Wydawca: Wydawnictwo BIS Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 387 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gdy wicehrabia się zakocha - Sabrina Jeffries

Dominic Manton w wyniku perfidnej zdrady swego brata utracił dziedzictwo i tytuł wicehrabiego. Nie mogąc zapewnić bezpiecznej przyszłości swej narzeczonej, Jane, postanowił doprowadzić do zerwania zaręczyn, nawet za cenę postawienia się w fałszywym świetle. Po kilku latach w wyniku bezpotomnej śmierci brata Dominic dziedziczy tytuł. Tymczasem znika nagle jego owdowiała bratowa. Przerażona Jane, która była jej kuzynką i powierniczką, zwraca się do byłego narzeczonego, by pomógł jej odnaleźć zaginioną. Dom zdaje sobie sprawę, że błędy przeszłości mogą okazać się nie do wybaczenia - nie traci jednak nadziei, że pośród tajemnic i niebezpieczeństw namiętna tęsknota, która nigdy całkowicie nie wygasła, zapłonie z nową mocą.

Opinie o ebooku Gdy wicehrabia się zakocha - Sabrina Jeffries

Fragment ebooka Gdy wicehrabia się zakocha - Sabrina Jeffries

Tytuł ‌oryginału: ‌If ‌the Viscount ‌Falls

Projekt ‌okładki: Iza Szewczyk

Zdjęcia ‌ze strony http://www.istockphoto.com

Autorzy ‌zdjęć: different_nata, ‌sandr2002

Copyright © ‌2015 ‌by ‌Deborah Gonzales

All ‌rights ‌reserved, including the right ‌to reproduce ‌this book or ‌portions thereof ‌in ‌any form ‌whatsoever. For information, ‌address ‌Pocket Books Subsidiary Rights ‌Department, ‌1230 Avenue of ‌the Americas, New ‌York, NY 10020.

Copyright © ‌for the Polish translation ‌Wydawnictwo BIS 2017

ISBN 978-83-7551-535-0

Wydawnictwo ‌BIS

ul. ‌Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. ‌22 877-27-05, ‌22 877-40-33; ‌fax 22 ‌837-10-84

e-mail: ‌bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla ‌mojego ‌męża, ‌René, który

w ‌ciągu trzydziestu lat ‌naszego

małżeństwa ‌udzielał mi nieustającego

wsparcia podczas ‌pisania.

A ‌także ‌dla mojego ukochanego syna,

Nicholasa. ‌Autyzm uniemożliwia mu

czytanie, ale ‌i tak mam go przez ‌cały

czas w sercu.

Bardzo ‌was obu kocham!

Prolog

Londyn, luty ‌1817 roku

Dominick Manton nie ‌przypuszczał, że dwudzieste urodziny ‌spędzi, ‌zaglądając ukradkiem przez ‌otwarte drzwi na taras ‌do sali balowej lorda ‌Blakeborougha. Musiał jednak odszukać ‌Jane, swoją narzeczoną, ‌nim któryś z lokai ‌zauważy go ‌i wyrzuci.

Przemknęła obok, wirując, ‌i poczuł się tak, jakby ‌pierś przygniótł mu ‌ołowiany ‌ciężar. Odziana w perłową toaletę ‌błyszczała ‌w świetle żyrandoli tak ‌jasno, ‌że ‌niemal go oślepiła. Zadarty, ‌piegowaty nosek, pełne czerwone ‌wargi i burza niesfornych kasztanowych loków – oto cała Jane. Zachwycająca i absolutnie poza jego zasięgiem.

Do licha, nie mógł z nią nawet zatańczyć! Zamiast być z nim, płynęła teraz w objęciach Edwina Barlowa, dziedzica obecnego lorda i przyjaciela rodziny. Mężczyzna wydawał się jak zwykle daleki i obojętny, a Jane próbowała złagodzić jego melancholijny nastrój, okazując w dwójnasób ożywienie, entuzjazm i…

Młodość. Wkrótce miała skończyć osiemnaście lat, jednak dzieląca ich różnica wieku, chociaż znikoma, wydawała się teraz, gdy stracił wszystko, wręcz przygniatająca.

Nagle widok przesłoniła mu jasnowłosa, bardziej krągła wersja narzeczonej: panna Nancy Sadler, kuzynka Jane ze strony matki.

– Pan Manton? – wyszeptała, zerkając zza drzwi. – To naprawdę pan? Dlaczego pan nie wchodzi?

Cofnął się, by mogła wyjść i do niego dołączyć.

– Nie zostałem zaproszony.

– Dlaczegóż to?

Zerknął z ukosa na córkę bogatego kupca.

– Ponieważ towarzystwo nie jest w stanie znieść widoku wydziedziczonych, pozostających w niełasce synów bez przyszłości.

Nancy się skrzywiła.

– Cóż… Jak więc się pan tu dostał?

– Przeskoczyłem parkan z tyłu domu. – Zajrzał do sali. Edwin i Jane przestali właśnie tańczyć i zmierzali ku Samuelowi Barlowowi, młodszemu bratu Edwina. – Muszę porozmawiać sam na sam z Jane. Lecz ona nie chce się ze mną spotkać.

– A czego się pan spodziewał? Podczas ostatniego spotkania próbował ją pan przekonać, by pana rzuciła. Boi się, że następnym razem odwoła pan zaręczyny.

– Nonsens! Sama musi to zrobić. Jeśli ja zerwę, przysporzy jej to złej sławy.

Jedna z zasad obowiązujących w towarzystwie głosiła, że kobieta może zerwać zaręczyny bez szkody dla reputacji, lecz nigdy odwrotnie. Ludzie założyliby bowiem, że zrobiła coś niewybaczalnego i dlatego została porzucona. A on nie życzył sobie, by reputacja Jane ucierpiała choć odrobinę.

– Mogłaby pani skłonić ją, żeby rozmówiła się ze mną na osobności? – zapytał. – Taras przylega do biblioteki. Mógłbym się tam z nią spotkać.

Jeżeli ktokolwiek potrafiłby namówić Jane, by coś zrobiła, to była to właśnie Nancy. Jej ojciec był wujem Jane, a także jej opiekunem od czasu, kiedy została sierotą, dziewczęta dorastały więc razem. A pan Sadler życzył sobie zerwania zaręczyn równie mocno jak Dom, chociaż żadnemu z nich nie udało się przekonać Jane.

W głębi duszy Dom wręcz się tym napawał. Wiedział jednak, co czeka go w najbliższych latach, i ta świadomość napełniała go rozpaczą.

Nancy po dziewczęcemu potrząsnęła głową.

– Mogłabym zwabić ją do biblioteki, ale nie namówi jej pan, żeby zerwała zaręczyny. Ona pana kocha.

Przynajmniej tak, jak potrafi kochać dziewczyna w tym wieku, pomyślał. Jeśli pominąć tragiczny wypadek jej rodziców, który wydarzył się, kiedy Jane miała osiem lat, pędziła życie w spokoju i dostatku. Sadlerowie dawali jej wszystko, czego zapragnęła, a ona szczerze ich kochała. W przeciwieństwie do rodziców Doma, wuja i ciotkę Jane łączyło prawdziwe uczucie, dziewczyna postrzegała zatem małżeństwo jako idyllę.

Tymczasem on zmierzał wprost ku piekłu długich lat niepewności, ciężkiej pracy oraz wyrzeczeń. Jak jej miłość mogłaby przetrwać coś takiego?

– Myślałam, że pan także ją kocha – powiedziała Nancy, zirytowana.

Dom zesztywniał. Oczywiście, że kochał Jane, i to od chwili, kiedy spotkali się po raz pierwszy w księgarni. Przeglądał właśnie książkę, nucąc pod nosem kilka taktów z symfonii Haydna, kiedy usłyszał, że ktoś po drugiej stronie regału odpowiada, kontynuując melodię.

To była Jane, szukająca wytchnienia od niekończących się przyjęć i balów, które składały się na jej debiut. Aż do tamtej chwili nie spotkał nikogo, kto potrafiłby zapamiętać muzykę równie łatwo jak on i tak żywo interesował się symfoniami. Lubił nucić podczas czytania. Co więcej, nigdy nie poznał kogoś, kto ceniłby zarówno książki, jak i ludzi. Nic dziwnego, że Jane od razu go zafascynowała.

