Gdy opadły emocje - Aneta Krasińska - ebook
Opis

Spotkanie po latach może skutkować sporą dawką emocji i zmianą życiowych planów.
Marcelina jest mężatką wychowującą nastoletnie bliźnięta. Bywa przytłoczona codziennymi obowiązkami. Od czasu do czasu jej przyjaciółka Magda próbuje to zmienić. Tym razem namawia koleżankę do udziału w imprezie zorganizowanej dwadzieścia lat po maturze. Spotkanie otwiera niezabliźnione rany.
Gdy opadły emocje to pierwsza część trylogii. Każdy tom poświęcony jest rozterkom innej osoby w związku z wydarzeniami z czasów liceum, gdy tworzyli zgraną grupę z nadzieją patrzącą w przyszłość.
W przygotowaniu: Gdy nadeszło życie i Gdy powrócił spokój.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 272

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Wioletta Markiewicz

Zdjęcia na okładce

© PavelNovikov | istockphoto.com

Redakcja

Justyna Nosal-Bartniczuk

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Barbara Kaszubowska

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Jakiekolwiek podobieństwo do wydarzeń lub postaci autentycznych jest zupełnie przypadkowe.

Wydanie I, Katowice2019

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

biuro@szaragodzina.pl

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2018

ISBN 978-83-66201-47-7

Wychowawczyni Ewie Dymek oraz koleżankom i kolegom maturzystom z rocznika 199X

Rozdział 1

Marcelina zgrabnym ruchem przeczesała włosy, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z odbicia w lustrze. Sięgające ramion ciemnokasztanowe kosmyki lśniły po dopiero co zakończonym zabiegu, który jej fryzjerka nazywała botoksem. Klientka ostrożnie dotknęła końcówek pukli nonszalancko wymykających się spod kilkunastu wsuwek użytych do podpięcia i szeroko uśmiechnęła się do stojącej tuż obok mistrzyni fryzur, w każdej chwili gotowej coś poprawić.

– Jest idealnie! – zachwycała się Marcelina.

– Idź tam i rozłóż wszystkich na łopatki – zachęcała Agnieszka. – Powinnaś częściej do mnie zaglądać – dodała z przekąsem.

– Wiesz, że chciałabym, ale…

– Ty zawsze znajdziesz jakieś „ale”, a później wpadasz jak po ogień i oczekujesz, że wyczaruję nie wiadomo co.

– Bo wiem, że jesteś w tym najlepsza i nigdy mi nie odmówisz w podbramkowej sytuacji.

– Kochana, latka lecą i czas o siebie zadbać – stwierdziła fryzjerka, wysoko podnosząc czoło. – A teraz patrz na moje usta – zażądała, stając twarzą w twarz z przyjaciółką. – Trzeba to robić regularnie, a nie od wielkiego dzwonu. Rozumiesz?

– Gdy przekroczę czterdziestkę, to o tym pomyślę – zripostowała Marcelina, w duchu ciesząc się, że do tego czasu pozostało jej jeszcze dziewięć miesięcy.

– Wtedy, moja kochana, będzie za późno! – Właścicielka salonu się roześmiała i zabrała się za zamiatanie podłogi. – Tego, co straciłaś, nie da się nadrobić – dodała jakby od niechcenia.

Klientka, sięgając po portfel, na moment zastygła pochylona nad torbą. Jak niby ma o wszystkim pamiętać? Robi, co w jej mocy, by sprostać obowiązkom, których z każdym rokiem przybywa. Pewnie, że w sobotę wolałaby wyjść do fryzjera, zamiast sprzątać mieszkanie. Zaczęła się zastanawiać, kiedy ostatnio była u kosmetyczki. Obliczenia nie wypadły korzystnie, dlatego głośno westchnęła i bezradnie pokręciła głową.

– Coś się stało? – spytała fryzjerka, patrząc na nią z niepokojem.

– Nie, nie. Wszystko pod kontrolą.

Marcelina położyła pieniądze na stoliku i jeszcze raz zerknęła w stronę lustra. Podobało jej się to, co w nim ujrzała. Może jednak wieczór nie będzie beznadziejny… Wzięła torebkę i ruszyła do drzwi.

– Do zobaczenia następnym razem!

– Byle wcześniej niż za rok! – stwierdziła fryzjerka wymownie i pogroziła palcem. – Zegar odmierza czas – dodała, a jej usta kilkakrotnie bezgłośnie wypowiedziały „tik-tak”.

Marcelina w milczeniu ruszyła w stronę auta zaparkowanego po drugiej stronie ulicy. Majowe słońce przypominało o zbliżających się wakacjach. Niewielkie obłoki ledwie majaczyły na lazurowym niebie. W powietrzu czuć było zapach bzów. Kobieta podniosła głowę, by odszukać solistę odbywającego tournée po krzewach i umajonych drzewach rosnących wzdłuż ulicy. Słońce na chwilę ją oślepiło. Szła powoli, nasłuchując skocznej melodii, która wprawiła ją w dobry nastrój. W końcu go dostrzegła. W tym samym momencie jej ramię pokryła lepka, brunatna miazga.

– Cholera! – krzyknęła, odskakując na bok, jednak jej ruch był spóźniony. – Niech to szlag! – warknęła i natychmiast sięgnęła do torebki po chusteczkę. Materiał na ramieniu już przesiąknął. Z obrzydzeniem spojrzała na top. – Przydałby się płaszcz przeciwdeszczowy i hełm – gderała rozdrażniona.

Plama ogarniała coraz większe rejony beżowej bluzki. Kiedy kobieta stwierdziła, że nic nie jest w stanie zrobić, wyrzuciła chusteczkę i udręczona wsiadła do auta. Opuściła szybę i powoli ruszyła z miejsca. Wiatr zaczął czochrać jej misternie ułożoną fryzurę. Niechętnie zamknęła okno i wcisnęła pedał gazu, niemal przejeżdżając na czerwonym świetle. Drżące dłonie mocno zacisnęła na kierownicy. Było ciepło, więc już po chwili poczuła, że się z niej ześlizgują, ale ani na moment nie rozluźniła uścisku.

