Opis

Od czasu pierwszego wydania tej książki wydarzyło się wiele ważnych rzeczy, które musiały się znaleźć w nowej wersji. Kobiety nie milczą, ujawniają swoją traumę. Mówią o torturach fizycznych i psychicznych jakie muszą znosić przez lata w małżeństwie, w związkach, czy w pracy. O tym jak depcze się ich godność. Opowiadają o różnych rodzajach przemocy, o gwałtach. Książka opowiada o rozmaitych sposobach dyskryminacji kobiet w firmach.

W książce znalazły się też rozważania o aktualnych zjawiskach. Wielka światowa akcja MeToo dotarła także do nas. Jakie są konsekwencje tego zjawiska? Co z tego zostało u nas? Jeszcze ciągle lęk zamyka kobietom usta. Brakuje solidarności, nie wierzy się ofiarom.

Nowa wersja „Gdyby zamilkły kobiety” pokazuje także wiele nowych, pozytywnych zjawisk. Kobiety są lepiej wykształcone niż mężczyźni. Łatwiej znajdują pracę, lepiej jej szukają a także lepiej radzą sobie, gdy utracą pracę. Nie boją się samodzielności. Wnikają w nowe sfery życia, w Internet. Są blogerkami. Często zarabiają w taki sposób, prowadząc tematyczne blogi, na przykład dla młodych matek, które nie radzą sobie z macierzyństwem i mówią o tym. To łagodzi poczucie wykluczenia. To także jest głos kobiet.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 371

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Ula Pągowska

Ilustracja na okładce: Ula Pągowska

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Lilianna Mieszczańska

© by Krystyna Kofta

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2019

ISBN 978-83-287-1145-7

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

POCHYLONE NAD KOŁYSKĄ

Po ukazaniu się pierwszego wydania tej książki zostałam zaproszona do programu telewizyjnego. Pan redaktor uznał tytuł za „prowokacyjny”.

– Ha, ha, ha, co by się stało, gdyby zamilkły kobiety? No cóż, zapanowałby spokój na świecie, byłaby cisza! – zadał pytanie, sam sobie na nie odpowiedział i zachichotał.

– Gdyby zamilkły kobiety, nie mógłby pan redaktor prowadzić programu, bo jeśliby dawno temu nad pana łóżeczkiem nie pochylały, się matka, babcia, niania czy inna kobieta, nie nauczyłby się pan mówić. Taki byłby efekt milczenia kobiet – dodaję.

Redaktor speszył się nieco, zresztą w reakcji na tytuł nie był odosobniony. Wielu mężczyzn zajmowało taką postawę, przeważały żarciki, a to na temat ględzącej żony (och, co za ulga, gdyby zamilkła!), a to teściowej, przywoływano odwieczne pretensje, głupie, stereotypowe wypowiedzi. Także wśród bardzo inteligentnych facetów zwyciężało wątpliwe poczucie humoru.

Mało który z nich miał świadomość, czym tak naprawdę jest i jaką wagę ma to całe gadanie kobiet. Redaktor także nie wiedział. Jednak on przynajmniej jako profesjonalista słuchał uważnie, starał się zrozumieć. Zaczęła się poważna rozmowa. Mówiłam o szeroko zakrojonych badaniach prowadzonych w Wielkiej Brytanii przez wiele lat. Wynikało z nich, że lepszy życiowy start mają dzieci, do których się mówi od pierwszych dni. Im więcej, tym lepiej. Stały kontakt językowy owocuje później. Bo maleńkie dziecko niby nie rozumie, a jednak przyswaja.

Niewątpliwie najważniejsza jest rola kobiet pochylonych nad kołyską czy łóżeczkiem dziecka. To matka (babcia, opiekunka, niania) uczy dziecko mowy. Nie robi tego ojciec, bo najczęściej niemowlę nie jest dla niego jeszcze partnerem do rozmowy.

Nad łóżeczkiem dziecka pochyla się młoda kobieta. To jego matka. Płyną słowa: potoki, rzeki, oceany, morza, kaskady, wodospady słów. Śmieje się, żartuje, opowiada o świecie. Mówi, gdy delikatnie budzi dziecko do karmienia. Gdy niemowlę otwiera oczy, od razu dowiaduje się, co się zdarzyło w domu, co widać za oknem, jakie odgłosy słychać z oddali, matka opowiada o ludziach, dźwiękach, kolorach, pociągach, samochodach, samolotach na niebie, o podróżach.

– Świeci słońce, widzisz, jaki piękny dzień mamy dziś? A nic nie zapowiadało pogody, wczoraj do późnej nocy lał deszcz, ty nie wiesz, bo spałeś mocno, tata wrócił całkiem przemoczony, gdybym nie dała mu od razu gorącej herbaty z miodem i cytryną, gdybym nie zmusiła go, by wziął aspirynę, byłby znów przeziębiony, mógłby cię zarazić, ale nic się nie bój, czuwam nad tobą, wiesz, jaki uparty jest twój kochany tatulek, nie chciałabym, żebyś ty, mój malutki, był takim osiołkiem jak twój ojciec, owszem, trochę uporu w dobrej sprawie nie zawadzi, ale nie wiem, skąd się bierze ten jego tępy upór, przecież to dla jego dobra, wiesz co, zdaje mi się, że on kiedyś taki nie był, teraz się zrobił, od jakiegoś czasu, właściwie od twoich narodzin, bo jest o ciebie zazdrosny, to dziecinada, ale to znane zjawisko, podobno wielu mężczyzn tak się zachowuje po urodzeniu dziecka… Ktoś dzwoni do drzwi, zaraz sprawdzimy, wezmę cię na ręce i pójdziemy otworzyć, to pewnie babcia przychodzi zobaczyć swojego kochanego wnuczka, proszę cię, żebyś zachowywał się grzecznie, bądź spokojny…

Tego rodzaju gadanie nazywane jest często słowotokiem, niekiedy uważa się je za chorobliwe. W dziewiętnastym wieku była nawet jednostka kliniczna zwana logoreą. Z pewnością nie mamy do czynienia z takim przypadkiem wtedy, gdy matka mówi do dziecka. Takie gadanie jest ze wszech miar pozytywne, więcej, jest wręcz konieczne.

W różnych okresach proponowano model zimnego wychowania dziecka, postulowano odbieranie synów matkom i wychowywanie ich na żołnierzy. Faszyzm, komunizm, starożytne społeczeństwa wojny potrzebowały do walki armii ludzi twardych i nieczułych. Rycerzy, kadetów, wojowników Legii Cudzoziemskiej. Żadnych matek nad łóżeczkiem, kobiet, piastunek, które ulegałyby zachciankom dziecka płci męskiej. To były metody wychowawcze stroniące od hołubienia, przytulania, gadania do niemowlęcia. Zamiast tego trzeba było bez emocji słuchać dziecięcego płaczu. U mnie w domu na ten rodzaj opieki mówiło się: zimny wychów cieląt. Oczywiście nie wolno popadać w przesadę i pozwalać na wszystko. Jednak chłód i przekonanie, że wystarczy, by niemowlę było najedzone i miało sucho, to błąd, który się mści na całym późniejszym życiu dziecka, bo człowiekowi od urodzenia niezbędny jest pełen uczucia kontakt werbalny.

Neurologia kognitywna szuka neurofizjologicznych podstaw pamięci, percepcji, przetwarzania danych. Okazało się, że pierwszy rok życia dziecka jest okresem najważniejszym w rozwoju mózgu.

Czysto intuicyjne przekonanie mojej matki i z pewnością wielu innych kobiet było właśnie takie. Stale mówiły do swoich dzieci. Tę radę przekazała mnie i mojemu mężowi, gdy urodził się nasz syn. Twierdziła, że takiego malutkiego dziecka nie wolno karcić, obrażać się na nie, mieć mu za złe, że płacze. Trzeba do niego mówić, rozmawiać z nim, tłumaczyć mu, choć wydaje się, że ono jeszcze nic nie pojmuje. „Nie macie pojęcia, ile niemowlaki rozumieją!” – mówiła.

