Wydawca: Świat Książki Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 368 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 2 min Lektor: Marcin Meller

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 2 min Lektor: Marcin Meller

Opis ebooka Gaumardżos - Anna Dziewit-Meller;Marcin

To jest Gruzja! Pełna smaków, zapachów, wyjątkowej muzyki, iście bajkowych krajobrazów, niezwykłych i życzliwych ludzi, niezliczonych anegdot towarzyskich.

W tą niezwykłą podróż zabierają nas autorzy Anna Dziewit-Meller i Marcin Meller. Opowiadają jak podróżowali od gór po morskie wybrzeża, biesiadowali podczas tradycyjnych uczt, rozmawiali o radościach i kłopotach... Opowiadają o tym skąd w Gruzinach głęboko zakorzeniona duma? Jak radzą sobie kobiety w świecie macho? Na czym polega tamtejszy nienachalny stosunek do punktualności?

Gaumardżos jest o „radości życia i sztuce świętowania”, ale mnóstwo w niej gruzińskiej współczesności i historii, naznaczonej m.in. okrutną wojną na Kaukazie.

Świetnie się czyta!

Opinie o ebooku Gaumardżos - Anna Dziewit-Meller;Marcin

Cytaty z ebooka Gaumardżos - Anna Dziewit-Meller;Marcin

kiedy jeszcze był w warszawskim znamienitym liceum Batorego, wtedy w Gruzji z fryzem na wczesnego Elvisa, jest gościem z takim bajerem na kobiety, że jak na plaży zapyta, gdzie jest morze, to szczęśliwa niewiasta nie tylko nie dopatrzy się żenady,
„Wszyscy myślicie, że my, Gruzini, jesteśmy tacy gościnni i wspaniali, bo chcemy wam, gościom, sprawić przyjemność. A to nieprawda. My chcemy sprawić przyjemność przede wszystkim sobie samym. Nas to bawi, nas to cieszy, nam to poprawia humor. Mógłbym użyć tu metafory pana, który prowadzi psa na smyczy. Wy, goście, jesteście tym psem, który biegnie przodem i cieszy się, hohoho, biegnę sobie z przodu, jestem taki ważny!, a my, gospodarze, jesteśmy tym panem, który was prowadzi na smyczy i kieruje każdym waszym krokiem”.

Fragment ebooka Gaumardżos - Anna Dziewit-Meller;Marcin

AnnaDziewit-MellerMarcinMeller

OPOWIEŚCI

zGruzji

Redaktor prowadzący

Tomasz Jendryczko

Redakcja

Joanna Popiołek

Fotoedytor

Marta Broniarek

Mapy na II i III stronie okładki

Kartografika

Redakcja techniczna

Lidia Lamparska

Korekta

Jacek Biernacki

Copyright © by Anna Dziewit-Meller, 2011

Copyright © by Marcin Meller, 2011

Copyright © by Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2011

Copyright © for the e-book edition by Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2011

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Świat Książki

Warszawa 2011

Świat Książki sp. z o.o.

ul. Rosoła 10, 02-786 Warszawa

ISBN 978-83-247-2630-1

Nr 45094

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Dedykacje

Książkę dedykuję rodzicom

Ania

Pamięci moich rodziców, Beaty i Stefana Mellerów

Marcin

O CZYM JEST TA KSIĄŻKA?

O Gruzji, wiadomo. To będzie przewodnik, książka podróżnicza czy zbiór reportaży? – pytali znajomi. Na pewno nie to pierwsze. I w sumie ani to drugie, ani trzecie, choć i opis wędrówki się znajdzie, i przynajmniej trzy rozdziały, które można zakwalifikować jako reportaże. A więc co trzymasz przed sobą, drogi czytelniku?

