Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Nauka i nowe technologie Język: polski

Gdziekolwiek jesteś, bądź. Przewodnik uważnego życia ebook

Jon Kabat-Zinn  

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 215 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gdziekolwiek jesteś, bądź. Przewodnik uważnego życia - Jon Kabat-Zinn

Wciąż się gdzieś spieszysz. Czy potrafisz zatrzymać się w życiu choć na chwilę? Czy może to być właśnie ta chwila? Co by się stało, gdybyś to zrobił?

Naturalna prostota oznacza, że jednego dnia odwiedzam mniej miejsc, oglądam mniej, dzięki czemu mogę zobaczyć więcej, działam mniej, dzięki czemu mogę zrobić więcej, zdobywam mniej, dzięki czemu mogę więcej mieć. Wszystko się ze sobą wiąże. W zorganizowanym chaosie życia rodzinnego ze wszystkimi jego wymaganiami i odpowiedzialnością, rozczarowaniami i niezrównanymi darami, pojawia się aż nadto drobnych sposobności do praktykowania prostoty.

Być może najbardziej „duchowa” rzecz, jaką każdy z nas może robić, to po prostu patrzeć własnymi oczami, dostrzegać całość, postępować uczciwie i z dobrocią.

Opinie o ebooku Gdziekolwiek jesteś, bądź. Przewodnik uważnego życia - Jon Kabat-Zinn

Fragment ebooka Gdziekolwiek jesteś, bądź. Przewodnik uważnego życia - Jon Kabat-Zinn

Podziękowania

Serdecznie dziękuję Myli Kabat-Zinn, Sarah Doering, Larry’emu Rosenbergowi, Johnowi Millerowi, Danielle Levi Alvares, Randy’emu Paulsenowi, Martinowi Diskinowi, Dennisowi Humphreyowi i Ferrisowi Urbanowskiemu, którzy przeczytali pierwsze szkice tej pracy, dzieląc się ze mną cennymi spostrzeżeniami i dodając mi otuchy. Wdzięczny jestem także Trudzie i Barry’emu Silversteinom, dzięki którym w okresie najbardziej intensywnej pracy mogłem przebywać na ranczu Rocky Horse, oraz Jasonowi i Wendy Cookom, którzy podczas tych wspaniałych dni dali mi poznać smak Dzikiego Zachodu. Szczególne podziękowania należą się redaktorom tej książki, Bobowi Millerowi i Mary Ann Naples, za ich niezachwiane dążenie do doskonałości i przyjemność pracy z nimi. Dziękuję wreszcie rodzinie Hyperionów – moim agentom literackim, Patricii Van der Leun, Dorothy Schmiderer Baker, która zaprojektowała układ książki, oraz Beth Maynard, autorce opracowania graficznego, za uwagę i troskliwość okazane przy pracy nad tym dziełem.

Wprowadzenie

Czy wiesz o tym? Wszystko sprowadza się do tego, że dokądkolwiek idziesz, jesteś tam, gdzie właśnie kroczysz. Cokolwiek kończysz, jest tym, co właśnie ukończyłeś. O czymkolwiek myślisz w tej chwili, jest tym, co cię zaprząta. Cokolwiek się zdarzyło, już się zdarzyło. Ważne jest to, co zamierzasz z tym zrobić. Innymi słowy: „Co teraz?”.

Czy ci się to podoba, czy nie, naprawdę musisz troszczyć się tylko o tę chwilę. Wszyscy jednak zbyt często postępujemy tak, jakbyśmy wciąż zapominali, że jesteśmy właśnie tutaj i właśnie w tej sytuacji. W każdej chwili znajdujemy się na skrzyżowaniu tu i teraz. Ale gdy miejsce, w którym jesteśmy, niknie w obłoku zapomnienia, natychmiast się gubimy. „Co teraz?” staje się prawdziwym problemem.

Zagubieniem nazywam chwilową utratę kontaktu ze sobą samym i z pełnią swoich możliwości. W zamian pogrążamy się w mechanicznym patrzeniu, mechanicznym myśleniu i mechanicznym działaniu. W takich chwilach zrywamy łączność z tym, co w nas najgłębsze i co stwarza być może najwspanialsze sposobności dla naszej inwencji, uczenia się i rozwoju. Jeśli nie jesteśmy uważni, takie chwile braku jasności mogą przedłużać się i wypełnić nam większość życia.

Aby naprawdę znaleźć się tam, gdzie jesteśmy, gdziekolwiek to jest, musimy zatrzymać się w swoim doświadczeniu na czas wystarczająco długi, by mogła w nas wniknąć obecna chwila; na czas wystarczająco długi, by prawdziwie poczuć obecną chwilę, ujrzeć ją w pełni, uświadomić sobie i w ten sposób lepiej poznać i zrozumieć. Tylko wówczas możemy przyjąć prawdę o tej chwili naszego życia, wyciągnąć z niej naukę i ruszyć dalej. Często jednak pochłania nas przeszłość, to, co już minęło, albo przyszłość, która jeszcze nie nastała. Szukamy jakiegoś innego miejsca, gdzie, jak ufamy, rzeczy potoczą się lepiej, szczęśliwiej, przyjmą obrót bliższy naszym pragnieniom, albo znowu będzie tak jak kiedyś. Przeważnie tylko częściowo uświadamiamy sobie to wewnętrzne napięcie, jeśli w ogóle. Co więcej, również tylko częściowo świadomi jesteśmy tego, co w istocie robimy w swoim życiu i ze swoim życiem, oraz jak nasze działania i, na mniej uchwytnym poziomie, nasze myśli wpływają na to, co widzimy i czego nie widzimy, co robimy i czego nie robimy.

Na przykład, zwykle zupełnie nieświadomie zakładamy, że nasze sądy – pojęcia i opinie, które żywimy w danej chwili – są „prawdą” o tym, co jest „tam” w świecie i „tutaj” w naszych umysłach. A na ogół tak nie jest.

Drogo płacimy za to błędne i nie sprawdzone założenie, za nasze nieomal umyślne lekceważenie bogactwa obecnych chwil. Przypomina to skażenie radioaktywne, które niepostrzeżenie wciąż narasta i coraz silniej wpływa na nasze życie, a my nic o tym nie wiemy albo jesteśmy wobec niego całkowicie bezradni. Możemy nigdy nie być naprawdę tam, gdzie właśnie jesteśmy, nigdy nie osiągnąć pełni swoich możliwości. Zamiast tego zamykamy się w urojeniu, że wiemy, kim jesteśmy, że wiemy, gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy, że wiemy, co się dzieje – nieustannie spowici w myśli, fantazje i impulsy, przeważnie dotyczące przeszłości i przyszłości, tego, czego pragniemy i co lubimy, oraz tego, czego lękamy się i czego nie lubimy. Wszystko to ciągnie się nieprzerwanie, przesłaniając nam drogę i grunt, na którym stoimy.

Książka, którą właśnie masz w rękach, mówi o budzeniu się z takich snów i z koszmarów, w które one często się zmieniają. Jeśli nie wiesz, że pogrążony jesteś w takim śnie, to znajdujesz się w stanie zwanym przez buddystów „ignorancją” lub nieuważnością. Uświadamianie sobie tej niewiedzy zwane jest „uważnością”. Obudzenie się z tego snu jest celem medytacji, systematycznego doskonalenia przytomności, świadomości obecnej chwili. Budzenie się związane jest nierozdzielnie z tym, co moglibyśmy nazwać „mądrością”, głębszym zrozumieniem przyczyny i skutku oraz wzajemnego powiązania rzeczy, dzięki czemu nie jesteśmy już uwięzieni w owładniętej snem rzeczywistości, którą sami stworzyliśmy. Jeśli chcemy znaleźć wyjście z niej, musimy bardziej zważać na tę chwilę, bowiem tylko w niej możemy żyć, rosnąć, czuć i zmieniać się. Musimy stać się bardziej świadomi i zabezpieczyć się przed Scyllą i Charybdą przeszłości i przyszłości i przed światem snu, który one nam oferują w miejsce życia.

Medytacja nie jest czymś dziwacznym i tajemniczym, jak to się często sądzi. Aby medytować, nie musisz stać się jakimś zombi, rośliną, egocentrycznym narcyzem, obserwatorem własnego pępka, „odlotowcem”, czcicielem, entuzjastą, mistykiem albo filozofem Wschodu. Medytacja polega po prostu na tym, by być sobą i wiedzieć co nieco o tym, kim się jest. Ma ci uświadomić, czy ci się to podoba, czy nie, że kroczysz ścieżką; ścieżką, która jest twoim życiem. Medytacja może pomóc nam dostrzec, że ta ścieżka, którą zwiemy naszym życiem, ma kierunek; że zawsze się rozwija, chwila za chwilą; i że to, co dzieje się teraz, w tej chwili, wpływa na to, co zdarzy się potem.

Jeśli to, co dzieje się teraz, wpływa na to, co zdarzy się potem, to czyż nie warto od czasu do czasu rozejrzeć się trochę wokół, żeby mieć nieco pełniejszy kontakt z tym, co się dzieje? Dzięki temu możesz uświadomić sobie swoją wewnętrzną i zewnętrzną postawę, jasno ujrzeć ścieżkę, po której właśnie stąpasz, oraz kierunek, w którym zmierzasz. Czyniąc to, być może uzyskasz możliwość wytyczenia sobie innej ścieżki, bliższej twojej wewnętrznej istocie – ścieżki duszy, ścieżki serca, twojej ścieżki przez duże Ś. W przeciwnym razie impet twojej nieświadomości w tej chwili zabarwia następną chwilę. Dni, miesiące i lata szybko mijają niezauważone, bezcelowe, niedocenione.

Nic łatwiejszego niż trwać w sytuacji przypominającej osuwanie się po zamglonym, śliskim stoku prosto do grobu; lub, w chwili jasności, która czasem przed śmiercią rozprasza opary, przebudzić się i zrozumieć, że wszystkie twoje poglądy o tym, jak należy żyć i co jest ważne, były w najlepszym razie niesprawdzonymi półprawdami opartymi na lęku i niewiedzy, jedynie twoimi własnymi tłumiącymi życie ideami; nie była to prawda, a twoje życie nie musiało być takim, jakim było.

