Gdzie śpiewają raki - Delia Owens - ebook
BESTSELLER

Gdzie śpiewają raki ebook

Delia Owens

4,5

113 osoby interesują się tą książką

Opis

JAK DŁUGO ZDOŁASZ CHRONIĆ SWOJE SERCE?

Pogłoski o Dziewczynie z Bagien latami krążyły po Barkley Cove, sennym miasteczku u wybrzeży Karoliny Północnej. Dlatego pod koniec 1969 roku, gdy na mokradłach znaleziono ciało przystojnego Chase’a Andrewsa, miejscowi zwrócili się przeciwko Kyi Clark, zwanej Dziewczyną z Bagien.

Lecz Kya nie jest taka, jak o niej szepczą. Wrażliwa i inteligentna, zdołała sama przetrwać wiele lat na bagnach, które nazywa domem, choć jej ciało tęskniło za dotykiem i miłością. Przyjaźni szukała u mew, a wiedzę czerpała z natury. Kiedy dzikie piękno dziewczyny intryguje dwóch młodych mężczyzn z miasteczka, Kya otwiera się na nowe doznania — i dzieją się rzeczy niewyobrażalne.

Gdzie śpiewają raki to wysmakowana oda do świata przyrody, wzruszająca fabuła o dojrzewaniu i zaskakująca relacja z procesu. Owens przypomina, że dzieciństwo nas kształtuje definitywnie i że wszyscy bez wyjątku podlegamy wspaniałym, lecz nieokiełznanym sekretnym siłom natury. Doskonała powieść dla czytelniczek książek Barbary Kingsolver i Karen Russell.

Owens przedstawia odludne mokradła wybrzeży Karoliny Północnej z perspektywy porzuconego dziecka. Samotna dziewczynka otwiera nam oczy na cuda – i zagrożenia – jej prywatnego świata. Dojmująco piękna powieść... Kryminał na kanwie morderstwa, ponadczasowa gawęda i celebracja przyrody w jednym. THE NEW YORK TIMES BOOK REVIEW

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 418

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału WHERE THE CRAWDADS SING

WydawcaUrszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzącySylwia Ciuła

RedakcjaJoanna Mika

KorektaKatarzyna Bielawska-Drzewek Ewa Grabowska

Copyright © 2018 by Delia Owens All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form. This edition published by arrangement with G.P. Putnam’s Sons, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC. Copyright © for the Polish translation by Bohdan Maliborski, Warszawa 2019

Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamaniewłoska robota

Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: [email protected] tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9537-3

Dla Amandy, Margaret i Barbary   To dla Was. Gdybym was nie zobaczyła,

1. Wieża obserwacyjna

2. Barkley Cove

3. Colored Town

4. Punkt tankowania paliwa i sklep Skoczka

5. Point Beach

6. „Czytelnia”

7. Chata Kyi

Część pierwsza

Prolog  1969

Mokradła to nie bagna. Mokradła to przestrzeń wypełniona światłem, gdzie trawa wyrasta z wody, a woda płynie ku niebu. Jej strumienie suną powoli, niosąc słoneczną kulę do morza, a długonogie ptaki – jakby stworzone nie do lotu – unoszą się z niespodziewaną gracją pośród wrzasku tysiąca gęsi śnieżnych.

W mokradła tu i ówdzie wpełzają bagna, trzęsawiska skryte w oślizgłych lasach. Tam woda jest nieruchoma i mroczna, bo zassała światło w swoją mulistą gardziel. Nawet nocne pełzaki buszują w nich za dnia. Oczywiście, można usłyszeć tu dźwięki, lecz w porównaniu z mokradłami bagno jest ciche, bo rozkład dokonuje się na poziomie komórkowym. Życie próchnieje, cuchnie i wraca do zbutwiałej ściółki – rodzi je przejmujący pław śmierci.