Odtąd towarzyszył baronównie, uczęszczając wraz z nią do opery, na przedstawienia muzyczne, a nawet od czasu do czasu na bal. I chociaż niemądra kobieta przedkładała Beethovena nad Mozarta, z łatwością jej to wybaczył, ponieważ zdawała się nie dostrzegać jego wad – o wiele bardziej licznych. Nie przeszkadzało jej, że kiedy Dom tańczy, głowa dominuje u niego nad sercem, zdolność zapamiętywania przezeń melodii i rozmów zakrawa na dziwactwo, a perspektywy na przyszłość wydają się ograniczone.

Najwidoczniej kobieta była równie zwariowana, jak śliczna. I, oczywiście, sprawiło to, że natychmiast zapragnął ją poślubić. Nadal tego pragnął.

– Nieważne, co czuję do Jane – odparł ponuro. – Ani co ona czuje do mnie. Zasługuje na kogoś takiego jak dziedzic Blakeborough – mężczyznę, który potrafi zapewnić jej przyszłość.

– Niech pan nie będzie śmieszny. Ona nie myśli o Edwinie w ten sposób. Jest jak na jej gust zbyt gburowaty. I, w przeciwieństwie do mnie, wolałaby wyjść za prawnika niż… – Zamilkła gwałtownie. – Przepraszam, zapomniałam – jęknęła.

– Że nie mam już szansy, aby zostać prawnikiem? – dokończył z goryczą. – Jane może i nie stara się złowić młodego lorda, ale z pewnością nie chciałaby mieć za męża policjanta z Bow Street.

– Nie rozumiem, dlaczego musi pan przyjąć tak niegodne zajęcie – zauważyła Nancy z irytacją. – Nie mógłby pan żyć na kredyt, dopóki pański brat się nie ugnie i nie wyznaczy panu pensji?

Dom stłumił przekleństwo. Jak zwykle, Nancy postrzegała świat w różowych barwach.

– George nigdy się nie ugnie.

– Może gdyby pan z nim porozmawiał… wytłumaczył… – Wskazała gestem kąt sali, gdzie stał jego brat, otoczony kolegami. – To z nim powinien pan porozmawiać na osobności. Nie wiem, co zaszło między wami, ale…

– Nie, nie wie pani – przerwał jej. – Jane wie i to wystarczy.

Cóż, poznała większą część historii. Nawet jej nie odważył się powiedzieć wszystkiego.

– Twierdzi, że George zachował się niewybaczalnie – nalegała Nancy. – Może gdyby powiedział pan ludziom, co takiego zrobił, nie skupialiby się na tych okropnych rzeczach, które pan popełnił, powodując rozłam między wami.

Zacisnął pięści.

– A cóż to było takiego?

Nancy się zarumieniła.

– Nie wiem… podobno zbliżył się pan do kochanki waszego ojca i jego bękartów. George tego nie aprobował, więc ojciec pana wydziedziczył.

Fatalne domniemanie, ale nie tak niszczące jak prawda. Ojciec sporządził na łożu śmierci kodycyl w obecności George’a i ich przyrodniego brata, Tristana. Rozwścieczyło to George’a tak bardzo, że podarł dokument, gdy tylko ojciec wyzionął ducha. A wtedy Tristan, przepełniony gniewem i żalem, ukradł konia pełnej krwi, którego ojciec mu zapisał.

Postawiło to Doma w sytuacji nie do pozazdroszczenia – musiał bronić Tristana przed bratem, który chętnie kazałby go powiesić. George dał Domowi wybór: wyda Tristana lub wszystko straci.

Był to wybór pozorny. Dom postąpiłby dzisiaj tak samo, chociaż utrata wszystkiego oznaczała też rozstanie z Jane. I nawet publiczne ujawnienie prawdy nic by nie zmieniło.

Dom nie był w stanie udowodnić, że kodycyl został naprawdę sporządzony, George miał jednak świadka gotowego przysiąc, że widział, jak Tristan zabiera konia. Na razie ten nikczemnik milczał, lecz gdyby Dom zaczął mówić, z pewnością George zareagowałby, sugerując, że jego brat w jakiś sposób uczestniczył w przestępstwie, choćby i po fakcie. A wtedy protektor Doma, Jackson Pinter, nie miałby wyjścia. Musiałby zwolnić go z posady, którą tak wspaniałomyślnie mu zaoferował.

Utknął więc w miejscu, bezradny wobec plotek, pogorszenia statusu, braku przyszłości. Mógł jedynie dopilnować, by Jane nie przepadła wraz z nim.

Wycierpiał dość, ponieważ ojciec i George nie postąpili jak należy, zaniedbując swe obowiązki. Nie chciał być taki jak oni.

– Właśnie z powodu tych plotek Jane musi ze mną zerwać. Wszyscy uznają, że postąpiła rozsądnie. A mnie to już i tak nie zaszkodzi.

– Może gdyby dał pan sobie czas, zaczekał, aż stanie jakoś na nogi… I tak nie mógłby pan poślubić Jane już teraz, nawet gdyby pan chciał – przypomniała mu Nancy. – Tatuś powiedział przecież, że musicie zaczekać, aż będzie pełnoletnia. A do tego czasu…

– Nadal będę nikim, do licha!

Nancy zamrugała.

Boże, nowe życie już go zmieniało; dżentelmen nie przeklinał w obecności damy.

– Proszę mi wybaczyć – kontynuował – lecz najwyraźniej nie zdaje sobie pani sprawy z tego, co mnie czeka. Przez cztery miesiące pracy w policji zarobiłem ledwie dwadzieścia funtów.

Nancy westchnęła, zaszokowana. Dwadzieścia funtów! Tyle wydawała zapewne w dwa tygodnie na szpilki.

– Sześćdziesiąt funtów rocznie wystarczy, bym się utrzymał – ciągnął dalej – lecz o rodzinie i żonie nie ma co wspominać.

– Posag Jane…

– Jej ojciec zastrzegł w testamencie, że jeśli Jane przed ukończeniem trzydziestego piątego roku życia poślubi mężczyznę, który nie będzie zamożnym dżentelmenem, pieniądze dostaną się jakiemuś kuzynowi. Dopiero po ukończeniu trzydziestu pięciu lat będzie mogła w pełni dysponować majątkiem.

– Lecz pan jest dżentel… – Zamilkła. – Cóż, przynajmniej z urodzenia. Poza tym ojciec Jane poczynił to zastrzeżenie, aby uchronić ją przed łowcami fortun.

– W oczach towarzystwa jestem właśnie kimś takim. Poślubiając dziedziczkę, mogę jedynie zyskać, samemu nie mając nic do zaoferowania.

– Tatuś wie lepiej – powiedziała Nancy, wyraźnie zmartwiona.

– To bez znaczenia. Dał mi już do zrozumienia, że ma związane ręce. Jeśli poślubię Jane, straci fortunę. Moje nędzne zarobki ledwie wystarczą, byśmy mogli przeżyć. I to zakładając, że powiedzie mi się w nowym zawodzie, co nie jest wcale pewne. Nawet jeżeli tak się stanie, nigdy nie będzie mnie stać na utrzymanie służby, powozu czy na inne wygody, do których Jane przywykła. Nie będzie więcej oper, koncertów ani nawet pianina, na którym mogłaby grać – kontynuował ponuro. To dziwne, lecz z poprzedniego życia najbardziej brakowało mu właśnie tego: swobodnego dostępu do cudownej muzyki. Teraz pozostawało mu jedynie łowienie strzępów melodii dobiegających z otwartych okien salonów Mayfair.

Nancy przygryzła wargę.

– Jane lubi swoje sonaty.

– A także walce i szkockie tańce. Jeśli za mnie wyjdzie, nie będzie więcej tańców. Balów. Będzie musiała opuścić towarzystwo na dobre.

– Ależ to okropne! – Nancy zaniepokojona zerknęła w głąb sali. – Będzie mogła jednak bywać na przyjęciach w naszym domu.

– Aby być ignorowaną przez przyjaciół? Naprawdę wydaje się pani, że jej rodzice zaprosiliby żonę policjanta, ryzykując plotki? A pani paplałaby beztrosko z Jane w obecności swych adoratorów, wiedząc, że jeśli zobaczą was razem, przekreśli to pani perspektywy na zamążpójście?

Coś takiego nie przyszło Nancy do głowy, zważywszy, jak bardzo zbladła.