Nikt nie może za nas wykonać tej pracy budzenia się, choć nasza rodzina i przyjaciele czasami rozpaczliwie próbują dotrzeć do nas, pomóc nam widzieć jaśniej albo wyrwać nas z zaślepienia. Ale ostatecznie jedynie ty sam możesz przebudzić siebie. Jeśli tego dokonałeś, gdziekolwiek idziesz, tam jesteś. To twoje własne życie odsłania się przed tobą.

U końca długiego życia poświęconego nauczaniu uważności Budda podsumował swą naukę dla uczniów – z których część zapewne liczyła, że ułatwi im znalezienie własnych ścieżek – tymi słowami: „Bądźcie światłem dla siebie”.

W mojej poprzedniej książce, Full Catastrophe Living1 próbowałem przeciętnemu Amerykaninowi udostępnić ścieżkę uważności, tak aby nie uważał jej za coś ezoterycznego, buddyjskiego lub mistycznego, lecz raczej za coś rozsądnego. Uważność wiąże się przede wszystkim z przytomnością i świadomością, które są powszechnymi ludzkimi przymiotami. Ale większość ludzi uważa te zdolności za rzecz naturalną i nie myśli o ich systematycznym rozwijaniu, prowadzącym do samopoznania i mądrości. Medytacja jest procesem, poprzez który pogłębiamy uważność i świadomość, doskonalimy je i czynimy z nich większy praktyczny użytek w życiu.

Full Catastrophe Living można uważać za przewodnik przeznaczony dla ludzi zmagających się z fizycznym lub emocjonalnym bólem albo wytrąconych z równowagi na skutek zbyt silnego stresu. Chciałem nakłonić czytelnika, aby skierował swoją uwagę na rzeczy, które wszyscy tak często ignorujemy, i w ten sposób, poprzez własne bezpośrednie doświadczenie, uświadomił sobie, że mogą istnieć bardzo uzasadnione powody, by wpleść uważność w materię własnego życia.

Nie sugeruję bynajmniej, że uważność jest jakiegoś rodzaju panaceum czy łatwym sposobem na rozwiązanie wszystkich problemów życiowych. Daleki jestem od tego. Nie znam żadnych cudownych recept i, szczerze mówiąc, nie szukam ich. Pełnia życia malowana jest zamaszystymi uderzeniami pędzla. Do zrozumienia i mądrości można dojść wieloma ścieżkami. Każdy z nas staje wobec innych potrzeb i dla każdego co innego jest warte zachodu w życiu. Każdy musi wytyczyć własny szlak, który będzie odpowiadał temu, do czego jest gotowy.

Z pewnością do medytacji musisz być przygotowany. Musisz podjąć ją we właściwej chwili swojego życia, w chwili, gdy jesteś gotowy słuchać uważnie własnego głosu, własnego serca, własnego oddechu – być po prostu obecnym dla nich i z nimi, bez konieczności udawania się gdziekolwiek lub robienia czegoś lepszego czy innego. To ciężka praca.

Full Catastrophe Living napisałem z myślą o ludziach, którzy byli pacjentami naszej kliniki łagodzenia stresu w centrum medycznym uniwersytetu Massachusetts. Zachęciły mnie do tego godne uwagi zmiany, jakie zaszły w umysłach i ciałach ludzi, gdy zaprzestali prób rozwiązania bolesnych problemów, które przywiodły ich do kliniki, i podjęli ośmiotygodniowe intensywne ćwiczenia w otwieraniu się i słuchaniu, właściwe praktyce uważności.

Jako mapa podróży, Full Catastrophe Living musiała być dostatecznie szczegółowa, by komuś w ciężkim położeniu umożliwić ostrożne nakreślenie własnego szlaku. Musiała odpowiadać na pilne potrzeby zarówno ludzi z poważnymi problemami medycznymi i chronicznym bólem, jak i tych, którzy cierpią w różnego rodzaju stresujących sytuacjach. Musiała więc zawierać znaczną ilość informacji dotyczących stresu i choroby, zdrowia i leczenia, oraz obszerne instrukcje do medytacji.

Ta książka jest inna. Pragnę, by wszystkim ludziom, nie tylko tym, których życie jest zdominowane przez stres, ból i chorobę, zapewniała szybki i łatwy dostęp do istoty medytacji uważności i jej zastosowań. Dedykuję ją szczególnie tym, którzy opierają się sztywnym programom, którzy nie lubią, jak im się mówi, co mają robić, ale są wystarczająco zainteresowani uważnością i jej znaczeniem, by za pomocą kilku znalezionych tu i tam porad i sugestii próbować odnaleźć jakiś sens.

Jednocześnie dedykuję ją tym, którzy już praktykują medytację i dążą do tego, by wgląd i poszerzona świadomość wzmacniały i pogłębiały swój wpływ na ich życie. W krótkich rozdziałach tej książki skupiłem się na istocie uważności, zarówno w naszych formalnych próbach praktyki, jak i w wysiłkach wprowadzenia jej we wszystkie aspekty naszego codziennego życia. Każdy rozdział to rzut oka na jedną ściankę wielobocznego diamentu uważności. Drobne obroty tego kryształu spajają kolejne rozdziały w całość. Niektóre mogą brzmieć podobnie, ale każda ścianka jest również inna, niepowtarzalna.

To badanie diamentu uważności dedykuję wszystkim, którzy wytyczają ścieżkę prowadzącą do większej równowagi psychicznej i mądrości. Wymaga to gotowości do głębokiej obserwacji bieżących chwil, bez względu na to, co ze sobą niosą, ze wspaniałomyślnością, życzliwością dla siebie i otwartością wobec wszelkich możliwości.

W części pierwszej badam racjonalne podstawy i tło podjęcia lub pogłębiania praktyki uważności. Zachęcam czytelnika, by na wiele różnych sposobów próbował wprowadzić uważność w swoje życie. W części drugiej badam niektóre podstawowe aspekty formalnej praktyki medytacji. Formalna praktyka to szczególne okresy czasu, w których celowo odkładamy inne zajęcia i stosujemy określone metody rozwijania uważności i koncentracji. W części trzeciej badam zakres zastosowań i perspektywy rozwoju uważności. Niektóre rozdziały wszystkich trzech części kończą się konkretnymi propozycjami włączenia w codzienne życie elementów zarówno formalnej, jak i nieformalnej praktyki uważności. Znajdują się one pod nagłówkiem „SPRÓBUJ”.

CZĘŚĆ I

KWIAT TEJ CHWILI

Tylko ten dzień świta, którego jesteśmy świadomi.

HENRY DAVID THOREAU: Walden

Czym jest uważność?

Uważność (mindfulness) jest starożytną praktyką buddyjską, posiadającą głębokie znaczenie dla współczesnego świata. To znaczenie nie ma nic wspólnego z buddyzmem per se ani z byciem buddystą, lecz wypływa z przebudzenia i życia w harmonii ze sobą i światem; z dociekania, kim jesteśmy, ze zgłębiania naszego poglądu na świat i naszego miejsca w nim, z kształcenia w sobie uznania dla pełni każdej chwili życia. A nade wszystko z utrzymywania kontaktu.

Z buddyjskiego punktu widzenia zwykły stan naszej świadomości jest poważnie ograniczony i ograniczający, przypominając pod wieloma względami bardziej przedłużenie snu niż czuwanie. Medytacja pomaga nam przebudzić się z tego snu mechaniczności i nieświadomości, dzięki czemu możemy korzystać z pełnego zakresu swoich świadomych i nieświadomych możliwości. Mędrcy, jogini i mistrzowie zen przez tysiące lat systematycznie penetrowali to terytorium; nauka, jaką wyciągnęli z tych badań, może stworzyć na Zachodzie dobroczynną przeciwwagę dla właściwych naszej kulturze dążeń do kontrolowania i ujarzmiania natury zamiast uznania, że jesteśmy jej nieodłączną częścią. Ich wspólne doświadczenie wskazuje, że poprzez uważną i systematyczną samoobserwację, służącą wewnętrznemu badaniu własnej natury, a w szczególności natury własnego umysłu, możemy w swoje życie wprowadzić więcej zadowolenia, harmonii i mądrości. Równocześnie proponuje spojrzenie na świat, które dopełnia zasadniczo redukcjonistyczne i materialistyczne podejście dominujące obecnie w zachodnim sposobie myślenia. To spojrzenie nie jest ani wyłącznie „wschodnie”, ani mistyczne. W1846 roku w Nowej Anglii Thoreau dostrzegł ten sam problem, związany z naszym zwykłym stanem umysłu, i z wielką pasją pisał o jego niepomyślnych następstwach.2

Uważność bywa nazywana sercem buddyjskiej medytacji. Jest to zasadniczo prosta koncepcja, której moc ujawnia się w praktycznym zastosowaniu. Oznacza szczególny rodzaj uwagi: świadomej, skierowanej na obecną chwilę i nieosądzającej. Taka uwaga wykształca wielką świadomość, jasność i akceptację bieżącej sytuacji. Budzi nas do faktu, że życie rozwija się tylko w pojedynczych chwilach. Jeśli przez wiele chwil nie jesteśmy w pełni przytomni, możemy nie tylko przeoczyć to, co najcenniejsze w życiu, ale również możemy nie uświadomić sobie własnych możliwości rozwoju i przemiany.

Zmniejszona świadomość obecnej chwili stwarza nieuchronnie dalsze problemy, również z powodu naszych nieświadomych i automatycznych działań i zachowań, często kierowanych przez głęboko zakorzenione lęki i niepewność. Jeśli nie rozwiązujemy tych problemów, one z czasem rozrastają się i w końcu rodzą uczucie ugrzęźnięcia i braku kontaktu. Skutkiem tego możemy stracić wiarę w możliwość ukierunkowania swoich energii w sposób prowadzący do większego zadowolenia i szczęścia, być może nawet do większego zdrowia.

Uważność pozwala nam w prosty, lecz pewny sposób ruszyć z martwego punktu, ponownie skontaktować się z własną mądrością i witalnością. Daje nam możliwość decydowania o kierunku i jakości naszego życia, włączając w to związki z rodziną, pracą, otoczeniem, całą Ziemią i, co najważniejsze, związek ze sobą samym jako osobą.

