Wydawca: Demart Kategoria: Edukacja Język: polski

Gdyby... Całkiem inna historia Polski ebook

Opracowanie zbiorowe

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gdyby... Całkiem inna historia Polski - Opracowanie zbiorowe

Historia kontrfaktyczna, zwana też alternatywną, od lat fascynuje nie tylko historyków. Próby odkrycia „co by było, gdyby” wciąż podejmują rzesze artystów, filmowców i pisarzy. Każdy z nas czasem zastanawia się, jak potoczyłoby się nasze życie, gdyby tylko…
Podobnie jest z pytaniami o najważniejsze punkty historii Polski: co by było, gdyby Mieszko I nie przyjął chrześcijaństwa? Co by było, gdyby nie doszło do rozbiorów? Co by było, gdyby II wojna światowa miała inny przebieg? Co by było, gdyby nie wprowadzono stanu wojennego? Czy nasza historia wyglądałaby inaczej?
Książka obejmuje 20 takich wydarzeń z dziejów naszego kraju. Oddane w ręce historyków, posłużyły one za punkt wyjścia do rozważań, „co by było, gdyby…”.

Ponieważ nie nakładaliśmy żadnych ograniczeń na twórców esejów, niemal każdy z rozdziałów jest inny. Można znaleźć wśród tekstów zarówno swobodnie zarysowane, niemal epickie obrazy, jak i dokładną, historyczna analizę faktów i ich alternatywnej wersji. Tym samym wyobraźnia czytelnika pozostaje niczym nieograniczona…

 

Informacja o autorach:
Temat tak trudny jak historia kontrfaktyczna wymagał zespołu fachowców – historyków posiadających ogromną znajomość realiów poszczególnych epok, a także publicystyczny warsztat i wartkie pióro. Nasz wybór padł na tak znane nazwiska, jak:
Prof. Włodzimierz Borodziej, Prof. Tadeusz Cegielski, Prof. Andrzej Chwalba, Prof. Andrzej Garlicki, Prof. Jerzy Holzer, Prof. Janusz Kaliński, Prof. Jerzy Strzelczyk, Prof. Andrzej Paczkowski, Prof. Janusz Tazbir, Dr Julia Tazbirowa, Prof. Jan Wimmer, Prof. Henryk Wisner

Opinie o ebooku Gdyby... Całkiem inna historia Polski - Opracowanie zbiorowe

Fragment ebooka Gdyby... Całkiem inna historia Polski - Opracowanie zbiorowe

Gdyby…

© Copyright by Demart SA, Warszawa 2012

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część ani całość wydawnictwaGdyby... Całkiem inna historia Polskinie może być reprodukowana ani przetwarzana w sposób elektroniczny, mechaniczny, fotograficzny i inny; nie może być użyta do innej publikacjioraz przechowywana w jakiejkolwiek bazie danych bez pisemnej zgody Wydawcy.

Wydawca: Demart SA

02-495 Warszawa

ul. Poczty Gdańskiej 22a

tel. 22 662 62 63; faks 22 824 97 51

http://www.demart.com.pl

e-mail: info@demart.com.pl

Dział zamówień:

Sprzedaż hurtowa:

tel. 22 498 01 77/78, faks 22 753 03 57

e-mail: biuro.handlowe@demart.com.pl

Sprzedaż detaliczna:

e-mail: sklep@polskaniezwykla.pl

Redakcja: Elżbieta Olczak, Joanna Sabak

Autorzy tekstów:

prof. Włodzimierz Borodziej

prof. Tadeusz Cegielski

prof. Andrzej Chwalba

prof. Andrzej Garlicki

prof. Jerzy Holzer

prof. Janusz Kaliński

prof. Andrzej Paczkowski

prof. Jerzy Strzelczyk

prof. Janusz Tazbir

dr Julia Tazbir

prof. Jan Wimmer

prof. Henryk Wisner

Projekt okładki: Krzysztof Stefaniuk

prof.Jerzy Strzelczyk

Co by było, gdyby Mieszko nie przyjął chrześcijaństwa w 966 roku?

prof.Jerzy Strzelczyk

Co by było, gdyby Kazimierz Odnowiciel nie powrócił do Polskiw1039roku?

prof.Jerzy Strzelczyk

Co by było, gdyby Bolesław Krzywousty nie podzielił w 1138 roku Polski na dzielnice?

prof. Janusz Tazbir

Co by było, gdyby Konrad Mazowiecki nie sprowadził Krzyżaków na początku XIII wieku?

prof. Henryk Wisner

Co by było, gdyby nie doszło do unii polsko-litewskiej w Krewie w 1385 roku?

prof. Tadeusz Cegielski

Co by było, gdyby księciu kujawskiemu powiodły się jego zamiary na początku XIV wieku?

prof. Janusz Tazbir

Co by było, gdyby nie doszło do sekularyzacji państwa krzyżackiego w 1525 roku?

prof. Janusz Tazbir

Co by było, gdyby Władysław Waza został carem Rosji w roku 1610?

prof. Janusz Tazbir

Co by było, gdyby Szwedzi zdobyli Jasną Górę w 1655 roku?

prof. Jan Wimmer

Co by było, gdyby Jan III Sobieski nie udał się z odsieczą pod Wiedeń w 1683 roku?

prof. Andrzej Chwalba

Co by było, gdyby nie doszło do rozbiorów w latach: 1772, 1793, 1795?

prof. Andrzej Chwalba

Co by było, gdyby Polacy zwyciężyli w powstaniu listopadowym w latach 1830–1831?

prof. Andrzej Garlicki

Co by było, gdyby Polacy przegrali Bitwę Warszawską 1920 roku?

prof. Andrzej Garlicki

Co by było, gdyby zamach majowy nie powiódł się w 1926 roku?

prof. Włodzimierz Borodziej

Co by było, gdyby Polacywygrali powstanie warszawskie w 1944 roku?

prof. Janusz Kaliński

Co by było, gdyby Polska przyjęła pomoc w ramach planu Marshallaw1948roku?

prof. Jerzy Holzer

Co by było, gdyby Karol Wojtyła nie został papieżem w 1978 roku?

prof. Jerzy Holzer

Co by było, gdyby nie powstała „Solidarność” w 1980 roku?

prof. Andrzej Paczkowski

Co by było, gdyby generałWojciech Jaruzelskinie wprowadziłstanu wojennego w 1981 roku?

prof. Andrzej Garlicki

Co by było, gdyby nie doszło do obrad okrągłego stołu w 1989 roku?

