Gdzie jesteś, Bernadette? - Maria Semple - ebook

225 osób właśnie czyta

Opis

W kinach film na podstawie powieści, z Cate Blanchett w roli głównej!

Kiedy piętnastoletnia Bee - w zamian za wzorowe świadectwo –upomina się o obiecaną wycieczkę na Antarktydę, jej inteligentna i agorafobiczna matka Bernadette rzuca się w wir przygotowań. Znudzona życiem, którego nigdy nie chciała, Bernadette jest na skraju załamania. W obliczu wielu następujących po sobie katastrof Bernadette znika, zostawiając rodzinę samą sobie. Bee zbiera e-maile, oficjalne dokumenty, prywatną korespondencję, żeby odnaleźć matkę i dowiedzieć się czegoś więcej o jej przeszłości. Gdzie jesteś, Bernadette?? to wciągająca i wzruszająca powieść o więzach rodzinnych i niezachwianej miłości córki do niedoskonałej matki.

Powieść pełna zaskakujących zwrotów akcji, porywających bohaterów i ciętego czarnego humoru!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 413

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Maria Semple

GDZIE JESTEŚ, BERNADETTE?

przełożył Maciej Potulny

Tytuł oryginału: Where’d You Go, Bernadette

Copyright © 2012 by Maria Semple

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIX

Copyright © for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIX

Wydanie II

Warszawa MMXIX

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Dla Poppy Meyer

***

Najbardziej mnie wkurza, kiedy pytam tatę, co według niego stało się z mamą, a on odpowiada:

– Przede wszystkim musisz pamiętać, że to nie twoja wina.

Sami widzicie, że zupełnie zmienia temat. Przyciśnięty do muru wypowiada kolejne irytujące słowa:

– To nie takie proste. Nigdy nie możesz być pewna, że w stu procentach znasz drugą osobę.

Dwa dni przed Bożym Narodzeniem mama, nie mówiąc mi ani słowa, jakby się rozpłynęła w powietrzu. No jasne, że to nie takie proste. Ale jeśli coś nie jest proste albo jeżeli nie znasz w stu procentach drugiej osoby, to nie znaczy, że nie powinieneś szukać rozwiązania tajemnicy.

W każdym razie ja na pewno będę szukać.

Rozdział 1. Mama kontra gzy

Poniedziałek, 15 listopada

Szkoła Galer Street jest miejscem, w którym empatia, ciało pedagogiczne oraz globalna konektywność patronują kreowaniu społeczeństwa obywatelskiego naszej zrównoważonej, multikulturowej planety.

Uczeń/uczennica: Bee Branch

Klasa: ósma

Wychowawca/wychowawczyni: Levy

KLUCZ DO OCEN

A   arcymistrz wiedzy

M   mistrz wiedzy

K   kandydat na mistrza wiedzy

geometria   A

biologia   A

religie świata   A

muzyka   A

kreatywne pisanie   A

ceramika   A

język angielski   A

rytmika   A

UWAGI DOTYCZĄCE UCZNIA: Praca z Bee to prawdziwa przyjemność. Jej zapał do nauki jest zaraźliwy, podobnie jak życzliwość i poczucie humoru. Bee nie boi się stawiać pytań. Zawsze dąży do wszechstronnego zrozumienia tematu, a nie tylko do dobrych ocen. Inni uczniowie zwracają się do niej z prośbami o wytłumaczenie materiału, a ona zawsze chętnie, z uśmiechem każdemu pomaga. Bee wykazuje się niezwykłą koncentracją, kiedy pracuje indywidualnie, w grupie zaś jest spokojną, pewną siebie liderką. Na uwagę zasługuje jej talent do gry na flecie. Mamy za sobą dopiero jedną trzecią roku szkolnego, a ja już odczuwam smutek, myśląc o dniu, w którym Bee ukończy Galer Street i wejdzie w dorosłe życie. Wiem, że zamierza zdawać do kilku szkół z internatem na wschodzie kraju. Zazdroszczę nauczycielom, którzy po raz pierwszy się z nią spotkają i odkryją, jaka z niej cudowna młoda kobieta.

*

Tego dnia siedziałam z rodzicami przy kolacji i cierpliwie znosiłam ich ochy, achy, „patrzcie-jaka-mądra” i „jesteśmy-z-ciebie-dumni”, czekając, aż ochłoną i pozwolą mi dojść do słowa.

– Wiecie, co to znaczy, prawda? – zapytałam w końcu. – Czas na moją wielką nagrodę.

Mama i tata popatrzyli na siebie pytająco.

– Nie pamiętacie? Kiedy zdałam do Galer Street, obiecaliście, że jeśli będę przynosić najlepsze oceny, to po ukończeniu szkoły mogę sobie zażyczyć, czego dusza zapragnie.

– Pamiętam – potaknęła mama. – Ta obietnica miała uciąć nasze dyskusje o kucyku.

– Kucyka chciałam, kiedy byłam mała – odparłam. – Teraz marzę o czymś innym. Powiedzieć wam, o czym?

– Nie jestem pewien – westchnął tata. – Na pewno chcemy wiedzieć?

– O rodzinnej wyprawie na Antarktydę! – Sięgnęłam po broszurę informacyjną, na której cały czas siedziałam. Był to folder biura podróży organizującego rejsy do różnych egzotycznych miejsc. Otworzyłam go na stronie dotyczącej Antarktydy i położyłam na stole. – Jeśli się zdecydujemy, to musimy wypłynąć przed Bożym Narodzeniem.

– Przed tym Bożym Narodzeniem? – zdziwiła się mama. – Za miesiąc?

Wstała od stołu i zaczęła zbierać do firmowych reklamówek puste pojemniki po daniach na wynos. Tata już studiował broszurę.

– Teraz panuje antarktyczne lato – oświadczył. – To jedyny okres, kiedy można tam jechać.

– No... wiesz, kucyki są całkiem fajne. – Mama związała w supeł ucha foliowych reklamówek.

– Co o tym sądzisz? – Tata popatrzył na nią.

– Zdaje się, że masz dosyć napięte terminy w pracy... – powiedziała mama.

– Właśnie uczymy się o Antarktydzie – wtrąciłam. – Przeczytałam wszystkie relacje podróżników, a teraz piszę esej o Shackletonie. – Zaczęłam się wiercić na krześle. – Nie do wiary. Właściwie żadne z was nie powiedziało: „Nie”.

– Czekałem na twoją opinię. – Tata zwrócił się do mamy. – Wiem, jak bardzo nie lubisz podróży.

– A ja czekałam na twoją – odparła mama. – Przecież masz pilną pracę.

– O Boże! A więc się zgadzacie! – Zeskoczyłam z krzesła. – Zgadzacie się!

Zaraziłam radością Lodzię, która zbudziła się i zaczęła triumfalnie biegać dookoła stołu, szczekając wniebogłosy.

– Zgadzamy się? – zapytał tato przy wtórze zgniatanych w koszu na śmieci plastikowych pojemników.

– No tak – odpowiedziała mama.

Wtorek, 16 listopada

Od: Bernadette Fox

Do: Manjula Kapoor

Manjulo,

wypadło mi coś niespodziewanego, więc byłoby cudownie, gdybyś mogła popracować trochę dłużej. Jeśli o mnie chodzi, to Twój okres próbny wiele razy okazał się zbawieniem. Mam nadzieję, że Ty też jesteś zadowolona. Jeśli tak, to proszę, odpisz jak najszybciej, bo chciałabym, żebyś zrobiła użytek ze swojej hinduskiej magii w pracy nad pewnym bardzo dużym zleceniem.

OK, czas zerwać kurtynę tajemnicy.

Jak wiesz, mam córkę Bee (dla której zamawiasz lekarstwa i o którą tak dzielnie walczysz z firmą ubezpieczeniową). Okazuje się, że kiedyś razem z mężem obiecaliśmy, że spełnimy jej dowolne marzenie, jeżeli ukończy szkołę z najlepszymi ocenami. Rzeczywiście, Bee przyniosła same piątki – a raczej tytuły arcymistrza wiedzy, bo Galer Street jest jedną z tych nowoczesnych, liberalnych szkół, w których panuje przekonanie, że oceny źle wpływają na uczniów (mam nadzieję, że ta moda ominęła Indie) – i wiesz, czego sobie zażyczyła? Żebyśmy całą rodziną popłynęli na Antarktydę!

Z miliona różnych powodów wolałabym zrezygnować z tej wyprawy, główny jednak jest taki, że trzeba będzie ruszyć się z domu. Zapewne zdążyłaś się już zorientować, że nie przepadam za podróżami. Nie mogę jednak odmówić Bee. To dobre dziecko. Ma silniejszy charakter niż Elgie, ja i jeszcze dziesięć innych osób razem wziętych. Ponadto jesienią zdaje do szkoły z internatem, do której oczywiście się dostanie dzięki swoim ocenom. Ech, to znaczy tytułom! Dlatego nie wypada odmówić jej tej przyjemności.