– Cóż, ja… Nie wiem…

– Zakładając, że w ogóle miałaby czas, aby was odwiedzać – stwierdził chłodno, starając się kuć żelazo, póki gorące. Jeśli zdoła przekonać Nancy, być może uda jej się przekonać Jane. – Skoro w domu nie będzie służby, Jane będzie musiała prowadzić go sama, czego nie robiła nigdy wcześniej.

– Cóż, to prawda. Chociaż…

– Ja będę zajęty pracą, więc będzie siedziała samotnie, z dala od towarzystwa, do jakiego przywykła, w jednopokojowym mieszkanku w Spitalfields. – Na samą myśl o tym, że Jane miałaby zamieszkać w tak nędznym otoczeniu, aż ścisnęło go w gardle. – A jeśli zginę, uganiając się za jakimś przestępcą?

– Boże, to aż tak niebezpieczne zajęcie?

– Bardziej, niż pani sobie wyobraża. – Sam, prawdę mówiąc, również się tego nie spodziewał. – Gdybym umarł, zostałaby bez grosza przy duszy, nie mając nikogo, do kogo mogłaby się zwrócić.

– To okrutne. – Nancy wydawała się przygnębiona. – Ale ja nigdy bym jej nie opuściła.

– Doprawdy? A gdyby twój przyszły mąż nie zgodził się, żebyś przyjęła pod swój dach ubogą krewną? Lub gdyby twój ojciec zmarł? Nie możemy przewidzieć, co się wydarzy.

– Proszę, niech pan przestanie! Przez pana wszystko wydaje się takie okropne!

– Bo takie jest. – Utkwił w niej stanowcze spojrzenie. – Przede mną lata ciężkiej pracy i powolnego pięcia się w górę, zanim będę mógł założyć rodzinę.

– Och, panie Manton – jęknęła.

– Musiałaby czekać bardzo długo, nim stanę na nogi na tyle pewnie, aby móc ją poślubić. A gdyby mi się nie powiodło, poświęciłaby młodość na darmo.

Spojrzał na Edwina, który powiedział coś, co przywołało uśmiech na twarz Jane, i stłumił gwałtowną chęć, by podejść i wymierzyć dziedzicowi Blakeborough nokautujący cios.

– Lecz jeśli ze mną zerwie, świat będzie należał do niej. Ma wystarczająco duży posag, by skusić nim dżentelmena, a jej miłe usposobienie, jej urok i…

Boże, jak mógł znieść samą myśl o oddaniu jej innemu?

Zacisnął zęby. Lepsze to niż przyglądanie się, jak traci urodę i radość życia, przytłoczona trudami codziennej egzystencji i troską o niego. Lub jeszcze gorzej: jak zaczyna nienawidzić go za to, że oderwał ją od wszystkiego, co było jej drogie. Miałby patrzeć bezradnie, jak z jej oczu znika światło, a z twarzy – wyraz ożywienia…

Nie, musi zrezygnować, dopóki ma jeszcze taką możliwość, a Jane jest dość młoda, by znaleźć sobie innego. To jedyna droga.

– Nie rozumie pani? Musi poślubić kogoś takiego jak dziedzic Blakeborough, mężczyznę z przyszłością. Lub choćby jego brata. Barlow jest aspirantem w marynarce, prawda?

– Tak. – Nancy spojrzała z ewidentnym podziwem na odzianego w galowy mundur Barlowa. – Lecz ona za niego nie wyjdzie. Nie zrezygnuje z pana nie tylko dlatego, że pana kocha. Powiedziała, że byłoby niehonorowo porzucić pana wyłącznie z tego powodu, iż popadł pan w tarapaty. To wbrew jej zasadom.

Znał te wszystkie zasady, wyznawał bowiem podobne. Lecz jej nie zostały wykute w ogniu doświadczenia. Jego – owszem.

– Trzeba znaleźć sposób, by ją przekonać.

– Musiałby pan przedstawić siebie jako człowieka o okropnym charakterze – złodzieja, mordercę lub… rozpustnika, co się nie uda, ponieważ nie jest pan żonaty.

Nagle przyszła mu do głowy paskudna myśl.

– Nie muszę być żonaty, by zawieść zaufanie Jane. Gdyby uznała, że jestem intymnie związany z inną kobietą…

– Dominicku Manton! Proszę nawet nie sugerować czegoś tak okropnego!

– Lecz to by podziałało, prawda?

– Zapewne. – Wyraźnie zaniepokojona zmarszczyła czoło. – To znaczy, że zadałby się pan z jakąś „splamioną gołębicą”?

– Oczywiście, że nie – odparł zniecierpliwiony. – O ile Jane nie zobaczyłaby na własne oczy, jak wychodzę z domu schadzek, czego z pewnością nie dałoby się zaaranżować, za nic nie uwierzyłaby w podobne plotki na mój temat. Zbyt dobrze mnie zna.

Nancy prychnęła.

– Wątpię, by uwierzyła również w plotki na temat pańskiego romansu z przyzwoitą kobietą.

– Gdyby zobaczyła to na własne oczy, musiałaby uwierzyć. – Zerknął z ukosa na Nancy. – Gdyby przyłapała mnie, jak zalecam się do bogatej dziedziczki, mogłaby uznać, że jestem wystarczająco zdesperowany, by uganiać się za kobietą z pieniędzmi.

– Lecz jak mogłaby zobaczyć pana z dziedziczką, skoro nie bywa pan w towarzystwie?

– To musiałaby być dziedziczka, która jest już w pobliżu – odparł, utkwiwszy w niej twarde spojrzenie. – Ktoś, kto rozumiałby, co chcę osiągnąć, i wiedział, jakie to ważne, aby mój plan się powiódł.

Nancy podchwyciła jego spojrzenie i zamarła.

– Ja? – A kiedy skinął głową, zaprotestowała: – Och, nie, nie mogłabym… Jane nigdy by mi nie wybaczyła!

– Przeciwnie, zwłaszcza gdyby ujrzała, że usiłuję pocałować cię wbrew twojej woli. Moglibyśmy zaaranżować to tak, by wyglądało, że cię osaczyłem i próbuję uwieść.

– Nie! – Nancy zerknęła w głąb sali balowej. – Coś takiego by ją zniszczyło – wyszeptała drżącymi wargami.

Doma ścisnęło boleśnie w piersi, ale to zignorował.

– Przez jakiś czas czułaby się zapewne… zraniona, lecz w końcu by jej przeszło. Złościłaby się na mnie, a ty podsycałabyś jej gniew własnym i wreszcie zrozumiałaby, że lepiej jej będzie beze mnie.

– Boże, nie ma innej drogi?

– Ja jej nie widzę. Musimy wykorzystać przeciwko Jane jej własne zasady. Dla jej dobra.

– Wątpię, czy ona będzie tak to postrzegała – mruknęła Nancy.

– Lecz ty z pewnością.

Nancy westchnęła.

– Owszem. Lecz to nie będzie łatwe. Ktoś będzie musiał mi pomóc. Jane nabierze podejrzeń, jeśli zwabię ją do biblioteki, gdzie pan akurat będzie próbował mnie pocałować.

– Rzeczywiście. Jednak osoba, którą poprosi pani o pomoc, nie może wciągnąć w to nikogo innego. Nie chcemy mimo woli wzbudzić plotek, które nadszarpnęłyby pani reputację. Ten ktoś musi zachować sprawę w tajemnicy, póki plan nie zostanie wykonany, inaczej wszystko na nic.

– Samuel Barlow – powiedziała, przemierzając nerwowo taras. – Twierdzi, że jest we mnie zakochany, choć wcale mu nie wierzę. – Machnęła lekceważąco ręką, czemu towarzyszył kokieteryjny uśmiech. – To bezwstydny flirciarz.

Podobnie jak ty, pomyślał Dom, wpatrując się uważnie w jej twarz.

– Chce pani za niego wyjść?

– Boże, nie! – zaśmiała się, lecz nie zabrzmiało to szczerze. – Samuel ma dopiero osiemnaście lat i z pewnością nie jest gotowy, aby założyć rodzinę. Poza tym czy może pan wyobrazić sobie mnie w roli żony marynarza, która widuje męża tylko raz na jakiś czas? Bo ja nie. Chcę wyjść za mężczyznę, który uczyni mnie ozdobą Londynu, nie nędznej kwatery na okręcie.