Kiedy zastanawialiśmy się nad tytułem, zupełnie poważnie myśleliśmy oSzaszłyku( choć później, z lęku przed tym, że będą nas umieszczać w dziale „kulinaria”, zmieniliśmy plany). Czym jest bowiem ten kaukaski specjał? To rozmaite kawałki mięsa i warzyw nadziane na szpikulec. A taka wszak jest nasza książka. Znajdziecie w niej najróżniejsze opowieści – od absurdalnych i, mamy nadzieję, budzących uśmiech, po historie poważne, a nawet zupełnie tragiczne. Znajdziecie reportaże i opowieści. Do śmiechu i do płaczu, bo w gruzińskiej mentalności emocjonalne podejście do świata jest niezmiernie ważne. Bohaterami książki są przeróżni ludzie – od naszych najbliższych przyjaciół, po wielką królową sprzed setek lat. Wśród tego wszystkiego jesteśmy w dodatku my dwoje i nasze osobiste przygody i przeżycia.

Ta książka powstała oczywiście z miłości do tego kraju. Ale mamy nadzieję, że nie jest nią zaślepiona. Dowodem może być fakt, że nasi gruzińscy i gruzinofilscy przyjaciele zżymali się niekiedy, czytając jej fragmenty. Z drugiej jednak strony nie udajemy obiektywnych obserwatorów: przyznajemy uczciwie – jesteśmy Gruzją zaczadzeni.

Mamy nadzieję, że wśród tych, którzy w Gruzji byli, nasza książka wzbudzi uśmiech, może i wzruszenie, a czasem nawet protest. Tych, którzy myślą o podróży, zachęci do decyzji. A tym, którzy lubią po prostu poczytać zajmujące prawdziwe historie, zapewni kilka ożywczych wieczorów.

Gruzja, którą opisujemy, powoli odchodzi w przeszłość. Kraj coraz bardziej się zmienia i modernizuje, każda wizyta przynosi nam nowe zaskoczenia – jak to ostatnie, że w Swanetii w Wielkim Kaukazie otwarto elegancki hotel i knajpę dla niepalących. Zaś w całej Gruzji wprowadzono obowiązek zapinania pasów w samochodach. I co najdziwniejsze, nawet tbiliscy taksówkarze przestrzegają nowego prawa. To jest prawdziwa rewolucja! Bardzo cieszymy się z tego, że Gruzja się rozwija, ale jednocześnie mamy poczucie, że „to se ne vrati”. Być może są to ostatnie lata Gruzji takiej, jaką znamy. Choć głęboko wierzymy, że nawet w nowych szatach, szalony duch, który nas zauroczył, się nie zmieni.

A „Gaumardżos!” znaczy po gruzińsku „Na zdrowie!”, ale też „Życzę ci zwycięstwa!”.

POCZĄTEK

Na rynek miasteczka gdzieś we wschodniej Turcji wjechał minibus. Wysypała się z niego gromadka ludzi w różnym wieku, mężczyźni, kobiety i dzieci, poza tymi ostatnimi wszyscy ubrani na ciemno. Nie minęło pięć minut, gdy z zebranych skrzynek i przywiezionej ceraty stworzyli pod drzewem stół. Parę chwil później był już zastawiony jedzeniem i winem. Jeden z mężczyzn przemówił w ostrym, gardłowym języku, gestykulując ręką, w której trzymał szklankę. Gdy skończył, wszyscy krzyknęli słowo, które brzmiało jak wezwanie do bitwy, i jednocześnie wychylili szklanki. Kilka minut później zaczęły się śpiewy, dziwne, tęskne, podniosłe. I znowu toast. I śpiewy. I przekrzykiwania. I toast. Cały rynek obserwował coraz bardziej hałaśliwą biesiadę. Było tam dwóch włoskich turystów przemierzających na piechotę wschodnią Turcję: Pier Paolo, profesor geografii na Uniwersytecie w Padwie, i jego przyjaciel Renzo, biznesmen.

– Zobaczyli, że im się przyglądamy, i na migi zaprosili nas do stołu – wspominał Pier Paolo. – Ledwie podeszliśmy, wręczyli nam wielkie kubki pełne wina i śmiejąc się, ustępowali miejsca. Osłupiały zapytałem: Skąd wy ludzie jesteście? Odpowiedział mi śmiech: Z Gruzji! W tym momencie zrozumiałem, że musimy tam pojechać.