Zwykle nie przyjmowałam rad matki, zazwyczaj byłam zbuntowana, jednak w tym przypadku uznałam, że ma rację, a gadanie do małego wynikło w sposób całkiem naturalny, spontaniczny, od jego pierwszych godzin na świecie. Wcale nie musiałam się tego uczyć. To samo obserwowałam w domach przyjaciół, którzy w tym samym czasie wychowywali swoje pociechy. Wszystkie młode matki gadały do niemowlęcia, nie zwracając uwagi na to, że przecież jeszcze nic nie rozumie. Mężczyźni w tamtych, nie tak dawnych w końcu czasach włączali się do rozmów z dzieckiem, dopiero wówczas, gdy potrafiło już mówić, operowało słowami. Miało odpowiedni aparat pojęciowy.

Uczeni zajmujący się badaniem zdolności twierdzą, że liczba słów usłyszanych dziennie w okresie niemowlęctwa determinuje późniejsze osiągnięcia człowieka, co widać na przykładzie dzieci, które są pozostawione same sobie i pozbawione kontaktu werbalnego. Co więcej, uważa się, że inteligencja dziecka kształtuje się lepiej, gdy czuje przyjazny, ciepły stosunek osoby, która się do niego zwraca. W okresie niemowlęcym budują się nowe połączenia między neuronami. Mózg osób uzdolnionych ma więcej połączeń niż mózg mniej zdolnych, a te połączenia między komórkami nerwowymi zaczynają się tworzyć właśnie wtedy, gdy matka pochylona nad łóżkiem malucha mówi do niego i objaśnia mu świat. Półroczny bobas zaczyna rozpoznawać język ojczysty.

Zajmująca się tymi ciekawymi badaniami Patricia Kuhl, doktor neurologii z University of Washington w Seattle, twierdzi, że mózg niemowlęcia „dosłownie czeka na bodźce z zewnątrz, będą one determinujące dla przebiegu połączeń neuronów. Do niedawna nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak wcześnie ten cały proces się zaczyna”.

Szczęściem matki, babcie, nianie – a więc kobiety wychowujące dzieci, opiekujące się nimi od kołyski – wiedziały o tym od wieków. Nie zdawały sobie jedynie sprawy z ważności tego, co robią, i z błędów, które łatwo popełnić.

Takie jak ten wymyślony przeze mnie, umieszczony wyżej, i tym podobne monologi wygłaszają każdego dnia miliony kobiet na świecie. Te matki, które mają możliwość wychowywania dziecka, przebywania z nim, mówią do niego bez przerwy. Czasami mowa przeradza się w śpiewaną kołysankę.

Monolog to czy dialog? Z pewnością nie jest to monolog, ponieważ matka wpatruje się w twarz dziecka, bada jego reakcję, widzi zadowolenie, buzię wygiętą w podkówkę, sennie opadające powieki. Dopasowuje głos do min dziecka, do jego języka, bo niemowlę odpowiada swoim językiem. Gulgocze, grucha, naśladuje mowę matki, choć nie potrafi sklecić słowa. Czasami dziecko wścieka się, gdy dźwięki, jakie wydaje, nie są mu posłuszne. Chce przekazać informację, a matka nie może zrozumieć, o co mu chodzi. To wszystko są próby, niezbędne do opanowania języka. Matka wsłuchuje się w to gaworzenie i usiłuje odgadnąć przekaz dziecka. Metodą prób i błędów stara się spełnić jego żądanie. To syntonia uczuciowa.

Badania z dziedziny psychologii rozwojowej wykonane przez Betty Hart i Todda Ridleya objęły czterdzieścioro dwoje dzieci z różnych rodzin, z rozmaitych środowisk. Badano je od narodzin do trzeciego roku życia właśnie pod kątem liczby zdań, jakie wypowiadają do nich rodzice, w większości oczywiście matki. Okazało się, że matki czy rodzice uprawiający wolny zawód kierują do dziecka dwa tysiące sto słów na godzinę, w rodzinach robotniczych tysiąc dwieście słów, w bezrobotnych sześćset. Znaczenie rozmowy doceniają głównie inteligenci. Mamy do czynienia ze zjawiskiem dziedziczenia nie tylko biedy, ale i tego rodzaju nawyków. Gdy po ukończeniu trzeciego roku życia zbadano dzieci za pomocą testów rozwojowych, latorośle inteligentów znacznie wyprzedzały potomstwo robotników oraz bezrobotnych. Zadecydowały nie warunki materialne, lecz kontakt werbalny.

Matka nie zaniedbuje żadnej okazji, by zwracać się do dziecka. Przemawia do niego, szczęśliwa, że znajduje słuchacza. Mówi z wielką swadą, bez lęku, że zostanie wyśmiana, tak jak to zwykle bywa, gdy odezwie się w towarzystwie, a mąż natychmiast prostuje jej słowa, przerywa, by nie doszło do kompromitacji.

Gdy ta książka ukazała się po raz pierwszy, nikt jeszcze nie słyszał o urlopach dla ojców. Wprowadzono je dopiero od niedawna po to, żeby odciążyć matki, by mogły wrócić do pracy. Także po to, żeby tatusiowie mieli lepszy kontakt z pociechami. Mężowie, partnerzy mogą zająć się dzieckiem od niemowlęctwa. Na razie jest jeszcze niewielu mężczyzn chętnych do brania tych urlopów, jednak z roku na rok ich liczba rośnie. Być może urlop tacierzyński spowoduje, że ojcowie będą mieli większy udział w wychowaniu, że to przyczyni się nie tylko do zacieśnienia więzi z potomkiem, lecz także do lepszego kontaktu z kobietami, żonami, matkami. Wprowadzeni w temat będą mieli o czym rozmawiać, poznają potrzeby dziecka.

W krajach skandynawskich istnieje obowiązek wzięcia urlopu ojcowskiego i zajęcia się dzieckiem. Okazało się, że to, o czym myślimy, jest faktem. Z badań wynika, że to dobrze wpływa na więzi rodzinne.

Wymuszone milczenie kobiet nie jest dla mnie dobrym powodem do żartów jeszcze z jednej bardzo ważnej przyczyny. Strach powoduje, że milczą ofiary przemocy, gwałtów, że milczą kobiety będące świadkami traumatycznych zdarzeń. Czy to w firmie, czy w Kościele. Świat jest przez to gorszy, a sprawcy przemocy pozostają bezkarni przez dziesięciolecia, co dopiero od niedawna wychodzi na jaw.

Mężczyźni przyznali sobie rolę WW – Wielkich Wychowawców. Tych, którzy wiedzą lepiej i mają monopol na objaśnianie świata. W pewnym filmie jest scena, w której facet tłumaczy kobiecie jakiś zawikłany problem filozoficzny omawiany w książce, którą ostatnio czytał. Nawija i nawija. Ona słucha grzecznie, nie przerywa, jest dobrze wychowana. Tak od pokoleń się wychowuje, a może raczej tresuje dziewczynki.

– Rozumiesz, o co w tym chodzi? – pyta w końcu facet z nutą wyższości w głosie, widząc jej lekko znudzone spojrzenie.

– Tak, dobrze to rozumiem. Bo to ja napisałam tę książkę – odpowiada kobieta.

Świętowanie bez kobiet

Gdy obchodziliśmy stulecie niepodległości, mówiono o wielkiej dumie z tego, że Polki już w 1918 roku otrzymały prawo głosu w wyborach. Znacznie wcześniej niż w innych krajach. To prawda. W pierwszym sejmie było nawet osiem posłanek. Powstawały dziesiątki, a może nawet setki klubów zrzeszających kobiety. Wydawało się, że dalej sprawy potoczą się gładko. Niestety ambitnym kobietom nie było łatwo. Dyskryminacja wciąż miała się dobrze, choć była ukryta. Na przykład w 1923 roku na Wydziale Prawniczym i Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego ustalono limit przyjęć kobiet – przeznaczono dla nich pięć miejsc. Był to przejaw czystego męskiego szowinizmu, a także strachu, że wykształcone kobiety mogą zagrozić męskiej władzy.

Z okazji święta stulecia niepodległości mężczyźni mówili o naszych prawach. Cieszą się, że je mamy. W studiach telewizyjnych siedzą w fotelach głównie politycy różnych opcji. Oceniają rzeczywistość. Komentują wybory samorządowe, dywagują, dyskutują. Wyrażam zdziwienie, że nie ma wśród nich ani jednej kobiety. Mężczyźni odpowiadają z oburzeniem: Jak to nie ma? Przecież te programy prowadzą głównie kobiety. Redaktorki i dziennikarki. Tak, to prawda, zadawały pytania, które albo przygotowały same, albo wraz z zespołem i wydawcą programu. Jednak to rola służebna. Stawianie pytań jest czym innym niż zaproszenie do odpowiedzi.