Kiedy zaparkowała pod blokiem, pospiesznie wysiadła z auta, dopadła do drzwi wejściowych, które właśnie otwierała sąsiadka z czwartego piętra idąca z psem na poobiedni spacer. Tofik z zainteresowaniem obwąchał Marcelinę. Bystre oko właścicielki ratlerka szybko zlokalizowało newralgiczne miejsce. Kobieta pokiwała głową, przybierając współczujący wyraz twarzy, po czym ruszyła w swoją stronę. Tofik szczeknął. Marcelina była niemal pewna, że z litości dla niej.

Otworzyła drzwi i na palcach weszła do mieszkania na trzecim piętrze. Zerknęła w stronę ogromnego lustra zawieszonego na skrzydle szafy wnękowej. Bez zastanowienia przemknęła do łazienki.

Tymczasem ze swojego pokoju wyłoniła się Amelia. Trzynastolatka od dawna utrzymywała, że ma przytępiony słuch, jeśli tylko ktoś z dorosłych używał słów „musisz” albo „zrób”. Zdecydowanie bardziej wolała słuchać: „mam coś dla ciebie” lub „zakupy”. Podobną taktykę stosował jej o dwanaście minut starszy brat, który od dłuższego czasu siedział w salonie niczym zahipnotyzowany i po raz kolejny oglądał Gwiezdne wojny.

Dziewczyna wsunęła głowę do salonu.

– Mama wróciła?

Nastolatek jedynie wzruszył ramionami, nie odrywając wzroku od ekranu.

Z łazienki dochodził odgłos płynącej wody. Amelii przeszło przez myśl, że Olaf nie zakręcił kranu. Pospiesznie szarpnęła za klamkę i stanęła jak wryta.

– Wróciłam! – krzyknęła matka przestraszona nagłym wtargnięciem i wybałuszyła oczy na córkę. Łapczywie łapała powietrze, odruchowo przyciskając do piersi mokrą bluzkę. Ściekająca z niej woda tworzyła bezkształtne wzory na jej spodniach. – Ptasia kupa na mnie wylądowała – dodała, gdy nieco ochłonęła. – Mam nadzieję, że udało mi się wszystko sprać… – Spojrzała na zachlapaną podłogę.

– Może lepiej, gdyby ci się nie udało – zakpiła córka. – To fason dla babci, choć pewnie nawet ona kiepsko wyglądałaby w tym burym kolorze.

– Tak sądzisz? A ja tak bardzo lubię tę bluzkę… Pasuje do wszystkich spodni.

– No właśnie. A wiesz dlaczego? – spytała latorośl, ale nie dała matce czasu na odpowiedź. Stanowczym tonem dokończyła: – Bo jest bezpłciowa. Bez wyrazu. Beznadziejna.

Marcelina rozdziawiła usta. Zastanawiała się, jak to możliwe, że nastolatka wie więcej o modzie niż ona. Jej matka ciągle powtarza, że dzieci szybciej dorastają, ale żeby w tak ekspresowym tempie? Coś chyba jest tutaj nie tak. Ale co i z kim? Jeszcze przez chwilę analizowała, starannie wycierając ręce.

Zaalarmowany głosami dochodzącymi z przedpokoju Olaf wysunął blond czuprynę zaczesaną do góry i utrwaloną najmocniejszym żelem do włosów.

– O, już jesteś. Jednak nie byłaś u fryzjera? – spytał.

Marcelina zastygła w bezruchu.

– Jak to nie byłam?! – Zmarszczyła brwi i odruchowo spojrzała w lustro. – Przecież dopiero co wyszłam z salonu – dodała bez większego entuzjazmu. Dotknęła strączków, w które zamieniły się jej włosy przy niemałym udziale przeciągu, jaki sobie zafundowała w aucie. Kilka wsuwek wysunęło się, stercząc niczym kolce jeża przez przypadek wplątane we włosy. – Wiedziałam, że to beznadziejny pomysł – stwierdziła, mając na myśli i przyjęcie, i fryzurę. Mimo wszystko usiłowała wepchnąć spinki na swoje miejsce. Grymas bólu szybko przerwał jej starania. – Strach na wróble powinien zostać w domu.

– Raczej stać na polu – podrzucił Olaf ochoczo.

– Pola nie mam. Mogę się schować do szafy – westchnęła i bezsilnie oparła się o ścianę.

– Mamo, daj spokój! – Amelia za plecami matki spiorunowała wzrokiem przemądrzalca. – Z niektórymi znajomymi nie widziałaś się dwadzieścia lat i może więcej nie zdarzy się taka okazja.

Olaf burknął coś pod nosem i wrócił do salonu, bo właśnie imperium kontratakowało, a on nie zamierzał stracić tego momentu ulubionego filmu.

– Nie widziałam ich tak długo i jakoś dałam sobie radę, więc jeśli nie pójdę na to spotkanie, to i tak nic się nie stanie – upierała się, wciąż patrząc na swoje blade odbicie. Jej ramiona były nieco zaokrąglone. Nigdy nie należała do chuderlaków, ale odkąd poszła do pracy, stres zaczęła zagryzać czekoladą. Tak bardzo się w niej rozsmakowała, że choć nadal z tym walczyła, nie potrafiła znaleźć alternatywy i w chwili napięcia sięgała po kolejną tabliczkę. – Nikt nawet nie zauważy, że mnie nie ma.

– Mamo, głupoty pleciesz! – Amelia przewróciła oczyma, znudzona. – Ciocia Magda wydzwania od tygodnia i ciągle coś szepczecie, a potem chichracie się jak małolaty. Ta sukienka, którą pomogła ci wybrać, jest naprawdę odlotowa. Powinnaś kupić więcej ubrań w kolorze brzoskwiniowym.

– Słucham?

– Pani jesień powinna nosić ciepłe kolory w różnych odcieniach brązu. Czytałam o pomarańczowym, cynamonowym i żółtym – recytowała nastoletnia modystka.

– Jaka pani?

– Jesień – powtórzyła, wymownie patrząc na matkę. – To taki typ urody. Nie mów, że nawet tego nie odkryłaś!

– Skąd ty to wszystko wiesz?

– No jak to skąd? – Dziewczyna się zdziwiła. – Internety mówią! – Zaśmiała się.

Marcelina wykorzystywała to źródło wiedzy w pracy, ale nie miała ani siły, ani potrzeby, by szukać w sieci informacji na inne poza służbowymi tematy.

– Moja panna mądralińska. – Matka uśmiechnęła się i podeszła, by objąć latorośl. – Co ja bym bez ciebie zrobiła? – spytała, głaszcząc nastolatkę, która była już jej wzrostu.