Na Antarktydę można się dostać jedynie statkiem. Najmniejszy z nich zabiera na pokład stu pięćdziesięciu pasażerów, co oznacza, że zostanę uwięziona ze stu czterdziestu dziewięcioma innymi osobami, które będą doprowadzać mnie do szału swoim grubiaństwem, bałaganiarstwem, idiotycznymi pytaniami, nieustannym trajkotaniem, osobliwymi wymaganiami kulinarnymi, nudnymi anegdotami itp. Na domiar złego mogą się do mnie przyczepić i oczekiwać, że będę dla nich miła. Już na samą myśl o tym rejsie dostaję ataku paniki. No cóż, odrobina fobii społecznej jeszcze nikomu nie zaszkodziła, prawda?

Chciałabym Cię prosić, żebyś zajęła się formalnościami, wizami, biletami lotniczymi i wszystkimi rzeczami niezbędnymi podczas ekspedycji trzech osób z Seattle na biały kontynent. Prześlę Ci wszystkie informacje. Znajdziesz na to trochę czasu?

Proszę, powiedz, że tak.

Bernadette

Aha! Znasz numer karty kredytowej, którą zapłacisz za samolot, podróż, ubrania i ekwipunek. Jeśli jednak chodzi o honorarium, to wolałabym, żebyś je pobrała bezpośrednio z mojego osobistego konta. Kiedy Elgie przeczytał zestawienie transakcji za ubiegły miesiąc i zobaczył wynagrodzenie za Twoją pracę, to – chociaż kwota była niewielka – nie był szczególnie zachwycony, że wynajęłam wirtualną asystentkę z Indii. Obiecałam mu, że zrezygnuję z Twoich usług. Dlatego obiecaj mi, Manjulo, że nasz mały romans pozostanie tajemnicą.

*

Od: Manjula Kapoor

Do: Bernadette Fox

Droga Pani Fox,

z przyjemnością pomogę Pani w przygotowaniach do rodzinnej wyprawy na Antarktydę. Załączam umowę dotyczącą dalszej współpracy w pełnym wymiarze godzin. We wskazanych rubrykach proszę uzupełnić numer identyfikacyjny Pani banku. Mam nadzieję, że nasza współpraca będzie długa i owocna.

Pozdrawiam serdecznie,

Manjula

*

Wystawca rachunku: Delhi Virtual Assistants International

Nr faktury: BFB39382

Pracownik: Manjula Kapoor

40 godzin tygodniowo, stawka 0,75 USD/godz.

SUMA: 30,00 USD

Płatne w całości po otrzymaniu rachunku.

Środa, 17 listopada

List od Olliego Ordwaya (Ollie-O)

KORESPONDENCJA POUFNA:

DO RADY RODZICÓW SZKOŁY GALER STREET

Drodzy Rodzice,

cudownie było się z Wami spotkać w ubiegłym tygodniu. Niezmiernie się cieszę, że zostałem obdarzony misją konsultanta niezwykłej szkoły, jaką jest Galer Street. Pani dyrektor Goodyear uprzedziła mnie, że wybieram się na spotkanie ze szczególnie prężną Radą Rodziców, i jej zapowiedź w stu procentach się spełniła.

Weźmy od razu byka za rogi – za trzy lata skończy się Państwu okres dzierżawy aktualnej lokalizacji. Naszym celem jest organizacja kampanii zbierania funduszy na zakup większego, odpowiedniejszego kampusu. Tych z Państwa, którzy nie mogli uczestniczyć w spotkaniu, proszę o zapoznanie się z podanym poniżej meritum.

Przeprowadziłem na własną rękę ankietę z udziałem 25 rodziców z okręgu Seattle, których dochód przekraczał dwieście tysięcy dolarów i których dzieci zaczęły edukację przedszkolną. Konkluzją tego badania był fakt, że Galer Street jest szkołą drugiego wyboru – alternatywą dla tych, którzy nie dostali się do preferowanych przez siebie placówek.

Naszym celem jest przesunięcie języczka u wagi na Galer Street, a tym samym dokooptowanie jej do grona szkół pierwszego wyboru (SPW) wśród elity Seattle. Jak tego dokonać? Jaka jest sekretna receptura?

W Państwa misji można przeczytać, że Galer Street opiera się na globalnej „konektywności”. (Trzeba przyznać, że potrafią Państwo przełamywać nie tylko stereotypy, ale też konwencje językowe!). Mediapiały peany na temat krów, które Państwo zakupili dla Gwatemalczyków, i kuchenek zasilanych promieniowaniem słonecznym dla wiosek w Afryce. Oczywiście zbieranie drobnych kwot na rzecz ludzi, których nigdy w życiu Państwo nie widzieli, jest godne pochwały, ale czas pomyśleć o zgromadzeniu dużych funduszy dla dobra prywatnej szkoły, do której uczęszczają Państwa dzieci. W tym celu należy przestawić się z mentalności rodzica-subaru na sposób myślenia rodzica-mercedesa. Jak zatem myślą rodzice-mercedesy? Moje badania zaowocowały następującymi wnioskami:

1. Wybór szkoły prywatnej jest podyktowany zarówno obawą, jak i ambicją. Rodzice-mercedesy boją się, że ich dzieci nie otrzymają „najlepszej dostępnej edukacji”, co ma niewiele wspólnego z samą nauką, a skupia się przede wszystkim na liczbie innych rodziców-mercedesów w danej szkole.

2. Wybierając przedszkole, rodzice-mercedesy już myślą o nagrodzie. Tą nagrodą jest szkoła Lakeside, alma mater Billa Gatesa, Paula Allena itp. Lakeside cieszy się opinią najlepszej trampoliny do szkół z Ivy League. Postawmy więc sprawę jasno – pierwszym przystankiem tego szalonego pociągu jestdworzec przesiadkowy „Przedszkole”, a wszyscy pasażerowie robią, co w ich mocy, żeby wytrwać na swoich miejscach aż do stacji końcowej „Harvard”.

Pani dyrektor Goodyear zaprosiła mnie na obchód Państwa kampusu w tutejszym parku przemysłowym. Zdaje się, że rodzicom-subaru nie przeszkadza fakt, że posyłają dzieci do szkoły sąsiadującej z hurtownią owoców morza. Proszę mi wierzyć, że rodzice-mercedesy nigdy by się na to nie zgodzili.

Wszystko zatem sprowadza się do kumulacji środków na budowę nowego kampusu. Najlepszy sposób realizacji tego zamierzenia to ściągnięcie do grupy przedszkolnej jak największej liczby rodziców-mercedesów.

Przygotujcie czekany i raki, bo czeka nas trudna, mozolna wspinaczka. Proszę się jednak nie bać – będę Państwa piorunochronem. Na podstawie zaplanowanego przez Państwa budżetu opracowałem dwustopniowy plan działania.

Pierwszym etapem naszej ofensywy jest przeprojektowanie logotypu Galer Street. Nie twierdzę, że grafika wektorowa przedstawiająca odciski dłoni jest zła, ale spróbujmy znaleźć wizerunek, który lepiej manifestuje sukces. Może podzielony na cztery części herb przedstawiający Space Needle1, kalkulator, jezioro (żeby nawiązać do nazwy Lakeside) i coś jeszcze – na przykład piłkę? Oczywiście to tylko luźne propozycje, a nie ostateczna wersja.

Następnym etapem ofensywy musi być Drugie Śniadanie Rodziców z Aspiracjami, które zorganizujemy z myślą o elicie Seattle – lubię ją nazywać rodzicami-mercedesami. Pani Audrey Griffin, jedna z matek uczniów z Galer Street, uprzejmie zgodziła się udostępnić w tym celu swój piękny dom. (Dzięki czemu unikniemy nieprzyjemnej bliskości hurtowni ryb).

Proszę Państwa o pobranie załącznika z listą mieszkających w Seattle rodziców-mercedesów. Jest dla nas niezwykle ważne, żeby przejrzeli Państwo tę listę i zadeklarowali, które z wymienionych osób są Państwo w stanie osobiście nakłonić do udziału w Drugim Śniadaniu. Musimy skompletować grupę bazową. Będzie kołem zamachowym, które napędzi kolejnych rodziców-mercedesy. Kiedy zobaczą u nas ludzi podobnych sobie, porzucą obawy, że Galer Street jest szkołą drugiego wyboru, a na nasze biurka zaczną spływać podania o przyjęcie pożądanych przez nas uczniów.

Tymczasem ja na swoim ranczu zajmę się zredagowaniem zaproszenia. Proszę Państwa o jak najszybsze dostarczenie tych nazwisk. Musimy zorganizować Drugie Śniadanie w domu państwa Griffinów przed świętami Bożego Narodzenia. Wyznaczyłem docelową datę na sobotę jedenastego grudnia. Nasza mała impreza ma wszelkie predyspozycje, by stać się najekskluzywniejszym wydarzeniem w mieście.

