Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 718 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gdy poluje lew - Wilbur Smith

Afryka Południowa, rok 1870. Wojna zuluska daje początek rodzinnej waśni: serdeczna przyjaźń braci Courteneyów przeradza się w śmiertelną nienawiść. Sean opuszcza farmę. Po kilku latach jest najbogatszym człowiekiem w Johannesburgu. Ale fortuna kołem się toczy... Wojna, dramat i przygoda - groźna i piękna jak afrykański busz. Na tle niespokojnych czasów i w scenerii dzikiej przyrody Afryki Wilbur Smith w mistrzowski sposób odmalowuje gwałtowną walkę namiętności.

Opinie o ebooku Gdy poluje lew - Wilbur Smith

Fragment ebooka Gdy poluje lew - Wilbur Smith

WHEN THE LION FE­EDS

Co­py­ri­ght © Wil­bur Smith 1964

All ri­ghts re­se­rved

First pu­bli­shed in 1964 by Wil­liam He­ine­mann Ltd.

Re­prin­ted in 1997 by Mac­mil­lan, Lon­don

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2005

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © An­drzej Szulc 2005

Ilu­stra­cje na okład­ce: ja­var­man/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki i se­rii: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-013-7

Wy­daw­ca

WY­DAW­NIC­TWO AL­BA­TROS A. KU­RY­ŁO­WICZ

Hlon­da 2a/25, 02-972 War­sza­wa

www.wy­daw­nic­two­al­ba­tros.com

2013. Wy­da­nie elek­tro­nicz­ne

Ni­niej­szy pro­dukt jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go. Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku oso­bę, któ­ra wy­ku­pi­ła pra­wo do­stę­pu. Wy­daw­ca in­for­mu­je, że pu­blicz­ne udo­stęp­nia­nie oso­bom trze­cim, nie­okre­ślo­nym ad­re­sa­tom lub w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób upo­wszech­nia­nie, ko­pio­wa­nie oraz prze­twa­rza­nie w tech­ni­kach cy­fro­wych lub po­dob­nych– jest nie­le­gal­ne i pod­le­ga wła­ści­wym sank­cjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Z wy­ra­za­mi mi­ło­ści

El­fre­dzie i Her­ber­to­wi Ja­me­so­wi Smi­thom

Część INA­TAL

Dziki ba­żant po­fru­nął w górę zbo­cza, nie­mal mu­ska­jąc w lo­cie źdźbła traw. Po chwi­li zło­żył skrzy­dła, wy­pro­sto­wał nogi i usiadł na gra­ni, zni­ka­jąc w ja­kiejś kry­jów­ce. Dwaj chłop­cy i pies skrę­ci­li z do­li­ny, idąc jego śla­dem. Pro­wa­dził pies z wy­wie­szo­nym ró­żo­wym ję­zy­kiem; za nim bie­gli ra­mię przy ra­mie­niu bliź­nia­cy. Na ich ko­szul­kach kha­ki wid­nia­ły ciem­ne pla­my potu – afry­kań­skie słoń­ce, mimo że mia­ło już za sobą trzy czwar­te dzien­nej wę­drów­ki, grza­ło jesz­cze do­syć moc­no.

Pies zwie­trzył ba­żan­ta i prze­stał zia­jać; przez se­kun­dę stał, wcią­ga­jąc w noz­drza za­pach pta­ka, a po­tem ru­szył raź­no do przo­du. Klu­czył z py­skiem przy­tknię­tym do zie­mi; nad wy­schnię­tą brą­zo­wą tra­wą uno­sił się tyl­ko jego grzbiet i ru­chli­wy ogon. Bliź­nia­cy wspi­na­li się za nim. Z tru­dem ła­pa­li po­wie­trze – zbo­cze było stro­me.

– Zejdź mi z dro­gi, nie kręć się pod no­ga­mi – ode­zwał się, cięż­ko dy­sząc, Sean, i Gar­rick po­słusz­nie od­su­nął się na bok. Sean był od nie­go wyż­szy o czte­ry cale i cięż­szy o dwa­dzie­ścia fun­tów; to da­wa­ło mu pra­wo wy­da­wa­nia roz­ka­zów.

– Bierz go, Par­tacz. Szu­kaj go, sta­ry – za­wo­łał do psa.

Par­tacz dał znak ogo­nem, że sły­szy, nie od­ry­wa­jąc nosa od zie­mi. Bliź­nia­cy szli za nim w na­pię­ciu, świa­do­mi, że ptak w każ­dej chwi­li może ze­rwać się do lotu. Trzy­ma­li w go­to­wo­ści swo­je ker­rie1, sta­ra­jąc się stą­pać jak naj­ci­szej i kon­tro­lo­wać od­dech. Pies od­na­lazł ba­żan­ta sku­lo­ne­go pła­sko w tra­wie; sko­czył, da­jąc po raz pierw­szy głos. Ptak wy­pro­sto­wał się i po­de­rwał, trze­po­cząc gło­śno skrzy­dła­mi.

Sean rzu­cił; ker­rie chy­bi­ła o włos. Ba­żant szarp­nął się w bok i utrzy­my­wał da­lej w po­wie­trzu, ma­cha­jąc roz­pacz­li­wie skrzy­dła­mi. Wte­dy rzu­cił Gar­rick. Jegoker­rie po­mknę­ła ze świ­stem i tra­fi­ła. Tłu­sty brą­zo­wy ptak ru­nął w dół, gu­biąc po dro­dze pió­ra. Po­bie­gli za nim. Ba­żant umy­kał ze zła­ma­nym skrzy­dłem przez tra­wę; go­niąc go, krzy­cze­li z ra­do­ści. Sean do­padł do nie­go pierw­szy. Ukrę­cił pta­ko­wi szy­ję i stał, trzy­ma­jąc cie­płe, brą­zo­we cia­ło w dło­niach. Cze­kał na Gar­ric­ka.

– Niech cię gęś kop­nie, Gar­ry, udał ci się rzut.

Par­tacz pod­sko­czył, a Sean po­chy­lił się, da­jąc mu ba­żan­ta do ob­wą­cha­nia. Pies przy­tknął nos, a po­tem pró­bo­wał ugryźć pta­ka, ale Sean od­su­nął mu pysk i rzu­cił zdo­bycz Gar­ric­ko­wi, któ­ry przy­tro­czył ją obok in­nych do pasa.

– Jak da­le­ko do nie­go mia­łem… z pięć­dzie­siąt stóp? – za­py­tał Gar­rick.

– Aż tyle to nie – wy­ra­ził swo­ją opi­nię Sean. – Naj­wy­żej trzy­dzie­ści.

– Moim zda­niem co naj­mniej pięć­dzie­siąt. Da­lej niż wszyst­kie two­je dzi­siej­sze rzu­ty.

Suk­ces ośmie­lił Gar­ric­ka. Z twa­rzy Se­ana znik­nął uśmiech.

– Na pew­no? – za­py­tał.

– Na pew­no! – od­parł Gar­rick. Sean zgar­nął wierz­chem dło­ni ko­smy­ki z czo­ła; miał czar­ne, mięk­kie wło­sy, któ­re wciąż spa­da­ły mu na oczy.

– A ten przy rze­ce? Tra­fi­łem go z od­le­gło­ści dwa razy więk­szej.

– Na pew­no? – za­py­tał Gar­rick.

– Na pew­no – od­parł wo­jow­ni­czo Sean.

– Sko­ro je­steś taki do­bry, dla­cze­go nie tra­fi­łeś tego…? Rzu­ca­łeś pierw­szy. Jak to się sta­ło, że chy­bi­łeś?

Za­czer­wie­nio­na twarz Se­ana po­ciem­nia­ła jesz­cze bar­dziej i Gar­rick zdał so­bie spra­wę, że po­su­nął się za da­le­ko. Zro­bił krok do tyłu.

– Chcesz się za­ło­żyć? – za­py­tał Sean.

Dla Gar­ric­ka nie było zbyt ja­sne, o co brat chce się za­ło­żyć; z do­świad­cze­nia wie­dział jed­nak, że o co­kol­wiek cho­dzi­ło, roz­strzy­gnię­cie za­pad­nie w wal­ce. Rzad­ko się zda­rza­ło, żeby Gar­rick wy­grał ja­kiś za­kład z Se­anem.

– Za póź­no. Wra­caj­my le­piej do domu. Tata złoi nam skó­rę, je­śli spóź­ni­my się na ko­la­cję – oświad­czył.

Sean wa­hał się przez chwi­lę, ale Gar­rick, nie cze­ka­jąc na nie­go, po­biegł z po­wro­tem. Pod­niósł swo­ją ker­rie i ru­szył w stro­nę domu. Sean po­truch­tał za nim, do­go­nił go i wy­prze­dził. Sean za­wsze mu­siał być pierw­szy. Te­raz, kie­dy udo­wod­nił nie­zbi­cie swo­ją wyż­szość w rzu­ca­niu oszcze­pem, skłon­ny był wy­ba­czyć bra­tu.

– Jak my­ślisz, ja­kiej ma­ści bę­dzie źre­bię Cy­gan­ki? – za­py­tał przez ra­mię.

Gar­rick przy­jął z ulgą po­ko­jo­wą ofer­tę i przy­jaź­nie na­sta­wie­ni prze­dys­ku­to­wa­li ten te­mat oraz tu­zin in­nych rów­nie waż­nych spraw. Roz­ma­wia­li w bie­gu – bie­gli przez cały dzień z wy­jąt­kiem jed­nej go­dzi­ny, kie­dy to za­trzy­ma­li się w ocie­nio­nym miej­scu przy rze­ce, żeby upiec i zjeść kil­ka upo­lo­wa­nych ba­żan­tów.

Tra­wia­sty pła­sko­wyż na zmia­nę wzno­sił się i opa­dał, gdy wspi­na­li się na okrą­głe ni­skie pa­gór­ki i zbie­ga­li z po­wro­tem w do­li­ny. Tra­wa wo­kół nich po­ru­sza­ła się na wie­trze: mięk­ka, su­cha, wy­so­ka do pasa tra­wa ko­lo­ru doj­rza­łe­go zbo­ża. Z tyłu i po bo­kach, jak się­gnąć okiem, roz­po­ście­rał się step, ale przed nimi zie­mia ury­wa­ła się na­gle, opa­da­jąc w dół stro­mą skar­pą. Ni­żej zbo­cze ła­god­nia­ło, prze­cho­dząc w do­li­nę rze­ki Tu­ge­li. Pły­nę­ła ona dwa­dzie­ścia mil da­lej i nie mo­gli jej tego dnia doj­rzeć z po­wo­du lek­kiej mgieł­ki, któ­ra wi­sia­ła w po­wie­trzu. Za rze­ką, da­le­ko na pół­noc i sto mil na wschód – aż do mo­rza – roz­cią­ga­ło się te­ry­to­rium Zu­lu­sów. Tu­ge­la sta­no­wi­ła gra­ni­cę. Stro­ma skar­pa po­prze­ci­na­na była pio­no­wy­mi wą­wo­za­mi, po­ro­śnię­ty­mi gę­stym, oliw­ko­wo­zie­lo­nym bu­szem.

Ni­żej, w do­li­nie, w od­le­gło­ści dwu mil, sta­ły za­bu­do­wa­nia Theu­nis Kra­al. Dom miesz­kal­ny był duży, z dwu­spa­do­wym ho­len­der­skim da­chem z gład­ko przy­strzy­żo­nej sło­my. W ma­łej za­gro­dzie sta­ły ko­nie; dużo koni, po­nie­waż oj­ciec bliź­nia­ków był czło­wie­kiem za­moż­nym. Nad kwa­te­ra­mi służ­by uno­sił się dym z pa­le­nisk i sły­chać było stłu­mio­ny od­głos rą­ba­ne­go drze­wa.

Sean za­trzy­mał się na skra­ju skar­py i usiadł na tra­wie. Prze­krę­cił za­bło­co­ną bosą sto­pę żeby le­piej przyj­rzeć się ran­ce po cier­niu. Wy­cią­gnął go już wcze­śniej. Ska­le­cze­nie na pię­cie wy­peł­niał te­raz szczel­nie brud.

Gar­rick usiadł tuż obok nie­go.

– Czło­wie­ku, ale cię bę­dzie bo­la­ło, kie­dy mama po­le­je jo­dy­ną – po­wie­dział z prze­ję­ciem. – Na pew­no uży­je igły, żeby wy­dłu­bać brud. Za­ło­żę się, że bę­dziesz ry­czał… bę­dziesz ry­czał na całe gar­dło!

Sean zi­gno­ro­wał go. Wziął ło­dy­gę tra­wy i za­czął dłu­bać nią w ra­nie. Gar­rick przy­glą­dał się temu z za­in­te­re­so­wa­niem.

Rzad­ko się zda­rza, by bliź­nia­cy tak róż­ni­li się od sie­bie. Sean po­wo­li upo­dab­niał się do męż­czy­zny; gru­bia­ły mu ra­mio­na, a szcze­nię­cy tłusz­czyk ustę­po­wał miej­sca twar­dym mu­sku­łom. Miał żywe ko­lo­ry: czar­ną czu­pry­nę, brą­zo­wą od słoń­ca cerę, usta i po­licz­ki ja­sne od pły­ną­cej we­wnątrz świe­żej, mło­dzień­czej krwi oraz oczy ko­lo­ru ciem­ne­go in­dy­ga, któ­ry przy­po­mi­nał od­bi­ja­ją­cy się w gór­skim je­zio­rze cień chmu­ry.

Gar­rick był szczu­pły, z wą­ski­mi jak u pa­nien­ki kost­ka­mi i prze­gu­ba­mi. Brą­zo­we wło­sy o nie­zde­cy­do­wa­nym od­cie­niu opa­da­ły mu ko­smy­ka­mi na szy­ję, skó­rę miał upstrzo­ną pie­ga­mi, a nos i ob­wód­ki oczu czer­wo­ne od nę­ka­ją­ce­go go bez prze­rwy sien­ne­go ka­ta­ru. Wy­ko­ny­wa­ny przez Se­ana za­bieg nie przy­kuł na dłu­go jego uwa­gi. Wy­cią­gnął rękę i za­czął ba­wić się zwi­sa­ją­cym uchem Par­ta­cza; pies prze­stał zia­jać i prze­łknął dwa razy ka­pią­cą mu z ję­zy­ka śli­nę. Gar­rick pod­niósł gło­wę i spoj­rzał w dół zbo­cza. Nie­co po­ni­żej miej­sca, w któ­rym sie­dzie­li, za­czy­nał się je­den z po­ro­śnię­tych krza­ka­mi wą­wo­zów. Na­gle wstrzy­mał od­dech.

– Sean, po­patrz tam, obok za­ro­śli – wy­szep­tał drżą­cym z pod­nie­ce­nia gło­sem.

– Co jest? – za­py­tał zdu­mio­ny Sean. W chwi­lę po­tem on rów­nież zo­ba­czył. – Trzy­maj Par­ta­cza.

Gar­rick zła­pał psa za ob­ro­żę i ob­ró­cił mu pysk w dru­gą stro­nę, żeby nie do­strzegł zwie­rzy­ny i nie pu­ścił się w po­goń.

– To naj­więk­szy na świe­cie sta­ry ko­zioł in­kon­ka2… – wy­szep­tał.

Sean był zbyt za­ab­sor­bo­wa­ny, żeby od­po­wie­dzieć.

Ko­zioł wy­nu­rzył się ostroż­nie z kry­ją­cych go za­ro­śli. Był duży, wiel­ko­ści ku­cy­ka, i po­czer­nia­ły ze sta­ro­ści; cęt­ki na jego grzbie­cie wy­bla­kły ni­czym sta­re kre­do­we zna­ki. Po­sta­wił uszy, pod­niósł wy­so­ko spi­ral­ne rogi i stą­pa­jąc z ele­gan­cją, wy­szedł na otwar­tą prze­strzeń. Za­trzy­mał się, ob­ró­cił gło­wę naj­pierw w jed­ną, po­tem w dru­gą stro­nę, spraw­dza­jąc, czy nie gro­zi mu żad­ne nie­bez­pie­czeń­stwo, po czym po­truch­tał na ukos i znik­nął w są­sied­nim wą­wo­zie. Bliź­nia­cy trwa­li jesz­cze przez chwi­lę w bez­ru­chu, a po­tem za­czę­li krzy­czeć je­den przez dru­gie­go.

– Wi­dzia­łeś go? Wi­dzia­łeś te jego rogi?

