bym chciała. Dłużej, niż bym kiedykolwiek – kie dykolwiek – przyznała. Darien, wyraźnie ubawiony sytuacją, rozkłada ręce, a po chwili kłania się teatralnie widowni.

Prowadząca zaczyna się wachlować pistoletem na wodę.

– Muszę przyznać, że wynagrodziłeś nam swoją porażkę! Mogę dotknąć?

Z zewnątrz dobiega hałas tak głośny, że aż podskakuję, a razem ze mną ramki ze zdjęciami nad kominkiem. Cholera. Wszędzie poznałabym ten dźwięk. Nadjeżdża Magiczna Dynia.

Szybko odwracam się z powrotem do telewizora, ściskając pilota, jakbym się modliła.

– No szybciej! Ogłoście czarny charakter! – błagam. – Proszę, niech to będzie król Noxów! Proszę! Proszę!

– A jako bohater galaktycznej Federacji – facet z wielkim podbródkiem posyła współprowadzącej pełne współczucia spojrzenie, kiedy Darien zakłada z powrotem koszulkę – będziesz potrzebował swojego nemesis…

– Pomyślcie o monologach! Pomyślcie o OT3! – krzyczę nie wiadomo do kogo. – Świecie, daj mi cokolwiek.

Wielki Podbródek ciągnie, jakby moje argumenty go nie przekonywały.

– Słyszałem, że kwestia czarnego charakteru to pilnie strzeżona tajemnica, ale krążą pewne… plotki. O takiej jednej… pani.

Bez słowa otwieram szeroko usta. Skoro to kobieta, nie będzie królem Noxów. W takim razie będzie to…

Pochylam się, żeby usłyszeć coś mimo warkotu silnika Dyni, przytrzymując podskakującą na stoliku świeczkę. Darien Freeman mówi coś dowcipnego, bawi się mankietami blezera. To się zaraz stanie, to się zaraz stanie…

Mrużę oczy, żeby odczytać słowa z ruchu warg. Tyle dobrego, że to ładne usta. Udaje mi się rozpoznać formowane przez nie sylaby.

Słyszę dźwięk klaksonu Magicznej Dyni z podjazdu, a na działce obok Franco zaczyna szczekać. Sage trąbi znowu, ale będzie musiała poczekać – i tak przyjechała o wiele za wcześnie. Ja tylko zamieram, zdumiona. Nie mogę w to uwierzyć. Wybrali jedynego przeciwnika – jedyną postać – o której wolałabym nigdy więcej nie myśleć. W oryginalnym Starfield książę Carmindor wykrzykuje jej imię do nieba, zaciskając pięści w agonii. Ta scena stała się popularnym memem.

Z drugiej strony, to jedyna negatywna postać, której obecność ma sens w filmowym reboocie. Jedyna, która może wyrwać ci z piersi słabe ludzkie serce i użyć twojego rdzenia kręgowego jak nitki dentystycznej do zębów agonii i zgorzknienia. Jedyna ukochana księcia Carmindora. Księżniczka Amara.

Wielki Podbródek spogląda w kamerę.

– A jeśli chcesz być jednym z niewielu szczęśliwców, którzy spotkają się osobiście z księciem Carmindorem, Midnight Entertainment wspólnymi siłami z ExcelsiConem organizują konkurs dla fanów! Przebierz się za ulubioną postać z serialu Starfield, a może zdobędziesz bilety na jedyny w swoim rodzaju bal maskowy ExcelsiConu, na którym zwycięzców czekać będzie spotkanie z Darienem Freemanem, a także bilety na premierę Starfield w Los Angeles!

Kręcę głową. Jedyną częścią nagrody, jakiej naprawdę chcę, są te bilety do Los Angeles. I może szansa, żeby powiedzieć Darienowi Freemanowi, co myślę o jego głupim, bezbarwnym Carmindorze prosto w jego głupią, bezbarwną twarz.

Darien Freeman posyła prowadzącemu dziwne spojrzenie.

– Że… co?

Wielki Podbródek tylko się na niego gapi z otwartymi ustami. Zapada niezręczna cisza, a potem Darien Freeman znowu spogląda w kamerę. Na mnie. Na jego twarzy pojawia się na krótko emocja, której nie rozpoznaję – coś, co próbuje ukryć – a widzą to miliony Amerykanów.

– No wiesz, Darien. ExcelsiCon.

Darien kiwa głową, rozkojarzony.

– Racja, racja. Przepraszam. Oczywiście.

Prowadząca kładzie dłoń na jego kolanie.