Kluczem do tej ścieżki, leżącej u korzeni buddyzmu, taoizmu i jogi, którą znajdujemy również w pracach takich ludzi jak Emerson, Thoreau i Whitman oraz w mądrości rdzennych mieszkańców Ameryki, jest docenienie obecnej chwili i pielęgnowanie bliskiego z nią związku poprzez nieustanne obserwowanie jej z troską i wnikliwością. Jest to dokładne przeciwieństwo postawy traktującej życie jako coś oczywistego.

Prostą konsekwencją nawyku ignorowania chwil obecnych na rzecz tych, które mają dopiero nadejść, jest dotkliwy brak świadomości wątku życia, w który jesteśmy wpleceni. Oznacza to również brak świadomości i zrozumienia własnego umysłu oraz jego wpływu na nasze postrzeganie i postępowanie. Drastycznie ogranicza to nasze zrozumienie własnego człowieczeństwa, naszych związków z innymi i otaczającym nas światem. Tradycyjnie obszarem takich fundamentalnych dociekań duchowych była religia. Uważność jednak niewiele ma wspólnego z religią, jeśli pominąć najbardziej podstawowe znaczenie tego słowa, które wskazuje na usiłowanie przeniknięcia głębokiej tajemnicy życia i uznania swego ścisłego związku ze wszystkim, co istnieje.

Kiedy podtrzymujemy uważność w sposób otwarty, nie ulegając swoim chęciom i niechęciom, opiniom i uprzedzeniom, wyobrażeniom i oczekiwaniom, otwierają się nowe szanse i mamy okazję uwolnienia się z kajdan nieświadomości.

Dla mnie uważność jest po prostu sztuką świadomego życia. Żeby ją uprawiać, nie musisz być buddystą czy joginem. W istocie, jeśli wiesz cokolwiek o buddyzmie, to rozumiesz, że najważniejszą sprawą jest być sobą i nie próbować stać się czymś innym, niż jesteś. Buddyzm polega w gruncie rzeczy na utrzymywaniu kontaktu ze swoją najgłębszą naturą i pozwalaniu, by ona swobodnie z nas wypływała; na przebudzeniu się i widzeniu rzeczy takimi, jakimi są. Słowo „budda” oznacza po prostu kogoś, kto przebudził się do swojej własnej natury.

Dlatego uważność nie będzie sprzeczna z żadną wiarą czy tradycją – religijną bądź naukową – ani nie będzie próbowała niczego ci sprzedać, szczególnie nowego systemu wiary albo ideologii. Jest jedynie praktycznym sposobem utrzymywania ściślejszego kontaktu z pełnią naszego istnienia przez systematyczny proces samoobserwacji, badania siebie i świadomego działania. Nie ma w niej niczego zimnego, analitycznego ani nieczułego. Praktykę uważności znamionuje ton łagodny, rozumiejący i ożywczy. Można by ją również określić jako „serdeczność”.

* * *

Pewien uczeń powiedział: „Kiedy byłem buddystą, doprowadzałem swoich rodziców i przyjaciół do szału, ale odkąd jestem buddą, nikogo nie denerwuję”.

Prosta, lecz niełatwa

Choć praktyka uważności może być prosta, niekoniecznie musi być łatwa. Uważność wymaga wysiłku i dyscypliny, z tego prostego powodu, że siły przeciwstawiające się uważności, mianowicie nasza nawykowa nieświadomość i mechaniczność, działają z wielką uporczywością. Są tak mocne i tak dalece wymykają się naszej kontroli, że podtrzymanie prób świadomego chwytania chwil i zachowanie uważności wymaga wewnętrznego zaangażowania i pewnego rodzaju pracy. Ale jest to praca przynosząca głębokie zadowolenie, ponieważ styka nas z wieloma aspektami życia, które nawykowo przeoczamy i tracimy.

Jest to również praca oświecająca i wyzwalająca. Oświecająca, ponieważ dosłownie pozwala nam jaśniej widzieć i dzięki temu głębiej zrozumieć te obszary naszego życia, z którymi nie mamy kontaktu lub których nie chcemy dostrzec. Może to oznaczać zetknięcie z głębokimi emocjami – takimi jak żal, smutek, poczucie krzywdy, gniew i lęk – których zwykle nie dopuszczamy do świadomości lub którym nie pozwalamy się wyrazić. Uważność może również pomóc nam uznać wartość takich uczuć, jak radość, spokój i szczęście, które często mijają niespostrzeżone i niedocenione. Jest to praca wyzwalająca, ponieważ dzięki niej zaczynamy w nowy sposób istnieć w swoim ciele i w świecie, co może wyzwolić nas z kolein, w które tak często wpadamy. Stwarza również nowe możliwości, gdyż ten sposób utrzymywania uwagi otwiera drogę do ukrytych w nas głęboko zasobów inwencji, inteligencji, wyobraźni, bystrości, zdecydowania i mądrości.

Szczególnie łatwo umyka naszej świadomości fakt, że myślimy w istocie bez przerwy. Nieustanny strumień myśli płynący przez nasz umysł pozostawia bardzo mało miejsca dla wewnętrznej ciszy. Prawie nigdy nie pozwalamy sobie po prostu być, bez kręcenia się w kołowrocie nieustannej aktywności. Zbyt często nasze działania nie są świadome, lecz wymuszane przez całkowicie zwyczajne myśli i impulsy płynące przez umysł jak rwąca rzeka, jeśli nie jak wodospad. Ten strumień porywa nas i w końcu zatapia, niosąc w miejsca, do których może nie chcemy trafić lub nawet nie wiemy, że do nich zmierzamy.

Medytacja uczy nas, jak wydostać się z tego strumienia, usiąść na jego brzegu, słuchać go i uczyć się od niego, a potem użyć jego energii, by prowadził nas zamiast zadręczać. Ten proces nie przebiega sam z siebie, w magiczny sposób. Wymaga energii. Taki wysiłek doskonalenia swojej zdolności do bycia w obecnej chwili zwiemy „praktyką” lub „praktyką medytacji”.

* * *

Pytanie: Jak mogę rozplatać powikłanie znajdujące się całkowicie poniżej poziomu mojej świadomości?

Nisargadatta: Poprzez bycie ze sobą… Poprzez obserwowanie siebie w codziennym życiu z czujnym zainteresowaniem, z intencją zrozumienia, a nie osądzania, z pełną akceptacją wszystkiego, co może się pojawić, zachęcasz to, co spoczywa głęboko, by wydostało się na powierzchnię i uwalniając uwięzione energie, wzbogaciło twoje życie i świadomość. To wielka praca świadomości, która przez zrozumienie natury życia i umysłu usuwa przeszkody i uwalnia energie. Inteligencja jest bramą wolności, a czujna uwaga jest matką inteligencji.

NISARGADATTA MAHARAJ: I Am That

Zatrzymanie

Rozpowszechnione jest przekonanie, że medytacja jest jakimś szczególnym rodzajem aktywności, ale nie jest to zupełnie słuszne. Medytacja jest czymś całkowicie naturalnym. Czasami mówimy żartem: „Po prostu siedź i nic nie rób”. Ale medytacja nie polega również na samym siedzeniu. Trzeba zatrzymać się i być obecnym, to wszystko. Przez większość czasu biegamy w koło i coś robimy. Czy potrafisz zatrzymać się w swoim życiu, choćby tylko na chwilę? Czy może to być właśnie ta chwila? Co by się stało, gdybyś to zrobił?

Dobrym sposobem na zatrzymanie tej całej aktywności jest przejście na chwilę w „stan bycia”. Myśl, że jesteś wiecznym obserwatorem, że jesteś ponadczasowy. Jedynie obserwuj tę chwilę, w żaden sposób nie próbując jej zmienić. Co się dzieje? Co czujesz? Co widzisz? Co słyszysz? Zabawne jest to, że gdy tylko się zatrzymasz, natychmiast odnajdujesz siebie, tutaj. Rzeczy stają się prostsze. W pewnym sensie jest tak, jakbyś zmarł, a świat toczy się dalej. Gdybyś naprawdę umarł, natychmiast zniknęłyby wszystkie twoje zobowiązania i przestałbyś być za cokolwiek odpowiedzialny. Wszystko jakoś by dobiegło końca bez ciebie. Nikt inny nie może przejąć twojego niepowtarzalnego harmonogramu zajęć. On zmarłby lub zniknął wraz z tobą, tak jak to było z każdym innym zmarłym człowiekiem. Nie traktuj więc go z taką śmiertelną powagą.

Skoro tak, to może nie musisz akurat teraz wykonać jeszcze jednej rozmowy telefonicznej, nawet jeśli sądzisz, że musisz. Może nie musisz akurat teraz czegoś przeczytać albo załatwić jeszcze jednej sprawy. Jeśli, wciąż żyjąc, pozwolisz sobie rozmyślnie na kilka chwil „umrzeć” dla naporu czasu, to znajdziesz czas dla obecnej chwili. Tak „umierając”, naprawdę stajesz się bardziej żywy teraz. Możesz to osiągnąć, zatrzymując się. Nie ma to nic wspólnego z biernością. A kiedy postanowisz znowu ruszyć, będzie to już inny rodzaj ruchu, ponieważ się zatrzymałeś. Dzięki zatrzymaniu ruch staje się żywszy, bogatszy, konkretniejszy. Pomaga ono utrzymać we właściwej perspektywie wszystkie rzeczy, o które się martwimy i z którymi czujemy się nieswojo. Ono nas prowadzi.

SPRÓBUJ:

Od czasu do czasu w ciągu dnia zatrzymaj się, usiądź i zwróć uwagę na swój oddech. Może to trwać pięć minut lub pięć sekund. Pozwól sobie w pełni zaakceptować obecną chwilę, łącznie ze swoim samopoczuciem i tym, co się wokół ciebie dzieje. W tym czasie nie próbuj niczego zmienić, jedynie oddychaj i pozwól wszystkiemu płynąć. Porzuć myśl, że w tej chwili coś powinno być inaczej; zgódź się w umyśle i sercu, by ta chwila była właśnie taką, jaką jest, i pozwól sobie być właśnie takim, jakim jesteś. Potem, gdy będziesz gotowy, idź tam, gdzie ci serce wskazuje, z uwagą i zdecydowaniem.