Rankiem trzydziestego października 1969 roku na bagnach spoczęło ciało Chase’a Andrewsa. Wchłonęłyby je w milczeniu, jak to one, ukryłyby na zawsze. Bagna wiedzą o śmierci wszystko i niekoniecznie uznają ją za tragedię, a już na pewno nie za grzech. Tyle że tamtego ranka dwóch chłopców z miasteczka ruszyło na rowerach do starej wieży obserwacyjnej i za trzecim zakrętem wypatrzyło dżinsową kurtkę Chase’a.

1.  Mama  1952

Ranek palił sierpniowym skwarem, wilgotny bagienny oddech obwieszał mgłą dęby i sosny. Kępy karłowatych palm trwały w niezwyczajnej ciszy przerywanej jedynie powolnym stukotem skrzydeł czapli wzbijających się do lotu nad laguną. Nagle Kya – wówczas ledwie sześcioletnia – usłyszała trzaśnięcie moskitiery przy drzwiach. Stojąc na stołku, przestała szorować rondel i upuściła go do wypełnionego brudnymi mydlinami zlewu. Żadnych dźwięków, tylko odgłos jej oddechu. Kto wyszedł z chaty? Nie mama. Ona nigdy nie trzaska drzwiami.

Kiedy jednak dziewczynka wybiegła na ganek, ujrzała właśnie matkę. Szła zamaszystym krokiem, ubrana w długą brązową spódnicę, spod której raz po raz wyłaniały się tępe noski szpilek ze skóry aligatora. Wyjściowych, jedynych. Kya chciała ją zawołać, ale wiedziała, że nie wolno budzić taty, więc tylko otworzyła drzwi i przystanęła na ceglano-drewnianych schodach. Dostrzegła w dłoni mamy niebieską walizkę. Ufna niczym szczenię, była pewna, że mama wróci z owiniętym w szary zatłuszczony papier mięsem bądź kurczakiem z dyndającą głową. Z drugiej strony mama nigdy nie wkładała szpilek ze skóry aligatora ani nie zabierała walizki.

Zawsze patrzyła za siebie w miejscu, gdzie piaszczysta ścieżka łączy się z szosą, machała wysoko uniesioną, bladą od wewnątrz dłonią i wchodziła na drogę wijącą się wśród bagnistych lasów i obrośniętych sitowiem lagun, w czasie odpływu wprost do miasteczka. Dziś jednak mama poszła dalej, potykając się w koleinach. Jej wysoka postać pojawiała się i znikała w leśnych ostępach, aż w końcu pomiędzy liśćmi migała już tylko biel jej chustki. Kya popędziła w miejsce, z którego widać było drogę, pewna, że mama jej pomacha, lecz gdy tam dotarła, zdążyła jedynie dostrzec niebieską walizkę, która po chwili zniknęła między drzewami. Jej kolor niemal raził pośród zieleni. Ciężar przytłaczający jak czarna błotnista ziemia na polu bawełny zaległ na sercu Kyi, gdy dziewczynka wracała na ganek, by czekać.

Była najmłodsza z pięciorga rodzeństwa; pozostali byli dużo starsi, choć później nie mogła sobie przypomnieć o ile. Mieszkali z rodzicami, stłoczeni jak króliki w naprędce skleconej szopie, której obity moskitierą ganek wyzierał spomiędzy dębów niczym wielkie oko.

Jodie, brat, z którym – choć siedem lat starszy – była najbardziej zżyta, wyszedł z domu i stanął za jej plecami. Ciemnooki i czarnowłosy jak ona, uczył ją rozróżniania ptasich treli, nazw gwiazd i sterowania łódką pośród kłoci.

– Mama wróci – pocieszył ją.

– No nie wiem. Włożyła buty z aligatora.

– Mamy nie zostawiają swoich dzieci. Tak mają.

– A opowiadałeś, że lisica porzuciła swoje młode.

