Gdzie śpiewają diabły - Magdalena Kubasiewicz - ebook
Opis

Historie o więzi bliźniąt są mocno przesadzone, przynajmniej w ich przypadku. Trudno byłoby znaleźć dwie osoby różniące się od siebie bardziej niż Ewa i Piotr. On – twardo stąpający po ziemi. Ona – wiecznie bujająca w obłokach, pogrążona w swoich fantazjach. A jednak, choć Ewa zaginęła bez śladu już dziewięć lat temu, on nadal jej szuka i nie potrafi odpuścić.

Nieoczekiwanie w sprawie Ewy pojawia się nowy trop. Jej zdjęcie znaleziono w rzeczach Patrycji, dziewczyny zamordowanej w miasteczku gdzieś na końcu świata, do którego nie dotarła współczesna cywilizacja. Śledczy rozkładają ręce, ale Piotr bez chwili wahania wyrusza do Azylu, by wypytać miejscowych o siostrę.

Tyle że w Azylu nikt nie słyszał o Ewie. Mieszkańcy częstują go za to swoimi wersjami miejscowej legendy o Diable i jego czarownicy. Azyl przypomina miejsca z horroru: mała społeczność, mroczne sekrety i zmowa milczenia. A może Piotra tylko ponosi wyobraźnia? Co prawda nigdy nie grzeszył jej nadmiarem, ale… W takim miejscu jak to wszystko wydaje się możliwe.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 286

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Magdalena Kubasiewicz

GDZIE ŚPIEWAJĄ DIABŁY

Copyright © by Magdalena Kubasiewicz, MMXIX

Wydanie I

Warszawa, MMXIX

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Prolog I. Baśnie o jeziorze, Diable i czarownicy

Było sobie raz miasteczko zagubione wśród lasów, miasteczko, w którym stały domy o pomylonej numeracji, miasteczko splątanych uliczek, wzdłuż których gęsto rosły drzewa, miasteczko pełne bluszczu, krzaków bzu i kępek wrzosu. Nie wszystkie domy były zamieszkane – niektóre wciąż czekały na swoich lokatorów. Ci nigdy nie kupowali budynków od poprzednich właścicieli, tylko pewnego dnia, pewnej nocy, wchodzili w plątaninę uliczek, szli w cieniu drzew, wdychali zapach bzu i jaśminu, by w końcu przekroczyć próg opustoszałego domostwa i objąć je w swoje posiadanie.

W każdym z tych domów mieszkał ktoś, kto mógłby ci opowiedzieć o jeziorze, Diable i czarownicy – ale to nigdy nie była ta sama historia, i tyle było baśni o nich, ilu mieszkańców miasteczka. A może jeszcze więcej, bo niektóre kryły się nie w głowach ludzi, lecz w zakurzonych lustrach, w odmętach jeziora, w skałach przy moście przerzuconym nad wąwozem i pomiędzy kępkami wrzosu.

Prolog II. Maria, która nie była diabłem

Maria nie była diabłem.

Maria miała tylko jego serce, zamknięte w szkatułce z różanego drewna.

Prolog III. Diable

Mieszkańcy miasteczka nazywali jezioro Diablim, a ponieważ nie oznaczono go na żadnej mapie, nie miało innej nazwy. Bywało, że jakiś przybysz – czasem tacy pojawiali się na wąskiej, wyboistej ścieżce, jedynej drodze prowadzącej najpierw w te okolice, a potem donikąd, gdzieś między skały, do wąwozu – pytał o pochodzenie nazwy. I nieodmiennie otrzymywał taką samą odpowiedź jak jego poprzednik.

„Na brzegu naszego jeziora śpiewają diabły”.

Maria szła po wilgotnej od rosy trawie, odgarniała na boki kolczaste gałęzie ciężkie od malin. Las, wysoki i ciemny, otaczał Diable ze wszystkich stron, ale nawet nocą, wbrew złowieszczej nazwie, nie robiło ono wrażenia strasznego miejsca: nad nieruchomą, ciemną taflą krążyły pierwsze świetliki, z tataraków dobiegały nawoływania żab, wierzbowe witki znikały w wodzie odbijającej powykrzywiane brzozy i białe kamienie.

I nad wodą niósł się śpiew, niósł się daleko zachrypnięty męski głos, wtórujący melodii wydobywanej ze strun.

– Dorogoj dlinnoju, pogodoj łunnoju, da s piesniej toj, szto w dal letit, zwienia1. – Śpiewak oparty o chropowaty pień wiekowej wierzby też nie wyglądał szczególnie diabelsko. W ciemnościach widać było głównie jego włosy, jasne, dawno nieprzycinane, aż proszące się o grzebień, lecz nieskrywające żadnych rogów. Spodnie miał poszarpane, podniszczone, koszulę poprzecieraną na łokciach, oczy niebieskie – a na trawie obok niego leżał porzucony stary plecak.

– Da so starinnoju, da siemistrunnoju, szto po noczam tak muczajet mienia – wyśpiewała Maria w odpowiedzi, wchodząc między tataraki. Ściągnęła buty, podwinęła nogawki spodni. Woda była zimna, ale by dotrzeć do wierzb i kamieni, dziewczyna mogła brodzić po płyciźnie albo przedzierać się przez chaszcze, przez kolczaste krzaki, przez ciernie rozrywające ubranie, tnące skórę. Maria nie była diabłem: Maria nie znała diablich sztuczek, nie umiała zamieniać się w dym, przenikać między gałązkami uzbrojonymi w kolce, nie potrafiła znikać i pojawiać się gdzie indziej. Z ciężkimi buciorami w ręku przeszła więc po jasnych kamieniach leżących na płyciźnie, wygładzonych przez wodę. Chłopak śpiewał, gdy szła, a ostatnia nuta przebrzmiała, kiedy Maria, ciemnooka, ciemnowłosa, ciemnobrewa, przycupnęła na korzeniu przy jego boku.

– Patrycja zginęła – powiedziała i w jej głosie dało się słyszeć zmęczenie. Znużenie widać było też na twarzy o ostrych rysach, raczej interesującej niż pięknej: kryło się w spojrzeniu czarnych oczu, w zaciśniętych wargach, w sinych księżycach pod oczyma.