– Darien, bardzo nam było miło gościć cię w programie i nie możemy się doczekać wiosny, kiedy Starfield trafi do kin!

Nagle zza kamery dobiega jakiś dźwięk. Krzyk. Ktoś wspina się na scenę i biegnie w stronę aktora. Dziewczyna w domowej roboty koszulce z napisem WIDZIMY SIĘ W ZATOCZCE i majtkach od bikini.

Jej usta zderzają się z jego ustami z taką siłą, że oboje przewracają się na kanapę. Ochrona szybko reaguje. Na ekranie pojawia się reklama pieluszek Huggies.

Zapadam się jeszcze głębiej w miękki fotel Catherine. Tak teraz będzie wyglądać Starfield? Wszystkie te Zatoczanki i Darienczynki będą tłoczyć się w kolejce do mojego Starfield? Fanki, które cenią sześciopaki i złote zachody słońca zamiast dozgonnych przyrzeczeń-obietnic i celebrowania własnej odmienności?

Dobra. Skoro wszechświat tak sobie ze mną pogrywa, zaraz mu odpłacę pięknym za nadobne. Wstaję z fotela i biegnę po schodach na górę, do swojego pokoju. Otwieram laptopa w tej samej chwili, w której Sage naciska klakson Magicznej Dyni, stojąc na naszym podjeździe.

Ignoruję ją i wchodzę na swojego bloga. Szczerze mówiąc, Chloe i Cal nie myliły się – jeśli chodzi o Internet, naprawdę trzeba jak najszybciej opublikować swoją reakcję. A jeśli w ogóle robię coś sensownego w życiu, to właśnie bloguję. Dlatego napiszę o katastrofie, jaką stanie się Starfield. Udokumentuję ją. Tak Hollywood zamierza odpłacić się Stargunnerom po czterdziestu latach? Dając nam Dariena Freemana?

FANTASTYCZNA WIADOMOŚĆ czy FANSERWIS? Wklepuję w pole tytułu notki. Idealnie.

Palce mi drżą, fruwając nad klawiszami. Słowa po prostu wylewają się ze mnie wartkim strumieniem. Nie wiem, skąd się biorą. Może przemawia przeze mnie kumulowany latami gniew za niedocenianie. Za zmuszanie mnie do oglądania powtórek na starym telewizorze tylko po to, by po latach w wysokiej rozdzielczości patrzeć na twarz jakiegoś głupiego bożyszcza nastolatek, który niszczy ulubioną postać mojego taty.Moją ulubioną postać.

Znowu rozlega się klakson i wiem, że sąsiedzi zastanawiają się, co na naszym podjeździe robi food truck.

– Już idę! – wołam. Kliknięciem wysyłam post do publikacji w nieświecie.

W ciągu najbliższych trzydziestu sekund wkładam koszulkę przez głowę, przerzucam torebkę przez ramię i pędzę do ostentacyjnie pomarańczowego monstrum, które przypadkiem jest też moim miejscem pracy.

– Spóźniłaś się – oznajmia Sage głosem, który pasuje do jej spłowiałych zielonych włosów. Mdłym. Dziwnym. Niezbyt zainteresowanym rozmową ze mną. Kiedyś pewnie miała na głowie ciemną zieleń, ponieważ wygląda mi na osobę, która mogłaby farbować włosy pod kolor imienia – Sage to też szałwia lekarska. – Czekałam tutaj całą wieczność.

– Przepraszam – rzucam szybko. Z lusterka wstecznego zwisa upiorna śmiejąca się dynia i moja współpracowniczka poprawia ją, wycofując się. – Musiałam… coś zrobić. – Nawet za milion lat, nawet w milionie innych wszechświatów, nie przyznałabym się przed Sage, że jestem Stargunnerką. Na pewno tylko by się śmiała. – Czekaj, czy na stadion RiverDogs nie jedzie się w przeciwną stronę? – dodaję, kiedy Sage skręca w jedną ze słynnych jednokierunkowych ulic Charleston.

– Nastąpiła mała zmiana planów.

– Ale… – Nie kończę, zerkając na znak drogowy. – Ty chyba jedziesz jednokierunkową pod prąd.

Sage nic na to nie odpowiada, ściska tylko mocniej kierownicę, a jej ognistoróżowe usta wyciągają się w uśmiechu. Jej twarz poza tym pozostaje beznamiętna, więc ten uśmiech wygląda… nie na miejscu. Jak pluszowy miś w kałuży krwi. Jest niemal demoniczny.

– Jedziemy! – krzyczy Sage tak głośno, że aż podskakuję, a potem szarpie gałką zmiany biegów.

