Gandhi. Autobiografia. Dzieje moich poszukiwań prawdy - M.K Gandhi - ebook

Gandhi. Autobiografia. Dzieje moich poszukiwań prawdy ebook

M.K Gandhi

3,3

Opis

M.K.Gandhi to jedna z najbardziej inspirujących postaci dwudziestego wieku, propagator pacyfizmu jako środka walki politycznej i jeden z twórców współczesnej państwowości indyjskiej.

Jest to klasyczna autobiografia, która opowiada jego własnymi słowami historię życia Gandhiego oraz tego, jak rozwijał swoją koncepcję niestosowania przemocy oraz biernego oporu, która utorowała Indiom drogę do niepodległości i stała się podstawą wielu ruchów niepodległościowych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 823

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,3 (6 ocen)
1
2
2
0
1

Popularność




TY­TUŁ ORY­GI­NA­ŁU: M.K. Gan­dhi An Au­to­bio­gra­phy

or The Sto­ry of My Expe­ri­ments With Truth

Co­py­ri­ght © Na­va­ji­van Trust. This book is pu­bli­shed by the per­mis­sion

of Na­va­ji­van Trust, Ah­me­da­bad – 380014 (In­dia)

All ri­ghts re­se­rved.

Co­py­ri­ght © 2013 Axis Mun­di

ZDJĘ­CIE NA OKŁAD­CE: © The Gran­ger Col­lec­tion/FO­RUM

ZDJĘ­CIA: str. 5, 194 (z żoną), 260 – Get­ty Ima­ges/Flash Press Me­dia, str. 14 (z bra­tem), 96, 374 – Rue des Ar­chi­ves/FO­RUM, str. 503 – Su­ed­deut­sche Ze­itung Pho­to/FO­RUM

WY­DA­NIE V

E-BOOK: 978-83-61432-56-2

PRZE­KŁAD: Jó­zef Brodz­ki

RE­DAK­CJA ME­RY­TO­RYCZ­NA: Bo­że­na Rub­czyń­ska

RE­DAK­CJA: Elż­bie­ta Ma­kow­ska

KO­REK­TA: Ka­ta­rzy­na Sza­jow­ska, Mag­da­le­na Swo­bo­da

KO­REK­TA TECH­NICZ­NA: Ba­sia Bo­row­ska

PRO­JEKT OKŁAD­KI: Bo­rys Bo­row­ski

SKŁAD: Po­si­ti­ve Stu­dio

Po­lish lan­gu­age co­py­ri­ght © 2013 Axis Mun­di

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część książ­ki nie może być wy­ko­rzy­sta­na

bez zgo­dy wy­daw­cy.

WSPÓŁ­PRA­CA WY­DAW­NI­CZA: Ale­ja Róż, Ka­ta­rzy­na Majsz­czyk

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

PRZEDMOWA

rzed czte­re­ma lub pię­ciu laty pod wpły­wem na­le­gań nie­któ­rych mo­ich naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków zgo­dzi­łem się na­pi­sać swo­ją au­to­bio­gra­fię. Za­czą­łem więc pi­sać, wszak­że za­le­d­wie zdą­ży­łem od­wró­cić pierw­szą za­pi­sa­ną kart­kę, kie­dy w Bom­ba­ju wy­bu­chły roz­ru­chy i pra­ca moja ule­gła za­trzy­ma­niu. Na­stęp­nie przy­szła cała se­ria wy­da­rzeń, któ­rych kul­mi­na­cyj­nym punk­tem było uwię­zie­nie mnie w Yera­vda1.

Dże­ram­das, je­den z mo­ich to­wa­rzy­szy wię­zien­nych, pro­sił mnie, bym odło­żył wszyst­kie inne pra­ce i skoń­czył spi­sy­wa­nie mego ży­cio­ry­su. Od­po­wie­dzia­łem mu, że za­kre­śli­łem już pe­wien plan prac nad po­zna­niem sie­bie sa­me­go i że nie są­dzę, bym mógł za­jąć się czym­kol­wiek in­nym, za­nim tego nie wy­ko­nam. Mógł­bym jed­nak zdą­żyć skoń­czyć swą au­to­bio­gra­fię, gdy­bym od­sie­dział całą karę w wię­zie­niu; po­trzeb­ny mi był jesz­cze rok do skoń­cze­nia mego ży­cio­ry­su, kie­dy zo­sta­łem zwol­nio­ny.

Swa­mi Anand ze swej stro­ny wy­stą­pił z taką samą proś­bą, a wo­bec tego, że skoń­czy­łem opi­sy­wa­nie dzie­jów ru­chu Sa­tja­gra­ha2 w Afry­ce Po­łu­dnio­wej, nę­ci­ło mnie pod­ję­cie pra­cy nad au­to­bio­gra­fią dla „Na­va­ji­va­nu”3. Swa­mi chciał, abym na­pi­sał od­dziel­nie do wy­da­nia książ­ko­we­go – nie mia­łem jed­nak tyle cza­su do roz­po­rzą­dze­nia. Mo­głem za­le­d­wie co ty­dzień pi­sy­wać po jed­nym roz­dzia­le. Coś trze­ba było każ­de­go ty­go­dnia na­pi­sać dla „Na­va­ji­va­nu”. Czyż nie mo­gła­by to być moja au­to­bio­gra­fia? Swa­mi zgo­dził się na mój pro­jekt i oto za­bie­ram się ostro do ro­bo­ty. Wsze­la­ko mój głę­bo­ko wie­rzą­cy przy­ja­ciel ży­wił co do tego pew­ne wąt­pli­wo­ści, któ­ry­mi po­dzie­lił się ze mną w „dniu mil­cze­nia”.

– Cze­mu się wda­jesz w tę awan­tu­rę? – za­py­tał mnie. – Pi­sa­nie wła­sne­go ży­cio­ry­su jest ra­czej wła­ści­we lu­dziom z Za­cho­du. Nie znam ni­ko­go ze Wscho­du, któ­ry by to ro­bił, je­że­li nie li­czyć tych, któ­rzy ule­gli wpły­wom za­chod­nie­go świa­ta. I o czym chcesz pi­sać? Wy­obraź­my so­bie, że ju­tro od­rzu­cisz po­glą­dy, któ­re dziś uwa­żasz za nie­złom­ne, lub też pod­dasz w przy­szło­ści re­wi­zji swo­je dzi­siej­sze pla­ny – czyż nie spra­wi to, że lu­dzie po­stę­pu­ją­cy zgod­nie z tym, co gło­si two­je sło­wo, bądź mó­wio­ne, bądź pi­sa­ne, będą się uwa­ża­li za wpro­wa­dzo­nych w błąd?

Czy nie są­dzisz, że rze­czą znacz­nie bar­dziej wła­ści­wą by­ło­by za­nie­cha­nie wła­śnie te­raz pi­sa­nia ja­kiej­kol­wiek au­to­bio­gra­fii?

Ten ar­gu­ment wy­warł na mnie pew­ne wra­że­nie. Ale moim za­mia­rem nie jest na­pi­sa­nie au­ten­tycz­ne­go wła­sne­go ży­cio­ry­su. Pra­gną­łem po pro­stu opo­wie­dzieć dzie­je mo­ich nie­zli­czo­nych zma­gań na dro­dze po­szu­ki­wa­nia praw­dy, a wo­bec tego, że całe moje ży­cie jest w grun­cie rze­czy tyl­ko wła­śnie tymi po­szu­ki­wa­nia­mi, więc też od­po­wia­da praw­dzie, że cała opo­wieść bę­dzie czę­ścio­wo no­si­ła cha­rak­ter au­to­bio­gra­ficz­ny. Nie będę jed­nak miał nic prze­ciw­ko temu, by każ­da stro­ni­ca mó­wi­ła je­dy­nie o tych mo­ich po­szu­ki­wa­niach i zma­ga­niach, ja­kie to­czy­łem w imię praw­dy.

Mam na­dzie­ję, a może je­dy­nie schle­biam so­bie, ży­wiąc ją, że re­la­cja o wszyst­kich tych po­szu­ki­wa­niach może przy­nieść pew­ną ko­rzyść czy­tel­ni­ko­wi.

Moje do­świad­cze­nia w dzie­dzi­nie po­li­ty­ki są obec­nie zna­ne nie tyl­ko w In­diach, lecz do pew­ne­go stop­nia ca­łe­mu cy­wi­li­zo­wa­ne­mu świa­tu. Dla mnie oso­bi­ście nie mają one szcze­gól­ne­go zna­cze­nia, a ty­tuł „Ma­hat­ma”4 jaki mi zy­ska­ły, ma go jesz­cze mniej. Ten ty­tuł spra­wiał mi czę­sto głę­bo­ki ból i nie pa­mię­tam ta­kiej chwi­li, kie­dy moż­na by­ło­by po­wie­dzieć, że był mi przy­jem­ny. Na­to­miast bar­dzo chęt­nie go­tów je­stem opo­wie­dzieć o wszyst­kich mo­ich zma­ga­niach i po­szu­ki­wa­niach w dzie­dzi­nie du­cho­wej, o któ­rych wiem tyl­ko ja, a któ­re sta­ły się źró­dłem tej siły, jaką roz­po­rzą­dzam, dzia­ła­jąc na polu po­li­ty­ki. Je­że­li te zma­ga­nia i po­szu­ki­wa­nia mają cha­rak­ter „du­cho­wy”, wte­dy nie może być mowy o ja­kimś chwa­le­niu się z mo­jej stro­ny – prze­ciw­nie: przy­czy­nia­ją się one je­dy­nie do umoc­nie­nia mnie w skrom­no­ści. Im bar­dziej bo­wiem za­sta­na­wiam się nad moją prze­szło­ścią i bli­żej się jej przy­pa­tru­ję, tym moc­niej od­czu­wam, jak da­le­ko mi do do­sko­na­ło­ści.