– Tak bli­sko domu, a w ogó­le nie wie­dzie­li­śmy, że tu jest…

Ze­rwa­li się na nogi, prze­krzy­ku­jąc się wza­jem­nie. Par­ta­czo­wi udzie­li­ło się pod­nie­ce­nie i po­szcze­ku­jąc, krę­cił się wo­kół nich. Po krót­kim za­mie­sza­niu Sean za­pa­no­wał nad sy­tu­acją, po pro­stu za­głu­sza­jąc i bra­ta, i psa.

– Za­ło­żę się, że co­dzien­nie kry­je się w tym wą­wo­zie. Za­ło­żę się, że sie­dzi tam przez cały dzień i wy­cho­dzi do­pie­ro nocą. Chodź­my zo­ba­czyć – za­wo­łał i ru­szył w dół zbo­cza.

Na skra­ju bu­szu, w ma­łej, chłod­nej, ciem­nej i po­kry­tej li­ść­mi ni­szy od­na­leź­li kry­jów­kę ko­zła. Zie­mia stra­to­wa­na tu była ko­py­ta­mi i za­nie­czysz­czo­na od­cho­da­mi, a w miej­scu gdzie le­żał, ry­so­wa­ło się wy­raź­ne za­głę­bie­nie. Na le­go­wi­sku z li­ści po­zo­sta­ło kil­ka po­sza­rza­łych na koń­cu wło­sów. Sean przy­klęk­nął i pod­niósł je­den z nich.

– Jak go zło­wi­my?

– Mo­gli­by­śmy wy­ko­pać dół i za­mo­co­wać w nim za­ostrzo­ne kije – za­pro­po­no­wał skwa­pli­wie Gar­rick.

– Kto go wy­ko­pie… może ty? – za­py­tał Sean.

– Mógł­byś po­móc.

– To mu­siał­by być duży dół – stwier­dził z po­wąt­pie­wa­niem Sean.

Przez chwi­lę mil­cze­li obaj, za­sta­na­wia­jąc się, ile pra­cy trze­ba by wło­żyć w wy­ko­pa­nie pu­łap­ki. Ża­den z nich nie wspo­mniał już o tym wię­cej.

– Mo­gli­by­śmy wziąć ze sobą in­nych chło­pa­ków i za­po­lo­wać na nie­go z oszcze­pa­mi – po­wie­dział Sean.

– Na ilu po­lo­wa­niach już z nimi by­li­śmy? Chy­ba na stu, i nie upo­lo­wa­li­śmy na­wet jed­ne­go nędz­ne­go duj­ke­ra3, nie mó­wiąc o in­kon­ce… – Gar­rick za­wa­hał się i mó­wił da­lej: – A pa­mię­tasz, co ko­zioł zro­bił Fran­ko­wi van Es­se­no­wi? Kie­dy prze­stał go bóść, mu­sie­li mu wkła­dać wnętrz­no­ści z po­wro­tem do brzu­cha!

– Bo­isz się?

– Ja nie, skąd­że – stwier­dził z obu­rze­niem Gar­rick. – Jezu – za­wo­łał szyb­ko – jest już cał­kiem ciem­no. Le­piej się po­spiesz­my.

Zbie­gli w do­li­nę.

Sean le­żał w mro­ku i wpa­try­wał się w ciem­ny pro­sto­kąt okna. Na nie­bie za szy­bą błysz­czał sierp księ­ży­ca. Sean nie mógł za­snąć; roz­my­ślał o koź­le. Obok ich sy­pial­ni prze­cho­dzi­li ro­dzi­ce; ma­co­cha po­wie­dzia­ła coś i oj­ciec się ro­ze­śmiał: śmiech Wa­ite’a Co­urt­neya przy­po­mi­nał stłu­mio­ny grzmot.

Usły­szał, jak za­mknę­li za sobą drzwi, i usiadł na łóż­ku.

– Gar­ry.

Nie było od­po­wie­dzi.

– Gar­ry.

Pod­niósł but i rzu­cił; roz­le­gło się stłu­mio­ne wes­tchnie­nie.

– Gar­ry.

– Cze­go chcesz? – Głos Gar­ric­ka był za­spa­ny i po­iry­to­wa­ny.

– My­śla­łem wła­śnie… ju­tro jest pią­tek…

– I co z tego?

– Mama z tatą jadą do mia­sta. Nie bę­dzie ich przez cały dzień. Mo­gli­by­śmy wziąć du­bel­tów­kę i za­cza­ić się na tego sta­re­go ko­zła in­kon­kę.

Łóż­ko Gar­ric­ka za­skrzy­pia­ło ostrze­gaw­czo.

– Osza­la­łeś! – W jego gło­sie brzmia­ło prze­ra­że­nie. – Je­śli tata zła­pie nas z du­bel­tów­ką, za­tłu­cze nas na śmierć. – Kie­dy to mó­wił, zdał so­bie spra­wę, że po­wi­nien zna­leźć moc­niej­szy ar­gu­ment, żeby wy­per­swa­do­wać ten po­mysł bra­tu. Sean uni­kał kary, je­śli to tyl­ko było moż­li­we, ale per­spek­ty­wa upo­lo­wa­nia in­kon­ki war­ta była ca­łej siły ra­mie­nia jego ojca. Gar­rick le­żał wy­pro­sto­wa­ny, szu­ka­jąc od­po­wied­nich słów. – Poza tym tata trzy­ma na­bo­je w za­mknię­ciu.

Ar­gu­ment był po­waż­ny, ale Sean go od­pa­ro­wał.

– Wiem, gdzie są dwa na­bo­je, o któ­rych za­po­mniał: w du­żym wa­zo­nie w ja­dal­ni. Leżą tam już prze­szło mie­siąc.

Gar­rick ob­lał się po­tem. Czuł nie­mal owi­ja­ją­cy się wo­kół po­ślad­ków bicz ze skó­ry hi­po­po­ta­ma, sły­szał głos ojca, li­czą­ce­go ude­rze­nia: osiem, dzie­więć, dzie­sięć.

– Pro­szę cię, Sean. Wy­myśl­my coś in­ne­go.

Po dru­giej stro­nie po­ko­ju Sean uło­żył wy­god­nie gło­wę na po­dusz­ce. De­cy­zja zo­sta­ła pod­ję­ta.

Waite Co­urt­ney po­dał swo­jej żo­nie rękę i po­mógł jej wsiąść do po­wo­zu. Do­tknął czu­le jej ra­mie­nia, po czym ob­szedł po­wóz, za­trzy­mu­jąc się po dro­dze, żeby po­gła­skać ko­nie i wci­snąć głę­biej ka­pe­lusz na łysą gło­wę. Był ro­słym męż­czy­zną i brycz­ka ugię­ła się pod jego cię­ża­rem. Wziął do rąk lej­ce i od­wró­cił się. Jego oczy, osa­dzo­ne po obu stro­nach wiel­kie­go za­krzy­wio­ne­go nosa, za­śmia­ły się do sto­ją­cych na we­ran­dzie bliź­nia­ków.

– Będę to so­bie po­czy­ty­wał za za­szczyt, je­śli obu pa­nom uda się unik­nąć wszel­kich kło­po­tów w cią­gu tych kil­ku go­dzin, pod­czas któ­rych wa­sza mat­ka i ja bę­dzie­my poza do­mem.

– Tak, tato – od­par­li zgod­nym chó­rem.

– Sean, je­śli kor­ci cię, żeby wdra­pać się zno­wu na to wiel­kie nie­bie­skie drze­wo gu­mo­we, zwalcz to w so­bie, czło­wie­ku, zwalcz to.

– Do­brze, tato.

– Gar­rick, po­sta­raj się nie prze­pro­wa­dzać już wię­cej eks­pe­ry­men­tów z fa­bry­ko­wa­niem pro­chu… zgo­da?

– Tak, tato.

– I nie uda­waj­cie ta­kich nie­wi­nią­tek. To do­pie­ro spra­wia, że ciar­ki cho­dzą mi po grzbie­cie!

Wa­ite do­tknął ba­tem błysz­czą­cych, za­okrą­glo­nych koń­skich za­dów i brycz­ka po­to­czy­ła się dro­gą do La­dy­bur­ga.

– Nie po­wie­dział nic o du­bel­tów­ce – szep­nął z po­wa­gą Sean. – Te­raz idź spraw­dzić, czy w oko­li­cy nie krę­cą się słu­żą­cy… gdy­by nas zo­ba­czy­li, na­ro­bi­li­by wrza­sku. Po­tem po­dejdź do okna sy­pial­ni. Tam ci po­dam.

Kłó­ci­li się przez całą dro­gę do pod­nó­ża skar­py. Sean niósł du­bel­tów­kę na ra­mie­niu, obej­mu­jąc obie­ma dłoń­mi kol­bę.

– To był mój po­mysł, może nie? – do­ma­gał się po­twier­dze­nia.

– Ale ja pierw­szy zo­ba­czy­łem in­kon­kę – pro­te­sto­wał Gar­rick. Zno­wu był od­waż­ny. Z każ­dym od­da­la­ją­cym go od domu kro­kiem ma­lał strach, jaki od­czu­wał przed karą.

– To się nie li­czy – po­in­for­mo­wał go Sean. – Ja wpa­dłem na po­mysł z du­bel­tów­ką, więc ja będę strze­lał.

– Jak to jest, że to­bie za­wsze przy­pa­da cała przy­jem­ność? – za­py­tał Gar­rick. Se­ana to py­ta­nie wy­pro­wa­dzi­ło z rów­no­wa­gi.

– Kie­dy od­kry­łeś przy rze­ce gniaz­do ja­strzę­bia, da­łem ci się do nie­go wdra­pać. Może nie? A gdy zna­la­złeś źre­bię duj­ke­ra, da­łem ci je wy­kar­mić. Może nie? – za­py­tał.

– Do­brze. Więc dla­cze­go nie dasz mi strze­lić, sko­ro ja pierw­szy zo­ba­czy­łem in­kon­kę?

W ob­li­czu ta­kie­go upo­ru moż­na było tyl­ko za­cho­wać mil­cze­nie i Sean nie ode­zwał się już ani sło­wem, za­ci­ska­jąc tyl­ko moc­niej dło­nie na kol­bie strzel­by. Żeby wziąć górę w tym spo­rze, Gar­rick mu­siał­by mu ją wy­drzeć. Gar­rick wie­dział o tym i za­czął się dą­sać. Sean za­trzy­mał się wśród drzew u pod­nó­ża skar­py i spoj­rzał przez ra­mię na bra­ta.

– Chcesz mi po­móc, czy mam to zro­bić sam?

Gar­rick wle­pił oczy w zie­mię i kop­nął ga­łąz­kę. Po­cią­gnął no­sem – rano za­wsze bar­dziej do­ku­czał mu ka­tar sien­ny.

– No więc jak?

– Co chcesz, że­bym zro­bił?

– Zo­stań tu­taj i po­licz wol­no do ty­sią­ca. Za­mie­rzam obejść zbo­cze i po­cze­kać tam, gdzie prze­biegł wczo­raj ko­zioł. Kie­dy skoń­czysz li­czyć, idź w górę wą­wo­zem. W po­ło­wie dro­gi za­cznij krzy­czeć. In­kon­ka bę­dzie ucie­kać w tę samą stro­nę co wczo­raj. Zgo­da?

Gar­rick nie­chęt­nie kiw­nął gło­wą.

– Za­bra­łeś ze sobą łań­cuch Par­ta­cza?

Gar­rick wy­cią­gnął z kie­sze­ni łań­cuch i pies, wi­dząc go, cof­nął się. Sean zła­pał go za ob­ro­żę, a Gar­rick za­ło­żył łań­cuch. Par­tacz po­ło­żył uszy po so­bie i po­pa­trzył na nich z wy­rzu­tem.

– Nie pusz­czaj go. Ten sta­ry ko­zioł roz­darł­by go na strzę­py. Mo­żesz już za­cząć li­czyć – po­wie­dział Sean i ru­szył w górę zbo­cza. Okrą­żył wą­wóz sze­ro­kim łu­kiem z le­wej stro­ny. Sto­py śli­zga­ły mu się po tra­wie, strzel­ba cią­ży­ła, a w zbo­czu tkwi­ło mnó­stwo ostrych ka­mie­ni. O je­den z nich ska­le­czył so­bie do krwi pa­lec u nogi, ale nie zwa­żał na to i piął się da­lej do góry. Na skra­ju za­ro­śli sta­ło wy­schnię­te drze­wo, obok któ­re­go znaj­do­wa­ła się kry­jów­ka in­kon­ki. Sean wdra­pał się wy­żej i za­trzy­mał tuż przed szczy­tem wznie­sie­nia. Wy­żej, po­nad fa­lu­ją­cą na wie­trze tra­wą, zwie­rzę mo­gło­by doj­rzeć jego gło­wę. Dy­sząc cięż­ko, zna­lazł głaz wiel­ko­ści becz­ki do piwa, o któ­ry mógł oprzeć lufę, ukuc­nął za nim i wy­ce­lo­wał du­bel­tów­kę. Prze­su­nął lek­ko lufę w lewo i w pra­wo, spraw­dza­jąc, czy nic nie za­sła­nia mu pola strza­łu. Wy­obra­ził so­bie, jak trzy­ma na musz­ce in­kon­kę i dreszcz pod­nie­ce­nia prze­biegł mu przez ręce, ra­mio­na i kark.

– Nie będę mu­siał wo­dzić za nim lufą… po­wi­nien biec cał­kiem wol­no, pra­wie truch­tem. Wsa­dzę mu kulę pro­sto pod ło­pat­kę – wy­szep­tał.

Zła­mał strzel­bę, wy­jął z kie­sze­ni ko­szu­li dwa na­bo­je, wsu­nął je do ko­mór i zło­żył broń z po­wro­tem. Mu­siał użyć ca­łej siły obu rąk, żeby od­cią­gnąć duże ozdob­ne kur­ki, ale uda­ło mu się i te­raz broń była na­bi­ta i od­bez­pie­czo­na. Po­ło­żył ją po­now­nie na ka­mie­niu i wpa­try­wał się w dół. Po jego le­wej stro­nie wid­nia­ła na zbo­czu ciem­no­zie­lo­na pla­ma wą­wo­zu, a do­kład­nie po­ni­żej roz­cią­gał się tra­wia­sty pas, przez któ­ry po­wi­nien prze­biec ko­zioł. Sean zgar­nął nie­cier­pli­wie wło­sy z czo­ła; były mo­kre od potu.

Mi­ja­ły mi­nu­ty.

– Na co, do dia­bła, cze­ka Gar­ry? Taki jest cza­sa­mi nie­roz­gar­nię­ty! – mruk­nął i jak­by w od­po­wie­dzi usły­szał w dole głos bra­ta. Jego krzyk do­bie­gał z da­le­ka, stłu­mio­ny przez busz. Roz­le­gło się po­je­dyn­cze, po­zba­wio­ne en­tu­zja­zmu szczek­nię­cie – Par­tacz tak­że się dą­sał, nie lu­bił łań­cu­cha.

Sean cze­kał z pal­cem wska­zu­ją­cym na spu­ście strzel­by, wle­pia­jąc oczy w miej­sce, gdzie koń­czył się busz. Gar­rick krzyk­nął po­now­nie – i ko­zioł wy­nu­rzył się z kry­jów­ki.

Wy­biegł szyb­ko na otwar­tą prze­strzeń z pod­nie­sio­nym py­skiem i przy­le­ga­ją­cy­mi do grzbie­tu dłu­gi­mi ro­ga­mi. Sean prze­chy­lił się na bok, wo­dząc lufą za bie­gną­cym zwie­rzę­ciem, sta­ra­jąc się, by musz­ka i szczer­bin­ka zna­la­zły się na jed­nej li­nii z jego czar­ną ło­pat­ką. Wy­pa­lił z le­wej lufy i siła od­rzu­tu zwa­li­ła go z nóg; w uszach hu­czał mu od­głos strza­łu, w noz­drzach czuł woń spa­lo­ne­go pro­chu. Pod­niósł się szyb­ko, nie wy­pusz­cza­jąc z dło­ni strzel­by. Ko­zioł le­żał w tra­wie, be­cząc jak owca i ko­piąc no­ga­mi w ago­nii.

– Tra­fi­łem go – krzyk­nął Sean. – Tra­fi­łem go za pierw­szym strza­łem! Gar­ry! Gar­ry! Tra­fi­łem go, tra­fi­łem!