Kłaniam się Państwu,

Ollie-O

*

Liścik Audrey Griffin do specjalisty od likwidacji jeżyn

Tomie,

wczoraj poszłam do ogrodu, żeby przyciąć byliny i zasadzić kolorowe zimowe kwiaty z okazji szkolnego Drugiego Śniadania, które organizujemy w naszym domu 11 grudnia. Kiedy chciałam przerzucić kompost, zaatakowały mnie kolce jeżyn.

Jestem zdruzgotana tym, że znowu się pojawiły – nie tylko w kompoście, ale też na grządkach warzywnych, w szklarni, a nawet w skrzyni na dżdżownice. Chyba sobie wyobrażasz moją frustrację, zwłaszcza że trzy tygodnie temu zapłaciłam Ci fortunę za ich usunięcie. (Może dla Ciebie 235 dolarów to nie jest dużo, ale dla nas to pokaźna kwota).

Na swojej ulotce piszesz, że gwarantujesz efekt. No więc proszę, żebyś wrócił i do 11 grudnia usunął wszystkie jeżyny. Tym razem już na dobre.

Niech Bóg ma Cię w opiece. Możesz sobie wziąć trochę botwiny,

Audrey

*

Liścik od Toma, specjalisty od likwidacji jeżyn

Audrey,

usunąłem jeżyny z Twojej posesji. Źródłem problemów, o których mówisz, jest dom sąsiadów na szczycie wzgórza. To ich jeżyny wpełzają pod płotem do Twojego ogrodu.

Aby temu zapobiec, moglibyśmy wykopać rów wzdłuż Twojej posesji i zalać go betonem, ale musiałby być głęboki na co najmniej pięć stóp, a to się wiąże z kosztami. Możesz też walczyć z nimi za pomocą środków chwastobójczych, ale ze względu na dżdżownice i warzywa nie sądzę, żeby ten pomysł Cię zachwycił.

Szczerze mówiąc, to Twoi sąsiedzi powinni trochę posprzątać. Nigdy nie widziałem w Seattle takiego gąszczu dzikich jeżyn, a już na pewno nie na Queen Anne Hill, wśród Waszych drogich domów. Tylko raz na wyspie Vashon trafiłem na budynek, którego fundamenty były kompletnie zniszczone przez pnącza jeżyn.

Krzaki sąsiada rosną na stromym zboczu, więc będzie potrzebne specjalne urządzenie. Najlepszy byłby CXJ Hillside Side-Arm Thrasher, którego niestety nie mam.

Innym sposobem, i to według mnie jeszcze lepszym, są świnie. Wystarczy wypożyczyć dwie, a po tygodniu masz z głowy jeżyny i parę innych problemów. Poza tym są całkiem fajne.

Chcesz, żebym pogadał z sąsiadami? Mogę do nich zapukać, chociaż zdaje się, że nikt tam nie mieszka.

Daj mi znać,

Tom

*

Od: Soo-Lin Lee-Segal

Do: Audrey Griffin

Audrey,

już Ci mówiłam, że zaczęłam dojeżdżać do pracy autobusem, prawda? Zgadnij, z kim jechałam dzisiaj rano. Z mężem Bernadette, Elginem Branchem. (Chyba nikogo nie dziwi, że ja muszę korzystać z Microsoft Connector, ale co tam robił Elgin Branch?). W pierwszej chwili nie byłam pewna, czy to on – co świadczy o tym, jak często widzimy go w szkole.

Ale posłuchaj najlepszego. W autobusie było tylko jedno wolne miejsce – obok Elgina Brancha, przy oknie.

– Przepraszam – powiedziałam.

Branch wściekle stukał w klawiaturę laptopa. Nawet nie uniósł głowy, tylko odchylił kolana, żeby zrobić dla mnie przejście. Rozumiem, że jest członkiem kadry kierowniczej najwyższego szczebla, a ja jedynie pracownicą administracji, ale niemal każdy prawdziwy dżentelmen wstałby i przepuścił kobietę. Przecisnęłam się koło niego i usiadłam.

– Chyba w końcu wyjdzie słońce – zagadnęłam.

– Przydałoby się.

– Już nie mogę się doczekać Święta Ziemi.

Wyglądał na nieco spłoszonego, jakby nie miał pojęcia, z kim rozmawia.

– Jestem mamą Lincolna. Z Galer Street.

– Och, oczywiście! – powiedział. – Naprawdę chciałbym porozmawiać, ale muszę wysłać pilną wiadomość.

Nasunął na uszy słuchawki, które nosił na szyi, i pochylił się nad laptopem. Wyobrażasz to sobie?! Te słuchawki nawet nie były wpięte do żadnego urządzenia! Po prostu używał ich, żeby się odciąć od świata! Przez całą drogę do Redmond nie odezwał się do mnie już ani słowem.

Widzisz, Audrey? Od pięciu lat wiemy, że Bernadette jest odpychającym babsztylem, ale okazuje się, że jej mąż jest równie gburowaty i aspołeczny! To spotkanie tak bardzo wyprowadziło mnie z równowagi, że w pracy od razu wpisałam w wyszukiwarkę Google: Bernadette Fox. (Nie do wiary, że do tej pory tego nie zrobiłam! Przecież od dawna mamy na jej punkcie niezdrową obsesję!). Każdy wie, że Elgin Branch jest szefem zespołu pracującego nad projektem Samantha 2 w Microsofcie. Jednak kiedy próbowałam wygooglować nazwisko jego żony, nie znalazłam żadnych wyników. Jedyna znana Bernadette Fox to jakaś architekt z Kalifornii. Próbowałam różnych kombinacji: Bernadette Branch, Bernadette Fox Branch, ale nasza Bernadette, matka Bee, nie istnieje w rzeczywistości wirtualnej. W dzisiejszych czasach to niezły wyczyn.

A tak z innej beczki, nie sądzisz, że Ollie-O jest cudowny? Zdruzgotała mnie wiadomość, że w ubiegłym roku Microsoft obciął mu dziesięć procent honorarium. Jednak gdyby tak się nie stało, to nie moglibyśmy go wynająć do zmiany wizerunku naszej kochanej szkoły.

Tutaj w Microsofcie też szykują się zmiany. SteveB zaprosił ludzi z ratusza na poniedziałek po Święcie Dziękczynienia. W firmie huczy od plotek. Mój project manager właśnie kazał mi zarezerwować pokój konferencyjny na parę godzin i mam twardy orzech do zgryzienia. To może oznaczać tylko jedno – kolejną serię zwolnień. („Udanych wakacji!”). Naszemu liderowi zespołu ktoś szepnął w tajemnicy, że projekt, nad którym pracowaliśmy, zostanie odrzucony, więc znalazł w swojej skrzynce e-mail z najdłuższą listą adresatów, napisał wiadomość: „Microsoft jest dinozaurem, którego akcje spadają do zera”, a potem rozesłał ją do wszystkich na liście. To się nie mogło dobrze skończyć. Teraz się boję, że kara dosięgnie wszystkich członków zespołu, a ja będę miała poważny kłopot, żeby się z tego wykręcić. O ile w ogóle uda mi się wykręcić! Może zarezerwowałam salę konferencyjną tylko po to, żeby usłyszeć w niej o swoim zwolnieniu?

Och, Audrey, proszę, pamiętaj o mnie, Alexandrze i Lincolnie w swoich modlitwach. Nie wiem, co zrobię, jeśli mnie wyleją. Takich świadczeń jak tutaj trzeba by ze świecą szukać. Jeśli po świętach wciąż będę miała pracę, to chętnie pokryję część kosztów związanych z Drugim Śniadaniem Rodziców z Aspiracjami.

Soo-Lin

Czwartek 18 listopada

Liścik Audrey Griffin do specjalisty od likwidacji jeżyn

Tomie,

piszesz, że chyba nikt nie mieszka w tym dużym nawiedzonym domu sąsiadów, sądząc po opłakanym stanie otaczającego go ogrodu. To nieprawda. Ich córka Bee chodzi z Kyle’em do jednej klasy w Galer Street. Z przyjemnością poruszę temat jeżyn z jej matką, kiedy odbierzemy dzieci ze szkoły. Świnie? Dziękuję, żadnych świń. Ale propozycja dotycząca botwiny jest wciąż aktualna.