– Bardzo rozsądne.

I płytkie, lecz tego należało się spodziewać. Ojciec Nancy posiadał furę pieniędzy, a ona miała je wszystkie odziedziczyć. Bez trudu znajdzie więc sobie wysoko postawionego kandydata na męża. Nie musi wychodzić za zwykłego aspiranta.

– Sądzi pani, że Barlow nam pomoże? – zapytał.

– Oczywiście. Potrafię nakłonić go do wszystkiego, co tylko przyjdzie mi do głowy. – Spoważniała. – Jeśli jest pan pewien, że chce to zrobić.

Dom rozejrzał się po sali, szukając Jane. Stała sama, postukując palcami w stół w sposób zdecydowanie niestosowny dla damy. Niemal słyszał rytm wystukiwanej melodii, czuł go we krwi, tak jak zapewne czuła go ona.

Delikatny, nieobecny uśmiech przemknął po twarzy dziewczyny. Wiedział, że Jane uśmiecha się w ten sposób, kiedy usłyszy nowy utwór, i poczuł się tak, jakby ktoś wbił mu nóż w serce. Czy naprawdę będzie w stanie to zrobić? Sprawić, by go znienawidziła? Usunęła ze swego życia raz na zawsze?

– Dom? – zapytała Nancy nagląco. – Czy tego pan właśnie chce?

– Nie – powiedział, uodporniając się na ból. Z pewnością nie tego chciał. – Jednak właśnie tak należy postąpić.

*

Godzinę później Samuel Barlow poprosił do tańca zdumioną tym Jane. Choć jego rodzeństwo, Edwin i Yvette, przyjaźnili się z Jane, Samuel rzadko zwracał na nią uwagę, poświęcając cały swój czas Nancy.

Jane to nie przeszkadzało. Przywykła do tego, że starsza kuzynka, obdarzona przez naturę złotymi lokami, bujnym biustem i nieskazitelną cerą, podbija serce każdego mężczyzny, który pojawia się na jej orbicie.

Nie to, by sama pozostawała niezauważona. Pomimo tabuna piegów i niemożliwych do okiełznania rudych włosów kilku panów okazywało zainteresowanie także jej. Jednak przy Nancy czuła się niczym gliniany garnek ustawiony obok wazy z najprzedniejszej porcelany.

Dopóki nie spotkała Doma.

Jej puls przyspieszył na myśl o przystojnym narzeczonym. Dla niego nie była garnkiem. Przeciwnie. Może i był cichy, a także cokolwiek enigmatyczny, lecz kiedy ją widział, jego spojrzenie rozjaśniał uśmiech. Kobieta może ufać temu, co dostrzega w oczach mężczyzny. Chociaż ostatnio…

Ostatnio każda rzecz stanowiła problem. Po tym, jak został wydziedziczony, Dom zamknął się w sobie. W kółko powtarzał, że jest dla niego za dobra, że jeśli się pobiorą, straci wszystko.

Do licha z ojcem i jego głupim testamentem. A także z wujem za to, że tak uparcie przestrzegał jego postanowień. Całym jej życiem rządziły zasady! Nie przeszkadzało jej, że Dom będzie musiał pracować. Nauczyła się już od ciotki, jak prowadzić dom, a ilekroć ta zachorowała, to właśnie Jane trzymała nad wszystkim pieczę. Z pewnością daliby więc sobie radę, choćby i na poddaszu, gdyby tylko byli razem.

Byłoby oczywiście lepiej, gdyby Dom mógł dokończyć studia i zostać prawnikiem, wiedziała jednak, że zniesie wszystko, żeby tylko być z nim. Gdyby mogła zmusić uparciucha, żeby w to uwierzył! Za bardzo się martwił.

Tylko dlatego próbował ją przekonać, by z nim zerwała. To jedyny powód, na pewno.

Odsunęła precz niepokojące myśli i skupiła uwagę na partnerze.

– Czy to walc Dettingen?

– Skąd mam wiedzieć? – Samuel spochmurniał. – Wszystkie wydają się takie same.

Biedny Samuel nie miał duszy. A skoro już o tym mowa, nawet dusza Edwina miała w środku wielką dziurę. Tylko ta Doma była po prostu idealna.

– Jesteś dziś jakiś nieswój – zauważyła. – Bierzesz przykład z Edwina? A może znowu posprzeczałeś się z Nancy?

– A kiedy to się nie sprzeczaliśmy? – Zauważył, że mu się przygląda i się rozpogodził. – To nie ma z nią nic wspólnego. Zaniepokoiło mnie coś, co zobaczyłem przed chwilą w holu, i nie mogę się zdecydować, czy powinienem ci o tym powiedzieć.

– Dlaczego nie? – Uśmiechnęła się promiennie. – Z pewnością jestem najbardziej dyskretna spośród twoich znajomych.

– Nie to mnie martwi. – Zawirowali w tańcu, a potem Samuel dodał, zniżając głos:

– Wiedziałaś, że jest tu twój narzeczony?

– Co takiego? Gdzie? – Rozejrzała się pospiesznie, lecz nie zauważyła Doma. A nie byłoby to trudne, już choćby z uwagi na wzrost.

– Nie w sali balowej. W tym rzecz – odparł Samuel. – Natknąłem się na niego, kiedy zakradał się do biblioteki.

Dlaczego, u licha, miałby się zakradać? Ach, tak. Nie został zaproszony. Mimo to nadal przychodził jej na myśl tylko jeden powód, dla którego Dom mógłby starać się wejść tam, gdzie go nie chciano.

– Przypuszczam, że próbował cię namówić, byś zaaranżował spotkanie ze mną – powiedziała zmartwiona. Miała nadzieję, że jeśli będzie trzymała go na dystans, niemądry uparciuch przestanie nalegać, by z nim zerwała. Nie widzieli się od tygodni i bardzo za nim tęskniła.

– Prawdę mówiąc, nie – odparł Samuel z krzywym uśmiechem. – Nie wydawał się zadowolony, że mnie widzi. Prosił nawet, bym ci nie mówił, że tu jest.

Dziwne. Dom nie był z natury skryty. Ogarnęły ją złe przeczucia. Co on kombinuje? I dlaczego nie chce, by o tym wiedziała?

– Powiedział dlaczego? – spytała.

– Domyśliłem się, że ma się z kimś spotkać, chociaż zaprzeczył.

Rozejrzała się po sali. Kogo brakuje? Musiał to być ktoś z grona jej przyjaciół albo rodziny, ktoś, kogo próbował namówić, aby z nią porozmawiał, może wuj, ciotka albo…

Nancy! Nigdzie nie było jej widać.

Poczuła, że ogarnia ją gniew. Zamierzał wciągnąć kuzynkę w intrygę, aby pomogła mu zerwać zaręczyny? Tego już za wiele. Dość tych nonsensów. Powie głuptasowi wprost, że kocha go bez względu na to, jak ograniczone ma perspektywy.

Zatrzymała się w środku tańca i ruszyła ku bibliotece.

Samuel pospieszył za nią.

– No widzisz, lepiej zapomnij, co ci powiedziałem. – Próbował ją zatrzymać, ale nie brzmiał przekonująco.

– Ani mi się śni!

Przemknęła obok grupki mężczyzn, wśród których znajdował się George Manton, nowy wicehrabia Rathmoor.

Ten łajdak. Wszystko przez niego. Zważywszy, że nigdy nie wspomniał publicznie, co się wydarzyło, podejrzewała, że wstydzi się swego postępowania. Niestety, ktoś tak dumny za nic nie przyzna się do błędu.

Może trzeba go do tego zachęcić. Powinien zobaczyć, jaki los zgotował bratu. Może zmieni zdanie, przyzna Domowi pensję i opłaci studia. Rozwiązałoby to raz na zawsze ich problemy.

Warto spróbować, czyż nie? Może to jedyna szansa, aby ci dwaj znaleźli się jednocześnie w tym samym pomieszczeniu.

Zatrzymała się przed wicehrabią. Jego przyjaciele zamilkli i jęli się poszturchiwać. Wreszcie wicehrabia zorientował się, że ktoś za nim stoi, i się odwrócił.

– Panno Vernon – powiedział, kłaniając się lekko.

Samuel przysunął się bliżej.

– Co robisz? – syknął.

Zignorowała go i zwróciła się do brata Doma.