Par­tacz wy­nu­rzył się z bu­szu, cią­gnąc za sobą na łań­cu­chu Gar­ric­ka, i Sean, wciąż krzy­cząc z ra­do­ści, po­biegł w dół, żeby się do nich przy­łą­czyć. Po­śli­zgnął się na ka­mie­niu i upadł. Strzel­ba wy­pa­dła mu z ręki i wy­pa­li­ła z dru­giej lufy. Od­głos strza­łu był bar­dzo gło­śny.

Kie­dy Sean po­now­nie ze­rwał się na nogi, Gar­rick sie­dział na tra­wie i cien­ko pisz­czał – pisz­czał, wpa­tru­jąc się w swo­ją nogę. Strzał z du­bel­tów­ki roz­trza­skał ją i za­mie­nił cia­ło pod ko­la­nem w krwa­we strzę­py. Z otwar­tej rany, w któ­rej wi­dać było bia­łe okru­chy ko­ści, lała się sil­nym, ciem­nym stru­mie­niem krew, gę­sta ni­czym po­mi­do­ro­wy sos.

– Nie chcia­łem… O Boże, Gar­ry, ja nie chcia­łem. Po­śli­zgną­łem się. Sło­wo daję, po­śli­zgną­łem się – jęk­nął Sean. On rów­nież nie mógł ode­rwać oczu od rany. Z twa­rzy od­pły­nę­ły mu wszyst­kie ko­lo­ry, a oczy po­ciem­nia­ły i roz­sze­rzy­ły się z prze­ra­że­nia. Krew lała się na tra­wę.

– Zrób coś, żeby nie krwa­wi­ło! Sean! Pro­szę cię, zrób coś, żeby nie krwa­wi­ło. Och, jak to boli! Och! Sean! Pro­szę cię, zrób coś!

Sean nie­pew­nym kro­kiem pod­szedł do bra­ta. Chcia­ło mu się wy­mio­to­wać. Zdjął pa­sek i za­ło­żył go na po­strze­lo­ną nogę. Cie­pła krew le­pi­ła mu się do rąk. Wy­jął z po­chwy nóż i moc­niej za­ci­snął nim pa­sek. Krwa­wie­nie zmniej­szy­ło się; za­ci­snął jesz­cze moc­niej.

– Och, Sean, to boli! To boli… – Twarz Gar­ric­ka była bla­da jak wosk. Po­wo­li obej­mo­wa­ły go chłod­ne dło­nie szo­ku i za­czął drżeć z zim­na.

– Spro­wa­dzę tu Jo­se­pha – wy­mam­ro­tał Sean. – Wró­ci­my tak szyb­ko, jak tyl­ko bę­dzie­my mo­gli. O Boże, tak mi przy­kro!

Wy­pro­sto­wał się i ru­szył pę­dem w dół. Prze­wró­cił się, pod­niósł i po­biegł da­lej.

Przy­szli po go­dzi­nie. Sean przy­pro­wa­dził ze sobą trzech zu­lu­skich słu­żą­cych. Ku­charz Jo­seph przy­niósł koc. Owi­nął nim chłop­ca i wziął go na ręce. Prze­strze­lo­na noga za­wi­sła w po­wie­trzu, Gar­rick ze­mdlał. Kie­dy za­czę­li scho­dzić ze wzgó­rza, Sean spoj­rzał w do­li­nę rze­ki; nad dro­gą do La­dy­bur­ga uno­sił się mały ob­łok ku­rzu. Je­den ze sta­jen­nych pę­dził, żeby spro­wa­dzić z mia­sta Wa­ite’a Co­urt­neya.

Gdy wró­cił oj­ciec, wszy­scy cze­ka­li na we­ran­dzie. Gar­rick od­zy­skał przy­tom­ność. Le­żał na ko­zet­ce; miał bia­łą twarz, a krew są­czy­ła się przez koc. Li­be­ria Jo­se­pha po­ma­za­na była krwią, czar­na krew za­krze­pła na rę­kach Se­ana. Wa­ite Co­urt­ney wbiegł na we­ran­dę i pod­niósł koc. Przez se­kun­dę stał, wpa­tru­jąc się w nogę, a po­tem bar­dzo de­li­kat­nie za­krył ją z po­wro­tem.

Wziął na ręce Gar­ric­ka i za­niósł go do po­wo­zu. Jo­seph ru­szył za nim i ra­zem uło­ży­li Gar­ric­ka na tyl­nym sie­dze­niu. Jo­seph ob­jął chłop­ca, a ma­co­cha Gar­ric­ka wzię­ła jego nogę na ko­la­na, żeby ją unie­ru­cho­mić. Wa­ite Co­urt­ney wdra­pał się szyb­ko na ko­zioł po­wo­zu, zła­pał lej­ce, a po­tem od­wró­cił się i spoj­rzał na sto­ją­ce­go na we­ran­dzie Se­ana. Nie po­wie­dział nic, ale oczy miał strasz­ne – Sean nie mógł znieść ich spoj­rze­nia. Oj­ciec za­ciął ko­nie ba­tem i za­wró­cił brycz­kę na dro­gę do La­dy­bur­ga; po­wo­ził jak sza­lo­ny, a wiatr roz­wie­wał jego bro­dę na boki.

Sean pa­trzył, jak od­jeż­dża­ją. Po chwi­li znik­nę­li za drze­wa­mi, ale on stał wciąż sa­mot­nie na we­ran­dzie; po­tem na­gle od­wró­cił się i prze­biegł pę­dem przez cały dom. Wy­biegł ku­chen­ny­mi drzwia­mi i prze­ciąw­szy po­dwór­ko, wpadł do środ­ka po­wo­zow­ni. Zdjął ze sto­ja­ka uzdę i po­biegł do za­gro­dy. Za­go­nił w róg ogro­dze­nia gnia­dą klacz, ob­jął ra­mie­niem jej szy­ję, we­tknął do py­ska wę­dzi­dło, za­wią­zał rze­my­ki i wsko­czył na oklep na jej grzbiet.

Kop­nął klacz pię­ta­mi i na­kło­nił do bie­gu w stro­nę bra­my. Od­chy­lił się do tyłu, kie­dy po­de­rwa­ła się do sko­ku, i przy­lgnął do jej kar­ku, gdy lą­do­wa­ła, po czym usa­do­wił się le­piej na jej grzbie­cie i po­cią­gnął za uzdę, kie­ru­jąc klacz na dro­gę do La­dy­bur­ga.

Do mia­sta było osiem mil i po­wóz za­je­chał tam wcze­śniej od Se­ana. Od­na­lazł go przed do­mem dok­to­ra van Ro­oy­ena; ko­nie sa­pa­ły cięż­ko, a ich skó­ra zla­na była po­tem. Sean ze­śli­zgnął się z koń­skie­go grzbie­tu, pod­szedł do drzwi ga­bi­ne­tu za­bie­go­we­go i ci­cho je otwo­rzył. W po­ko­ju uno­sił się słod­ka­wy za­pach chlo­ro­for­mu. Gar­rick le­żał na sto­le. Po jego obu stro­nach sta­li Wa­ite i jego żona, a dok­tor mył ręce w sto­ją­cej przy ścia­nie ema­lio­wa­nej mied­ni­cy. Ada Co­urt­ney ci­cho pła­ka­ła; jej twarz za­la­na była łza­mi. Wszy­scy od­wró­ci­li się, spo­glą­da­jąc na sto­ją­ce­go w pro­gu Se­ana.

– Chodź tu­taj – po­wie­dział Wa­ite Co­urt­ney. Głos miał ma­to­wy i bez wy­ra­zu. – Chodź tu i stań koło mnie. Będą od­ci­nać nogę two­je­mu bra­tu i, na Chry­stu­sa, nie po­zwo­lę ci ani na chwi­lę od­wró­cić od tego oczu!

W nocy przy­wieź­li Gar­ric­ka z po­wro­tem do Theu­nis Kra­al. Wa­ite Co­urt­ney pro­wa­dził brycz­kę bar­dzo po­wo­li i ostroż­nie. Da­le­ko z tyłu wlókł się Sean. W sa­mej ko­szul­ce było mu zim­no i czuł się okrop­nie po tym, co zo­ba­czył. Miał si­nia­ki na ra­mie­niu, w miej­scu gdzie trzy­mał go oj­ciec, zmu­sza­jąc do oglą­da­nia za­bie­gu.

Słu­żą­cy zo­sta­wi­li na we­ran­dzie za­pa­lo­ne la­tar­nie. Sie­dzie­li w cie­niu, cisi i peł­ni nie­po­ko­ju.

– Noga? – za­py­tał je­den z nich w ję­zy­ku zulu, kie­dy Wa­ite wcho­dził na stop­nie z owi­nię­tym w koc Gar­ric­kiem.

– Ucię­ta – od­parł za­chryp­nię­tym gło­sem Wa­ite.

Z ust ich wszyst­kich wy­rwa­ło się ci­che wes­tchnie­nie.

– Jak się czu­je? – za­py­tał ten sam głos.

– Żyje – po­wie­dział Wa­ite.

Za­niósł Gar­ric­ka do po­ko­ju prze­zna­czo­ne­go dla go­ści i cho­rych i trzy­mał go w ra­mio­nach, cze­ka­jąc, aż żona po­ście­li łóż­ko; po­tem po­ło­żył go i przy­krył.

– Czy jest coś jesz­cze, co mo­że­my zro­bić? – za­py­ta­ła Ada.

– Mo­że­my tyl­ko cze­kać.

Po­szu­ka­ła dło­ni męża.

– Boże, pro­szę Cię, po­zwól mu żyć – wy­szep­ta­ła. – Jest taki mło­dy.

– To wina Se­ana! – Wa­ite za­pło­nął na­głym gnie­wem. – Gar­ry nig­dy nie zro­bił­by sam cze­goś ta­kie­go. – Pró­bo­wał uwol­nić rękę z uści­sku Ady.

– Co masz za­miar zro­bić? – za­py­ta­ła.

– Mam za­miar stłuc go na kwa­śne jabł­ko. Mam za­miar ze­drzeć z nie­go pasy.

– Pro­szę cię, nie rób tego.

– O co ci cho­dzi?

– I tak ma już do­syć. Wi­dzia­łeś jego twarz?

Wa­ite’owi opa­dły na­gle bez­sil­nie ra­mio­na i usiadł na fo­te­lu obok łóż­ka. Ada do­tknę­ła jego po­licz­ka.

– Zo­sta­nę tu­taj z Gar­rym – po­wie­dzia­ła. – Idź i spró­buj się tro­chę zdrzem­nąć, mój dro­gi.

– Nie – od­parł. Ada usia­dła na skra­ju fo­te­la i Wa­ite ob­jął ją. Po dłu­gim cza­sie obo­je za­snę­li, przy­tu­le­ni do sie­bie w fo­te­lu koło łóż­ka.

Nade­szły złe dni. Umysł Gar­ric­ka wy­zwo­lił się z jarz­ma rze­czy­wi­sto­ści i po­grą­żył w go­rą­cej kra­inie de­li­rium.

Chło­piec dy­szał cięż­ko i rzu­cał roz­pa­lo­ną gło­wą na wszyst­kie stro­ny, pła­cząc i za­wo­dząc w wiel­kim łóż­ku; ki­kut nogi spuchł jak ba­nia i szwy były tak na­pię­te, że wy­da­wa­ło się, iż wy­rwą się z obrzmia­łe­go cia­ła. Z ran wy­cie­ka­ła na prze­ście­ra­dło żół­ta i cuch­ną­ca ropa.

Przez cały ten czas była przy nim Ada. Ocie­ra­ła mu pot z twa­rzy, zmie­nia­ła opa­trun­ki na ki­ku­cie, trzy­ma­ła przy ustach szklan­kę, żeby się na­pił, i uspo­ka­ja­ła, kie­dy ma­ja­czył. Mia­ła pod­krą­żo­ne ze zmę­cze­nia i zmar­twie­nia oczy, ale nie opusz­cza­ła go. In­a­czej Wa­ite. Ce­cho­wał go ty­po­wy dla męż­czyzn strach przed cier­pie­niem i do­słow­nie du­sił się, gdy tyl­ko dłu­żej zo­stał w po­ko­ju. Co pół go­dzi­ny zja­wiał się przy łóż­ku, a po­tem na­gle od­wra­cał się i wy­cho­dził, żeby nie­spo­koj­nie krą­żyć po ca­łym domu. Z ko­ry­ta­rzy do­bie­ga­ło Adę jego cięż­kie stą­pa­nie.

Sean też nie wy­cho­dził z domu: sie­dział na ogół w kuch­ni albo w od­le­głym ką­cie we­ran­dy. Nikt się do nie­go nie od­zy­wał, na­wet służ­ba; prze­pę­dza­li go, kie­dy pró­bo­wał wśli­zgnąć się do sy­pial­ni Gar­ric­ka. Był sa­mot­ny tak, jak tyl­ko może być sa­mot­ny ktoś, kogo gnę­bi po­czu­cie winy – bo Gar­ry’ego cze­ka­ła śmierć, po­zna­wał to po nie­do­brej ci­szy, któ­ra wi­sia­ła nad Theu­nis Kra­al. Z kuch­ni nie do­cho­dzi­ły roz­mo­wy ani stu­ka­nie garn­ków, nie sły­chać było do­no­śne­go, głę­bo­kie­go śmie­chu ojca; na­wet psy były mar­kot­ne. Śmierć za­wład­nę­ła Theu­nis Kra­al. Jej za­pach uno­sił się z po­pla­mio­nych prze­ście­ra­deł przy­no­szo­nych do kuch­ni z po­ko­ju Gar­ric­ka; piż­mo­wy, zwie­rzę­cy za­pach. Cza­sa­mi Se­ano­wi wy­da­wa­ło się, że ją wi­dzi; na­wet sie­dząc w ja­snym świe­tle dnia na we­ran­dzie, czuł, jak czai się bli­sko nie­go, że jest jak cień na obrze­żu jego wi­dze­nia. Na ra­zie nie przy­bie­ra­ła żad­nej for­my. Była chło­dem i ciem­no­ścią, któ­ra ota­cza­ła dom, gro­ma­dząc siły po­trzeb­ne, by za­brać jego bra­ta.

Trze­cie­go dnia Wa­ite wy­padł z krzy­kiem z po­ko­ju Gar­ric­ka. Prze­biegł przez dom i po­dwór­ko.

– Kar­lie! Gdzie je­steś? Osio­dłaj Ro­oiber­ga. Po­spiesz się, czło­wie­ku, niech cię dia­bli. On umie­ra, sły­szysz mnie, on umie­ra!

Sean nie ru­szał się spod ku­chen­nych drzwi, gdzie sie­dział opar­ty o ścia­nę. Ob­jął tyl­ko moc­niej ra­mie­niem szy­ję Par­ta­cza, któ­ry do­tknął chłod­nym no­sem jego po­licz­ka. Pa­trzył, jak oj­ciec wska­ku­je na ogie­ra i od­jeż­dża. Pod­ko­wy za­dud­ni­ły na dro­dze do La­dy­bur­ga i kie­dy prze­brzmiał ich od­głos, Sean wstał i wśli­zgnął się do domu; na­słu­chi­wał chwi­lę przy drzwiach sy­pial­ni Gar­ric­ka, a po­tem otwo­rzył je ci­cho i wszedł do środ­ka. Ada od­wró­ci­ła się do nie­go; mia­ła zmę­czo­ną twarz. Wy­glą­da­ła o wie­le sta­rzej niż na swo­je trzy­dzie­ści pięć lat, ale czar­ne wło­sy ścią­gnę­ła do tyłu w ele­ganc­ki kok i mia­ła na so­bie świe­żą i czy­stą suk­nię. Mimo wy­czer­pa­nia wciąż była pięk­ną ko­bie­tą. Mia­ła w so­bie ła­god­ność i do­broć, któ­rych nie po­tra­fi­ły znisz­czyć ból i zmar­twie­nia. Wy­cią­gnę­ła rękę do Se­ana. Pod­szedł do jej krze­sła i spoj­rzał na Gar­ric­ka. Do­my­ślił się, dla­cze­go jego oj­ciec po­je­chał po dok­to­ra. W po­ko­ju cza­iła się śmierć – lo­do­wa­ty chłód uno­sił się nad łóż­kiem. Gar­rick le­żał nie­ru­cho­mo; twarz miał żół­tą, oczy za­mknię­te, a usta po­pę­ka­ne i su­che.