To jest Tym

Rysunek w piśmie New Yorker: Dwóch mnichów zen w szatach i z ogolonymi głowami, jeden młody, drugi stary, siedzi obok siebie ze skrzyżowanymi nogami na podłodze. Młodszy patrzy z pewnym zakłopotaniem na starszego, który zwraca się w jego stronę i mówi: „Nic się nie dzieje potem. To jest Tym”.

To prawda. Normalnie, gdy podejmujemy jakieś działania, jest rzeczą zupełnie naturalną, że oczekujemy odpowiedniego wyniku swoich wysiłków. Chcemy ujrzeć rezultaty, choćby miało to być tylko przyjemne uczucie. Jedynym znanym mi wyjątkiem od tej reguły jest medytacja. Medytacja jest jedyną intencjonalną, systematyczną ludzką aktywnością, która w gruncie rzeczy dąży do tego, byśmy nie próbowali udoskonalić siebie ani nie starali się dotrzeć gdzie indziej, lecz po prostu uświadomili sobie, gdzie jesteśmy teraz. Może właśnie na tym polega jej wartość. Być może każdy powinien robić w swoim życiu choć jedną rzecz tylko dla niej samej.

Ale nazywanie medytacji „czynnością” nie jest właściwe. Lepszym określeniem jest „bycie”. Gdy rozumiemy, że „To jest Tym”, możemy puścić przeszłość i przyszłość i przebudzić się do tego, czym jesteśmy teraz, w tej chwili.

Ludzie na ogół nie chwytają tego od razu. Chcą medytować, żeby się zrelaksować, doświadczyć jakiegoś szczególnego stanu, stać się kimś lepszym, zmniejszyć stres albo ból, przełamać stare nawyki i wzorce, osiągnąć wolność albo oświecenie. Są to wszystko słuszne powody, by podjąć praktykę medytacji, ale staną się źródłem problemów, jeśli będziesz oczekiwał takich rezultatów tylko dlatego, że teraz medytujesz. Ogarnie cię pragnienie „szczególnego doświadczenia” albo będziesz wciąż oczekiwał oznak postępu i jeśli wkrótce nie poczujesz czegoś niezwykłego, możesz zacząć wątpić w ścieżkę, którą wybrałeś, albo zastanawiać się, czy „robisz to dobrze”.

Gdy czegoś się uczysz, takie nastawienie jest zazwyczaj zupełnie słuszne. Oczywiście, żeby coś kontynuować, musisz dostrzegać jakiś postęp. Ale z medytacją jest inaczej. Z punktu widzenia medytacji każdy stan jest szczególny, każda chwila jest szczególna.

Kiedy porzucamy pragnienie, aby w tej chwili działo się coś innego, w znaczący sposób zbliżamy się do spotkania z tym, co jest tu i teraz. Oczekując, że coś osiągniemy albo rozwiniemy się w jakiś sposób, jedynie cofamy się z miejsca, w którym stoimy. Jeśli nie wiemy naprawdę, gdzie stoimy – a jest to wiedza płynąca bezpośrednio z doskonalenia uważności – to możemy jedynie kręcić się w kółko, mimo wszystkich naszych wysiłków i oczekiwań. Jeśli zatem – w praktyce medytacji – chcemy gdzieś dotrzeć, najlepiej jest zaprzestać wszelkich prób dotarcia gdziekolwiek.

* * *

Kiedy twojego umysłu nie przesłaniają rzeczy zbędne,

Jest to najlepszy czas w twoim życiu.

WU-MEN

SPRÓBUJ:

Od czasu do czasu przypominaj sobie: „To jest Tym”. Zastanów się, czy istnieje w ogóle coś, do czego nie można by zastosować tej maksymy. Pamiętaj, że akceptacja obecnej chwili nie ma nic wspólnego z rezygnacją w obliczu zdarzeń. Oznacza jedynie zdecydowane uznanie, że dzieje się to, co się dzieje. Akceptacja nie mówi ci, co masz robić. Co będzie potem, jaką podejmiesz decyzję – to musi wypłynąć z twojego zrozumienia chwili. Możesz próbować działać z głębokiego przekonania, że „To jest Tym”. Czy to wpływa na twoje działania lub reakcje? Czy jesteś w stanie uznać fakt, że w bardzo realnym sensie to może być naprawdę twój najlepszy czas, najlepsza chwila twojego życia? Gdyby tak było, co by to oznaczało dla ciebie?

Chwytanie chwil

Zachowywanie przytomności jest najskuteczniejszym sposobem chwytania chwil. W ten sposób doskonalimy uważność. Uważność oznacza, że jesteśmy obudzeni. Oznacza, że wiemy, co robimy. Ale kiedy zaczynamy skupiać się, na przykład na tym, czego pragnie nasz umysł, zwykle szybko znowu stajemy się nieświadomi, wpadamy w mechaniczną nieuważność. Częstą przyczyną tych zaników świadomości jest wir niezadowolenia z tego, co widzimy lub czujemy w tej chwili, z czego rodzi się pragnienie, żeby pojawiło się coś innego, żeby nastąpiła jakaś zmiana.

Sam możesz łatwo zauważyć skłonność umysłu do uciekania od obecnej chwili. Próbuj po prostu utrzymać uwagę skupioną na jakimś obiekcie, choćby przez krótki czas. Przekonasz się, że doskonaląc uważność, musisz wciąż pamiętać, aby być obudzonym i świadomym. Musisz przypominać sobie, żeby patrzeć, czuć, być. To takie proste… Być czujnym z chwili na chwilę, utrzymywać świadomość w strumieniu nieskończonych chwil, być tutaj, teraz.

SPRÓBUJ:

Zapytaj siebie w tej chwili: „Czy jestem obudzony? Gdzie jest mój umysł teraz?”.

Świadomość oddechu

Dobrze jest mieć ognisko uwagi, linę kotwiczną, która wiąże nas z obecną chwilą i nie pozwala umysłowi odejść zbyt daleko. Bardzo dobrze służy temu celowi oddech. Może być prawdziwym sprzymierzeńcem. Kierując uwagę na oddech, przypominamy sobie, że jesteśmy tu i teraz, dzięki czemu możemy być również w pełni świadomi wszystkiego, co się dzieje.

Oddech może pomóc nam w chwytaniu chwil. Zadziwiające jest, że większość ludzi tego nie wie. Przecież oddech jest zawsze z nami, tuż pod naszym nosem. Zdawałoby się, że moglibyśmy choćby przez zwykły przypadek odkryć kiedyś jego użyteczność. Istnieje nawet powiedzenie: „Nie miałem czasu odetchnąć” (albo „złapać oddechu”), które ma dać nam do zrozumienia, że chwile mogą być w interesujący sposób powiązane z oddechem.

Aby kształcić uważność przy pomocy oddechu, wystarczy dostroić się do odczucia, jakie wraz z nim powstaje… Do odczucia oddechu wchodzącego w ciało i oddechu wychodzącego z ciała. To wszystko. Po prostu odczuwaj oddech. Oddychaj i wiedz, że oddychasz. Nie znaczy to, że masz oddychać głęboko albo na siłę, próbować odczuwać coś szczególnego albo zastanawiać się, czy robisz to dobrze. Nie znaczy to również, że masz myśleć o swoim oddechu. Chodzi jedynie o jasną świadomość wchodzącego i wychodzącego oddechu.

To nie musi trwać długo. Powrót do obecnej chwili za pomocą oddechu nie wymaga czasu, a jedynie zmiany w ukierunkowaniu uwagi. Jeśli jednak dasz sobie trochę czasu, by zebrać chwile świadomości razem, oddech za oddechem, chwila za chwilą – czekają cię wielkie przygody.

SPRÓBUJ:

Pozostań z jednym pełnym wdechem i jednym pełnym wydechem, utrzymując umysł otwarty i wolny dla właśnie tej chwili, właśnie tego oddechu. Porzuć wszelką myśl, że masz coś osiągnąć albo że coś ma się zdarzyć. Jedynie wracaj do oddechu, gdy umysł wędruje, łącząc chwile uważności razem, oddech za oddechem. Próbuj robić to od czasu do czasu podczas lektury tej książki.

Kabir mówi: Uczniu, powiedz mi, czym jest Bóg?

On jest oddechem w oddechu.

KABIR

Praktykuj, praktykuj, praktykuj

Wytrwałość jest pomocna w tej praktyce. Gdy zaczniesz zaprzyjaźniać się ze swoim oddechem, natychmiast spostrzeżesz, że nieświadomość jest wszędzie. Oddech uczy cię, że nieświadomość nie tylko towarzyszy twojemu światu, ona jest twoim światem. Przekonujesz się o tym, gdy raz za razem spostrzegasz, że nawet przy najlepszych chęciach nie jest tak łatwo być stale świadomym oddechu. Wiele rzeczy nas niepokoi, odwodzi uwagę, nie pozwala się skoncentrować. Spostrzegamy, że z biegiem lat umysł wypełnił się, niczym strych, starymi walizkami i masą rupieci. Samo zrozumienie tego jest wielkim krokiem we właściwym kierunku.

Praktyka to nie próba

Słowo „praktyka” oznacza tutaj doskonalenie uważności, ale nie chodzi o jego zwykłe znaczenie podejmowania kolejnych prób dla nabrania większej wprawy, aby dobrze wypaść podczas przedstawienia albo zawodów.

Praktyka uważności oznacza, że w każdej chwili jesteśmy całkowicie obecni. Nie będzie żadnego „przedstawienia”. Jest tylko ta chwila. Nie próbujemy niczego polepszyć ani gdzieś dotrzeć. Nie dążymy nawet do szczególnych wglądów i wizji. Nie zmuszamy się również do porzucenia osądów, do osiągnięcia spokoju albo relaksu. W żadnym razie nie pobudzamy samoświadomości ani nie skupiamy się na własnych troskach. Zamiast tego jedynie zachęcamy siebie do w pełni świadomego spotkania z obecną chwilą, by najlepiej, jak potrafimy, zrealizować stan ciszy, uważności i spokoju, właśnie tutaj i właśnie teraz.