To, co pra­gną­łem osią­gnąć, do cze­go dą­ży­łem i co usi­ło­wa­łem zdo­być w cią­gu ubie­głych trzy­dzie­stu lat, za­war­ło się w pra­gnie­niu po­zna­nia sie­bie sa­me­go, spoj­rze­nia w ob­li­cze Boga, w dą­że­niu do osią­gnię­cia mok­sza5.

Żyję, dzia­łam, ist­nie­ję dla osią­gnię­cia tego celu. Wszyst­ko, co czy­nię, bądź prze­ma­wia­jąc, bądź pi­sząc, oraz wszyst­kie moje po­czy­na­nia po­li­ty­ki zmie­rza­ją do tego sa­me­go celu. Wo­bec tego jed­nak, że za­wsze utrzy­my­wa­łem, iż to, co jest moż­li­we do osią­gnię­cia dla jed­nost­ki, jest rów­nież do­stęp­ne ogó­ło­wi, wszyst­kie moje po­szu­ki­wa­nia praw­dy pro­wa­dzo­ne były nie w izo­la­cji, lecz na oczach wszyst­kich. Nie są­dzę, by ta oko­licz­ność po­mniej­sza­ła ich war­tość du­cho­wą. Ist­nie­ją wsze­la­ko pew­ne spra­wy, któ­rych po­zna­nie jest do­stęp­ne wy­łącz­nie jed­no­st­ce oraz jej Stwór­cy. Nie da­dzą się one ab­so­lut­nie prze­ka­zać. Po­szu­ki­wa­nia, o któ­rych za­mie­rzam opo­wie­dzieć, nie mają tego cha­rak­te­ru. Są one na­tu­ry du­cho­wej albo ra­czej mo­ral­nej. Isto­tą bo­wiem re­li­gii jest mo­ral­ność.

Do opo­wie­ści ni­niej­szej włą­czo­ne zo­sta­ną je­dy­nie te spra­wy do­ty­czą­ce re­li­gii, któ­re będą mo­gły być zro­zu­mia­ne za­rów­no przez dzie­ci, jak i przez do­ro­słych.

Je­że­li zdo­łam opo­wie­dzieć o nich w spo­sób bez­na­mięt­ny i skrom­ny, po­mo­gą one wie­lu in­nym po­szu­ki­wa­czom praw­dy w ich dal­szej dro­dze na­przód. Je­stem bar­dzo da­le­ki od nada­wa­nia tym po­szu­ki­wa­niom ja­kich­kol­wiek cech do­sko­na­ło­ści. Nie pre­ten­du­ję do ni­cze­go in­ne­go, po­dob­nie jak uczo­ny, któ­ry prze­pro­wa­dza­jąc ba­da­nia z mak­sy­mal­ną do­kład­no­ścią, zdol­no­ścią prze­wi­dy­wa­nia i skru­pu­lat­no­ścią, nig­dy nie wy­da­je ostat­nie­go wnio­sku o swych osią­gnię­ciach, lecz przy­glą­da się im z ca­łym kry­ty­cy­zmem.

Pod­da­łem się głę­bo­kiej sa­mo­ana­li­zie, usi­ło­wa­łem na każ­dym kro­ku od­naj­dy­wać sie­bie sa­me­go, każ­dą sy­tu­ację psy­cho­lo­gicz­ną sta­ra­łem się zba­dać i zgłę­bić – a jed­nak da­le­ki je­stem od tego, by pre­ten­do­wać do nie­omyl­no­ści wnio­sków, do któ­rych do­sze­dłem.

Pre­ten­du­ję jed­nak do jed­ne­go, a mia­no­wi­cie do tego, że moje wnio­ski wy­da­ją mi się bez­względ­nie słusz­ne i – na ra­zie – skłon­ny je­stem uwa­żać je za osta­tecz­ne. Gdy­by było in­a­czej, nie mo­gły­by sta­no­wić pod­sta­wy do ja­kie­go­kol­wiek dzia­ła­nia. W każ­dym przy­pad­ku sto­so­wa­łem me­to­dę przyj­mo­wa­nia lub od­rzu­ca­nia po­wzię­tych wnio­sków i po­stę­po­wa­łem zgod­nie z nią. Do­pó­ki jed­nak moje po­stę­po­wa­nie jest zgod­ne z moim ro­zu­mem i z moim ser­cem, mu­szę się moc­no trzy­mać raz po­wzię­tych mo­ich wła­snych wnio­sków.

Gdy­by mi cho­dzi­ło je­dy­nie o roz­wa­ża­nie za­sad­ni­czych za­gad­nień, z pew­no­ścią nie pró­bo­wał­bym pi­sać au­to­bio­gra­fii, wo­bec tego jed­nak, że moim ce­lem jest przy­to­czyć sze­reg róż­nych prak­tycz­nych wska­zó­wek, jak sto­so­wać te za­sa­dy, więc też roz­dzia­ły, któ­re za­mie­rzam na­pi­sać, opa­tru­ję wspól­nym ty­tu­łem: Dzie­je mo­ich po­szu­ki­wań praw­dy.

Będą one za­wie­ra­ły moje zma­ga­nia i po­szu­ki­wa­nia, o ile cho­dzi o nie­sprze­ci­wia­nie się złu, spra­wę ce­li­ba­tu lub inne me­to­dy po­stę­po­wa­nia, ja­ko­by nie­za­leż­ne od wier­no­ści za­sa­dom praw­dy. Moim zda­niem jed­nak, praw­da jest na­czel­ną za­sa­dą, sku­pia­ją­cą w so­bie inne licz­ne za­sa­dy. Tego ro­dza­ju Praw­da po­le­ga nie tyl­ko na wier­no­ści praw­dzie w sło­wach, lecz rów­nież w my­ślach i do­ty­czy nie tyl­ko względ­nej praw­dy, tak jak my ją ro­zu­mie­my, lecz Praw­dy Ab­so­lut­nej, Za­sad Od­wiecz­nych, czy­li po­ję­cia Boga.

Ist­nie­ją nie­zli­czo­ne de­fi­ni­cje Boga, gdyż nie­zli­czo­ne są do­wo­dy Jego ist­nie­nia. Na­peł­nia­ją mnie one po­dzi­wem, czcią i na chwi­lę oszo­ła­mia­ją. Ale ja uzna­ję Boga je­dy­nie jako naj­wyż­sze wcie­le­nie Praw­dy. Nie zna­la­złem Go jesz­cze, ale wciąż Go po­szu­ku­ję i go­tów je­stem na dro­dze tych po­szu­ki­wań zło­żyć w ofie­rze wszyst­ko, co po­sia­dam naj­droż­sze­go. Na­wet gdy­by ta ofia­ra wy­ma­ga­ła mego ży­cia, są­dzę, że był­bym go­tów je po­świę­cić. Do­pó­ki jed­nak nie zdo­ła­łem po­znać Ab­so­lut­nej Praw­dy, mu­szę po­zo­stać wier­ny względ­nej praw­dzie, a więc ta­kiej, jak ją so­bie wy­obra­żam. Ta względ­na praw­da musi być dla mnie – na ra­zie – moją la­tar­nią mor­ską, moją tar­czą i moim pu­kle­rzem. I cho­ciaż ob­ra­na prze­ze mnie ścież­ka jest stro­ma, wą­ska i nie­kie­dy ostra jak ostrze brzy­twy, dla mnie była ona jed­nak naj­krót­sza i naj­do­god­niej­sza.

Na­wet moje błę­dy, wiel­kie jak Hi­ma­la­je, wy­da­ły mi się frasz­ką, gdyż wier­nie trzy­ma­łem się tej ścież­ki. To ona ustrze­gła mnie od po­waż­nych kło­po­tów, sze­dłem więc na­przód zgod­nie z pro­wa­dzą­cym mnie świa­tłem. Nie­kie­dy w po­su­wa­niu się na­przód przy­tra­fia­ły mi się chwi­le, gdy str­wo­żo­nym spoj­rze­niem zda­wa­łem się do­strze­gać Ab­so­lut­ną Praw­dę i Boga, wte­dy z każ­dym dniem moc­niej ro­sła we mnie pew­ność, że je­dy­nie On jest czymś re­al­nie ist­nie­ją­cym, wszyst­ko inne zaś jest nie­re­al­ne.

Nie­chże więc ci, któ­rzy tego pra­gną, uprzy­tom­nią so­bie, jak bar­dzo to prze­świad­cze­nie bra­ło we mnie górę, niech ze­chcą uczest­ni­czyć w mo­ich po­szu­ki­wa­niach, a tak­że – je­że­li po­tra­fią – niech dzie­lą ze mną moją wia­rę.

Na­stęp­nym prze­świad­cze­niem, któ­re­go na­bra­łem, było to, że je­że­li co­kol­wiek jest do­stęp­ne dla mnie, tym sa­mym jest do­stęp­ne na­wet każ­de­mu dziec­ku. Mia­łem zresz­tą bez­spor­ne po­wo­dy, by tak twier­dzić.

Środ­ki, ja­ki­mi na­le­ży się po­słu­gi­wać przy po­szu­ki­wa­niu praw­dy, są za­rów­no bar­dzo pro­ste, jak i bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne. Mogą się one jed­nak wy­dać wręcz nie do po­my­śle­nia za­rów­no zu­chwal­co­wi, jak i nie­win­ne­mu dziec­ku.