Co by było, gdyby Mieszko nie przyjął chrześcijaństwa w 966 roku?

Jerzy Strzelczyk

No nie – powiedział do siebie Mieszko Siemomysłowicz, cierpliwie wysłuchawszy opinii obu stron. Wiecu, co prawda, nie warto było w ogóle wtajemniczać, gdyż zdanie jego uczestników, zawsze niechętnych jakimkolwiek zmianom, nie było trudne do odgadnięcia. Podobnie jednostronne musiałoby być zdanie co ważniejszych kapłanów. Wprawdzie nigdy, ani za panowania przodków Mieszka, ani, tym bardziej, jego samego, nie osiągnęli oni nawet w przybliżeniu takiego znaczenia, jakie mieli kapłani wielkiego Swarożyca w nie tak znowu odległej Retrze-Radogoszczy, ale z pewnością także ci znad Gopła i Warty ze wszystkich sił przeciwstawialiby się uznaniu nowego kultu, którego wyznawcy – przynajmniej o tym dobrze wiedziano! – nie uznawali jakichkolwiek innych bóstw i ich kapłanów. Nie! Liczyła sięopinia starszych plemiennych oraz tych, których jego, lub jego poprzedników,wola i łaska wydźwignęła do wysokich stanowisk. W przeciwieństwie do motłochu, bez którego książę wprawdzie niewiele by zdziałał, ale którym w gruncie rzeczy pogardzał, a niekiedy nawet musiał się go obawiać, mieli oni sporozdrowego rozsądku, przede wszystkim zaś nie najgorsze rozeznanie w sprawach szerszej, jakże nieraz zawiłej, polityki, co prawda przede wszystkim tej międzyplemiennej, ale niektórzy z tych bliskich księciu rozumieli już to i owo z arkanów i zawiłości polityki wykraczającej poza rodzime polańskieopłotki. Wiedza ta nie przychodziła łatwo, zwłaszcza gdy pochodziła z trudówi doświadczeń dalekich wypraw zbrojnych, z zeznań jeńców (zanim udało sięich korzystnie sprzedać obcym kupcom), z opowiadań posłów, kupców (takich jak ów nieco podejrzany Żyd hiszpański Ibrahim syn Jakuba, który niedawno gościł w nadłabskim Magdeburgu i gorliwie wypytywał o krajMieszka i jego mieszkańców) i nielicznych misjonarzy chrześcijańskich,odczasu do czasu pojawiających się nad Wartą, Gopłem i Prosną...

Właśnie: misjonarzy. Mieszko w głębi duszy podziwiał tych ludzi, już choćby za samą odwagę przybywania do zupełnie obcego kraju, którego mieszkańcy od niepamiętnych czasów wyznawali swoich pradawnych bogów. Dobrze im było z nimi, do nich dostosowali wszelkie dziedziny swego ubogiego, ale w miarę stabilnego życia. Książę podziwiał tych śmiałków, zapewniał im bezpieczeństwo, co prawda tylko tam, dokąd sięgało jegozbrojne ramię, ale mimo wysiłków i swego lotnego (to przyznawali mu nawetwrogowie!) umysłu i nawet najbardziej elokwentnych misjonarzy, nie bardzo ich rozumiał. Nie chodziło nawet o zawiłości wiary, którą oni nazywali chrześcijańską i wywodzili od osoby niejakiego Jezusa Chrystusa, który miał być Bogiem (jednym z bogów?). Zginął gdzieś daleko w ciepłych krajach (chyba nie w saraceńskiej Hiszpanii? – tak daleko horyzont geograficzny Mieszka Siemomysłowicza już nie sięgał), i to w sposób haniebny, bo śmiercią na krzyżu, jak pospolity zbrodniarz... To właśnie było nie dopojęcia. Bóg przecież – obojętnie, czy byłby nim rodzimy Swarożyc, czy ruskiPerun, czy rugijski Świętowit, czy Tor groźnych wikingów z północy, wreszciejeszcze najbardziej do Boga chrześcijan podobny żydowski Jahwe czy muzułmański Allach – to istota tak potężna i można, że sama myśl o jej haniebnej śmierci brzmiała jak bluźnierstwo.

Już nie pamiętał Mieszko, kto mu opowiadał (a może czytał) o tym, podobno nawet dzielnym i zwycięskim, germańskim księciu czy królu (jak to mu właściwie było na imię? czy przypadkiem nie Radbod lub jakoś podobnie?), który już ponoć na tyle był gotów przyjąć wiarę w owego Chrystusa, że jedną nogę zanurzył w przygotowanej dlań specjalnie wodzie chrzcielnej(nie wiadomo, skąd chrześcijanie przyjęli ten ryt, w każdym razie nie możnabyło się bez niego obyć!). Ale coś go tchnęło, by zapytać, czy, gdy kiedyś – ochrzczony – znajdzie się, zgodnie z zapewnieniami misjonarzy, w raju, spotka tam swoich wielkich i jakże szanowanych i czczonych przodków. Osłupiał, gdy usłyszał odpowiedź, że niestety tak nie będzie, gdyż przodkowie ci, nie znając prawdziwej wiary, nie mogą dostąpić zbawienia. Nie byłMieszko, co prawda, zupełnie pewny, czy stać by go było na takie wyjściez dylematu, jakie obrał nieustraszony Radbod, który co prędzej cofnął nogę,nie poddał się obrzędowi, stwierdzając dumnie, że woli raczej po śmierci przebywać razem ze szlachetnymi przodkami (oj, chyba misjonarze niezbyt gorliwie objaśnili mu straszny, według nich, los dusz potępionych; misjonarzeMieszkowi bardziej się pod tym względem przyłożyli!), niż wraz z biedakami,rybakami i skruszonymi złoczyńcami cieszyć się wiecznym zbawieniem.