– Mamo, nie przesadzaj – zaprotestowała dziewczyna, nie chcąc wyjść na małolatę trzymającą się matczynej spódnicy.

Gdyby nie bałagan w systemie edukacji, za kilka tygodni kończyłaby podstawówkę. Czuła się gotowa do podjęcia wyzwania, jakim jest wejście w nowe środowisko. Niestety nikt w ministerstwie nie rozumiał, że likwidacja gimnazjów nie odmieni sposobu myślenia nastolatków, nie pozbawi ich szalonych pomysłów, a już na pewno nie sprawi, że będą rozsądni i zrównoważeni.

– Pomogę ci doprowadzić do porządku te włosy – zaproponowała Amelia. – Tylko musimy się pospieszyć, bo ciotka będzie marudziła, że się spóźnicie.

– Tata podgrzał wam obiad?

– Nie. Wybiegł jak oparzony, gdy tylko otrzymał zaproszenie na tenisa.

– Aha – westchnęła Marcelina, wchodząc do sypialni.

Omiotła wzrokiem niezaścielone łóżko i piętrzące się na nim sterty ubrań z całego tygodnia. Prosiła Czarka, żeby ogarnął mieszkanie. Wiedziała, że sobotnie sprzątanie należy do jej obowiązków. Mąż w rodzinnym domu przesiąknął tym stereotypem i z każdym rokiem było jej coraz trudniej nakłonić go do pomocy. Tyle że dzisiaj miał być dla niej wyjątkowy dzień. Niestety wszystko szło jak po grudzie.

Nie miała czasu na zastanawianie się. Włożyła rozciągniętą koszulkę na ramiączkach i zgarnęła stertę ubrań. Posortowała je. Ciemne tkaniny włożyła do pralki. Po chwili cichy szum potwierdził, że jedno pranie ma z głowy. Natychmiast ruszyła do kuchni i wyjęła patelnię, na którą wrzuciła kawałek masła, a kiedy zaczęło skwierczeć, dodała makaron. Ciepłe kluski zalała masą jajeczną i wprawnym ruchem przemieszała całość. Po chwili ustawiła na stole dwa pełne talerze.

– Obiad!

– No dlaczego właśnie teraz? – marudził Olaf. – Ominie mnie najlepszy moment. Luke straci rękę i dowie się, że Darth Vader to Anakin Skywalker, czyli jego ojciec.

– Po co oglądasz, skoro doskonale wiesz, jak się skończy? – spytała Amelia, wchodząc do kuchni.

– A ty po co codziennie gapisz się w lustro, skoro wiesz, że i tak wyjdzie ci kolejny pryszcz? – drwił wpatrzony w telewizor.

– Mamo! Powiedz mu coś! Ten skunks mnie obraża! – poskarżyła się, siadając do stołu.

– Możecie już przestać? – zdenerwowała się matka. – Chcę zdążyć na to przyjęcie, więc nie mam teraz czasu na wasze kłótnie. – Łypnęła okiem to na jedną, to na drugą latorośl. Wyszła z kuchni, nie jedząc obiadu.

– Padalec jeden! – Nastolatka syknęła pod nosem i zatopiła widelec w makaronie.

Marcelina zamknęła za sobą drzwi do sypialni i osunęła się na łóżko. Miała dość ciągłego gaszenia pożarów nieustannie wybuchających pomiędzy nastolatkami. Ich hormony szalały. Odnosiła wrażenie, że kiedy jedno się nieco wyciszy, to natychmiast awanturę wszczyna drugie. Przez to w domu wciąż panowała napięta atmosfera. Z utęsknieniem wracała do chwil, kiedy bliźnięta szczerzyły bezzębne dziąsła do wszystkich sąsiadek ochoczo zaglądających do podwójnego wózka.

Zerknęła na zawieszoną na szafie sukienkę. Dotknęła delikatnego materiału. Nie mogła się powstrzymać. Już kilka tygodni temu kupiła ją specjalnie na ten wieczór. Góra z niewielkim dekoltem i z zakrytymi ramionami była dobrze dopasowana. Kobieta unikała wystawiania krągłości na widok. Miała świadomość, że nie wygląda idealnie. Od dość dawna nie było znać u niej mięśni, a skóra tu i tam uległa grawitacji. Dół sukienki był zwiewny: przód nieco krótszy pokazywał jej zgrabne łydki, a tył sięgał kostek. Magda namówiła ją na kupno szpilek w cielistym odcieniu. Marcelina patrzyła na nie bez przekonania. Na co dzień do biura wkładała wygodne pantofle, a latem nosiła sandały. Za szpilkami nigdy nie przepadała, a kiedy zaczął jej dokuczać halluks, pożegnała się ze wszystkimi butami, które mimo ładnego wyglądu potwornie ją uciskały.

– To co, mamo, działamy? – spytała Amelia, zaglądając do sypialni i wciąż oblizując usta po obiedzie.

– Już, już – odparła Marcelina, jakby wyrwana z letargu. – Wezmę prysznic i możemy zaczynać.

Po kąpieli usiadła bokiem na opuszczonej desce sedesowej i przymknęła oczy, oddając się w sprawne ręce córki. Pamiętała, jak bardzo się cieszyła, gdy ginekolog powiedział, że urodzi chłopca i dziewczynkę. Zawsze marzyła o córce, której mogłaby zakładać kolorowe sukienki i przypinać różowe spineczki. Uśmiechnęła się do siebie na to wspomnienie i odruchowo podniosła głowę.

– Nie ruszaj się, bo cię niechcący ukłuję – ostrzegła Amelia.

– Przepraszam, pani kierownik. Długo jeszcze?

– Zaraz skończę. O której ciocia po ciebie przyjedzie?

– Będzie za godzinę, bo uparła się, żeby mnie umalować, jakbym była jakąś pisanką wielkanocną.

– Też uważam, że powinnaś zacząć się malować, bo…

– Bo co? – przerwała matka.

– No… – Amelia zaczęła coś kręcić. – No wiesz, mamo…

– Tak źle wyglądam?

– Nie najlepiej – wypaliła i natychmiast zabrała się do wpinania kolejnej spinki.

– Halo, dopiero co skończyłam trzydzieści dziewięć lat!

– Teraz już z górki, mamo. – Nie omieszkała jej wytknąć. – Czas najwyższy, żebyś uświadomiła sobie, że młodsza nie będziesz, więc musisz zacząć pracować nad tym, co masz.