– Nie utonęła w Diablim. Strzegłem brzegu.

Ostrożnie odłożył gitarę, zupełnie zwyczajną, tu i ówdzie porysowaną, obdartą z lakieru, starannie oparł ją o pień wierzby. Maria rzuciła buty i skarpetki na trawę, wyciągnęła do przodu szczupłe, bose nogi. Zapatrzyła się na czarną taflę jeziora. Stara Iwanowa lubiła opowiadać, że na jego dnie spoczywa szkatułka, w której ukryto serce Diabła – i dlatego Diabeł wciąż krąży po brzegu, bo nie może go odzyskać. Mówiła, że zwabia swym śpiewem nieświadomych ludzi i zmusza do prób wyciągnięcia niewielkiej skrzyneczki, lecz diable serce jest ciężkie i ten ciężar każdego ściąga na dno, nie pozwala już wypłynąć na powierzchnię. Iwanowa lubiła takie opowieści, a Maria słuchała ich w deszczowe dni, skulona w fotelu przy kominku, pijąc gorącą herbatę z rumem i wpatrując się w płomienie.

Teraz jednak w Diablim naprawdę ktoś utonął, a potem zginęła Patrycja.

– Znaleźli ciało w lesie. Ludzie spoza Azylu. – Blade palce zaplątały się pomiędzy czarne rozwichrzone włosy i szarpnęły ciemne pasmo gestem zdradzającym zdenerwowanie. – Mieszkańcy się niepokoją, Dmitriju. Tobiasz nie chce wrócić do domu. Ksenia zamknęła sklep, a Kata wciąż włóczy się gdzieś po chaszczach…

– Mario – odparł chłopak, wymawiając imię w śmieszny sposób, z trudnym do rozpoznania akcentem: w jego ustach brzmiało jak „Marijo”. Przez przystojną, ogorzałą twarz przemknął nieładny grymas. – Mario, ich niepokój i ich problemy należą do nich. Nie możesz martwić się o każdego.

Mocniej zacisnęła wargi, przyciągnęła do siebie nogi, oplotła je ramionami, oparła podbródek na kolanach. Noc była ciepła, lecz ją i tak przeszedł zimny dreszcz. Dmitrij z cichym westchnieniem wyciągnął zniszczoną, dużą dłoń, by pogładzić Marię po włosach. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, zmienił jednak zdanie i milczeli przez chwilę, bardzo młoda dziewczyna i tylko trochę starszy chłopak, nad brzegiem Jeziora Diablego.

A później, gdy zbyt długo nie umiał znaleźć właściwych słów, znów zaczął śpiewać, aż w końcu przyłączyła się do niego Maria. I gdyby ktoś z miejscowych spacerował tej nocy po lesie, pewnie pomyślałby, że to śpiewają diabły. Ale Maria nie była diabłem, w jej piersi wciąż biło serce, niezamknięte w żadnej szkatułce, i tego dnia zdawało się ciężkie, i bolało, jakby ktoś je zranił.

Rozdział pierwszy. Azyl, Iwanowa i Stara Szafa

Powietrze w Azylu pachniało dymem i mokrą ziemią.

Piotrowi nie podobał się ten zapach: miał wrażenie, że drażni nozdrza, zostawia metaliczny posmak na języku, utrudnia oddychanie. Samo miasteczko (do którego dotarcie okazało się przedsięwzięciem na miarę wyprawy gdzieś w okolice podbiegunowe) też nie zyskało jego uznania. Świeżo po letniej ulewie, gdy krople wciąż jeszcze siąpiły z nieba, Azyl wydawał się szary, brzydki i staroświecki. Jedno z tych miejsc, do których cywilizacja dociera z przynajmniej dwudziestoletnim opóźnieniem. Piotrowi, wychowanemu w wielkim mieście, który wieś oglądał głównie przez okno pędzącego szosą auta, miasteczko jawiło się jako zapyziała dziura gdzieś na krańcu świata.

A jednak, nawet jeśli cywilizacja miała problemy z trafieniem do Azylu, Ewie jakoś się udało. W pewien sposób jej los splótł się z miasteczkiem – albo przynajmniej z jedną z osób, które tu mieszkały – i dlatego Piotr stał w błocie obok swojego samochodu, odpalając papierosa. Buty, nowiutkie adidasy, zamokły w kałuży, ledwo wysiadł z auta, i nawet nie potrafił się tym zdenerwować.

Zajazd z niewiadomych powodów nazwany Starą Szafą (słowa takie jak „marketing” i „PR” pewnie także nigdy nie dotarły do tej zapadłej dziury) również nie robił najlepszego wrażenia. Przed budynkiem ustawiono dwa długie drewniane stoły i niezbyt foremne ławy, skryte pod zwisającymi trochę zbyt nisko gałęziami jabłoni. Sam zajazd, raczej staroświecki, miał drewniany, niewielki ganek i mało reprezentacyjny szyld, krzywo przybity nad wejściem. Na pierwszym piętrze (nadbudówka, jak ocenił Piotr) ponoć wynajmowano pokoje, a sądząc po tym, że raczej nie mieli tu specjalnego ruchu, pewnie mieszkali tam też właściciele.

– Niech to szlag – mruknął pod nosem, rzucając niedopałek na ziemię. Upewnił się, że samochód jest zamknięty (pewnie takich tu często nie widywali, lepiej nie ryzykować) i przy akompaniamencie dzwoneczka zawieszonego przy drzwiach wszedł do budynku.

Tylko kilka stolików, wszystkie drewniane, porozstawiane dość chaotycznie. Podłoga też drewniana, starannie wymyta. Kolorowe szkiełka zawieszone w oknach. Zapach kawy i grzybów, nawet całkiem przyjemny, uderzający w nos zaraz za progiem. Przyciągający uwagę kominek, w którym nie płonął teraz ogień, tuż przy nim mały stolik z wyrysowaną na blacie szachownicą, obok dwa wysłużone fotele. Kilka wyższych krzeseł przy ladzie, menu zawieszone na ścianie, wypisane ręcznie – niezbyt bogate i prawdopodobnie zmieniane codziennie. Dziś na śniadanie można było dostać jajecznicę albo tosty, w porze obiadowej zupę pieczarkową albo pomidorową, gołąbki, bigos i kurczaka z ziemniakami. Na kolację podawano natomiast dwa rodzaje zapiekanek. Dodatkowo przez cały dzień dostępny był kompot jabłkowy, wino, kawa, herbata, frytki, szarlotka na ciepło, sałatka owocowa i kanapki z kurczakiem.