Pewnie, że korzyści z ewentualnej decyzji przyjęcia chrztu były kuszące,ale, jak wynikało z głębokiej refleksji i rady większości towarzyszy, nie zawszezupełnie oczywiste, a przede wszystkim nie zawsze dałyby się zapewne od razuskonsumować. Książę był jeszcze młody, na sprawdzenie, czy nauka chrześcijan o zbawieniu jest prawdziwa, ma jeszcze sporo czasu... Misjonarze dowodzili, że przyjęcie nauki Chrystusa wzmocni jego, Mieszka, autorytet u swoich. Może... Ale któż to wie? Po pierwsze, Mieszko wiedział doskonale, że nawet jeżeli on, jego rodzina, dwór, drużyna i ci wszyscy, którzy się go boją albo są od niego zależni, przyjmą chrzest, lud, zwłaszcza w co bardziejoddalonych od Gniezna ostępach, długo jeszcze pozostanie wierny dawnymwierzeniom, a kapłani już zadbają, by w swej wierze nie osłabli! Na razie zatem zamiast wzmocnienia autorytetu księcia wzbierze fala niezadowolenia i buntu.

A co będzie, gdy te nastroje zechce wykorzystać któryś z naczelników, ba, nawet któryś z krewnych Mieszka z rodu Piastowego, odsunięty od rządów i pozornie tylko pogodzony z tym stanem rzeczy, by wszcząć otwarty bunt? Nie brakowało ich w przeszłości i choć pamięć o nich tkwiła jedynieprzytłumiona po chatach i grodach (nawet imiona buntowników książęi jego ludzie starali się zatrzeć w pamięci ludu), nietrudno było sobie wyobrazić, jak może rozgorzeć bunt niezadowolonych. Pod chorągwiamibóstw plemiennych co rychlej stanąć mogą ci wszyscy, którym brzemię władzy Mieszkowej bardzo ciążyło (któż bowiem, jak nie oni musieli ponosić, w przenośni i dosłownie, ciężary niezbędne do budowy tylu nowych, potężnych i pysznych grodów albo łożyć na utrzymanie drużyny „najwierniejszych z wiernych” księcia, liczącej ponoć aż 3000 wojów?), czy choćby tylko odsunęło od realnego wpływu na losy plemienia i kraju. Kraju, który był, co prawda, już dość znaczny pod względem terytorium, ale też młody, zjednoczony bardzo powierzchownie. Dawne podziały plemienne przeświecały wyraźnie, choć tyle wysiłku ojciec Mieszka – Siemomysł, a także on sam – Mieszko, włożyli w ich przytłumienie i zduszenie (zgliszcza spalonych i zrównanych z ziemią dawnych plemiennych grodówciągle nie pozwalały o tym zapomnieć). Tylko człowiek naiwny (a za takiegoMieszko się nie uważał!) mógłby mniemać, że dawni naczelnicyplemienni,czy chociażby ich synowie i wnukowie, nie skorzystaliby z okazji, by oderwać się od Gniezna.

Jedno tylko zastanawiało Mieszka. Z tego, co mu było wiadomo, religia Chrystusa niemal wszędzie znajdowała się w zwycięskiej ofensywie. Mieszko ani żaden z jego poddanych nie mieli pojęcia o rozległości tego, co uczeni w krajach Zachodu i Południa nazywali niekiedy Europą, wiedzieli jednak, że przynajmniej z tych dwóch stron wyznawcy chrześcijaństwa napierają na zwolenników tradycyjnych wierzeń i – tak! – najczęściej ich zwyciężają, po czym następuje bardziej lub mniej wymuszone przejście pokonanych na nową wiarę. Mieszko pamiętał opowieść o jakimś (imię dawno już wypadło mu z pamięci) książątku z kraju Wiślan („w Wiślech”),który tak długo niepokoił sąsiadów zza Karpat (widocznie miał słabe pojęcieo potędze Świętopełka, władcy Wielkich Moraw), nie słuchając rad misjonarza, aż wreszcie, pokonany, musiał przyjąć chrzest na obcej ziemi, pewniew niewoli. Inaczej pewnie – snuł Mieszko przypuszczenia – potoczyłyby sięlosy ziem obecnie polańskich i inaczej wyglądałyby losy chrześcijaństwa, gdyby potęga wielkomorawska nie padła przed półwieczem, nie mogąc oprzeć się Frankom z jednej, Madziarom, czyli Węgrom z drugiej strony.

Prawda: Od kilku lat rysowała się od strony zachodniej sytuacja nowa, mogąca w niedalekiej już przyszłości przyprawić Mieszka (bądź jego następcę) o ból głowy. Ten Otton, władca Franków (a w rzeczywistości Sasów, Szwabów, Bawarów, Lotaryńczyków i kilku pomniejszych ludów), który jedenaście lat temu pokonał w morderczej bitwie dopiero co wspomnianych Madziarów, zaledwie przed kilku laty zajął zbrojnie słoneczną Italię i został w Rzymie – uważanym przez chrześcijan za stolicę świata – ukoronowanyna cesarza (podobnego temu, który panował niezmiennie od niepamiętnychczasów w Carogrodzie), musi być człowiekiem niezwykłym. Chrześcijanie uważają go za swojego przywódcę i sądzą, że jego obowiązkiem jest obrona świata chrześcijańskiego (a niechże by go bronił na przykład przed Saracenami!) oraz szerzenie wiary chrześcijańskiej. A że akurat to poszerzanie byłorównoznaczne z poszerzaniem obszaru własnego panowania, dobrze sięczuł w tej roli. Jakoż uparcie i konsekwentnie, kontynuując dzieło swego ojca,Otton rozszerzał swoje panowanie na Połabiu i podporządkował sobie Serbów, Łużyczan na południu, Obodrzyców na północy, przede wszystkim zaś najbardziej przywiązanych do własnych plemiennych form bytu oraz religii Swarożyca, najbardziej też dla wszystkich sąsiadów niebezpiecznych Luciców, dawniej (a niekiedy jeszcze i teraz) nazywanych Wieletami.