W Se­anie wez­bra­ła cała drę­czą­ca go sa­mot­ność i po­czu­cie winy. Z pier­si wy­darł mu się zdła­wio­ny szloch, szloch, któ­ry ka­zał mu uklęk­nąć i wtu­lić twarz w suk­nię Ady. Pła­kał po raz ostat­ni w ży­ciu, pła­kał, jak pła­cze męż­czy­zna – z przej­mu­ją­cym bó­lem, czu­jąc, jak każ­dy szloch roz­ry­wa mu pierś.

Wa­ite Co­urt­ney wró­cił z La­dy­bur­ga z dok­to­rem. Ko­lej­ny raz Se­ana wy­pro­wa­dzo­no z po­ko­ju i za­mknię­to drzwi. Przez całą noc sły­szał, jak krzą­ta­ją się w po­ko­ju Gar­ric­ka, sły­szał ich przy­tłu­mio­ne gło­sy i szu­ra­nie nóg po drew­nia­nej żół­tej pod­ło­dze. Nad ra­nem było po wszyst­kim. Go­rącz­ka mi­nę­ła, Gar­rick prze­żył. Był żywy, ale skraj­nie wy­czer­pa­ny – za­pad­nię­te oczy tkwi­ły głę­bo­ko w ciem­nych oczo­do­łach – ni­czym u ko­ścio­tru­pa.

Jego cia­ło i umysł nig­dy w peł­ni nie wró­ci­ły do zdro­wia po bru­tal­nej am­pu­ta­cji.

Do­cho­dził do sie­bie wol­no – mi­nął ty­dzień, za­nim mógł sam pod­nieść łyż­kę do ust. Lecz pierw­szym pra­gnie­niem było pra­gnie­nie zo­ba­cze­nia bra­ta.

– Gdzie jest Sean? – za­py­tał, za­nim jesz­cze po­tra­fił wy­po­wie­dzieć coś gło­śniej niż szep­tem.

I Sean, wciąż prze­peł­nio­ny po­czu­ciem winy, prze­sia­dy­wał przy nim go­dzi­na­mi. Do­pie­ro kie­dy Gar­rick za­sy­piał, Sean wy­my­kał się z po­ko­ju i z węd­ką albo oszcze­pa­mi i szcze­ka­ją­cym u boku Par­ta­czem wy­bie­gał na sa­wan­nę. To, że spę­dzał tyle cza­su przy łóż­ku cho­re­go, świad­czy­ło o roz­mia­rach jego skru­chy. Bez­czyn­ność draż­ni­ła go ni­czym uprząż mło­de­go źre­ba­ka; nikt nie wie­dział, ile kosz­to­wa­ły go te prze­sie­dzia­ne w ci­szy go­dzi­ny, pod­czas któ­rych całe jego cia­ło roz­sa­dza­ła nie­wy­czer­pa­na ener­gia, a jed­na myśl go­ni­ła dru­gą.

A po­tem Sean mu­siał wra­cać do szko­ły. Wy­je­chał w po­nie­dzia­łek rano, kie­dy było jesz­cze ciem­no. Gar­rick przy­słu­chi­wał się od­gło­som od­jaz­du, rże­niu sto­ją­cych na pod­jeź­dzie koni i gło­so­wi Ady wy­da­ją­cej ostat­nie in­struk­cje.

– Wło­ży­łam ci pod ko­szu­le bu­tel­kę sy­ro­pu na ka­szel, od­daj ją Fräu­le­in, jak tyl­ko się roz­pa­ku­jesz. Ona do­pil­nu­je, że­byś go za­żył przy pierw­szych ob­ja­wach prze­zię­bie­nia.

– Tak, mamo.

– W ma­łym ku­fer­ku masz sześć ka­mi­ze­lek. Wkła­daj świe­żą każ­de­go dnia.

– Ka­mi­zel­ki są dla ma­min­syn­ków.

– Rób, co ci każą, mło­dy czło­wie­ku – to głos Wa­ite’a. – I jedz szyb­ciej owsian­kę. Mu­si­my już wy­jeż­dżać, je­śli mam cię za­wieźć do mia­sta na siód­mą.

– Mogę się po­że­gnać z Gar­rym?

– Po­że­gna­łeś się z nim już wczo­raj wie­czo­rem… te­raz na pew­no jesz­cze śpi.

Gar­rick otwo­rzył usta, żeby za­wo­łać, ale wie­dział, że i tak go nie usły­szą. Le­żał ci­cho, przy­słu­chu­jąc się szu­ra­niu od­su­wa­nych w ja­dal­ni krze­seł, po­tem pro­ce­sji kro­ków na we­ran­dzie, gło­śnym okrzy­kom po­że­gna­nia i na ko­niec tur­ko­to­wi kół to­czą­cej się po żwi­rze brycz­ki. Po od­jeź­dzie Se­ana i ojca zro­bi­ło się bar­dzo ci­cho.

Dni mi­ja­ły bez­barw­nie. Je­dy­nym ja­śniej­szym mo­men­tem sta­ły się dla Gar­ric­ka week­en­dy. Cze­kał na nie z utę­sk­nie­niem, a okres mię­dzy jed­nym a dru­gim wy­da­wał mu się wiecz­no­ścią – mło­dym i cho­rym czas pły­nie wol­niej. Ada i Wa­ite nie­wie­le wie­dzie­li, co czuł. W jego po­ko­ju znaj­do­wa­ło się te­raz cen­trum ca­łe­go domu; prze­nie­śli tu ze świe­tli­cy dwa wiel­kie skó­rza­ne fo­te­le, po­sta­wi­li je przy łóż­ku i spę­dza­li w nich wie­czo­ry: Ada ze swo­imi ro­bót­ka­mi, a Wa­ite z faj­ką w ustach i kie­lisz­kiem bran­dy przy łok­ciu, stru­ga­ją­cy drew­nia­ną nogę i śmie­ją­cy się swo­im głę­bo­kim śmie­chem. Obo­je sta­ra­li się na­wią­zać z nim kon­takt. Być może przy­czy­ną ich po­raż­ki stał się fakt, że ro­bi­li to tak osten­ta­cyj­nie, a cof­nię­cie się do tych lat, kie­dy Gar­ry był ma­łym chłop­cem, oka­za­ło się nie­moż­li­we. Po­mię­dzy do­ro­sły­mi a ta­jem­nym świa­tem mło­dych ist­nie­je za­wsze pew­na ba­rie­ra, pe­wien dy­stans. Gar­rick śmiał się ra­zem z nimi i roz­ma­wiał, ale to nie było to samo, co ob­co­wa­nie z Se­anem. W cią­gu dnia Ada mu­sia­ła pro­wa­dzić duże go­spo­dar­stwo, a Wa­ite miał na gło­wie pięt­na­ście ty­się­cy akrów zie­mi i dwa ty­sią­ce sztuk by­dła. To był czas, kie­dy Gar­rick czuł się naj­bar­dziej sa­mot­ny. Gdy­by nie książ­ki, mógł­by tego nie wy­trzy­mać. Czy­tał wszyst­ko, co przy­no­si­ła mu Ada: Ste­ven­so­na, Swi­fta, De­foe, Dic­ken­sa, a na­wet Szek­spi­ra. Wie­lu rze­czy nie ro­zu­miał, ale czy­tał łap­czy­wie i opium dru­ko­wa­ne­go sło­wa po­ma­ga­ło mu prze­trwać dłu­gie dni aż do piąt­ku, do po­wro­tu Se­ana.

Kie­dy wra­cał Sean, wy­da­wa­ło się, że przez cały dom prze­cho­dzi po­tęż­ny po­dmuch wia­tru. Drzwi trza­ska­ły, szcze­ka­ły psy, słu­żą­cy zrzę­dzi­li, a wszę­dzie, na gó­rze i na dole, sły­chać było tu­pot bo­sych stóp. Naj­bar­dziej ha­ła­so­wał sam Sean, ale nie wy­łącz­nie. Była rów­nież jego świ­ta: ko­le­dzy z kla­sy, z ma­ło­mia­stecz­ko­wej szko­ły, do któ­rej cho­dził. Przyj­mo­wa­li au­to­ry­tet Se­ana z po­dob­ną go­to­wo­ścią co Gar­rick; zdo­był go so­bie nie tyl­ko siłą pię­ści, ale rów­nież we­so­ło­ścią i wi­go­rem, któ­re za­ra­ża­ły in­nych. Przy­jeż­dża­li tego lata do Theu­nis Kra­al całą gro­ma­dą, cza­sa­mi we trzech na grzbie­cie jed­ne­go ku­cy­ka, ni­czym sie­dzą­ce na szta­che­tach ja­skół­ki. Do­dat­ko­wą atrak­cję sta­no­wił ki­kut Gar­ric­ka. Sean był z nie­go bar­dzo dum­ny.

– Tu­taj wła­śnie zszył to dok­tor – mó­wił, wska­zu­jąc na śla­dy szwów bie­gną­ce wzdłuż po­fał­do­wa­nej bli­zny.

– Czy mogę tego do­tknąć?

– Nie za moc­no, bo pęk­nie.

Gar­ric­ko­wi nig­dy nie po­świę­ca­no tyle uwa­gi w ca­łym jego ży­ciu. Pro­mie­niał, kie­dy wle­pia­li w nie­go roz­sze­rzo­ne z prze­ję­cia oczy.

– Śmiesz­ne uczu­cie… tak jak­by była go­rą­ca.

– Czy to bo­la­ło?

– Jak prze­ciął kość?…. to­po­rem?

– Nie. – Tyl­ko Sean był w sta­nie od­po­wie­dzieć na tego ro­dza­ju tech­nicz­ne py­ta­nia. – Piłą. Tak jak pi­łu­je się drze­wo. – Po­ka­zał otwar­tą dło­nią, jak się to robi.

Ale na­wet tak fa­scy­nu­ją­cy te­mat nie mógł za­trzy­mać ich na dłu­go i w koń­cu za­czy­na­li się nie­spo­koj­nie krę­cić.

– Hej, Sean, Karl i ja wie­my, gdzie jest gniaz­do cza­pli… chcesz zo­ba­czyć? – mó­wi­li. Albo: – Chodź­my ła­pać żaby. – I wte­dy Gar­rick pró­bo­wał de­spe­rac­ko zwró­cić z po­wro­tem na sie­bie ich uwa­gę.

– Je­śli ma­cie ocho­tę, mo­że­cie obej­rzeć moją ko­lek­cję znacz­ków. Leży tam, na kre­den­sie.

– Nie, wi­dzie­li­śmy ją już w ze­szłym ty­go­dniu. Chodź­my.

W tym wła­śnie mo­men­cie Ada, któ­ra przy­słu­chi­wa­ła się roz­mo­wie przez otwar­te drzwi kuch­ni, wno­si­ła je­dze­nie. Pie­czo­ne w mio­dzie ko­ek­su­ste­ry4, po­kry­te lu­krem ciast­ka cze­ko­la­do­we, kon­fi­tu­ry z me­lo­na i pół tu­zi­na in­nych sma­ko­ły­ków. Wie­dzia­ła, że nie wyj­dą z po­ko­ju, do­pó­ki nie zmio­tą wszyst­kie­go z ta­le­rzy, i że roz­bo­lą ich od tego brzu­chy, ale było to lep­sze od wi­do­ku Gar­ric­ka le­żą­ce­go sa­mot­nie i przy­słu­chu­ją­ce­go się, jak bie­ga­ją po wzgó­rzach.

Week­en­dy były krót­kie, mi­ja­ły nie wia­do­mo kie­dy. Dla Gar­ric­ka za­czy­nał się ko­lej­ny dłu­gi ty­dzień. Mi­nę­ło ich osiem, osiem po­nu­rych ty­go­dni, za­nim dok­tor van Ro­oy­en po­zwo­lił mu prze­sia­dy­wać w cią­gu dnia na we­ran­dzie. Ale od tej chwi­li per­spek­ty­wa po­wro­tu do zdro­wia za­czę­ła przy­bie­rać cał­kiem re­al­ne kształ­ty. Drew­nia­na noga, któ­rą ro­bił Wa­ite, była pra­wie go­to­wa: oj­ciec mo­de­lo­wał te­raz skó­rza­ną mi­secz­kę, do któ­rej miał przy­le­gać ki­kut, przy­bi­jał ją do drew­nia­nej po­wierzch­ni mie­dzia­ny­mi gwoź­dzia­mi o pła­skich czub­kach; pra­co­wał sta­ran­nie, for­mu­jąc skó­rę i do­pa­so­wu­jąc pa­ski, któ­re mia­ły słu­żyć do jej przy­mo­co­wa­nia. W tym cza­sie Gar­rick ćwi­czył na we­ran­dzie, ska­cząc obok Ady, za­rzu­ciw­szy jej rękę na ra­mię, z za­ci­śnię­ty­mi z prze­ję­cia szczę­ka­mi i po­bla­dłą twa­rzą, na któ­rej za­zna­cza­ły się wy­raź­nie pie­gi po tak dłu­gim prze­by­wa­niu w za­mknię­tym po­miesz­cze­niu. Dwa razy dzien­nie Ada sia­da­ła na po­dusz­ce przed krze­słem Gar­ric­ka i na­cie­ra­ła mu ki­kut spi­ry­tu­sem me­ty­lo­wym, żeby za­har­to­wać go przed pierw­szym ze­tknię­ciem z cia­sną skó­rza­ną mi­secz­ką.

– Za­ło­żę się, że Sean się za­dzi­wi, kie­dy zo­ba­czy mnie spa­ce­ru­ją­ce­go po po­dwór­ku.

– Wszy­scy się za­dzi­wią – za­pew­ni­ła go Ada. Spoj­rza­ła mu w oczy i uśmiech­nę­ła się.

– Czy mogę spró­bo­wać już te­raz? Mógł­bym pójść z nim na ryby, kie­dy przy­je­dzie w so­bo­tę.

– Nie po­wi­nie­neś ro­bić so­bie zbyt wiel­kich na­dziei, Gar­ry. Na po­cząt­ku nie bę­dzie to ta­kie ła­twe. Naj­pierw bę­dziesz mu­siał się na­uczyć. Po­dob­nie jak jaz­dy na ko­niu; pa­mię­tasz, ile razy spa­dłeś z sio­dła, za­nim na­uczy­łeś się jeź­dzić?

– Ale czy mogę za­cząć już te­raz?

Ada się­gnę­ła po bu­tel­kę, na­la­ła so­bie tro­chę spi­ry­tu­su w stu­lo­ną dłoń i na­tar­ła mu ki­kut.

– Mu­si­my za­cze­kać, aż dok­tor van Ro­oy­en po­wie, że je­steś go­tów. To nie po­trwa dłu­go.

I nie po­trwa­ło.

– Mo­że­cie mu już za­ło­żyć pro­te­zę – po­wie­dział po swo­jej na­stęp­nej wi­zy­cie dok­tor van Ro­oy­en, kie­dy Wa­ite od­pro­wa­dzał go do dwu­kół­ki. – Bę­dzie miał się czym za­jąć. Nie po­zwól­cie, żeby się prze­mę­czał, i pil­nuj­cie, żeby nie ob­tarł so­bie ki­ku­ta. Nie chce­my ko­lej­nej in­fek­cji.

Pro­te­za – ode­zwa­ło się echem w umy­śle Wa­ite’a to wstręt­ne sło­wo, kie­dy zni­ka­ła mu z oczu dwu­kół­ka. – Pro­te­za – po­wtó­rzył i za­ci­snął pię­ści po bo­kach, nie chcąc od­wró­cić gło­wy, żeby nie zo­ba­czyć ża­ło­śnie prze­ję­tej twa­rzy na we­ran­dzie.

– Jes­teś pe­wien, że nig­dzie cię nie uwie­ra? – za­py­tał Wa­ite, ku­ca­jąc przed krze­słem Gar­ric­ka i przy­mie­rza­jąc pro­te­zę.

Obok nich sta­ła Ada.

– Tak, nig­dzie, po­zwól­cie mi sta­nąć. Jezu, ale Sean się za­dzi­wi, praw­da? Będę mógł po­je­chać z nim do szko­ły w po­nie­dzia­łek, praw­da? – Gar­rick drżał cały z pod­nie­ce­nia.

– Zo­ba­czy­my – mruk­nął nie­zo­bo­wią­zu­ją­co Wa­ite. Wy­pro­sto­wał się i sta­nął obok krze­sła.

– Ado, moja dro­ga, weź go za dru­gie ra­mię. Te­raz słu­chaj, Gar­ry, chcę, że­byś naj­pierw się z tym oswo­ił. Sta­niesz z na­szą po­mo­cą i bę­dziesz się sta­rał po pro­stu utrzy­mać rów­no­wa­gę. Ro­zu­miesz?