Audrey

*

Od: Bernadette Fox

Do: Manjula Kapoor

Jestem wniebowzięta, że się zgadzasz!!! Podpisałam i zeskanowałam wszystko, co trzeba. Jeśli chodzi o ten wyjazd na Antarktydę, będzie to trzyosobowa wyprawa, więc zarezerwuj nam dwie kajuty. Elgie ma mnóstwo darmowych przelotów dzięki promocji karty American Express – spróbujmy je wykorzystać przy zakupie biletów. Nasza przerwa świąteczna trwa od 23 grudnia do 5 stycznia. Jeśli trzeba będzie opuścić parę dni szkoły, to nic strasznego. No i wypadałoby coś zrobić z psem! Musimy znaleźć jakiś lokal, którego właściciele zgodzą się przechować stutrzydziestofuntowego, wiecznie mokrego czworonoga. Ojej, znowu się spóźnię, żeby odebrać Bee ze szkoły. Jeszcze raz WIELKIE DZIĘKI.

Piątek, 19 listopada

Cotygodniowy informator rozsyłany przez panią Goodyear do domów uczniów

Drodzy Rodzice,

wielu z Was słyszało o zdarzeniu, do którego doszło wczoraj podczas odebrania dzieci ze szkoły. Na szczęście nikomu nie stała się krzywda. To jednak skłania nas do ponownego zastanowienia się nad regulaminem szkoły, zamieszczonym w kodeksie Galer Street. (Pozwoliłam sobie zaznaczyć kursywą najistotniejszy fragment).

Punkt 2A, paragraf II. Są dwa sposoby odbioru uczniów.

Samochodem: podjeżdżamy przed wejście do szkoły. Uprasza się o nieblokowanie rampy towarowej firmy Sound Seafood International.

Pieszo: zostawiamy pojazd na północnym parkingu i odbieramy dzieci na ścieżce przy kanale. W duchu bezpieczeństwa i efektywności uprasza się, żeby rodzice poruszający się pieszo nie zbliżali się do podjazdu.

Serce rośnie na myśl, że tworzymy wspaniałą społeczność rodziców, którzy z takim zaangażowaniem szukają rozwiązania problemów. Niemniej naszym priorytetem zawsze jest bezpieczeństwo uczniów. Niech więc to, co zdarzyło się Audrey Griffin, będzie dla nas rodzajem lekcji i przypomnieniem, że rozmowy należy prowadzić przy kawie, a nie na podjeździe.

Z poważaniem,

Gwen Goodyear

dyrektor szkoły

*

Rachunek z izby przyjęć, który Audrey Griffin kazała mi przekazać mamie

Nazwisko pacjenta: Audrey Griffin

Lekarz dyżurny: C. Cassella

Opłata za przyjęcie na izbę  900,00

Rentgen (na żądanie, nieobjęte ubezpieczeniem)  425,83

Rx: Vicodin 10 mg (15 tabletek, pierwsze wyd.)  95,70

Wypożyczenie kul ortopedycznych

(na żądanie, nieobjęte ubezpieczeniem)  173,00

Kaucja za kule ortopedyczne  75,00

Razem  1669,53

Uwagi: oględziny i podstawowe badanie neurologiczne nie wykazały uszkodzeń ciała. Pacjentka w stanie silnego wzburzenia emocjonalnego zażądała prześwietlenia rentgenowskiego, vicodinu i kul.

*

Od: Soo-Lin Lee-Segal

Do: Audrey Griffin

Słyszałam, że Bernadette próbowała Cię rozjechać swoim pikapem! Jak się czujesz? Mam wpaść do Ciebie z obiadem? CO DOKŁADNIE SIĘ STAŁO?

*

Od: Audrey Griffin

Do: Soo-Lin Lee-Segal

Wszystko, co słyszałaś, to najświętsza prawda. Chciałam porozmawiać z Bernadette o jej krzakach jeżyn, które rozpleniły się pod moim płotem i wdzierają się do ogrodu. Byłam zmuszona wynająć specjalistę, który stwierdził, że wkrótce jeżyny Bernadette rozsadzą fundamenty mojego domu.

Oczywiście zamierzałam kulturalnie zamienić z nią parę słów, więc podeszłam do jej samochodu, kiedy czekała w kolejce, żeby odebrać Bee. Mea culpa! Ale czy ktoś zna inny sposób, żeby się zbliżyć do tej kobiety? Jest jak Franklin Delano Roosevelt. Ludzie widzą ją jedynie od pasa w górę przez okno samochodu. Nie widziałam, żeby choć raz wysiadła i odprowadziła Bee pod drzwi szkoły.

Próbowałam nawiązać z nią jakiś kontakt, ale miała zamknięte okna i udawała, że mnie nie widzi. Zgrywa pierwszą damę Francji w tym swoim jedwabnym szalu i wielkich okularach przeciwsłonecznych. Zapukałam w przednią szybę, ale uruchomiła silnik i ruszyła naprzód.

Przejechała mi po stopie! Pojechałam na izbę przyjęć, gdzie zbadał mnie niekompetentny lekarz, który upierał się, że nic mi nie jest.

Naprawdę nie wiem, na kogo jestem bardziej wściekła – na Bernadette Fox czy na Gwen Goodyear za to, że mnie obsmarowała w piątkowym informatorze. Przedstawiła fakty tak, jakbym to ja zawiniła! I to właśnie mnie, a nie Bernadette, wymieniła z nazwiska! Powołałam dla niej szkolny zespół doradczy. Zorganizowałam akcję „Pączki dla taty”. Opisałam misję Galer Street, za co profesjonalna firma z Portland chciała zażądać od nas dziesięciu tysięcy dolarów.

Może dyrektorka Galer Street nie ma nic przeciwko temu, żeby dalej wynajmować lokal w parku przemysłowym? Może jej nie zależy na stabilizacji, którą zapewni własny kampus? Może Gwen Goodyear woli, żebym odwołała Drugie Śniadanie Rodziców z Aspiracjami? Wezwała mnie na rozmowę. Wcale mi się to nie podoba.

Dzwoni telefon. To na pewno ona.

Poniedziałek, 22 listopada

Informacja od pani Goodyear rozesłana do domów w poniedziałek

Drodzy Rodzice,

w nawiązaniu do poprzedniego maila informuję, że za kierownicą samochodu, który przejechał po stopie jednego z rodziców, siedziała Bernadette Fox, mama Bee Branch. Mam nadzieję, że mimo deszczu udał się Państwu weekend.

Z poważaniem,

Gwen Goodyear

dyrektor szkoły

*

Gdyby ktoś się pofatygował, żeby mnie zapytać, mogłabym mu powiedzieć, jak naprawdę wyglądał ten wypadek. Chwilę trwało, zanim się wgramoliłam do samochodu, bo mama zawsze przyjeżdża z Lodzią, która uwielbia podróżować na przednim siedzeniu, a kiedy już raz zajmie fotel, to nie chce z niego zejść. Tym razem Lodzia wykonała swój stały numer, który robi zawsze, kiedy się uprze – kompletnie zesztywniała i patrzyła nieruchomo przed siebie.

– Mamo! – powiedziałam. – Nie powinnaś jej pozwalać, żeby siadała z przodu...

– Sama wskoczyła.

Mama pociągnęła Lodzię za obrożę, a ja zaparłam się o zad i w końcu, stękając i sapiąc, zdołałyśmy przepchnąć ją do tyłu. Nie usiadła jednak jak każdy normalny pies, tylko stała na podłodze wciśnięta między tył a oparcie przedniego siedzenia i patrzyła z wyrzutem, jakby chciała powiedzieć: „Widzicie, jak muszę przez was cierpieć?”.

– Och, przestań już dramatyzować – powiedziała do niej mama.

Zapięłam pasy. Nagle Audrey Griffin ruszyła biegiem w kierunku samochodu. Truchtała sztywnym, nierównym krokiem. Było widać, że co najmniej od dziesięciu lat nie zdobyła się na taki wysiłek.

– O losie! – westchnęła mama. – O co znowu chodzi?

Audrey Griffin miała dziki wzrok i jak zwykle szeroki uśmiech. Wymachiwała jakimś papierem. Siwiejące kosmyki wysunęły się jej z końskiego ogona, na nogach miała drewniaki, a spod kamizelki wystawały grube zaszewki na dżinsach. Trudno było oderwać od niej wzrok.

Señora Flores, która kierowała ruchem, dała nam sygnał, że mamy jechać dalej, bo w kolejce czekało dużo samochodów, a facet z Sound Seafood nagrywał kamerą korek, który już zaczął się tworzyć. Tymczasem Audrey skinęła na nas, żebyśmy się zatrzymały.

Mama miała na nosie okulary z ciemnymi szkłami, które nosi nawet wtedy, gdy pada deszcz.

– Niech ten giez myśli, że go nie widzę – mruknęła.

Odjechałyśmy i na tym się skończyło. Wiem, że na pewno nikomu nie zmiażdżyłyśmy stopy. Uwielbiam samochód mamy, ale jazda nim zawsze przypomina mi bajkę o księżniczce na ziarnku grochu. Gdyby mama wjechała na coś tak dużego jak ludzka stopa, od razu wystrzeliłyby poduszki powietrzne.