Dziennikarka pyta, polityk odpowiada. Mamy tu znowu do czynienia z przypadkiem, jaki opisywałam w pierwszym wydaniu tej książki. Mężczyzna, Wielki Wychowawca, objaśnia kobiecie świat. Modelowa sytuacja w świecie politycznym i społecznym. Jeśli jest dobrym wychowawcą, tłumaczy cierpliwie. Czasami przynudza, gada i gada. Tak dzieje się w sferze publicznej, tak jest równie często w naszym życiu prywatnym.

Jeśli trafiłaś na Wielkiego Wychowawcę sadystę, będzie cię wychowywał za pomocą pięści, aż zrozumiesz. Choć jest niewykształconym młotem i nigdy nie słyszał o Jungu, będzie cię uczył moresu, stosując jego metodę, „lepiej zgwałcić, niż wysłuchać”.

W Archetypach i symbolach Carl Gustav Jung dał popis swego niechętnego stosunku do kobiet. „U kobiety eros jest wyrazem jej prawdziwej natury, podczas gdy logos nierzadko bywa jedynie żałosnym epizodem. W rodzinie i w kręgu przyjaciół logos kobiety daje tylko powód do nieporozumień i nieprzyjemności, ponieważ nie opiera się na przemyśleniach, lecz na mniemaniach. Mniemania takie, jak każdy wie, mogą działać irytująco. W wielu przypadkach mężczyzna ma wrażenie (i nie całkiem się przy tym myli), że aby przekonać kobietę, musiałby ją chyba uwieść, pobić lub zgwałcić. Nie całkiem się przy tym myli!”

Jest w tym usprawiedliwianie przez Junga całej męskiej brutalności. Moc agresji zawarta w tych kilku zdaniach rozgrzesza mężów bijących żony i gwałcicieli. Musi ją przecież albo zgwałcić, albo pobić, żeby zaczęła chcieć z nim seksu, jeśli nie ma ochoty. Trzeba ją przekonać do „przemyśleń” na temat jej miejsca w kuchni przy garnkach i przy dzieciach. Krnąbrna kobieta pozostaje przy swych „mniemaniach”. Że pracuje i zarabia na siebie, nie musi więc wykonywać wszystkich prac sama. W świecie Junga nie ma miejsca na pracę kobiet, na ich karierę, a już rozmowa z nimi to całkowite wynaturzenie, ponieważ „żaden mężczyzna ani przez chwilę nie może dyskutować z czyimś animusem”. Raczej pobije, niż pogada. Zdarza się to do dziś, gwałty, rozboje domowe, a nawet zabójstwa, bo jeśli krnąbrna kobieta nie chce zrozumieć, to trzeba jej przyłożyć, a wiadomo, że jak zaczyna się bić, to może nastąpić wypadek przy tej trudnej, wyczerpującej pracy, można więc w celu przekonania do swych „przemyśleń” chwycić nóż albo siekierę, co tam kto ma pod ręką.

Wiem, że narażam się na zarzut spłycania głębokich teorii wybitnego psychiatry, ale jego uwagi na temat kobiet są proste, wręcz prostackie, i należy je odczytywać właśnie tak.

Niektórzy uczeni mężczyźni do dziś pogardzają tym, co robią w różnych dziedzinach kobiety. Jung ze swą żoną nie rozmawiał w ogóle.

My, żony i partnerki, nauczyłyśmy się jednak technik nawiązywania rozmowy. Każda z nas ma nadzieję, że jeżeli uda się wprawić „pana” w dobry nastrój, to będzie można załatwić jakąś ważną rodzinną sprawę, problem z dzieckiem, chorobą, remontem, narkotykami. Jeśli nie trafimy na odpowiedni moment, najczęściej słyszymy: „Nie widzisz, że pracuję?”, „Musisz właśnie teraz psuć mi chwilę odpoczynku?”, „Nie możesz tego sama załatwić? Ja mam ważniejsze sprawy na głowie”.

Pytamy, nawet jeśli znamy odpowiedź, pozwalamy mu popisywać się wiedzą. Nie prostujemy, gdy się myli, żeby go nie wkurzyć. Pytanie rozbraja faceta, pozwala wykazać, że jest mądrzejszy od ciebie, przecież ten, kto pyta, nie wie; wie ten, kto odpowiada.

Słyszysz mnie? Mówię do ciebie!

Przy olbrzymim biurku siedzi facet wyglądający na szefa, w dłoniach trzyma papierzyska formatu A4. Z boku stoi zrezygnowana kobieta, ręce opuszczone wzdłuż ciała, nos na kwintę, buzia w ciup. Facet nie odrywając wzroku od papierów, mówi: „Co z tego, że jestem wciąż zajęty? Chyba mogłaś mi powiedzieć, że mamy już czworo dzieci!”.

Ten dowcip rysunkowy to tylko trochę przesadzona wersja sceny z małżeńskiego teatru. Znamy takie scenki także z naszego prywatnego teatrzyku domowego. Mówimy, ale nie jesteśmy słuchane. Jasne, jasne, już słyszę głosy tych, które twierdzą, że nie mają z tym żadnego problemu, że partner słucha, co mówią. I że w ogóle wszyscy ich słuchają.

Owszem, zjawisko spijania miodu z ust dziewczyny być może występuje w przyrodzie, jednak jest na tyle rzadkie, że nie będziemy się tym zajmować. Sama także bywam słuchana przez facetów, przyjaciół, znajomych. W domu jednak muszę się dobijać o prawo do głosu tak samo jak większość kobiet. Nauczyłam się, że czasem trzeba walnąć pięścią w stół. Jeżeli nie dosłownie, to w wizualizacji. Bywa, że muszę krzyknąć, by mąż mnie usłyszał! Czasami nie chce mi się gadać, tracę chęć do rozmowy, zamykam się w izolatce, którą staje się mój pokój, odkąd go mam. Moja praca wymaga skupienia, samotności. Godzinami siedzę nad swoją robotą, nie odzywam się do nikogo. Wyłączam telefon. Potem, gdy kończę pracę, chcę i potrzebuję kontaktu, a nie jakiegoś odburkiwania z łaski. I tak jestem w dobrej sytuacji, mam swoje pisanie, które wciąga. Zawsze mogę się wycofać, zająć czymś ważnym. Jednak bliski kontakt jest nam bardzo potrzebny, scala związek. Bez tego nie istniejemy jako para.

Gadamy zbyt wiele, dlatego że jesteśmy przyzwyczajone do powtarzania. Żeby kobieta została usłyszana przez mężczyznę, także, a może nawet zwłaszcza tego, który jest jej mężem czy partnerem, musi swoją kwestię powtórzyć dwa, a czasami nawet trzy razy. Za każdym razem o ton wyżej, decybel głośniej. W tym zawarta jest „gorszość”, podrzędność, lekceważenie.

Taki sposób reagowania powoduje, że czujesz się ofiarą, mimo że mężczyzna nie wykazuje złej woli: „Po prostu nie słyszałem”, mówi, gdy wreszcie robisz wściekłą awanturę, płaczesz, grozisz odejściem. Po prostu masz dość!

A spróbuj się przebić, gdy rozmawia ojciec z synem czy twój mąż z teściem albo z kolegą, kuzynem, a nawet z inną kobietą. Nie słuchają twoich pytań. Jesteś wykluczona z rozmowy. Gdybyś ty zachowała się podobnie, rozpętałaby się burza. On nie pozwala się lekceważyć. Egzekwuje swoje prawo do twojej uwagi. Nawet twoje rozgadane przyjaciółki słuchają go uważnie. Gdy zaczyna mówić, milkną.

To, że się jest wysłuchanym, przez wieki było przywilejem mężczyzny. Jedynie ksiądz na spowiedzi nadstawiał ucha, żeby skrzętnie wysłuchać grzechów kobiety. Skupiał się zresztą głównie na seksie, zdradach i zakazanych przez Kościół erotycznych uciechach. W „tych sprawach” zawsze łatwiej rozgrzeszał mężczyznę.

Dla mężczyzny to, że go słuchają, jest całkowicie normalne i naturalne. Broni tego prawa jak niepodległości, a może nawet bardziej. Choć akurat w tej sprawie nie musi przelewać krwi.