„Stara Iwanowa jest strasznie dziwna – powiedział mu Zawadzki kilka dni temu – i broń cię Panie Boże pozwolić, żeby złapała cię za rękę, ale gotuje niebiańsko. Niebiańsko, powiadam. A już jej pulpeciki w sosie własnym… gdyby była dziesięć lat młodsza, padłbym na kolana i błagał, żeby rzuciła to wszystko w diabły i została moją żoną”.

Zważywszy na to, że Zawadzki, policjant i przyjaciel Piotra, był zatwardziałym kawalerem, deklaracja robiła wrażenie. Piotr głównie z jej powodu skupił się na jadłospisie i dopiero po długiej chwili dostrzegł, że jest obserwowany. Kobieta, jasnowłosa, drobna, na oko starsza od niego o kilka lat, przypatrywała mu się z kąta. Jedyny gość zajazdu. Albo naprawdę nie mieli tu ruchu, albo pora była zbyt późna na śniadanie, a zbyt wczesna na obiad. Piotr mimowolnie zwrócił uwagę na dłonie klientki: szczupłe, zgrabne palce, zakończone krótkimi, zniszczonymi paznokciami, pociągniętymi odpryskującym już czerwonym lakierem. Uderzała nimi o blat stolika w nerwowym geście, a spojrzenie, którym obdarzała Piotra, było tak pełne niechęci, że aż zrobiło mu się nieswojo.

Nie wyglądał przecież szczególnie odpychająco. Fakt, jasne krótkie włosy zaczęły się odrobinę kręcić od wilgoci i rano nie bardzo miał jak się ogolić, ale wciąż był przyzwoicie wyglądającym mężczyzną średniego wzrostu, powoli zbliżającym się do trzydziestki, nie jakimś menelem spod sklepu monopolowego. Nie chciał też odstawać ubiorem, więc włożył dżinsy i bluzę. Dżinsy wprawdzie były markowe, ale niby skąd kobieta mogła to wiedzieć? Jakiś radar? Wykrywacz w oczach? A z niej też nie był żaden cud: wręcz przeciwnie, była zaniedbana. Dokładnie tak wyobrażał sobie kobiety z niewielkich miasteczek gdzieś na odludziu.

Wciąż mu się przyglądała. Piotr, którego zaczynało to irytować, posłał jej uprzejmy uśmiech. Prychnęła cicho i wreszcie pochyliła się nad swoją szarlotką, a on mógł odetchnąć z ulgą.

– W czym mogę pomóc?

Obrócił się gwałtownie, trochę zaskoczony. Kobieta za ladą zmaterializowała się nie wiadomo kiedy: musiała poruszać się naprawdę cicho. Jeśli to była stara Iwanowa, to Piotr miał pewien problem ze stwierdzeniem, dlaczego właściwie Zawadzki nazywał ją „starą”. Włosy, ściągnięte w ciasny kok, miała wprawdzie zupełnie siwe, wokół oczu i ust dało się dostrzec zmarszczki, o przeżytych latach świadczyło też kilka bruzd na czole, ale trzymała się prosto, była szczupła, bardzo jasne, niemal przejrzyste oczy o migdałowym kształcie, otoczone długimi rzęsami, patrzyły bystro, a w rysach wciąż pozostał ślad dawnej urody. Piotr dałby jej może pięćdziesiąt parę, góra sześćdziesiąt lat. Przed dekadą musiała być ładną kobietą. Przed dwiema – zapewne oglądała się za nią większość mężczyzn na ulicach. Przed trzydziestu laty zaś niewątpliwie mogłaby stworzyć sobie armię niewolników.

Kto wie, może tak robiła.

– Poproszę kawę. Czarną. I… szarlotkę – zamówił Piotr. Iwanowa, a może tylko jakaś jej pracownica, przypatrywała mu się uważnie, jakby próbowała przewiercić wzrokiem jego głowę, i dopiero po chwili pojął, co go w tym spojrzeniu niepokoi. Kobieta prawie nie mrugała. – Chciałbym też wynająć pokój.

– Na długo? – Głos nie pasował do zmarszczek i do siwych włosów. Brzmiał, jakby należał do młodej osoby. Dźwięczny, trochę za niski jak na kobietę, ale przyjemny dla ucha.

Wciąż nie mrugała.

– Nie jestem pewien. Może na początek trzy dni – powiedział z wahaniem.

Liczył, że to wystarczy z naddatkiem, żeby dowiedzieć się wszystkiego, czego potrzebował. Nie miał ochoty utknąć w Azylu na dłużej, zresztą najpóźniej za tydzień powinien wrócić do domu. Inaczej ojciec wyrwie mu serce i obetnie głowę, a potem pozszywa i ożywi jego trupa. Tylko po to, żeby zabić wyrodnego syna jeszcze raz.

– Trzysta – oceniła Iwanowa po chwili milczenia. Dość drogo jak na taki zajeździk, obruszył się w myślach Piotr. Z drugiej strony nie bardzo miał wyjście i właścicielka pewnie o tym wiedziała. Brak konkurencji, a ona nie musiała ściągać klienta, w końcu już tu był. – Albo dwieście i opowieść.

– Opowieść? – wyrwało mu się. – Co to za waluta?

– Bezcenna.

Kąciki ust Iwanowej drgnęły, odwróciła się, by przygotować kawę i szarlotkę. Poruszała się lekko i szybko, z gracją, jakiej nie widywał często nawet u dużo młodszych kobiet.

– Obawiam się, że nie znam wielu opowieści. Raczej zapłacę – mruknął Piotr, gdy postawiła na ladzie talerzyk z ciastem.