Rok później siedzieliśmy we trójkę w małej gruzińskiej wiosce na granicy z Czeczenią. Marszrutka do Tbilisi miała się pojawić najwcześniej za dwa dni. Nie było nic do roboty, czytaliśmy, popijaliśmy czaczę, Pier Paolo szkicował w notatniku okoliczne krajobrazy i domy wyglądające jak z opowieści o hobbitach, rozmawialiśmy. Dla sześćdziesięcioletnich Włochów ta piesza wędrówka (tylko tak się poruszali każdego lata) przez Gruzję była okazją do odkrycia zadziwiających podobieństw z własną ojczyzną, gdy patrzyli na zamiłowanie do jedzenia i wina, do biesiadowania i spędzania czasu w gronie rodziny i przyjaciół, gdy widzieli, jak ludzie czerpią czystą radość z najprostszych wydarzeń dnia. A jednocześnie ta podróż była trochę nierealnym powrotem do ich Włoch lat dziecinnych, do kraju utraconego, biednego, anarchicznego, nieroztropnego i szalonego, ale jakoś w zaginiony sposób szczęśliwego.

– Za Gruzję, raj odnaleziony! – rzekł Pier Paolo.

– Gaumardżos! Na zdrowie! – odparłem i wypiliśmy czaczę do dna.

GMT – GEORGIA MAYBE TIME

Marcin:

Przez lata Gruzja była dla mnie wyrzutem sumienia. Nigdy nie zapomniałem ostatniej nocy w Suchumi w 1992 roku, kiedy wznosiłem toast za powrót w czas pokoju. Nigdy nie zapomniałem tego kraju, tej magii, którą czułem, przetaczając się od domu do domu tbiliskimi nocami, wędrując przez pracownie artystów, przez inteligenckie mieszkania, poznając zadziwiających ludzi, którzy przekazywali mnie sobie z rąk do rąk, goszcząc mnie, opiekując się mną, tych rozmów rozpiętych między dramatem i groteską.

Kiedy oglądałem wiadomości w telewizji i pojawiała się aleja Rustawelego, rozedrgani opozycjoniści, liryczna winnica, siwa grzywa Szewardnadzego, coś mnie kłuło i pytałem sam siebie: Dlaczego nie wracasz? A ja włóczyłem się po Afryce, w której spędziłem w sumie dwa lata, po Iranie czy byłej Jugosławii. Ale Gruzja wciąż istniała w tle, zachłannie wgapiałem się w transmisje z rewolucji róż, dodatkowo potężnie wkurzony, że na miejscu jest mój młodszy brat, Andrzej, również dziennikarz.

I to jemu zawdzięczam powrót. Była wiosna 2006 roku. Wiodłem przyjemny, acz nieco jałowy żywot singla, redaktora naczelnego „Playboya” i współprowadzącego „Dzień Dobry TVN”, kiedy pojawił się Andriusza i rzekł:

– Spadamy z Radkiem na dłużej do Gruzji robić materiały. Idzie Wielkanoc, ty raczej masz to w dupie, to może byś wpadł do Tbilisi, skoro tak ci się ckni do dżygitów?

Radek, czyli Radek Polak, był i jest świetnym fotografem i cudownym świrem. Ten wyjazd do Gruzji, jak się okazało, miał zmienić i jego życie. Choć wtedy nie miał o niej – sorry, Radzia – przesadnego pojęcia. Ujmijmy to wprost: żadnego pojęcia. Tu musi wejść dygresja.

Ze wzgórza Mtatsminda widok na Tbilisi jest najlepszy, w dole rzeka Mtkwari i Stare Miasto.

Ruiny twierdzy Narikala górują nad tbiliską Starówką.