– Tak, ale miała rozerwaną łapę. Padłaby z głodu, próbując wykarmić siebie i szczeniaki. Lepiej było zostawić tamte, wykurować się, znów się oszczenić i porządnie odchować nowe. Mama nie głoduje, wróci. – Jodie wcale nie był tego pewien, lecz mówił z przekonaniem, żeby pocieszyć siostrę.

– Ale zabrała ze sobą tę niebieską walizkę, jakby wyprawiała się gdzieś hen, daleko – wyszeptała Kya ze ściśniętym gardłem.

*

Chata usadowiła się na wprost palmiczek porastających piaszczystą równinę aż po paciorki zielonych lagun i leżące w oddali moczary, ze ścielącą się kilometrami trawą tak hardą, że wybijała ponad słoną wodę. Jej połacie upstrzone były tu i ówdzie zwichrowanymi drzewami, które przejęły kształt wiatru. Z pozostałych stron chatę otaczał dębowy las kryjący najbliższą, tętniącą życiem lagunę. Znad oceanu poprzez korony drzew wraz ze słoną bryzą płynął krzyk morskich ptaków.

Prawo własności na tych terenach niewiele zmieniło się od szesnastego stulecia. Rozrzucone wśród moczarów działki nie zostały opisane w księgach. Ich granice wytyczyli renegaci w sposób naturalny – a to wedle strumienia, a to wedle uschniętego dębu. Człowiek nie szuka dachu nad głową pod palmiczką na mokradłach, chyba że przed kimś ucieka lub dociera do kresu swej drogi.

Moczarów strzegła poszarpana linia brzegowa, nazwana przez odkrywców „Cmentarzyskiem Atlantyku”, gdyż odpływy, wściekłe wichry i mielizny wybrzeży przyszłej Karoliny Północnej zatapiały ich okręty niczym papierowe łódki. Jeden z żeglarzy zapisał w dzienniku: „Sunęliśmy podle wybrzeża… lecz nie wypatrzyliśmy wniścia… Opadł nas srogi sztorm… By chronić siebie i okręt, musieliśmy wyjść na pełne morze, na które wypchnął nas rwący silny prąd...”.

„Ląd podmokły i bagnisty, wróciliśmy na statek (…) Zniechęci każdego, kto zawita w te strony, by się osiedlić”.

Ci, którzy szukali normalnej ziemi, ruszyli w głąb i tak oto owe niesławne moczary stały się niczym sieć wyłapująca zbuntowanych marynarzy, wyrzutków, dłużników i zbiegów umykających przed wojnami, podatkami bądź prawem. Ci, których nie zabiła malaria i nie wciągnęły bagna, utworzyli leśne plemię potomków różnych ras i kultur; każdy z nich potrafił własnoręcznie wykarczować siekierą mały las lub kilometrami tropić kozła. Niczym szczur wodny miał swoje terytorium, lecz jeśli nie pasował do reszty, któregoś dnia po prostu znikał na bagnach. Po dwustu latach do osadników dołączyli kryjący się na mokradłach zbiegli niewolnicy, zwani „kasztanami”, a także ci, którym zwrócono wolność i którzy bez centa przy duszy trafiali tam z braku lepszych opcji.

Kraina może i była wredna, lecz w żadnym razie nie uboga. Na ziemi i w wodzie roiło się od najrozmaitszych stworzeń: biegających zygzakiem krabów, drepczących w błocie raków, ptactwa, ryb, krewetek, ostryg, opasłych jeleni i pulchnych gęsi. Ten, kto nie bał się grzebać rękami w szlamie, by zdobyć strawę na kolację, nigdy tu nie głodował.

Teraz, w roku 1952, grunty te były zamieszkane od czterech stuleci. Po najdawniejszych osadnikach, tych sprzed wojny secesyjnej, nie przetrwały żadne zapiski. Reszta pojawiła się tu później, głównie po wojnach światowych, gdy do kraju wracali rozbici psychicznie weterani bez środków do życia. Moczary nie ograniczały ich, lecz dawały nową tożsamość i – jak każde miejsce święte – głęboko skrywały ich sekrety. Nikogo nie obchodziło, że zajęli tę ziemię, bo i tak nikt jej nie chciał. W końcu było to tylko leżące odłogiem trzęsawisko.

