Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
61 osób interesuje się tą książką
Otwarcie nowej siedziby Gminnego Ośrodka Kultury miało być najważniejszym wydarzeniem w historii gminy Stupsk. Przynajmniej zdaniem Maniusia, ambitnego dyrektora GOK-u. Zamiast hucznej fety pojawia się jednak… trup w stroju Świętego Mikołaja i sabotażysta, który utrudnia organizację imprezy.
Gdy ze śnieżnej zaspy wypada ciało Sztywnego Piotrusia, policjantki Grażynka i Mariolka zaczynają oficjalne śledztwo. Ich śladem, nie zważając na śnieg i mróz, ruszają nieustraszone Aldonka, Monia i Kasiunia. Przy okazji robią wszystko, by skupić na Stupsku uwagę mediów, choćby wymagało to nieplanowanego morsowania w lodowatym stawie!
Dawne animozje z sąsiednimi Konopkami odżywają ze zdwojoną siłą, a lista podejrzanych rośnie szybciej niż hałdy śniegu. Czy dziewczyny wyprzedzą policję i odkryją, kto ukatrupił Piotrusia?
„Gdzie dwóch mikołajów się bije…” to zwariowana komedia kryminalna, przy której trudno zdecydować, czy się śmiać, czy śledzić poszukiwania mordercy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 257
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Lira Publishing Sp. z o.o.
Wydanie pierwsze
Warszawa 2026
ISBN: 978-83-68817-99-7
Mimo sypiącego od dwóch dni śniegu w sali bankietowej nowo wybudowanego Gminnego Ośrodka Kultury w Stupsku z siedzibą w Konopkach stawili się licznie przedstawiciele nie tylko Koła Gospodyń Wiejskich Stupszczanki, ale też pozostałych kół z terenu całej gminy Stupsk. Nie mogło zabraknąć Dąbkowiaków, czyli zespołu ludowego pieśni, tańca i różańca. Byli również dyrektorzy GOK-u i Gminnej Biblioteki Publicznej, czyli Maniuś z Elżunią.
W sali aż huczało od głośnych rozmów, śmiechów i nawoływań. Mimo mrozów na zewnątrz w budynku panowała gorąca atmosfera podsycana przez najświeższe ploteczki z terenu, których dystrybucją zajmowała się niezawodna jak zawsze Jadzia. Ciamkając nieodłączne miętówki, obserwowała bowiem dzień po dniu, co dzieje się w okolicy. Na początku ta niepozorna seniorka posługiwała się zwykłą lornetką oraz rowerem Wigry 3. To, co wystarczało, by monitorować serce gminy, czyli Stupsk, szybko okazało się niewystarczające, kiedy trzeba było rozszerzyć pole obserwacji. Idąc z duchem czasu, Jadzia zażądała od męża drona. Wyposażona w tak profesjonalny sprzęt, wiedziała wszystko o wszystkich. Była więc wiarygodnym źródłem informacji.
To zacne zgromadzenie zaszczycił również miejscowy restaurator, czyli Ernest Ogórek. Od początku swej działalności usiłował zabłysnąć jako dobroczyńca i sponsor, ale nade wszystko marzył w cichości ducha o tym, by wreszcie ktoś mu za tę dobroczynność podziękował, najlepiej ze sceny, i jeszcze rękę na tej scenie uścisnął. Najwspanialej byłoby, gdyby to była posłanka Ciupińska lub senator Bródka, ale i starostą czy innym dostojnikiem z województwa by nie pogardził. Byle tylko to zostało uwiecznione i pokazane w telewizji. Dlatego od lat nie szczędził gotówki, by swoje marzenia spełnić.
Gwar nieco ucichł, kiedy drzwi się otworzyły i do sali weszły policjantki z posterunku w Stupsku z siedzibą w Konopkach. Starszą aspirant Grażynkę Mrówkę i starszą posterunkową Mariolkę Sieradzką różniło wszystko. Szefowa, Grażynka, była rosłą blondynką o gęstych, prostych włosach. Bali się jej niemal wszyscy, ponieważ bywała szorstka i gwałtowna w obejściu. Drobna, ciemnowłosa Mariolka stanowiła zaś oazę spokoju, dobrego humoru i uchodziła za duszę towarzystwa. Zapisała się nawet do KGW Stupszczanki, ponieważ kochała gotować i jeść.
— Nareszcie! — zawołał Maniuś, dyrektor GOK-u i podbiegł do policjantek, żeby wskazać im miejsce przy stole. — Czekamy tylko na was. Miałyście najbliżej, a jesteście ostatnie. Mamy małą awarię prądu, ale zaraz przyjedzie elektryk i sprawdzi, co i jak.
Rzeczywiście GOK od posterunku dzieliło zaledwie kilka metrów. Wystarczyło przejść przez ulicę i minąć mieszczącą się w tym samym budynku co GOK siedzibę Ochotniczej Straży Pożarnej w Konopkach.
— Mam ważniejsze sprawy na głowie niż ustalanie, jakie kotlety podać posłance Ciupińskiej na otwarciu tego cudu myśli architektonicznej — burknęła Grażynka i usiadła.
Mariolka przewróciła tylko oczami i przepraszająco popatrzyła na dyrektora.
Maniuś był tak spięty jak jego marynarka w pasie, od kiedy przestał z braku czasu chodzić na siłownię. To on odpowiadał za organizację największego wydarzenia w gminie od momentu założenia GOK-u. Dlatego wrócił czym prędzej na swoje miejsce u szczytu stołu i stojąc, odchrząknął głośno, ale został zignorowany przez żądną towarzyskich spotkań ludzką masę.