Po chwili obok znalazła się filiżanka pełna kawy. Piotr po namyśle zajął miejsce przy ladzie: mógłby przysiąc, że co jakiś czas czuje na sobie nienawistny wzrok jasnowłosej, i jakoś podświadomie wolał trzymać się gospodyni. Nie miał też zamiaru robić z siebie pajaca i opowiadać żadnych bajek, wolał już odżałować tę stówę.

– Nie znasz? Za trzy dni to się na pewno zmieni – zapowiedziała Iwanowa, przypatrując się Piotrowi uważnie, wciąż bez mrugnięcia. Przeszła na ty, co nie do końca mu się podobało, ale ponieważ właśnie spróbował szarlotki (do licha, czemu Zawadzki uważał, że te dziesięć lat to taka przeszkoda?), darował sobie uwagi. – W Azylu jest ich pełno. Czają się za każdym rogiem, kryją między krzewami, odbijają w kawałkach szkła. Szybko je znajdziesz.

Dobrze, Zawadzki miał rację nie tylko co do jej kuchni. Naprawdę była dziwna. Bardzo, bardzo dziwna.

– Właściwie to nie szukam opowieści – powiedział ostrożnie, starając się, aby mina i ton nie odzwierciedliły myśli. Najpierw upił zresztą łyk kawy, by dać sobie moment na znalezienie właściwych słów. Najlepiej takich, które nie obejmowałyby pytania: „Jest pani kompletną wariatką?”.

– Każdy szuka opowieści. – Iwanowa uśmiechnęła się lekko… i mrugnęła, co Piotr przyjął z pewną ulgą. Podobno ludzie instynktownie nie ufają osobom, które mrugają zbyt dużo. Niemruganie zdawało mu się jednak o wiele bardziej niepokojące. – Tylko nie każdy zdaje sobie z tego sprawę.

– Nie. Jestem pewien. Szukam… kogoś. Dziewczyny. – Odłożył widelczyk, sięgnął do kieszeni, wyłowił portfel i wyjął z niego fotografię. Przedstawiała drobną nastolatkę, o długich, kręconych, jasnych włosach i brązowych oczach. Zgarbiona, ze splecionymi dłońmi, z odrobinę opuszczoną głową. Nie uśmiechała się: wyraz twarzy miała poważny, może wręcz smutny. – Teraz byłaby starsza. To zdjęcie sprzed kilku lat. Może ją pani tutaj widziała?

Stara Iwanowa wyciągnęła rękę. Dłonie miała zadbane i gładkie. Biorąc pod uwagę rodzaj wykonywanej pracy, musiała stosować jakieś cudowne kremy. Gdy nie zaprotestował, zabrała zdjęcie i przez chwilę uważnie przyglądała się uwiecznionej na nim dziewczynie. Piotr mimowolnie zacisnął dłoń w pięść, wpatrując się w Iwanową z nadzieją: spoglądała na fotografię długo, może faktycznie...?

– Jestem pewna, że nikogo takiego nie znajdziesz w Azylu – orzekła w końcu, oddając mu portret Ewy. – Znam każdego mieszkańca. Kata, skarbie, mogłabyś przekazać Marii, żeby mnie dziś odwiedziła?

Piotr starannie ukrył rozczarowanie, odebrał zdjęcie i spojrzał do kąta, gdzie jasnowłosa kobieta o zniszczonych paznokciach skończyła jeść szarlotkę, a na słowa Iwanowej poderwała się z miejsca. Skinęła głową, przeszła przez pomieszczenie szybkim krokiem i obrzuciła przy tym Piotra niewytłumaczalnie wrogim spojrzeniem. Jeśli wcześniej kryła się w jej wzroku niechęć, to teraz można by się w nim doszukać nienawiści.

– Więc pewnie znała pani Patrycję Królikowską? – podchwycił, patrząc, jak za Katą zamykają się drzwi.

– Znałam – odparła Iwanowa ze spokojem. Nie wydawała się zaskoczona, może od początku spodziewała się tego pytania. Ostatnimi czasy musieli je tu słyszeć całkiem często. – Nie jesteś z policji. Nie ona jest na tym zdjęciu. Dziennikarz? Nie. Wtedy nie mówiłbyś, że nie szukasz opowieści.

– Nie, ja… po prostu myślę, że ta dziewczyna, Patrycja, mogła znać Ewę – wyjaśnił pośpiesznie Piotr, sam nie do końca wiedząc, dlaczego się tłumaczy. – To moja siostra. To znaczy Ewa. Nie Patrycja. Ona jest na tym zdjęciu. Ja nie…

Urwał. Przez ułamek sekundy pod bacznym spojrzeniem Iwanowej czuł się jak uczniak, który coś przeskrobał i usiłuje wytłumaczyć się surowej nauczycielce, plącząc się przy tym w zeznaniach. Nie odrywając od niego wzroku, przez chwilę grzebała pod ladą, po czym położyła przed nim łańcuszek, na którym zawieszono dwa klucze. Oba stare, jeden zmatowiały, drugi bardzo malutki, błyszczący.

– Schodami w górę i na lewo, pierwszy pokój od wejścia. Łazienka wspólna na dwa pokoje, ale ten drugi stoi pusty. Moje mieszkanie jest na prawo, gdybyś czegoś potrzebował. Zwykle najłatwiej znaleźć mnie tutaj. Jeśli gdzieś znikam, zastępuje mnie Antonia, czasem pomaga tu Maria. Niedługo je poznasz. Tej pierwszej nie pyskuj, tej drugiej nie dotykaj.

– Nie zamierzam nikogo dotykać – zastrzegł Piotr, marszcząc brwi.

Za kogo ona go brała? Ona i Kata o zniszczonych dłoniach, która patrzyła, jakby chciała zadusić obcego gołymi rękoma? Iwanowa już jednak nie słuchała, zniknęła na zapleczu i nie pojawiła się przez kolejny kwadrans. Piotra to zdumiało. Nie chciała zadatku, dowodu, nie zapytała nawet o nazwisko, ba, nie czekała, aż zapłaci za szarlotkę i kawę. Mógłby w tym czasie dwa razy wejść na górę, zgarnąć wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, i wynieść się w diabły.