Oczywiście gdy podtrzymujesz praktykę i właściwy rodzaj stałego lecz łagodnego wysiłku, cisza, uważność i spokój rozwijają się i pogłębiają same. Dzieje się to za sprawą twojego postanowienia, by trwać w spokoju i obserwować bez reagowania i osądzania. Urzeczywistnienia i wglądy, głębokie doświadczenia spokoju i radości pojawią się na pewno. Ale niesłuszne byłoby twierdzenie, że praktykujemy po to, by osiągnąć te doświadczenia albo że im jest ich więcej, tym lepiej.

Istotą uważności jest praktykowanie dla samej praktyki i przyjmowanie każdej chwili tak, jak przychodzi – przyjemna czy nieprzyjemna, dobra, zła lub odpychająca – a potem pracowanie z nią, ponieważ to właśnie ona jest obecna teraz. Przy takiej postawie samo życie staje się praktyką. Wtedy zamiast mówić, że wykonujesz praktykę, lepiej byłoby powiedzieć, że praktyka stwarza ciebie albo że samo życie staje się twoim nauczycielem medytacji i przewodnikiem.

Praktykując, nie musisz schodzić z własnej drogi

Dwa lata, jakie Henry David Thoreau spędził w Walden Pond, były przede wszystkim osobistym eksperymentem z uważnością. Thoreau postanowił żyć w ten sposób, aby rozkoszować się cudownością i prostotą bieżących chwil. Ale dla praktyki uważności nie musisz schodzić z własnej drogi ani szukać jakiegoś szczególnego miejsca. Wystarczy znaleźć trochę czasu na spokój i to, co zwiemy niedziałaniem, a potem zestroić się ze swoim oddechem.

Całe Walden Pond jest w twoim oddechu. Cud zmieniających się pór roku jest w oddechu; twoi rodzice i dzieci są w oddechu; twoje ciało i umysł są w oddechu. Oddech jest strumieniem łączącym ciało i umysł, łączącym nas z rodzicami i dziećmi, łączącym nasze ciało z ciałem zewnętrznego świata. Jest to strumień życia. W tym strumieniu pływają same złote rybki. Aby zobaczyć je wyraźnie, nie potrzebujemy niczego prócz soczewek świadomości.

* * *

Czas jest tylko strumieniem, w którym łowię. Piję z niego; ale gdy piję, widzę piaszczyste dno i dostrzegam, jaki jest płytki. Jego słaby strumień przemija, ale wieczność pozostaje. Piłbym głębiej; ryba na niebie, której dno usiane jest kamykami gwiazd.

THOREAU: Walden

Wieczność doprawdy ma w sobie coś prawdziwego i wzniosłego.

Ale wszystkie te chwile, miejsca i zdarzenia są teraz i tutaj. Sam Bóg jest najpotężniejszy w obecnej chwili i nigdy, przez wszystkie wieki, nie będzie bardziej boski.

THOREAU: Walden

Budzenie się

Gdy podejmujesz praktykę medytacji poświęcając jej trochę czasu każdego dnia, nie oznacza to, że nie będziesz już w stanie myśleć albo poruszać się po okolicy czy załatwiać różnych spraw. Oznacza to, że będziesz lepiej wiedział, co robisz, ponieważ zatrzymałeś się na chwilę i patrzyłeś, słuchałeś, rozumiałeś.

Thoreau ujrzał to nadzwyczaj jasno w Walden Pond. Jego końcowe przesłanie brzmi: „Tylko ten dzień świta, którego jesteśmy świadomi”. Jeśli mamy uchwycić rzeczywistość naszego życia, gdy jej doświadczamy, musimy przebudzić się do naszych chwil. Inaczej bowiem całe dnie, a nawet cale życie może minąć niezauważone.

Jeden z praktycznych sposobów budzenia się polega na patrzeniu na innych ludzi i pytaniu siebie, czy naprawdę widzisz ich, czy tylko swoje myśli o nich. Czasami nasze myśli działają jak okulary, przez które widzi się tylko sen. Kiedy je zakładamy, widzimy dzieci ze snu, męża ze snu, żonę ze snu, pracę ze snu, kolegów ze snu, rodziców ze snu, przyjaciół ze snu. W teraźniejszym śnie możemy żyć dla przyszłego snu. Nie wiedząc o tym, zabarwiamy wszystko, nakładając na każdą rzecz własne pomieszanie. Choć rzeczy we śnie mogą się zmieniać i sprawiać wrażenie wyrazistych i realnych, jednak jest to nadal sen, w którego sidła wpadliśmy. Ale jeśli zdejmiemy te okulary, być może – tylko być może – zobaczymy nieco prawdziwiej to, co jest tutaj i teraz.

Thoreau czuł, że aby tego dokonać, musi na dłuższy czas odejść w jakieś samotne ustronie (pozostawał w Walden Pond przez dwa lata i dwa miesiące). „Odszedłem do lasu, bo chciałem żyć rozważnie, stykać się jedynie z podstawowymi przejawami życia i spróbować poznać to, czego ono ma mnie nauczyć, by w swojej ostatniej chwili nie odkryć, że nie żyłem”.

Był najgłębiej przeświadczony, że: „Dotrzeć do sedna dnia dzisiejszego, oto najwyższa ze sztuk… Nigdy nie spotkałem człowieka całkowicie obudzonego. Jak mógłbym spojrzeć mu w twarz?”.

SPRÓBUJ:

Pytaj siebie od czasu do czasu: „Czy jestem teraz przebudzony?”.

* * *

Głębio mej duszy, słuchaj mnie, największy duch,

Nauczyciel jest blisko,

przebudź się, przebudź się!

Biegnij do jego stóp –

właśnie teraz stoi tuż przy twojej głowie.

Spałeś przez miliony, miliony lat.

Dlaczego nie obudzić się tego ranka?

KABIR

Nie komplikuj

Jeśli postanowisz zacząć medytować, nie ma potrzeby mówić o tym innym ludziom, rozmawiać o tym, dlaczego to robisz albo co ci to daje. W istocie jest to najprostszy sposób roztrwonienia rodzącej się energii i entuzjazmu dla praktyki, blokowania swoich wysiłków, tak iż nie będą mogły nabrać impetu. Lepiej nie reklamować swojej medytacji.

Za każdym razem, gdy poczujesz silną potrzebę, by mówić o medytacji, o tym jaka jest cudowna albo jaka jest trudna, co ci daje w tych dniach albo czego nie daje, gdy chcesz przekonać kogoś, że i dla niego byłaby cudowna, uświadom sobie, że w ten sposób tworzysz jedynie jeszcze więcej myśli. Raczej poświęć więcej czasu na medytację. Ta potrzeba minie i każdy na tym zyska – zwłaszcza ty.

Nie zatrzymasz fal, ale możesz nauczyć się surfingu

Panuje powszechne przekonanie, że medytacja jest sposobem na uwolnienie się od presji świata albo własnego umysłu, ale jest to błędne wrażenie. Medytacja nie polega na odgradzaniu się od rzeczy. Jest jasnym widzeniem rzeczy i celowym przyjmowaniem wobec nich uważnej postawy.

Ludzie przychodzący do naszej kliniki szybko zaczynają zdawać sobie sprawę, że stres jest nieuniknioną częścią życia. Choć prawdą jest, że poprzez dokonywanie inteligentnych wyborów możemy unikać pogarszania swojej sytuacji, jest jednak w życiu wiele rzeczy, na które nie mamy żadnego lub mamy niewielki wpływ. Stres jest częścią życia, częścią ludzkiego losu, jest wrodzony samej istocie człowieczeństwa. Ale nie znaczy to, że musimy być ofiarami potężnych sił działających w naszym życiu. Możemy nauczyć się pracować z nimi, rozumieć je, znajdować w nich znaczenie, dokonywać świadomego wyboru i używać ich energii, by rozwijać siłę, mądrość i współczucie. Gotowość do objęcia tego, co jest w obecnej chwili, i pracowania z tym, stanowi istotę całej praktyki medytacji.

Aby zrozumieć, jak działa uważność, wyobraźmy sobie, że nasz umysł jest powierzchnią jeziora albo oceanu. Na wodzie zawsze są fale. Czasami duże, czasami małe, a czasami prawie niewidoczne. Te fale wzbudza wiatr, który przychodzi i odchodzi, zmienia kierunek i intensywność, dokładnie tak samo jak wiatry stresu i zmiany w naszym życiu, które podnoszą fale w naszych umysłach.

Ludzie nie znający medytacji sądzą, że ona jest jakimś szczególnym wewnętrznym zabiegiem, który w magiczny sposób uspokaja te fale, dzięki czemu powierzchnia umysłu staje się równa, cicha i spokojna. Ale jak nie możesz uspokoić fal, kładąc na wodzie szklaną płytę, tak samo nie możesz sztucznie stłumić fal swojego umysłu. Jeśli spróbujesz to uczynić, sprowadzisz nie spokój, lecz jedynie więcej napięcia i wewnętrznej walki. Nie znaczy to, że spokój jest nieosiągalny. Rzecz w tym, że nie można go osiągnąć przez nierozważne próby stłumienia naturalnej aktywności umysłu.

Dzięki medytacji możemy w znacznym stopniu schronić się przed wiatrem pobudzającym umysł. Jeśli nie będziemy podsycali wzburzenia, z czasem może się znacznie uspokoić. Ale ostatecznie, czego byśmy nie robili, wiatry życia i umysłu i tak będą wiały. Medytacja prowadzi do zrozumienia tego zjawiska i uczy, jak sobie z nim radzić.

Duch praktyki uważności został dobrze uchwycony na plakacie przedstawiającym siedemdziesięcioletniego jogina, Swamiego Satchita-nandę, z okazałą siwą brodą i w powiewających szatach, ślizgającego się na desce surfingowej po falach hawajskiej plaży. Napis mówił: „Nie zatrzymasz fal, ale możesz nauczyć się surfingu”.

Czy każdy może medytować?