To właściwie, samo przez się, nie stanowiłoby jeszcze dla Mieszka największego zmartwienia. Nie ma co bowiem ukrywać, że z Lucicami on sam,podobnie jak i jego przodkowie, niejednokrotnie mieli na pieńku. Gdy tylkow okolicy któryś z naczelników za bardzo urastał w potęgę, chytrzy kapłani Swarożyca nie zaniedbywali niczego, by nakłonić swych bitnych (to trzebaprzyznać!) współplemieńców do zbrojnej interwencji, a przynajmniej zręcznymi intrygami przywracali stan poprzedni. W dodatku jeszcze jeden czynnik:Czesi w Pradze, nominalnie uznający, co prawda, zwierzchnictwo Ottona, ale w gruncie rzeczy rządzący się samodzielnie (gdzieżby tam Gnieznu,musiał ze smutkiem przyznać sam przed sobą Mieszko, równać się z Pragą!),usiłowali nie od dziś wzmocnić swe stanowisko sojuszem z Lucicami. To, że lud książąt z rodu Przemysła od dawna już (przynajmniej z nazwy)jest chrześcijański, nie miało widać większego znaczenia. Czesi znajdowali się w fazie szybkiego wzrostu (nie na próżno Praga uchodziła za wielkie emporium handlu żywym towarem – niewolnikami; Mieszko nie mógłby powiedzieć, że pod tym względem ma czyste sumienie), a ich – prawdaże w dużym stopniu formalne – panowanie obejmowało „po tej” stronie górziemie krakowską i śląską, a więc sfera politycznych wpływów czeskichzbliżała się niepokojąco blisko do ziemi Polan.

Na razie Mieszko wydawał się bezpieczny, jeżeli chodzi o sąsiedztwo chrześcijan. Właściwie jedynie Czesi byli jego bezpośrednimi chrześcijańskimi sąsiadami. Trudno było za chrześcijan uznać ludy połabskie, choć podbite przez Ottona musiały oficjalnie rozstać się z dawnymi kultami, a ich ziemie zostały objęte siecią specjalnie ustanowionych biskupstw. Mieszko miał informacje, że Lucicy, a za nimi inne ludy połabskie, tylko czekają na sprzyjający moment, by zrzucić obce panowanie i znienawidzone chrześcijaństwo. Na północy o chrześcijaństwie nic jeszcze nie słyszeli Pomorzanie, podobnie jak dalej na wschód – Prusowie i Jaćwięgowie. Za morzem mieszkający dzielni Duńczycy niby są już chrześcijanami, ale co to za chrześcijaństwo u tych dzikich wikingów! Poważnymi partnerami we wszelkiej możliwej grze politycznej byli inni sąsiedzi – od wschodu i południowego wschodu – Rusini, których założone niegdyś przez skandynawskich Waregów państwo z ośrodkiem w Kijowie stało się potęgą pierwszej wielkości we wschodniej części kontynentu, i Madziarzy –Węgrzy, niemogący nawet marzyć o potędze sprzed wielkiej klęski zadanej im nie tak dawno przez Ottona. I Rusini, i Węgrzy dotychczas pozostają przy wierze tradycyjnej, nie dając posłuchu emisariuszom tak z Carogrodu, jak i Rzymu.

Nie, nie widzę powodu do pośpiechu. Zobaczymy, jak sprawy się potoczą. Wprawdzie ten wielkorządca Ottona, jak oni mówią: margrabia, Geron chyba mu na imię, gdy pokonał Łużyczan, znalazł się niepokojąco blisko moich granic na zachodzie, ale niebawem wybrał się do Rzymu (zapewne, by odpokutować swoje zbrodnie, o których głośno wśród Słowian) i tam umarł, a godnego mu następcy nie widać. Wprawdzie musiałemna swoim koncie odnotować i dwie porażki w walkach z tymi wstrętnymiWolinianami (musieli im pomagać usadowieni tam niegdyś wikingowiez Jomsborga), ale bez przesady – takie niepowodzenia mogą wprawdzie byćdokuczliwe, ale nie mają większego znaczenia dla mnie i mego kraju.

Wreszcie – kończył rozważania młody władca Polan – prawdę mówiąc,nie pociąga mnie zbytnio ta część nauki chrześcijan, która dotyczy moralności i obowiązków dobrego chrześcijanina. Te wszystkie modlitwy,posty, nakazy i zakazy! Miłość bliźniego? Czy także wroga? No, tego jużza wiele! Żeby w dodatku sami chrześcijanie chcieli ich dotrzymywać! Bolesław praski wprawdzie kusi, przyśle kapłanów, budowniczych kościołów, da mi córkę za żonę... Ponoć Dobrawa ani szczególnie piękna,ani nie nazbyt już młoda. A co z moimi tak bardzo ulubionymi żonami? W oczach chrześcijan nie byłyby one niczym innym, jak tylko zwykłymi nałożnicami. Otruć? Odesłać do ojców? Toż to byłaby obraza, krwawa zemsta rodów pewna. Nie, na to nie pójdę. Jeszcze poczekam...

Wysłannicy powrócili do Pragi z niczym, nie licząc mglistych obietnic na przyszłość. Wieść o decyzji księcia rozchodziła się szybko. Kapłani pogańscy odetchnęli z ulgą. Kolegium kapłanów Swarożyca z Retry-Radogoszczy, po naradzie, wysłało do Mieszka poselstwo, proponując wielki sojuszskierowany przeciw Ottonowi i chrześcijanom, oferując mu, jako sojusznikowi, spokojne panowanie nad Pomorzem, na którym Mieszkowi tak bardzo zależało. Jomsborczycy z Wolina pośpieszyli z zapewnieniami pomocy. Jeszcze jedna dobra wiadomość z północy: król czy królewicz duńskinosi się ponoć z myślą o porzuceniu chrześcijaństwa.