– Chciałabym porozmawiać z panem na osobności, sir. Zechce pan przejść ze mną do biblioteki?

Pozostali panowie zamamrotali coś ze śmiechem, lecz to jej nie obchodziło. Gdyby zdołała doprowadzić do tego, aby Dom spotkał się z bratem, ten z pewnością odzyskałby rozsądek.

George zerknął na nią z zainteresowaniem, a potem błysnął uśmiechem, na widok którego większości dziewcząt spadały z nóg pantofelki.

– Z przyjemnością będę pani towarzyszył – powiedział, podając jej ramię.

Uznała, że to dobry znak, więc kiedy Samuel szepnął:

– Jane, muszę natychmiast z tobą pomówić – ujęła George’a pod ramię i powiedziała: – Dziękuję, panie Barlow. Porozmawiamy później.

Gdy tylko znaleźli się w holu, George powiedział:

– Chyba wiem, o czym chce pani ze mną rozmawiać, panno Vernon.

– Proszę, wolałabym uczynić to na osobności.

Obrzucił ją badawczym spojrzeniem.

– Doprawdy? – Zatrzymał się przed drzwiami biblioteki i dodał:

– Proszę bardzo, jesteśmy.

Otworzył je przed nią. Weszła, spodziewając się zastać Doma pogrążonego w gorącej dyskusji z Nancy. Zamiast tego dostrzegła ich w odległym kącie pokoju, oświetlonych blaskiem ognia na kominku i splecionych w uścisku.

Zatrzymała się tak gwałtownie, że wicehrabia wpadł na nią, nie zdążywszy zahamować. Nie, to nie mogą być oni. To absurd! Z pewnością Dom nigdy… Nancy by nigdy…

Jedna z postaci odsunęła się i syknęła:

– Przestań, Dom! Nie wiesz, co robisz!

Nancy. Boże!

Ścisnęło ją w żołądku. Nie. To nie może być prawda! Musiała coś źle zrozumieć.

Lecz co tu było do rozumienia? Dom objął Nancy w talii i próbował przyciągnąć na powrót do siebie.

– Przeciwnie, wiem doskonale.

Dźwięk jego głosu sprawił, że wszystko stało się realne. Zbyt realne. Zakręciło jej się w głowie i czuła, że zaraz zemdleje.

– Chodzi ci tylko o moje pieniądze – protestowała Nancy. – Wiesz, że tak naprawdę pragniesz Jane.

– O, nie. Doskonale do siebie pasujemy, nie sądzisz? – Opuścił głowę niżej, jakby chciał pocałować Nancy. – Pozwól, że udowodnię ci…

Lecz Nancy wymierzyła mu policzek i się uwolniła. Pole widzenia Jane jęło się zwężać, a pokój – wirować. Nancy ruszyła ku drzwiom i zobaczyła Jane.

– Och. Cóż… to… nie jest tym, na co wygląda.

– Doprawdy? – zauważył George z pogardą w głosie. – Ponieważ wygląda na to, że mój brat rzuca właśnie narzeczoną dla bogatszej dziedziczki.

Zaszokowana do granic możliwości Jane spojrzała na Doma. Gdyby mogła dostrzec jego oczy, wiedziałaby, co czuje.

Lecz on unikał jej wzroku. Zamiast tego zwrócił pełne gniewu spojrzenie na George’a.

– To nie ma nic wspólnego z tobą, bracie. Przysięgam też, że jeśli spróbujesz zaszkodzić reputacji panny Sadler, wspominając choćby słowem o tym, co…

– Nie zamierzam z nikim o tym rozmawiać. – George skłonił się Nancy. – Sekret ślicznej panny Sadler jest u mnie bezpieczny.

Sekret Nancy? Reputacja Nancy? Tylko o nią się troszczyli? Dom nawet nie próbował się bronić. Stał tam nieruchomy jak głaz, unikając spojrzenia Jane i mając niewątpliwie poczucie winy.

– Co tu się dzieje, Dom? – wykrztusiła przez zaciśnięte gardło. – Jesteśmy zaręczeni!

– Zapewne to ten pleciuga Barlow powiedział ci, że mnie widział – odparł nadal sztywny, jakby połknął kij.

Jego głos miał w sobie chłód, który mroził jej serce. W ten sposób jej ojciec zwykł zwracać się do matki.

Zbyt późno przypomniała sobie, że Samuel próbował ją powstrzymać, wahał się, czy powiedzieć o obecności Doma.

Poczuła, że się czerwieni.

– Naprawdę przyszedłeś, żeby zalecać się do Nancy? – Stłumiła chęć, by zwymiotować. – Nie jesteś mężczyzną, za jakiego cię uważałam.

Boże, nie była nawet w stanie znaleźć inteligentnej riposty. Jeszcze chwila i pochoruje się w obecności ich wszystkich. To byłoby najgorsze upokorzenie.

Nie wolno ci zwymiotować… – rozbrzmiewało jej w głowie, gdy przeciskała się obok Geroge’a. Wypadła do holu.

– Zaczekaj, Jane! – zawołała za nią kuzynka, lecz Jane potrząsnęła tylko głową.

A kiedy tak biegła, usłyszała, jak Dom mówi:

– Zostaw ją, niech idzie.

Ostateczne upokorzenie. Zakręciło ją w żołądku. Przycisnęła dłoń do ust i pobiegła korytarzem, mając nadzieję, że zdoła dotrzeć do pokoju dla pań, nim zdarzy się najgorsze.

Dom. Boże, Dom! Nie należał do niej. Nigdy. Najwidoczniej doszukała się w ich spotkaniach, ożywionych dyskusjach czegoś, czego tam nie było. Wyobraziła sobie tylko, że się w niej zakochał?

Najwidoczniej tak właśnie się stało, i to na podstawie rozmów, podczas których nigdy nie byli sami, oraz kilku tańców.

Przez cały ten czas sądziła, że stara się namówić ją do zerwania zaręczyn ze szlachetnych pobudek, podczas gdy tak naprawdę chciał być wolny, by móc zalecać się do bogatej dziedziczki, której majątek nie został obwarowany warunkami testamentu. Nie wspominając o tym, że owa dziedziczka była od niej ładniejsza.

Potykając się, wpadła do toalety. Łzy popłynęły jej po policzkach. Wierzyła w niego. Nawet gdy wuj Horace ostrzegł ją, że nie pobłogosławi tego małżeństwa, zignorowała go, pokładając wiarę w Domie, jego dobroci, lojalności i uczciwości. I co jej z tego przyszło? Została ośmieszona.

Nie uwierzy już nigdy kłamliwemu, dwulicowemu mężczyźnie, zapewniającemu, że kocha ją do szaleństwa. Nie będzie się upierała, że majątek i pozycja nic nie znaczą, kiedy w grę wchodzi prawdziwa miłość.

Gdyż najwidoczniej prawdziwa miłość to kłamstwo. Największe ze wszystkich.

Rozdział 1

Posiadłość Winborough w YorkshireMaj 1829 roku

Cztery dni po zielonoświątkowym przyjęciu w Winborough Dom buszował, zniecierpliwiony, w szufladach biurka w gabinecie przyrodniego brata. Gdzie, u licha, Tristan mógł schować wosk do pieczęci?! Jak dotąd udało mu się znaleźć scyzoryk, kilka sznurków, siedemnaście piór, owinięty w płótno cytrynowy karmelek, stosik papieru kancelaryjnego i koronkową podwiązkę, lecz ani śladu wosku.

Nie chciał się nawet domyślać, jak znalazła się tam podwiązka. Zastanawianie się, co Tristan i nowa szwagierka Doma, Zoe, robili na biurku, sprawiłoby, że czułby się jak podglądacz.

Zamknął energicznie górną szufladę i zobaczył wosk. Stał na blacie, tuż obok kałamarza. Przez cały czas miał go przed oczami. Najwidoczniej zaczyna tracić rozum.

Opadł bezwładnie na krzesło. To wszystko wina Jane. Teraz, gdy George umarł, a on został ustanowiony nowym dziedzicem, powinien wrócić jeszcze dzisiaj do Rathmoor Park i zająć się podupadłym majątkiem. Tymczasem wszystkie jego myśli zajmowała bezapelacyjnie Jane.

Co za absurd. Nie mieli już z sobą nic wspólnego. Z pewnością on nie znaczył nic dla niej. Po dwunastu latach samotności zaręczyła się wreszcie z Edwinem Barlowem, świeżo namaszczonym lordem Blakeborough.