– Nad tym, co mam – powtórzyła Marcelina, szeroko otwierając oczy. – Czego was w tej szkole uczą? – Zastanawiała się na głos.

– Niestety to nie w szkole. Tam nie zdobywamy tak cennych informacji.

– No tak, internet – powiedziała matka powoli i z wyrozumiałością pokiwała głową. – Dobrze, kończ to czesanie, bo Magda przerazi się, jeśli mnie tak zastanie.

Po kilkunastu minutach, do cna wypełnionych usilnymi staraniami Amelii, Marcelina wyłoniła się z łazienki w pełni usatysfakcjonowana. Jej włosy znowu wyglądały elegancko. W sypialni włożyła nową bieliznę, o której nie powiedziała nawet Magdzie, bo przyjaciółka najpewniej by się z niej nabijała i robiła przytyki, że na coś liczy po przyjęciu. Przed studniówką też sobie tak żartowała. Marcelina wciąż pamiętała, jak bardzo ją to wówczas drażniło, ale milczała, zbywając docinki głupawym uśmiechem. Właśnie mocowała się z suwakiem sukienki, gdy usłyszała dzwonek do drzwi.

– Niech ktoś otworzy! To pewnie Magda! – zawołała w stronę salonu.

Chwilę później w progu sypialni stanęła drobna blondynka w bladoróżowej sukience bez ramiączek, z wysoko podniesionym biustem najpewniej przez solidny push-up. Jej cienkie szpilki nude miarowo stukały o podłogę, gdy zamaszystym krokiem wparadowała do środka.

– Ty jeszcze nie jesteś gotowa? – zapytała z wyrzutem.

– Przecież kończę.

– Odwróć się, to ci pomogę – poleciła, rzucając na wciąż nieposłane łóżko niewielką torebkę kolorem dopasowaną do szpilek. Od razu zabrała się za suwak. – Sukienka leży idealnie! – stwierdziła, poprawiając zamek tak, by o nic nie zawadzał. – Naprawdę świetnie wyglądasz w tej kiecce – dodała od niechcenia. – Teraz jeszcze makijaż, żebyś mogła zrobić wrażenie.

– Błagam cię… – zaczęła Marcelina, otrzepując sukienkę z niewidocznych pyłków. – Ja i wrażenie! Przecież to dwie sprzeczności w jednym zdaniu.

– Oj tam, oj tam. – Przyjaciółka mrugnęła do niej. – Już ja wiem swoje.

Samozwańcza makijażystka wyszła do przedpokoju, skąd po chwili przytaszczyła potężnych rozmiarów kuferek.

– Aż tyle tego wzięłaś? – Marcelina wytrzeszczyła oczy i przysiadła na łóżku.

– Większość zostawiłam w domu.

– Ciociu, mogę popatrzeć, jak malujesz mamę? – spytała Amelia, dziarsko wkraczając do sypialni.

– Jasne! Ucz się, kochana, żebyś nie wyglądała jak niektóre nastolatki. Mistrzynie makijażu. Istne zombie z czarnymi krechami zamiast brwi i sztucznymi rzęsami o zagęszczeniu szczotki.

– Nie za wcześnie na malowanie się? – dopytywała Marcelina.

– Myślę, że ona o makijażu wie o wiele więcej niż ty – ironizowała Magda, po czym zabrała się za rozpakowywanie kolejnych pędzli, różnokolorowych kredek i cieni do powiek. Na koniec wyjęła kilkanaście pomadek i błyszczyków.

– Żartujesz? – Marcelina pokręciła głową z niedowierzaniem. – Nie wmówisz mi, że używasz tego wszystkiego.

– Jednocześnie zdecydowanie nie, ale w różnych połączeniach owszem – szepnęła Magda ochoczo. Szybko rozsmarowała podkład i przypudrowała twarz przyjaciółce, po czym zabrała się do nakładania cieni. Brązową kredką dokładnie obrysowała kontur powiek, choć nie było to łatwe zadanie. – Możesz się nieco rozluźnić? – prosiła, drugi raz poprawiając obwódkę, która bardziej przypominała falbankę niż równą kreskę. – Nie zaciskaj powieki, bo nigdy tego nie dokończę – syknęła.

– Nie lubię, gdy ktoś gmera przy moich oczach – wyjaśniła Marcelina z miną niewiniątka.

– Nie musisz się bać. Przecież nie wyrządzę ci krzywdy. Do tyłu głowa i nie myśl o tym, co robię – poleciła stanowczym głosem. – Swoją drogą, jak ty się uchowałaś w tej agencji reklamowej? Mnie takie firmy kojarzą się z ludźmi tryskającymi energią, przebojowymi i otwartymi na nowości.

– Chcesz powiedzieć, że jestem dziwadłem? – spytała, a uśmiech wypełzł na jej usta. – Tak naprawdę w każdej firmie oprócz zapaleńców potrzeba rzemieślników, którzy sprawią, że pomysły tych przebojowych będą się nadawały do publicznego zaprezentowania – wyjaśniła Marcelina bez zadęcia.

– Porównałabym cię raczej do reliktu zamierzchłej epoki – przekomarzała się Magda, po czym wytuszowała jej rzęsy, które po tym zabiegu okazały się długie i dość gęste. Na koniec różem podkreśliła kości policzkowe przyjaciółki. – No, gotowe – oświadczyła, nie kryjąc dumy z ukończonego zadania.

– Wow, mamo! Ale wyglądasz…

– No jak? – Marcelina poderwała się, by spojrzeć w lustro.

Wybiegła do przedpokoju, ale było tam zbyt ciemno, dlatego weszła do łazienki i zapaliła boczną lampkę wiszącą przy lustrze. Patrzyła na odbicie nieznajomej kobiety, u której nie mogła się doszukać piegów, które wiosną zawsze pojawiają się na jej twarzy, by zblednąć dopiero zimą. W zupełnie niezrozumiały sposób nagle jej rzęsy stały się dłuższe, a spojrzenie bardziej wyraziste. Orzechowe oczy, które nierzadko pozostawały zamyślone, nabrały głębi. Wyglądała jak dojrzała kobieta, której uroda w żadnym razie nie przeminęła. Uśmiechnęła się niepewnie do swojego odbicia i wówczas dostrzegła, że coś w tym obrazku nie gra. Wróciła do sypialni i nie bacząc na zachwyty Magdy, otworzyła szkatułkę, w której przechowywała biżuterię. Wyjęła tę, którą uważała za najcenniejszą: mały diament oprawiony w białe złoto zawieszony na łańcuszku, a do kompletu takie same, choć nieco mniejsze kolczyki.