Czło­wiek po­szu­ku­ją­cy praw­dy wi­nien być skrom­niej­szy od pyłu za­ście­la­ją­ce­go zie­mię. Ży­cie po­tra­fi skru­szyć proch pod jego sto­pa­mi na naj­drob­niej­szy py­łek, lecz po­szu­ki­wacz praw­dy sam wi­nien być tak skrom­ny, że na­wet ów pył jest w sta­nie go skru­szyć. Tyl­ko wte­dy i do­pie­ro wte­dy do­strze­że on praw­dę.

Dia­log po­mię­dzy Wa­sisz­thą i Wisz­wa­mi­trą6 czy­ni to aż nad­to oczy­wi­stym. Chrze­ści­jań­stwo oraz is­lam rów­nież w do­sta­tecz­nym stop­niu to po­twier­dza­ją.

Je­że­li co­kol­wiek z tego, co spi­su­ję na tych kart­kach, mo­gło­by ura­zić czy­tel­ni­ka, go­to­we­go przy­jąć je za do­wód roz­pie­ra­ją­cej mnie py­chy, niech ra­czej ze­chce uznać, że coś w mo­ich do­cie­ka­niach się nie zga­dza, a moje prze­lot­ne wi­dze­nia po­trak­tu­je jeno jako mi­raż. Nie­chaj zgi­ną set­ki ta­kich jak ja, lecz niech ostoi się Praw­da. Nie uszczu­plaj­my za­kre­su praw­dy na­wet o włos, wy­da­jąc sądy o po­grą­żo­nych w błę­dach śmier­tel­ni­kach, po­dob­nych do mnie sa­me­go.

Mam na­dzie­ję i wno­szę o to mo­dły, by nikt nie ze­chciał uwa­żać po­rad roz­sia­nych w tych roz­dzia­łach za au­to­ry­ta­tyw­ne. Opo­wie­dzia­ne tu po­szu­ki­wa­nia praw­dy po­win­no się roz­pa­try­wać jako ilu­stra­cje, w świe­tle któ­rych każ­dy jest w sta­nie po­czy­nić wła­sne do­świad­cze­nia, zgod­nie ze swo­imi upodo­ba­nia­mi i umie­jęt­no­ścia­mi. Wie­rzę, iż w tym ogra­ni­czo­nym za­kre­sie owe ilu­stra­cje mogą być do­praw­dy po­ży­tecz­ne, nie mam bo­wiem za­mia­ru ani prze­mil­czać, ani prze­ce­niać żad­nej z przy­krych spraw, któ­re mu­szą być opo­wie­dzia­ne.

Mam na­dzie­ję, że czy­tel­nik cał­ko­wi­cie po­zna wszyst­kie moje błę­dy i po­mył­ki.

Moim ce­lem nie jest by­najm­niej po­wie­dzieć, jak bar­dzo je­stem do­bry, lecz opi­sać swo­je po­szu­ki­wa­nia na dro­dze po­zna­wa­nia wie­dzy o sa­tja­gra­ha. Wy­da­jąc sąd o so­bie sa­mym, będę usi­ło­wał być rów­nie bez­względ­ny, jak jest nią Praw­da, oraz ja­ki­mi pra­gnę, by byli inni. Przy­kła­da­jąc do sie­bie tę mia­rę, mu­szę za­wo­łać wraz z Sur­da­sem7:

Gdzie zna­leźć nędz­ni­ka

Bar­dziej niż ja ze­psu­te­go i ob­mier­z­łe­go?

By­łem tak wia­ro­łom­ny,

Żem wła­sne­go wy­rzekł się Stwór­cy

Bo nie­prze­rwa­nym pa­smem tor­tur dla mnie jest to, że wciąż jesz­cze je­stem da­le­ki od Nie­go, któ­ry – do­brze wiem o tym – rzą­dzi każ­dym tchnie­niem mego ży­cia i któ­re­go je­stem la­to­ro­ślą. Świa­dom je­stem tego, że złe uczu­cia trzy­ma­ją mnie z dala od Nie­go, a prze­cież nie mogę się ich wy­zbyć.

Mu­szę jed­nak już koń­czyć. Po­zo­sta­je mi je­dy­nie pod­jąć ni­niej­szą opo­wieść w roz­dzia­le, któ­ry na­stą­pi póź­niej.

M.K. Gan­dhi

Aśram,

Sa­bar­ma­ti

26 li­sto­pa­da 1925 r.

CZĘŚĆ I

I. NARODZINY I POKREWIEŃSTWA

ód Gan­dhich na­le­ży do ka­sty ba­nia8 i – jak się wy­da­je – wy­wo­dził się z kup­ców ko­rzen­nych. Jed­nak od trzech po­ko­leń, po­cząw­szy od mego dziad­ka, byli oni pre­mie­ra­mi rzą­du w róż­nych księ­stwach Ka­tia­wa­du9. Ut­tam­czand Gan­dhi, czy­li Ota Gan­dhi, mój dzia­dek, mu­siał być czło­wie­kiem o su­ro­wych za­sa­dach. In­try­gi pań­stwo­we zmu­si­ły go do opusz­cze­nia Po­rban­da­ru10, gdzie był di­wa­nem11, i schro­nie­nia się w Dźu­na­gadh12. Tu po­wi­tał na­wa­ba13, uno­sząc do góry lewą rękę, a ktoś zwró­ciw­szy uwa­gę na ten osten­ta­cyj­ny afront, za­żą­dał wy­ja­śnień, na co otrzy­mał na­stę­pu­ją­cą od­po­wiedź: „Pra­wa ręka jest na ra­zie za­ję­ta w Po­rban­da­rze”.

Ota Gan­dhi, owdo­wiaw­szy, oże­nił się po raz dru­gi. Z pierw­sze­go mał­żeń­stwa miał czte­rech sy­nów, a z dru­gie­go – dwóch. Nie są­dzę, abym kie­dy­kol­wiek w dzie­ciń­stwie od­czuł lub bo­daj wie­dział, iż owi sy­no­wie Oty Gan­dhie­go nie byli dzieć­mi jed­nej mat­ki. Pią­tym spo­śród tych sze­ściu bra­ci był Ka­ram­czand Gan­dhi, czy­li Kaba Gan­dhi, szó­stym zaś Tul­si­das Gan­dhi. Oby­dwaj ci bra­cia byli ko­lej­no, je­den po dru­gim, pre­mie­ra­mi rzą­du w Po­rban­da­rze. Kaba Gan­dhi był moim oj­cem. Był on człon­kiem Try­bu­na­łu w Ra­dźa­stha­nie14. Dziś nie ist­nie­je on już, lecz w owych cza­sach sta­no­wił bar­dzo wpły­wo­wą in­sty­tu­cję słu­żą­cą do li­kwi­do­wa­nia za­tar­gów po­mię­dzy przy­wód­ca­mi a człon­ka­mi ich kla­nów. Był on rów­nież przez pe­wien czas pre­mie­rem w Radź­ko­cie15, a na­stęp­nie w Wan­ka­ne­rze16. Gdy umie­rał, był eme­ry­tem pań­stwa Radź­kot.

Kaba Gan­dhi czte­ro­krot­nie za­wie­rał związ­ki mał­żeń­skie, zo­sta­jąc raz po raz wdow­cem. Miał dwie cór­ki z pierw­sze­go i dru­gie­go mał­żeń­stwa. Jego ostat­nia żona, Pu­tli­bai, uro­dzi­ła mu cór­kę oraz trzech sy­nów, z któ­rych ja by­łem naj­młod­szy.

Mój oj­ciec ko­chał swój klan, był mu wier­ny, od­zna­czał się od­wa­gą i wiel­ko­dusz­no­ścią, lecz był wy­bu­cho­wy. Nie stro­nił od uciech cie­le­snych. Oże­nił się po raz czwar­ty, kie­dy był już po czter­dzie­st­ce. Był nie­sprze­daj­ny i za­rów­no wśród ro­dzi­ny, jak i na ze­wnątrz zdo­był so­bie sła­wę swą nie­złom­ną bez­stron­no­ścią. Jego lo­jal­ność w sto­sun­ku do pań­stwa była po­wszech­nie zna­na.

Kie­dy za­stęp­ca przed­sta­wi­cie­la rzą­du bry­tyj­skie­go obe­lży­wie ode­zwał się 0 tha­ko­re sa­he­bie17 z Radź­ko­tu, jego prze­ło­żo­nym, wów­czas Kaba Gan­dhi sta­wił czo­ło owym obe­lgom. Tam­ten roz­gnie­wał się i za­żą­dał od Kaby Gan­dhie­go, by go prze­pro­sił, na co mój oj­ciec od­po­wie­dział od­mow­nie i w re­zul­ta­cie zo­stał uwię­zio­ny na parę go­dzin. Kie­dy jed­nak ów urzęd­nik zo­rien­to­wał się, że Kaba Gan­dhi jest nie­prze­jed­na­ny, wy­dał roz­kaz uwol­nie­nia go.

Mój oj­ciec nig­dy nie pre­ten­do­wał do ja­kie­go­kol­wiek gro­ma­dze­nia ma­jąt­ku i po­zo­sta­wił nam w spad­ku bar­dzo nie­wie­le. Nie miał żad­ne­go wy­kształ­ce­nia, prócz tego, któ­re daje do­świad­cze­nie. Co naj­wy­żej da­ło­by się o nim po­wie­dzieć, że osią­gnął pią­ty sto­pień w ję­zy­ku gu­dźa­ra­ti. Zna­jo­mość hi­sto­rii i geo­gra­fii była mu cał­ko­wi­cie obca, jed­nak bo­ga­te do­świad­cze­nie na­by­te przy roz­wią­zy­wa­niu prak­tycz­nych za­gad­nień da­wa­ło mu moc­ne pod­sta­wy przy roz­strzy­ga­niu naj­bar­dziej za­wi­łych spraw oraz spra­wo­wa­niu wła­dzy nad set­ka­mi lu­dzi.