— Cisza! — przyszła mu w sukurs Aldonka, członkini KGW Stupszczanki.
Pod względem postury, głosu oraz poważania, jakim się cieszyła, dorównywała Grażynce Mrówce. Aldonka miała na koncie kilku złapanych przestępców, ponieważ razem z Monią i Kasiunią, członkiniami tegoż samego koła, dzielnie tropiły wszelkie kryminalne zagadki na terenie Stupska. Jej gromki głos skutecznie przedarł się przez wrzawę i zebrani skupili uwagę na Maniusiu.
— Dziękuję, Aldonko. — Maniuś ponownie odchrząknął i zerknął w swoje notatki. — Zaprosiłem was, drodzy państwo, ponieważ czeka nas rzecz doniosła. Takiego wydarzenia w naszej gminie jeszcze nie było na pewno od czasu jej utworzenia, a być może i od zarania dziejów…
Maniuś minę miał natchnioną niczym ksiądz w czasie niedzielnego czytania listu od biskupa. W pomieszczeniu panowała cisza, a zgromadzeni wsłuchali się w to, co dyrektor miał im do przekazania.
— Do zaorania to ten przybytek — mruknęła Grażynka, ale Mariolka ją uciszyła.
— Mówił o zaraniu, czyli o początku…
Tymczasem Maniuś kontynuował:
— Czeka nas otwarcie nowej siedziby GOK-u. Z ciasnego gabinetu w starym urzędzie gminy przenosimy się — tu Maniuś chlipnął — do tego nowoczesnego, wybudowanego z dbałością o wszelkie normy i certyfikaty, wyposażonego we wszystko, o czym może dyrektor GOK-u zamarzyć…
— …budynku — zakończyła wywód zniecierpliwiona dyrektorka Elżunia.
— Naturalnie znajdzie tu siedzibę nie tylko nasz ośrodek, ale też filia biblioteki oraz OSP. Dlatego zgromadziliśmy się tutaj, aby przygotować plan tej jakże znamiennej uroczystości, mającej rozpocząć nową erę… — Maniuś wznosił się na wyżyny elokwencji, a w miarę jak rosła w nim ekscytacja jego własnymi słowami, wznosił się też jego głos, aż w końcu go zabrakło.
Nieświadomy zagrożenia dyrektor napił się rubinowego płynu z podanej mu przez Aldonkę szklanki i zamilkł na dobre. Oczy wyszły mu z orbit, następnie wciągnął spazmatycznie powietrze i usiadł, po czym na migi pokazał Elżuni, żeby kontynuowała.
— Nalewka? — zapytała domyślnie Monia, koleżanka Aldonki i członkini koła, wysoka, szczupła brunetka.
Aldonka z uśmiechem sytego kota potwierdziła skinieniem głowy, co Kasiunia, trzecia z tego tercetu, ciemnowłosa, drobna, z twarzą lalki i chmurnym spojrzeniem, skwitowała przewróceniem oczami.
Tymczasem Elżunia mówiła, zerkając na Maniusia, który już tylko kiwał głową z przejęcia.
— Nie tylko siedziba GOK-u zostanie tu przeniesiona, ale też filia biblioteki. W dodatku w nowoczesnym budynku znajduje się sala bankietowa z zapleczem kuchennym, o czym dziś mają państwo okazję się przekonać.
Wśród zgromadzonych rozszedł się szmer aprobaty, a część osób rozejrzała się, jakby dopiero się zorientowała, gdzie trafiła. Goście na nowo z uznaniem oglądali idealnie czyste szare ściany, nowoczesne oświetlenie, lśniące krzesła i stoły, grafiki w ramach dyskretnie rozwieszone pomiędzy oknami. Kiwali przy tym głowami z wyraźnym zadowoleniem.
— Jak wspomniał pan dyrektor — mówiła Elżunia, pokazując na Maniusia, którego twarz przybrała teraz lekko zieloną barwę — tak zacną inicjatywę należy uczcić w odpowiedni sposób. Spotkaliśmy się, żebyśmy mogli zapoznać państwa z naszymi planami, a następnie chcielibyśmy usłyszeć państwa propozycje uświetnienia uroczystości.
— Plan jest taki — wszedł jej w słowo Maniuś, doszedłszy już nieco do siebie. Poderwał się z krzesła, jakby dolną część jego pleców porażono prądem. — Wydarzenie odbędzie się w tejże sali. Najpierw zrobimy korowód złożony z przedstawicieli wszystkich funkcjonujących na naszym terenie stowarzyszeń i organizacji. Wystartujemy ze starej filii biblioteki i podając je sobie z rąk do rąk, symbolicznie przeniesiemy kilkanaście książek do nowej siedziby. Następnie zaproszone osobistości dokonają przecięcia wstęgi i otwarcia budynku, ksiądz to wszystko poświęci. — Wzrok Maniusia padł na siedzącego na końcu stołu proboszcza z dłońmi zaplecionymi na brzuchu. — Wejdziemy do sali. Tu przywitamy z panią dyrektor gości…
— Ciekawe, czy znowu Ciupińska tę swoją Kopyśćkę przyśle — mruknęła Aldonka, mając na myśli posłankę, znaną w okolicy, oraz jej asystentkę, która na spartakiadzie latem wystąpiła w zastępstwie chorej posłanki.
— Niee, sama przyjedzie, i do tego senator i starosta, i te wszystkie wójty, sołtysy, radni… — wyliczała Monia szeptem. — Nikt nie przegapi takiej okazji. Każdy chce, żeby i na niego splendor spłynął.
— Jakby wystarczyło wejść do jednego pokoju z papieżem, to by wszyscy, co do niego do Watykanu jeżdżą, święci byli — podsumowała trafnie Kasiunia z naburmuszoną miną.