Lucicy i ich sojusznicy, nawet tradycyjnie wobec nich nieufnie nastawieni Obodrzyci, zrywają się do powstania przeciw Sasom. Liczą, że nowypolański sojusznik nie uderzy na nich od wschodu, a jeżeli będzie trzeba, nawet nie odmówi pomocy. Kapłani chrześcijańscy na całym Połabiu padają pod ciosami włóczni i toporów, świątynie płoną, biskupi i ci wszyscy, którzy zdołali unieść głowę z pożogi, uciekają na zachód. Nie ma dlanich litości! Panowanie saskie, lata wysiłków, zostaje obalone, pobudowaneprzez chrześcijan grody i warownie płoną nie gorzej od kościołów, załogiwojskowe albo padają pod ciosami powstańców, albo uciekają w popłochu.Nawet południowe Połabie, owi Serbowie, Łużyczanie i inne drobniejsze ludy, wydawałoby się już na trwałe opanowane przez Sasów, przyłączają się do powstania. Na wieść o płomieniu rozgorzałym na Połabiu ożywa przytłumiona antysaska opozycja u Franków; Bawarowie, Szwabowie, Lotaryńczycy, nawet Turyngowie (o których imieniu niemal już zapomniano),dumne imperium Ottona Pierwszego znaleźli się w obliczu rozpadu. Na domiar złego w Rzymie zamordowany został zaufany Ottona papież, władzę w Wiecznym Mieście wraz z godnością papieską (która, co prawda, akurat w tym okresie nie ma poza Italią większego znaczenia, ale jednak pozostajesymbolem chrześcijaństwa zachodniego) objęło stronnictwo antycesarskie.Saraceni nie byliby Saracenami, gdyby natychmiast nie wzmogli napadów na ziemie Italii wraz z wyspami i południową Galię.

Stary lis, Bolesław w Pradze, ani myśli przyjść na pomoc cesarzowi, lecz wysyła wojska do Bawarii i na południowe Połabie. W Bawarii chce jedynie poprzeć separatystów, na Połabiu liczy jednak na trwałe zdobycze. Wojska czeskie obsadzają Miśnię, a nawet Brennę (po niemiecku: Brandenburg). Ośmieleni kryptopoganie czescy uznali, że przyszła ich godzinai usiłują podnieść głowę, ale natychmiast zostają poskromieni i od tej poryjuż o pogaństwie nad Wełtawą nic nie będzie słychać. Władca czeski jednakpopełnia błąd, najwidoczniej źle poinformowany przez swoich szpiegów, którzy mu donieśli o wewnętrznych waśniach i niepokojach w Gnieźnie. Wojska czeskie wkraczają do Wielkopolski, czyli rdzennego kraju Polan, ale rychło muszą ustąpić wobec skutecznego oporu Mieszka, który w porę dowiedział się o zagrożeniu i zdołał na czas wzmocnić niedawno wzniesione bądź odbudowane grody pogranicza. Czesi w chaosie ustępowali; oddziały Mieszka przy pomocy sojuszników wieleckich i łużyckich (nie wszystkim w smak była czeska ekspansja na Połabiu!) obsadzają Śląsk, nieco później także ziemię krakowską. Dotkliwy to cios dla władców Pragi, dotychczaswymieniających w swej tytulaturze także Kraków, toteż, normalną w takichprzypadkach koleją rzeczy, głowę podnoszą wszyscy niezadowoleni, w tympotężni panowie na Libicach. Zdobycze na Połabiu okazują się także iluzoryczne i nietrwałe. Węgrzy łakomie spoglądają na Morawy.

Mieszko ma dylemat. Na zdobytych od Czechów Śląsku i w Krakowskiem widzi wyraźne przejawy chrześcijaństwa, nawet zaczątki regularnej organizacji kościelnej. Po raz pierwszy może z nimi zapoznać się bezpośrednio. Zaczyna je doceniać. W porównaniu z rdzennymi ziemiamipolańskimi południowe dzielnice wydają się zamożniejsze, co przekłada sięod razu na zwiększone dochody płynące do skarbu książęcego. Przyzwyczajeni do kilku dziesięcioleci rządów wielkorządców czeskich Ślązacyi Małopolanie bez większych oporów przystosowali się do nowego porządku. Z drugiej strony, Mieszko ma powody do zmartwień. Decyzja pozostania przy pogaństwie tylko na krótko stłumiła niepokoje w jego państwie. Może zbyt naiwnie liczył na to, że wszystkie siły wewnętrzne, ukontentowane tą decyzją, skupią się przy nim. Niestety, z wielu miejsc donoszono mu o niezadowoleniu z rosnących kosztów utrzymania drużyny, dworu i – skromnego przecież – aparatu urzędniczego, wzmaganych jeszcze nieuniknionymi nadużyciami dostojników, przede wszystkim jednak kosztami wypraw zbrojnych. Lucicy, upojeni sukcesami w walkachz Sasami i przekonani, że od zachodu nic im już nie zagraża, zapominalio zobowiązaniach sojuszniczych i chętnie przyczyniliby się, na razie jeszcze nie w otwartej wojnie, lecz tajnymi machinacjami, do obniżenia autorytetu Mieszka i spójności jego państwa. Najgorsze zaś było to, że – tu relacje szpiegów pokrywały się w pełni z obserwacjami Mieszka – wokół jednego i najbardziej ambitnego z jego bliskich krewnych, rezydującego w Kaliszu nad Prosną, a zatem do niedawna na południowej flance państwa Polan, który niegdyś, przebywając za granicą, przyjął był podobno wiarę chrześcijańską (starając się zresztą, ze względów bezpieczeństwa, utrzymać tow tajemnicy w kraju), zaczynają się coraz liczniej gromadzić wszelakiego rodzaju malkontenci. Najlepiej byłoby, rzecz jasna, za jednym zamachem uciąć łeb hydrze buntu, ale gród w Kaliszu jest tak silny i w dodatku takkorzystnie dla obrońców usytuowany, że jego zdobycie wymagałoby znacznego wysiłku. W tej chwili Mieszka nie byłoby chyba na to stać, bądź co bądź, znaczna część jego sił musiała pozostawać na niedawno opanowanym południu, a w dodatku ponoć także w Poznaniu – tradycyjnym już rywalu Gniezna – nastroje nieprzychylne księciu stawały się coraz wyraźniejsze. Mieszko zaczął już niemal żałować zerwania z Ottonem i jego Sasami, ba! – nawet w cichości ducha rozważać, czy nie wystąpić z propozycją sojuszu, obiecać ponowny namysł w kwestii przejścia na wiarę Chrystusa, choć przyciśnięty przez nieprzyjaciół cesarz prawdopodobnie i tak nie będzie zbyt natarczywie obstawać przy warunku konwersji. Cóż, kiedy słabość Sasów i samego Ottona oraz siła pogaństwa połabskiego, promieniującego daleko poza Połabie, nie tylko do Polan, lecz także do Duńczyków, czyniła taką polityczną woltę zbyt ryzykowną. Czekać?