Wtorek, 23 listopada

Od: Bernadette Fox

Do: Manjula Kapoor

W załączniku wysyłam Ci zeskanowany rachunek z izby przyjęć, który chyba powinnam zapłacić. Pewna baba z Galer Street wmawia światu, że przejechałam samochodem po jej stopie, odbierając Bee ze szkoły. Mogłabym ją wyśmiać, ale nudzi mnie ta sprawa. Właśnie dlatego wciąż powtarzam, że mamuśki z tej szkoły są natrętnymi gzami. Denerwują cię, ale nie na tyle, żeby tracić z ich powodu cenną energię. Przez ostatnie dziewięć lat chwytały się różnych sposobów, żeby mnie sprowokować – mogłabym Ci długo o tym opowiadać! Jednak teraz, kiedy Bee kończy szkołę, a ja już widzę linię mety, nie warto rozpętywać wojny z gzami. Zechciałabyś przejrzeć nasze polisy ubezpieczeniowe, żeby sprawdzić, czy któraś z nich nie pokrywa takich wypadków? A właściwie, po prostu zapłaćmy ten rachunek. Elgie nie chciałby, żeby nasze składki wzrosły przez taką drobnostkę. Nigdy nie rozumiał mojej niechęci do mamusiek gzów.

W sprawie podróży na Antarktydę wszystko układa się doskonale! Zarezerwuj dla nas dwie kajuty drugiej kategorii z szerokimi kojami. Zeskanowałam nasze paszporty, żebyś miała daty urodzenia, dokładną pisownię nazwisk i wszystko, co potrzeba. Na wszelki wypadek dorzucam też skany naszych praw jazdy i numery ubezpieczeń. Na pewno zauważysz, że w paszporcie Bee widnieje jej prawdziwe imię i nazwisko – Balakrishna Branch. (Powiedzmy, że kiedy się urodziła, byłam pod wpływem silnego stresu. Zresztą wtedy wydawało się, że to dobry pomysł). Zdaję sobie sprawę, że na bilecie lotniczym musi być imię Balakrishna, ale jeśli chodzi o statek, to proszę, porusz niebo i ziemię, żeby wszędzie – na bagażu, na liście pasażerów itp. – pojawiło się imię Bee.

Widzę, że przygotowałaś listę rzeczy na wyjazd. Kup nam po trzy sztuki wszystkiego. Ja noszę rozmiar M, a Elgie XL, ale nie z powodu tuszy, tylko dlatego, że ma aż sześć stóp i trzy cale wzrostu, bez grama tłuszczu, dzięki Bogu. Bee jest drobna jak na swój wiek, więc możesz dla niej kupić cokolwiek, co będzie pasować na dziesięcioletnią dziewczynkę. Jeśli masz wątpliwości dotyczące rozmiarów czy stylu, to przyślij nam kilka tych rzeczy do przymiarki, o ile ewentualny zwrot nie będzie wymagał więcej zachodu niż przekazanie paczki kurierowi z UPS. Kup też, proszę, wszystkie zaproponowane przez Ciebie książki, które Elgie i Bee na pewno przeczytają od deski do deski, a ja jedynie będę miała zamiar przeczytać.

Chciałabym też kamizelkę wędkarską – taką z odpinanymi kieszeniami. Kiedyś, gdy jeszcze lubiłam wyjeżdżać z domu, siedziałam w samolocie koło pewnego ekologa, który przez całe życie podróżował wzdłuż i wszerz po świecie. Miał na sobie kamizelkę wędkarską, w której trzymał paszport, pieniądze, okulary i filmy do aparatu – naprawdę filmy, to było aż tak dawno. Najlepsze jest to, że w takiej kamizelce wszystko masz w jednym miejscu, pod ręką, bezpiecznie przypięte, a w razie potrzeby zawsze możesz odczepić całą kieszeń i rzucić ją na taśmę przy odprawie paszportowej. Wciąż sobie obiecywałam, że na następną podróż kupię właśnie taką kamizelkę. No i nadszedł ten moment. Najlepiej kup mi od razu dwie.

Wyślij wszystkie rzeczy do domiszcza. Jesteś nieoceniona!

*

Od: Manjula Kapoor

Do: Bernadette Fox

Droga Pani Fox,

otrzymałam Pani instrukcje dotyczące listy zakupów. Postąpię zgodnie z zaleceniami. Co to jest „domiszcze”? Nie mogłam znaleźć tego adresu w żadnym z dokumentów.

Pozdrawiam serdecznie,

Manjula

*

Od: Bernadette Fox

Do: Manjula Kapoor

Wiesz, jak to jest, kiedy idziesz do Ikei i nie możesz się nadziwić, jakie wszystko jest tanie, więc nawet jeżeli nie potrzebujesz stu świeczek, to myślisz: „O Boże, tylko dziewięćdziesiąt dziewięć centów za całą paczkę!”. Albo: „Wiem, że te poduchy są wypełnione polimerowymi kulkami albo innym toksycznym świństwem, ale są takie kolorowe i w promocji kosztują pięć dolarów za trzy sztuki”, więc nim się obejrzysz, wyskoczysz z pięciuset dolców nie dlatego, że potrzebujesz tych badziewi, tylko dlatego, że są tak diabelnie tanie.

Nie znasz tego uczucia. Ale gdybyś znała, to wiedziałabyś, czym był dla mnie rynek nieruchomości w Seattle.

Przeprowadziłam się tutaj przede wszystkim pod wpływem chwilowego kaprysu. Przedtem mieszkaliśmy w LA, ale produkującą animacje firmę Elgiego kupił Wielki Brat. Ups, czyżbym użyła zwrotu: „Wielki Brat”? Miałam na myśli Microsoft. Ten fakt zbiegł się mniej więcej w czasie z katastrofą, która zdarzyła się w moim życiu prywatnym (i nad którą dzisiaj na pewno nie ma powodu się rozwodzić). Wystarczy powiedzieć, że było to coś tak ważnego i okropnego, że wystarczyło za pretekst, by uciec z LA i już nigdy nie wracać.

Elgie nie musiał się przeprowadzać do Seattle, ale zdaniem Wielkiego Brata było to bardzo pożądane. Z radością więc uznałam, że to doskonały pretekst, by wynieść się z Miasta Snów.

Podczas pierwszej podróży do Seattle agent nieruchomości odebrał mnie bezpośrednio z lotniska, żeby pokazać mi parę domów. Przedpołudnie upłynęło nam pod znakiem stylu craftsman – panującego tu niepodzielnie, jeśli nie liczyć ohydnych bloków, które przesłaniają widok i z niepojętych powodów zwykle występują stadnie, jakby główny urbanista całe lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte przespał za biurkiem, a planowanie przestrzenne zlecił Rosjanom.

Oprócz tych maszkar cała tutejsza architektura opiera się na stylu craftsman: craftsman z przełomu wieków, pięknie odrestaurowany craftsman, reinterpretacja craftsman, craftsman do odnowy albo współczesne spojrzenie na styl craftsman. Czasami mam wrażenie, że jakiś hipnotyzer wprowadził wszystkich mieszkańców Seattle w zbiorowy trans. „Czujecie ogarniającą was senność. Kiedy się zbudzicie, będziecie pragnęli mieszkać jedynie w domu w stylu craftsman. Nieważne, który będzie rok – liczyć się będzie tylko to, żeby wasze domy były źle usytuowane, miały grube ściany, mikroskopijne okna, ciemne pokoje i niskie sufity”.

Główną cechą tego zatrzęsienia craftsmanów jest fakt, że w porównaniu z LA są tanie jak Ikea!

Ryan – mój agent nieruchomości – zaprosił mnie na lunch do restauracji Toma Douglasa w centrum. Tom Douglas to lokalny restaurator, właściciel kilkunastu lokali – każdy lepszy od poprzedniego. Kiedy jedliśmy w Loli – co za tort kokosowy! a jakie masło czosnkowe! – uwierzyłam, że naprawdę mogę znaleźć szczęście w przygranicznej dziurze, nazywanej przez niektórych Szmaragdowym Miastem. Tomie Douglas, możesz czuć się winny!

Po lunchu wróciliśmy do samochodu agenta i zaczęliśmy popołudniową rundę oglądania ofert. Niedaleko centrum wznosiło się wzgórze zabudowane domami w stylu... zgadnij jakim. Oczywiście craftsman! Na szczycie po lewej stronie zobaczyłam ceglany budynek na ogromnym placu z widokiem na zatokę Elliott.

– Co to jest? – zapytałam Ryana.

– Straight Gate – odpowiedział. – Z początku wieku. Kiedyś była tam katolicka szkoła dla trudnych dziewcząt.

– A teraz?

– Och, od wielu lat budynek stoi pusty. Co jakiś czas któryś z deweloperów próbuje go przerobić na apartamentowiec.

– Jest na sprzedaż?