Być może byłyby nawet z tego zadowolone. Stara Iwanowa i jasnowłosa Kata o oczach pełnych niechęci.

***

Do otwarcia drzwi posłużył większy klucz i Piotr nie potrafił odgadnąć przeznaczenia mniejszego. Wciągnął do środka walizkę, rozglądając się po pomieszczeniu. Pokój był kwadratowy, mały, czysty i pachniało w nim drewnem, kwiatami i deszczem. Deski podłogi skrzypiały cicho, na okrągłym stoliku o podrapanym blacie stał wazon wypełniony trawą i kwiatami, obok stołu ustawiono wiklinowy fotel. W otwartym oknie nie wisiały żaluzje, tylko fioletowe zasłony z jakiegoś miękkiego materiału. Nad łóżkiem zawieszono dwie półki, przy wejściu stała masywna, rzeźbiona szafa, na pewno dużo starsza od Piotra, a może nawet od jego dziadka.

Podszedł do okna, aby je zamknąć, i wtedy jego wzrok padł na obraz wiszący na ścianie. Wrzosowisko, ciągnące się aż po horyzont, stykające się z linią ciemniejącego nieba, stojąca pośród wrzosów postać w białej sukience, zamazana, jakby otoczona cieniami. Fiolet, ciemnoniebieski, szarość, odrobina bieli, to były wszystkie kolory użyte przez malarza. Może po części przez to scenka zdawała się dość ponura.

Ten obraz spodobałby się Ewie, przeszło Piotrowi przez głowę. Nie tylko dlatego, że był dobrze namalowany, ale też ze względu na wybór tematyki i klimat. Ewa często rysowała podobne rzeczy. Mosty zasnute mgłą, zjawy kręcące się po lesie, kobiety tańczące pośród płomieni, ciemną taflę jeziora odbijającą postacie, które nie stały na brzegu, grajka o diablich rogach. Jej obrazy przedstawiały sceny z pogranicza świata baśni, jak wyrwane gdzieś spomiędzy jawy a snów.

Ewie, pomyślał nagle Piotr, wyglądając przez okno, na podwórze porośnięte bzami i jabłoniami, mogłoby się spodobać to miasteczko. To wszystko, co jego odstraszało, w niej pewnie wzbudziłoby zachwyt. Czy Iwanowa mogła się mylić? Czy Ewa chodziła tymi uliczkami, czy kręciła się po okolicy, gdy odwiedzała Patrycję? Przecież nie musiała mieszkać tu na stałe. Być może wpadała z wizytą, a ponieważ nie zaglądały do zajazdu, stara Iwanowa nie zdążyła jej poznać.

Ale mogli to zrobić inni.

Podniesiony na duchu tą myślą, rozpakował część rzeczy, ruszył do łazienki, żeby wziąć prysznic i się ogolić, a potem znów zszedł na dół: w świeżym ubraniu, z wilgotnymi włosami. Tym razem przy jednym ze stolików siedział młody chłopak w nieporządnym stroju, a miejsce przy kominku zajęła jakaś starsza para. Piotr wahał się przez chwilę, czy do kogoś nie podejść, ale młodziak, który pochłaniał kurczaka, nie używając sztućców, sprawiał nieprzyjemne wrażenie. Starsi państwo z kolei trzymali się za ręce i szeptali coś do siebie. Przerywanie im w tym momencie Piotr uznał za niegrzeczne.

Gdy przechodził przez salę, nozdrza chłopaka rozszerzyły się na moment i uniósł wzrok, by spojrzeć prosto na Piotra jasnymi, dziwnie szklistymi oczyma. Przez chwilę trwał w bezruchu, po czym mocne białe zęby szarpnęły trzymane w ręku udko. Trzasnęła kość. Tak. Zdecydowanie nieprzyjemne wrażenie. Pewnie ćpun. Z jego oczami coś było bardzo nie w porządku.

„Wiesz, Peter, właściwie wszyscy ludzie w Azylu są jacyś dziwni – powiedział mu parę dni temu Zawadzki, zamyślony, zapatrzony gdzieś w ciemność za oknem. – Odpowiadali na pytania, nikt niczego nie utrudniał, nikt nie był dla nas niegrzeczny, ale czuło się, że nas nie chcą. Całe to miasteczko…”. Zawadzki urwał. Pokręcił tylko głową.

Teraz Piotr zaczynał rozumieć, co takiego miał na myśli.

– Pokój spełnia oczekiwania? – Głos Iwanowej wyrwał go z zamyślenia. Znów przegapił moment, w którym podeszła do lady. – Coś podać?

– Jest… dobrze – przyznał ostrożnie, bo mogło być lepiej, ale mogło też być dużo gorzej. – Może kurczaka. Albo nie. Lepiej pieczarkową. – Mocne zęby masakrujące udko. Spojrzenie szklistych oczu. Piotr wciąż miał wrażenie, że ktoś na niego spogląda, czuł dziwne mrowienie na karku. Nagle odechciało mu się mięsa. – Przepraszam… w pokoju wisi obraz…

– Możesz go zdjąć ze ściany, jeśli ci przeszkadza.

– Nie, nie, po prostu zastanawiałem się…

Urwał, bo Iwanowa zniknęła mu z oczu, nim dokończył. Piotr zacisnął mocniej szczękę, walcząc z irytacją. Kobieta wróciła po kilku minutach, postawiła na ladzie talerz zupy i jak gdyby nigdy nic podjęła rozmowę.

– To wrzosowisko leży za miasteczkiem. Teraz wrzosy jeszcze nie kwitną, więc i widok nie robi takiego wrażenia. Musiałbyś poczekać jeszcze ze dwa tygodnie, a chyba tyle nie zamierzasz zostać. Kawy?

– Nie, dziękuję – odparł, przysuwając sobie talerz. Zdecydował się pozostać na razie przy ladzie i podpytać trochę Iwanową. – Czy w okolicy jest jakiś sklep? I właściwie byłem ciekaw, kto ten obraz namalował. Kobieta otoczona cieniami to… ciekawy motyw.