— A nasz wójt zostałby premierem. Tyle razy ściskał rękę posłanki — zachichotała Aldonka.
Elżunia chrząknęła i znacząco popatrzyła na Stupszczanki. Kobiety umilkły, a Maniuś kontynuował:
— Po występie Dąbkowiaków mamy gościa specjalnego, czyli…
— Zenka? — wyrwała się Aldonka z nadzieją.
— Co ty z tym Zenkiem? — zdenerwowała się Jadzia i zaciamkała cukierka. — Ja tam wolę Sławomira.
— No niestety, Dąbkowiacy będą supportować naszą lokalną gwiazdę, solistkę Alicję — wyjaśniła pospiesznie Elżunia, żeby uciąć dywagacje i uniemożliwić ewentualne spory o wyższość disco polo nad innymi gatunkami muzyki.
Z głębi sali dało się słyszeć niecierpliwe chrząkanie. Gdzieś ktoś zamachał ręką, jednak zdawało się, że Maniuś ignoruje chcącą zabrać głos osobę.
— Potem nastąpią występy naszych grup działających w GOK-u. Mażoretki, Klubik Malucha, dziewczyny zrobią pokaz zumby…
— Jak Jadzia zacznie tyłkiem kręcić, to senator zawału dostanie — stwierdziła na cały głos Aldonka, a zgromadzeni w sali zareagowali gromkim śmiechem.
— W przeciwieństwie do was ja i mój tyłek niejeden raz uratowaliśmy gminę przed zbrodniarzami — odcięła się Jadzia i włożyła sobie do ust kolejnego cukierka.
— Czy ja bym mogła… — odezwał się głos z końca stołu, ale ponownie został zignorowany przez natchnionego Maniusia.
— Jednym słowem zaprezentują się wszystkie grupy działające pod skrzydłami GOK-u. Potem będzie obiad i tu mam prośbę do kół gospodyń…
— Dżizas, znowu my w garach, a reszta w splendorach. — Aldonka westchnęła ostentacyjnie i wystarczająco głośno, by dotarło to do Maniusia. Potem posłała mu takie spojrzenie, że na jego czole wystąpił pot i przypomniała mu się wypita chwilę wcześniej nalewka.
— N-nie — jęknął Maniuś. — Nie w tym rzecz. Znaczy w tym, ale…
— A nie mówiłaś? — podsumowała z właściwym sobie pesymizmem Kasiunia.
— To znaczy nie chcemy, żebyście stały przy garach. Tylko żebyście zrobiły słodki stół — wyrzucił z siebie na jednym oddechu dyrektor GOK-u.
— Czyli mamy konkurencję. Nieładnie, panie dyrektorze. Nieładnie. — Aldonka wychyliła się w kierunku Maniusia i choć ten stał w bezpiecznej odległości, czyli poza zasięgiem jej ramion, to lekko się cofnął.
— To znaczy… — Maniuś otarł pot z czoła.
Na szczęście Elżunia przyszła mu z pomocą.
— Chcemy, żebyście, panie i panowie, poczuli się jak goście na tej wyjątkowej uroczystości. Zamówimy catering u pana Ogórka. Ponieważ impreza do tanich nie będzie należała…
Ernest Ogórek podniósł się nieco i kiwnął, choć przecież wszyscy go tu znali.
— Trzeba to zrobić z pompą! — odezwał się jeden z Dąbkowiaków.
— No tak, skoro goście z województwa będą, to bez schabowych ani rusz — przyłączyła się Krysia, pulchna seniorka, członkini Stupszczanek słynąca z zamiłowania do smażeniny.
— Nie ma to jak tradycyjna polska potrawa wigilijna, czyli kotlet schabowy z ziemniakami — zachichotała Mariolka.
Moment zamieszania wykorzystało dwóch członków Koła Gospodyń Wiejskich Strzałkowiacy i mało dyskretnie — jeden z nich potknął się o krzesło, a drugi trzasnął drzwiami — wyszli na zewnątrz, zapewne w celu wchłonięcia porcji nikotyny drogą absorpcji płucnej. Wskazywały na to paczki papierosów, które trzymali w dłoniach.
Kilku palaczy odprowadziło ich tęsknymi spojrzeniami. Nikt inny jednak nie ośmielił się wyjść.
— Niech zobaczą, jak wygląda prawdziwa gościnność, a nie przy krewetkach i zupie z tego tai chi, czy jakoś tak — dodała Monia.
— Chyba kimczi — poprawiła ją machinalnie Mariolka, policjantka, która dbała o poprawność językową nie tylko Stupszczanek, ale przede wszystkim swojej szefowej, czyli aspirant Grażynki Mrówki.
— Tak czy siak to zwykła kiszona kapusta, a robią wielkie halo. — Krysia pogardliwie wzruszyła ramionami.
— Jak bozię kocham, nie skończymy tego spotkania, bo ciągle ktoś nam przerywa — jęknął Maniuś, nieświadomy, jak bardzo prorocze były te słowa.
— Ustaliliśmy, że członkinie kół z całej gminy upieką ciasta — powiedziała Aldonka, żeby nieco uspokoić atmosferę.
— Czyli upieczecie? — zapytał Maniuś z nadzieją.
— Upieczemy. — Aldonka pokiwała głową, patrząc po przedstawicielkach pozostałych kół gospodyń, czyli Strzałkowiaków i Wyszynianek, które energicznie kiwały głowami.