PENIS ŚWIĘTEGO AUGUSTYNA

Poczynając od starożytnych uczonych, takich jak znany każdemu dziecku ze szkoły Pitagoras, twórca podziału na źródło dobre – mężczyznę i źródło złe – kobietę, przez chrześcijańskich mężów Kościoła, jak święty Tomasz i święty Augustyn, protestanckich, buddyjskich, islamskich, aż po mędrców nowożytnych, znaczący mężczyźni byli mizoginami. Byli niechętni kobietom, choć ich pożądali i mieli z nimi dzieci. Nawet twórcy współczesnej psychoanalizy, jak Freud i Jung, zajmujący się indywidualną pomocą swoim pacjentkom, całą płeć potępiali i odsądzali od wszelkiego rozumu.

Gdy zwraca się na to uwagę współczesnym facetom, obracają wszystko w żart. Odpowiadają, że skoro wszyscy tak uważali, to coś musi jednak być na rzeczy. I oczywiście jest: możliwość dokopania słabszemu od siebie. Mało szlachetne, lecz łatwe i przyjemne. Tanim sposobem facet może się poczuć lepszy. Czuje, że ma władzę. Święty Augustyn walcząc ze swymi żądzami, winą za poniesione na tym polu klęski, własne i swoich współbraci, obarczył kobiety. Nie miał pojęcia o fizjologii, o tym, że popęd wymyka się spod kontroli. Chyba nie znał irlandzkiego przysłowia: „Nie ma nic bardziej bezwzględnego niż sterczący kutas”. Nie pogroził palcem swojemu penisowi, nie starał się powściągnąć żądz, lecz uznał wszystkie kobiety „za nieczyste, lubieżne i budzące pożądanie, które wymyka się rozumowi”. To on, nawiązując do rajskiego trójkąta – Ewa, Adam, wąż – związał na zawsze kobietę z nieposłuszeństwem grzechu pierworodnego i z seksem, to ona stała się źródłem zła. Czuł złość, że nie potrafi zapanować nad swoim penisem. Nie rozumiał, że ta część ciała nie chce go słuchać, rządzi się własnymi prawami. Zamiast pracować nad poskromieniem popędu, zaczął szukać winnego. Pod ręką była konkubina, więc to ona zbierała cięgi za niepohamowane/rozbuchane żądze świętego. Niszczył ją zresztą na życzenie swej matki Moniki. Tak więc kobieta stawała przeciwko kobiecie. Później, gdy już się nieźle wyszumiał, zaczął prowadzić świątobliwe życie. Po nim w tym samym kierunku obciążania winą kobiet po szerokim gościńcu szli profesorowie teologii i dominikanie Sprenger i Kramer, którzy spisali i w 1487 roku opublikowali Młot na czarownice. Ich motto: „Niewiasta zjadliwsza jest niźli śmierć”. Traktat ten był używany jako podręcznik wykrywania czarów. Służył inkwizytorom do rozpoznawania czarownic i posyłania ich na stos. Przy torturowaniu grzeszących czarami kobiet doznawali orgazmu.

Patrz swego nosa, Augustynie, chciałoby się powiedzieć, czyli patrz swego kutasa, a kobietom daj spokój. Jednak nikt w tamtej epoce nie zwrócił uwagi późniejszemu świętemu, że wyrządza krzywdę połowie ludzkości. Narobił szkody na całe wieki. On i jemu podobni mędrcy skutecznie zakneblowali kobietom usta. Na stulecia.

Dlatego musimy się teraz męczyć z facetami, którym się wydaje, że są pępkiem świata. Stale trzeba walczyć o prawo głosu, kobiety wciąż boją się mówić o tym, co je spotyka. A także o tym, co spotyka ich dzieci.

Przez cywilizowany świat przetacza się ogromna fala walki z pedofilią w Kościele. W wielu krajach niekiedy po pół wieku ujawnia się odrażające fakty. Księża mający żyć w celibacie folgowali najciemniejszej stronie swojej seksualności. W zamkniętych klasztorach, zakrystiach, na plebaniach mnożyły się dzikie gwałty na dzieciach, dochodziło nawet do mordów. W Stanach Zjednoczonych, Irlandii, we Włoszech, w Australii teczki puchną od procesowych dokumentów. Po kilkudziesięciu latach ofiary wreszcie składają zeznania. W Polsce także dziennikarze ujawniają kolejne seksafery, które wstrząsają ludźmi wierzącymi i niewierzącymi.

Część ludzi pozostaje jednak impregnowana na fakty, nie przyjmuje ich do wiadomości, nie wierzy ofiarom. Niektórzy robią tak z poczucia winy, wiedzą, że nie reagowali. Inni są zaślepieni. Reportaż o zakonnicy, siostrze Bernadetcie, i jej ekipie zwyrodnialców, siostrze zimnej i okrutnej, stosującej tortury oraz przyglądającej się zadawaniu wymyślnych cierpień, także seksualnych, dzieciom oddanym „na wychowanie”, otworzył drzwi ofiarom przemocy. To dziennikarze muszą odgrywać rolę śledczych. Gdyby nie media niepubliczne, nie docierałyby do nas żadne informacje tego rodzaju. Telewizja publiczna lukruje rzeczywistość, mając swojego suwerena za głupka. Od dawna było wiadomo, że są księża, którzy robią z dziećmi, co im się żywnie podoba. Rodzice z pełnym zaufaniem oddawali swoje pociechy osobom duchownym na wyjazdy, rzekome douczanie, pomoc w trudnych warunkach mieszkaniowych. Księża uważani byli za świętość. Nie słuchano ofiar, jeśli w ogóle odważyły się mówić. W razie gdy nie dało się seksafery odpowiednio zatuszować, biskup przenosił klechę oskarżonego o gwałty i molestowania do innej parafii, gdzie ów mógł znów rozwinąć skrzydła i „otaczać opieką” kolejne dzieciaki.

Wpływowy, nazywany legendą, kapelan Solidarności ksiądz Henryk Jankowski, któremu postawiono pomnik, przez kilkadziesiąt lat molestował – to za małe słowo – dzieci, które pojawiały się w pobliżu. „Otaczał się” ministrantami, sadzał na kolanach kilkuletnie dziewczynki, gwałcił dzieci bez względu na płeć. Choć mówiło się, że preferuje młodziutkich blondynów. Żarciki zastępowały procesy. Ludzie, którzy go odwiedzali, szeptali, że chyba jest gejem. O pedofilii nikt się nawet nie zająknął. Niedawno jedna z jego ofiar, która przez kilkadziesiąt lat przeżywała traumę po tej pedofilskiej zbrodni, opowiedziała o tym. Odezwały się inne skrzywdzone osoby. Niektóre nie mogą już mówić. Jedna ze zgwałconych dziewczynek, która po gwałcie zaszła w ciążę, popełniła samobójstwo. Rodzice jej nie wierzyli.

Nawet teraz po ujawnieniu zbrodni prałata ludzie Solidarności, którzy go znali, mówią, że jednak w trudnych czasach pomagał członkom Solidarności. Nie liczyły się jego pazerność, żądza zbytku, chodzenie w śnieżnobiałym admiralskim mundurze. Nie przeszkadzały pałacowy wystrój, różowe łoże z baldachimem w sypialni. Pamiętam opowieści znajomych opozycjonistów, którzy go odwiedzali. Niektórzy się z tego śmiali. Nic dziwnego, gust prałata był niezwykle kiczowaty. To mogło być śmieszne, gdyby nie fakt, że były to czasy ogromnej biedy i kilometrowych kolejek. Biedy prawdziwej, gdy zastanawiałam się, co dać dziecku do jedzenia. Pensja męża, wtedy doktoranta na Uniwersytecie Warszawskim, w przeliczeniu na amerykańską walutę wynosiła dwadzieścia dwa dolary. Opowieści o przepychu, o stołach zastawionych wielkim żarciem rozwścieczały mnie, choć nigdy nie sądziłam, że kryje się za tym pedofilia. Szeptano, że ksiądz Jankowski lubi młodych blondynów, i tyle.

Działacze opozycyjni mówią o nim w taki sposób, jakby fakt, że miał odwagę odprawiać msze w stoczni, wykluczał księżą pedofilię. Wielką przenikliwością wykazała się Danuta Wałęsowa, gdy sprawa wyszła na jaw, zrobiło się głośno, powiedziała, że wcale się temu nie dziwi, bo niejednokrotnie wytykała, że siał zgorszenie.