Mieszkańcy bagien sami pędzili whiskey i sami ustanawiali swoje prawa – nie wykute na kamiennych tablicach czy spisane w dokumentach, lecz głębsze, odciśnięte w genach, pradawne i naturalne, jak prawa jastrzębi i gołębi. Człowiek osaczony, zdesperowany bądź osamotniony ucieka się do odruchów, których celem jest wyłącznie przetrwanie. Można powiedzieć, że w takim miejscu przetrwanie zapewniają tylko karty atu. To nie kwestia moralności, lecz prostej arytmetyki. W swoim gronie gołębie walczą równie często jak jastrzębie.

*

Tamtego dnia mama nie wróciła. Nikt tego nie skomentował, zwłaszcza tata. Cuchnąc rybą i bimbrem, z brzękiem unosił pokrywki.

– Gdzie kolacja?

Spuściwszy wzrok, rodzeństwo wzruszyło ramionami. Tata zaklął i pokuśtykał na dwór, z powrotem do lasu. Kłócili się już wcześniej, nawet raz czy dwa mama odeszła, ale zawsze wracała i brała w objęcia każdego, kto chciał się przytulić.

Dwie starsze siostry przygotowały kolację – czerwoną fasolę i chleb kukurydziany – lecz nikt nie zasiadł przy stole jak wówczas, gdy w kuchni krzątała się mama. Każdy nałożył sobie fasoli z garnka, rzucił na wierzch chleb i poszedł jeść na swój rozłożony na podłodze siennik albo wyblakłą sofę.

Kya nie mogła nic przełknąć. Przysiadła na stopniach ganku i patrzyła na ścieżkę. Wysoka jak na swój wiek i chudziutka, miała opaloną na brąz skórę i gęste proste włosy, czarne jak skrzydła kruka.

Zmierzch położył kres wypatrywaniu. Rechot żab zagłuszyłby odgłos kroków, jednak Kya wciąż tkwiła na ganku i nasłuchiwała.

Jeszcze tamtego ranka obudziło ją skwierczenie słoniny na żeliwnej patelni i zapach ciasteczek pieczonych w piecu opalanym drewnem. Wciągając ogrodniczki, pobiegła do kuchni, by przygotować talerze i widelce i usunąć chrząszcze z kaszy kukurydzianej. Zwykle o świcie mama ściskała ją cała roześmiana, wołając: „Dzień dobry, moja wyjątkowa córeczko!”, po czym razem, niczym w tańcu, krzątały się po domu. Czasami mama nuciła ludowe przyśpiewki, deklamowała dziecięcy wierszyk: Mały prosiaczek poszedł na targ albo porywała Kyę do jitterbuga. Wówczas ich bose stopy dudniły na sklejkowej podłodze, póki muzyka płynąca z radia na baterie nie spowolniła i nie brzmiała tak, jakby dochodziła z dna beczki. W inne dni mama mówiła o dorosłych rzeczach, których Kya nie rozumiała, lecz domyślała się, że jej słowa muszą znaleźć ujście, więc chłonęła je przez skórę, upychając drewno do pieca i kiwając głową, jakby wiedziała, o co chodzi.

A potem następowało zamieszanie – pobudka i karmienie wszystkich domowników. Tata miał tylko dwa biegi: milczenie bądź wrzaski. Cieszyli się, kiedy spał lub nie wrócił na noc.

Tego ranka jednak mama się nie odzywała, jej uśmiech zniknął, a oczy były zaczerwienione. Obwiązała sobie po piracku głowę białą chustą przesłaniającą czoło, lecz wystawała spod niej fioletowo-żółta obwódka sińca. Tuż po śniadaniu, nawet zanim zdążyli pozmywać, mama włożyła do walizki parę swoich rzeczy, wyszła z domu i ruszyła przed siebie.