Maniuś radośnie odhaczył punkt na swojej liście, ale niedane było mu przejść do kolejnego punktu, drzwi sali otworzyły się bowiem z hukiem, a do środka wpadł w rozchełstanej kurtce i z obłędem w oczach jeden z palaczy, niejaki Marcinek. Zapowietrzył się, jakby właśnie pomylił sok z nalewką malinową Aldonki, i stał tak dobrą chwilę, łapiąc powietrze, aż zareagowała Mariolka:
— Co się stało?
— Aha, zaczęło się — mruknęła Kasiunia. — W tej gminie żadnej imprezy nie można normalnie zorganizować, bo wiecznie coś.
— Mikołaj. Święty Mikołaj — wydusił z siebie zszokowany mężczyzna i umilkł. Ręka, którą wskazywał coś na zewnątrz, zawisła w powietrzu.
— To Piotruś w stroju mikołaja pewnie wiesza lampki na budynku — powiedział z wyraźną ulgą Maniuś i dodał z dumą: — Kupiliśmy trzy tysiące lampek.
— Biedy nie ma — podsumowała z uznaniem Aldonka.
— Co z tym Mikołajem? — dopytała na wszelki wypadek Mariolka, zerkając na Grażynkę, która tylko obojętnie wzruszyła ramionami.
— Się szlachta bawi, się koszta nie liczą — stęknęła Jadzia.
Na szczęście nikt tego poza Stupszczankami siedzącymi obok nie usłyszał. Wszyscy skoncentrowali się bowiem na wciąż oszołomionym Marcinku ze Strzałkowa. Chwycił się w końcu za głowę i wypluł z siebie jedno słowo, które zmroziło towarzystwo:
— Trup.
W sali najpierw zrobiło się cicho. Elżunia nerwowo zamrugała, a Maniusiowi zaczęły się trząść ręce.
Dwie osoby, najbardziej zaprawione w kwestiach związanych ze zwłokami, czyli Grażynka i Mariolka, uruchomiły się niemal od razu.
— Czy w tej gminie to już nie można się nigdzie ruszyć, żeby nie natknąć się na trupa? — mruknęła Grażynka i podeszła do Marcinka, który wciąż stał przy drzwiach.
— Gdzie widziałeś tego trupa? — Mariolka uprzedziła pytanie koleżanki.
Grażynka podciągała właśnie spodnie, opadające jej od ciężaru przytroczonego do nich wyposażenia w postaci paralizatora, prezentu od Mikusia. Wnuczek pani Ali, emerytowanej nauczycielki schwytanej na kradzieży pieniędzy, i Grażynka spotykali się od czasu pamiętnej afery z jego babką.
Marcinek wyciągnął rękę w kierunku drzwi.
— T-tam. Sebuś…
— Zdecyduj się, człowieku. To w końcu Mikołaj, Sebuś czy trup? — Grażynka, niezrażona, przewróciła oczami.
— Sebuś zemdlał — wydusił z siebie Marcinek.
— Czyli Mikołaj trup? — dopytała domyślnie Mariolka.
Marcinek tylko pokiwał głową i wtedy w sali zrobił się rumor. Wszyscy chcieli wyjść, sprawdzić i zobaczyć na własne oczy, czy Marcinkowi się przypadkiem coś nie przywidziało.
— Siadać! — wrzasnęła gromkim głosem Grażynka.
Tłum zamarł.
— Najpierw wyjdziemy my dwie z Mariolką i Marcinek. Gapiów nam nie potrzeba — zarządziła Grażynka.
— Nie chcemy, żebyście zadeptali ewentualne ślady — wyjaśniła z przepraszającym uśmiechem Mariolka.
— Jakie ślady? Śnieg całą noc sypał, a potem każdy z nas przechodził obok budynku — zauważyła trzeźwo Aldonka, zaprawiona już nieco w łapaniu przestępców.
— Ty się, Aldonka, do naszej roboty nie mieszaj. — Grażynka od razu postanowiła ustalić, kto tu jaką rolę odgrywa.
— Naszykuj tego swojego zajzajeru dla Marcinka i Sebusia, bo chłopaki będą potrzebować czegoś na odreagowanie — zaproponowała Mariolka, mając na myśli malinową nalewkę, z której produkcji słynęła Aldonka. Własności nalewki były niezwykłe i nie bez powodu nazywano ją eliksirem prawdomówności.
— W żadnym wypadku — zaprotestowała Grażynka. — Świadkowie muszą być trzeźwi.
— Zamiast się kłócić o moją nalewkę, lepiej zajmijcie się tym trupem — stwierdziła Aldonka.
— I Sebusiem — dodała Monia.
— Chodź, Marcinek. Pokażesz nam, gdzie tego trupa widziałeś. — Mariolka łagodnie pokierowała mężczyznę do drzwi.
Marcinek pokiwał głową i cała trójka wyszła do obszernego holu, a następnie na zewnątrz. Reszta obecnych rzuciła się za nimi, ale Grażynka, stojąca tuż za drzwiami, obejrzała się za siebie i zrobiła taką minę, że spociły się nawet wokalistki z zespołu Dąbkowiacy. Drzwi się zamknęły, a publika ulokowała się na parapetach dużych okien, żeby obserwować, co dzieje się przed budynkiem.
Tymczasem policjantki podeszły do Sebusia, który już się był pozbierał z ziemi, bo siedział na ostatnim stopniu schodów prowadzących do wejścia. Głowę miał podpartą na rękach. Śnieg wokół niego zdążył się roztopić, bo mróz nie był bardzo dotkliwy, ale wciąż sypało z mniejszym lub większym natężeniem. Świeżo odśnieżone chodniki i jezdnia znowu były pokryte warstwą białego puchu, co z niezadowoleniem skonstatowała Grażynka.