Są tacy, którzy twierdzą, że to niemożliwe, zupełnie jakby nie zdarzały się przypadki „porządnych, katolickich rodzin”, chodzących co tydzień na mszę, w których ojciec jest oprawcą, gwałci żonę i dzieci, torturuje, zastrasza wszystkich w domu, a przed sąsiadami pozuje na świątobliwego, dobrego męża i ojca. Często wygłasza umoralniające kazania. Ten fałsz i udawanie ciągną się całymi latami, dopóki któreś z dzieci nie przerwie milczenia. Chociaż i tak większość sąsiadów nie może uwierzyć, przecież to taka przykładna rodzina, co niedzielę w kościele…

Państwo w państwie, czyli Kościół rządzący się swoimi prawami, pozostaje bezkarny. Tak się dzieje, gdy istnieją wydzielone, wyjęte spod prawa, zamknięte obszary. Szerzy się tam bezprawie. Robię to, bo mogę, bo żadna kara mnie nie spotka, zdają się mówić te odrażające postacie duchownych. Czytamy o tym, że istniał kościelny przepis mówiący o obowiązku zachowania tajemnicy przez każdego duchownego, który jest świadkiem wykorzystywania dzieci, molestowania czy nawet brutalnych gwałtów dokonywanych przez księży. Mają milczeć „dla dobra Kościoła” jako instytucji. Jeśli złamią zmowę milczenia, zostaną objęci ekskomuniką. Zmowa milczenia obowiązywała i obowiązuje w mafii. Dlatego te przestępstwa leżakowały długo w kościelnych lochach, w których składowano tajemnice zboczeńców w sutannach. Sądzono, że mroczne sekrety nigdy nie ujrzą światła dziennego.

Kościelni sympatycy, a nawet niektórzy biskupi, którzy potwierdzają, że to prawda, wierzą, że to się działo, że odrażające gwałty miały miejsce. A jednak uważają, że to nie jest temat dla sądów i prokuratur świeckich. Kolportują informacje, że „nasz papież” Jan Paweł II o tym nie wiedział, ponieważ kardynał Dziwisz nie przekazywał mu tych tajemnic. Kłóci się to z wypowiedziami ludzi noszących w sercu dobro Kościoła, którzy osobiście opowiadali o tym papieżowi. Jednak „dla dobra Kościoła” nic z tym nie robiono. Jak się ma „dobro Kościoła” do dobra ofiar? Do ich cierpień, depresji, leczenia w klinikach psychiatrycznych? Oczywiście część młodych ludzi udało się księdzu Jankowskiemu zdeprawować, doprowadzić do prostytucji, z tymi mógł spółkować za kasę. Jednak czternastolatek, nawet wtedy, gdy się zgadza na współżycie, pozostaje dzieckiem, a ksiądz powinien odpowiadać za lubieżne czyny przed normalnym sądem. To wyłączenie wielkiego obszaru spod obowiązującego prawa doprowadziło do tych zwyrodnień.

Możliwości, jakie otwierały się przed klerykalnymi pedofilami, przyczyniły się do totalnej bezkarności. Umiejętność zastraszania, zamykania ust ofiarom powodowała, że ofiary milczały. Często matki, nawet jeśli widziały lub przeczuwały, co się dzieje, nawet jeśli znały prawdę, milczały. Starały się chronić dzieci, ale milczały. Nie opowiadały głośno o tym, co wiedzą, trzymały język za zębami ze strachu przed ostracyzmem, wykluczeniem ze społeczności. Działo się tak zwłaszcza na wsi i w małych miastach, gdzie ksiądz był świętością. W dużym mieście można było zmienić parafię, schować się, unikać, choć też było to trudne.

Teraz dorośli, którzy wówczas byli dziećmi, opowiadają, że gdy ksiądz prałat Jankowski wychodził z kościoła, dzieciaki rozpierzchały się, żeby ich nie dopadł. Ministranci, sypiące kwiatki bielanki, dzieci idące do komunii, bez różnicy. Ktoś z jego otoczenia potwierdził, że „pieprzył wszystko, co się rusza”.

Dlatego film Klerokazał się tak bardzo potrzebny, pomógł ofiarom opowiedzieć, co im się przytrafiło w dzieciństwie, wzburzył to stojące bajoro, wydobył na powierzchnię brudny szlam i to, co spokojnie od lat leżało na dnie.

Zaciskamy zęby aż do bólu szczęk

Czytając to, co pisali o nas, kobietach, ci „wspaniali mężczyźni” przy stołach, w klasztornych celach i gabinetach czujemy wściekłość na współczesnych, winimy ich za to. To nie jest najlepsze wyjście z sytuacji, bo potrzebujemy mężczyzn, ich wsparcia. Na szczęście niektórzy faceci rozumieją, lub starają się rozumieć, że kobieta nie jest podczłowiekiem. Żyjemy w parach. Bywa, że się kochamy. Przełamujemy kryzysy, troszczymy się o nasze związki. Głównie robimy to my – kobiety. Naszym mężom, partnerom pozwalamy zajmować się ich własną karierą, rozwojem.

Często zdajesz sobie sprawę z tego, że odbywa się to twoim kosztem. Wściekasz się, bywasz ostra, mówisz o tym. Twoje, moje – nasze – słowa jak grochem o ścianę. Niektóre z nas popłaczą w poduszkę, inne znajdą własny sposób, żeby się wyciszyć. Nie chcemy mącić dobrego nastroju, miłego klimatu. Przeklinamy w duchu najgorszymi słowy, gdy trafiamy na betonowy opór. Czasami milczymy, zaciskamy zęby aż do bólu szczęk. Uciekamy, chowamy się, by nie wybuchnąć i nie rozwalić naszego związku. Ból mięśni, pleców to choroba współczesnych kobiet. Dźwigamy wielki ciężar odpowiedzialności za dzieci i związek. Bardzo często jesteś właściwie sama, mimo że masz papier potwierdzający małżeństwo lub żyjesz z kimś w konkubinacie i masz z nim dziecko.

Mówię tu o udanych małżeństwach, takich, w których nie ma przemocy fizycznej, jest „tylko” niechęć do rozmów, niezrozumienie. Nie dziwmy się dziewczynom, że odwracają się na pięcie, pokazują środkowy palec i często wychodzą ze związku, tak jak stoją. Nie chcą mieć dzieci z przypadkowym facetem. A jeśli pragną mieć dziecko, same o tym decydują. Godzą się na samotne macierzyństwo. Pamięć doświadczeń matki, to, co widziały, gdy były małe, wystarczy. Czuły ból, gdy ojcowska pięść podbijała oko rodzicielki, tak jakby same odebrały cios. Wystarczy aż nadto, by mieć traumę przez całe życie. To oczywiście drastyczne przypadki. Jest ich niemało, więcej, niż się wydaje, więcej, niż mówią oficjalne statystyki. W naszym kraju nie prowadzi się dokładnych badań dotyczących przemocy. Wiadomo tylko tyle, ile można policzyć na podstawie doniesień na policję. Nie wszystko się zgłasza. Nie każda kobieta chce założyć Niebieską Kartę. Narazić się na wytykanie palcami, na łatkę patologicznej rodziny, a przez to doznać wykluczenia.

Ożywczy bunt

Dla większości facetów jest tylko teraźniejszość, to, co tu i teraz. Co było, to minęło i się nie liczy, taka jest ich błogosławiona niepamięć. Większość kobiet ma niegasnącą pamięć. To, co było, leży ukryte w piwniczce naszej psychiki. Czeka na odpowiedni moment. Gdy dochodzi do awantury, to, co zapamiętane, wyskoczy z piwniczki, zacznie gryźć i drapać. To, co było złe, jest dla nas łatwo dostępne. Nasze zapamiętane historie to momenty przemocy, także obelżywe słowa rzucane nam prosto w twarz jak brudne ścierki.

– Jak mógł tak do mnie powiedzieć! Jak mógł tak mnie upokorzyć. Wtedy, kiedy umarł mój ojciec i tak bardzo płakałam… – zastanawiasz się.