Radek, młodszy ode mnie siedem lat przystojniak, którego poznałem, kiedy jeszcze był w warszawskim znamienitym liceum Batorego, wtedy w Gruzji z fryzem na wczesnego Elvisa, jest gościem z takim bajerem na kobiety, że jak na plaży zapyta, gdzie jest morze, to szczęśliwa niewiasta nie tylko nie dopatrzy się żenady, ale udzieli mu odpowiedzi z numerem telefonu w charakterze bonusa. Kiedy chłopcy wjechali do Batumi od strony Turcji, przesiadając się z marszrutki do marszrutki, Radzio jakimś psim swędem zdobył numer telefonu od urodziwej współpasażerki imieniem bodajże Sofo. Potem pojechał z Andrzejem do Tbilisi. I kiedy w Tbilisi się spotkaliśmy i zdecydowaliśmy, że jedziemy się zabawić do Batumi, Radek postanowił zadzwonić do Sofo. Był tylko jeden problem. Wszystko wskazywało na to, że Sofo poza gruzińskim i rosyjskim nie zna więcej języków. A Radek, jeśli chodzi o rosyjski, przyswoił „zdrawstwujtie”, „job twoju mat'” i chyba niekoniecznie coś więcej. No może jeszcze „spasibo”.

Wielka płyta wszędzie straszy tak samo, tyle że w Gruzji w dodatku rzadko bywa remontowana.

I oto jesteśmy w taksówce i Radzio dzwoni do Sofo.

– Andrzejku, jak jest: „Chciałbym się z tobą spotkać?” po rosyjsku?

Andrzej, dusząc się ze śmiechu:

– Izwienitie, kak mogu najti bolnicu? (przepraszam, jak mogę znaleźć szpital?).

Radek, czując, że Endru go wkręca (a cały czas z Sofo na linii):

– Wiesz, Andrzejku, zachowujesz się bardzo niehonorowo. Ja jeśli chodzi o babę, to zawsze bym ci pomógł. – I próbuje samodzielnie: – Zdrawstwuj! My jediem do Batumi i ja chciałby się z tobą spotkać jutro (z „fachowym” akcentem na ostatnią sylabę).

Kierowca, kwicząc, ledwie trzyma kierownicę. Ale najlepsze jest to, że Sofo umawia się z Radkiem. Mówiłem: to mistrz.

Aleja Rustawelego to reprezentacyjna główna ulica miasta. 

Tu znajdują się teatry, opera, filharmonia, kina i drogie sklepy.

Ale największym mistrzostwem Radka, które obrodziło błogosławionymi skutkami, była jego akcja na tarasie na dachu hotelu Kopala. Rozciąga się z niego jeden z najpiękniejszych widoków Tbilisi. I późnymi popołudniami, kiedy jeszcze jest jasno, ale dzień powoli zamiera, stoliki zapełniają się zamożnymi i eleganckimi mieszkańcami stolicy, ekspatami i hotelowymi gośćmi. Andrzej i Radek sami z siebie by tam nie przyszli, bo godziłoby to w ich globtroterski honor, ale przyjęli moje zaproszenie. Na szczęście. Bo w przeciwnym wypadku dalsze przygody każdego z nas z Gruzją wyglądałyby zupełnie inaczej. Znając nasze charaktery, na pewno równie ekscytująco i zabawnie, ale inaczej.

Był więc kwiecień 2006 roku, piękna pogoda w Tbilisi, słońce chylące się nad miastem ku zachodowi, my na tarasie Kopali, przed nami czachobili, szkmeruli, adżarskie chaczapuri, ostri2, jesiotr w sosie z granatów, wino tsinandali i woda nabeglawi. A trzy stoliki dalej siedziała piękna trzydziestoparoletnia Gruzinka.

Nie zauważyłbym jej, bo siedziała za mną, ale w którymś momencie dostrzegłem, że Radkowi wzrok ucieka, że odpuszcza naszą przeuroczą wymianę wiców, których ze względu na wrażliwszych czytelników przytaczać nie będę, że krótko mówiąc, odpłynął. Obejrzałem się i zrozumiałem powód Radkowego rozkojarzenia. Szlachetne, surowe rysy, pociągła twarz, prawdziwa gruzińska księżniczka. Siedziała z koleżanką.

– Radziu, wyluzuj na miłość boską – odezwał się Endru – przecież nie będziesz jej tu wyrywał.