Był też bar­dzo mało oby­ty ze spra­wa­mi re­li­gij­ny­mi, na­to­miast re­pre­zen­to­wał ten ro­dzaj kul­tu­ry re­li­gij­nej, któ­rą wie­lu In­du­sów zdo­by­wa dzię­ki czę­ste­mu od­wie­dza­niu świą­tyń i przy­słu­chi­wa­niu się dys­ku­sjom na te­ma­ty re­li­gij­ne. U schył­ku swe­go ży­cia za­czął, na sku­tek na­le­gań pew­ne­go za­przy­jaź­nio­ne­go z ro­dzi­ną wy­kształ­co­ne­go bra­mi­na, stu­dio­wać księ­gi Gity18 i zwykł pod­czas od­pra­wia­nia co­dzien­nych mo­dłów gło­śno re­cy­to­wać po­szcze­gól­ne wer­se­ty.

Do­mi­nu­ją­cym wspo­mnie­niem, ja­kie mi po­zo­sta­ło po mat­ce, jest ota­cza­ją­ca ją au­re­ola pew­nej świę­to­ści. Mat­ka była głę­bo­ko re­li­gij­na. Nie za­sia­dła­by nig­dy do spo­ży­wa­nia po­sił­ku bez uprzed­nie­go od­pra­wie­nia co­dzien­nych mo­dłów. Od­wie­dza­nie ha­ve­li19 – świą­ty­ni po­świe­co­nej bo­go­wi Wisz­nu – było jed­nym z jej co­dzien­nych obo­wiąz­ków. Jak da­le­ko się­ga moja pa­mięć, nie mogę so­bie przy­po­mnieć, by kie­dy­kol­wiek opu­ści­ła Cza­tur­mas20. Skła­da­ła naj­su­row­sze ślu­bo­wa­nia i speł­nia­ła je bez uchy­bień. Na­wet cho­ro­ba nie uspra­wie­dli­wia­ła zwol­nie­nia od nich. Przy­po­mi­nam so­bie, że kie­dyś za­cho­ro­wa­ła w trak­cie prze­strze­ga­nia ślu­bo­wa­nia Czan­dra­ja­na21, jed­nak zły stan zdro­wia nie był wy­star­cza­ją­cym po­wo­dem, by je prze­rwa­ła. Pod­da­nie się dwom lub trzem ko­lej­no po so­bie na­stę­pu­ją­cym po­stom nie było dla niej czymś nie­zwy­kłym. Pod­czas świę­to­wa­nia Cza­tur­mas przyj­mo­wa­nie jed­ne­go po­sił­ku dzien­nie we­szło jej w zwy­czaj. Nie za­do­wa­la­jąc się tym, mat­ka moja po­ści­ła co dru­gi dzień w okre­sie jed­ne­go Cza­tur­mas. Pod­czas in­ne­go Cza­tur­mas zło­ży­ła ślu­bo­wa­nie nie­przyj­mo­wa­nia po­sił­ków, za­nim nie uj­rzy słoń­ca.

W owe dnie my, dzie­ci, sta­li­śmy wpa­trze­ni w nie­bo, cze­ka­jąc, aż bę­dzie­my mo­gli oznaj­mić na­szej mat­ce uka­za­nie się słoń­ca. Każ­dy wie, że w kul­mi­na­cyj­nych mo­men­tach pory desz­czo­wej słoń­ce czę­sto wca­le się nie po­ka­zu­je. Przy­po­mi­nam so­bie dnie, kie­dy przy na­głym jego uka­za­niu się bie­gli­śmy do mat­ki, by jej tę wia­do­mość oznaj­mić. Wte­dy mat­ka sama wy­bie­ga­ła z domu, by na wła­sne oczy prze­ko­nać się o tym, tym­cza­sem krót­ka chwi­la uka­za­nia się słoń­ca już zdą­ży­ła prze­mi­nąć, po­zba­wia­jąc ją po­ży­wie­nia.

– To nie ma zna­cze­nia! – mó­wi­ła z po­go­dą du­cha – wi­docz­nie Bóg nie chciał, bym dziś ja­dła. – Po czym wra­ca­ła do swych do­mo­wych za­jęć.

Mat­ka moja była ob­da­rzo­na wy­bit­nie roz­wi­nię­tym po­czu­ciem zdro­we­go roz­sąd­ku. Była do­sko­na­le po­in­for­mo­wa­na, gdy cho­dzi­ło o wszyst­kie spra­wy do­ty­czą­ce pań­stwa, a pa­nie by­wa­ją­ce na dwo­rze wy­so­ko ce­ni­ły jej in­te­li­gen­cję. Czę­sto, ko­rzy­sta­jąc z przy­wi­le­jów dzie­ciń­stwa, to­wa­rzy­szy­łem jej i wciąż jesz­cze za­cho­wa­łem w pa­mię­ci nie­któ­re oży­wio­ne dys­ku­sje, ja­kie moja mat­ka pro­wa­dzi­ła z owdo­wia­łą mat­ką tha­ko­re sa­he­ba.

Uro­dzi­łem się więc jako dziec­ko tych oto ro­dzi­ców, w Po­rban­da­rze, zna­nym rów­nież pod na­zwą Su­da­ma­pu­ri, dnia dru­gie­go paź­dzier­ni­ka 1869 roku. Dzie­ciń­stwo spę­dzi­łem w Po­rban­da­rze. Pa­mię­tam, że po­sła­no mnie do szko­ły. Prze­brnię­cie przez ta­blicz­kę mno­że­nia spra­wia­ło mi znacz­ne trud­no­ści. Nie przy­po­mi­nam so­bie z owych dni nic wię­cej niż to, że na­uczy­łem się wraz z in­ny­mi chłop­ca­mi nada­wać na­sze­mu na­uczy­cie­lo­wi naj­róż­niej­sze prze­zwi­ska – świad­czy to do­bit­nie, że moje zdol­no­ści umy­sło­we były ra­czej dość ni­kłe, a moja pa­mięć – nie­doj­rza­ła.

II. DZIECIŃSTWO

ia­łem za­pew­ne oko­ło sied­miu lat, kie­dy mój oj­ciec opu­ścił Po­rban­dar dla Radź­ko­tu, by zo­stać człon­kiem Try­bu­na­łu w Ra­dźa­stha­nie. Zo­sta­łem tam od­da­ny do szko­ły i do­sko­na­le pa­mię­tam za­rów­no te cza­sy, jak i na­zwi­ska oraz wszel­kie inne szcze­gó­ły do­ty­czą­ce mo­ich na­uczy­cie­li. Po­dob­nie jak było w Po­rban­da­rze, tak i tu­taj nie­wie­le da się po­wie­dzieć o mo­jej na­uce. By­łem za­le­d­wie prze­cięt­nym uczniem. Z tej szko­ły prze­sze­dłem do pod­miej­skiej, a na­stęp­nie do li­ceum – mia­łem już wte­dy dwa­na­ście lat. Nie przy­po­mi­nam so­bie, abym w cią­gu tego nie­dłu­gie­go okre­su po­wie­dział kie­dy­kol­wiek nie­praw­dę moim na­uczy­cie­lom bądź ko­le­gom. By­łem bar­dzo nie­śmia­ły i uni­ka­łem to­wa­rzy­stwa. Książ­ki i od­ra­bia­nie lek­cji za­stę­po­wa­ły mi ko­le­gów. Moim zwy­cza­jem na co dzień było punk­tu­al­nie przy­cho­dzić do szko­ły, a póź­niej po skoń­cze­niu lek­cji wra­cać co żywo do domu. Do­słow­nie bie­głem ile sił, gdyż nie mia­łem dość śmia­ło­ści, by się ode­zwać słów­kiem do ko­go­kol­wiek. Ba­łem się, że ktoś może so­bie ze mnie za­kpić.

W pierw­szym roku uczęsz­cza­nia do gim­na­zjum przy­tra­fi­ło mi się pod­czas eg­za­mi­nów pew­ne wy­da­rze­nie, o któ­rym war­to wspo­mnieć. Mi­ster Gil­les, in­spek­tor oświa­ty, przy­był na wi­zy­ta­cję do na­sze­go li­ceum. Dał nam pięć wy­ra­zów, któ­re mie­li­śmy na­pi­sać i wy­ma­wiać li­te­ra po li­te­rze. Jed­nym z tych wy­ra­zów był ket­tle (czaj­nik). Li­te­ro­wa­łem go błęd­nie. Na­uczy­ciel usi­ło­wał przy­śpie­szyć moją od­po­wiedź, sztur­cha­jąc mnie koń­cem bu­ci­ka, ale mu się nie uda­ło. Nie zo­rien­to­wa­łem się, że na­uczy­ciel daje mi do zro­zu­mie­nia, abym ścią­gnął pra­wi­dło­wą pi­sow­nię z ta­blicz­ki mego są­sia­da, prze­ciw­nie – są­dzi­łem, że obec­ność na­uczy­cie­la ma na celu prze­szko­dze­nie nam w ścią­ga­niu je­den od dru­gie­go. Re­zul­tat był taki, że wszy­scy chłop­cy prócz mnie na­pi­sa­li każ­dy wy­raz cał­kiem pra­wi­dło­wo. Tyl­ko ja by­łem tępy. Na­uczy­ciel usi­ło­wał póź­niej od­uczyć mnie tego bra­ku by­stro­ści, ale ja nig­dy nie na­uczy­łem się ścią­gać.