Często zadawano mi to pytanie. Przypuszczam, że ludzie pytają o to, bo sądzą, iż każdy inny może medytować, ale nie oni. Chcą, by ich upewnić, że nie są jedyni, że mogą utożsamić się z przynajmniej kilku innymi ludźmi, jakimiś biednymi duszami, które urodziły się niezdolne do medytacji. Ale to nie takie proste.

Jeśli myślisz, że jesteś niezdolny do medytacji, to trochę tak, jakbyś myślał, że nie potrafisz oddychać albo koncentrować się lub relaksować. Niemal każdy oddycha bez trudu. A w odpowiednich okolicznościach prawie każdy potrafi się skoncentrować i zrelaksować.

Ludzie często mylą medytację z relaksem albo jakimś innym szczególnym stanem, który trzeba osiągnąć albo poczuć. Gdy spróbujesz raz lub dwa razy i niczego nie osiągniesz ani nie poczujesz niczego szczególnego, wówczas myślisz, że jesteś jednym z tych ludzi, którzy tego nie potrafią.

Ale w medytacji nie chodzi o odczuwanie w jakiś szczególny sposób. Chodzi o to, byś odczuwał w taki sposób, w jaki odczuwasz. Nie chodzi o opróżnianie umysłu lub uspokajanie go, chociaż spokój rzeczywiście pogłębia się w medytacji i można go systematycznie doskonalić. W medytacji chodzi przede wszystkim o to, by pozwolić umysłowi być takim, jaki jest, i wiedzieć, jaki on jest w tej chwili. Rzecz nie w tym, by dokądś dotrzeć, ale w tym, by pozwolić sobie być tam, gdzie już jesteś. Jeśli nie rozumiesz tego, będziesz myślał, że jesteś niezdolny do medytacji. Ale to tylko kolejne myśli, a w tym przypadku – niewłaściwe myśli.

To prawda, że wytrwanie w medytacji wymaga energii i zaangażowania. A zatem, czy nie byłoby słuszniej powiedzieć: „Nie wytrwam”, zamiast: „Nie potrafię tego zrobić”? Każdy może usiąść i obserwować swój oddech albo umysł. Nie musisz nawet siedzieć. Możesz robić to idąc, stojąc, leżąc, balansując na jednej nodze, biegnąc albo biorąc kąpiel. Ale trzeba zdecydowania, by robić to choćby przez pięć minut. Trzeba pewnej dyscypliny, by uczynić z medytacji część swojego życia. A więc gdy ludzie mówią, że nie potrafią medytować, naprawdę chodzi im o to, że szkoda im czasu na medytację albo że gdy próbują, nie podoba im się to, czego doznają. Nie tego szukają, nie tego się spodziewają. Nie spełnia to ich oczekiwań. Być może powinni spróbować ponownie, tym razem porzucając swoje oczekiwania i jedynie obserwując.

Pochwała niedziałania

Jeśli choćby na chwilę siadasz do medytacji, będzie to czas niedziałania. Ważne jest, by nie mylić niedziałania z nierobieniem niczego. Są to dwie zupełnie różne rzeczy. Tutaj chodzi o świadomość i intencję. W istocie, one są kluczem.

Z pozoru wydaje się, że istnieją dwa rodzaje niedziałania, jeden polegający na niewykonywaniu żadnej zewnętrznej pracy, drugi na tym, co możemy nazwać aktywnością bez wysiłku. Ostatecznie okazują się być tym samym. Liczy się wewnętrzne doświadczenie. To, co zwykle nazywamy formalną medytacją, oznacza okres czasu, w którym celowo zatrzymujemy wszelką zewnętrzną aktywność i pielęgnujemy spokój. Wszystko, co mamy wówczas do zrobienia, to być w pełni obecnym w każdej chwili. Nie robimy nic. Być może takie chwile niedziałania są największym darem, jaki możemy sobie ofiarować.

Thoreau często godzinami siedział w drzwiach i tylko obserwował, tylko słuchał, gdy słońce przechodziło po niebie, a światło i cienie zmieniały się niedostrzegalnie.

* * *

Bywało, że nie umiałem poświęcić rozkwitania obecnej chwili dla żadnej pracy, umysłowej czy fizycznej. Uwielbiam mieć szeroki margines w życiu. Czasami, w letni poranek, po zwykłej kąpieli, od świtu do południa siedziałem w zalanych słońcem drzwiach, przepełniony czcią, pośród sosen, orzechów i sumaków, w niczym nie zmąconej samotności i spokoju, gdy ptaki śpiewały wokół lub wyfruwały z cichego domu, dopóki słońce wpadające przez zachodnie okno albo hałas wozu jakiegoś podróżnego na odległym gościńcu nie przypomniał mi o upływie czasu. Rosłem w tych chwilach jak zboże nocą i były one znacznie lepsze niż jakakolwiek praca rąk. Nie był to czas odjęty z mego życia, ale jakby dodatkowy, zupełnie poza tym, który został mi przydzielony. Zrozumiałem, co ludzie Wschodu rozumieją przez kontemplację i zaniechanie prac. Przeważnie nie zważałem na uciekające godziny. Dzień płynął, jakby przyświecał jakiejś pracy; był ranek, i oto już jest wieczór, a nic godnego uwagi nie zostało zrobione. Zamiast śpiewać jak ptaki, w milczeniu uśmiechałem się do mego ustawicznie dobrego losu. Jak wróbel ćwierkał na orzechu przed mymi drzwiami, tak ja chichotałem lub cichutko nuciłem, a on mógł słyszeć mnie w moim gnieździe.

THOREAU: Walden

* * *

SPRÓBUJ:

Jeżeli prowadzisz codzienną praktykę medytacji, dostrzegaj w jej trakcie jak rozkwita obecna chwila. Jeśli wstajesz wcześnie rano, próbuj wyjść na zewnątrz i patrzeć (wrażliwie, uważnie i przytomnie) na gwiazdy, księżyc, na wstający świt. Czuj (wrażliwie, uważnie, przytomnie) powietrze, chłód, ciepło. Uprzytomnij sobie, że świat wokół śpi. Patrząc w gwiazdy, pamiętaj, że spoglądasz miliony lat wstecz. Przeszłość jest obecna tu i teraz.

Potem idź i medytuj, siedząc lub leżąc. Niech ta lub każda inna praktyka będzie okazją do zaniechania wszelkich działań, do wejścia w stan bycia, w którym jedynie przebywasz w spokoju i uważności, obserwując, jak teraźniejszość rozwija się z chwili na chwilę, niczego nie dodając, niczego nie odejmując, rozpoznając, że „To jest Tym”.

Paradoks niedziałania

Ponieważ w naszej kulturze tak wielkie znaczenie przywiązuje się do działania i postępu, trudno jest nam zrozumieć smak i czystą radość niedziałania. Nawet w wolnym czasie staramy się czymś zajmować i jesteśmy nieuważni. Radość niedziałania wynika z faktu, że nic innego nie musi się wydarzyć, aby ta chwila była pełna. Zawarta w tym mądrość i wypływający z niej spokój wynikają ze świadomości, że coś na pewno się wydarzy.

Gdy Thoreau mówi: „Był ranek, i oto już jest wieczór, a nic godnego uwagi nie zostało zrobione”, dla ludzi przedsiębiorczych, dążących do postępu, jest to niczym machanie czerwoną płachtą przed bykiem. Ale kto może zaręczyć, że to, czego Thoreau dokonał jednego ranka spędzonego w drzwiach, jest mniej znaczące czy też przynosi mniej dobra niż całe życie poświęcone interesom, przeżyte z niewielkim zrozumieniem dla spokoju i rozkwitania obecnej chwili?

Thoreau śpiewał pieśń, której trzeba słuchać z uwagą również i dzisiaj. On nadal wskazuje każdemu, kto chce słuchać, głębokie znaczenie kontemplacji i nieprzywiązania do żadnego rezultatu poza czystą radością bycia, „znacznie lepszą niż jakakolwiek praca rąk”. Przypomina to starego mistrza zen, który powiedział: „Ho ho. Przez czterdzieści lat sprzedawałem wodę nad rzeką i niczego się nie dorobiłem”.

To zakrawa na paradoks. Jedynie wówczas możesz zrobić coś wartościowego, gdy twój wysiłek wynika z niedziałania i gdy przestajesz troszczyć się o to, czy przyniesie on jakiś pożytek, czy nie. Inaczej bowiem egoizm i chciwość mogą się wkraść i wypaczyć twój stosunek do pracy lub samą pracę, która stanie się wtedy w jakiś sposób powierzchowna, wykrzywiona, nieczysta i w końcu nie przyniesie pełnego zadowolenia, nawet jeśli będzie dobra. Wszyscy naukowcy znają ten stan umysłu i strzegą się przed nim, ponieważ hamuje proces twórczy i zakłóca zdolność do jasnego widzenia wzajemnych powiązań.

Niedziałanie w działaniu

Niedzialanie może powstać zarówno podczas aktywności, jak w bezruchu. Wewnętrzny bezruch stapia się z zewnętrzną aktywnością do takiego stopnia, że działanie spełnia się samo. Aktywność bez wysiłku. Nic wymuszonego. Nie ma żadnego wysiłku woli, żadnego małostkowego „ja”, „mnie”, lub „moje”, które by sobie przypisywało rezultat, a jednak nic nie zostaje niedokończone. Niedziałanie jest kamieniem węgielnym każdego rodzaju aktywności. Oto klasyczny opis niedziałania, który powstał w Chinach w trzecim wieku:

Kucharz księcia Wen Huei

Patroszył wołu.

Ręka poszła do przodu,

Ramię w dół,

Wepchnął stopę,

Naparł kolanem,

Wół cicho

Rozpadł się na kawałki,

Błyszczący topór świstał

Jak łagodny wiatr.

Raz! Dwa!

Jak święty taniec,

Jak „Morwowy Gaj”,

Jak odwieczne harmonie!

„Znakomicie!” – wykrzyknął książę,

„Twoja metoda jest bezbłędna!”

„Metoda?” – zapytał kucharz

Odkładając topór.

„Podążam za Tao,

Które przekracza wszelkie metody!”