— Mówcie, co się stało — zwróciła się do obydwu mężczyzn.
Marcinek, chyba na skutek złapania świeżego powietrza, odzyskał naturalny kolor skóry i jakby się trochę ożywił. Sebuś zaś się podniósł, choć jego twarz nadal niewiele różniła się barwą od śniegu. Trzęsącymi się dłońmi wyjął z kieszeni papierosy i mówiąc, stukał jednym o paczkę, ale nie wkładał go do ust.
— Wyszliśmy na fajkę…
— Poczęstowałem Sebusia — wtrącił się Marcinek.
— Poczęstował mnie, na ten przykład — potwierdził Sebuś. — Rozmawialiśmy sobie…
— Że ciekawe, kiedy przestanie padać — wtrącił się ponownie Marcinek.
Policjantki przenosiły wzrok z jednego na drugiego, w miarę jak mężczyźni opowiadali.
— No i tak sobie stoimy i palimy…
— Palimy i palimy.
— Do sedna, panowie — ponagliła ich Mariolka, patrząc na koleżankę, która była bliska wybuchu, a jej ręka, wsparta na paralizatorze, podrygiwała nerwowo.
— Skończyliśmy palić, na ten przykład, i chciałem rzucić peta w śnieg… — podjął wątek Sebuś.
— Chciał rzucić — powtórzył Marcinek, a Grażynka przewróciła oczami, ale nie skomentowała.
— Odwróciłem się i spojrzałem o, tam.
Sebuś pokazał krótkim ruchem głowy w kierunku ściany budynku, gdzie piętrzyła się olbrzymia zaspa śniegu zepchniętego z podjazdu do remizy i chodników przed salą. Obok stała okryta białym puchem drabina. Śnieg teraz sypał tak gęsty, że ledwie co można było dostrzec.
— Spojrzał. — Marcinek pokiwał głową.
— No i? — popędziła ich Grażynka na skraju wytrzymałości.
— No i paczę, a tam coś leży.
— Leży…
Grażynka zmroziła spojrzeniem Marcinka.
— Coś z zaspy wystaje. I na ten przykład, czerwone takie…
Marcinek już otwierał usta, by jak echo powtórzyć po koledze, kiedy w porę Mariolka chwyciła go za mankiet.
— Zanim wy skończycie tę opowieść, to nas śnieg na równo z tą budą zasypie — stęknęła Grażynka i się wzdrygnęła. Zaczynała marznąć, bo wyszły z budynku w krótkich kurtkach mundurowych.
— Śmiało, Sebuś — zachęciła mężczyznę Mariolka.
— Mówię do Marcinka: „Ty, chyba strażacy coś zostawili…”.
— Ja mówię: „Nie, to wygląda jak jakaś szmata”.
— Podeszliśmy, na ten przykład, bliżej. I nawet się zaśmiałem, że chyba Święty Mikołaj z dachu spadł.
— A to trochę za wcześnie — zauważył Marcinek przytomnie. — Do świąt kupa czasu.
— Pociągłem za to czerwone, a to cz-człowiek był. — Głos Sebusia zadrżał.
— Znaczy Święty Mikołaj, bo czapkę ma — dodał Marcinek.
Policjantki popatrzyły na siebie, a Grażynka zapytała:
— A teraz powiedzcie mi, co jaraliście?
— Na ten przykład, papierosy, jak babcię kocham. — Sebuś walnął się pięścią w klatkę piersiową.
— Wy widzieliście Mikołaja, a ja… — Grażynka poszła w stronę wskazanej przez mężczyzn kupy śniegu, sięgającej przynajmniej metra. — Ja tu niczego nie widzę.
Rozejrzała się, idąc wąskim odśnieżonym paskiem chodnika biegnącego wokół budynku.
— Ja tam nie podejdę, za chińskiego boga. — Sebuś cofnął się nieco na wszelki wypadek.
— Mogę pokazać — zaoferował się Marcinek.
— Drabinę tylko widzę — stęknęła Grażynka i wtedy jej spojrzenie padło na przysypany białym puchem fragment czegoś czerwonego. Zrobiła krok w kierunku zaspy. Nogi ugrzęzły jej po kolana w śniegu, ale niezrażona rozgarnęła świeżą warstwę. Rzeczywiście w zaspie coś było.
— I co? Widzisz coś, Grażynko? — dopytała Mariolka. Jej głos był stłumiony, bo podobnie jak wszystkie dźwięki, choćby te przejeżdżających ulicą aut, pochłaniały go gęste opady. Sebuś w tym czasie tak wymiętolił ze stresu papierosa, że pod stopami chłopaka ze śniegiem mieszał się tytoń. Marcinek zaś z ciekawością wyciągał szyję, ale nic nie mówił.
Szefowa posterunku w Stupsku z siedzibą w Konopkach nałożyła na ręce rękawiczki, które wyjęła z kieszeni, i zaczęła metodycznie rozgarniać śnieg. Z każdym ruchem nabierała pewności, że w zaspie kryje się człowiek. Zważywszy na temperaturę oraz to, że prawdopodobnie leżał tu od wczoraj, raczej nie był to żywy człowiek.
W końcu dogrzebała się do czerwonej kurtki i czerwonej czapki, żeby skonstatować nie bez cienia satysfakcji, że to nie żaden Święty Mikołaj, tylko prawdziwy denat, to znaczy trup.
— I co? — dopytywała Mariolka, przestępując z nogi na nogę.
— Zwłoki — stwierdziła Grażynka i spróbowała odkręcić denata spoczywającego twarzą do dołu w śniegu tak, by sprawdzić, czy na pewno to denat, co nastręczało sporo trudności, bo zwłoki były raz, że sztywne, dwa, że porządnie zaklinowane w śniegu.