Nie chcesz tego pamiętać, byłoby łatwiej, gdyby zniknęło, ale jest. Przeklęta i święta pamięć, bo przecież pamiętanie bywa także błogosławieństwem. Z każdą większą kłótnią, z każdym wybuchem wraca wszystko, czego nie można znieść, co powoduje myśli o rozwodzie, samobójstwie. To zależy od stopnia wrażliwości. Czy ten sam człowiek, o którym wiesz, że rozumie cię jak nikt inny, z którym wczoraj rozmawiałaś długo w nocy po miłości o tym, co was oboje dręczy, czy ten sam człowiek dziś może mówić takie rzeczy, które powodują, że zaczynasz żałować, że żyjesz, że nie umarłaś, że chcesz popełnić samobójstwo?! Przecież to on powinien ci być najbliższy!

I nagle pojawia się ratunek. Ożywczy bunt. Samobójstwo? Przez tego faceta? Nigdy! Pod wpływem nagłego impulsu? O, nie! Wychodzisz. Trzaskasz drzwiami. Robisz to, czego nigdy dotąd nie zrobiłaś. To twój pierwszy raz. Co za ulga! Wyjeżdżasz. Nikt nie będzie cię upokarzał. Wściekasz się z powodu jego brutalnych słów. Ty nigdy takich nie używałaś. Teraz pokazujesz mu fucka. „Pierdol się sam!” – wołasz, nie wierząc, że to twój głos, właśnie odpłacasz pięknym za nadobne.

Jeśli nie jesteś w stanie użyć tego wulgarnego słowa, to znajdź inne, równie mocne. Z badań na temat używania przekleństw, czyli bluzgania, wynika, że ci, którzy siarczyście klną, mają się lepiej i dłużej żyją. Należy wziąć to pod uwagę.

Czujesz powiew chłodnego powietrza. Nie pachnie świeżo, bo wisi nad nami smog, ale niesie ze sobą coś na kształt bolesnej wolności. Spada napięcie. Uśmiechasz się. Ludzie się uśmiechają do ciebie. Słyszysz wołanie. Wybiegł za tobą, przywołuje cię. Idziesz przed siebie, jeszcze nie wiesz, dokąd. Zrobiłaś pierwszy krok, żeby się uwolnić, nie pozwolić dłużej na deptanie swojej godności.

Nie dostałaś ciosów w szczękę, co spotkało delikatną poetkę Sylvię Plath z ręki męża poety, uroczego towarzysko, myśliciela i intelektualisty. Nie zadano ci żadnych ciosów, wiesz, że gdyby to cię spotkało, musiałabyś wyjść na zawsze, nigdy nie wrócić. Albo zabić. Nie żartujesz. Tylko przesadzasz. W czym tkwi błąd? W milczeniu, w tym, że się boisz powiedzieć, co myślisz. Zmilczałaś – tak jak twoja matka, a wcześniej babka. Usta miałaś dotąd zasznurowane, znosiłaś upokorzenie, sparaliżowana lękiem przed porzuceniem. Po matkach dziedziczymy taki sposób postępowania, to ciągłe wybaczanie. Czas powiedzieć: Dość tego!

Nigdy, przenigdy

Pamiętasz, jak twoja matka – zwykle cicha, zamykająca się w sobie, kiedy ojciec smagał ją swoją złośliwością – któregoś dnia nagle wstała od stołu i wyszła z domu. To zdarzyło się tylko raz. Raz w twojej przytomności. Ojciec nie mógł sobie znaleźć miejsca. Nie wiedział, co robić. Wybiegłaś z domu, zobaczyłaś matkę idącą ulicą i płaczącą. To był wstrząsający widok. Byłaś za mała, żeby coś postanawiać, by myśleć o własnej przyszłości, o mężczyźnie, z którym kiedyś będziesz; dotąd zawsze chciałaś, żeby to był ktoś podobny do twojego ojca. Nie myślisz o tym, że nigdy nie pozwolisz, by ktoś cię tak poniżył. Jeszcze nie rozumiesz, co się stało. Jednak widok matki, to zdarzenie sprzed dziesiątków lat, jest obecne w twojej dorosłej pamięci, płacząca matka, z opuszczoną głową, wciąż idzie ulicą. Wyciera nos białą chusteczką, udaje, że ma katar, żeby kobiety, które wychodzą ze spożywczego, nie widziały, żeby inni nie widzieli. Stoisz w odległości kilkunastu metrów, nie podchodzisz do matki, nie przytulasz jej, nie całujesz, chociaż to właśnie chciałabyś zrobić. Patrzysz na nią, a żołądek podchodzi ci do gardła, boisz się, podejrzewasz straszną tajemnicę rodziców. Od tamtego dnia nic nie jest już takie jasne i słoneczne. Dzieciństwo zostało zmącone, chociaż po tym zdarzeniu matka wróciła, a z nią wróciły domowe rytuały.

Jesteś dorosła, najwyższy czas przerwać ciągłość milczenia. Uwolnić od tego nasze córki. Wychować synów, żeby umieli słuchać. Pisałam o tym w powieściach, kreowałam, nazywałam wprost w dzienniku, nic nie pomaga, nie mogę i nie chcę pozbyć się tej sceny. Wtedy po raz pierwszy poczułam tak silny związek z matką. Silniejszy niż z ojcem, którego zawsze podziwiałam bardziej niż matkę. Nie rozumiałam, co mogło być między nimi, co spowodowało, że matka zawsze wyważona, panująca nad sobą i nad naszym życiem, straciła do tego stopnia spokój.

Przecież wiedziałam, że tych dwoje ludzi, ojciec i matka, bardzo się kocha, więc jak doszło do tego, że ojciec aż tak zranił matkę? Co ona mu zrobiła? Matka wyciera twarz, oczy, nos. Chowa białą chustkę w rękawie. Wyszła z domu, tak jak stała, w samej sukience, bez żakietu, bez torebki. To się nigdy nie zdarzało. Podniosła głowę. Wyprostowała plecy. Odwróciła się i zaczęła szybko iść w moją stronę. Stałam zahipnotyzowana, pewnie chciałam zrobić się przezroczysta, jednak zauważyła mnie, wzięła za rękę i powiedziała, nie wiedziałam, czy do siebie, czy do mnie, odezwała się z wielką mocą, choć cicho, siła była w jednym, jedynym słowie: nigdy.

Matka wróciła. Ty też wracasz. I ja wracam. Powtarzamy sobie słowo: nigdy. Zaczynają się wtedy te słynne, znane nam, kobietom, ciche dni. To one powodują, że rozpamiętujemy wszystkie niedobre zdarzenia, wszelkie upokorzenia, to, czego nikomu nie możemy opowiedzieć. Wtedy nie odzywamy się, nie chcemy rozmów, nie zadajemy przymilnych pytań, żeby on mógł wykazać się swoją erudycją. Nie podtrzymujemy kontaktu. Tak. Nie. Kup, zadzwoń. Kupię to, ty zadzwoń. Przyjeżdża twoja matka. Zajmij się nią. Ja wracam o piątej. Mała satysfakcja, że sam będzie musiał się zająć uciążliwą dla ciebie osobą, własną matką, kobietą, która tak go wychowała. Niech siedzą sami, ja wychodzę, nawet dobrze, że nie będę jej musiała obsługiwać. Wyjeżdżam. Nigdy.

W  izolatce

Otóż kiedyś w przypadkach nagłych kłótni nie wyjeżdżałam, najpierw z powodu dziecka, że jeszcze za małe, że wróci ze szkoły, musi dostać obiad. Potem, gdy wiedziałam, że już mogę, bo syn był dorosły, też nie potrafiłam się przełamać. Bałam się, że zrobię to i nie wrócę. Wypracowałam własne techniki przetrzymywania. Wizualizacja pomagała mi przetrwać. Wyobrażałam sobie, jak się ubieram, pakuję swoją małą walizkę, wkładam trencz podróżny, idę na dworzec, mimo że nienawidzę podróży. Wsiadam do pociągu byle jakiego jak w tej piosence, która zbliżyła mnie do autorki słów i wykonawczyni. One obie wiedziały, o czym to jest. Kilka razy jednak wyjechałam sama do Domu Pracy Twórczej, zabierając ze sobą coś do zrobienia. Teraz mam już takie miejsce, gdzie mogę uciec. Mam wreszcie swój pokój, izolatkę, w której mogę się zamknąć i przeczekać. Siedzę w pokoju jak w przedziale kolejowym, jak w kajucie albo w samolocie, odjeżdżam, odpływam, odlatuję. Czekam.