Wkrótce na dobre znajdzie się poza jego zasięgiem i nie był w stanie tego zmienić. Nie chciał tego zmienić. Tamte czasy minęły bezpowrotnie, jak być powinno. Był teraz starszy, mądrzejszy, oczywiście silniejszy, a ona nadal była dziedziczką. Nic ich nie łączyło. Byli sobie obcy.

Może jeśli będzie powtarzał w kółko, że tak właśnie jest, w końcu w to uwierzy. Musi. Najwyższy czas usunąć Jane z myśli i z serca.

– Zoe chce wiedzieć, czy pójdziesz z nami do miasteczka na mszę w ich kościele.

Uniósł głowę tak raptownie, że niemal uderzył nią o lampę.

– Do licha, Lisette, nie zakradaj się tak!

Lisette odrzuciła do tyłu czarne loki i podeszła do biurka.

– Nie wiń mnie za to, że bujasz w obłokach. Stałam w progu przez dobre pięć minut, czekając, aż mnie zauważysz, a ty marszczyłeś jedynie czoło i przeklinałeś.

– Wybacz. Jestem trochę… wytrącony z równowagi, to wszystko.

Lisette prychnęła.

– Tak to nazywasz? A już myślałam, że to po prostu brak wychowania.

– Posłuchaj, Lisette…

– Podczas wczorajszych uroczystości byłeś tak zły i nieprzystępny! Zastanawiam się, dlaczego zadałeś sobie trud i jechałeś tu przez dwie godziny z wybrzeża, by uczestniczyć w przyjęciu, na które nie miałeś ochoty. Nawet Tristan zauważył, w jak fatalnym jesteś nastroju, a to już coś, zważywszy, że ostatnio dostrzega jedynie Zoe.

Teraz to Dom prychnął. Za nic by się nie spodziewał, że jego młodszy brat – akurat on! – się zakocha. I to tak spektakularnie.

– Dziwi mnie, że on i Zoe pamiętają w ogóle o naszym istnieniu, biorąc pod uwagę to, jak bardzo są sobą zajęci. – Przyjrzał się jej uważnie. – Choć ty i Max nie jesteście od nich ani trochę lepsi.

– Boże, mam nadzieję, że przesadzasz. Zostaliśmy w końcu rodzicami i powinniśmy zachowywać się przyzwoicie. – Wsunęła za ucho lok, który wymknął się z upięcia. – Chociaż to trudne, ponieważ Max lubi, gdy jestem odrobinę… nieprzyzwoita.

– Boże święty, nie chcę nawet o tym myśleć – odparł zirytowany. – Przestań rozwodzić się nad tym, kiedy Max lubi cię najbardziej i za co.

– Dlaczego? Bo czujesz się wtedy samotny?

– Ponieważ jesteś moją siostrą.

– To twoja wina, że jesteś samotny – kontynuowała, ignorując jego odpowiedź. – Miałeś Jane pod nosem, gdy przebywała u Nancy, lecz zamiast ją adorować, uciekłeś, by skryć się w majątku brata.

– Ja się nie ukrywam – odparł chłodno, choć może tak właśnie było. – Poza tym dlaczego miałbym starać się o względy Jane? Jest zaręczona. A jak sobie zapewne przypominasz, to ona ze mną zerwała, nie odwrotnie.

– Skoro tak mówisz.

Dom zerwał się z krzesła, oburzony.

– Uważasz, że kłamię?

– Uważam, że kobieta, którą poznałam na waszym przyjęciu zaręczynowym przed laty, była w tobie tak zakochana, że nie zrezygnowałaby z poślubienia cię, mimo że utraciłeś pozycję i majątek. To zaś oznacza, że musiałeś się mocno postarać, by ją odstręczyć.

Do licha! Lisette jak zwykle polowała na informacje. I niebezpiecznie zbliżyła się do prawdy.

Tamtej przeklętej nocy, kiedy podstępem nakłonił Jane, aby zerwała z nim podczas balu, Lisette i Tristana nie było już w Yorkshire. Uciekli do Francji, żeby uniknąć gniewu George’a. W związku z tym jego siostra mogła polegać jedynie na plotkach.

A on nie był na tyle głupi, aby powiedzieć jej i Tristanowi, jak było naprawdę. Nie daliby mu spokoju. Już i tak nazbyt często wspominali o Jane w jego obecności. Z trudem to znosił.

– Nie zmienia to faktu, że Jane jest zaręczona.

Lisette westchnęła zirytowana. Najwidoczniej liczyła, że czegoś się dowie. Powinna znać go lepiej.

– Zatem nawet gdybym chciał ją „adorować” – kontynuował Dom – nie byłoby to właściwe.

– Jakoś nie spieszy jej się, aby poślubić Blakeborougha – zauważyła Lisette, bynajmniej nie zniechęcona. – Zjechała do Yorkshire niemal natychmiast po tym, jak George zamknął oczy.

– By wesprzeć wdowę. Nie miałbym o Jane tak dobrego zdania, gdyby nie próbowała pocieszyć kuzynki.

– Nie udawaj głupszego, niż jesteś, Dom. To do ciebie nie pasuje. Przyjechała, ponieważ rozpaczliwie pragnęła cię zobaczyć, zanim poślubi mężczyznę, o którym wie, że nie jest jej przeznaczony.

– Rozpaczliwie? Nie sądzę. Utknęła z Nancy we wdowim domu, odległym o milę od dworu i przez cały ten czas ani razu się na nią nie natknąłem.

– Nie wątpię, że zrobiłeś wszystko, by tak się stało. – A kiedy nie połknął przynęty, spytała, poważniejąc:

– A co u Nancy?

– Skąd miałbym wiedzieć, do diaska? Powiedziałem ci właśnie, że ich nie widuję.

– Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, jakie to nieuprzejme. Powinieneś przynajmniej złożyć im od czasu do czasu wizytę. Pokazać, że nie ma między wami złych emocji.

– Złych emocji? Oszalałaś? – Zerknął na siostrę spod oka. – Nancy nie dba o to, co czuję. Z pewnością nienawidzi nas obu: mnie i Tristana. To z naszego powodu zginął jej mąż.

– Próbował was zamordować!

– Drobny szczegół, który zapewne blednie wobec śmierci George’a – odparł chłodno.

– Zawsze dziwiło mnie, że się pobrali. Jeśli George chciał odegrać się na tobie za to, że pomogłeś Tristanowi, dlaczego nie starał się zdobyć Jane?

Ponieważ uwierzył w to, co zobaczył tamtego wieczoru: że bratu chodzi o pieniądze Nancy. Zatem, mściwy jak zawsze, postanowił zdobyć kobietę dla siebie. Nancy wzięła to zapewne pod uwagę, kiedy zgodziła się uczestniczyć w intrydze Doma.

Nie wszystko jednak poszło zgodnie z jej planem. George nie mógł być dobrym mężem, nawet dla kogoś tak nieskomplikowanego i płytkiego jak kuzynka Jane.

Oparł się wygodnie i złożył dłonie na brzuchu.

– George nie starał się zdobyć Jane, ponieważ wiedział, że po tym, co mi zrobił, za nic nie zgodziłaby się na to małżeństwo. Poza tym Nancy bardziej do niego pasowała – ładniutka, ale bez charakteru i z pustką w głowie.

– Nawet ona zasługiwała na coś lepszego. A teraz została wdową, zależną od mężczyzny, którego jej mąż nienawidził. Dzięki Bogu, ma Jane. Pomoże kuzynce jakoś się z tym uporać.

– Tak, dzięki Bogu – powtórzył z nieobecną miną.

Należało dziękować zwłaszcza za to, że Jane nie obwiniła Nancy za tamtą scenę w bibliotece. Na szczęście jego podstępne działanie nie rozdzieliło tych kobiet, bliskich sobie jak siostry.

Choć czasem złościło go, że Jane tak łatwo dała się nabrać. Wystarczyła chwila, aby uznała go za pozbawionego skrupułów łowcę fortun. I choć taki właśnie był jego cel, świadomość sukcesu bolała.

Ponieważ był idiotą, który chciał jednocześnie zjeść i mieć ciastko.

– To jak – powiedziała Lisette, wracając do tematu – zamierzasz pójść z nami dziś rano na mszę?