– Pomożesz mi założyć? – spytała córkę, ale zanim ta odpowiedziała, w sypialni zjawił się Czarek i przez chwilę taksował żonę.

– Chyba jednak nie powinnaś tam iść sama – zaczął, gdy tylko odzyskał mowę. – Na pewno nie można przyprowadzić osób towarzyszących? – dopytywał.

– Ty masz ją na co dzień – odpowiedziała mu ze śmiechem Magda. – Dzisiaj pozwól innym nacieszyć nią oczy.

– No nie wiem, nie wiem – powtarzał, podchodząc do żony. – Może to błąd?

– O co ci znowu chodzi? – Magda nie mogła się opanować.

– W przyszłym tygodniu wyjeżdżam, więc ten weekend powinniśmy spędzić razem – tłumaczył, nie odrywając oczu od Marceliny.

– Czarek, nie bądź jak pies ogrodnika. – Przyjaciółka nie odpuszczała.

– Przecież wiesz, że wcale nie muszę tam iść. – Kobieta niemal rozpłynęła się pod naciskiem wzroku męża. Poczuła ukłucie w dołku. Miło było czuć, że komuś na niej zależy. W końcu wcale nie musi iść na to durne przyjęcie. Pewnie i tak większość osób wcale nie przyjdzie. Przez tyle lat niewielu zależało na utrzymywaniu kontaktów, a tu nagle telefon i wszystko stanęło na głowie. Właśnie zamierzała otworzyć usta, gdy usłyszała głos przyjaciółki.

– Nie musisz, ale powinnaś.

Przenikliwy wzrok Magdy zdawał się wwiercać w mózg Marceliny, a jej upór nie pozostawiał miejsca na dyskusje. Kwestię wyjścia ustalili z Czarkiem już dawno, ale zdążył o tym zapomnieć. Gdy mu ponownie napomknęła o sobotnim spotkaniu, przez kilka dni chodził nadąsany.

– Wyglądasz tak apetycznie! – Zdawał się nie słyszeć słów Magdy.

– Przestań! – Żona żachnęła się, skinieniem głowy pokazując stojącą za jego plecami córkę.

– Tato, bo zaraz zwymiotuję – żaliła się latorośl.

Odkaszlnął.

– Czyli wolisz ten wieczór spędzić w towarzystwie obcych ludzi niż z własną rodziną? – Wymierzył ostateczny cios i z błyskiem w oczach czekał, aż zawodnik padnie na matę.

Marcelina ściągnęła brwi i ze smutkiem łypnęła w stronę Magdy.

– O nie, moja droga! – Kobieta pogroziła jej palcem. – Nawet na to nie licz. Nie zostawisz mnie samej. A ty przestań jej robić wodę z mózgu – prychnęła w stronę Czarka.

Niezręczna cisza wypełniła przestrzeń. Marcelina głośno westchnęła. Gdyby choć przez moment przypuszczała, ile nerwów będzie ją kosztował ten bal, na pewno nie zgodziłaby się przyjąć zaproszenia. Co też ją podkusiło?

– Czy mogę ci to założyć? – spytał Czarek, pokazując na trzymany przez żonę naszyjnik. Przywiózł go aż z Australii. Teraz ostrożnie wyjął klejnot z jej rąk i delikatnie zawiesił na szyi oszołomionej właścicielki. – Olśniewający – oświadczył, a w jego głosie nie wyczuła gniewu.

Czyżby jednak zmienił zdanie i odpuścił?

– Ca – niespodziewanie dodała Amelia.

– Co „ca”? – Magda zmarszczyła brwi.

– No, nie olśniewający, tylko olśniewająca – wyjaśniła nastolatka, kolejno przenosząc wzrok na dorosłych, którzy najwidoczniej wciąż nie nadążali za jej tokiem myślenia. – Mama jest olśniewająca. – Skrzywiła się, bo nie sądziła, że można nie rozumieć tego, co ma na myśli.

– Racja! – Ciotka podchwyciła natychmiast. – I dlatego nie powinna zamykać się w czterech ścianach.

Czarek milczał. W jego oczach Magda nie znalazła wrogości. Tym chętniej ciągnęła:

– Dobrze, zbierajmy się już, bo musimy dotrzeć na miejsce do siedemnastej. Wkładaj szpilki – ponaglała.

– Wolę je schować do torby. Na drogę założę coś wygodniejszego. – Marcelina skrzywiła się, z nadzieją patrząc na blond piękność, która nawet w poprzecieranych dżinsach i kraciastej koszuli wzbudzała zachwyt płci przeciwnej.

– Może kalosze? – warknęła. – Kobieto, ile ty masz lat?! Zachowujesz się jak własna babka! – strofowała ją przyjaciółka. – Wkładaj te buty i jedziemy – dodała, chcąc jak najszybciej wyjść z mieszkania, by uniknąć kolejnych narzekań Czarka.

Marcelina, ociągając się, włożyła szpilki i wyprostowała się. Nerwowo obciągnęła sukienkę. Czuła się jak kopciuszek wystrojony na bal. Patrząc na minę męża, nie miała wątpliwości, że najchętniej zostałby jej królewiczem i przez resztę wieczoru nie wypuszczałby z objęć. A może to tylko pożądanie? Trudno. Lepsze to niż nic. Nerwowo oblizała usta i przegnała myśli.

– Żebym tylko tych butów nie zgubiła – rzuciła mimochodem i uśmiechnęła się do męża. Cmoknęła go w policzek i starając się zachować równowagę, ruszyła za Magdą, która zdążyła już zamknąć magiczny kuferek, a teraz podążała w stronę drzwi wyjściowych, umiejętnie kołysząc biodrami, co nie umknęło Czarkowi.