To zda­rze­nie nie zdo­ła­ło jed­nak w żad­nym stop­niu po­mniej­szyć sza­cun­ku, jaki ży­wi­łem dla mego na­uczy­cie­la. Z re­gu­ły by­łem śle­py na błę­dy po­peł­nia­ne przez star­szych. Póź­niej po­zna­łem wie­le in­nych sła­bych stron tego na­uczy­cie­la, jed­nak moje po­wa­ża­nie dla nie­go nie ule­gło zmia­nie. Na­uczy­łem się bo­wiem wy­ko­ny­wać roz­ka­zy wy­da­wa­ne przez star­szych i nie kry­ty­ko­wać ich po­stęp­ków.

Dwa inne wy­da­rze­nia zwią­za­ne z tym sa­mym okre­sem po­zo­sta­ły na za­wsze w mo­jej pa­mię­ci. Z re­gu­ły nie lu­bi­łem czy­ta­nia ja­kich­kol­wiek in­nych ksią­żek poza pod­ręcz­ni­ka­mi szkol­ny­mi. Moje co­dzien­ne lek­cje mu­sia­ły być su­mien­nie od­ro­bio­ne, gdyż tak samo nie lu­bi­łem zbyt­nio obar­czać mego na­uczy­cie­la, jak i spra­wiać mu za­wo­du. Dla­te­go też od­ra­bia­łem lek­cje, ale rzad­ko po­świę­ca­łem im zbyt wie­le uwa­gi. To­też na­wet kie­dy lek­cje nie były od­ro­bio­ne jak na­le­ży, nie było mowy o tym, abym prze­czy­tał coś wię­cej poza tym, co było za­da­ne.

Pew­ne­go jed­nak razu wzrok mój padł na książ­kę ku­pio­ną przez mego ojca. Była to Shra­va­na Pi­tri­bhak­ti Na­ta­ka (sztu­ka te­atral­na o przy­wią­za­niu Śra­wa­ny do swych ro­dzi­ców). Prze­czy­ta­łem ją z ogrom­nym za­in­te­re­so­wa­niem. W tym sa­mym cza­sie do za­miesz­ki­wa­nej przez nas miej­sco­wo­ści przy­by­li wę­drow­ni ak­to­rzy. Jed­no z przed­sta­wień, któ­re wi­dzia­łem, uka­zy­wa­ło Śra­wa­nę dźwi­ga­ją­ce­go śle­pych ro­dzi­ców przy­wią­za­nych rze­my­ka­mi, kie­dy od­by­wał wraz z nimi piel­grzym­kę. Za­rów­no książ­ka, jak i przed­sta­wie­nie wy­war­ły na mnie nie­za­tar­te wra­że­nie.

– Oto przy­kład do na­śla­do­wa­nia! – po­wie­dzia­łem do sie­bie.

Roz­dzie­ra­ją­ce za­wo­dze­nia ro­dzi­ców nad mar­twym cia­łem Śra­wa­ny wciąż są świe­że w mo­jej pa­mię­ci. Tkli­wa me­lo­dia wzru­szy­ła mnie głę­bo­ko, wy­gry­wa­łem ją na „con­cer­ti­nie”, któ­rą ku­pił mi oj­ciec.

Przy­tra­fi­ło się jesz­cze jed­no po­dob­ne wy­da­rze­nie, ma­ją­ce zwią­zek z in­nym przed­sta­wie­niem. W tym oto cza­sie otrzy­ma­łem ze­zwo­le­nie ojca na zo­ba­cze­nie przed­sta­wie­nia od­gry­wa­ne­go przez ze­spół ak­to­rów dra­ma­tycz­nych. Sztu­ka ta, no­szą­ca ty­tuł Ha­ri­śćan­dra22, pod­bi­ła moje ser­ce. Mógł­bym na nią pa­trzeć bez koń­ca. Lecz czyż czę­sto mo­głem otrzy­mać po­zwo­le­nie na oglą­da­nie jej? Mu­sia­łem więc nie­zli­czo­ną ilość razy od­gry­wać ją dla sie­bie sa­me­go.

„Cze­mu – za­py­ty­wa­łem sie­bie dniem i nocą – wszyst­ko nie jest tak samo praw­dzi­we jak dla Ha­ri­śćan­dy?”

Po­stę­po­wać zgod­nie z praw­dą i przejść przez te wszyst­kie pró­by, ja­kim pod­dał się Ha­ri­śćan­dra – oto co było przy­świe­ca­ją­cym mi ide­ałem. Uwie­rzy­łem do­słow­nie w dzie­je Ha­ri­śćan­dry. Sama myśl o nim przy­pra­wia­ła mnie o łzy. Mój zdro­wy roz­są­dek po­wia­da mi dziś, że Ha­ri­śćan­dra nie mógł być po­sta­cią hi­sto­rycz­ną. Jed­nak obaj – Ha­ri­śćan­dra i Śra­wa­na – są dla mnie ży­ją­cy­mi po­sta­cia­mi i je­stem prze­ko­na­ny, że gdy­bym dziś prze­czy­tał te sztu­ki, był­bym tak samo głę­bo­ko wzru­szo­ny jak wte­dy.

III. MAŁŻEŃSTWO DZIECIĘCE

ie mam zbyt wiel­kiej ocho­ty do na­pi­sa­nia tego roz­dzia­łu i wiem, że w trak­cie tej opo­wie­ści będę miał nie­jed­ną gorz­ką pi­guł­kę do prze­łknię­cia. Nie mogę jed­nak po­stą­pić in­a­czej, je­że­li chcę ucho­dzić za czło­wie­ka, któ­ry przede wszyst­kim uzna­je praw­dę. Obo­wiąz­kiem, któ­ry mi spra­wia spo­ro przy­kro­ści, jest opo­wie­dze­nie, jak wstą­pi­łem w związ­ki mał­żeń­skie, ma­jąc trzy­na­ście lat.

Kie­dy pa­trzę na mło­dzież ma­ją­cą ty­leż, co ja wte­dy, lat, a po­zo­sta­ją­cą dziś pod moją opie­ką, wzbie­ra we mnie uczu­cie li­to­ści dla sie­bie sa­me­go oraz cie­szę się z tego, że oni unik­nę­li losu, któ­ry mnie spo­tkał. Nie wi­dzę żad­ne­go mo­ral­ne­go ar­gu­men­tu na po­par­cie po­trze­by za­wie­ra­nia tych zde­cy­do­wa­nie przed­wcze­snych mał­żeństw.

Chcę jed­nak ustrzec czy­tel­ni­ków przed po­peł­nie­niem błę­du: zo­sta­łem oże­nio­ny, nie zaś za­rę­czo­ny. Gdyż w Ka­tia­wa­dzie prze­strze­ga­ne są dwa róż­ne oby­cza­je: za­rę­czy­ny i mał­żeń­stwo. Za­rę­czy­ny są uprzed­nim przy­rze­cze­niem ze stro­ny ro­dzi­ców chłop­ca i dziew­czy­ny, iż obo­je za­wrą zwią­zek mał­żeń­ski, przy czym przy­rze­cze­nie to nie jest nie­na­ru­szal­ne. Śmierć chłop­ca nie czy­ni wdo­wą dziew­czy­ny. Jest to po­ro­zu­mie­nie za­war­te wy­łącz­nie po­mię­dzy ro­dzi­ca­mi i dzie­ci nie mają z nim nic wspól­ne­go. Czę­sto nie są na­wet o tym po­wia­da­mia­ne. Oka­zu­je się, że – nic nie wie­dząc o tym – by­łem trzy­krot­nie za­rę­czo­ny. Opo­wie­dzia­no mi, że dwie dziew­czy­ny, któ­re zo­sta­ły wy­bra­ne dla mnie, umar­ły jed­na po dru­giej, stąd też wiem, że by­łem trzy razy za­rę­czo­ny. Na­to­miast jak przez mgłę przy­po­mi­nam so­bie, że ob­rzą­dek mo­ich trze­cich za­rę­czyn od­był się, kie­dy mia­łem sie­dem lat. Nie pa­mię­tam jed­nak, by mnie o tym po­wia­do­mio­no.

W ni­niej­szym roz­dzia­le opo­wia­dam o swo­im mał­żeń­stwie, któ­re­go dzie­je naj­do­kład­niej so­bie przy­po­mi­nam.

Wy­pa­da jesz­cze raz nad­mie­nić, że było nas trzech bra­ci. Naj­star­szy był już żo­na­ty. Ro­dzi­na po­sta­no­wi­ła oże­nić jed­no­cze­śnie śred­nie­go bra­ta, któ­ry był star­szy ode mnie o dwa, trzy lata, na­sze­go ku­zy­na, star­sze­go mniej wię­cej o rok, i mnie. Przy po­wzię­ciu po­dob­nej de­cy­zji by­najm­niej nie bra­no pod uwa­gę, czy to bę­dzie z ko­rzy­ścią dla nas, jesz­cze mniej li­czo­no się z na­szą wolą – była to po pro­stu spra­wa wy­god­na dla ro­dzi­ny, no i pew­na oszczęd­ność.