– Miał być przerobiony na osiem mieszkań – powiedział Ryan. Nagle zwąchał interes i oczy zaczęły mu latać. – Działka zajmuje aż trzy akry, w większości na płaskim terenie. Ponadto masz do dyspozycji całe zbocze. Wprawdzie nie można na nim budować, ale zapewnia poczucie prywatności. Gatehouse – deweloperzy zmienili nazwę, bo Straight Gate miało antygejowski wydźwięk – to bardzo urokliwe miejsce o powierzchni mniej więcej dwunastu tysięcy stóp kwadratowych. Wymaga trochę pracy, żeby przywrócić mu świetność, ale i tak mamy do czynienia z klejnotem w koronie.

– Ile za nie chcesz?

Ryan przez chwilę milczał, żeby wzmocnić efekt dramatyczny.

– Czterysta tysięcy. – Z satysfakcją patrzył, jak zaniemówiłam.

Inne domy, które oglądaliśmy, kosztowały tyle samo, a stały na mikroskopijnych działkach.

Okazało się, że ze względów podatkowych wielki dziedziniec sklasyfikowano jako obszar niezabudowany, a Stowarzyszenie Przyjaciół Queen Anne Hill wpisało Straight Gate na listę obiektów historycznych, co uniemożliwiło przebudowę murów zewnętrznych i wewnętrznych. Tak więc szkoła dla dziewcząt Straight Gate znalazła się w impasie z powodu przepisów budowlanych.

– Ale ten teren jest przeznaczony pod zabudowę jednorodzinną – zauważyłam.

– Rzućmy okiem na budynek.

Ryan niemal wepchnął mnie do samochodu.

Układ przestrzenny był rewelacyjny. Piwnica – gdzie sądząc po ciężkich, zamykanych od zewnątrz drzwiach, zapewne zamykano uczennice – oczywiście wywoływała gęsią skórkę i działała na mnie depresyjnie. Miała jednak pięć tysięcy stóp kwadratowych, czyli nad ziemią znajdowało się siedem tysięcy stóp kwadratowych – to naprawdę wielki dom. Na parterze była kuchnia z wyjściem do jadalni – cudownie! – ogromne foyer, które mogło nam służyć za salon, oraz dwa mniejsze gabinety. Piętro zajmowała kaplica z witrażami w oknach i rzędem konfesjonałów. Idealna jako sypialnia i garderoba! W innych pomieszczeniach można było urządzić pokój dziecięcy i gościnny. Wszystko wymagało jedynie paru zabiegów kosmetycznych – izolacji, prac wykończeniowych i dekoratorskich, malowania. Bułka z masłem.

Kiedy stanęliśmy na ganku przed kuchennymi drzwiami i popatrzyliśmy na zachód, zobaczyłam promy na rzece, pełzające po wodzie niczym ślimaki.

– Dokąd one płyną? – zapytałam.

– Na wyspę Bainbridge – odpowiedział Ryan, a ponieważ był bystrym facetem, szybko dodał: – Wielu mieszkańców ma tam weekendowe domy.

Zostałam więc jeden dzień dłużej i dokupiłam jeszcze dom na plaży.

*

Od: Manjula Kapoor

Do: Bernadette Fox

Droga Pani Fox,

zakupy z listy zostaną wysłane pod adres Gate Avenue.

Pozdrawiam serdecznie,

Manjula

*

Od: Bernadette Fox

Do: Manjula Kapoor

Aha! Mogłabyś zarezerwować dla nas stolik w restauracji na Święto Dziękczynienia? Wystarczy, że zadzwonisz do Washington Athletic Club i złożysz rezerwację dla trzech osób na siódmą wieczorem. Możesz korzystać z telefonu, prawda? Oczywiście, głupie pytanie. Przecież Wy tam wciąż wisicie na telefonach.

Zdaję sobie sprawę, że to dziwna prośba, żebyś dzwoniła z Indii i rezerwowała stolik w restauracji, którą widzę ze swojego okna, ale chodzi o to, że facet, który tam odbiera telefony, zawsze zaczyna słowami: „Washington Athletic Club. Z kim panią połączyć?”.

Mówi to bezosobowym, optymistycznym tonem... wiesz, jak rasowy Kanadyjczyk. Jednym z głównych powodów, dla których przestałam wychodzić z domu, jest obawa, że mogłabym stanąć twarzą w twarz z jakimś Kanadyjczykiem. W Seattle się od nich roi. Pewnie sobie myślisz: „Stany Zjednoczone, Kanada, co za różnica? W obu krajach mieszkają białe tłuściochy mówiące po angielsku”. No cóż, Manjulo, nic bardziej mylnego.

Amerykanie są natrętni, nieuprzejmi, neurotyczni, nietaktowni – możesz im przypisać każdą wadę – katastrofa na całej linii, jak powiedziałby nasz przyjaciel Zorba. Kanadyjczycy są zupełnie inni. Boję się Kanadyjczyków w takim sensie, w jakim Ty zapewne boisz się krowy leżącej na środku ulicy w godzinach szczytu. Dla Kanadyjczyków wszyscy są równi. Zamiast Joni Mitchell równie dobrze mogłaby dla nich wystąpić pierwsza lepsza sekretarka z konkursu talentów. Uważają, że Frank Gehry ma taki sam talent jak wyrobnik taśmowo wypuszczający z AutoCAD-a projekty McDworków. John Candy nie śmieszy ich bardziej niż wujek Lou po dwóch piwach. Nic dziwnego, że jedyni Kanadyjczycy, o których ktokolwiek słyszał, to ci, którzy się wynieśli za granicę. Wszystkich zdolnych, którzy postanowili zostać, rozwałkował walec równości. Kanadyjczycy po prostu nie rozumieją, że niektórzy wyrastają ponad przeciętność i tak powinni być traktowani.

No dobrze, już skończyłam się wywnętrzać.

Jeśli w WAC nie będzie wolnych miejsc, co bardzo możliwe, bo do Święta Dziękczynienia zostały tylko dwa dni, to znajdź inny lokal w magicznym świecie internetu.

*

Zastanawiałam się, jak to się stało, że w Święto Dziękczynienia znaleźliśmy się w Daniel’s Broiler na kolacji. Tego dnia wstałam późno i zeszłam w piżamie na parter. Wiedziałam, że zanosi się na deszcz, bo w drodze do kuchni minęłam mozaikę leżących na podłodze worków foliowych i ręczników. To był system przeciwpowodziowy wymyślony przez mamę na okazje, kiedy z dachu lała się woda.

Najpierw rozkładaliśmy worki w miejscach, gdzie kapało z sufitu, a potem przykrywaliśmy je ręcznikami i kocami. Na końcu stawialiśmy pośrodku wielki garnek do spaghetti, do którego łapaliśmy krople. Worki na śmieci są niezbędne, bo godzinami może kapać w jednym miejscu, a nagle przeciek powstaje dwa cale obok.

Pièce de résistance mamy to stary T-shirt włożony do garnka do spaghetti, który wycisza nieustające kap-kap-kap. Bo ten dźwięk może cię doprowadzić do szaleństwa, kiedy próbujesz zasnąć.

To był jeden z tych rzadkich dni, kiedy tata całe przedpołudnie kręcił się po domu. Wstał wcześnie, żeby pójść na rower, a teraz stał przy kuchennym blacie, spocony, we fluorescencyjnych obcisłych spodenkach i popijał zielony sok, który sam przyrządził. Zdjął T-shirt. Nosił przymocowany na piersiach czarny czujnik pracy serca i opaskę ściągającą własnego pomysłu, która podobno jest dobra dla pleców, bo pomaga zachować właściwą pozycję przy komputerze.

– Dzień dobry, ja też się cieszę, że cię widzę – przywitał mnie z przyganą w głosie.

Chyba miałam niewyraźną minę. Przepraszam, ale trudno się dziwić. Nie każdy wie, jak się zachować, kiedy widzi swojego tatę w staniku, nawet jeżeli jest to stanik ortopedyczny.

Mama wyłoniła się ze spiżarni obładowana garnkami do spaghetti.

– Cześć, Bączku! – Upuściła garnki, które spadły z potwornym łoskotem na podłogę. – Przepraszam, przepraszam, przepraszam. Jestem naprawdę zmęczona. – Czasami mama nie sypia.

Stuk-stuk-stuk-stuk, tata zastukał na podłodze podeszwami swoich butów rowerowych. Na drugim końcu kuchni podpiął czujnik pracy serca do laptopa, żeby zapisać wyniki treningu.

– Elgie – powiedziała mama. – Kiedy znajdziesz chwilę, to przymierz wodoodporne buty na podróż. Przygotowałam ci kilka par do wyboru.

– Och, świetnie! – Stuk-stuk-stuk do salonu.

Mój flet leżał na kuchennym blacie. Zagrałam parę gam.