Gar­rick kiw­nął z en­tu­zja­zmem gło­wą.

– Do­brze, więc te­raz wstań.

Gar­rick wy­pro­sto­wał przed sobą pro­te­zę, któ­ra za­szu­ra­ła po drew­nia­nej pod­ło­dze. Pod­nie­śli go i sta­nął, opie­ra­jąc się ca­łym cię­ża­rem na sztucz­nej no­dze.

– Pa­trz­cie! Sto­ję na niej! Hej, pa­trz­cie, sto­ję! – krzyk­nął i roz­ja­śni­ła mu się twarz. – Daj­cie mi cho­dzić, da­lej! Daj­cie mi cho­dzić.

Ada spoj­rza­ła na męża, któ­ry ski­nął gło­wą. Po­pro­wa­dzi­li wspól­nie Gar­ric­ka do przo­du. Po­tknął się dwa razy, ale nie dali mu upaść. Pro­te­za kle­ko­ta­ła na de­skach pod­ło­gi. Za­nim do­szli do koń­ca we­ran­dy, na­uczył się pod­no­sić wy­so­ko nogę, kie­dy prze­su­wał ją do przo­du. Za­wró­ci­li i w dro­dze po­wrot­nej po­tknął się tyl­ko raz.

– Wspa­nia­le, Gar­ry, wspa­nia­le ci idzie – po­wie­dzia­ła ze śmie­chem Ada.

– Nie­dłu­go bę­dziesz ra­dził so­bie sam. – Wa­ite uśmiech­nął się z ulgą. Nie spo­dzie­wał się, że pój­dzie to tak ła­two, a Gar­rick na­tych­miast wziął go za sło­wo.

– Po­zwól­cie mi sta­nąć sa­me­mu.

– Nie tym ra­zem, chłop­cze. Na je­den dzień wy­star­czy.

– O Jezu, tato. Nie będę pró­bo­wał cho­dzić, po pro­stu sta­nę. W ra­zie cze­go zła­pie­cie mnie ra­zem z mamą. Pro­szę, tato, pro­szę.

Wa­ite za­wa­hał się.

– Po­zwól mu, mój dro­gi – wsta­wi­ła się za Gar­ric­kiem Ada. – Tak do­brze so­bie ra­dził. Po­mo­że mu to od­zy­skać wia­rę we wła­sne siły.

– No do­brze. Ale nie pró­buj cho­dzić – zgo­dził się Wa­ite. – Go­tów je­steś, Gar­ry? Puść go.

Pu­ści­li go ostroż­nie. Za­chwiał się lek­ko i ich ręce po­spie­szy­ły z po­wro­tem.

– Nic mi się nie sta­nie. Zo­staw­cie mnie. – Uśmiech­nął się do nich uspo­ka­ja­ją­co i po­now­nie od­su­nę­li ręce. Przez chwi­lę stał wy­pro­sto­wa­ny, a po­tem spoj­rzał w dół i uśmiech za­stygł mu na war­gach. Był na szczy­cie wy­so­kiej góry, żo­łą­dek pod­cho­dził mu do gar­dła. Gar­ry bał się, de­spe­rac­ko i ir­ra­cjo­nal­nie się bał. Prze­chy­lił się gwał­tow­nie i za­nim zdą­ży­li go zła­pać, z gar­dła wy­darł mu się krzyk.

– Spa­dam! Za­bierz­cie to! Za­bierz­cie!

Jed­nym szyb­kim ru­chem po­sa­dzi­li go na krze­śle.

– Za­bierz­cie to! Spa­dam!

Prze­raź­li­we krzy­ki syna roz­dzie­ra­ły Wa­ite’owi ser­ce. Go­rącz­ko­wo szar­pał rze­my­ki mo­cu­ją­ce pro­te­zę.

– Zdją­łem to, Gar­ry. Je­steś bez­piecz­ny. Trzy­mam cię.

Przy­tu­lił go do pier­si, pra­gnąc, by po­czuł się pew­nie w uści­sku jego moc­nych ra­mion, bli­sko po­tęż­ne­go cia­ła, ale Gar­rick nie prze­sta­wał szar­pać się i roz­pacz­li­wie krzy­czeć.

– Za­nieś go do sy­pial­ni, za­bierz go do środ­ka – za­wo­ła­ła Ada i Wa­ite wy­biegł z we­ran­dy, trzy­ma­jąc Gar­ric­ka w ra­mio­nach.

Wła­śnie wte­dy Gar­rick po raz pierw­szy od­krył swo­ją kry­jów­kę. W mo­men­cie gdy ogar­nia­ją­ce go prze­ra­że­nie sta­ło się nie do znie­sie­nia, po­czuł, jak coś prze­su­wa się mięk­ko w jego gło­wie. Pod po­wie­ka­mi za­trze­po­ta­ły mu skrzy­dła ćmy. Świat przed jego oczy­ma po­sza­rzał, jak­by prze­sło­nił go tu­man mgły, któ­ra gęst­nia­ła i gu­bi­ły się w niej wszel­kie od­gło­sy i kształ­ty. Była cie­pła – cie­pła i bez­piecz­na. Nikt nie mógł go tu skrzyw­dzić, mgła otu­la­ła go i chro­ni­ła. Był bez­piecz­ny.

– Chy­ba za­snął – szep­nął Wa­ite do żony. W jego gło­sie brzmia­ło zdu­mie­nie. Przy­glą­dał się ba­daw­czo twa­rzy chłop­ca i przy­słu­chi­wał jego od­de­cho­wi. – Ale to sta­ło się tak szyb­ko… to nie­nor­mal­ne. Choć z dru­giej stro­ny wy­glą­da do­brze.

– My­ślisz, że po­win­ni­śmy we­zwać dok­to­ra? – za­py­ta­ła Ada.

– Nie. – Wa­ite po­trzą­snął gło­wą. – Po pro­stu przy­kry­ję go i po­sie­dzę tu­taj, aż się obu­dzi.

Gar­rick obu­dził się wcze­snym wie­czo­rem i usiadł, uśmie­cha­jąc się, jak­by nic się nie sta­ło. Od­prę­żo­ny, tro­chę za­kło­po­ta­ny, ale po­god­ny, zjadł dużą ko­la­cję. Nikt nie wspo­mniał już ani sło­wem o sztucz­nej no­dze. Mo­gło się zda­wać, że Gar­rick zu­peł­nie o niej za­po­mniał.

Sean przy­je­chał do domu w pią­tek po po­łu­dniu. Miał pod­bi­te oko – bój­ka mu­sia­ła zda­rzyć się przed kil­ko­ma dnia­mi, bo brze­gi si­nia­ka zdą­ży­ły się już za­zie­le­nić. Sean bar­dzo po­wścią­gli­wie wy­po­wia­dał się na jej te­mat. Przy­wiózł ze sobą jaja mu­cho­łów­ki – ofia­ro­wał je Gar­ric­ko­wi – oraz ży­we­go węża w tek­tu­ro­wym pu­deł­ku, któ­re­go Ada na­tych­miast ska­za­ła na śmierć, nie zwa­ża­jąc na peł­ną pa­sji mowę, wy­gło­szo­ną przez Se­ana w jego obro­nie; a tak­że łuk wy­stru­ga­ny z drze­wa m’sen­ga, któ­re, we­dług opi­nii Se­ana, naj­le­piej na­da­je się do spo­rzą­dza­nia łu­ków.

W Theu­nis Kra­al jak zwy­kle wie­le się zmie­ni­ło wraz z jego przy­jaz­dem – wszę­dzie wię­cej było gwa­ru, wię­cej ru­chu i wię­cej śmie­chu.

Na ko­la­cję po­da­no tego dnia ol­brzy­mią pie­czeń wo­ło­wą i kar­to­fle w mun­dur­kach – ulu­bio­ne da­nie Se­ana, któ­ry zmia­tał wszyst­ko z ta­le­rza ni­czym głod­ny py­ton.

– Nie wkła­daj tyle do ust – stro­fo­wał go sie­dzą­cy u szczy­tu sto­łu Wa­ite, ale w jego gło­sie brzmia­ła czu­łość. Trud­no było nie fa­wo­ry­zo­wać jed­ne­go z sy­nów. Sean przy­jął re­pry­men­dę w du­chu, w ja­kim zo­sta­ła udzie­lo­na.

– Tato, w tym ty­go­dniu oszcze­ni­ła się suka Frik­kie­go Obe­rhol­ste­ra. Ma sześć szcze­nia­ków.

– Nie – od­par­ła zde­cy­do­wa­nym gło­sem Ada.

– Jezu, mamo, cho­ciaż jed­ne­go.

– Sły­sza­łeś, co po­wie­dzia­ła mat­ka, Sean.

Chło­piec po­lał mię­so so­sem, prze­kro­ił kar­to­fel i pod­niósł po­łów­kę do ust. Wła­ści­wie wca­le się nie spo­dzie­wał, że się zgo­dzą – ale gra była war­ta świecz­ki.

– Cze­go na­uczy­łeś się w tym ty­go­dniu? – za­py­ta­ła Ada. To było przy­kre py­ta­nie. Sean uczył się tyl­ko tyle, ile mu­siał, żeby unik­nąć kło­po­tów – i ani tro­chę wię­cej.

– Och, mnó­stwa rze­czy – od­parł nie­zo­bo­wią­zu­ją­co i szyb­ko zmie­nił te­mat. – Skoń­czy­łeś już sztucz­ną nogę dla Gar­ric­ka, tato?

Za­pa­dła ci­sza. Gar­rick wle­pił oczy w ta­lerz; jego twarz po­zba­wio­na była wy­ra­zu. Sean wsa­dził so­bie do ust dru­gą po­łów­kę kar­to­fla.

– Je­śli tak – prze­mó­wił z peł­ny­mi usta­mi – to ju­tro ja i Gar­ry idzie­my na ba­gna ło­wić ryby.

– Nie mów z peł­ny­mi usta­mi – wark­nął Wa­ite z nie­ocze­ki­wa­ną zło­ścią. – Za­cho­wu­jesz się jak pro­siak.

– Prze­pra­szam, tato – mruk­nął Sean. Resz­ta po­sił­ku upły­nę­ła w nie­przy­jem­nym mil­cze­niu i za­raz po ko­la­cji Sean uciekł do sy­pial­ni. Gar­ry ru­szył za nim, pod­ska­ku­jąc na jed­nej no­dze i opie­ra­jąc się rę­ko­ma o ścia­ny.

– Dla­cze­go tata jest taki wście­kły? – za­py­tał roz­ża­lo­ny Sean, kie­dy tyl­ko zna­leź­li się sami.

– Nie wiem – od­parł Gar­rick, sia­da­jąc na łóż­ku.

– Cza­sa­mi wście­ka się nie wia­do­mo dla­cze­go… sam wiesz.

Sean ścią­gnął ko­szu­lę przez gło­wę, zwi­nął ją w kłę­bek i ci­snął w kąt po­ko­ju.

– Le­piej ją pod­nieś, bo bę­dzie awan­tu­ra – ostrzegł go ła­god­nie Gar­rick. Sean zdjął spodnie i kop­nął je w to samo miej­sce. Ten mały po­kaz nie­za­leż­no­ści po­pra­wił mu hu­mor. Prze­szedł przez po­kój i sta­nął nagi przed Gar­ric­kiem.

– Po­patrz – po­wie­dział z dumą. – Wło­sy!

Gar­rick przyj­rzał mu się do­kład­nie. Nie spo­sób było za­prze­czyć: na pod­brzu­szu Se­ana ro­sło kil­ka wło­sków.

– Nie ma ich zbyt wie­le – stwier­dził Gar­rick, na próż­no sta­ra­jąc się ukryć brzmią­cą w jego gło­sie za­zdrość.

– Za­ło­żę się, że mam ich wię­cej od cie­bie – po­wie­dział za­czep­nie Sean. – Mo­że­my po­li­czyć.

Ale Gar­rick wie­dział świet­nie, że nie ma żad­nych szans; pod­niósł się z łóż­ka i po­kuś­ty­kał przez po­kój. Opie­ra­jąc się o ścia­nę, po­chy­lił się, pod­niósł z pod­ło­gi zmię­te ubra­nie Se­ana i rzu­cił je do sto­ją­ce­go przy drzwiach ko­sza na brud­ną bie­li­znę. Sean przy­glą­dał mu się przez chwi­lę. Przy­po­mniał so­bie py­ta­nie, na któ­re nie otrzy­mał od­po­wie­dzi.

– Czy tato zro­bił już dla cie­bie sztucz­ną nogę?

Gar­ry od­wró­cił się, prze­łknął śli­nę i szyb­kim drżą­cym ru­chem kiw­nął gło­wą.

– Jak wy­glą­da? Przy­mie­rza­łeś ją już?

Gar­ric­ka zno­wu ob­le­ciał strach. Po­krę­cił ener­gicz­nie gło­wą, jak­by szu­ka­jąc uciecz­ki. W ko­ry­ta­rzu za drzwia­mi za­brzmia­ły kro­ki. Sean pod­biegł do swe­go łóż­ka, zła­pał noc­ną ko­szu­lę, wło­żył ją przez gło­wę i dał nura pod koc. Kie­dy Wa­ite Co­urt­ney wszedł do po­ko­ju, Gar­rick wciąż stał przy ko­szu z brud­ną bie­li­zną.

– No, Gar­ry, dla­cze­go jesz­cze nie le­żysz?

Gar­rick po­kuś­ty­kał do swe­go łóż­ka, a Wa­ite spoj­rzał na Se­ana. Chło­pak uśmiech­nął się doń z ca­łym wdzię­kiem, jaki da­wał mu jego zdro­wy wy­gląd, i twarz Wa­ite’a rów­nież roz­ja­śni­ła się w uśmie­chu.

– Do­brze, że zno­wu je­steś w domu, chłop­cze – po­wie­dział. Nie spo­sób było dłu­go gnie­wać się na Se­ana. Wy­cią­gnął dłoń i za­głę­bił pal­ce w jego gę­stej, czar­nej czu­pry­nie.

– Kie­dy zga­szę lam­pę, nie chcę stąd sły­szeć ani sło­wa… ro­zu­mie­cie?

Po­cią­gnął piesz­czo­tli­wie Se­ana za wło­sy, za­kło­po­ta­ny siłą uczu­cia, ja­kie ży­wił dla tego chłop­ca.

Słoń­ce sta­ło wy­so­ko na nie­bie, gdy na­stęp­ne­go ran­ka Wa­ite Co­urt­ney wró­cił do domu na śnia­da­nie. Je­den ze sta­jen­nych wziął od nie­go ko­nia i od­pro­wa­dził do za­gro­dy, a Wa­ite po­pa­trzył za nim, sto­jąc przed sio­dlar­nią. Omiótł wzro­kiem po­rząd­ne bia­łe pale za­gro­dy, czy­ste po­dwór­ko i ele­ganc­ko ume­blo­wa­ny dom. Przy­jem­nie jest być bo­ga­tym – zwłasz­cza kie­dy się wie, jak wy­glą­da bie­da. Pięt­na­ście ty­się­cy akrów ży­znych pa­stwisk, zło­to w ban­ku i tyle by­dła, ile po­tra­fi wy­ży­wić zie­mia. Wa­ite uśmiech­nął się i ru­szył przez po­dwór­ko.

Usły­szał śpie­wa­ją­cą w mle­czar­ni Adę.

Je­dzie, je­dzie far­mer

Klap, klap, tak

Klap, klap, tak – tra la

Wo­ła­ją za nim kapsz­tadz­kie dziew­czę­ta

Skrad­nij mi ca­łu­sa

Skrad­nij mi ca­łu­sa – tra la.

Mia­ła czy­sty, słod­ki głos i Wa­ite uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej – przy­jem­nie jest być bo­ga­tym i za­ko­cha­nym. Za­trzy­mał się na pro­gu mle­czar­ni; gru­be ka­mien­ne ścia­ny i cięż­ka sło­mia­na strze­cha spra­wia­ły, że we wnę­trzu pa­no­wał chłód i pół­mrok. Ada sta­ła od­wró­co­na ple­ca­mi do drzwi, ko­ły­sząc się w takt pio­sen­ki i ob­ra­ca­ją­cej się ma­sel­ni­cy. Wa­ite przy­glą­dał jej się przez chwi­lę, a po­tem pod­szedł i ob­jął od tyłu w pa­sie.