— O mamo, znowu — jęknęła Mariolka.
— A czego się spodziewałaś? — odburknęła Grażynka.
— No, nie wiem. Może na przykład nie nieboszczyka?
— Tu ciągle kogoś mordują. Przez Mikusia nikt się mnie już nie boi — stwierdziła Grażynka. Od jakiegoś czasu przebąkiwała o tym, że bliska relacja z wnuczkiem pani Ali nie służy jej autorytetowi. — Powinnaś się do tego przyzwyczaić, Mariolka.
— Czy do tego można się w ogóle przyzwyczaić? — zapytała retorycznie posterunkowa.
— Mówiłem, że trup — jęknął Sebuś i pobladł, a Marcinek go podtrzymał. Papieros upadł mu pod nogi.
— Kto to może być, Grażynko? — dopytała Mariolka, podchodząc bliżej. — I czy aby na pewno nie żyje? Wiesz, Misia też kiedyś z zaspy wykopałyśmy. I wcale nie był sztywny. To znaczy był, ale na skutek spożycia zbyt dużej ilości napojów wyskokowych, a nie z zimna.
W tym czasie Grażynka zgrabiałymi dłońmi z trudem odsłoniła denata do połowy.
— Tu nie ma wątpliwości.
— Ale można sprawdzić… — indagowała Mariolka.
— Z taką dziurą w głowie to nawet Misio by nie przeżył, a wychodził cało z różnych sytuacji — burknęła Grażynka.
— Kto to… — zaczęła Mariolka i umilkła. Rozpoznała denata, bo ze śniegu wyłoniła się część twarzy.
— Sama widzisz — powiedziała Grażynka, po czym cofnęła się i wyjęła telefon z kieszeni. — Dzwonię po naszych. A ty zorganizuj jakiś namiot czy coś, bo za chwilę ten cholerny śnieg zawali miejsce zbrodni. I zabierz Maniusia w odosobnione miejsce. Trzeba będzie z nim porozmawiać.
— Ale dlaczego Maniusia, na ten przykład? — zainteresował się Sebuś.
— Bo to on oddelegował naszego denata do wieszania lampek — wyjaśniła Mariolka, ponieważ jej koleżanka zajęta już była rozmową z policjantami z mławskiej komendy.
— To znaczy, że na ten przykład, ktoś go kropnął? — dopytał słabym głosem Sebuś.
— To wyjaśnimy w toku czynności śledczych — powiedziała poważnie Mariolka i wróciła do mężczyzn, a następnie razem z nimi weszła do budynku.
— Wiadomo już coś?
— Kogo znaleźliście?
— Zabity?
Zgromadzeni zasypali Mariolkę pytaniami, o mały włos jej nie przewracając. Sebuś z Marcinkiem coś tam tłumaczyli, ale widać nie byli tak wiarygodni jak policjantka.
— Proszę się odsunąć. — Mariolka torowała sobie drogę, aż zniecierpliwiona zawołała: — Z drogi, bo wyjmę paralizator!
Poskutkowało. Mariolka nie miała paralizatora, ale znając zapędy jej szefowej do straszenia służbową bronią, nikt nie mógł być pewny, czy aby nie wyposażyła swojej podwładnej w podobne akcesoria.
— Maniusia, znaczy pana dyrektora, zapraszam do gabinetu. Czy ktoś ma listę z tego spotkania? — zwróciła się do obydwojga dyrektorów.
— Nie było potrzeby… — stęknęła Elżunia.
— Zatem proszę wracać do sali bankietowej, a panią dyrektor poproszę o zebranie danych osobowych wszystkich zgromadzonych. Nazwiska, numery telefonów, adresy. I nikt nie opuści GOK-u, póki Grażynka wam na to nie pozwoli. Czy to jasne? — Mariolka minę miała groźną jak ciotka, która usłyszała od siostrzeńca, że ten nie życzy sobie dodatkowej porcji rosołu.
Zgromadzeni niechętnie się zgodzili i jeden za drugim ruszyli z powrotem do sali. Maniuś pobladł, ale posłusznie poszedł w kierunku schodów na piętro, gdzie znajdował się jego gabinet.
— Niech nikt nam nie przeszkadza. — zwrócił się dyrektor do młodziutkiej sekretarki, która usiłowała wyłączyć TikToka, żeby nie wyglądało tak, jakby w pracy zajmowała się oglądaniem filmików.
— Dobrze, panie dyrektorze — odparła posłusznie dziewczyna.
Kiedy Mariolka została sam na sam z dyrektorem, kazała mu usiąść. Sama zajęła miejsce na drugim z foteli przy niskim stoliku.
— Powiedziałeś, że Piotruś miał rozwiesić lampki.
— Tak, trzy tysiące sztuk lampek — ożywił się Maniuś.
— Kiedy miał to zrobić?
— Czy lampkom coś się stało? Ktoś je ukradł? — Maniuś poluzował golf pod szyją.
— Nie. — Mariolka westchnęła. — To kiedy miał je zawiesić?
— N-no wczoraj. Zaczął jeszcze przed południem, ale nie wyrobił się do końca dnia pracy. Miał dokończyć dziś.
— No to nie dokończy — podsumowała Grażynka.
— Jak to? On musi… — zaczął Maniuś, ale policjantka uciszyła go gestem.
— Sztywny Piotruś już raczej niczego nie zrobi.