Mał­żeń­stwa wśród hin­du­sów nie są czymś pro­stym. Bar­dzo czę­sto ro­dzi­ny na­rze­czo­nej i na­rze­czo­ne­go do­pro­wa­dza­ją się przez nie do ru­iny. Tra­ci się ma­ją­tek, mar­nu­je czas. Przy­go­to­wa­nia trwa­ją nie­raz całe mie­sią­ce – cho­dzi o szy­cie stro­jów i ozdób, o gro­ma­dze­nie środ­ków na ucztę we­sel­ną. Jed­ni sta­ra­ją się prze­ści­gnąć dru­gich licz­bą i roz­ma­ito­ścią przy­go­to­wa­nych po­traw. Ko­bie­ty ob­da­rzo­ne gło­sem, czy też nie, ćwi­czą się w śpie­wie aż do za­chryp­nię­cia, cza­sa­mi na­wet za­pa­da­ją na zdro­wiu i za­kłó­ca­ją spo­kój swo­im są­sia­dom. Ci z ko­lei spo­koj­nie zno­szą wszyst­kie nie­wy­go­dy i wrza­ski, wszyst­kie bru­dy i nie­po­rząd­ki, wie­dząc, że przyj­dzie czas, kie­dy oni sami będą mu­sie­li za­cho­wać się w po­dob­ny spo­sób.

To­też do­ro­śli w mo­jej ro­dzi­nie byli zda­nia, że naj­le­piej bę­dzie, je­że­li za­ła­twią to wszyst­ko za jed­nym za­ma­chem. Wy­dat­ki będą mniej­sze, a efekt – więk­szy. Ła­twiej jest bo­wiem na­ra­zić się na wy­dat­ki, sko­ro się wie, że będą jed­no­ra­zo­we, a nie trzy­krot­ne. Mój oj­ciec i stryj byli już sta­rzy, a my by­li­śmy ostat­ni­mi ich dzieć­mi, któ­re na­le­ża­ło oże­nić. Moż­li­we rów­nież, że chcie­li po raz ostat­ni w ży­ciu za­ba­wić się jak na­le­ży. Wszyst­kie te wzglę­dy za­de­cy­do­wa­ły więc o tym, że mia­ła się od­być po­trój­na uro­czy­stość we­sel­na i – jak już wcze­śniej po­wie­dzia­łem – przy­go­to­wa­nia do niej trwa­ły od paru mie­się­cy.

Otóż je­dy­nie dzię­ki tym przy­go­to­wa­niom my, chłop­cy, zo­sta­li­śmy za­wcza­su po­wia­do­mie­ni o zbli­ża­ją­cych się wy­da­rze­niach. Nie są­dzę, by wte­dy ozna­cza­ło to dla mnie coś po­nad per­spek­ty­wę otrzy­ma­nia no­we­go odzie­nia, wa­le­nia w bę­ben, uczest­ni­cze­nia w po­cho­dzie we­sel­nym, wzię­cia udzia­łu w ob­fi­tych ucztach we­sel­nych i po­zy­ska­nia ob­cej mi dziew­czy­ny do za­ba­wy. Cie­le­sne po­trze­by przy­szły póź­niej. Chciał­bym wła­ści­wie ukryć za kur­ty­ną uczu­cie wsty­du, ja­kie­go wte­dy do­zna­wa­łem, po­da­jąc je­dy­nie parę szcze­gó­łów za­słu­gu­ją­cych na to, by o nich opo­wie­dzieć. Wró­cę zresz­tą do nich póź­niej, cho­ciaż one rów­nież mają mało wspól­ne­go z za­sad­ni­czym ce­lem, dla któ­re­go pod­ją­łem się opi­sa­nia ca­łe­go tego wy­da­rze­nia.

A więc mój brat i ja zo­sta­li­śmy przy­wie­zie­ni z Radź­ko­tu do Po­rban­da­ru. Przy­tra­fi­ło się rów­nież parę za­baw­nych szcze­gó­łów po­prze­dza­ją­cych mo­ment kul­mi­na­cyj­ny ob­cho­du, jak mię­dzy in­ny­mi to, że wy­sma­ro­wa­no nam całe cia­ło won­ny­mi olej­ka­mi, spo­rzą­dzo­ny­mi z żół­cie­nia – ale wolę ra­czej po­mi­nąć te szcze­gó­ły.

Cho­ciaż mój oj­ciec był di­wa­nem, jed­nak był słu­gą pań­stwa, tym bar­dziej że cie­szył się wzglę­da­mi tha­ko­re sa­he­ba, a ten nie chciał mu aż do ostat­niej chwi­li po­zwo­lić wy­je­chać. Kie­dy wresz­cie przy­stał na to, ka­zał spo­rzą­dzić dla mego ojca spe­cjal­ne fur­go­ny, dzię­ki cze­mu po­dróż zo­sta­ła skró­co­na o dwa dni. Los chciał jed­nak, by się sta­ło in­a­czej. Po­rban­dar jest od­le­gły od Radź­ko­tu o sto dwa­dzie­ścia mil, po­dróż koń­mi trwa pięć dni. Mój oj­ciec od­był ją wpraw­dzie w cią­gu trzech, ale po­wóz wpadł na trze­ci fur­gon i oj­ciec zo­stał cięż­ko po­ra­nio­ny. Na miej­sce przy­był cały oban­da­żo­wa­ny.

Za­rów­no jego, jak i na­sze za­in­te­re­so­wa­nie nad­cho­dzą­cy­mi wy­da­rze­nia­mi osła­bło, ale uro­czy­sto­ści we­sel­ne mu­sia­ły się od­być. Czyż moż­na było odło­żyć datę ślu­bu? Jed­nak w swo­jej chło­pię­cej ucie­sze z ra­cji ma­ją­ce­go się od­być we­se­la za­po­mnia­łem o smut­ku, jaki po­win­ny były we mnie wzbu­dzić ob­ra­że­nia mego ro­dzi­cie­la.

Wpraw­dzie by­łem bar­dzo przy­wią­za­ny do mo­ich ro­dzi­ców, ale nie mniej­szą przy­jem­ność spra­wia­ły mi wszel­kie ucie­chy cie­le­sne. Do­pie­ro póź­niej dane mi było po­znać, że szczę­ście i wszel­kie przy­jem­no­ści win­ny być zło­żo­ne w ofie­rze i za­stą­pio­ne czcią dla ro­dzi­ców. I oto, jak gdy­by kara za moje pra­gnie­nie uciech, przy­tra­fi­ło się coś, co na całe ży­cie po­zo­sta­ło w mo­jej pa­mię­ci i o czym opo­wiem póź­niej.

Nisz­ku­la­nand23 śpie­wa: „Wy­rze­cze­nie się przed­mio­tów bez wy­rze­cze­nia pra­gnień ma krót­ki ży­wot, choć­byś nie wiem jak moc­no do tego dą­żył…”. Ile­kroć sam śpie­wam tę pieśń lub sły­szę, jak ją śpie­wa­ją, w mo­jej pa­mię­ci upar­cie po­wra­ca to przy­kre wy­da­rze­nie i na­peł­nia mnie uczu­ciem wsty­du.

Mimo od­nie­sio­nych ob­ra­żeń mój oj­ciec za­cho­wał się bar­dzo dziel­nie i wziął udział we wszyst­kich uro­czy­sto­ściach we­sel­nych. Dziś jesz­cze, kie­dy o tym po­my­ślę, wi­dzę miej­sce, na któ­rym sie­dział pod­czas róż­nych faz ob­cho­dzo­nej uro­czy­sto­ści. Anim przy­pusz­czał wte­dy, że na­dej­dzie dzień, gdy będę su­ro­wo osą­dzał mego ojca za to, że oże­nił mnie, jesz­cze dziec­ko, ale wte­dy wszyst­ko wy­da­wa­ło mi się w naj­więk­szym po­rząd­ku, wła­ści­we i za­baw­ne. Zresz­tą, sam mia­łem wte­dy ogrom­ną ocho­tę oże­nić się, a wszyst­ko, co­kol­wiek czy­nił na­on­czas mój oj­ciec, nie mo­gło pod­le­gać żad­nym za­strze­że­niom.

Wszyst­ko to żywo za­cho­wa­ło się w mo­jej pa­mię­ci. Dziś jesz­cze wi­dzę sie­bie, jak sie­dzi­my na na­szym we­sel­nym tro­nie, jak wy­ko­nu­je­my ce­re­mo­niał Sap­ta­pa­di24, jak my, nowo po­ślu­bie­ni mał­żon­ko­wie, kła­dzie­my so­bie wza­jem­nie do ust ka­wał­ki słod­kie­go kan­sa­ru25, jak roz­po­czy­na­my wspól­ne po­ży­cie. I – ach! – ta pierw­sza po­ślub­na noc! Dwo­je nie­win­nych dzie­ci wbrew swo­jej woli zo­sta­ło rzu­co­nych w oce­an ży­cia. Żona mo­je­go bra­ta po­uczy­ła mnie, jak mam się za­cho­wać w pierw­szą noc po­ślub­ną. Nie wiem, kto uświa­do­mił moją żonę. Nig­dy jej o to nie py­ta­łem ani nie mam za­mia­ru czy­nić tego obec­nie. Czy­tel­nik może być pew­ny, że obo­je by­li­śmy zbyt zde­ner­wo­wa­ni, by móc spoj­rzeć na sie­bie.