***

Magda zawsze była tą ładniejszą częścią duetu przyjaciółek. Długie bursztynowe włosy, jasnoniebieskie oczy kryjące się za ciemnymi rzęsami – ideał dla większości facetów. Kobieta pamiętała, że w dzieciństwie wstydziła się krzywych zębów. To skutecznie obniżało jej samoocenę. Nic dziwnego. Kto wytrzymałby ciągłe docinki bachorów bawiących się na trzepaku pod blokiem? Często „ręcznie” musiała im tłumaczyć, że nie wypada żartować z damy. Jej największym marzeniem był prosty zgryz, więc gdy tylko zarobiła pierwsze pieniądze, zaczęła się rozglądać za ortodontą. Poszukiwania nie były łatwe, ale determinacja nie pozwoliła jej się poddać. Pół roku później paradowała z drutami, w których usidlone zostały jej zęby.

Po dwóch latach Magda wreszcie ze spokojem spoglądała na siebie w lustrze. Zęby wciąż nie były idealne, ale kobieta zdecydowanie częściej się uśmiechała. Przez moment rozważała nawet usunięcie własnych i wstawienie implantów, ale do akcji wkroczyła Marcelina, twierdząc, że to istne wariactwo. Nie skończyło się na jednej rozmowie. Wreszcie dla świętego spokoju Magda ustąpiła i nieco sobie odpuściła, jednak postanowiła zrobić wszystko, by odwrócić uwagę od swojego uzębienia.

Ukończyła kurs makijażu, który tak ją pochłonął, że zapisała się na dwa kolejne i po pół roku była specjalistką w dziedzinie make-upu. Wiedzę inowe umiejętności początkowo wykorzystywała na własne potrzeby. Zawsze lubiła dobrze wyglądać, a teraz wiedziała, jak uzyskać zadowalający efekt. W końcu poszła o krok dalej. Prędko zgromadziła arsenał kosmetyków, które usilnie chciała zaprezentować odpornej na urodowe namowy Marcelinie. Miało to stanowić preludium do wdrożenia w życie nowego pomysłu, czyli promocji zdrowego stylu życia ze świeżym, a jednocześnie zachwycającym wyglądem. Przyjaciółka jednak z uporem godnym oślicy broniła swego naturalnego wyglądu. Nudnego. Przynajmniej tak prezentował się on w oczach Magdy, która po wielokroć powtarzała, że jeśli się za siebie nie weźmie, to nawet się nie obejrzy, a jej mąż wtuli się w ramiona pulchnej Murzynki z kolczykiem w nosie i tatuażem na kostce. W takich chwilach Marcelina stukała się w czoło, powtarzając, że nie boi się kryzysu wieku średniego Czarka. Gdyby tylko chciał, już dawno mógłby ją zostawić albo mieć inną kobietę na drugim krańcu Ziemi. Najwidoczniej to ją kocha i dlatego zawsze wraca.

Magda podczas rozmów o mężczyznach prychała i irytowała się. Jakby nie wierzyła nikomu i niczemu. Los nie obszedł się z jej uczuciami zbyt łaskawie, więc Marcelina nie dziwiła się takiemu nastawieniu. Z czasem zaczęła unikać tego tematu, widząc, że nie przekona przyjaciółki do swojego stanowiska. Jej podejście do związku było nieco odmienne od tego, jakie miała Magda. Ona musiała ufać mężowi, inaczej już dawno popadłaby w obłęd albo by się rozwiodła. Tymczasem ich układ funkcjonował. Względna stabilizacja w życiu, brak kredytu do spłacenia, bo rodzice zadbali o przyszłość jedynaczki, i zdrowe dzieci – to się dla niej liczyło. Niczego więcej do szczęścia nie trzeba. Dlatego Marcelina nawet nie chciała zastanawiać się nad tym, co by było gdyby… No właśnie: gdyby co?

Z Magdą znały się od szkoły podstawowej. Mieszkały na jednym osiedlu i kiedy trafiły do tej samej klasy, szybko się zaprzyjaźniły. Wprawdzie ich temperamenty były skrajnie różne, ale być może właśnie dlatego tak długo ze sobą wytrzymały. Magda wolała szybkie auta i równie szybkich facetów. Pierwszy raz przeżyła na początku liceum i przez kolejne dwa tygodnie obydwie umierały ze strachu, czy aby nie zaszła w ciążę. Szczęśliwym trafem wszystko dobrze się skończyło, ale to nauczyło ją ostrożności w tych sprawach.

Marcelina doskonale pamiętała ich wspólne wyjścia na imprezy. Magda skupiała się na tym, żeby dobrze się na nich prezentowały. To ona biegła do kolejnych lumpeksów, co i rusz wynajdując jakieś fatałaszki, w których wyglądały bosko. Zadaniem Marceliny było zadbać o to, by bezpiecznie wróciły do domu.

To były niezapomniane czasy. Brak jakichkolwiek obowiązków oprócz nauki i sobotnie wyjścia do dyskoteki. Jej rodzice nie mieli podstaw, by zabraniać dziewczynie bywać ze znajomymi. Otrzymywała dobre oceny, bo w tygodniu ślęczała nad książkami. Gorzej sprawa się miała w przypadku Magdy, która pozytywne stopnie dostawała wówczas, gdy udało jej się ściągnąć. Nie lubiła tracić czasu na naukę. Ostatecznie oblała ustny egzamin maturalny. Wydarzenia zmusiły ją do porzucenia myśli o poprawce. Przez kilka miesięcy nie była w stanie nic robić. Niewiele pamiętała z tamtego okresu. Na szczęście w porę przyszło przebudzenie i rok później znowu stanęła przed komisją egzaminacyjną. Podczas poprawki nauczyciele ocenili, że jej wiedzy nie powstydziłby się kandydat na studenta medycyny. Wyczerpana nauką postanowiła na kolejny rok odpuścić sobie studiowanie i dotychczas wciąż nie znalazła na to czasu. Na szczęście tatuś, a potem spory kredyt gotówkowy dostarczyli jej środków na to, by ostatecznie otworzyć firmę cateringową, którą z czasem ukierunkowała na zdrową żywność i posiłki typu fit.

Różnie z interesem bywało. Marcelina podejrzewała, że gdyby Magda regularnie przyjeżdżała do firmy i pilnowała pracowników, a nie tylko bywała pomiędzy kolejnymi romansami z coraz młodszymi partnerami, mogłaby podbić rynek, tym bardziej że w Żyrardowie nie miała konkurencji.

***

– Dobrej zabawy! Nie wróćcie zbyt późno! – trajkotała Amelia niezrażona faktem, że ojciec wciąż wyglądał jak małe dziecko, któremu zabrano zabawkę.