– Najbliżej jest sklepik Kseni. Jak dojdziesz do pierwszego skrzyżowania i skręcisz w lewo, zaraz tam trafisz. Tuż obok stoi dom otoczony dużym ogrodem, na pewno nie przegapisz. Obraz dostałam kilka lat temu od przyjaciółki, a kobieta na nim to nasza czarownica.

Uniósł łyżkę do ust, spróbował ostrożnie, żeby nie poparzyć warg. Zupa była doskonale przyprawiona, z domowym makaronem i dużą ilością pieczarek. Iwanowa rzeczywiście przykładała się do gotowania.

– Nasza czarownica? – podchwycił, bo zabrzmiało to zabawnie, jakby mieli w miasteczku jakąś wiedźmę. A może i mieli? Starszą kobietę, mieszkającą w chatce na skraju lasu, zbierającą zioła, w wyobraźni Piotra przypominającą Babkę z jednego z polskich seriali. Do Azylu pasowałoby coś takiego. Chociaż właściwie postać na obrazie miała białą zwiewną sukienkę, która raczej nie przypominała strojów Babki.

Iwanowa uśmiechnęła się do niego, po raz pierwszy, odkąd ją zobaczył. Uśmiech był szeroki, ukazywał zaskakująco białe jak na kogoś w tym wieku zęby i sprawiał, że twarz właścicielki zajazdu zdawała się młodsza. Teraz można by uwierzyć, że Zawadzki poważnie rozważał swoją ofertę matrymonialną.

– Mamy tu pewną opowieść. O czarownicy, która żyła w tym miejscu, zanim powstał Azyl. Chcesz posłuchać?

Wcale nie był pewny, czy chce. Nie lubił baśni. Jednak widział wyraźnie, że Iwanowa ma ochotę się tą historią podzielić i po raz pierwszy wykazuje jakiś entuzjazm wobec rozmowy z nim. Mogłaby źle przyjąć odmowę, napluć mu do zupy albo zniechęcić do niego mieszkańców. Jakby już nie wydawali się wrogo nastawieni…

– Chętnie – skłamał więc, zmuszając się do uśmiechu.

Opowieść starej Iwanowej

Był sobie raz Diabeł.

Diabeł miał oczy czarne jak dwa agaty i włosy ciemne jak nocne niebo, skórę zaś białą jak śnieg. Diabeł miał też serce ciemniejsze od skrzydeł kruka i twardsze niż diamenty. Sam nie wiedział, skąd wziął się na świecie – wiedział tylko, że ten świat kiedyś był inny, bardziej przyjazny diabłom. Trzymał się więc głównie lasów, bo szum drzew się nie zmieniał, nie zmieniał się ogień i dym, nie zmieniał się zapach mchu i jego własny głos, kiedy śpiewał pieśni, których nikt nie mógł usłyszeć.

Raz zawędrował nad brzeg jeziora o wodzie tak czystej, że dno dało się zobaczyć nawet na samym środku, gdzie woda była tak głęboka, że z trudem dawało się dopłynąć do dna. Nad jeziorem stała zaś niewielka chatka, w której mieszkała młoda dziewczyna – i dziewczyna ta miała tak czyste serce i tak piękny uśmiech, że Diabeł postanowił zdobyć jej duszę.

Choć panna mieszkała na uboczu, to młodzi mężczyźni nieraz pukali do jej drzwi. Może chodziło o sposób, w jaki się uśmiechała. A może o to, jak patrzyła. Nikogo jednak nie zapraszała do środka i nikt nie potrafił poruszyć jej serca.

Diabły są jednak sprytne i cierpliwe, kiedy im na czymś zależy.

Diabeł siadał więc na brzegu jeziora, grał i śpiewał o minionych dniach, o świecie pełnym magii, o mocy ognia i wody, ziemi i wiatru. Śpiewał o dziwach, jakich dziewczyna nie znała, ale o jakich czasem śniła, a pieśń niosła się daleko nad wodą. Była wiosna, a wiosną coś wisi w powietrzu, coś niespokojnego, co wywabia po długiej zimie, co wzywa do robienia szalonych rzeczy. Rozkwitały pierwsze kwiaty, zieleniły się pąki na drzewach. I sny panny wypełniały ogień, woda, wiatr, żar-ptaki na niebie, mówiące wilki, widma, a przede wszystkim głos Diabła. Najpierw wieczorami otwierała tylko okno, by móc go słyszeć. Potem zaczęła stawać na progu. Po kilku tygodniach wychodziła już na brzeg. Wreszcie, nim wiosna przemieniła się w lato, pierwszy raz usiadła u boku grajka.

Nie przypominał chłopców pukających do jej drzwi. Oni nie znali takich pieśni i takich historii, nie mieli takich oczu i takiego uśmiechu – bo Diabeł umiał uśmiechać się równie pięknie jak ona. Może nawet piękniej.

W taki sposób uśmiechają się tylko diabły, ale dziewczyna nie mogła tego wiedzieć.

Nauczył ją swoich pieśni, snuł historie o innych miejscach i czasach, wymieniał imiona gwiazd. Mała chatka, oczy i palce zmęczone od szycia, rwanie chwastów w ogródku, gdy słońce pali w kark, zbieranie leśnych owoców i prości chłopcy przychodzący po pracy w polu to wszystko zaczęło się wydawać nudne i wstrętne. Myśl o poślubieniu jednego z mężczyzn, którzy ją odwiedzali, o rodzeniu dzieci, póki się nie zgarbi, a jej uroda nie przeminie, przerażała pannę coraz bardziej. I dziewczyna czuła, że żyje tylko dla tych wieczorów spędzonych u boku Diabła, że nic poza jego głosem, ciemnym niebem, jasną tonią jeziora nie ma znaczenia. Diabeł był sprytny i cierpliwy, o nic nie prosił i niczego nie narzucał, pozwalając, by na pieśniach, opowieściach i pytaniach dziewczyny przeminęło lato. Kiedy zaś w chłodnych podmuchach wiatru czuć już było nadchodzącą jesień, kwiaty przekwitały, liście czerwieniły się na drzewach, a na niebie pojawiły się klucze odlatujących gęsi, zapytał, czy chce, żeby nauczył ją magii. Dziewczyna miała czyste serce i kiedyś przeraziłaby ją ta propozycja. Wzbudzała lęk nawet teraz, ale pieśni zasiały w jej duszy nieuchwytną tęsknotę, a uśmiech Diabła nie był już obcy.