Dzięki Bogu, wypytywanie o Jane najwyraźniej dobiegło końca.

– Raczej nie. Gdy tylko zapieczętuję dokument, przekazujący śledztwa Agencji Detektywistycznej Mantona Victorowi, i dam go Maksowi, wrócę do Rathmoor Park.

Wyprostował się, a potem pochylił nad papierami.

– Nadal staram się dogadać z dzierżawcami, których George tak źle potraktował. Musimy znaleźć sposób, by wynagrodzić im straty, nie doprowadzając przy tym majątku do bankructwa, więc wyznaczyłem na jutro spotkanie.

– Nancy też będzie na nim obecna? I Jane?

Dobry Boże, Lisette była jak kropla wody drążąca skałę.

Skupił całą uwagę na wylewaniu stopionego wosku na pieczęć.

– Prawdę mówiąc, Jane już tam nie ma. Wyjechała wczoraj do Hull, gdzie wsiądzie na łódź parową, by wrócić do Londynu.

Do narzeczonego, którego chciał udusić choćby za to, że będzie miał Jane przez resztę swoich dni.

To by było na tyle, jeśli chodzi o wyrzucenie jej z myśli.

– Aha! Stąd ten zły humor. – Westchnęła głośno. – Przysięgam, jesteś doprawdy niemożliwy. Pozwolisz, aby jedyna kobieta, na której kiedykolwiek ci zależało, poślubiła innego, chociaż nie miałbyś teraz najmniejszych problemów, aby utrzymać żonę. Jak na kogoś, kto odważnie stawiał czoło złodziejom oraz mordercom, potrafisz być zadziwiająco tchórzliwy, Dom.

Z ponurą miną przycisnął sygnet do wosku. Lisette za nic by tego nie zrozumiała. Jane może i była kiedyś jego, lecz teraz jedynie nim pogardzała. Nawet gdyby powiedział jej prawdę o wydarzeniach tamtej nocy, po tylu latach spędzonych z dala od siebie zapewne i tak nic już do niego nie czuła.

Inaczej nie zgodziłaby się wyjść za Blakeborougha. Wiedział przecież lepiej niż ktokolwiek inny, że nie poślubiłaby mężczyzny, którego by nie kochała.

Gdy nie zareagował na zarzut siostry, spojrzała na niego z błyskiem w oku.

– Wiesz, powinieneś zawieźć ten dokument osobiście. Jestem pewna, że Victorowi nasuną się setki pytań tyczących się agencji. Poza tym nie widziałeś jeszcze małego Eugene’a. Wiem, że bardzo chciałby poznać wujka Doma.

Roześmiał się na tę oczywistą próbę manipulowania nim.

– Wątpię, czy mały Eugene dba o cokolwiek poza tym, aby zmieniono mu pieluchę i dano jeść. Ma przecież dopiero ile? Dwa miesiące? Chyba nie nauczył się jeszcze nawet siedzieć?

Spojrzała na niego z gniewem.

– Czasami potrafisz być tak… tak…

– Praktyczny?

– Pozbawiony uczuć. To twój pierwszy siostrzeniec. Nie chciałbyś go zobaczyć?

Aby przypomniał mu, co stracił przez George’a? Nie. Chociaż przypuszczał, że kiedyś będzie musiał zdobyć się również na to.

– Z chęcią go poznam, gdy będzie na tyle duży, by zrozumieć, kim jestem. A skoro mam jutro spotkanie, nie mogę jechać do Londynu. – Poklepał dokument na blacie. – Dopilnujesz, by Max dostał go przed waszym wyjazdem?

Lisette obróciła się na pięcie i wyszła, rzuciwszy bratu na pożegnanie mordercze spojrzenie.

– Nie dostanę nawet całusa? – zawołał w ślad za nią. – Nie zobaczymy się przez kilka tygodni.

– Niemądrzy dżentelmeni, którzy nie wiedzą, co jest dla nich dobre, muszą obejść się bez całusów – odparła, nie zatrzymując się.

Zirytowany ton jej głosu rozbawił Doma.

– Zapewne powinienem się cieszyć, że nie popychasz mnie w kierunku Jane, dźgając igłą do haftowania.

Zatrzymała się i spojrzała na niego z błyskiem w oku.

– A to by podziałało?

Boże, naprawdę mogłaby go dźgnąć.

– Nie sądzę. Nie złość się. Dobrze mi tak, jak jest.

– Kłamca. Wszyscy widzą, że nie jesteś szczęśliwy.

To doprawdy przerażające, jak dobrze go znała.

– Może nie szczęśliwy, ale przynajmniej zadowolony. Odziedziczyłem włości, których nie spodziewałem się dostać. O co jeszcze mógłbym prosić?

– O żonę. Dzieci. Szczęście.

– Te rzeczy nie zawsze idą w parze, moja droga.

– Zwłaszcza jeśli nie robi się nic, by zyskać pierwszą.

– Daj spokój, Lisette – powiedział cicho. – Złoszczenie się nie zmieni przeszłości.

Zaklęła pod nosem.

– Denerwuje mnie twój upór, irytuje powściągliwość, a to, że akceptujesz ten idiotyczny stan spraw pomiędzy tobą a Jane, doprowadza do szału. – Najwidoczniej spostrzegła, że Dom zaciska szczęki, gdyż jej twarz złagodniała. – Ale nie jestem zła. Nie mogłabym się na ciebie złościć.

Wróciła pospiesznie i pocałowała go w policzek.

– Oto dowód. – A potem dodała, uśmiechając się z czułością:

– Obiecaj, że nie będziesz się przemęczał.

– Obiecuję – skłamał.

Zaczekał, aż wyjdzie, a potem podszedł do okna i przyglądał się, jak rodzina opuszcza dom. Lisette nie rozumiała, że praca mu pomaga. Pozwala utrzymać myśli z dala od „idiotycznego stanu spraw” pomiędzy nim a Jane.

Przypomniał sobie, jak wyglądała, gdy natknął się na nią przed kilkoma miesiącami w Londynie. Zaskoczyło go, kiedy zobaczył ją podczas wieczornego przyjęcia wydanego przez ojca Zoe. Widzieli się wtedy zaledwie drugi raz od zerwania, pierwszy zaś był tak przelotny, iż ledwie miał czas odnotować, że Jane tam była.

Tym razem wszystko wyglądało inaczej.

Nie mógł oderwać wzroku od zjawiska, jakim była Jane w niebieskiej wieczorowej sukni. Przez te wszystkie lata zaokrągliła się odrobinę, na tyle jedynie, aby jej kształty nabrały zmysłowego powabu. Otulone kosztowną satyną wyglądały niezwykle kusząco.

Z trudem zmuszał się, by patrzeć tylko na jej twarz. Zwłaszcza że brązowe oczy dawnej narzeczonej rzucały w jego kierunku iskry gniewu. Jakby od czasu tamtej okropnej nocy u Blakeborougha minął zaledwie dzień, a nie dwanaście lat.

Spodziewał się, że z czasem złość Jane się wypali, ale w jej oczach nadal płonął ogień, słowa raziły chłodem, a ton głosu, świadomie protekcjonalny, pełen był dwuznaczności, których nie potrafił rozszyfrować. Udało mu się przetrwać jedynie dlatego, że zdołał ukryć się za maską trzymającego się na uboczu, niewzruszonego, pewnego swej pozycji śledczego.

Jednak enigmatyczna uwaga Jane na temat zmęczenia czekaniem na to, aż jej życie wreszcie się rozpocznie, wprawiła go w nie lada konsternację. Nadal zastanawiał się, o co, u licha, mogło jej chodzić? Z pewnością nie czekała przecież na niego, nie po tym, co się wydarzyło.

Jej słowa prześladowały go miesiącami. Jeśli naprawdę przez cały ten czas na niego czekała…

Boże, cóż za niemądra myśl. Nie mogło tak być. A jeśli nawet, nie miało to znaczenia. Nie mógłby zabiegać od nowa o jej względy, nawet gdyby mu na to pozwoliła.

Pierwsze dwa lata przy Bow Street upłynęły Domowi na udowadnianiu, ile jest wart. Kilka następnych, które przypadły na okres politycznych niepokojów, spędził, wykonując niekończące się misje dla Jacksona Pintera, a od czasu do czasu nawet dla lorda Ravenswooda, podsekretarza stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Sekretne, niebezpieczne misje.