„Gdy zaczynałem

Patroszyć woły,

Widziałem przed sobą

Całego wołu

Jako jedną masę.

Po trzech latach

Nie widziałem już tej masy.

Widziałem różnice.

„Ale teraz nie widzę niczego

Oczami. Chwytam całą swoją

Istotą.

Moje zmysły są bezczynne. Duch

Wolny do pracy bez planu

Podąża za własnym instynktem,

Prowadzony naturalną linią,

Tajemnym otworem, ukrytą przestrzenią,

Mój topór znajduje własną drogę.

Nie przecina żadnego stawu, nie łamie żadnej kości”

„W stawach są wolne miejsca;

Ostrze jest cienkie i ostre:

Gdy cienkie ostrze

Natrafia na to miejsce,

Nie trzeba ci więcej przestrzeni!

Tnie jak wiatr!

Dlatego mój topór już dziewiętnaście lat

Wygląda jak dopiero co naostrzony!

„To prawda, że czasami stawy

Są twarde. Czuję, gdy się do nich zbliżam,

Zwalniam, obserwuję uważnie,

Zatrzymuję się, ledwie ruszam ostrzem,

I ciach! partia mięsa odpada,

Osuwając się jak gruda ziemi.

„Wtedy cofam ostrze,

Stoję nieruchomo

I pozwalam, by radość pracy

Wypełniła mnie.

Czyszczę ostrze

I odkładam”.

Książę Wen Huei powiedział:

„Otóż to! Mój kucharz pokazał mi

Jak powinienem żyć!”

CHUANG TZU

Spełnianie niedziałania

Niedziałanie nie ma nic wspólnego z lenistwem czy biernością. Wprost przeciwnie. Oddawanie się niedziałaniu w bezruchu i wśród aktywności wymaga wielkiej odwagi i energii. Nie jest też łatwo znaleźć specjalny czas na niedziałanie i wytrwać w obliczu wszystkiego, co musi być w życiu zrobione.

Ale ludzie, którzy czują, że zawsze muszą coś robić, nie powinni obawiać się niedziałania. Może okazać się, że dzięki praktykowaniu niedziałania „zrobili” jeszcze więcej i w dodatku lepiej. Niedziałanie oznacza po prostu, że pozwala się rzeczom być i rozwijać po swojemu. Może to wymagać olbrzymiego wysiłku, ale jest to wysiłek pełen wdzięku i sprawności, wysiłek bez wysiłku, „działanie bez działającego”, doskonalone przez całe życie.

Aktywność bez wysiłku zdarza się czasami w tańcu i sporcie wyczynowym najwyższej klasy; wówczas wszystkim zapiera dech w piersiach. Ale zdarza się również w każdej dziedzinie ludzkiej aktywności, od malowania obrazów przez reperowanie samochodu do wychowywania dzieci. W pewnych sytuacjach lata praktyki i doświadczenia kumulują się, dając nam nową zdolność, która pozwala działać poza techniką, poza wysiłkiem, poza myśleniem. Wówczas działanie staje się czystym wyrazem sztuki, bycia, puszczenia wszelkich wysiłków – stopieniem umysłu i ciała w ruchu. Drżymy w oczekiwaniu wspaniałego dokonania, sportowego czy artystycznego, ponieważ pozwala nam ono uczestniczyć w magii prawdziwego mistrzostwa, doznać choćby na krótko uniesienia i być może odczuć pragnienie, by każdy z nas, na swój własny sposób, mógł doświadczyć takich chwil łaski i harmonii w swoim własnym życiu.

Thoreau powiedział: „Dotrzeć do sedna dzisiejszego dnia, oto najwyższa ze sztuk”. Martha Graham, mówiąc o sztuce tańca, wyraziła to tak: „Cała istota zawiera się w tej jednej chwili w ruchu. Uczyń tę chwilę żywą i wartą doświadczenia. Nie pozwól, by minęła nie zauważona i nie wykorzystana”.

Żaden mistrz medytacji nie wyraziłby tego jaśniej. Możemy ćwiczyć się w tej pracy, wiedząc dobrze, że niedziałanie jest pracą całego życia; i pamiętając stale, że potrzeba działania jest w nas zwykle tak silna, iż oddawanie się niedziałaniu, jak na ironię, wymaga znacznego wysiłku.

Medytacja i praktyka niedziałania są tym samym. Nie praktykujemy, by rzeczy stały się doskonałe ani by robić coś w sposób doskonały. W istocie praktykujemy po to, aby zrozumieć (urzeczywistnić) fakt, że rzeczy już są doskonałe, właśnie takie, jakie są. Wiąże się to ściśle z pełnym doświadczaniem obecnej chwili, bez nakładania na nią czegokolwiek dodatkowego, z dostrzeganiem jej czystości i świeżej zdolności do zrodzenia kolejnej chwili. Wówczas, wiedząc co jest czym, widząc z wielką jasnością i uświadamiając sobie, że nie wiemy więcej, niż naprawdę wiemy, rozpoczynamy działanie, ruszamy z miejsca, zajmujemy stanowisko, podejmujemy ryzyko. Niektórzy porównują to ze strumieniem chwil przepływających gładko, swobodnie, jedna w drugą w łożysku uważności.

SPRÓBUJ:

Sprawdź, czy w każdym momencie dnia potrafisz odkryć rozkwitanie obecnej chwili – w zwykłych chwilach, w chwilach „pomiędzy”, nawet w ciężkich chwilach. Pracuj nad tym, by pozwolić rzeczom rozwijać się naturalnie. Nie wymuszaj żadnych zdarzeń ani nie odrzucaj tych, które nie zgadzają się z twoim wyobrażeniem o tym, co „powinno” się wydarzyć. Zobacz, czy potrafisz wyczuć „przestrzenie”, przez które mógłbyś przejść bez wysiłku, w duchu kucharza Chuang Tzu. Jeśli z rana znajdziesz trochę czasu, by po prostu być, zwróć uwagę, jak to może zmienić jakość reszty dnia. Obserwuj, jak znaczący wpływ na cały dzień wywiera fakt, że rozpocząłeś go od uznania tego, co w tobie najważniejsze. Sprawdź, czy zwiększyło to twoją zdolność do odczuwania, doceniania i reagowania na rozkwitanie każdej chwili.

Cierpliwość

Pewne postawy lub cechy wspierają praktykę medytacji i tworzą żyzną glebę, w której wzrastać mogą nasiona uważności. Przez wytrwałe doskonalenie tych cech faktycznie uprawiamy grunt własnego umysłu, dzięki czemu może on stać się prawdziwym źródłem jasności, współczucia i właściwego działania.

Wewnętrznych cech wspierających praktykę medytacji nie można narzucić, wprowadzić ustawą albo dekretem. Można je jedynie kształcić, a to staje się możliwe dopiero wtedy, gdy twoja wewnętrzna motywacja nabiera wystarczającej siły, byś nie chciał już tworzyć cierpienia i pomieszania ani sobie, ani innym. Sprowadza się to do postępowania etycznego – koncepcji obecnie zawzięcie atakowanej w wielu kręgach.

Słyszałem w radiu, jak ktoś określił etykę jako „posłuszeństwo wobec zasad, których nie da się wymusić”. Nieźle. Postępujesz właściwie z wewnętrznych powodów, a nie dlatego że ktoś liczy punkty ani dlatego, że mógłbyś ponieść karę, gdyby cię złapano na łamaniu zasad. Postępujesz niezależnie. Słuchasz wewnętrznego głosu, tak samo jak dla doskonalenia uważności uprawiasz wewnętrzną glebę. Ale nie możesz żyć w harmonii, jeśli twoje postępowanie nie jest etyczne. Etyka to płot chroniący twój ogródek przed kozami, które mogłyby zjeść wszystkie młode pędy.

Cierpliwość uważam za jedną z podstawowych postaw etycznych. Jeśli pracujesz nad cierpliwością, niemal nieuchronnie rozwijasz uważność, a twoja praktyka medytacji stopniowo staje się bogatsza i dojrzalsza. Jeśli naprawdę nie będziesz próbował znaleźć się w tej chwili gdzie indziej, cierpliwość sama zatroszczy się o siebie. Przypomina to nam, że wszystko rozwija się w swoim własnym tempie. Nie można przyspieszyć pór roku. Gdy przychodzi wiosna, trawa sama rośnie. Pośpiech zwykle nie pomaga i może przyczynić wiele cierpienia – czasami nam, czasami tym, którzy muszą być z nami.

Cierpliwość jest zawsze aktualną alternatywą dla wewnętrznego niepokoju i niecierpliwości. Zdrap powierzchnię zniecierpliwienia, a znajdziesz pod nią gniew. To silna energia, powstająca z pragnienia, by rzeczy miały się inaczej, niż się mają, i obwiniania za to kogoś (często siebie) lub czegoś. Nie znaczy to, że nie możesz spieszyć się w razie konieczności. Nawet spieszyć się można cierpliwie, uważnie, poruszać szybko z własnego wyboru.

Z perspektywy cierpliwości dana rzecz się dzieje, ponieważ dzieją się inne rzeczy. Nic nie jest oddzielone ani odizolowane. Nie ma żadnej absolutnej, ostatecznej, odpowiedzialnej za wszystko, podstawowej przyczyny. Gdy ktoś uderzy cię kijem, nie rozgniewasz się na kij ani na ramię, które nim machnęło; rozgniewasz się na osobę, do której należy to ramię. Ale jeśli spojrzysz trochę głębiej, nie znajdziesz żadnej przekonywającej podstawowej przyczyny ani miejsca, w które mógłbyś skierować gniew, nawet w tej osobie, która dosłownie nie wie, co czyni, i dlatego w tej chwili działa bezrozumnie. Gdzie powinniśmy szukać winy, kogo karać? Może powinniśmy złościć się na rodziców tej osoby, za nadużycia, jakich być może dopuścili się na bezbronnym dziecku? A może na świat, za brak współczucia. Ale czym jest świat? Czyż sam nie jesteś częścią świata? Czy sam nie masz gniewnych impulsów i czy w pewnych okolicznościach nie budzą się w tobie gwałtowne, nawet mordercze impulsy?