Piotrusia nazywano Sztywnym, ponieważ zazwyczaj miał wisielczy humor i wszystko, co robił, robił niechętnie. Jego sława sięgała daleko, ponieważ był podporą nie tylko Urzędu Gminy, ale też GOK-u. Był kierowcą busa, kiedy kogoś trzeba było przewieźć, malarzem, kiedy trzeba było odmalować klasy w szkole, tynkarzem, kiedy robiono nową elewację na jakimś gminnym budynku, ogrodnikiem, kiedy trzeba było skosić trawę w parku czy wsadzić jakieś drzewa lub krzaki, organizatorem eventów, gdy wchodziło w grę rozstawienie sceny i namiotów. Słowem, jak o nim mówił Maniuś — człowiek maintenance’u1.
— Niczego nie zrobi, bo nie żyje — wyjaśniła Grażynka, kiedy dyrektor nic nie powiedział, ponieważ tkwił w oszołomieniu.
Po tych słowach Maniuś gwałtownie zerwał się z krzesła, przeczesał włosy, potem usiadł, otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale tylko jęknął.
— Kto teraz lampki rozwiesi? — zmartwił się, kiedy nieco ochłonął.
— Na moje oko prawie skończył, ale i tak nikt przez najbliższe kilka godzin nie będzie mógł podejść do budynku. Policjanci z powiatowej zaraz tu będą… — Grażynka urwała, bo właśnie pod budynek zajechały niemal jednocześnie karetka, radiowóz i nieoznakowane auto.
Zgodnie z tym, co przewidziała Grażynka, policja do spółki z prokuratorem i lekarzem prowadzili działania aż do zmierzchu. Teren został oklejony taśmami, a Grażynka z Mariolką, ubrane w ciepłe, puchowe kurtki, pilnowały, żeby żaden niepowołany osobnik nie zbliżał się do budynku. Przestępując z nogi na nogę, walczyły z zimnem. Śnieg nadal sypał i o ile ekipa z komendy powiatowej chroniła się pod rozstawionym naprędce namiotem imprezowym, to miejscowe policjantki stały pod gołym niebem.
— Grażynko, mogę otrzepać cię ze śniegu, bo za chwilę ktoś pomyli cię z bałwanem — zagaiła Mariolka.
— Trzepnąć to ja mogę ciebie paralizatorem — burknęła Grażynka, ale otrzepała się z białego puchu, którego świeża warstwa pokrywała już wszystko na tyle dokładnie, że Konopki wyglądały, jakby nikt nie odśnieżał ich od początku grudnia.
Mariolkę widocznie naszła taka sama refleksja co do ilości opadów, bo westchnęła:
— I kto teraz odśnieży gminne drogi? Zawsze to Sztywny Piotruś jeździł traktorem z pługiem. A teraz… Naprawdę jest sztywny.
— Ty się lepiej przejmuj żywymi. Jemu życia już nie wrócimy, a Iwanek został na posterunku sam. Nie chcę wiedzieć, co tam nawywijał do tej pory.
Iwanek był mikropieskiem zaczepno-obronnym, z wyglądu czymś pomiędzy brudnym mopem a fryzurą Ozzy’ego Osbourne’a. Nie tolerował prawie nikogo poza Grażynką i Mariolką, która nie mogła go przygarnąć ze względu na alergię męża. Łaskawie akceptował też Mikusia, czyli wnuczka pani Ali, która była pierwszą właścicielką Iwanka, a i to tylko z argumentem w postaci solidnego kawałka kiełbasy. Po tym jednak, jak pani Ala została zatrzymana przez policję, tylko z Grażynką było mu po drodze. Wystrojony w szelki z napisem „POLICJA” Iwanek był jak trzeci funkcjonariusz na posterunku w Stupsku. Z siedzibą w Konopkach oczywiście.
— Nie przejmuj się. Zadzwoniłam po Mikusia. Zaraz tu będzie, to go zabierze do domu. — Mariolka otarła mokry nos wierzchem dłoni ubranej w grubą rękawicę.
— Przecież elementowi cywilnemu nie dam kluczy na posterunek — oburzyła się Grażynka.
— Ale to Mikuś. I chyba lepsze to niż sprzątanie produktów przemiany materii Iwanka. Nie uważasz?
— Może i tak — odburknęła Grażynka i mimowolnie przestąpiła z nogi na nogę, żeby nieco się rozgrzać.
Jak na zawołanie przed budynkiem przejechało auto należące do Mikusia, ale mężczyzna zaparkował dopiero przed posterunkiem, czyli po drugiej stronie ulicy. O ile wbicie się z impetem w zaspę można nazwać parkowaniem. Mikuś wyskoczył z auta dość raźno, jednak szybko zapadł się po kolana w zalegającym na poboczu śniegu. Zanim dokopał się do Grażynki i Mariolki, na schody GOK-u wyszły Aldonka z Monią. Kasiunia tylko mignęła policjantkom w dużym oknie.
— Pewnie nieźle zmarzłyście — zawołała Aldonka. Choć zwracała się do policjantek pilnujących miejsca odnalezienia Piotrusia, to jej spojrzenie skoncentrowane było na tym, co działo się pod namiotem.
Dziwnym trafem członkinie pojawiły się na schodach akurat wtedy, gdy ciało denata, opakowane niczym bożonarodzeniowy prezent w czarną folię, niesiono do stojącego na ulicy karawanu.
— Mamy dla was coś ciepłego — zawołała Monia i podeszła do policjantek z tacą, na której stały papierowe kubki z czymś parującym i pachnącym czekoladą.
— Gorące kakao. Przynajmniej tyle możemy dla was zrobić — mruknęła Aldonka, a do pozostałych policjantów zawołała już nieco głośniej: — Zapraszamy na coś ciepłego do picia!
— Naprawili już ten prąd? — zapytała Mariolka.