*

Następnego ranka Kya znów objęła posterunek na schodach. Świdrowała ścieżkę ciemnymi oczami, jakby wypatrywała w tunelu nadjeżdżającego pociągu. Mgła zawisła nad moczarami tak nisko, że aż szorowała miękkim podbrzuszem po błotnistej ziemi. Kya wystukiwała rytm bosymi stopami i wkręcała źdźbła trawy w stonogi, ale sześciolatka długo nie usiedzi w miejscu, więc wkrótce zapuściła się na tereny zalewane przez wodę w czasie przypływu. Błoto chlupotało jej pod stopami. Przykucając nad brzegiem przejrzystej wody, obserwowała rybki, które śmigały między plamami słońca i cienia.

Jodie krzyknął do niej spod karłowatych palm. Spojrzała w tamtą stronę; może przyniósł jakieś wieści. Lecz gdy wynurzał się spomiędzy sterczących liści, domyśliła się po jego nieśpiesznych ruchach, że mama nie wróciła.

– Pobawimy się w odkrywców? – spytał.

– Mówiłeś, że jesteś na to za duży.

– Tak tylko gadałem. Na to nigdy nie będę za duży. Ścigajmy się!

Popędzili przez równinę, a potem przez las, na plażę. Kya zapiszczała, kiedy ją wyprzedził, i nie przestała chichotać, póki nie dobiegli do wielkiego dębu, który rozpościerał nad piaskiem swe rozłożyste ramiona. Jodie i ich starszy brat, Murph, przybili do gałęzi kilka desek; odtąd dąb służył im za wieżę obserwacyjną i fort. Teraz większość już się połamała i zwisała na zardzewiałych gwoździach.

Jeśli wpuszczali Kyę, to wyłącznie jako niewolnicę, która przynosiła braciom podwędzone mamie gorące ciasteczka.

Tym razem jednak Jodie oznajmił:

– Możesz być dowódcą.

Kya uniosła prawą dłoń w rozkazującym geście.

– Przepędzić Hiszpanów!

Odłamali gałęzie-miecze i zaczęli się przedzierać przez krzaki jeżyn, krzycząc i dźgając wrogów.

Nagle – bo nastrój zabawy równie łatwo przychodzi, co odchodzi – Kya przysiadła na omszałej kłodzie. Jodie w milczeniu zajął miejsce obok. Chciał coś powiedzieć, żeby odciągnąć jej myśli od mamy, ale zabrakło mu słów, więc tylko obserwowali rozmyte cienie sunących po wodzie nartników.

Później Kya wróciła na schody. Wyczekiwanie zdawało się nie mieć końca, lecz wpatrując się w ścieżkę, nie zapłakała ani razu. Jej twarz pozostała spokojna, z cienką linią ust i wytężonym spojrzeniem. Tamtego dnia mama też nie wróciła.

2.  Jodie  1952

W ciągu paru tygodni po odejściu mamy najstarsi – brat i dwie siostry Kyi – jakby za jej przykładem też odpłynęli. Znosili wściekłe napady szału taty, które rozpoczynały się od wrzasków, a kończyły na uderzeniach pięścią lub otwartą dłonią, aż w końcu, jedno po drugim, zniknęli. Zresztą byli prawie dorośli. Potem Kya zapomniała, ile mają lat i nie mogła sobie też przypomnieć ich prawdziwych imion; pamiętała jedynie, że wołali na nich Missy, Murph i Mandy. Na wyciągniętym przez nią na ganek sienniku znalazła stosik skarpetek, które zostawiły jej siostry.