– O której będziesz w domu? – dopytywał, gdy już schodziły po schodach.

– Czarek, daj spokój, ona siedziała w domu przez ostatnich kilkanaście lat, więc wyluzuj i pozwól jej się zabawić – odezwała się Magda, zanim jeszcze Marcelina otworzyła usta.

– Byle nie za mocno i nie za długo – burknął pod nosem i zamknął drzwi.

– Pa, kochanie – rzuciła Marcelina do zionącego pustką korytarza.

– On jest niemożliwy – zauważyła Magda, nie kryjąc oburzenia graniczącego z odrazą. – To chyba dlatego nie wyszłam za mąż, mimo że nieustannie namawia mnie do tego matka, twierdząc, że zdziwaczeję.

– Kocha mnie. – Marcelina uśmiechnęła się z przekąsem i ruszyła w dół.

Magda pokiwała głową, ale się nie odezwała.

Kiedy wsiadły do jej nowiuśkiej srebrnej toyoty kupionej dwa tygodnie wcześniej za pieniądze z kredytu, wzrok Marceliny natychmiast spoczął na kierownicy pokrytej czymś, co mogło przypominać plecionkę, tyle że wykonane zostało ze skóry w kolorze krwistej czerwieni.

– No co? – obruszyła się właścicielka, widząc niesmak na twarzy Marceliny. – Pasuje do mojej osobowości, poza tym na tym polega personalizacja. – Podkręciła radio i natychmiast zaczęła przekrzykiwać najnowszy przebój Margaret. Znała mnóstwo hitów granych w dyskotece.

Kilka przecznic dalej skręciły w wąską, usianą dziurami uliczkę. Początkowo śpiewaczka świetnie sobie radziła zarówno z dźwiękami, jak i z manewrowaniem autem, ale najwyraźniej nie wszystkie wyłomy udało jej się ominąć, bo w pewnej chwili poczuły mocne szarpnięcie. Samochód nagle stracił moc i głucho wyjąc, przetoczył się dalej. Magda nacisnęła pedał gazu, ale w mig zrozumiała, że coś jest nie tak.

– Cholera! – syknęła i zjechała na pobocze.

– Co się dzieje?

– Nie mam bladego pojęcia, ale coś nie działa – odburknęła, wyłączając silnik.

Kiedy stanęła przed samochodem, nie miała wątpliwości, że nie zdążą na rozpoczęcie.

– Cholera! – Kopnęła w kapeć. – Zachciało mi się skrótów.

– Zadzwonię po Czarka. – Marcelina już wyjmowała telefon.

– Daj spokój! Co, ja nie potrafię zmienić koła w aucie? – Rytmicznie postukiwała paznokciami o maskę samochodu.

– Pomogę ci.

Zaczęły od wyjęcia zapasowego koła. Magdzie nie przeszkadzały wysokie obcasy. Gorzej było z umieszczeniem lewarka w odpowiednim miejscu. Krótka sukienka właścicielki toyoty ściągała się, odsłaniając zgrabne uda za każdym razem, gdy kobieta usiłowała przykucnąć.

– Cholera, jak ta kiecka mnie wkurza! – narzekała, podejmując kolejną próbę.

Pisk opon zatrzymującego się obok nich auta postawił je do pionu.

– Czy piękne panie potrzebują pomocy? – zagaił brunet, wyglądając przez szybę nowego forda mustanga.

– Na pewno nie odmówimy. – Magda rzuciła powłóczyste spojrzenie w stronę młodego dżentelmena, ze znawstwem oceniając jego wiek i ledwie sypiący się wąs. Soczystym uśmiechem okrasiła czekające go zadanie i zanim wysiadł, wyciągnęła w jego stronę lewarek. – Cofam to, co mówiłam o swojej sukience – szepnęła do milczącej Marceliny.

Pół godziny później jechały wąską drogą, wzdłuż której rosochate brzozy lekko kołysały wiotkimi gałązkami oblepionymi drobnymi liśćmi. W oddali widać było stylizowany budynek, który miał przypominać dawny dwór szlachecki. Białe ściany stanowiły doskonałe tło dla różnobarwnych kwiatów rosnących wokół podjazdu. Przy oknach przytwierdzono ciemnobrązowe okiennice. Po obydwu stronach wejścia w cieniu gładko wykończonych kolumn wisiały duże donice, z których kaskadami zwieszały się nakrapiane surfinie. Nad nimi tańczyły trzmiele, głośno dokazując.

– Wysiadamy? – spytała Magda, gasząc silnik na parkingu tuż przed restauracją. – Zabawę czas zacząć – oświadczyła, wyjmując z torebki szminkę. – Jeszcze tylko małe poprawki i możemy ruszać. Wzięłaś pomadkę? – Jedno spojrzenie na Marcelinę wystarczyło, by się upewnić, że znowu musi za nią myśleć. – Nawet błyszczyka? Jesteś niemożliwa! Całe szczęście, że masz mnie – zapewniła i odwróciła się do kuferka zostawionego na tylnym siedzeniu. – Musisz dobrze wypaść, bo te krowy obrobią nam na mieście tyłki.

– Przesadzasz i niepotrzebnie się nakręcasz – odezwała się Marcelina, gdy skończyła poprawiać usta.

– Doprawdy sądzisz, że wszyscy przyjechali tutaj po to, żeby w miłej atmosferce pogwarzyć o naszych wybrykach sprzed dwudziestu lat? Nie bądź naiwna, błagam cię. – Oceniwszy odbicie w lusterku, Magda otworzyła drzwi i wysiadła z samochodu.

Przyjaciółka ruszyła w ślad za nią. Niespodziewanie ciszę przerwał dźwięk telefonu. Marcelina zmarszczyła brwi.

– Jeszcze dobrze nie wyszłaś za drzwi, a Czarek już dzwoni – westchnęła jej towarzyszka, nie kryjąc wyrzutu. – Mógłby od czasu do czasu poluźnić ci smycz.

Marcelina już zamierzała coś odpowiedzieć, ale telefon ponownie się rozdzwonił. Sięgnęła więc do niewielkiej torebki.

– Cześć, mamo – odezwała się, wymownie przewracając oczyma.

– Ratuj, kochana, bo inaczej zamkną mnie w więzieniu i będziesz musiała wysyłać mi paczki – jęczała starsza kobieta.