Błąd, a nawet wielbłąd, jak powiedziałby Jan Tomaszewski. Po chwili Radek wciągnął powietrze, kiwnął głową i ruszył w stronę księżniczki. Zamieniliśmy się z Andrzejem w stacje nasłuchowe.

– Cześć! Przepraszam, czy mogłabyś zrobić zdjęcie mnie i moim kolegom? – zagaił Radek po angielsku.

Byliśmy z bratem bliscy grzmotnięcia o posadzkę. I ta mina księżniczki: „Och dzieci, dzieci!”. Ale też miły uśmiech. I nie wysłała Radka do Moskwy ani na Sybir, lecz podeszła i zrobiła zdjęcie. Zaczęliśmy rozmawiać. Tea była malarką, jak się później okazało, całkiem znaną, mieszkała od paru lat w Niemczech i przyjechała w odwiedziny do rodzinnego kraju. Gadało nam się bardzo miło, o niej, o naszych planach, o Gruzji, kiedy Radek postanowił przejść do kluczowej fazy operacji i zapytał, czy nie wybrałaby się z nim na spacer, na kawę czy coś w tym guście. Brakowało chyba tylko propozycji obejrzenia kolekcji znaczków. Już mieliśmy zacząć z Andrzejem przewracanie oczami, kiedy Tea z jasnym uśmiechem odpowiedziała, że bardzo dziękuje, ale jest mężatką, całkiem jej z tym dobrze, ale ponieważ sprawiamy wrażenie miłych gości, to jeśli mamy ochotę, zaprasza nas wieczorem na prywatkę do swego znajomego dziennikarza. Podziękowaliśmy i powiedzieliśmy, że stawimy się z ochotą.

Drewniane balkony to jeden z najbardziej charakterystycznych elementów architektury starego Tbilisi.

Mc Donald's nie przyjął się tak dobrze jak w Polsce – w ubiegłym roku 

w całym dwumilionowym mieście były tylko dwie restauracje serwujące hamburgery.

Rzeźby… Rozmieszczone w przestrzeni publicznej nadają miastu szczególny klimat. 

W tle nowy most dla pieszych zwany przez sceptyków podpaską.

Wieczorem okazało się, że gospodarz imprezy Sergi Gwardżaladze to jeden z bardziej znanych gruzińskich dziennikarzy, spec od muzyki, ale i telewizyjna twarz rewolucji róż z 2003 roku. Już dzisiaj nie pamiętam, kogo tego wieczora poznałem u niego w domu, a kogo w ciągu następnych paru dni, ale byli to ludzie, którzy stali się najpierw moją, a później i Ani gruzińską genialną paczką.

Nieraz potem, kiedy bawiliśmy się w Tbilisi czy Batumi, błądziliśmy po Swanetii, piliśmy w Kachetii, kiedy odwiedzali nas w Polsce, gdy siedzieliśmy po nocach, rozmawiając do upadłego na poważne tematy i śmiejąc się z tych samych historii i kretyńskich dowcipów, albo po prostu jedliśmy razem obiad w leniwą niedzielę, zastanawiałem się, jak to się dzieje, że jedziesz do dalekiej Gruzji i przypadkiem spotykasz ludzi takich jak ty, że tak do siebie pasujecie i odbieracie na tych samych, niezrozumiałych, a przynajmniej nieinteresujących dla większości ludzi falach. A może właśnie nie przypadkiem, może podobieństwa się przyciągają, może Radkowa chęć podrywu na tarasie hotelu Kopala była realizacją jakiegoś kosmicznego planu. Nie wiem, serio, rozmyślam nad tym, ale to, co wiem, to to, że poznałem ludzi, którzy zmienili moje życie.

A więc przede wszystkim nierozdzielni trzydziestotrzyletni (wówczas, w 2006 roku) Acziko Guledani i trzydziestodziewięcioletni Wacho Babunaszwili, muzycy rockowi, udzielający się w wielu grupach, dziś głównie w zespole pod nazwą Green Room, producenci muzyczni i telewizyjni. Poznali się w 2000 roku w pociągu wiozącym różnych artystów na warsztaty w Batumi.