Nazajutrz, gdy z całego rodzeństwa pozostał jej tylko Jodie, Kyę obudziły stukoty, pobrzękiwania i zapach rozgrzanego smalcu. Pobiegła do kuchni z nadzieją, że mama jest już w domu i smaży kukurydziane placki albo kukurydzę w cieście. Tymczasem to Jodie stał przy piecu, mieszając na patelni kaszę kukurydzianą. Uśmiechnęła się, by ukryć rozczarowanie, a on pogłaskał ją po głowie i bez słów dał do zrozumienia, żeby była cicho; jeśli nie obudzą taty, będą mogli zjeść śniadanie sami. Jodie nie umiał piec ciasteczek, a bekonu nie było, więc usmażył na smalcu kaszę i jajecznicę. Jedli w milczeniu, wymieniając spojrzenia i uśmiechy.

Szybko pozmywali i wybiegli na dwór, po czym skierowali się w stronę moczarów. On przodem. Nagle usłyszeli wrzask kuśtykającego za nimi ojca. Był niemożliwie chudy i cały zdawał się chwiać, jakby nie mógł złapać środka ciężkości. Jego trzonowce były żółte niczym u starego psa.

Kya zerknęła na Jodiego.

– Możemy uciec, schować się w tamtym omszałym miejscu.

– Spokojnie. Będzie dobrze – odpowiedział.

*

Później, przed zachodem słońca, Jodie odnalazł Kyę na plaży. Wpatrywała się w ocean. Kiedy podszedł, nie odwróciła wzroku, wciąż obserwując drżące fale. Wyczuła jednak po tym, jak do niej przemówił, że tata walnął go w twarz.

– Muszę się wynieść, Kyu. Dłużej nie mogę tu mieszkać.

Prawie się do niego odwróciła. Chciała go błagać, żeby nie zostawiał jej samej z tatą, ale słowa uwięzły jej w gardle.

– Kiedy dorośniesz, zrozumiesz – dorzucił.

Chciała krzyknąć, że może i jest mała, ale nie jest głupia. Wiedziała, że odchodzili z powodu taty, zastanawiało ją tylko, dlaczego żadne nie zabrało jej ze sobą. Ona też chciała odejść, ale nie miała dokąd, nie miała nawet pieniędzy na autobus.

– Uważaj na siebie, Kyu. Jeśli ktoś przyjdzie, nie wchodź do domu, bo cię dopadną. Biegnij na moczary, ukryj się w zaroślach. Zawsze zacieraj ślady, tak jak cię uczyłem. Przed tatą też się tam ukryjesz. – Nie odezwała się, a on się pożegnał i ruszył przez plażę do lasu. Nim dotarł do linii drzew, wreszcie odwróciła się w jego stronę. Patrzyła, jak odchodzi.

– Ten prosiaczek został w domu – rzuciła w stronę fal.

Otrząsnąwszy się z bezruchu, pobiegła do chaty. Na progu zawołała brata po imieniu, ale jego rzeczy już zniknęły, a na podłodze leżało gołe posłanie.

Opadła na swój siennik i patrzyła, jak ostatnie promienie słońca przesuwają się po ścianie. Gdy zaszło, światło jeszcze się ociągało – jak to ono – i zalewało izbę. Na krótką chwilę kształty i kolory wygniecionych posłań i stert ubrań stały się bardziej wyraziste niż drzewa za oknem.

Kyę zaskoczyło dotkliwe poczucie głodu. Głód – taka przyziemna rzecz. Poszła do kuchni i stanęła w drzwiach. Odkąd pamiętała, miejsce to wypełniało ciepło pieczonego chleba, gotowanej fasoli masłowej czy pyrkającego na ogniu gulaszu rybnego. Teraz było zatęchłe, ciche i mroczne.

– Kto dziś gotuje? – spytała na głos. Równie dobrze mogłaby zapytać: „Kto dziś tańczy?”.

Zapaliła świeczkę, rozgrzebała żar pod paleniskiem i dorzuciła podpałki. Podmuchała miechem, a gdy pojawił się płomień, jeszcze dołożyła drewna. Lodówka służyła im za szafkę, bo do chaty nie dochodził prąd. By zapanować nad pleśnią, drzwi pozostawały uchylone, zaklinowane packą na muchy, a mimo to we wszystkich szparach rozkwitały czarnozielone żyły wilgoci.