– Mamo? – zapytałam. – Mellon Arts Center już istniało, kiedy byłaś w Choate?

– Tak – odparła mama, znowu objuczona garnkami. – To był jedyny raz, kiedy znalazłam się na scenie. Zagrałam dziewczynę z Hot Box w Facetach i laleczkach.

– Podczas naszej ostatniej wizyty z tatą w Choate przewodniczka powiedziała, że mają tam orkiestrę szkolną, a w każdy piątek mieszkańcy Wallingford przychodzą na biletowane koncerty.

– Na pewno ci się tam spodoba – powiedziała mama.

– O ile się dostanę. – Zagrałam jeszcze parę gam, a potem mama znowu upuściła garnki.

– Nawet nie wiesz, ile siły to ode mnie wymaga! – wybuchnęła. – Zdajesz sobie sprawę, że serce mi pęka na myśl, że wyjeżdżasz do szkoły z internatem?

– Ty też chodziłaś do tej szkoły – przypomniałam. – Jeśli nie chcesz, żebym wyjechała, to nie trzeba było wciąż mi powtarzać, że tam jest tak fajnie.

Tata pchnął wahadłowe drzwi i wszedł w kaloszach ze zwisającymi sklepowymi metkami.

– Bernadette, nie do wiary, ile rzeczy kupiłaś. – Objął ją ramieniem i przytulił. – Czyżbyś całe dni spędzała w REI?

– Można tak powiedzieć – odparła mama i znowu zwróciła się do mnie: – Wiesz, nigdy nie myślałam o implikacjach twoich ewentualnych starań o przyjęcie do szkoły z internatem. Na przykład o tym, że będziesz musiała opuścić dom. Ale nawet jeśli wyfruniesz, to jakoś się z tym pogodzę, bo i tak będziemy się co dzień spotykać.

Zaskoczona wbiłam w nią wzrok.

– Och, nie mówiłam ci? Ja też przeprowadzam się do Wallingford. Wynajmę dom w mieście – wyjaśniła. – Już sobie załatwiłam pracę w stołówce Choate.

– Chyba żartujesz! – powiedziałam.

– Nikt nie będzie wiedzieć, że jestem twoją matką. Nawet nie będziesz musiała się do mnie odzywać. Po prostu chcę każdego dnia widzieć twoją słodką buzię. No, a jeśli od czasu do czasu skiniesz ręką na przywitanie, to będzie się cieszyć serduszko mamusi.

Ostatnie słowa powiedziała głosem leśnego licha.

– Mamo!

– Nie masz na to wpływu. Jesteś jak króliczek z bajki, który chciał uciec mamie. Nie masz gdzie się przede mną ukryć. W gumowych rękawiczkach będę się czaić za kontuarem, podając ci w środy hamburgery, w piątki rybę...

– Tato, każ jej przestać.

– Bernadette – powiedział tata. – Proszę.

– Myślicie, że żartuję – odparła mama. – No dobrze, możecie sobie tak myśleć.

– A tak w ogóle, to co robimy dzisiaj wieczorem? – zapytałam.

Na twarzy mamy na chwilę zagościł tajemniczy grymas.

– Poczekaj. – Wymknęła się tylnymi drzwiami.

Wzięłam do ręki pilota od telewizora.

– Czy przypadkiem Seahawks nie grają dzisiaj z Dallas?

– O pierwszej – potaknął tata. – Może wyskoczymy do zoo i wrócimy na mecz?

– Super! Odwiedzimy kangurka drzewnego, który właśnie się urodził.

– Chcesz tam pojechać rowerami?

– Weźmiesz swój rower poziomy? – zapytałam.

– Chyba tak. – Tata zacisnął pięści i zakręcił nimi. – Jazda po tych wzgórzach nadweręża mi nadgarstki...

– Lepiej pojedźmy samochodem – wtrąciłam szybko.

Mama wróciła. Wytarła dłonie w spodnie i wzięła bardzo głęboki oddech.

– Wieczorem idziemy do Daniel’s Broiler – oznajmiła.

– Do Daniel’s Broiler? – zdziwił się tata.

– Do Daniel’s Broiler? – powtórzyłam jak echo. – Masz na myśli tę totalnie wymaksowaną knajpę nad jeziorem Union, która wypożycza busy wycieczkowe i wciąż się reklamuje w telewizji?

– Właśnie tę – powiedziała mama.

Zapadło milczenie. Po chwili przerwało je głośne „Ha!” taty.

– Nigdy w życiu nie zgadłbym, że wybierzesz Daniel’s Broiler na kolację w Święto Dziękczynienia.

– Lubię ci robić niespodzianki – odparła mama.

Skorzystałam z telefonu taty, żeby wysłać sms-a do Kennedy, która wyjechała z mamą na wyspę Whidbey. Kennedy powiedziała, że zazdrości mi tego wieczoru w Daniel’s Broiler.

Grał tam prawdziwy pianista, można było dostać darmowe dolewki lemoniady, a porcje ciasta czekoladowego były gigantyczne. Nazywały się Śmiertelne Zaczekoladzenie i były jeszcze większe niż ogromne porcje w P.F. Chang’s. W poniedziałek w szkole wszyscy mówili:

– Niemożliwe! Naprawdę spędziłaś Święto Dziękczynienia w Daniel’s Broiler? Ale fajnie!

Poniedziałek, 29 listopada

Liścik od Toma

Audrey,

nie potrzebuję Twojej botwiny. Wolałbym raczej, żebyś mi zapłaciła. W przeciwnym razie będę musiał wystąpić na drogę sądową.

*

Liścik od Audrey Griffin

Tomie,

doprawdy zabawne, że ty straszysz mnie sądem. Mój mąż Warren, który pracuje w biurze prokuratora generalnego, jest tym faktem szczególnie rozbawiony, bo gdybyśmy to my pozwali ciebie do sądu w sprawie drobnych roszczeń, z łatwością byśmy wygrali. Jednak zanim się na to zdecyduję, poszłam po rozum do głowy i znalazłam bardziej polubowne rozwiązanie. Proszę, napisz, ile mniej więcej może kosztować usunięcie jeżyn z ogrodu moich sąsiadów. Jeżeli potrzebujesz specjalnego urządzenia, nie krępuj się tego uwzględnić. Zaakceptuję wszystko oprócz świń – przynajmniej w dosłownym znaczeniu.

Gdy tylko otrzymam ten kosztorys, zapłacę ci w całości za poprzednie zlecenie. Za niecałe dwa tygodnie organizuję bardzo ważne spotkanie na rzecz szkoły, więc muszę odzyskać swój ogród.

Środa, 1 grudnia

Liścik od Toma

Audrey,

tak duże zlecenie na pewno wymaga użycia Hillside Thrashera. Mój człowiek woli jednak się z tym wstrzymać do końca pory deszczowej. Może zacząć najwcześniej w maju. Jeśli mam przygotować kosztorys, to muszę się jakoś dostać na posesję sąsiadów. Czy już z nimi rozmawiałaś? Masz ich numer telefonu?

*

Liścik od Audrey Griffin

Tomie,

czuję się, jakbym mieszkała w domu wariatów. Za dziesięć dni elita Seattle zbierze się w moim domu na doniosłej uroczystości szkolnej i będzie chciała spędzić czas w ogrodzie. Nie mogę pozwolić na to, żeby kolczaste krzaki rozszarpały na strzępy ubrania gości. Nie będę czekać do maja. Ani nawet do przyszłego miesiąca. Nie interesuje mnie, czy sam będziesz musiał wypożyczyć Hillside Thrashera. Interesuje mnie tylko, żeby te jeżyny zniknęły do 11 grudnia.

Jeżeli zaś chodzi o wstęp na posesję sąsiadki, żeby oszacować koszty, to niestety babsko okropnie się jeży (tak à propos jeżyn). Najlepiej umówmy się u mnie punktualnie o trzeciej w poniedziałek. Wiem, że o tej godzinie ona odbiera córkę ze szkoły. Będziemy mogli przejść przez dziurę w ogrodzeniu i przyjrzeć się jej jeżynom.

*

Fragment mojego eseju o sir Erneście Shackletonie

Cieśnina Drake’a to obszar wodny znajdujący się między wysuniętym najdalej na południe punktem Ameryki Południowej – przylądkiem Horn w Chile – a Antarktydą. Ta cieśnina o długości pięciuset mil została nazwana na cześć szesnastowiecznego korsarza sir Francisa Drake’a. Na tych szerokościach geograficznych nie ma żadnych istotnych mas lądowych, więc nic nie powstrzymuje nurtu antarktycznego prądu okołobiegunowego. Wskutek tego Cieśnina Drake’a jest najdzikszym akwenem na świecie, budzącym największy strach wśród marynarzy.

*

Od: Bernadette Fox

Do: Manjula Kapoor

Niesamowite, jakich cudów można się dowiedzieć od ósmoklasistów, kiedy zadajesz im pytania retoryczne w rodzaju: „Czego w dzisiejszych czasach uczycie się w szkole?”.