– Mamo, co ty pleciesz? – rzuciła zaskoczona, przypatrując się Magdzie, która co i rusz ponaglała ją, postukując w swój nowiuśki zegarek zdobiony kryształami Swarovskiego.

– Przyjedź natychmiast, bo on mnie wsadzi do więzienia – wyszeptała Maria Witczak konspiracyjnym tonem.

– Mamo, mów jaśniej – zażądała Marcelina, której udzielił się ton rodzicielki. – Znowu pokłóciłaś się z ojcem? – spytała i nie czekając na wyjaśnienia, brnęła: – Nie możecie ze sobą normalnie porozmawiać? Jesteście małżeństwem od tylu lat, a zachowujecie się jak para smarkaczy skaczących sobie do gardeł z byle powodu.

Matka usiłowała coś wtrącić, ale młoda kobieta nie zamierzała odpuścić, bo miała dość ciągłych utyskiwań i coraz bardziej podziwiała ojca za to, że jeszcze się nie wyprowadził z domu.

– Mamo, nie mogę teraz rozmawiać, bo spieszę się na przyjęcie klasowe.

– Jacyś obcy ludzie są dla ciebie ważniejsi niż rodzona matka? – żaliła się.

– Po prostu wiem, że sobie poradzisz. – Marcelina starała się przybrać łagodniejszy ton. Już drugi raz tego dnia zarzucano jej, że zaniedbuje rodzinę.

– Ale on cały czas gapi się na mnie spode łba i nie pozwala mi wysiąść… – Maria Witczak znowu szeptała.

– Jesteś w domu? – Marcelinie coś w tym wszystkim nie pasowało. – Tata jest z tobą?

– Jestem sama z obcym facetem – wybuchła Witczakowa.

– Co robisz w domu z obcym facetem? Wszystko w porządku?

– Przecież próbuję ci powiedzieć, że nie! – Kobieta nie wytrzymała i dała się ponieść emocjom. – Siedzę w taksówce i ten człowiek nie pozwala mi wysiąść – zawodziła cienko.

– Dzwonię na policję. – Marcelina zaczęła pokazywać na torebkę przyjaciółki.

Początkowo Magda patrzyła na nią w osłupieniu. Wreszcie dotarło do niej, o co prosi przyjaciółka. Wyjęła swój telefon i podała go Marcelinie.

– Nie rozłączaj się. Już wybieram numer na drugim aparacie.

– Nie! – Natarczywy i bezwzględny krzyk sprawił, że Marcelinie niemal pękły bębenki. – Żadnej policji, dopóki nie zapłacę za kurs!

Córka przez moment przyciskała do uszu dwa aparaty, usiłując zrozumieć swoją matkę. Pytający wzrok Magdy nie pomagał. Westchnęła i na moment przymknęła powieki, zastanawiając się, dlaczego akurat dzisiaj wszyscy sprzysięgli się, żeby popsuć jej wieczór.

– Może zadzwonisz do taty, żeby zszedł pod blok i zapłacił za kurs? – Starała się zapanować nad zdenerwowaniem.

– Ale ojca nie ma w domu! – Rodzicielka niemal szlochała. – Znowu pognał na brydża. Mówiłam, żeby poszedł ze mną do sklepu. Musiałam zrobić zakupy i zabrakło mi na taksówkę.

Marcelina nerwowo pocierała brodę, zapominając o makijażu. Lepka maź wałkowała się na jej twarzy.

– Przestań, bo się rozmażesz. Tyle roboty i wszystko na marne – narzekała Magda, wyjmując z torebki puder i niewielki puchaty pędzelek. – Nie ruszaj się – poleciła.

– Mamo, daj mi do telefonu taksówkarza. – Kobieta nagle poczuła przypływ adrenaliny.

– Dzień dobry – przywitał ją nadspodziewanie przyjemny głos.

– Dzień dobry, przepraszam za kłopot – wyrecytowała zawstydzona. – Zaraz zadzwonię do męża, żeby przyjechał pod blok mamy i uregulował rachunek.

– Pani mama trochę się zdenerwowała i wyolbrzymiła sprawę – usprawiedliwiał się. – Byłbym wdzięczny, gdyby mąż się pospieszył, bo dość już mam słuchania o tym, że mnie pozwie.

Marcelina wybałuszyła oczy. Powinna się tego spodziewać. Matka nie owijała w bawełnę. Często zasłaniała się znajomościami w świecie prawników.

– Jeszcze raz przepraszam za mamę – dodała i rozłączyła się.

Zgrzytając zębami, czekała na połączenie z Czarkiem. I to ma być wyjątkowy wieczór? Z niedowierzaniem kręciła głową.

Kiedy przyjaciółki szły wyłożonym kostką brukową chodnikiem, ich buty głośno stukały, obwieszczając wszystkim, że oto przybyły. Magda jeszcze raz odwróciła się w stronę nowego cacka i nacisnęła przycisk na pilocie automatycznie zamykający drzwi auta. Mrugnęła porozumiewawczo, jakby chciała, żeby dobry humor do nich wrócił.

– Jak długo będziesz spłacać kredyt za samochód? – zagadnęła Marcelina niespodziewanie.

Magda przewróciła oczami, po czym jeszcze mocniej wypięła piersi i wygładziła zagniecenia na sukience. To był jej dzień. Wreszcie pokaże, że ona też coś osiągnęła. Dwadzieścia lat temu pewnie nikt by nie postawił na nią złamanego grosza. Teraz była na szczycie, dokąd dotarła dzięki własnemu uporowi i czujności. Po prostu wykorzystała nadarzającą się okazję. Ostatni raz spojrzała na nowiuśkie auto i zamaszystym krokiem ruszyła przed siebie.

– Nie bądź nudna. Dzisiaj muszę wyglądać jak milion dolców. – Puściła oko do przyjaciółki, ale widząc jej nieprzejednaną minę, uśmiechnęła się, siląc się na słodycz. – Jutro pomyślę, skąd wziąć kasę – odparła z naiwnością w głosie, zanim weszły do środka.

– Masz plan B?

– Zawsze mam. Wiesz o tym – odparła, a Marcelina poczuła ukłucie w dołku. – Teraz nie myśl o niczym i baw się – poleciła Magda, ukazując w uśmiechu garnitur świeżo wybielonych zębów.

Muszę to po prostu przetrwać, pomyślała Marcelina, przestępując próg.