Kya wyciągnęła resztki jedzenia i powiedziała do siebie:

– Wymieszam kaszę ze smalcem i usmażę.

Tak też zrobiła i zjadła ją wprost z patelni, wypatrując ojca przez okno. Ten jednak się nie pojawił.

Gdy blask półksiężyca wreszcie zawitał do chaty, dziewczynka ułożyła się na swoim posłaniu na ganku – powypychanym, leżącym na podłodze sienniku z prawdziwą pościelą w niebieskie różyczki, którą mama kupiła w miasteczku na wyprzedaży garażowej. Pierwszy raz w życiu była w nocy sama.

Z początku co kilka minut przysiadała i wyglądała przez pokryte moskitierą drzwi. Nasłuchiwała odgłosu kroków w lesie. Znała na pamięć kształt wszystkich drzew, ale zdawało się jej, że niektóre poruszyły się nagle w księżycowej poświacie. Przez jakiś czas była tak zmartwiała, że aż nie mogła przełknąć śliny, lecz wkrótce, jak na zawołanie, nocne powietrze wypełniły dobrze jej znane pieśni żab i koników polnych, dodające więcej otuchy niż dziecięca kołysanka o trzech ślepych myszkach i kuchennym nożu. Ciemność pachniała słodyczą, ziemistym oddechem ropuch i jaszczurek, którym udało się przetrwać jeszcze jeden upalny dzień. Moczary wtuliły się w nisko wiszącą mgłę i Kya zasnęła.

*

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Z głębi serca dziękuję mojemu bratu bliźniakowi, Bobby’emu Dykesowi, za bezustanne słowa zachęty i wsparcie. Dziękuję mojej siostrze, Helen Cooper, za to, że zawsze mogę na nią liczyć, i mojemu bratu, Lee Dykesowi, za to, że zawsze we mnie wierzył. Jestem też niezmiernie wdzięczna moim wiernym przyjaciołom i krewnym za słowa wsparcia i otuchy i za ich śmiech. Oto oni: Amanda Walker Hall, Margaret Walker Weatherly, Barbara Clark Copeland, Joanne i Tim Cady, Mona Kim Brown, Bob Ivey, Jill Bowman, Mary Dykes, Doug Kim Brown, Ken Eastwell, Jesse Chastain, Steve O’Neil, Andy Vann, Napier Murphy, Linda Denton (podziękowania za trasy narciarskie i te do jazdy konnej), Sabine Dahlmann oraz Greg i Alicia Johnsonowie.

Oto ci, którzy dzielili się ze mną cennymi komentarzami redakcyjnymi: Joanne i Tim Cady (wielokrotne sczytywanie!), Jim Bowman, Bob Ivey, Carolyn Testa, Dick Burgheim, Helen Cooper, Peter Matson, Mary Dykes, Alexandra Fuller, Mark Owens, Dick Houston, Janet Gause, Jennifer Durbin, John O’Connor oraz Leslie Anne Keller.

Dziękuję mojemu agentowi, Russellowi Galenowi, za to, że pokochał i zrozumiał Kyę i świetliki oraz za entuzjazm, z jakim dążył do przedstawienia czytelnikom tej opowieści.

Dziękuję G.P. Putnam’s Sons za wydanie tej książki. Jestem też niezmiernie wdzięczna mojej wydawczyni, Tarze Singh Carlson, za słowa zachęty, piękną stronę graficzną oraz wizję tej powieści. Dziękuję również Helen Richard z wydawnictwa Putnam za bezustanne wsparcie.

Szczególne podziękowania dla Hannah Cady za pomoc przy opisach bardziej przyziemnych aspektów rzeczywistości przedstawionych w tej powieści – choćby takich, jak palenie ogniska.