Na przykład, czy wiedziałaś, że różnica między Antarktydą i Arktyką polega na tym, że Antarktyda posiada stały ląd, a Arktyka jest zbudowana w całości z lodu? Wiedziałam, że Antarktyda jest kontynentem, ale sądziłam, że na północy też jest ląd. Ponadto czy wiedziałaś, że na Antarktydzie nie ma niedźwiedzi polarnych? Bo ja nie! Myślałam, że będziemy przyglądać się ze statku, jak biedne, zapuszczone białe niedźwiedzie próbują skakać z jednej topniejącej góry lodowej na drugą. Jednak okazuje się, że jeśli chcesz wziąć udział w tym przygnębiającym spektaklu, to musisz się wybrać na biegun północny. Na biegunie południowym żyją pingwiny. Jeżeli więc wyobrażałaś sobie jakieś sielskie sceny – misie polarne dokazujące z pingwinami – to musisz się pozbyć złudzeń, bo niedźwiedzie polarne i pingwiny mieszkają na, dosłownie, dwóch różnych końcach świata. Chyba powinnam częściej wychodzić z domu.

To zaś prowadzi do drugiej kwestii, z której do niedawna nie zdawałam sobie sprawy. Miałaś pojęcie, że płynąc na Antarktydę, musisz pokonać Cieśninę Drake’a? Wiesz, że Cieśnina Drake’a to najbardziej niespokojne wody na całym świecie? Ja już to wiem, bo właśnie spędziłam trzy godziny w internecie.

Już wyjaśniam, o co chodzi. Zdarza Ci się cierpieć na chorobę morską? Ludzie, którzy jej nie doświadczyli, nigdy nie zrozumieją, jak to jest. To nie tylko nudności. Raczej nudności połączone z chęcią popełnienia samobójstwa. Ostrzegłam Elgiego, że podczas tych dwóch dni przede wszystkim musi mi uniemożliwić dostęp do broni palnej. W szponach choroby morskiej nietrudno strzelić sobie w łeb.

Dziesięć lat temu widziałam film dokumentalny o oblężeniu pewnego moskiewskiego teatru. Zakładnicy nie mogli się ruszyć ze swoich miejsc ani zasnąć, bo oślepiały ich reflektory, a potrzeby fizjologiczne musieli załatwiać pod siebie – terroryści przynajmniej pozwolili im się wypróżniać w podsceniu. Po czterdziestu godzinach kilkoro zakładników najnormalniej w świecie wstało i ruszyło w kierunku wyjścia, nie przejmując się, że w każdej chwili napastnicy mogą im strzelić w plecy. Po prostu mieli już serdecznie dość!

Ale do rzeczy. Bardzo się boję tej podróży na Antarktydę. Nie tylko dlatego, że nie znoszę ludzi (do czego przyznaję się bez bicia). Przede wszystkim jednak nie wierzę, że uda mi się pokonać Cieśninę Drake’a. Gdyby nie chodziło o Bee, na pewno odwołałabym tę wyprawę. Nie mogę jej jednak zawieść. Może zdołałabyś znaleźć dla mnie coś silnego przeciwko chorobie morskiej? I nie mam na myśli aviomarinu, tylko coś naprawdę SILNEGO.

A z innej beczki – wcale się nie zdziwię, jeśli doliczysz do rachunku czas, który poświęcasz na czytanie moich chaotycznych e-maili!

*

List od Bruce’a Jessupa, kierownika działu rekrutacji w Choate

Droga Bee,

uważnie przeanalizowaliśmy zgłoszenia wszystkich szczególnie uzdolnionych kandydatów z grupy pierwszego naboru i bardzo nam miło Cię poinformować, że otrzymałaś miejsce w Choate Rosemary.

W procesie rekrutacji z niekłamaną przyjemnością przeczytaliśmy listę Twoich osiągnięć naukowych oraz licznych zainteresowań pozaszkolnych. Prawdę mówiąc, Twoje wyniki oraz opinie nauczycieli o Tobie były tak nadzwyczajne, że dyrektor działu nauczania Hillary Loundes wystosowała osobny list do Twoich rodziców z propozycją przyjęcia Cię do naszej szkoły na szczególnych warunkach.

Tymczasem serdecznie gratulujemy Ci przebrnięcia przez nasz wyjątkowo rygorystyczny proces kwalifikacyjny. Bez cienia wątpliwości mogę Cię zapewnić, że nowi koledzy i koleżanki pobudzą Twoją ambicję i będą dla Ciebie równie inspirujący oraz mili, jak Ty jesteś dla nas.

Z poważaniem,

Bruce Jessup

*

List od Hillary Loundes, dyrektor działu nauczania w Choate

Szanowni Państwo Branch,

gratuluję Państwu przyjęcia Bee do szkoły Choate Rosemary. Zdają sobie Państwo sprawę lepiej niż ktokolwiek z nas, że Bee jest niezwykle zdolną młodą kobietą. Istotnie, tak zdolną, że chciałabym zaproponować pominięcie klasy pierwszej i przyjęcie Bee od razu do klasy drugiej.

W tym roku na każde miejsce w Choate Rosemary przypada dziesięcioro kandydatów. Każdy z nich, tak jak Bee, osiągnął doskonałe wyniki egzaminu końcowego i miał bardzo wysoką średnią ocen. Może więc Państwa zastanawiać, w jaki sposób udaje się nam wyłowić z morza jednakowych osiągnięć akademickich – prowadzących do inflacji ocen i rekomendacji – tych uczniów, którzy mają szansę odnieść prawdziwy sukces w Choate Rosemary.

Od drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych nasz dział rekrutacji współpracuje z Centrum PACE (psychologii, umiejętności, uzdolnień i wiedzy specjalistycznej) przy Uniwersytecie Yale, formułując „twarde” metody pomiaru „miękkich” kompetencji niezbędnych w procesie adaptacji do społecznych i naukowych wyzwań, które stawia edukacja w szkole z internatem. Efekty naszej współpracy sprawiają, że proces rekrutacji do Choate Rosemary jest jedyny w swoim rodzaju – nazywamy go „Ewaluacją samooceny” (ES).

To właśnie w ES Bee najwyraźniej się wysforowała. W nowoczesnym języku sukcesu dwa określenia szczególnie dobrze opisują idealnego, naszym zdaniem, ucznia. Są to słowa: „twardy charakter” oraz „pewność siebie”. Państwa córka w obu kategoriach wykroczyła poza zaprojektowaną przez nas skalę.

Powszechnie wiadomo, że najgorszą rzeczą, która może się zdarzyć utalentowanemu dziecku, jest znudzenie. Dlatego też uważamy, że przeniesienie od razu do drugiej klasy leży w najlepszym interesie Bee.

Czesne dla uczniów mieszkających w internacie wynosi 47 260 dolarów. Jeżeli chcą Państwo zapewnić Bee miejsce w naszej placówce, proszę o dostarczenie podpisanego kontraktu szkolnego wraz z zaliczką najpóźniej do 3 stycznia.

Proszę o kontakt w celu omówienia szczegółów, a tymczasem witamy w Choate Rosemary!

Z poważaniem,

Hillary Loundes

*

Od: Bernadette Fox

Do: Manjula Kapoor

Czy aż w Indiach słychać mój płacz? Bee została przyjęta do Choate! Szczerze żałuję, że oboje z Elgiem raczyliśmy ją opowieściami o naszych szkolnych przygodach. Elgie uczył się w Exeter, a ja w Choate. Wiesz, złota młodzież, koncerty Grateful Dead i wynajdywanie coraz bardziej pomysłowych sposobów na pozbycie się z pokoju smrodu smolistego osadu na fajce wodnej – i jak tu mieć złe wspomnienia? Lwia część mojej duszy pragnie, żeby moja córka wyrwała się z drętwego prowincjonalizmu Seattle. Sama Bee też nie może się doczekać wyjazdu. Nie mam zatem wyboru, muszę przez to przejść z podniesioną przyłbicą i nie skupiać się jedynie na swoich uczuciach.

Elgie właśnie pisze wniosek o nieumieszczanie Bee w drugiej klasie, bo nie chcemy, żeby pominęła rok nauki. To Cię jednak nie dotyczy. Proszę, przelej szkole zaliczkę z naszego wspólnego konta. Wiesz już coś na temat lekarstwa przeciwko chorobie morskiej? Zaczynam trochę panikować.

To na razie tyle, bo już jestem spóźniona, żeby odebrać Bee, a nie wiem, gdzie się zapodział pies.

*

– No to mamy problem – powiedziała mama, kiedy wsiadłyśmy do samochodu. – Lodzia wlazła do mojej szafy, drzwi się za nią zatrzasnęły i nie mogę ich otworzyć. Jest uwięziona.