Ob­ró­ci­ła się za­sko­czo­na w jego ra­mio­nach, a on po­ca­ło­wał ją w usta.

– Dzień do­bry, moja pięk­na mle­cza­recz­ko – po­wie­dział.

Przy­war­ła do nie­go.

– Dzień do­bry, mój pa­nie – od­par­ła.

– Co jest na śnia­da­nie?

– Och, za ja­kie­go ro­man­tycz­ne­go głup­ca wy­szłam! – wes­tchnę­ła. – Chodź ze mną, sam zo­ba­czysz.

Zdję­ła far­tuch, po­wie­si­ła go przy drzwiach, po­pra­wi­ła wło­sy i wy­cią­gnę­ła do nie­go dłoń. Trzy­ma­jąc się za ręce, prze­cię­li po­dwór­ko i we­szli do kuch­ni. Wa­ite gło­śno po­cią­gnął no­sem.

– Pach­nie przy­jem­nie. Gdzie są chłop­cy?

Jo­seph nie roz­ma­wiał po an­giel­sku, ale ro­zu­miał, co się do nie­go mó­wi­ło. Pod­niósł wzrok znad kuch­ni.

– Są na we­ran­dzie od fron­tu, Nko­si.

Mu­rzyn miał ty­po­wo zu­lu­ską, okrą­głą jak księ­życ fi­zjo­no­mię. Kie­dy się uśmie­chał, na tle jego czar­nej twa­rzy uka­zy­wa­ły się wiel­kie, bia­łe zęby.

– Ba­wią się drew­nia­ną nogą Nko­si­za­na Gar­ry’ego.

Twarz Wa­ite’a po­czer­wie­nia­ła z gnie­wu.

– Jak ją zna­leź­li?

– Nko­si­za­na Sean za­py­tał mnie, gdzie jest, a ja po­wie­dzia­łem mu, że scho­wał ją pan w kre­den­sie z czy­stą bie­li­zną.

– Ty cho­ler­ny głup­cze! – ryk­nął Wa­ite. Pu­ścił rękę Ady i wy­biegł z kuch­ni. Prze­bie­ga­jąc przez dom, usły­szał krzyk Se­ana i od­głos cia­ła pa­da­ją­ce­go cięż­ko na de­ski we­ran­dy. Za­trzy­mał się po­środ­ku świe­tli­cy; nie miał od­wa­gi oglą­dać ogar­nię­te­go prze­ra­że­niem Gar­ric­ka. Zro­bi­ło mu się nie­do­brze ze stra­chu i z wście­kło­ści na Se­ana.

Po chwi­li usły­szał śmiech Se­ana.

– No, złaź ze mnie, czło­wie­ku, nie leż tak bez ru­chu.

A po­tem, nie do wia­ry, głos Gar­ric­ka.

– Prze­pra­szam, pro­te­za za­kli­no­wa­ła mi się mię­dzy de­ska­mi pod­ło­gi.

Wa­ite pod­szedł do okna i wyj­rzał na we­ran­dę. W jej dru­gim koń­cu le­że­li ra­zem Sean i Gar­rick. Sean wciąż się śmiał, a na twa­rzy Gar­ric­ka igrał ner­wo­wy uśmiech. Sean pod­niósł się z pod­ło­gi.

– No da­lej. Wsta­waj – po­wie­dział.

Po­dał Gar­ric­ko­wi rękę, po­cią­gnął go do góry i sta­nę­li, opie­ra­jąc się o sie­bie. Gar­rick ko­ły­sał się nie­pew­nie na swo­jej pro­te­zie.

– Za­ło­żę się, że ja cho­dził­bym z tym cał­kiem nor­mal­nie – ode­zwał się Sean.

– Za­ło­żę się, że nie po­tra­fił­byś. To strasz­nie trud­ne.

Sean pu­ścił Gar­ric­ka i sta­nął przed nim z wy­cią­gnię­ty­mi rę­ko­ma, go­tów w każ­dej chwi­li go zła­pać.

– Ru­szaj.

Dał krok do tyłu i Gar­rick ru­szył nie­pew­nie w jego stro­nę. Miał za­cię­tą z prze­ję­cia twarz i wy­ma­chi­wał rę­ko­ma, żeby nie stra­cić rów­no­wa­gi. Do­tarł do koń­ca we­ran­dy i zła­pał się obu­rącz ba­rier­ki. Tym ra­zem za­śmiał się ra­zem z Se­anem.

Wa­ite za­uwa­żył, że stoi za nim Ada. Obej­rzał się przez ra­mię. „Chodź­my stąd” – mó­wi­ły jej usta. Uję­ła jego rękę.

W koń­cu czerw­ca 1876 roku Gar­rick po­je­chał ra­zem z Se­anem do szko­ły. Od po­strza­łu mi­nę­ły pra­wie czte­ry mie­sią­ce. Od­wiózł ich Wa­ite. Dro­ga do La­dy­bur­ga pro­wa­dzi­ła przez las; mie­dzy dwie­ma ko­le­ina­mi ro­sła wy­so­ka tra­wa, któ­ra mu­ska­ła spód brycz­ki. Ko­nie kłu­so­wa­ły ko­le­ina­mi; ich ko­py­ta za­pa­da­ły się bez­gło­śnie w gę­stej war­stwie ubi­te­go ku­rzu. Na szczy­cie pierw­sze­go wznie­sie­nia Wa­ite po­pu­ścił cu­gli i ob­ró­cił się na koź­le, żeby rzu­cić okiem na swo­ją po­sia­dłość. Po­bie­la­ne ścia­ny Theu­nis Kra­al ja­rzy­ły się po­ma­rań­czo­wo w po­ran­nym słoń­cu, a ota­cza­ją­ce dom łąki mia­ły od­cień so­czy­stej zie­le­ni. Wszę­dzie in­dziej, jak zwy­kle wcze­sną zimą, tra­wa była wy­schnię­ta, po­dob­nie jak li­ście drzew. Słoń­ce nie wspię­ło się jesz­cze dość wy­so­ko, żeby po­zba­wić veld5 wszyst­kich jego ko­lo­rów i za­lać zie­mię pła­skim ośle­pia­ją­cym świa­tłem po­łu­dnia. Li­ście były brą­zo­we, rdza­we i czer­wo­na­we, tak samo czer­wo­na­we jak sta­da by­dła rasy afri­kan­der, któ­re pa­sły się mię­dzy drze­wa­mi. Za nimi wzno­si­ła się skar­pa cęt­ko­wa­na ni­czym grzbiet ze­bry ciem­no­zie­lo­ny­mi pa­sma­mi ro­sną­cych w wą­wo­zach za­ro­śli.

– Po­patrz, Sean, du­dek.

– Ja­sne, wi­dzę go od daw­na. To sa­miec.

Ptak po­de­rwał się z zie­mi, ucie­ka­jąc przed koń­ski­mi ko­py­ta­mi: był cze­ko­la­do­wo­czar­ny, z bia­ły­mi skrzy­dła­mi i po­dob­nym do etru­skie­go heł­mu grze­bie­niem na gło­wie.

– Skąd wiesz? – do­py­ty­wał się Gar­rick.

– Bo ma bia­łe skrzy­dła.

– Wszyst­kie mają bia­łe skrzy­dła.

– Nie­praw­da. Tyl­ko sam­ce.

– Wszyst­kie te, któ­re wi­dzia­łem, mia­ły bia­łe skrzy­dła – stwier­dził z po­wąt­pie­wa­niem Gar­rick.

– Może nig­dy nie wi­dzia­łeś sa­mi­cy. Nie­ła­two je zo­ba­czyć. Sie­dzą prze­waż­nie w gniaz­dach.

Wa­ite Co­urt­ney uśmiech­nął się i od­wró­cił na koź­le.

– Gar­ry ma ra­cję, Sean, nie moż­na ich od­róż­nić po upie­rze­niu. Sa­miec jest po pro­stu tro­chę więk­szy, to wszyst­ko.

– A nie mó­wi­łem – po­wie­dział Gar­rick, któ­re­mu obec­ność ojca naj­wy­raź­niej do­da­ła od­wa­gi.

– Taki je­steś mą­dry – mruk­nął sar­ka­stycz­nie Sean. – Pew­nie prze­czy­ta­łeś o tym w tych swo­ich książ­kach, co?

Gar­rick uśmiech­nął się, za­do­wo­lo­ny z sie­bie.

– Po­patrz, po­ciąg.

Rze­czy­wi­ście ze skar­py zjeż­dżał po­ciąg, cią­gnąc za sobą dłu­gi pió­ro­pusz dymu. Wa­ite pu­ścił ko­nie kłu­sem. Zbli­ży­li się do be­to­no­we­go mo­stu nad Ba­bo­on Stro­om.

– Wi­dzia­łem żół­tą rybę.

– To był pa­tyk. Ja też go wi­dzia­łem.

Rze­ka sta­no­wi­ła gra­ni­cę po­sia­dło­ści Wa­ite’a. Prze­je­cha­li przez most i ru­szy­li pod górę. Przed nimi le­żał La­dy­burg. Po­ciąg mi­jał za­gro­dy dla by­dła; wjeż­dża­jąc do mia­sta, za­gwiz­dał i wy­pu­ścił wy­so­ko w po­wie­trze ob­łok pary.

Mia­sto roz­cią­ga­ło się na du­żym ob­sza­rze; każ­dy dom oto­czo­ny był ogro­dem wa­rzyw­nym i sa­dem. Sze­ro­kie uli­ce mo­gły po­mie­ścić trzy­dzie­ści sześć sztuk by­dła idą­ce­go w jed­nym rzę­dzie. Część do­mów wznie­sio­no z wy­pa­la­nej ce­gły, część po­bie­lo­no; kry­te były strze­chą lub ar­ku­sza­mi fa­li­stej bla­chy po­ma­lo­wa­nej na zie­lo­ny albo ma­to­wo­czer­wo­ny ko­lor. W środ­ku roz­cią­gał się plac, a cen­tral­ny punkt La­dy­bur­ga sta­no­wi­ła ko­ściel­na wie­ża. Na skra­ju mia­stecz­ka mie­ści­ła się szko­ła.

Wa­ite wje­chał na głów­ną uli­cę i pu­ścił ko­nie kłu­sem. Na chod­ni­kach wi­dzie­li nie­wie­lu lu­dzi; zdję­ci po­ran­nym chło­dem prze­my­ka­li pod roz­ło­ży­sty­mi drze­wa­mi, któ­ry­mi wy­sa­dza­na była uli­ca; wszy­scy, co do jed­ne­go, po­zdra­wia­li Wa­ite’a, a on uno­sił w górę bat, wi­ta­jąc męż­czyzn, i uchy­lał ka­pe­lu­sza przed ko­bie­ta­mi, nie na tyle jed­nak, by od­sło­nić łysą czasz­kę. Skle­py otwar­to już dla klien­tów, a przed wej­ściem do ban­ku stał na swo­ich tycz­ko­wa­tych dłu­gich no­gach jego wła­ści­ciel, Da­vid Pye. Ubra­ny był na czar­no, ni­czym ka­ra­wa­niarz.

– Dzień do­bry, Wa­ite.

– Dzień do­bry, Da­vid – za­wo­łał zbyt ser­decz­nie Co­urt­ney. Do­pie­ro sześć mie­się­cy temu spła­cił na­leż­no­ści cią­żą­ce na hi­po­te­ce Theu­nis Kra­al i zbyt świe­ża była w jego umy­śle pa­mięć dłu­gów; czuł się nie­co za­kło­po­ta­ny, jak tyl­ko co wy­pusz­czo­ny z kry­mi­na­łu prze­stęp­ca, któ­ry spo­ty­ka na uli­cy na­czel­ni­ka wię­zie­nia.

– Czy mógł­byś wstą­pić do mnie na chwi­lę, kie­dy od­wie­ziesz swo­ich chło­pa­ków?

– Mo­żesz już za­cząć pa­rzyć kawę – zgo­dził się Wa­ite. Wia­do­mo było, że nikt, kto od­wie­dzał kie­dy­kol­wiek Da­vi­da Pye’a, nie zo­stał po­czę­sto­wa­ny kawą. Ru­szy­li da­lej, skrę­ca­jąc w lewo z pla­cu przed ko­ścio­łem, mi­ja­jąc sąd i zjeż­dża­jąc w dół w stro­nę bu­dyn­ku in­ter­na­tu.

Na po­dwór­ku sta­ło pół tu­zi­na fur­go­nów i bry­czek. Krę­ci­li się wo­kół nich, wy­ła­do­wu­jąc swój ba­gaż, mali chłop­cy i dziew­czyn­ki. Ich oj­co­wie zgro­ma­dzi­li się w rogu po­dwór­ka; męż­czyź­ni o brą­zo­wych twa­rzach i sta­ran­nie wy­szczot­ko­wa­nych bro­dach, czu­ją­cy się nie­swo­jo w gar­ni­tu­rach, po­gnie­cio­nych od dłu­gie­go le­że­nia w sza­fie. Miesz­ka­li za da­le­ko, żeby co­dzien­nie do­wo­zić swo­je dzie­ci do szko­ły. Ich po­sia­dło­ści le­ża­ły wzdłuż brze­gów Tu­ge­li lub na pła­sko­wy­żu roz­cią­ga­ją­cym się w stro­nę Pie­ter­ma­rit­zbur­ga.

Wa­ite za­trzy­mał brycz­kę, zszedł z ko­zła i roz­luź­nił uprząż ko­niom, a Sean ze­sko­czył z tyl­ne­go sie­dze­nia i pod­biegł do naj­bliż­szej grup­ki chłop­ców. Wa­ite skie­ro­wał się ku sto­ją­cym w rogu męż­czy­znom; roz­stą­pi­li się przed nim, uśmie­cha­jąc się i wy­cią­ga­jąc ręce, by uści­snąć jego dłoń. Gar­rick zo­stał sam na przed­nim sie­dze­niu brycz­ki, sie­dząc z wy­su­nię­tą sztyw­no do przo­du pro­te­zą i zgar­bio­ny­mi ra­mio­na­mi, jak­by pró­bo­wał się ukryć.

Po chwi­li Wa­ite obej­rzał się przez ra­mię. Zo­ba­czył sie­dzą­ce­go sa­mot­nie Gar­ric­ka i ru­szył w jego stro­nę, ale za­raz za­trzy­mał się. Prze­biegł oczy­ma kłę­bią­cy się tłum na­sto­lat­ków, szu­ka­jąc wśród nich swe­go dru­gie­go syna.

– Sean!

Sean był aku­rat w trak­cie oży­wio­nej dys­ku­sji.

– Tak, tato?

– Po­móż Gar­ry’emu wy­pa­ko­wać ba­gaż.

– O Jezu, tato, te­raz roz­ma­wiam.

– Sean! – Głos i twarz Wa­ite’a zro­bi­ły się groź­ne.

– No do­brze, już idę. – Sean wa­hał się jesz­cze przez chwi­lę, po czym pod­szedł do brycz­ki.

– No, Gar­ry. Po­daj mi ku­fry.

Gar­rick otrzą­snął się z apa­tii i się­gnął nie­zgrab­nie za tyl­ne sie­dze­nie. Po­dał ba­gaż Se­ano­wi. Ten po­sta­wił go obok koła i od­wró­cił się w stro­nę chłop­ców, któ­rzy po­de­szli w ślad za nim do brycz­ki.

– Karl, ty za­nie­siesz to – wy­dał in­struk­cje. – Den­nis, weź tę brą­zo­wą tor­bę. Tyl­ko jej nie upuść, czło­wie­ku, w środ­ku są czte­ry sło­iki z dże­mem. Chodź, Gar­ry – zwró­cił się do bra­ta.

Ru­szy­li w stro­nę in­ter­na­tu; Gar­rick zlazł z brycz­ki i po­kuś­ty­kał szyb­ko za nimi.

– Wiesz, Sean? – ode­zwał się gło­śno Karl. – Tato po­zwo­lił mi strze­lać ze swo­jej strzel­by.

Sean sta­nął jak wry­ty.

– Nie­moż­li­we! – krzyk­nął bar­dziej z na­dzie­ją niż prze­ko­na­niem.

– Po­zwo­lił mi – po­wtó­rzył uszczę­śli­wio­ny Karl. Wszy­scy sta­nę­li, wle­pia­jąc w nie­go oczy, i wte­dy do­go­nił ich Gar­rick.

– Ile razy strze­li­łeś? – za­py­tał któ­ryś z nich z re­spek­tem.