– Spotkaliśmy się na dworcu w Kutaisi, no i to była miłość od pierwszego wrażenia – śmiał się Acziko.

Flaga gruzińska to symbol, który pojawia się wszędzie.

Pop nachyla się nad gwiazdą gruzińskiego rocka Acziko Guledanim, żeby lepiej złapać tonację wykonywanej wspólnie pieśni.

Rodzinne śpiewy przy stole dla Gruzinów tak normalne jak dla nas kłótnie o politykę.

Acziko, Marica i Murtaz Guledani w akcji.

Grający na basie Wacho jest na pozór oschły i powściągliwy (może to przez babkę Estonkę, po której chyba też odziedziczył zupełnie niegruzińską urodę), ale pod skórą kipi czasem aż za mocno. Zadziwiający erudyta ze skłonnością do kwaśnego poczucia humoru. Znamy się pięć lat, ale za każdym razem, kiedy go proszę o papierosa, muszę wysłuchać następującego mniej więcej monologu: „O mój przyjacielu! Czy wiesz, jakie to są drogie papierosy i na jaki dyskomfort narażasz mnie, z trudem zarabiającego na chleb Gruzina, ty, przyjeżdżający z rozpieszczonej przez Unię Europejską Polski i proszący o taką przysługę? Nie wstyd ci?”. To taka gra Wacho z gruzińską gościnnością, która czasami doprowadza go do szału (babcia Estonka się kłania?).

Nie znam drugiego Gruzina, którego by tak irytowały gruzińskie toasty. Nie wszystkie, rzecz jasna, lecz te rytualne, utarte, powtarzalne, które słyszał tysiące razy w życiu. Ale ten sam Wacho miałłzy w oczach, kiedy zabrałem jego i Acziko do Muzeum Powstania Warszawskiego.

Gia był ochroniarzem Szewardnadzego, ale i dziś wzbudza respekt. 

Choć jak widać, czasem walczy ze swoim wizerunkiem.

Do przystojnego Lewaniko wzdychają tabuny dziewcząt, on zaś cieszy się singlowaniem w wielkim mieście.

Acziko, człowiek na wokalu, jest w Gruzji prawdziwą gwiazdą. Spacer z nim po ulicach Tbilisi, pójście na mecz koszykówki, a szczególnie wizyta latem w nocnym klubie w Batumi na plaży to prawdziwa zabawa. Ale najciekawiej jest pojechać z Acziko do górzystej i nieobliczalnej Swanetii, skąd pochodzi jego ojciec Murtaz i gdzie każdy góral uważa Acziko za swojego człowieka w Tbilisi. Nie mówiąc o tym, że jest parę wsi, których połowa mieszkańców to jego kuzyni, nie szkodzi, że dość dalecy. W Gruzji to świętość.

Pojawienie się Acziko w dolinach Swanetii powoduje więc, że każdy chce się z nim napić i zaśpiewać. Ale zaproszenia nie padają w oparach euforii. Nie, Swanowie, prawdziwi ludzie gór, patrzą spode łba albo w ziemię, albo w bok i proponują wspólne chwile, jakby zapraszali na pogrzeb. Kiedyś jechaliśmy terenówką Acziko polną drogą i zabraliśmy dwóch nastolatków idących kilometrami w pyle i słońcu. Nie odezwali się przez całą drogę, a kiedy ich wysadziliśmy w rodzinnej wsi, podziękowali i rzekli do Acziko: „Twoja muzyka jest w sumie do bani, ale ty jesteś w porządku”, co pasuje do pytania zadanego mi tego samego dnia przez innych Swanów:

– Jeżeli jesteś pisarzem, to dlaczego piszesz takim złym długopisem? – To był obgryziony najprostszy bic.

– Nie jestem pisarzem, jestem dziennikarzem.

– Nie szkodzi. I tak mógłbyś mieć lepszy długopis.

Nigdy nie przestała mnie frapować kotłująca się w Acziko mieszanka kaukaskiego macho i wrażliwego artysty. No i jest pierwszym napotkanym przeze mnie człowiekiem, który potrafi dłużej ode mnie spać.