Bywa nawet, że mogę się doczekać przeprosin. Niekiedy nabzdyczenie się nasila. On mnie nie chce zrozumieć, ale tam, nie chce nawet wysłuchać. No to ja się też zamykam. W pokoju i w sobie. Trudno. Po paru godzinach jednak zaczyna się pojednawczy ton. Może byśmy coś zjedli, wypili, gdzieś poszli, parę uwag, kto zatelefonował, powolne rozładowanie napięcia, chwila na temat korespondencji, którą przyniósł listonosz.

Nareszcie są pojednawcze słowa: „Przecież nie możemy się tak kłócić”, „O co właściwie poszło?” „O ten cholerny remont?”, „Nie, o to, że w ogóle nie słuchasz, co ja mówię”, „O to, że nie mogę się do ciebie odezwać…”, „Przecież wiesz, że ja bez ciebie…”, „No i co z tego, że wiem, skoro jest, jak jest”, „Nie myśl, że dam się wpędzić w poczucie winy”, „Nie myślę, przecież wiem, że to niemożliwe”. W duchu kończysz, że psychopata nie ma poczucia winy. Hamujesz się, aż zazgrzytało. To jednak byłoby za mocno. Po takiej kwestii mogłoby znów dojść do wybuchu, więc jeśli chcesz się pogodzić, mówisz to sobie w głowie. Zaraz jednak dociera do ciebie, że zbyt wiele zdań wypowiadasz w myśli, że za długo czekasz, zanim wydukasz, o co ci chodzi. A przecież potrafisz gadać, jesteś odważna, nie boisz się publicznie mówić, co myślisz. Coś cię powstrzymuje. Skąd te cugle? Czy to uczucie, które zaczyna do ciebie docierać, czy fakt, że nie chcesz być z nikim innym mimo wszystko? Przejaśnia się.

Zmienia się ton, jakim do siebie mówimy. To zwiastun porozumienia. Zaraz zaczyna się rozmowa, w której nadajemy na tych samych falach, gadamy jak najęci, śmiejemy się, także z samych siebie, trzeba opowiedzieć sobie o tym, co się działo podczas tego duchowego rozstania, czujemy się, jakbyśmy spotkali się po długiej podróży.

On potrafi przespać zły czas po kłótni, to zdrowiej. Ty nie umiesz uciec całkowicie. Tym się od nich różnimy. Różnimy się od mężczyzn zdolnością do rozpaczy z powodów, z których oni nigdy nie rozpaczają. On będzie rozpaczał, gdy go zdradzisz, zachorujesz albo umrzesz. Rzadko dzieje się tak za sprawą tego, co mu powiesz. I co go upokorzy. Wtedy się raczej wścieknie, niż pogrąży w rozpaczy. Różnica tkwi także w zdolności do upokarzania, w tym, że ci wszyscy faceci uważają, że mają prawo rozstawiać nas po kątach.

Tacy są mężowie, czasami i kochankowie, chociaż to rzadziej, w końcu bierzesz sobie kogoś po to, by odetchnąć świeżym, nowym uczuciem, uciec od męża zgreda. Gdy ty jesteś „tą trzecią”, a on ma żonę i dzieci, kiedy romans wlecze się latami, wtedy doznajesz upokorzeń, być może większych niż we własnym stadle. Z romansu robi się powoli bardzo nieudane małżeństwo. Gorsze niż twoje. Nigdy, mówisz sobie. I wracasz, jeśli masz do czego.

Tak niekiedy, dość rzadko, zachowują się te, które chcą przetrwać kryzys. Zwykle znów zaciskają zęby i robią swoje. Nie chcą rozwodu. Kochają i wiedzą, że są kochane, zastanawiają się wciąż, dlaczego to się dzieje, skąd biorą się taki brak zrozumienia, niechęć, czasami wściekłość. Skąd?

Wysokie schody do wolności

Pół wieku upłynęło od wydania książki Simone de Beauvoir Druga płeć. Autorka kończy ją pobożnym życzeniem, by człowiek zmienił „zastany świat w królestwo wolności”. Zmieniło się wiele, obszary wolności znacznie się poszerzyły, mamy prawa wyborcze. Dostałyśmy je wcześniej niż Francuzki, przyszły do nas z odzyskaną niepodległością. Możemy się kształcić, zdobywać stopnie naukowe. Pogardzany, w wielu przypadkach niesłusznie, Peerel umożliwił powszechne nauczanie, zlikwidował praktycznie analfabetyzm, a także wprowadził równość płci w dostępie do wykształcenia. Jeśli dziewczyna chciała, mogła się uczyć. Pewnie dlatego obecnie więcej kobiet niż mężczyzn ma wyższe wykształcenie. Pracujemy w upatrzonym zawodzie, wybieramy sobie partnera do wspólnej codzienności pod jednym dachem. Gdy chcemy prowadzić samotne życie singielki, robimy to bez obawy napiętnowania, bez łatki starej panny. Singielka wcale nie musi być samotna. Żyjemy z dobiegaczem do naszego łóżka lub bez niego, mamy jednego dobrego przyjaciela erotycznego lub kilku. Albo przyjaciółkę.

Ludzie dążą do wolności doskonałej, absolutnej, jakiej nie ma i nigdy nie było. Simone de Beauvoir uważała się za wolną, niezależną kobietę. Chciała, by te możliwości miały także wszystkie inne kobiety. Jednak dla niej samej była to idea nieosiągalna. Dążenie do niej, świadomość możliwości to już jest wiele. Simone była uzależniona od J.P. Sartre’a w stopniu najwyższym. Była na każde jego zawołanie, gdy potrzebował przepisywaczki swoich tekstów. Jak niewolnica z wyboru. Kochała go, podziwiała, stawiała wyżej niż siebie i swą pracę. Miała kochanków i kochanki, tak jak on. Opowiadali sobie o swych romansach, takie zwierzenia Sartre’a rajcowały. Simone namawiała kobiety do buntu, sama tkwiła jednak w podległości i trudno zrozumiałej zależności.

Sartre jednak nie przepisywał jej tekstów. Co najwyżej doradzał, mogła z nim przedyskutować filozoficzny problem, na jaki natrafiła. Był jej Wielkim Wychowawcą. Oto klasyczny związek – asymetryczny, mimo że z wyboru. To nie sidła małżeńskie zastawione przez rodzinę i kulturowe obciążenia. Simone zgadzała się na własne zniewolenie, na taką podległość w stosunku do Sartre’a, nie godząc się jednocześnie na zniewolenie innych kobiet. Ona miała wybór, wybrała zależność. Patriarchalne zasady, które odrzucała, usidliły ją samą – jedną z najbardziej wolnych kobiet tamtej epoki. Poddawała się im z miłości, z podziwu dla wielkości Sartre’a, walorów umysłu, a może z innych niezrozumiałych dla nas powodów. Umniejszała przy tym swoją wartość. Jej książki są do tej pory czytane, pisała równie dobrze jak on, o ile nie lepiej. Służenie komuś z własnego wyboru jest czymś innym niż przymus czy jeszcze gorsze, usługiwanie pod groźbą przemocy.

My mamy sporo wolności, wciąż jednak czujemy niedosyt. Nasza wolność jest oddzielna, pojedyncza. Samotna. Sprawdza się tylko wówczas, gdy jesteśmy same, nie w tradycyjnym związku. Bardzo wcześnie zaznałam zarówno przymusu, jak i wolności. Rodzice wysłali mnie do żeńskiej szkoły, do której chodzić nie chciałam. Moja wolność została zamknięta w tym żeńskim więzieniu. Odzyskałam ją, uciekając z liceum dla panienek, i przeniosłam się samowolnie do liceum plastycznego. Rodzice dowiedzieli się na tyle późno, że już nie mogli mnie cofnąć. Pisałam o tym i mówiłam wiele razy dlatego, że dało mi to na całe życie pewność, że trzeba zrobić to, czego się pragnie, wbrew całemu światu. Wyzwoliłam się sama z niewoli, z przymusu nie do wytrzymania. Udało mi się zerwać pęta. To dało mi przekonanie, że jeśli się walczy o wolność, to można ją dla siebie wyrwać. Choć w wyznaczonych granicach. Kto nie doświadczył przymusu, ten nie docenia wolności.