Mieszko potrafił myśleć strategicznie. Wiedział, jak poważnym czynnikiem politycznym stała się Ruś Kijowska, z energicznymi i bezwzględnymipotomkami Ruryka na tronie wielkoksiążęcym. Wiedział, co robi, wysyłając do Kijowa poselstwo z propozycją sojuszu i prośbą o rękę jednej z córek wielkiego księcia. Władca Kijowa i Nowogrodu prowadził szeroko zakrojoną politykę, którą można było bez przesady zakwalifikować jako mocarstwową. Prędzej niż Mieszko pojął korzyści, jakie może mu przynieść przyjęcie wiary chrześcijańskiej. Cesarstwo Wschodnie po okresie kryzysui słabości wchodziło w kolejną fazę świetności i ekspansji. Konkurencjaz Rzymem i łacińskim Zachodem zdawała się bezapelacyjnie przechylać na korzyść Carogrodu – grodu Konstantyna. Wielki książę kijowski politycznych zakusów Carogrodu się nie obawiał, dostrzegał natomiast wszelkie profity płynące z sojuszu z Cesarstwem, był także pewien, że z faktu przyjęcia chrześcijaństwa uzyska same korzyści, ewentualne ryzyko brał, rzecz jasna, pod uwagę, ale kalkulacja wypadała pozytywnie. Stało się.Misjonarze, kapłani i biskupi obrządku greckiego przybywali na Ruś, padłyświątynie i posągi pogańskich idoli, nawet potężnego Peruna. Nowa wiara niewiele, w gruncie rzeczy, zmieniła w charakterze i obyczajach władcy, ale też na tym etapie nie o to chodziło.

Wraz z księżniczką kijowską, tak jak zostało uprzednio dokładnie omówione i uzgodnione przez poselstwa, przybyła do kraju Mieszka spora i doborowa grupa duchownych. Nie bawiono się w długą katechezę, na to będzie później jeszcze dość czasu, zresztą trzeba przyznać, że ten poganin, Mieszko, już to i owo wiedział o Chrystusie i jego wierze. Niewiele lat upłynęło od roku 966, gdy nastąpił formalny akt konwersji księcia i jego ludu. Trzeba przyznać, że misjonarze „greccy” lepiej od swych łacińskich (rzymskich) konkurentów chcieli i potrafili porozumiewać się z ludnością słowiańską. Stopniowo, choć, rzecz jasna, nie bez oporów, społeczeństwo przyjmowało nową wiarę. Na początku rzadko, potem coraz częściej wyrastałychramy z krzyżem Chrystusa, organizowano eparchie (biskupstwa) z metropolitą w Krakowie (a nie w Gnieźnie, jak myślał Mieszko, choć zarazem nie miał złudzeń, że akurat w Gnieźnie, gdzie przez wieki znajdowało sięgłówne centrum pogaństwa polańskiego, metropolita musiałby zmierzyć się,przynajmniej początkowo, ze zbyt wielkimi trudnościami), wszystkie one zaś podlegały odległemu patriarsze Carogrodu.

Cesarz Otton, stopniowo przezwyciężający bunty plemion „niemieckich” (mianem Niemcy, czyli „niemi”, jako że mówili jakimś językiem zupełnie dla Słowian niezrozumiałym, określano na dworze Mieszka wszystkie podległe Ottonowi, językowo pokrewne ludy), nie był zachwycony decyzją księcia polańskiego, ale że akurat jego wpływ na sprawy Italii i Rzymu był znikomy, dość łatwo ją przełknął. Tym bardziej że Mieszko pośpieszył zaoferować mu sojusz w walce z niedobitkami opozycji wewnątrzniemieckiej,przede wszystkim zaś ze zbuntowanym Połabiem. Silne wojska cesarza uderzyły na Połabian od zachodu, a jednocześnie doborowi wojowie Mieszka dotarli w samo serce Związku Lucickiego, gdzie zdobyli i zniszczyli Retrę--Radogoszcz, oraz na Łużyce i kraj Serbów, aż po nadłabską Brennę. Cesarz, wielce zadowolony z sukcesu, zmuszony do zebrania wszystkich sił do szykującej się w Italii wojny, nie sprzeciwił się, gdy Mieszko obsadziłswymi załogami większą część zdobytego Połabia, ustanawiając najstarszegosyna tam wielkorządcą. Państwo Mieszka Pierwszego sięgało od pograniczaz Rusią, Karpat i Sudetów z jednej, Morza Bałtyckiego z drugiej strony, po Łabę i kraj Serbów połabskich. Kto wie, może uda się jeszcze wydrzeć Kotlinę Czeską Przemyślidom, coraz bardziej szamoczącym się z wewnętrzną opozycją?

Profesor Jerzy Strzelczyk (ur. w 1941 roku) jest historykiem mediewistą i specjalizuje się m.in. w początkach państwa polskiego oraz państw barbarzyńskich na ziemiach dawnego Imperium Rzymskiego. Profesor jest wykładowcą na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, kierownikiem Zakładu Historii Średniowiecznej Instytutu Historii UAM, oraz członkiem krajowy czynnym Wydziału II Historyczno-Filozoficznego Polskiej Akademii Umiejętności. Jest autorem wielu książek i artykułów: Po tamtej stronie Odry. Dzieje i upadek Słowian połabskich (1968), Słowianie i Germanie w Niemczech środkowych we wczesnym średniowieczu (1976), Historia starożytna ziem polskich: przewodnik metodyczny (1976), Nowa hipoteza o pochodzeniu Gotów (1978), Goci – rzeczywistość i legenda (1984), Od Prasłowian do Polaków (w serii Dzieje narodu i państwa polskiego) (1987), Mieszko Pierwszy (1992, 1999), Wandalowie i ich afrykańskie państwo (1992, 2005), Monarchia pierwszych Piastów we współpracy z Zofią Kurnatowską, Gerardem Labudą (1994), Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian (1998, 2007), Bolesław Chrobry (1999, 2003), Otto III (2000), Odkrywanie Europy (2000), Zjazd gnieźnieński (2000), Historia powszechna. Średniowiecze (2001), Prawda o bitwie z Mongołami pod Legnicą (1241) współautor Gerard Labuda (Legnica 2002), Zapomniane narody Europy (2006), Pióro w wątłych dłoniach. O twórczości kobiet w dawnych wiekach (2007).