Karl już miał po­wie­dzieć „sześć razy”, ale w ostat­niej chwi­li zmie­nił zda­nie.

– Och, mnó­stwo razy… ile tyl­ko chcia­łem.

– Bę­dziesz się bał huku wy­strza­łów. mój tata mówi, że je­śli czło­wiek za­cznie zbyt wcze­śnie, nig­dy nie zo­sta­nie do­brym strzel­cem.

– Nig­dy nie chy­bi­łem – stwier­dził z bły­skiem w oku Karl.

– Chodź­my – po­wie­dział Sean i ru­szył w stro­nę bu­dyn­ku.

Nig­dy w ży­ciu nie był tak za­zdro­sny. Karl po­spie­szył za nim.

– Za­ło­żę się, że nig­dy nie strze­la­łeś ze strzel­by, Sean, za­ło­żę się.

Sean uśmiech­nął się ta­jem­ni­czo, szu­ka­jąc ja­kie­goś no­we­go te­ma­tu; wie­dział, że Karl bę­dzie dzi­siaj mó­wił tyl­ko o jed­nym. Z we­ran­dy in­ter­na­tu wy­bie­gła na ich spo­tka­nie dziew­czyn­ka.

– To Anna – po­wie­dział Gar­rick.

Kie­dy bie­gła, spód­nicz­ka owi­ja­ła się wo­kół jej dłu­gich, chu­dych, brą­zo­wych nóg. Mia­ła czar­ne wło­sy i drob­ną twarz z wy­sta­ją­cym pod­bród­kiem.

– Cześć, Sean.

Sean od­chrząk­nął. Anna ru­szy­ła za nim, pod­ska­ku­jąc, żeby do­trzy­mać mu kro­ku.

– Mia­łeś przy­jem­ne fe­rie?

Sean igno­ro­wał ją da­lej. Za­wsze przy­ła­zi­ła i za­ga­dy­wa­ła go, kie­dy był w obec­no­ści swo­ich przy­ja­ciół.

– Mam całą pusz­kę kru­che­go cia­sta, Sean. Chcesz tro­chę? W jego oczach po­ja­wił się błysk za­in­te­re­so­wa­nia. Kru­che cia­sto pani van Es­sen było słyn­ne w ca­łej oko­li­cy i gło­wa Se­ana od­wra­ca­ła się już ku An­nie, ale opa­no­wał się w ostat­niej chwi­li i z de­ter­mi­na­cją kro­czył da­lej w stro­nę in­ter­na­tu.

– Czy mogę sie­dzieć obok cie­bie w tym pół­ro­czu, Sean? Sean od­wró­cił się do niej z wście­kło­ścią.

– Nie, nie mo­żesz. A te­raz ucie­kaj, je­stem za­ję­ty.

Wspiął się po scho­dach. Anna zo­sta­ła na dole; wy­glą­da­ła, jak­by zbie­ra­ło się jej na płacz, i Gar­rick po­chy­lił się ku niej nie­śmia­ło.

– Je­śli chcesz, mo­żesz usiąść koło mnie – po­wie­dział ci­cho.

Rzu­ci­ła na nie­go okiem, a po­tem spoj­rza­ła w dół, na jego nogę.

Roz­ch­mu­rzy­ła się i za­chi­cho­ta­ła. Była ład­na. Po­chy­li­ła się do nie­go.

– Ku­ter­no­ga – po­wie­dzia­ła i za­chi­cho­ta­ła zno­wu. Gar­rick ob­lał się ja­skra­wym ru­mień­cem i na­gle spo­ci­ły mu się oczy. Anna za­sło­ni­ła usta obie­ma dłoń­mi, od­wró­ci­ła się ze śmie­chem i po­bie­gła do swo­ich ko­le­ża­nek sto­ją­cych przed czę­ścią in­ter­na­tu prze­zna­czo­ną dla dziew­cząt. Gar­rick, wciąż za­czer­wie­nio­ny, wspiął się po stop­niach za Se­anem i cięż­ko oparł o ba­lu­stra­dę.

W drzwiach chło­pię­cej sy­pial­ni sta­ła Fräu­le­in. Oku­la­ry w dru­cia­nych opraw­kach i sta­lo­wo­sza­re wło­sy nada­wa­ły jej prze­sad­ną po­wa­gę, któ­ra ry­chło stop­nia­ła na wi­dok Se­ana. Wy­cho­waw­czy­ni uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko.

– Ach, mój Sean, do­brze, że przy­je­cha­łeś – co brzmia­ło wła­ści­wie jak: Ach, mein Sean, top­sze sze pszy­je­cha­lesz.

– Dzień do­bry, Fräu­le­in.

Sean ob­da­rzył ją swo­im uśmie­chem nu­mer je­den.

– Zno­wu uro­słeś – po­wie­dzia­ła, mie­rząc go wzro­kiem. – Bez prze­rwy ro­śniesz, je­steś już naj­więk­szym chłop­cem w ca­łej szko­le.

Sean przy­glą­dał się jej z re­zer­wą, go­tów do pod­ję­cia na­tych­mia­sto­wej ak­cji obron­nej, gdy­by pró­bo­wa­ła go ob­jąć, co zda­rza­ło się cza­sem, kie­dy nie umia­ła za­pa­no­wać nad wy­peł­nia­ją­cy­mi ją uczu­cia­mi. Jego wdzięk, uro­dzi­wy wy­gląd i aro­gan­cja cał­ko­wi­cie za­wład­nę­ły jej teu­toń­skim ser­cem.

– Szyb­ko, mu­si­cie się roz­pa­ko­wać. Za­raz za­czy­na­ją się lek­cje. – Ode­szła do swo­ich obo­wiąz­ków i Sean po­pro­wa­dził z ulgą swo­ją dru­ży­nę do sy­pial­ni.

– Tata mówi, że w przy­szły week­end po­zwo­li mi pójść ze strzel­bą na po­lo­wa­nie, nie tyl­ko strze­lać do celu. – Karl wra­cał upar­cie do swo­jej kwe­stii.

Sean uda­wał, że nie sły­szy.

– Den­nis, po­łóż ku­fe­rek Gar­ry’ego na tym łóż­ku.

Wzdłuż ścian znaj­do­wa­ło się trzy­dzie­ści łó­żek, każ­de ze sto­ją­cą obok szaf­ką. Sala była schlud­na i po­nu­ra – wy­glą­da­ła do­kład­nie tak, jak wy­glą­da wię­zien­na cela albo sy­pial­nia w in­ter­na­cie. W rogu sie­dzia­ła grup­ka pię­ciu albo sze­ściu chłop­ców, po­grą­żo­nych w roz­mo­wie. Spoj­rze­li na wcho­dzą­ce­go Se­ana, ale nie wy­mie­nio­no żad­nych po­zdro­wień – sie­dzą­cy w rogu na­le­że­li do opo­zy­cji.

Sean usiadł na swo­im łóż­ku i pod­sko­czył na pró­bę – było twar­de jak de­ska. Gar­rick prze­szedł przez sy­pial­nię, stu­ka­jąc pro­te­zą, i Ron­ny Pye, przy­wód­ca opo­zy­cji, szep­nął coś do swo­ich przy­ja­ciół, któ­rzy spoj­rze­li na Gar­ric­ka i ro­ze­śmia­li się. Gar­rick za­czer­wie­nił się po­now­nie i szyb­ko usiadł na łóż­ku, żeby ukryć swo­ją nogę.

– My­ślę, że naj­pierw upo­lu­ję duj­ke­ra, a do­pie­ro po­tem tata po­zwo­li mi strze­lić do kudu albo do in­kon­ki – stwier­dził Karl.

Sean zmarsz­czył brwi.

– Jaki jest nowy na­uczy­ciel? – za­py­tał.

– Wy­glą­da na to, że w po­rząd­ku – od­parł je­den z sie­dzą­cych w rogu. – Jim­my i ja wi­dzie­li­śmy go wczo­raj na sta­cji.

– Jest chu­dy i nosi wąsy.

– Ra­czej się nie uśmie­cha.

– Na przy­szłe fe­rie tata za­bie­rze mnie pew­nie na po­lo­wa­nie na dru­gi brzeg Tu­ge­li – ode­zwał się Karl z za­czep­ką w gło­sie.

– Mam na­dzie­ję, że nie ma świ­ra na punk­cie or­to­gra­fii i tych rze­czy – rzu­cił Sean. – Chy­ba nie za­cznie zno­wu tej hi­sto­rii z ukła­dem dzie­sięt­nym, jak sta­ry Jasz­czur.

Roz­le­gły się zbio­ro­we po­ta­ki­wa­nia, a po­tem po raz pierw­szy ode­zwał się Gar­rick.

– Układ dzie­sięt­ny jest cał­kiem ła­twy – po­wie­dział.

Za­pa­dła na­gła ci­sza. Wszy­scy wle­pi­li w nie­go oczy.

– Może na­wet upo­lu­ję lwa – stwier­dził Karl.

Najm­łod­si ucznio­wie oboj­ga płci ulo­ko­wa­ni zo­sta­li w jed­nej sali. Ław­ki były po­dwój­ne; na ścia­nach wi­sia­ły mapy, duże ta­blicz­ki mno­że­nia i por­tret kró­lo­wej Wik­to­rii. Pan An­tho­ny Clark przy­glą­dał się z ka­te­dry swo­im no­wym uczniom. Pa­no­wa­ło peł­ne na­pię­cia ocze­ki­wa­nie; jed­na z dziew­czy­nek za­chi­cho­ta­ła ner­wo­wo i oczy na­uczy­cie­la po­szu­ka­ły źró­dła dźwię­ku, ale chi­chot umilkł, za­nim zdą­żył go zlo­ka­li­zo­wać.

– Moim smut­nym obo­wiąz­kiem jest za­dbać o wa­sze wy­kształ­ce­nie – ogło­sił. To nie był żart. Wszel­kie po­wo­ła­nie, któ­re skło­ni­ło go do ob­ra­nia tego za­wo­du, wy­ga­sło daw­no temu w wy­ni­ku in­ten­syw­nej nie­chę­ci, jaką bu­dzi­li w nim mło­dzi. – Wa­szym nie mniej smut­nym obo­wiąz­kiem bę­dzie pod­dać się temu z ca­łym har­tem du­cha, na jaki was stać – kon­ty­nu­ował, spo­glą­da­jąc z nie­sma­kiem na ich świe­cą­ce twa­rze.

– Co on mówi? – szep­nął Sean, nie otwie­ra­jąc ust.

– Cśśś… – uci­szył go Gar­rick.

Oczy pana Clar­ka ob­ró­ci­ły się szyb­ko i spo­czę­ły na Gar­ric­ku. Na­uczy­ciel zszedł, nie spie­sząc się, z ka­te­dry i za­trzy­mał się przy jego ław­ce. Ujął mię­dzy kciuk i pa­lec wska­zu­ją­cy kil­ka ro­sną­cych na skro­ni Gar­ric­ka wło­sów i szarp­nął. Gar­rick pi­snął cien­ko, a pan Clark wró­cił po­wo­li za ka­te­drę.

– Prze­cho­dzi­my do lek­cji. Gru­pa pierw­sza bę­dzie tak do­bra i otwo­rzy ze­szy­ty do ćwi­czeń or­to­gra­ficz­nych na stro­nie pierw­szej. Gru­pa dru­ga na stro­nie pięt­na­stej… – oznaj­mił, po czym zle­cił wszyst­kim, co mają ro­bić.

– Bo­la­ło cię? – za­py­tał szep­tem Sean.

Gar­rick pra­wie nie­do­strze­gal­nie kiw­nął gło­wą i Sean po­czuł, jak bu­dzi się w nim in­ten­syw­na nie­na­wiść do tego czło­wie­ka. Nie spusz­czał go z oczu.

Pan Clark nie­daw­no prze­kro­czył trzy­dziest­kę. Był chu­dy, co pod­kre­ślał do­dat­ko­wo jego trzy­czę­ścio­wy gar­ni­tur. Miał bla­dą twarz o po­nu­rym wy­ra­zie, któ­ry nada­wał jej opa­da­ją­cy wą­sik, i nos za­dar­ty do tego stop­nia, że wi­dać było wy­raź­nie roz­war­te noz­drza – tkwi­ły po­środ­ku jego fi­zjo­no­mii ni­czym lufy du­bel­tów­ki. Pod­niósł gło­wę znad trzy­ma­nej w ręku li­sty i wy­ce­lo­wał swo­je noz­drza pro­sto w Se­ana.

„Bę­dzie z nim kło­pot” – po­my­ślał; kło­po­ty po­tra­fił roz­po­zna­wać bez­błęd­nie. „Złam go, za­nim wy­mknie się spod kon­tro­li”.

– Ty, chłop­cze, jak się na­zy­wasz?

Sean obej­rzał się wy­stu­dio­wa­nym ru­chem przez ra­mię. Kie­dy spoj­rzał znów przed sie­bie, po­licz­ki pana Clar­ka nie­co się za­ró­żo­wi­ły.

– Wstań.

– Kto, ja?

– Tak, ty.

Sean wstał.

– Jak się na­zy­wasz?

– Co­urt­ney.

– Pro­szę pana.

– Co­urt­ney, pro­szę pana.

Zmie­rzy­li się wzro­kiem. Pan Clark na próż­no cze­kał, aż Sean opu­ści oczy.

„Bę­dzie z nim duży kło­pot, dużo więk­szy, niż są­dzi­łem” – po­my­ślał.

– W po­rząd­ku, sia­daj – po­wie­dział gło­śno.

Przez kla­sę prze­szło pra­wie sły­szal­ne wes­tchnie­nie ulgi. Sean czuł, że zdo­był so­bie re­spekt; wszyst­kim za­im­po­no­wa­ło jego za­cho­wa­nie. Po­czuł do­tyk na ra­mie­niu. To była Anna, któ­ra sie­dzia­ła tuż za nim – naj­bli­żej, jak mo­gła. Nor­mal­nie draż­ni­ły go jej za­lo­ty, te­raz jed­nak to lek­kie do­tknię­cie ra­mie­nia spra­wi­ło, że po­czuł się jesz­cze bar­dziej za­do­wo­lo­ny z sie­bie.

Se­ano­wi wol­no mi­ja­ła go­dzi­na. Na­ry­so­wał strzel­bę na mar­gi­ne­sie swo­je­go ze­szy­tu do ćwi­czeń, a po­tem starł ją sta­ran­nie gum­ką. Przez chwi­lę przy­glą­dał się Gar­ric­ko­wi; iry­to­wa­ła go pil­ność, z jaką brat wy­peł­niał po­le­ce­nia na­uczy­cie­la.

– Ku­jon – szep­nął, ale Gar­rick zi­gno­ro­wał go.

Sean się nu­dził. Uniósł się nie­spo­koj­nie w ław­ce i jego uwa­gę przy­kuł kark Kar­la; wid­niał na nim doj­rza­ły pryszcz. Sean wziął li­nij­kę, żeby go wy­ci­snąć, ale za­nim zdą­żył to zro­bić, Karl zła­pał się ręką za ra­mię, tak jak­by chciał się po­dra­pać. Mię­dzy pal­ca­mi trzy­mał zwi­nię­tą kart­kę. Sean odło­żył li­nij­kę i nie­po­strze­że­nie ode­brał li­ścik. Roz­wi­nął go na ko­la­nach. Na pa­pie­rze wid­niał je­den wy­raz: „Mo­ski­ty”.

Sean uśmiech­nął się. Mi­strzo­stwo, z ja­kim imi­to­wał brzę­cze­nie mo­ski­ta, było jed­ną z wie­lu przy­czyn, któ­re spo­wo­do­wa­ły re­zy­gna­cję po­przed­nie­go na­uczy­cie­la. Przez sześć mie­się­cy sta­ry Jasz­czur wie­rzył, że po kla­sie fru­wa­ją mo­ski­ty; przez ko­lej­nych sześć wie­dział już, że ich nie ma. Pró­bo­wał wszel­kich for­te­li, ja­kie zdo­łał wy­my­ślić, żeby wy­kryć spraw­cę, ale w koń­cu dał za wy­gra­ną. Za każ­dym ra­zem, kie­dy za­czy­na­ło się mo­no­ton­ne brzę­cze­nie, po­ja­wiał się co­raz wy­raź­niej­szy tik w ką­ci­ku jego ust.