Dalajlama nie okazuje Chińczykom gniewu, mimo że chiński rząd przez lata prowadził wobec Tybetańczyków politykę ludobójstwa, kulturowej zagłady ich instytucji, wierzeń i wszystkiego, co jest im drogie, oraz ekologicznej zagłady ziemi, na której żyją. Gdy po otrzymaniu przez Dalajlamę pokojowej nagrody Nobla jakiś sceptyczny reporter zapytał go o ten wyraźny brak gniewu do Chińczyków, Dalajlama odpowiedział coś w tym sensie: „Zabrali nam wszystko; czy mam pozwolić, by zabrali również mój umysł?”.

Taka postawa jest objawem niezwykłego spokoju… Wewnętrznego spokoju, którego źródłem jest zrozumienie tego, co najbardziej podstawowe, i zewnętrznego spokoju, powstającego z ucieleśnienia tej mądrości w zachowaniu i działaniu. Spokój i gotowość okazania cierpliwości w obliczu tak ogromnych wyzwań i cierpień może powstać jedynie poprzez wewnętrzne doskonalenie współczucia; współczucia, nie ograniczającego się tylko do przyjaciół, ale odczuwanego również wobec powszechnie potępianych ludzi, którzy pod wpływem niewiedzy zadają cierpienie tobie i tym, których kochasz.

Tak dalekosiężne, bezinteresowne współczucie opiera się na tym, co buddyści nazywają „właściwą uważnością” i „właściwym zrozumieniem”. Ono nie powstaje tak po prostu samo z siebie. Trzeba je praktykować, doskonalić. Nie znaczy to, że nie pojawiają się uczucia gniewu, lecz, że gniewu można użyć, pracować z nim, wykorzystać go tak, aby jego energie zasilały cierpliwość, współczucie, harmonię i mądrość w nas i w innych.

Za każdym razem, gdy się zatrzymujemy, siadamy do medytacji i stajemy świadomi strumienia własnego oddechu, rozwijamy cierpliwość. Te chwile, gdy zachęcamy siebie do większej otwartości, do większej cierpliwości, do pełniejszego kontaktu z płynącymi chwilami, w sposób naturalny rozszerzają się również na pozostały czas naszego życia. Wiemy, że wszystko rozwija się w zgodzie ze swoją naturą. Możemy pozwolić swojemu życiu również rozwijać się w ten sposób. Nawet jeśli jest to bolesne, nie musimy pozwalać, by nasze niepokoje i pragnienie osiągnięcia określonych rezultatów dominowały nad jakością obecnej chwili. Gdy musimy naprzeć, napieramy. Gdy musimy ciągnąć, ciągniemy. Ale wiemy również, kiedy nie napierać i kiedy nie ciągnąć.

W ten sposób próbujemy wnieść równowagę w obecną chwilę, rozumiejąc, że w cierpliwości zawarta jest mądrość, wiedząc, że to co wydarzy się potem, będzie w ogromnej mierze zależało od tego, jacy jesteśmy teraz. Pamięć o tym pomaga, gdy w swojej praktyce medytacji stajemy się niecierpliwi albo gdy w codziennym życiu ogarnia nas zniechęcenie, niecierpliwość i rozdrażnienie.

* * *

Czy masz cierpliwość czekać

aż twój muł opadnie i woda stanie się klarowna?

Czy potrafisz trwać nieporuszony

aż właściwe działanie zrodzi się samo z siebie?

LAO-TZU: Tao-te-Ching

* * *

Istnieję, bo jestem, i to wystarcza,

Choćby nikt na świecie nie wiedział o tym, jestem zadowolony,

I choćby wszyscy wiedzieli, jestem zadowolony.

Jeden świat o tym wie, dla mnie bez porównania największy,

a jestem nim ja,

I czy dziś otrzymam to, co mi się należy, czy za dziesięć tysięcy

albo za dziesięć milionów lat,

Mogę z radością przyjąć to teraz, albo, równie radośnie,

mogę poczekać.

WALT WHITMAN: Leaves of Grass

SPRÓBUJ:

Gdy powstaną niecierpliwość i gniew, badaj je. Sprawdź, czy potrafisz przyjąć inny punkt widzenia, widzieć rzeczy jako ukazujące się w swoim czasie. Jest to szczególnie przydatne, gdy znajdujesz się pod presją albo napotykasz na przeszkodę w czymś, co chcesz lub musisz zrobić. Jak by się to nie wydawało trudne, próbuj nie napierać na sytuację w tej chwili, lecz wsłuchuj się w nią uważnie. Co ona ci mówi? Co ci radzi zrobić? Jeśli nic, to po prostu oddychaj, pozwól rzeczom być tak, jak są, pozwól sobie na cierpliwość i nadal słuchaj. Jeśli ta sytuacja coś ci mówi, to zrób to, ale zrób to uważnie. Potem przerwij, czekaj cierpliwie, słuchaj ponownie.

Gdy podczas formalnej praktyki medytacji obserwujesz łagodny strumień oddechu, zauważ, jak umysł od czasu do czasu próbuje przejść do czegoś innego, jak chce wypełnić twój czas albo coś zmienić. W takich chwilach zamiast zapominać się próbuj siedzieć cierpliwie z oddechem i jasną świadomością tego, co ukazuje się w każdej chwili, pozwalając, by ukazywało się bez przeszkód, niczego nie narzucając… Jedynie obserwuj, jedynie oddychaj… Ucieleśniaj spokój, stań się cierpliwością.

Puszczanie

Powiedzenie „odpuść sobie” miałoby wielkie szanse w konkursie na najbardziej wyświechtany komunał stulecia w nurcie New Age. Codziennie jest nadużywane, błędnie stosowane. Puszczanie jest tak znaczącym wewnętrznym aktem, że zasługuje na rozważenie, nawet jeśli stało się komunałem. Praktyka puszczania uczy czegoś niezwykle doniosłego.

Puszczanie należy rozumieć dosłownie. To zachęta, by przestać lgnąć do czegokolwiek – czy będzie to idea, rzecz, zdarzenie, jakiś szczególny moment, pogląd czy pragnienie. To świadome postanowienie, by poddać się z pełną akceptacją strumieniowi obecnych chwil, zgodnie z tym, jak się rozwijają. Puścić – to znaczy przestać wymuszać, opierać się albo zmagać. W zamian otrzymujemy coś potężniejszego i zdrowszego, co powstaje z pozwolenia, by rzeczy były tak, jak są. Nie pozwalamy, by usidliło nas pragnienie rzeczy albo odrzucanie ich, lepkość pragnień, chęci i niechęci. To tak, jakbyś pozwolił otworzyć się swojej dłoni, żeby puściła coś, czego się trzymała.

Ale usidla nas nie tylko lepkość pragnień związanych z wydarzeniami zewnętrznymi. Czepiać się można nie tylko rękami. Lgniemy również umysłem. Sami siebie wciągamy w grzęzawisko, ponieważ trzymamy się, często kurczowo, ciasnych poglądów, egocentrycznych nadziei i pragnień. Puszczanie w istocie oznacza, że postanawiamy być przezroczyści dla ogromnej siły naszych upodobań i uprzedzeń, a także dla nieświadomości, która popycha nas do lgnięcia do nich. Aby stać się przezroczystymi, musimy pozwolić, by lęki i niepewność wyczerpały się w polu pełnej świadomości.

Puszczenie możliwe jest tylko wówczas, gdy uświadomimy sobie i zaakceptujemy fakt, że ugrzęźliśmy, gdy pozwolimy sobie dostrzec soczewki, które wsuwamy zupełnie bezwiednie pomiędzy obserwatora i obserwowany obiekt, soczewki, które filtrują i zabarwiają, wykrzywiają i kształtują nasze widzenie. Możemy otworzyć się w tych trudnych chwilach, szczególnie jeśli potrafimy uświadomić sobie, że szukając własnej korzyści, uwikłaliśmy się albo w dążenie i lgnięcie, albo w potępianie i odrzucanie.

Spokój, wgląd i mądrość mogą zaistnieć jedynie wówczas, gdy potrafimy całkowicie zatopić się w obecnej chwili, bez konieczności szukania, zatrzymywania lub odrzucania czegokolwiek. To można samemu sprawdzić. Spróbuj choćby dla zabawy. Sam sprawdź, czy puszczenie, gdy część ciebie naprawdę chce być uwikłana, nie przynosi głębszego zadowolenia niż lgnięcie.

Nieosądzanie

Już po krótkim okresie medytacji odkrywamy, że część umysłu nieustannie osądza nasze doświadczenia, porównując je z innymi doświadczeniami albo z oczekiwaniami i normami, które tworzymy, nierzadko pod wpływem lęku. Lęku, że nie jestem dostatecznie dobry, że zdarzy się coś złego, że wszystko, co dobre, minie, że ludzie mnie skrzywdzą, że nie będzie tak, jak ja chcę, że tylko ja o czymś wiem, że tylko ja o niczym nie wiem. Mamy skłonność do patrzenia na świat przez ciemne okulary: przez soczewki tego, czy coś jest dla mnie dobre czy złe, albo czy jest zgodne z moimi przekonaniami lub światopoglądem. Jeśli jest dobre, lubię to. Jeśli nie jest dobre, nie lubię tego. Jeśli nie jest ani dobre, ani złe, to jest mi to obojętne i mogę tego prawie nie zauważać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Wydanie polskie: Życie piękna katastrofa, wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2013. [wróć]

Henry David Thoreau (1817–1862) był jednym z czołowych przedstawicieli transcendentalizmu, prądu filozoficzno-religijnego rozwijającego się w połowie XIX w. na wschodzie USA. Poczynając od roku 1845 spędził dwa lata samotnie wśród lasów nad jeziorem Walden w stanie Massachusetts, poświęcając się prostym pracom fizycznym, kontemplacji, obserwacji życia przyrody i pracy umysłowej. Swoje wglądy i przemyślenia z tego okresu zawarł w głośnym zbiorze esejów Walden, or Life in Woods wydanym w 1854 r. (wydanie polskie: Walden czyli życie w lesie, przekład Haliny Cieplińskiej, PIW 1991) (przyp. red. pol.). [wróć]