Mam wolność w pracy, ponieważ nie mam etatu, piszę, dla kogo chcę, co chcę, kiedy chcę. Jeśli robię coś na termin, to dlatego, że wyznaczyłam go sama. Sama wybieram wydawcę, tematy, które mnie interesują, mam wybór, długo pracowałam na tę możliwość. Obchodzę czterdziestolecie swojej pracy. Często słyszę: ty to masz dobrze, nie musisz latać do roboty na ósmą, nie masz szefa. Odpowiadam: droga wolna, możesz zrobić to samo, załóż firmę albo zdobądź wolny zawód. Jeśli obierzesz tak jak ja, drogę twórczą bez etatu, nie będziesz miała zabezpieczenia emerytalnego. Musisz być niewyobrażalnie zdyscyplinowana, jesteś przecież swoim szefem, nie możesz sobie odpuścić. Łatwo o demoralizację, lenistwo, zajmowanie się czymś innym niż to, co powinno zostać zrobione. Trzeba ćwiczyć samodyscyplinę. Twoja robota nie skończy się, gdy wrócisz do domu. Pisanie nie sprowadza się do godzin od–do. Jesteś ciągle na posterunku. Dlatego musisz mieć takie formy relaksu, które oderwą cię od biurka, a także od obserwowania. Nie wolno wpaść w kompulsję. Wypracowanie równowagi między robotą a odpoczynkiem to trudna sprawa.

Wybierasz męża czy partnera spośród wielu kandydatów, jeśli masz taką możliwość. To świetnie. Ja miałam. On wybiera ciebie z wielu kandydatek, które kręcą się wokół niego. Tak jak mój mąż wybrał mnie. Jak dotąd, jest w tym symetria. Razem wspinamy się dość wysoko po schodach do wolności.

Rodzisz dziecko, bo musisz, bo presja, albo rodzisz, bo chcesz. Ja urodziłam dziecko, bo chciałam je mieć. Czekałam na nie. Gdy dziecko się urodzi, my, kobiety, musimy zejść ze schodów do upragnionej wolności, po których się wspięłyśmy. Ja zeszłam o całe piętro. Ty pewnie też. Bo napotykamy przeszkody, których pokonać nie jesteśmy w stanie. Ponieważ jednak urodzenie dziecka było moim świadomym wyborem, więc to zejście niżej uznałam za konieczność. Sądziłam, że jest tylko kwestią czasu powrót na wyższy poziom mojej wolności. Z takim trudem zdobytej. Zbliżyłam się do znienawidzonego hasła: „Wolność to uświadomiona konieczność”. Zdałam sobie sprawę, że sama tego chciałam, że nikt mnie nie zmusił, jestem z tym szczęśliwa, nawet gdy wyrywkowo czuję się nieszczęśliwa, skrzywdzona, samotna. Odpowiedzialność na wiele lat zastąpiła anarchię.

KOBIETY MUSZĄ KRZYCZEĆ

Nastąpiła zmiana świadomości. Kobiety są bardziej wymagające, potrafią już lepiej walczyć o swoje prawa. Dzięki powszechnemu dostępowi do mediów, do Sieci zmniejszyła się przepaść między dziewczynami z dużych miast, małych miast i wsi. Wykształconych kobiet od dawna jest więcej niż wykształconych mężczyzn. To wielka jakościowa zmiana, której politycy jakoś nie zauważają. Wysokiego profesjonalizmu kobiet nie odzwierciedlają zarobki. Zarówno w Unii Europejskiej, jak i u nas ciągle nie ma równego wynagrodzenia, mężczyźni za tę samą pracę wciąż zarabiają więcej. W Unii jest nawet gorzej niż u nas. Trzeba zasypać ten rów płacowy. Nasz głos w tej sprawie da się przeliczyć na brzęczącą monetę, a raczej na stan konta.

W programie „Babilon” mówiłam kiedyś o niesprawiedliwości w przydzielaniu 500+. To skandal, że to nie obejmuje samotnych matek. Dostałam mail od takiej samotnej matki, która po rozwodzie wychowuje dwóch kilkunastolatków. Zapewnia im godny byt, pracuje ponad siły, bierze nadgodziny. To jedna z tysięcy takich samotnych Siłaczek. Ponieważ przekracza wyznaczony próg zarobków, więc nic się jej nie należy. „Radzisz sobie, to radź sobie dalej”, pisze do mnie z goryczą. Nie dość, że tak haruje, to jeszcze jej płaca jest niższa niż faceta na tym samym stanowisku. Chodzi o pay gap, tak nazywa się rów płacowy, czyli różnicę w płacy za tę samą pracę między mężczyznami a kobietami. Powstała przepaść, którą trzeba zasypać brzęczącą monetą, szeleszczącymi banknotami lub wirtualnym bitcoinem, tak żeby było sprawiedliwie. Na razie z tym samym wykształceniem „płeć brzydka” dostaje więcej hajsu niż „płeć piękna”. Gdy u cioci Kloci na imieninach zaczyna się gadka na tematy równościowe, towarzyszą jej śmichy-chichy panów. A to zahaczą o Nobla, ile też kobiet go dostało? Pomija się fakt, że damy nie miały prawa wstępu na uniwersytet, a gdy już łaskawie się zgodzono, by studiowały, tak jak to miało miejsce u nas po odzyskaniu niepodległości, to ograniczano liczbę przyjmowanych dziewczyn, i takie tam drobiazgi… My na tych rodzinnych imprezach możemy na takie dictum wytoczyć całkiem ciężką armatę, mówiąc: „Tak, koleś, jesteście lepsi, Szwedzi to zbadali”. W latach 1990–2010 popełniono w Szwecji tysiąc pięćset siedemdziesiąt zbrodni. Na dziewięć męskich przypada jedna damska. W przypadku pedofilii procent winnych mężczyzn jest jeszcze wyższy. Dotyczy to nie tylko Szwecji, w naszym kraju jest tak samo, tylko badań mniej. Niedawno skazano „przykładnego męża i ojca”, tak pisano o nim w informacji w gazecie, który zamordował dwie prostytutki – tirówki. Miał żonę i niespełna roczną córeczkę, korzystał z usług tych dziewczyn od siedmiu lat. Udusił je, bo za bardzo „go popędzały”. Rzeczywiście, przykładny mąż i ojciec; jak większość pedofilów krzywdzących własne dzieci. Owszem, wiem, można mi zarzucić, że to argumenty poniżej pasa, ale cóż, „sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało!, można powiedzieć chichoczącym facetom, którzy widzą świat kobiet jako płaski naleśnik, nie myślą historycznie o zaszłościach, o braku dostępu do wykształcenia, pracy innej niż kucharka czy służąca. Kto zacz Grzegorz Dyndała? Wujaszek Google wam odpowie.

Tak więc statystycznie rzecz biorąc, dama zarabia nie tylko mniej niż król, ale też mniej niż walet. Zawsze mnie dziwił ten karciany trójkąt, choć rzadko grywałam w pokera czy innego brydża. Dlaczego na jedną damę przypada aż dwóch facetów? Teraz już wiem, dama haruje na obu! Zdarzają się damskie krezuski, które muszą ukrywać zarobki, żeby nie urazić ego faceta, wrażliwego na tym punkcie jak mimoza. Kobiety miewają na koncie wielokrotnie więcej niż ich mąż czy partner. Wtedy on cierpi katusze, jak nie przymierzając młody Werter, jego męskość jest narażona na szwank. Wydawać by się mogło, że męskość nie mieści się akurat w wielkości konta czy w posiadaniu ferrari, ale cóż, dla niektórych to wyznacznik męskiego statusu.

Rządzący światem starają się, jak mogą, żeby nie dopuścić do wyrównania zarobków. U nas i tak luka płacowa jest niższa niż w UE. Zaskakujący jest fakt, że to efekt Peerelu! Trudno uwierzyć, ale te traktorzystki, kobiety murarki czy spawaczki przeniosły się z męskimi zawodami z realnego socjalizmu w realny kapitalizm. Niestety, ta oferta teraz się wyczerpuje. Już nie namawia się kobiet do kształcenia w męskich zawodach. Tych dobrze płatnych. Elektryk, monter? Tylko dla mężczyzn! Dla pań: fryzjerka, kucharka… A więc cofamy się nie do Peerelu, lecz do dziewiętnastego wieku! Nawet laleczka Barbie jest bardziej nowoczesna!