Sean od­chrząk­nął i za­czął brzę­czeć. Cała kla­sa z tru­dem po­wstrzy­my­wa­ła się od śmie­chu. Wszyst­kie gło­wy, łącz­nie z gło­wą Se­ana, po­chy­lo­ne były pil­nie nad książ­ka­mi. Pan Clark pi­sał coś na ta­bli­cy; ręka, w któ­rej trzy­mał kre­dę, za­wa­ha­ła się, ale po chwi­li su­nę­ła rów­no da­lej.

Była to spryt­na imi­ta­cja; ści­sza­jąc i wzmac­nia­jąc głos, Sean wy­wo­ły­wał wra­że­nie, że owad uno­si się w po­wie­trzu. Tyl­ko lek­kie drże­nie grdy­ki wska­zy­wa­ło, że to jego spraw­ka.

Pan Clark skoń­czył pi­sać i od­wró­cił się twa­rzą do kla­sy. Sean nie był taki głu­pi, żeby na­tych­miast prze­stać; po­zwo­lił mo­ski­to­wi jesz­cze tro­chę po­la­tać, a po­tem umilkł.

Pan Clark opu­ścił ka­te­drę i ru­szył wzdłuż rzę­du ła­wek naj­bar­dziej od­da­lo­nych od Se­ana. Przy­sta­nął raz czy dwa, żeby spraw­dzić pra­cę któ­re­goś z uczniów. Do­szedł do koń­ca sali i za­wró­cił, idąc przej­ściem, przy któ­rym sie­dział Sean. Za­trzy­mał się przy An­nie.

– Nie­po­trzeb­nie ro­bisz ta­kie za­krę­ta­sy przy „L” – po­wie­dział. Wziął od niej ołó­wek i na­ry­so­wał pra­wi­dło­wo li­te­rę. – Wi­dzisz, o co mi cho­dzi. Po­pi­sy­wa­nie się przy pi­sa­niu jest tak samo na­gan­ne jak po­pi­sy­wa­nie się w ży­ciu co­dzien­nym.

Od­dał jej ołó­wek i okrę­ca­jąc się na pię­cie, z ca­łej siły trza­snął Se­ana w gło­wę otwar­tą dło­nią. Gło­wa Se­ana od­sko­czy­ła w bok; od­głos ude­rze­nia prze­to­czył się po za­mar­łej w osłu­pie­niu kla­sie.

– Mo­skit sie­dział ci na uchu – po­wie­dział pan Clark.

W cią­gu dwu na­stęp­nych lat Sean i Gar­rick z dzie­ci sta­li się mło­dzień­ca­mi. Pły­nę­li z sil­nym prą­dem, szyb­ko po­su­wa­jąc się z bie­giem rze­ki ży­cia.

Wnie­któ­rych miej­scach rze­ka pły­nę­ła rów­no­mier­nie.

Tam moż­na było od­na­leźć Adę. Za­wsze wy­ro­zu­mia­łą, go­to­wą każ­de­go ob­da­rzyć swym cie­płem, nie­zmien­ną w mi­ło­ści do męża i ro­dzi­ny, któ­rą uzna­ła za wła­sną.

Tu tak­że znaj­do­wał się Wa­ite. W jego wło­sach po­ja­wi­ło się wię­cej srebr­nych ni­tek, ale nic nie nad­wą­tli­ło jego siły, nie przy­tłu­mi­ło śmie­chu i nie uszczu­pli­ło bo­gac­twa.

Wnie­któ­rych miej­scach rze­ka pły­nę­ła szyb­ciej.

Za­leż­ność Gar­ric­ka od Se­ana. Po­trze­bo­wał go co­raz sil­niej z każ­dym upły­wa­ją­cym mie­sią­cem. Sean sta­no­wił jego tar­czę. Je­śli nie było aku­rat bra­ta, żeby ochro­nić go przed gro­żą­cym nie­bez­pie­czeń­stwem, wte­dy po­zo­sta­wa­ła mu tyl­ko jego ostat­nia de­ska ra­tun­ku; za­szy­wał się w głąb sie­bie, w ciem­ną mrocz­ną mgłę wła­sne­go umy­słu.

Po­szli kraść grusz­ki: bliź­nia­cy, Karl, Den­nis i dwóch in­nych. Wo­kół sadu pana Pye’a rósł gę­sty ży­wo­płot, a grusz­ki, któ­re ro­sły po jego dru­giej stro­nie, wiel­kie ni­czym pięść męż­czy­zny i słod­kie jak miód, kra­dzio­ne sma­ko­wa­ły jesz­cze sło­dziej. Do sadu moż­na się do­stać przez plan­ta­cję aka­cji.

– Nie rwij­cie za dużo gru­szek z jed­ne­go drze­wa! – roz­ka­zał Sean. – Sta­ry Pye na pew­no to za­uwa­ży.

Po­de­szli do ży­wo­pło­tu. Sean od­na­lazł w nim dziu­rę.

– Gar­ry, ty zo­sta­niesz tu­taj na cza­tach. Je­śli ktoś się zbli­ży, za­gwiżdż.

Gar­rick nie pró­bo­wał na­wet ukryć ogar­nia­ją­cej go ulgi; cała eks­pe­dy­cja nie była na jego ner­wy.

– Bę­dzie­my ci po­da­wać grusz­ki – cią­gnął Sean. – Nie zjedz ani jed­nej, póki nie wró­ci­my.

– Dla­cze­go on z nami nie idzie? – za­py­tał Karl.

– Bo nie umie bie­gać, dla­te­go. Gdy­by go zła­pa­li, wie­dzie­li­by, kto z nim był, i wszy­scy do­sta­li­by­śmy man­to.

Od­po­wiedź za­do­wo­li­ła Kar­la. Sean prze­czoł­gał się na czwo­ra­kach przez dziu­rę, a po­tem jego śla­dem po­szła po­zo­sta­ła trój­ka. Gar­rick zo­stał sam.

Stał tuż przy ży­wo­pło­cie; bli­skość za­ro­śli da­wa­ła mu po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Czas cią­gnął się nie­mi­ło­sier­nie i Gar­rick za­czął się nie­po­ko­ić – nie było ich strasz­nie dłu­go.

Na­gle usły­szał gło­sy; ktoś szedł w jego stro­nę przez plan­ta­cję. Ogar­nię­ty pa­ni­ką, wci­snął się głę­biej w ży­wo­płot, pró­bu­jąc się w nim ukryć; nie po­my­ślał na­wet o tym, żeby za­gwiz­dać.

Gło­sy zbli­ża­ły się i po chwi­li roz­po­znał mię­dzy drze­wa­mi Ron­ny’ego Pye’a; ra­zem z nim było dwóch jego ko­le­gów. Uzbro­je­ni w pro­ce szli z za­dar­ty­mi gło­wa­mi, wy­pa­tru­jąc ukry­tych na drze­wach pta­ków.

Wy­da­wa­ło się, że nie za­uwa­żą przy­kle­jo­ne­go do ży­wo­pło­tu Gar­ry’ego. Pra­wie go mi­nę­li, ale w ostat­niej chwi­li Ron­ny od­wró­cił gło­wę i zo­ba­czył go. Wpa­try­wa­li się w sie­bie z od­le­gło­ści za­le­d­wie dzie­się­ciu stóp, Gar­rick skur­czo­ny w za­ro­ślach i Ron­ny, na któ­re­go fi­zjo­no­mii zdu­mie­nie po­wo­li ustę­po­wa­ło miej­sca zło­śli­wej sa­tys­fak­cji. Ro­zej­rzał się szyb­ko, żeby spraw­dzić, czy nie ma w oko­li­cy Se­ana.

– To sta­ry ku­la­wiec – stwier­dził. Jego ko­le­dzy za­wró­ci­li i sta­nę­li obok nie­go.

– Co tu­taj ro­bisz, ku­ter­no­go?

– Szczu­ry zżar­ły ci ję­zyk, ku­ter­no­go?

– Nie, to ter­mi­ty zżar­ły mu nogę!

Ich śmiech ra­nił go jesz­cze moc­niej.

– Ode­zwij się do nas, ku­ter­no­go.

Ron­ny Pye miał od­sta­ją­ce uszy, któ­re tkwi­ły po obu stro­nach gło­wy ni­czym skrzy­dła wa­chla­rza. Był rudy i nie­zbyt duży jak na swój wiek, co czy­ni­ło go zło­śli­wym.

– No chodź. Po­roz­ma­wiaj z nami, ku­ter­no­go.

Gar­rick ob­li­zał war­gi; w ką­ci­kach oczu ze­bra­ły mu się łzy.

– Hej, Ron­ny, każ mu ru­szyć w tany, o tak. – Je­den z po­zo­sta­łych za­de­mon­stro­wał, w jaki spo­sób uty­ka Gar­rick. Roz­le­gły się ko­lej­ne wy­bu­chy śmie­chu, gło­śniej­sze i bar­dziej śmia­łe, w mia­rę jak go ota­cza­li. – Po­każ nam, jak cho­dzisz.

Gar­rick ro­zej­rzał się na obie stro­ny, szu­ka­jąc dro­gi uciecz­ki.

– Two­je­go bra­ta tu­taj nie ma – za­piał Ron­ny. – Nie mu­sisz się za nim oglą­dać.

Zła­pał Gar­ric­ka za ko­szu­lę i wy­cią­gnął go z za­ro­śli.

– Po­każ nam, jak cho­dzisz.

Gar­rick bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał się wy­zwo­lić z uści­sku Ron­ny’ego.

– Puść mnie, bo po­wiem Se­ano­wi. Jak mnie nie pu­ścisz, po­wiem Se­ano­wi.

– Do­brze, pusz­czę cię – zgo­dził się Ron­ny i pchnął go obie­ma rę­ko­ma w pierś. – Nie wchodź mi pod nogi! Z dro­gi, ku­ter­no­go!

Gar­rick za­chwiał się do tyłu.

Je­den z po­zo­sta­łych tyl­ko na to cze­kał.

– Z dro­gi, ku­ter­no­go! – krzyk­nął, po­py­cha­jąc go z po­wro­tem. Oto­czy­li go pier­ście­niem i prze­ka­zy­wa­li so­bie z rąk do rąk.

– Z dro­gi!

– Z dro­gi!

Łzy spły­wa­ły mu po po­licz­kach.

– Pro­szę was, prze­stań­cie.

– Pro­szę was, pro­szę was – prze­drzeź­nia­li go.

I na­gle Gar­rick po­czuł z ulgą trze­po­czą­ce pod po­wie­ka­mi cie­nie – twa­rze na­past­ni­ków roz­ma­za­ły mu się przed oczy­ma i pra­wie nie czuł po­py­cha­ją­cych go rąk. Upadł pro­sto na twarz, ale nie po­czuł bólu. Dwóch z nich po­chy­li­ło się, żeby go pod­nieść; na twa­rzy miał brud po­mie­sza­ny ze łza­mi.

Z tyłu, z dziu­ry w ży­wo­pło­cie wy­nu­rzył się Sean. Ko­szu­lę z przo­du miał wy­pcha­ną grusz­ka­mi. Przez se­kun­dę tkwił na czwo­ra­kach, przy­pa­tru­jąc się temu, co się dzie­je, a po­tem sko­czył do przo­du. Ron­ny usły­szał, jak nad­bie­ga, pu­ścił Gar­ric­ka i od­wró­cił się.

– Kra­dłeś grusz­ki taty – krzyk­nął. – Po­wiem…

Pięść Se­ana wy­lą­do­wa­ła na jego no­sie i Ron­ny upadł na zie­mię. Sean od­wró­cił się w stro­nę dwu po­zo­sta­łych, ale ci rzu­ci­li się do uciecz­ki. Go­nił ich przez kil­ka­na­ście kro­ków, a po­tem za­wró­cił ku Ron­ny’emu, ale tu tak­że się spóź­nił. Ron­ny po­my­kał mię­dzy drze­wa­mi, trzy­ma­jąc się za twarz; krew z nosa ka­pa­ła mu na ko­szu­lę.

– Nic ci się nie sta­ło, Gar­ry?

Sean uklęk­nął przy bra­cie, sta­ra­jąc się ze­trzeć brud­ną chust­ką kurz z jego twa­rzy. Po­mógł mu się pod­nieść i Gar­rick sta­nął, chwie­jąc się lek­ko. Miał otwar­te oczy i dziw­ny nie­obec­ny uśmiech na ustach.

Bieg rze­ki wy­zna­cza­ły punk­ty orien­ta­cyj­ne. Nie­któ­re z nich nie­du­że jak ster­ta ka­mie­ni na pły­ciź­nie.

Wa­ite Co­urt­ney przy­glą­dał się Se­ano­wi sie­dzą­ce­mu po dru­giej stro­nie sto­łu w Theu­nis Kra­al. Wi­de­lec, na któ­ry na­ło­żył so­bie tro­chę ja­jecz­ni­cy na szyn­ce, za­trzy­mał się w po­ło­wie dro­gi do ust.

– Ob­róć się twa­rzą do okna – ode­zwał się po­dejrz­li­wie.

Sean usłu­chał.

– Co tam masz, do dia­bła, na po­licz­ku?

– Co? – Sean prze­su­nął dło­nią po twa­rzy.

– Kie­dy się ostat­ni raz my­łeś?

– Nie bądź głup­ta­sem, mój dro­gi – po­wie­dzia­ła Ada, do­ty­ka­jąc pod sto­łem nogi męża. – To nie brud, to za­rost.

– Na­praw­dę za­rost? – Wa­ite przyj­rzał się uważ­nie Se­ano­wi i twarz wy­krzy­wi­ła mu się w uśmie­chu; otwo­rzył usta, żeby coś po­wie­dzieć, i Ada do­my­śli­ła się na­tych­miast, że ma za­miar ob­ró­cić wszyst­ko w żart – w je­den z tych swo­ich przy­cięż­kich żar­tów, sub­tel­nych ni­czym roz­ju­szo­ny di­no­zaur, któ­re do głę­bi du­szy ura­żą Se­ana w jego świe­żo upie­czo­nej mę­sko­ści.

– My­ślę, że po­wi­nie­neś mu ku­pić brzy­twę, Wa­ite – wtrą­ci­ła się szyb­ko.

Wa­ite zgu­bił wą­tek, od­chrząk­nął i pod­niósł do ust wi­de­lec.

– Nie chcę się go­lić – oznaj­mił, czer­wie­niąc się, Sean.

– Bro­da bę­dzie ci szyb­ciej ro­snąć, je­śli na po­cząt­ku kil­ka razy ją zgo­lisz – po­wie­dzia­ła Ada.

Po dru­giej stro­nie sto­łu Gar­rick po­cie­rał ze smut­kiem swo­je gład­kie po­licz­ki.

Niek­tó­re z punk­tów orien­ta­cyj­nych były wiel­kie ni­czym cy­ple, głę­bo­ko wrzy­na­ją­ce się w rze­kę.

Wa­ite za­brał ich ze szko­ły na gru­dnio­we fe­rie. W roz­gar­dia­szu, w ja­kim ła­do­wa­li swo­je ku­fer­ki do po­wo­zu i że­gna­li się gło­śno z Fräu­le­in i ko­le­ga­mi – nie­któ­rych nie mie­li oglą­dać przez całe sześć ty­go­dni – bliź­nia­cy nie za­uwa­ży­li, że Wa­ite za­cho­wu­je się tro­chę dziw­nie.

Do­pie­ro póź­niej, kie­dy ko­nie gna­ły do domu dwa razy szyb­ciej niż nor­mal­nie, Sean po­chy­lił się do ojca.

– Dla­cze­go tak pę­dzi­my, tato? – za­py­tał.

– Zo­ba­czy­cie – od­parł Wa­ite, i obaj, Sean i Gar­rick, spoj­rze­li na nie­go z na­głym za­in­te­re­so­wa­niem. Sean za­dał py­ta­nie ot tak so­bie, ale od­po­wiedź ojca z miej­sca ich za­in­try­go­wa­ła. Bom­bar­do­wa­ny py­ta­nia­mi Wa­ite uśmie­chał się pod no­sem i wy­krę­cał od ja­snej od­po­wie­dzi. Kie­dy do­je­cha­li do Theu­nis Kra­al, cie­ka­wość bliź­nia­ków się­gnę­ła szczy­tu.

Wa­ite za­je­chał koń­mi pod sam dom i je­den ze sta­jen­nych pod­biegł, żeby za­brać od nie­go lej­ce. Na we­ran­dzie sie­dzia­ła Ada; Sean wy­sko­czył z brycz­ki i pod­biegł do niej po stop­niach. Po­ca­ło­wał ją szyb­ko.