Noc nadchodziła wcześniej, a wieczory robiły się chłodne, więc kiedy zapadała ciemność, Diabeł rozpalał ognisko – i w jego blasku uczył pannę magii. Pokazywał, jak utrzymać w ręku płomienie, jak zobaczyć przebłyski przyszłości w przejrzystych wodach jeziora, jak sprawić, by rośliny szybciej kwitły pod dotykiem. Był dobrym, cierpliwym nauczycielem.

Nie zaprotestowała, gdy pewnej szczególnie zimnej nocy objął ją ramieniem.

I kiedy liście z drzew opadły, jezioro skuł lód, a ziemię przykrył śnieg, otworzyła przed nim drzwi swojego domu. Diabeł przestąpił próg, uśmiechając się iście po diabelsku. Serce dziewczyny należało do niego, a gdy uczył ją magii, zmienił jej duszę. Teraz mógł po nią sięgnąć, ale czekał – zima przemijała, on zaś dalej mieszkał w chatce i wciąż nie odebrał kochance duszy. Nie pytaj dlaczego. Nikt nie pojmie, co się dzieje w głowie diabła.

Diabły są sprytne i cierpliwe, ale i one popełniają błędy. Diabeł patrzył na kobietę, w której domu mieszkał, i wciąż widział dziewczynę o czystym sercu, pięknym uśmiechu i tajemniczym spojrzeniu. Tę samą dziewczynę, którą pewnego dnia spotkał nad brzegiem jeziora. Zapomniał, że nie jest już tamtą panną – że przecież uczynił ją czarownicą, a czarownice tańczą z ogniem i słuchają wiatru, czarownice widzą przyszłość w wodzie i karmią się siłą ziemi. Czarownice mocno kochają i równie mocno nienawidzą. Czarownice nie są naiwnymi dziewczynami, które może zwieść pieśń i uśmiech.

Śnieg topniał. Nadchodziła wiosna i Diabeł uznał, że dusza, już i tak należąca do niego, powinna zostać ostatecznie odebrana, by on mógł ruszyć dalej. Jakaś jego część nie chciała krzywdzić dziewczyny, lecz lasy, pola i trakt wabiły go z coraz większą mocą. Chłopcy, którzy pukali kiedyś do drzwi chatki, wodzili za nim niechętnymi spojrzeniami, a Diabeł tęsknił za drogą i dość miał ciasnych ścian. Czarownica jednak spojrzała w przejrzyste wody jeziora i zobaczyła tam prawdę.

Tej samej nocy wycięła Diabłu serce.

Zamknęła je w szkatule i wrzuciła na dno jeziora, przywiązując kochanka do tego miejsca. Czerń diablego serca zabarwiła wodę na czarno, to zaś tak bardzo przeraziło mieszkańców, że spalili chatę. Nie znaleźli jednak czarownicy. Nikt z pobliskiej wioski już nigdy jej nie zobaczył, nikt nie dowiedział się, co ją spotkało. Czasem za to słyszeli śpiew nad brzegiem jeziora i przychodzili wezwani magiczną melodią, a Diabeł zmuszał ich, by rzucali się do jeziora i próbowali wydobyć szkatułkę. Serce Diabła jest jednak ciężkie i twarde, ten ciężar każdego ściąga więc na dno.

Po dziś dzień nad Diablim słychać śpiew.

Rozdział drugi. Śpiew nad Jeziorem Diablim

Wiatr rozegnał chmury i po południu nad Azylem zaświeciło słońce. Piotr nie zamierzał iść na spacer,, ale coś ostatecznie wygnało go z zajazdu. Może to, że na zewnątrz zrobiło się ciepło. Może milczenie Iwanowej, która po opowiedzeniu swojej historii nie bardzo chciała z nim rozmawiać, dziwnie zamyślona. A może Kata, która przysiadła się do młodzieńca o długich włosach i we dwoje śledzili Piotra niechętnymi spojrzeniami.

Początkowo chciał iść do sklepu Kseni, w końcu skierował się jednak w przeciwną stronę, skręcił w leśną ścieżkę. Sam nie wiedział, dlaczego: przecież miał pytać, miał pokazywać zdjęcie Ewy, miał szukać śladów siostry. W lesie nie znajdzie nikogo, komu będzie mógł zadać pytanie powtarzane przed paru laty niczym mantra: „Czy ją widziałeś?”.

„To miejsce dziwnie działa na człowieka, Peter. Na pewno chcesz tam jechać? Wszyscy mówili, że to zdjęcie musi być przynajmniej sprzed dwóch lat, że ta Patrycja potem ścięła włosy… Nie wiemy, czy to na pewno twoja siostra, i nie wiemy, czy ta dziewczyna w ogóle tam była…”.

– To miejsce dziwnie działa na człowieka – mruknął do siebie.

Leśna ścieżka była wąska, nierówna, pewnie rzadko uczęszczana. Raczej nikt nie jeździł tędy samochodem. Korony drzew splatały się tu i ówdzie ponad dróżką i na głowę Piotra przy mocniejszych podmuchach wiatru spadały krople wody. Buty szybko pokryło błoto, a on zaczął wściekać się sam na siebie, że w ogóle wszedł do lasu, w dodatku nieznanego, i to po deszczu. Jak ten idiota chciał zobaczyć jezioro z opowieści, jezioro, które Iwanowa nazwała Diablim, jezioro, nad którym ponoć słychać diabelski śpiew. A przecież nie wierzył w baśnie i ich nie lubił, nie szukał opowieści, szukał swojej siostry, śladu jej obecności. Szukał potwierdzenia, że żyje, jest bezpieczna albo że zginęła dawno temu, on zaś powinien wreszcie pogodzić się z losem. Skoro już jednak wszedł w las, brnął uparcie naprzód tak pogrążony w niewesołych myślach, że nie od razu pojął, że słyszy muzykę.