By­li­śmy poza tym ogrom­nie nie­śmia­li. Jak prze­mó­wić do niej i co jej po­wie­dzieć? Całe uprzed­nie po­ucze­nie nie­wie­le mi się przy­da­ło, gdyż w ta­kich przy­pad­kach ra­czej przy­da­je się brak wszel­kich po­uczeń. Świa­do­mość tego, w jaki spo­sób przy­szli­śmy na świat, czy­ni wszel­kie uświa­da­mia­nie zgo­ła zby­tecz­nym. Stop­nio­wo co­raz le­piej po­zna­wa­li­śmy się na­wza­jem, roz­ma­wia­li­śmy ze sobą bez skrę­po­wa­nia. By­li­śmy w jed­nym wie­ku. Nie uczy­ni­łem jed­nak nic, by za­pew­nić so­bie au­to­ry­tet mał­żon­ka.

IV. ZABAWA W „MAŁŻONKA”

niej wię­cej w tym sa­mym cza­sie, kie­dy wstą­pi­łem w zwią­zek mał­żeń­ski, uka­za­ły się nie­wiel­kie bro­szu­ry, w ce­nie jed­nej pia­stry (nie pa­mię­tam do­kład­nie), w któ­rych oma­wia­no spra­wy mi­ło­ści mał­żeń­skiej, oszczęd­no­ści, mał­żeństw za­wie­ra­nych w wie­ku dzie­cię­cym lub po­dob­ne te­ma­ty. Ile­kroć wpa­dły mi w ręce, czy­ta­łem je od de­ski do de­ski. Przy­wy­kłem za­po­mi­nać o tym, cze­go nie lu­bi­łem, i wpro­wa­dzać w czyn to, co mi od­po­wia­da­ło. Za­war­ta w tych ksią­żecz­kach do­zgon­na wier­ność żo­nie, jako je­den z obo­wiąz­ków mał­żon­ka, po­zo­sta­ła w mym ser­cu na za­wsze. Po­nad­to ży­wi­łem nie­po­ha­mo­wa­ne umi­ło­wa­nie praw­dy, a ja­kie­kol­wiek uchy­bie­nie jej było dla mnie czymś wręcz nie do po­my­śle­nia. Zresz­tą, w tym wcze­snym okre­sie ży­cia było bar­dzo nie­wie­le spo­sob­no­ści, bym mógł nie do­cho­wać jej wia­ry.

Owa lek­cja wier­no­ści mia­ła jed­nak rów­nież swo­je nie­prze­wi­dzia­ne skut­ki „Je­że­li – mó­wi­łem do sie­bie – na­wo­łu­je się mnie, bym do­cho­wał wier­no­ści mo­jej żo­nie, win­no się i ją we­zwać, by mi była wier­na”. Te my­śli uczy­ni­ły ze mnie za­zdro­sne­go mał­żon­ka. Obo­wiąz­ki cią­żą­ce na mo­jej żo­nie za­mie­ni­ły się we mnie w pra­wo do­ma­ga­nia się od niej wier­no­ści i je­że­li chcia­łem ob­sta­wać przy tym pra­wie, mu­sia­łem pil­nie i upar­cie stać na jego stra­ży. Nie mia­łem wpraw­dzie naj­mniej­sze­go po­wo­du, by po­dej­rze­wać moją żonę o wia­ro­łom­stwo, ale za­zdrość nie cze­ka na do­wo­dy. Mu­sia­łem bacz­nie pil­no­wać każ­de­go jej kro­ku, nie wol­no jej było wy­cho­dzić gdzie­kol­wiek bez mo­je­go po­zwo­le­nia. Sta­ło się to po­wo­dem gorz­kich sprze­czek po­mię­dzy nami.

Ogra­ni­cze­nie swo­bo­dy po­ru­sza­nia się było – wła­ści­wie mó­wiąc – wię­zie­niem, a Ka­stur­bai nie była dziew­czy­ną, któ­ra by się zgo­dzi­ła zno­sić coś po­dob­ne­go. Ka­te­go­rycz­nie za­żą­da­ła dla sie­bie pra­wa wy­cho­dze­nia, kie­dy bę­dzie chcia­ła i do­kąd ze­chce. Im bar­dziej ogra­ni­cza­łem jej swo­bo­dę po­ru­sza­nia się, tym więk­szej do­ma­ga­ła się dla sie­bie wol­no­ści, a ja co­raz bar­dziej sprze­ci­wia­łem się temu. I oto my, dwo­je po­ślu­bio­nych so­bie dzie­ci, przy­wy­kli­śmy ca­ły­mi dnia­mi nie za­mie­niać ze sobą sło­wa.

Są­dzę, że sta­wia­nie przez Ka­stur­bai żą­dań udzie­le­nia jej wol­no­ści, wo­bec sto­so­wa­nych prze­ze mnie ogra­ni­czeń, było rze­czą wręcz nie­win­ną. Jak­że mo­gła dziew­czy­na po­zba­wio­na wszel­kiej prze­bie­gło­ści ule­gać za­ka­zom cho­dze­nia do świą­ty­ni lub od­wie­dza­nia przy­ja­ciół? Je­że­li ja uzur­po­wa­łem so­bie pra­wo za­bra­nia­nia jej cze­go­kol­wiek, cze­mu jej nie mia­ły przy­słu­gi­wać te same pra­wa? Dziś to wszyst­ko jest dla mnie oczy­wi­ste, ale wte­dy cho­dzi­ło mi przede wszyst­kim o zdo­by­cie au­to­ry­te­tu „mał­żon­ka”.

Niech jed­nak czy­tel­ni­cy nie są­dzą, że ży­cie na­sze skła­da­ło się wte­dy z sa­mych przy­kro­ści… Cała moja su­ro­wość mia­ła prze­cież swe źró­dło w mi­ło­ści. Pra­gną­łem uczy­nić z mej żony ide­al­ną mał­żon­kę. Ide­ałem moim było stwo­rze­nie dla niej ży­cia peł­ne­go pra­wo­ści, na­ucze­nie jej tego, cze­go się sam uczy­łem, wresz­cie upodob­nie­nie jej ży­cia i my­śli do mo­ich.

Nie je­stem pe­wien, czy Ka­stur­bai mia­ła po­dob­ne am­bi­cje. Była anal­fa­bet­ką. Była pro­sta, mia­ła nie­za­leż­ne, kon­se­kwent­ne uspo­so­bie­nie, a wo­bec mnie była ma­ło­mów­na. Brak wy­kształ­ce­nia nie przy­gnę­biał jej i nie przy­po­mi­nam so­bie, by moje stu­dia kie­dy­kol­wiek do­da­wa­ły jej ocho­ty za­kosz­to­wa­nia tego sa­me­go. Mam jed­nak wra­że­nie, że wszyst­kie moje ów­cze­sne am­bi­cje były dość jed­no­stron­ne i kon­cen­tro­wa­ły się w jed­nym kie­run­ku, a mia­no­wi­cie wi­dzia­łem w mo­jej żo­nie je­dy­nie ko­bie­tę i pra­gną­łem tyl­ko wza­jem­no­ści. Je­że­li jej na­wet nie było, nie sta­no­wi­ło to dla mnie nie­szczę­ścia, a to dla­te­go, że przy­najm­niej jed­na stro­na była po­chło­nię­ta czyn­ną mi­ło­ścią.

Mu­szę przy­znać, że ko­cha­łem ją na­mięt­nie. Na­wet w szko­le nie prze­sta­wa­łem my­śleć o niej, a świa­do­mość tego, że oto znów za­pad­nie noc i bę­dzie­my ra­zem, nie opusz­cza­ła mnie ani na chwi­lę. Roz­łą­ka była nie do znie­sie­nia. Przy­wy­kłem roz­ma­wiać z nią do póź­nej nocy, a gdy­by tej po­że­ra­ją­cej mnie na­mięt­no­ści nie to­wa­rzy­szy­ło jed­no­cze­śnie nie­ugię­te po­czu­cie cią­żą­cych na mnie obo­wiąz­ków, był­bym nie­wąt­pli­wie albo wpadł w cho­ro­bę i umarł przed­wcze­śnie, albo za­czął pro­wa­dzić ży­cie peł­ne udrę­ki. Wszak­że z góry po­wzię­te, co­dzien­ne zo­bo­wią­za­nia mu­sia­ły być speł­nia­ne każ­de­go ran­ka, a oszu­ki­wa­nie prze­ze mnie ko­go­kol­wiek w ogó­le nie wcho­dzi­ło w ra­chu­bę. To wła­śnie uchro­ni­ło mnie od wie­lu czy­ha­ją­cych na mnie pu­ła­pek.

Po­wie­dzia­łem już, że Ka­stur­bai była anal­fa­bet­ką. Bar­dzo pra­gną­łem uczyć ją, ale moja mi­łość peł­na po­żą­da­nia nie po­zo­sta­wia­ła mi na to cza­su. Na­uka mu­sia­ła jed­nak mieć miej­sce, na­wet wbrew jej woli, czę­sto w nocy. Nie śmia­łem spo­ty­kać się z nią w obec­no­ści osób star­szych, a tym bar­dziej roz­ma­wiać z nią w cią­gu dnia. W Ka­tia­wa­dzie obo­wią­zy­wał w owych cza­sach, a na­wet ist­nie­je obec­nie, swo­isty i bar­ba­rzyń­ski zwy­czaj pur­dah26. Oko­licz­no­ści były więc nie­sprzy­ja­ją­ce temu. Mu­szę jed­nak wy­znać, że więk­szość mo­ich wy­sił­ków ucze­nia Ka­stur­bai, gdy obo­je by­li­śmy jesz­cze mło­dzi, się nie po­wio­dła. Kie­dy zaś ochło­ną­łem z mocy zmy­słów, któ­rym ule­ga­łem, wpa­dłem za­raz w wir ży­cia spo­łecz­ne­go, któ­re po­zo­sta­wia­ło mi bar­dzo mało wol­ne­go cza­su. Nie uda­ło mi się rów­nież na­uczyć jej cze­go­kol­wiek za po­śred­nic­twem pry­wat­nych na­uczy­cie­li i w re­zul­ta­cie Ka­stur­bai z tru­dem po­tra­fi dziś skre­ślić parę nie­skom­pli­ko­wa­nych li­ter i czy­ta je­dy­nie naj­prost­sze sło­wa ję­zy­ka gu­dźa­ra­ti. Je­stem prze­ko­na­ny, że gdy­by moja mi­łość dla niej nie mia­ła tak bar­dzo zmy­sło­we­go cha­rak­te­ru, moja żona by­ła­by dziś wy­kształ­co­ną ko­bie­tą. Po­tra­fił­bym prze­móc jej nie­chęć do na­uki, bo nie ma prze­cież rze­czy nie­moż­li­wych dla praw­dzi­wej mi­ło­ści.