Co by było, gdyby Kazimierz Odnowiciel nie powrócił do Polski w 1039 roku?

Jerzy Strzelczyk

Chciał powrócić, ale gdy już był niedaleko, dosięgła go ręka skrytobójcy. Kazimierz Mieszkowic zginął, nie osiągnąwszy trzydziestego roku życia. Nie był nawet jeszcze żonaty, nie pozostawił potomstwa. Był ostatnim potomkiem rodu Mieszka i Chrobrego, ród wygasł wraz z nim...

Zmartwił się na wieść o skrytobójstwie cesarz Henryk III. Rozpaczałamatka, Rycheza, która już na zawsze pozostanie na honorowym wygnaniuw rodzinnych Niemczech. Miała ona wszak uzasadnioną nadzieję, że jedynyjej i nieszczęsnego ojca, Mieszka II, syn odzyska tron książęcy. Pięciusetciężkozbrojnych rycerzy, przydanych Kazimierzowi do pomocy przez cesarza,pozwalało przypuszczać, że uda się rozprawa z buntownikami, tym bardziejże wysłannicy przemykający raz po raz do wygnańca donosili mu o niekończących się niepokojach i walkach oraz zapewniali, że jego zwolennicy, choć okoliczności zmuszają ich do pozostawania w cieniu, z utęsknieniem czekają na jego powrót i gdy tylko się pojawi, gromadnie staną u jego boku. Istniały także przesłanki, iż potężny jedynowładca w Kijowie, nie tylko mądry, ale i dzielny Jarosław, zaniepokojony tym, co działo się w Polsce,skłonny byłby puścić w niepamięć dawne waśnie i nie zawahałby sięprzyjść z pomocą temu, kto przywróciłby u zachodniego sąsiada porządek. Niemieccy rycerze, wracając do kraju, zastanawiali się, jak wytłumaczą się cesarzowi z oczywistego niedbalstwa: pozwolili młodemu a nieostrożnemu Piastowicowi zbyt daleko wysforować się do przodu...

Śmierć Kazimierza zmieniła sytuację polityczną w tej części Europy i skomplikowała ją. Nawet główny rozgrywający – cesarz – nie bardzo wiedział, jak należy postąpić. W innych warunkach może nawet byłby zadowolony z postępującego upadku państwa polańskiego, które niegdyś, za panowania dziadka właśnie zamordowanego księcia, odważyło się rzucić wyzwanie samemu Cesarstwu. Teraz jednak cesarz miał inne kłopoty. Nikt wprawdzie otwarcie nie kwestionował przywództwa Henryka III w kręguKościoła łacińskiego, ale już, zwłaszcza w wiecznie niespokojnej Italii i w samym Rzymie, coraz głośniej pobrzmiewały głosy niezadowolenia z nadmiernej rzekomo władzy cesarza. Panuje on, co prawda, nad trzema królestwami: Germanią, Italią i Burgundią, ale ani we Francji, ani tym bardziejw Anglii czy na Węgrzech, nie ma realnych wpływów. Coraz bardziejniepokoją go Czechy, które mają już za sobą ciężki kryzys wewnętrzny, a podenergicznymi rządami Brzetysława I faktycznie uniezależniły się od cesarstwa i prowadzą własną politykę. To, na czym Henrykowi i jego poprzednikom zawsze zależało: utrzymywanie równowagi pomiędzy Pragą a Gnieznem, poprzez upadek państwa polskiego (do czego Brzetysław niedawno walnie się przyczynił, najeżdżając i pustosząc samo serce Polski, uwożącrelikwie św. Wojciecha oraz zajmując w trakcie zwycięskiego odwrotu dzielnicę śląską, trzeba przyznać, że ciągle słabo zintegrowaną z państwem piastowskim) i równoczesny znaczny wzrost potęgi czeskiej należało, niestety, do przeszłości. W żywotnym interesie króla-cesarza było ukrócenie zbyt wybujałych ambicji czeskiego wasala nie tylko zbrojną interwencją, lecz także odbudową polańskiego konkurenta. Daleko będzie mu do mocarstwowych ciągot Bolesława Chrobrego, nie będzie zatem, i to na dłużej, zagrożeniem dla Niemiec, lecz raczej ich wdzięcznym sojusznikiem. Tym bardziej że zarówno od północy, ze strony Pomorzan, którzy czym prędzej, korzystając z osłabienia państwa Piastów, się usamodzielnili, jak również – i to w stopniu znacznie większym – od zachodu, Połabia, coraz bardziejzdominowanego przez tych upiornych Luciców i ich sojuszników, Kazimierzmógł spodziewać się wielorakich utrapień, które na pewno będą absorbowały znaczną część jego sił.

Ale trudno, stało się. Należy wysondować, czy na znacznie zredukowanym obszarze, na którym jeszcze nie tak dawno istniało państwo polańskie, nie da się odszukać i zmobilizować sił i osobowości, które mogłyby przejąć dzieło zamordowanego Kazimierza i chociaż – w pierwszym etapie – przywrócić ład w chaosie, jaki wytworzył się, nad Wartą i Wisłą, trwał i coraz bardziej niepokoił sąsiadów. Łatwo powiedzieć, trudniej jednak wykonać.Dawne wypróbowane kanały kontaktowe zostały zniweczone, niełatwo byłoobcym podróżować przez kraj ogarnięty rewoltą czy przez Połabie, jawnie lub po kryjomu sprzyjające siłom anarchii w Polsce...