Rzucam się do pasa bezpieczeństwa. Mam prawo jazdy, ale ponieważ właścicielką samochodu jest mama Sage – co czyni ją też naszą szefową – to jej przysługuje prawo do fotela kierowcy. Minusem tej sytuacji jest fakt, że Sage za kółkiem to kompletna szajbuska. W każdej innej sytuacji właściwie też. Szczerze mówiąc, gdybym mogła pracować gdziekolwiek indziej, uciekłabym w popłochu. Ale ponieważ na moim smutnym CV znajduje się tylko zakończony zupełną porażką angaż w country klubie – do którego nie zamierzam wracać, bez względu na to, co mówi Catherine – pewnie powinnam się cieszyć, że w ogóle chcieli mnie w Dyni.

W sumie chyba mogłam trafić gorzej. Mogłam być gwiazdą jak Darien Freeman, atakowaną przez stado wygłodniałych fanek.

– JEST MI STRASZNIE, STRASZNIE PRZYKRO.

Ledwo dotarłem do garderoby, a Gail już wkłada mi do ręki paczkę lodu.

– Co tam się stało? – pytam, przyciskając lód do karku.

Gail kręci głową.

– Myślałam, że ochrona ją złapie…

– Właściwie złapali – mówię. – Zaraz po tym, jak ona złapała mnie. I rzuciła na kanapę. Myślałem, że uduszę się jej językiem. – Mokre włosy, już nie idealnie ułożone, przykleiły mi się do szyi jak wodorosty.

Dziewczyna podbiegła do mnie tak szybko, że nie zdążyłem nawet zauważyć, co – albo kto – we mnie uderzyło, dopóki nie leżeliśmy oboje na twardej jak kamień kanapie, po wylądowaniu na moich i tak już nadwyrężonych plecach. Co jest absurdalne, bo mam dopiero osiemnaście lat i nie powinienem jeszcze narzekać na bolące plecy. Niestety po dwóch latach noszenia koleżanki z planu Nadmorskiej zatoczki – co miało być romantyczne i fanki to uwielbiały – mój fizjoterapeuta kazał mi na jakiś czas odpuścić popisy kaskaderskie. Jestem pewien, że wlicza się w to także napaść ze strony napalonej fanki w środku nagrywania programu.

Gail nerwowo pociera ręce.

– Dopilnuję, żeby to się więcej nie wydarzyło. Przepraszam. To wyłącznie moja wina. Powinnam była załatwić więcej ochroniarzy. Powinnam była coś powiedzieć.

– Hej – przerywam, delikatnie chwytając ją za łokieć. – Jestem pewien, że to nie twoja wina, dobrze o tym wiesz. Oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że mój kaloryfer jest niebezpieczny.

Posyła mi zbolałe spojrzenie, ale uśmiecha się.

– Nie rozśmieszaj mnie! Jestem twoją opiekunką; powinnam była zająć się wszystkim, żeby nic nie zaskoczyło cię podczas nagrania na żywo. Tym razem Mark da mi naprawdę popalić.

Padam na kanapę w garderobie. Mark. Mój manadżer, największa cheerleaderka, mój zbawca i dopiero gdzieś daleko, daleko na końcu listy – w odległej galaktyce – ojciec. Gail już od jakiegoś czasu ma u niego przechlapane. W jego oczach jest nierozgarniętą idiotką i czasami może faktycznie trochę nie ogarnia, ale każdy miewa chwile słabości. A jeśli jego zdaniem ona jest nierozgarniętą idiotką, nawet nie chcę sobie wyobrażać, co myśli o mnie.

Poza tym Gail to jedyna osoba, jaka mi została z czasów p.e.z. – przed erą zatoczki. Wszyscy inni, moi asystenci i ich asystenci, i asystenci Gail, zostali przemaglowani przez Marka, ale Gail została. Jest żywym pomnikiem moich początków. Eksponatem z czasów, kiedy do głowy by mi nie przyszło, że kiedyś jakaś fanka rzuci się na mnie w studiu Hello, America.

Nigdy też nie przyszłoby mi do głowy, że celowo nie odpowiem na pytanie dotyczące Starfield. Przecież doskonale znałem odpowiedź – była banalna. Ale tak zapisano w scenariuszu. Miałem polec na ostatnim pytaniu, wpaść do wody i pochwalić się sześciopakiem. Praca, praca, praca.

Gail pokazuje na mój kark.

– Bardzo boli?

– Nie straciłem czucia, więc to chyba dobry znak.