Pogładził bliznę przecinającą prawy policzek. Bardziej niebezpieczne, niż był w stanie sobie wyobrazić.

Tamte lata minęły nie wiadomo kiedy. Zyskał jednak respekt wśród agentów i szanse na bardziej lukratywne zlecenia. Zaoszczędził dość, aby otworzyć Agencję Detektywistyczną Mantona. A wtedy pojawiły się nowe wyzwania, nowe misje. Zaabsorbowały go tak bardzo, że nie miał czasu odnowić znajomości z Jane.

Potrafisz być strasznym tchórzem, Dom.

Zacisnął szczęki. To nie było tchórzostwo – absolutnie. Był tylko, do diaska, zajęty! I zbyt świadom tego, jak bardzo zranił Jane, by ryzykować raz jeszcze.

A teraz była zaręczona. Sprawa zamknięta. Zostawi więc za sobą tamtą część życia i nauczy się być szczęśliwy z tym, co ma. I tak było tego więcej, niż spodziewał się kiedykolwiek otrzymać.

Podjąwszy to stanowcze postanowienie, wrócił do biurka. Napisał krótką wiadomość dla Maksa i położył ją na dokumencie przeznaczonym dla Victora, umieszczając na wierzchu przycisk do papieru. Uprzątnął blat i skierował się ku drzwiom. Polecił wcześniej, by przygotowano jego ekwipaż, bagaże były więc już zapakowane. Musiał jeszcze tylko…

– …czy jeśli podam swoje nazwisko – dobiegł go od strony holu boleśnie znajomy głos – obiecujecie, że lord Rathmoor przyjdzie się ze mną rozmówić? Wiem, że tu jest. Widziałam przed domem jego faeton. To bardzo ważne.

Dom poczuł, że ściska go w żołądku. Jak to możliwe? Co Jane mogłaby tu robić?

– Rozumiem, madame – odparł kamerdyner – lecz skoro sprawa jest tak poważna, dlaczego nie może mi pani powiedzieć, jak się nazywa, bym mógł zaanonsować…

– Wszystko w porządku – powiedział Dom, podchodząc. – Znam pannę Vernon.

Jane podskoczyła, a jej piękne oczy rozszerzyły się, gdy go dostrzegła. Tego dnia miała na sobie strój do konnej jazdy. Uszyty z fioletowej wełny, przylegający w talii i bardziej obfity na biodrach, podkreślał każdą rozkoszną krzywiznę jej ciała. Z lekko rozwianą fryzurą i zaróżowionymi z podekscytowania policzkami wydawała się tak boleśnie piękna, że Domowi zaparło dech.

Niech Bóg mu pomoże.

– Muszę natychmiast z tobą porozmawiać. – Zerknęła ukradkiem na kamerdynera. – Na osobności.

Skinął głową i wskazał otwarte drzwi na końcu korytarza. Gdy tylko weszli, pożałował, że wybrał akurat ten pokój. Jane wyglądała bowiem tak porywająco na tle czerwonozłotej tapety, iż krew zawrzała mu w żyłach.

– Co ty tu, u licha, robisz?!

Uniosła brwi.

– Mnie też miło cię widzieć.

Do diaska, nie chciał, aby zabrzmiało to tak, jakby jej obecność go zirytowała.

– Przepraszam. Jestem po prostu zaskoczony. Założyłem, że jesteś już w drodze do Londynu. Nie miałaś wsiąść przedwczoraj na łódź?

– Wiosenne ulewy zniszczyły most w okolicach Hull, musiałam więc wrócić do Rathmoor Park. – W jej oczach zabłysło coś, czego nie był w stanie rozszyfrować. – Nie wiedziałam, że śledzisz mój rozkład zajęć.

Cholera! Nie chciał, aby to się wydało.

– Zwracam uwagę na wszystko, co tyczy się moich włości i moich podopiecznych – powiedział gładko. – W tym także osób przebywających we wdowim domu.

Czyżby dostrzegł w jej oczach rozczarowanie? Nie, z pewnością tylko tak mu się wydawało.

– Rozumiem – powiedziała znacznie chłodniejszym tonem. – Tym większa szkoda, że nie było cię w okolicy dwa dni temu. Podczas twej nieobecności jedna z tych „podopiecznych” zniknęła.

– Kto?

– Nancy. Wsiadła ponoć do dyliżansu, aby odwiedzić w Yorku cioteczną babkę. Tuż po tym, jak wyruszyłam do Hull. Poinformowała służbę, iż wyjeżdża zaledwie na jeden dzień, ale do tej pory nie wróciła.

Dom wypuścił wstrzymywany od dobrej chwili oddech. I to wszystko?

– York leży zaledwie pół dnia drogi od Rathmoor Park. Nancy postanowiła zostać zapewne przez dzień czy dwa u ciotki, a skoro sądziła, że wyruszyłaś już do Londynu, nie zawracała sobie głowy powiadamianiem nikogo w majątku.

– Cóż, jednak to zrobiła. W liście do gospodyni. Nadszedł późnym wieczorem w dniu jej wyjazdu. I właśnie to mnie zaalarmowało.

Wyciągnęła dłoń z rzeczonym listem. Podszedł, aby go wziąć, co okazało się niefortunnym posunięciem, gdyż jego nozdrzy dobiegł znajomy zapach lawendy. Boże, nie mogła przez ten czas zmienić perfum? Przywoływały wspomnienia zdecydowanie zbyt krótkich pocałunków w sadzie za domem jej wuja. Tych samych, o których nieudolnie starał się zapomnieć, odkąd się rozstali.

Cofnął się z rozmysłem i skupił uwagę na liście. Najwidoczniej Jane sądziła, że ma powody do obaw, choć nie potrafił się domyślić dlaczego. Gdyby nie spóźniła się na łódź, prawdopodobnie nie wiedziałaby nawet, że Nancy wyjechała.

Zerknął tylko na list i natychmiast utrwalił go sobie w pamięci za sprawą szczególnego talentu do zapamiętywania słów i obrazów, a potem oddał pismo Jane.

– Dowodzi jedynie, iż Nancy wcale nie zaginęła. Pisze, że postanowiła wybrać się z ciotką do Bath.

– Ale to nieprawda!

Sprawa z każdą chwilą coraz bardziej się komplikowała.

– Skąd wiesz?

– Ponieważ wysłałam do pani Patch ekspres z zapytaniem, czy Nancy życzy sobie, by dołączyła do niej pokojówka. I oto, co otrzymałam dziś rano.

Wyjęła z kieszeni żakietu kolejny list, utrzymany w zdecydowanie bardziej oficjalnym tonie, i podała mu go, zdenerwowana.

Droga panno Vernon

Musiała zajść jakaś pomyłka. Nie miałam okazji cieszyć się towarzystwem Nancy od czasu, gdy zmarł jej mąż. Z pewnością jej tu nie ma, nie poczyniłyśmy też żadnych planów, by udać się dokądś razem. Nie pomyliła mnie pani przypadkiem z inną krewną, do której być może udała się Nancy?

Jeśli będę mogła okazać się w tej kwestii pomocna, proszę dać mi znać. Chętnie zobaczę się z panią, kiedy przybędzie pani następnym razem do Yorku.

Wielce Pani oddana

Pani Lesleyowa Patch

– Do licha! – zaklął, czując, że ogarniają go złe przeczucia.

– Właśnie. Czytałeś list Nancy. Z całą pewnością wspomniała w nim o ciotce w Yorku.

– Któraś z nich musi kłamać.

– Tak – przyznała zirytowana Jane – ale jaki powód mogłaby mieć pani Patch? Z tego, co wiem, Nancy odwiedza ją od lat. Bardzo się zaprzyjaźniły.

– I jak spędzały czas w trakcie tych wizyt? – zapytał, wchodząc gładko w rolę śledczego, choć od miesięcy starał się jedynie dowiedzieć, jakie plony udają się w Yorkshire najlepiej.

– Nie wiem. – Jane zniecierpliwiona postukała stopą. Najwidoczniej techniki śledcze były jej obce. – Plotkowały. Rozmawiały o psach – mają ich razem siedem. Jeden z lokai wspomniał chyba, że chodziły na zakupy. Twierdził również, że George zachęcał Nancy, by odwiedzała ciotkę. Pozwalał jej nawet wziąć powóz. Dlatego to takie dziwne, że tym razem wolała pojechać dyliżansem.