O ponownej, tym razem bezpośredniej interwencji w Polsce w aktualnej sytuacji można było najwyżej pomarzyć. Nawet nie dlatego, że nie można było zbytnio ogołacać Italii z wojsk wiernych cesarzowi. Po prostucesarz nie miał pod ręką odpowiedniego kandydata do objęcia z jego ramienia władzy w Polsce. Wyprawa zbrojna byłaby niczym więcej, jak zwykłą awanturą z niemożliwym do skalkulowania stopniem ryzyka.Nie zapomniano jeszcze w Niemczech trudności, jakie musiały pokonywać wojska króla Henryka II, by sforsować pograniczne, choć tak na pozór prymitywne, przesieki obronne oraz co potężniejsze grody, choć z drugiejstrony, można było chyba mieć nadzieję, że w sytuacji anarchii i braku silnej władzy mogłoby to tym razem być łatwiejsze. Wszakże rycerstwo niemieckie niejednokrotnie mogło na własnej skórze boleśnie doświadczyć walorów nawet mało skoordynowanych i nie najlepiej uzbrojonych wojsk słowiańskich, doskonale znających teren, uchylających się od walk na otwartym polu, za to atakujących z zaskoczenia i nękających ustawicznie armię niemiecką na tej tyłach. Trudno zresztą większymi siłamipodejmować niepewną interwencję w Polsce, gdy coraz bardziej, wbrewwszelkim dotychczasowym wysiłkom, rośnie w siłę i cieszy się coraz większym autorytetem (nie tylko na samym Połabiu) Związek Lucicki.

Nie można było odmówić rozwagi cesarzowi i jego doradcom. Rozwój wydarzeń jednak wcale nie przebiegał po ich myśli. Czeski Brzetysław, gdy tylko uroczyście złożył w Pradze doczesne szczątki tak niegdyś przez swoich rodaków nieprzychylnie potraktowanego św. Wojciecha i pozwolił odpocząć swemu nieźle dopiero co obłowionego łupami w Polsce wojsku,następnej wiosny, o niczym nie zawiadomiwszy swego cesarskiego suwerena, bez większego trudu opanował kraje dawnych Wiślan i Lędzian, czyliziemie krakowską i sandomierską, wszędzie głosząc i przypominając, że podobnie jak Śląsk, nie tak jeszcze dawno wchodziły one w skład państwa Przemyślidów. Wielu starszych mieszkańców tych ziem całkiem dobrzepamiętało ówczesne panowanie czeskie, niezbyt, jak mogli osądzić z perspektywy kilku dziesięcioleci, dla nich uciążliwe. Do pogodzenia się z koniecznością ponownego uznania czeskiego zwierzchnictwa przede wszystkim skłaniała wiedza o tym, co się dzieje w ogarniętych anarchią innychdzielnicach Polski, bardziej na północ. Nikt nie mógł przecież zaręczyć, że fala anarchii nie zaleje w końcu ich kraju. Kto (a była ich zaledwie do Wielkopolski (już niebawem miało się okazać, jak bardzo nietrafna byłataka decyzja), albo na Mazowsze.

Brzetysław miał zatem w ręku, podobnie jak niegdyś Bolesław II, całą Polskę południową. Nie zamierzał na tym poprzestać, planując nakolejny rok zajęcie rdzennych ziem nieistniejącego już państwa piastowskiego – z Kaliszem, Poznaniem i Gnieznem. Stałby się, w przypadku pomyślnego zrealizowania tego zamierzenia, władcą całej właściwie zachodniej Słowiańszczyzny, oczywiście z wyjątkiem jej części uparcie tkwiącejprzy pogaństwie. Obiecawszy cesarzowi realną pomoc swego zjednoczonego państwa w walce z niepokonanym dotychczas Związkiem Lucickim, zdołałby chyba okiełznać jego gniew, a pokonanie pogan mogłoby przynieść mu dalsze zdobycze terytorialne. Najchętniej przyłączyłby do Pragi południowe Połabie z Łużycami i Miśnią, do których to terytoriów Czesimieli od dawna pretensje, cesarzowi zostawiając środkowe i północne Połabie.

Źle ocenił sytuację. Jeszcze tego samego roku kapłani Swarożyca w Radogoszczy wylosowali pomyślne wróżby i Lucicy wraz z rozlicznymi sprzymierzeńcami niemal z całego Połabia i Pomorza wpadli do Wielkopolski. Nie napotkali wielkiego oporu. Książę Pomorzan opanował północną część, mniej więcej do linii Noteci, część zasadniczą, z najważniejszymi (choć w znacznej mierze zniszczonymi w toku poprzednichwalk) grodami zajęli sami Lucicy. Niewielu już było tam chrześcijan, ich kościoły, nawet te najważniejsze – katedralne, były i tak już w gruzach.Kto chciał i mógł, uciekał za Wisłę.

Nie licząc Małopolski i Śląska, gdzie o spokój dbały teraz czeskie załogi,pozostające zresztą w niezłej harmonii z miejscowymi, po zajęciu Wielkopolski przez pogan, śmiertelnie wystraszonymi. Jedynie Mazowsze na wschódod środkowej Wisły sprawiało wrażenie ostoi ładu i spokoju. Była to w gruncie rzeczy zasługa jednego człowieka – Miecława. Nie wiadomo, ile prawdybyło w pojawiających się niekiedy pogłoskach, iż wywodził się on z bocznej, mało znaczącej, linii rodu Piastów, faktem byłojednak niezbitym, że jako niegdyś wysoki dygnitarz księcia polskiego dobrzepoznał tajniki rządzenia. Stłumił na Mazowszu, nad którym sprawował niepodzielną władzę, wszelkie próby wskrzeszenia (czy raczej: ożywienia; chrześcijaństwo bowiem w niewielkim stopniu zdołało tu przeniknąć)dawnej pogańskiej religii. Krwawo rozprawił się, nie bez trudu, z wybuchającymi tu i ówdzie buntami „czerni” – tak niewolnych, jak również wolnej, lecz niezamożnej ludności wieśniaczej, czym zapewnił sobie uznanie drużynników i możnych, przybywających z różnych dzielnic upadającego państwa i szukających oparcia pod jego skrzydłami. Sojusz z Pomorzanami i Prusami, którzyakurat gdzie indziej byli zaangażowani, zapewniał mu spokój na północy. Miecław był chrześcijaninem, nie odmawiał gościny duchownym, którzy zdołali się u niego schronić, lecz do budowy kościołów, tym bardziej zaś do starań o sprowadzenie biskupów, się nie kwapił. Raz dlatego, że okoliczności i ciągle płynna sytuacja w Polsce temu nie sprzyjały, po wtóre zaś,