Piotr stanął jak wryty, omal się przy tym nie potknął. Przez chwilę sądził, że to tylko wytwór jego umysłu, ale nie, muzyka rzeczywiście brzmiała, a potem jeszcze dołączył do niej śpiew. Męski głos śpiewał o słodyczy miodu i goryczy piołunu, o zapachu bzu i dymu, o spojrzeniu czarnych oczu – i Piotr przez chwilę miał wrażenie, że to wszystko mu się śni. Czuł jednak wilgoć kropli, która spadła mu na policzek, zapach mokrej ziemi i ból w miejscu, gdzie paznokcie zaciśniętej nagle dłoni wpijały się w skórę. To nie był sen, serce tłukło się szaleńczo w piersi, a on, Piotr, zawsze kierujący się logiką, miał ochotę zawrócić i uciec.

Na litość boską, przecież to nie może być głos Diabła, pomyślał, potrząsając gniewnie głową. Diabłów nie ma. Głupie bajki i miejscowi, którzy próbują nastraszyć przybysza z miasta. Skręcił między krzaki i skierował się w stronę źródła dźwięków – początkowo gałęzie czepiały się spodni, krople osiadłe na liściach moczyły ubranie, ale po kilkunastu krokach trafił na wąziutką, wydeptaną ścieżkę. Najwidoczniej ktokolwiek tam był, przeszedł tędy i czasem chodzili tu inni ludzie. Diabły na pewno nie potrzebowały takich dróżek.

Piotr odgarnął gałęzie malin, wyszedł na wolną przestrzeń otaczającą jezioro, rzeczywiście ciemne, jak w opowieści. Brzeg z jednej strony był niski, spokojnie dałoby się wejść do wody, ale z pozostałych porastały go tataraki, krzewy i drzewa. Nie wszędzie można by się dostać inaczej niż przez wodę. Piotr przez chwilę stał w miejscu, przejęty dziwnym uczuciem déjà vu. Śpiew umilkł wreszcie i dopiero wtedy udało mu się wypatrzeć śpiewaka, siedzącego na pniu zwalonego drzewa.

Nie miał czarnych włosów i nie przypominał diabła. Piotr odniósł wrażenie, że był chyba sporo od niego młodszy. Chłopak oparł gitarę o pień i spojrzał na intruza, nie wyglądało jednak na to, by zamierzał go schwytać i kazać nurkować w poszukiwaniu serca.

– Cześć – rzucił. – Czego szukasz?

Piotr zawahał się, ale skoro został zaczepiony, podszedł, trochę niezadowolony z tego, że młodziak zwraca się do niego tak poufale. Kiedy się zbliżył, odkrył jednak, że nie ma do czynienia – jak początkowo myślał – z nastolatkiem. Grajek mógł mieć dwadzieścia parę lat. Miał ogorzałą, przystojną twarz i blond włosy, które dawno pewnie nie widziały nożyczek, a może i grzebienia. Trochę szczuplejszy, lecz o mocniejszych, zniszczonych dłoniach i zapewne wyższy. Gdy siedział, trudno było ocenić wzrost. Oczy miał niebieskie, bardzo jasne.

– Właściwie niczego. Usłyszałem śpiew.

– I przyszedłeś szukać Diabła? – spytał chłopak z pewnym rozbawieniem. W jego głosie brzmiał trudny do rozpoznania akcent. – Jestem Dmitrij. Kolejny policjant? Znaleźliście jakieś nowe tropy, że tu wracacie?

– Piotr. Nie jestem policjantem, jak mówiłem, niczego nie szukam… na pewno nie diabła. Diabłów nie ma.

Dmitrij – pewnie pseudonim, tak przynajmniej uznał Piotr – skierował spojrzenie na jezioro. Buty miał ubłocone, spodnie mokre, a w wilgotne włosy zaplątał się listek. Na jego szyi wisiała srebrna zawieszka w kształcie księżycowego sierpa. Coś w nim wzbudzało u Piotra pewien niepokój, taki sam, jaki odczuwał, gdy obserwował go chłopak u Iwanowej. Niemal odruchowo cofnął się o krok. Nie wiadomo, czy w kieszeni poszarpanych spodni nie kryje się scyzoryk, czy ostrza nie ma w plecaku. Dmitrij nie był może diabłem, ale to nie znaczyło, że nie okaże się niebezpieczny.

– Każdy ma swojego diabła – stwierdził chłopak zamyślony. – Nie jesteś jednym z nas. Przyjezdny? Rzadko ktoś zatrzymuje się w Azylu. Chciałeś obejrzeć Diable?

– Przyjezdny – przyznał Piotr. Na chwilę porzucił obserwację chłopaka i skierował wzrok na jezioro. Rzeczywiście, było warte obejrzenia. Ciemna powierzchnia, zupełnie jak w opowieści, która mimo to odbijała rosnące na brzegu drzewa. Wierzby, brzozy, białe kamienie, gałęzie krzewów. Czarna, lustrzana tafla. – Tak… szukam kogoś, chociaż nie diabła. Dziewczyna, podobna do mnie, tylko trochę niższa, miałaby teraz dwadzieścia siedem lat. Ewa Zawisza, chociaż może używać innego nazwiska… Przyjaźniła się… z Patrycją.

Dmitrij milczał. Odwrócił głowę tak, że Piotr nie mógł widzieć jego twarzy. Cisza szybko stała się niezręczna i nim Dmitrij odpowiedział, Piotr już miał ochotę uciekać.

– W Azylu mieszka teraz tylko jedna Ewa, ale jest niska, ciemnooka i na pewno nie ma dwudziestu siedmiu lat. – Podniósł się, otrzepał spodnie. Tu i ówdzie pozostały na nich zielone plamy. Nawet jeżeli początkowo Dmitrij był dość przyjaźnie nastawiony, teraz jego niechęć do rozmowy stała się aż nazbyt oczywista.

Piotrowi przez chwilę zrobiło się głupio. Ci ludzie znali Patrycję, jej śmierć musiała nimi wstrząsnąć i niekoniecznie mieli ochotę rozmawiać o dziewczynie z obcymi.

– Przepraszam – powiedział, unosząc otwarte dłonie w geście poddania. – Nie będę już pytał. Po prostu…