— Nie. Elektryk przyjechał, ale nie pozwolili mu się zbliżyć do skrzynki, a jak się dowiedział, że obok leży nieboszczyk, to prawie zemdlał. Na szczęście mamy tu kuchnię na gaz — wyjaśniła Monia.
— Z wami to obciach gwarantowany nawet na miejscu zbrodni — warknęła Grażynka i przestąpiła z nogi na nogę. — Zawsze się wtrynią. Choćby pod pretekstem poczęstowania czymś.
Na szczęście nikt nie zwrócił uwagi na jej utyskiwania, bo wszyscy z przyjemnością podeszli bliżej, zwabieni zapachem ciepłego napoju.
— To jednak tu go załatwili? — zapytał zasapany Mikuś, dotarłszy wreszcie przez zaspy do policjantek.
— Tego nie wiemy na pewno — stwierdził znany Mikusiowi oraz stupskim policjantkom Mareczek, funkcjonariusz z wydziału kryminalnego mławskiej komendy. Onegdaj bowiem to on poszukiwał zaginionych zwłok pani Ali, która okazała się nie tylko żywa, ale i zaskakująco sprytna.
Aldonka ochoczo podstawiała pod nosy policjantów kubki z parującym i smakowicie pachnącym kakao. Pierwszy rękę wyciągnął lekarz, szczękający zębami z zimna. Za nim po kubki sięgnęli pozostali.
— Ja to nie radziłbym wam spożywać czegokolwiek w tym miejscu, bo nigdy nie wiadomo, co jest w środku — stwierdził Mareczek, mając w pamięci niesławny incydent z ciastem z wiśniami w spirytusowej zalewie2. Zerknął przy tym wymownie na Grażynkę, której zdarzało się wymuszać od kolegi informacje o toczących się postępowaniach za pomocą szantażu. Nikt nie wiedział bowiem, że wiśnie znacząco rozluźniły atmosferę na miejscu zbrodni, czyli w domu pani Ali, a policjanci ledwie wyszli stamtąd o własnych siłach.
— To tylko kakao — zapewniła Aldonka i wetknęła kubek w dłoń Mareczka.
Ten westchnął i upił łyk gorącego napoju, a potem z widoczną przyjemnością kolejny i kolejny.
I wtedy Aldonka odchrząknęła i zapytała z pozoru niewinnie:
— Biedny Piotruś. Ciekawe, co mu się przytrafiło?
Grażynka tylko przewróciła oczami. Doskonale wiedziała bowiem, do czego zmierza członkini koła. Wścibskie Stupszczanki za każdym razem mieszały się do śledztwa. Owszem, bywały pomocne przy łapaniu przestępców, ale tego w życiu Grażynka by nie przyznała. Wcisnęła Mikusiowi w dłoń klucze i kazała wypuścić Iwanka w celu załatwienia przez niego potrzeb fizjologicznych. Mikuś niechętnie oddalił się w stronę posterunku, brnąc po swoich śladach.
— Dostał chłopina w głowę, a że wpadł w śnieg, to nie miał szans dotrwać do rana. — Mareczek wzruszył ramionami i siorbnął z kubka.
— Czyli morderstwo. — Aldonce aż zaświeciły się oczy.
— I to przed Bożym Narodzeniem — jęknęła Monia.
— Tego nie powiedziałem. Mógł się rąbnąć w głowę przy wieszaniu lampek i niefortunnie stracić przytomność — zastrzegł Mareczek.
— Z wami to tak zawsze. Wypadek, bez udziału osób trzecich, a potem się okazuje, że morderca po wsi lata jakby nigdy nic — powiedziała nie bez nuty złośliwości Aldonka.
— Łapanie morderców zostaw policji — ofuknęła ją Grażynka. — A sama zabierz się za to, co ci najlepiej wychodzi.
— Najlepiej to mi wychodzi łapanie złych ludzi. Może pora się zamienić. Ty do garów, ja do policji — odparła buńczucznie Aldonka.
— Mariolka — wydusiła przez zaciśnięte zęby Grażynka. — Trzymaj mnie za paralizator, bo nie ręczę za siebie.
— Dajcie spokój, dziewczyny. Jeszcze Piotruś dobrze nie ostygł, a wy się kłócicie — próbowała załagodzić sprawę Mariolka.
— Tak się składa, że akurat ostygł i to dosyć dobrze — włączył się lekarz. Zerknął na policjantów, ale ci tylko przytaknęli.
Aldonka i Grażynka nie od dziś były na wojennej ścieżce, ale po słowach Mariolki umilkły i popatrywały tylko na siebie niechętnie.
— Na nas pora. Prokurator dawno tyłek grzeje w biurze, a my też sztywni z zimna. — Mareczek zaśmiał się i zatarł dłonie dla rozgrzewki, odstawiwszy kubek na tacę, którą trzymała Monia.
— Dzięki, dziewczyny, za pomoc. — Drugi z policjantów zwrócił się do Grażynki i Mariolki. — Oszczędziłyście nam roboty, zatrzymując wszystkich obecnych w sali. No i mamy na nich namiary dzięki wam.
— Rozpytanie też było szybkie — dodał Mareczek, mając na myśli to, że z każdym obecnym musieli porozmawiać o tym, co widział tego dnia i być może wcześniej, najprawdopodobniej nocą lub wieczorem. Większość uczestników zebrania nie mieszkała w Konopkach, zatem niewiele mogli powiedzieć o tym, co się działo nocą. — Ale i tak trzeba pogadać z tymi, którzy mieszkają wystarczająco blisko, żeby cokolwiek zobaczyć — westchnął. — Będzie roboty.
— A potem weź to wszystko opisz — stęknął drugi z policjantów.