Wspo­mnia­łem tyl­ko o jed­nej oko­licz­no­ści, któ­ra w mniej­szym lub więk­szym stop­niu oca­li­ła mnie od ka­ta­stro­fy po­pad­nię­cia w od­mę­ty wy­łącz­nie zmy­sło­wej mi­ło­ści. War­to jed­nak do­dać do tego jesz­cze jed­no sło­wo. Licz­ne przy­kła­dy prze­ko­na­ły mnie, iż Bóg oca­la w koń­cu tego, kto kie­ru­je się pra­wy­mi po­bud­ka­mi.

Obok okrut­ne­go zwy­cza­ju za­wie­ra­nia ślu­bów po­mię­dzy dzieć­mi, w spo­łe­czeń­stwie in­dyj­skim ist­nie­je jesz­cze inny oby­czaj, któ­ry do pew­ne­go stop­nia po­mniej­sza zło wy­rzą­dza­ne przez po­przed­ni. Oto ro­dzi­ce nie po­zwa­la­ją mło­dym mał­żeń­stwom na zbyt dłu­gie prze­by­wa­nie ra­zem. Żona – pra­wie dziec­ko – prze­waż­ną część cza­su spę­dza u boku swe­go ojca. Po­dob­nie było z nami. Czy­li moż­na po­wie­dzieć, że w cią­gu pierw­szych pię­ciu lat na­sze­go mał­żeń­stwa – a więc od trzy­na­ste­go do osiem­na­ste­go roku ży­cia – ra­zem spę­dzi­li­śmy naj­wy­żej trzy lata. Nie mi­nę­ło sześć mie­się­cy, kie­dy by­li­śmy ra­zem, a już przy­cho­dzi­ło we­zwa­nie ze stro­ny ro­dzi­ców mo­jej żony, by po­wró­ci­ła do nich. Wte­dy te we­zwa­nia były nie­po­żą­da­ne, ale one oca­li­ły nas obo­je.

Kie­dy mia­łem osiem­na­ście lat, wy­je­cha­łem na stu­dia do An­glii, co ozna­cza­ło dłu­gi i zba­wien­ny dla mego zdro­wia okres roz­łą­ki. Na­wet po moim po­wro­cie z An­glii rzad­ko by­li­śmy ra­zem dłu­żej niż sześć mie­się­cy. Mu­sia­łem być w cią­głych po­dró­żach po­mię­dzy Radź­ko­tem a Bom­ba­jem. Póź­niej zo­sta­łem we­zwa­ny do Afry­ki Po­łu­dnio­wej i ta oko­licz­ność osta­tecz­nie uwol­ni­ła mnie od po­trze­by za­spo­ka­ja­nia po­żą­dań cie­le­snych.

V. W LICEUM

owie­dzia­łem już, że kie­dy się oże­ni­łem, by­łem uczniem li­ceum. Wszy­scy trzej moi bra­cia cho­dzi­li do tej sa­mej szko­ły. Naj­star­szy był oczy­wi­ście o parę klas wy­żej od resz­ty, a śred­ni brat, ten, któ­ry jed­no­cze­śnie ze mną wstą­pił w zwią­zek mał­żeń­ski, był tyl­ko o jed­ną kla­sę wy­żej ode mnie. Dla każ­de­go z nas mał­żeń­stwo ozna­cza­ło stra­tę jed­ne­go roku w na­uce szkol­nej. Dla jed­ne­go z mo­ich bra­ci skut­ki były jesz­cze gor­sze, gdyż w ogó­le zre­zy­gno­wał z dal­szej na­uki. Któż zdo­ła ob­li­czyć, ilu mło­dzień­ców ule­gło tej sa­mej co on po­ku­sie. Do­pie­ro obec­nie w na­szym spo­łe­czeń­stwie na­uka i mał­żeń­stwo mogą iść w pa­rze.

Kon­ty­nu­owa­łem więc na­ukę. W li­ceum nie uwa­ża­no mnie za tę­pe­go i za­wsze cie­szy­łem się wzglę­da­mi na­uczy­cie­li. Każ­de­go roku po­sy­ła­no ro­dzi­com oce­nę mo­ich po­stę­pów w na­uce i mo­je­go spra­wo­wa­nia. Do­sta­wa­łem na­wet na­gro­dy, prze­cho­dząc do na­stęp­nych od­dzia­łów. W czwar­tym i szó­stym otrzy­ma­łem sty­pen­dia: jed­no wy­no­si­ło czte­ry ru­pie, dru­gie – dzie­sięć, któ­re ra­czej za­wdzię­czam sprzy­ja­ją­ce­mu mi szczę­ściu ani­że­li po­sia­da­nym wia­do­mo­ściom.

Sty­pen­dia nie były do­stęp­ne dla wszyst­kich, lecz za­re­zer­wo­wa­ne je­dy­nie dla naj­lep­szych uczniów, po­cho­dzą­cych z okrę­gu So­rath w Ka­tia­wa­dzie. W owych zaś cza­sach w kla­sach li­czą­cych od czter­dzie­stu do pięć­dzie­się­ciu uczniów nie było ta­kich wie­lu.

O ile so­bie przy­po­mi­nam, nie mia­łem zbyt wy­so­kie­go mnie­ma­nia o wła­snych zdol­no­ściach. Czę­sto by­łem na­wet szcze­rze zdzi­wio­ny, otrzy­mu­jąc na­gro­dy i sty­pen­dia. Za­zdro­śnie jed­nak sta­łem na stra­ży wła­snej god­no­ści. Naj­mniej­sza ura­za wy­ci­ska­ła mi łzy z oczu. Było dla mnie czymś nie do znie­sie­nia, gdy za­słu­ży­łem lub, zda­niem na­uczy­cie­la, za­słu­gi­wa­łem na na­ga­nę. Przy­po­mi­nam so­bie, że kie­dyś zo­sta­łem wy­chło­sta­ny. Nie tyle cho­dzi­ło mi o sam fakt uka­ra­nia mnie, ile o to, że uwa­ża­no, ja­ko­bym na nie za­słu­żył. Za­le­wa­łem się łza­mi. Przy­tra­fi­ło się to, kie­dy by­łem w pierw­szym lub dru­gim od­dzia­le. Dru­gi po­dob­ny wy­pa­dek miał miej­sce, kie­dy by­łem w siód­mym. Dy­rek­to­rem szko­ły był wte­dy Do­rab­dźi Edul­dźi Gimi. Cie­szył się dużą po­pu­lar­no­ścią wśród uczniów, cho­ciaż su­ro­wo prze­strze­gał dys­cy­pli­ny, był nie­ugię­ty, a jed­no­cze­śnie był do­brym na­uczy­cie­lem. Za jego spra­wą gim­na­sty­ka oraz gra w kry­kie­ta były obo­wiąz­ko­we dla uczniów star­szych od­dzia­łów. Nie lu­bi­łem ani gim­na­sty­ki, ani kry­kie­ta. Nig­dy nie bra­łem udzia­łu w żad­nych ćwi­cze­niach, grach w kry­kie­ta lub pił­kę noż­ną, za­nim te za­ję­cia nie zo­sta­ły uzna­ne za przy­mu­so­we.

Wro­dzo­na nie­śmia­łość była przy­czy­ną, dla któ­rej trzy­ma­łem się na ubo­czu, co – jak to obec­nie wi­dzę – było błę­dem z mo­jej stro­ny. Ule­ga­łem wów­czas myl­ne­mu prze­świad­cze­niu, że gim­na­sty­ka nie ma nic wspól­ne­go z na­uką. Dziś ro­zu­miem, że tre­ning fi­zycz­ny po­wi­nien w wy­cho­wa­niu zaj­mo­wać ty­leż miej­sca, co umy­sło­wy. Mu­szę jed­nak za­zna­czyć, że po­wo­dem, dla któ­re­go nie bra­łem udzia­łu w ćwi­cze­niach fi­zycz­nych, by­najm­niej nie był mój zły stan zdro­wia. Po­wód le­żał gdzie in­dziej: prze­czy­ta­łem w książ­kach o po­żyt­ku, jaki przy­no­szą dłu­gie spa­ce­ry na świe­żym po­wie­trzu, a wo­bec tego, że to mi od­po­wia­da­ło, na­bra­łem przy­zwy­cza­je­nia do od­by­wa­nia dłu­gich prze­cha­dzek, co mi po­zo­sta­ło aż do dziś. Te dłu­gie prze­chadz­ki ogrom­nie mnie za­har­to­wa­ły.

In­nym po­wo­dem tego, że nie zno­si­łem gim­na­sty­ki, było moje go­rą­ce pra­gnie­nie pie­lę­gno­wa­nia ojca. Za­raz po skoń­czo­nych za­ję­ciach w szko­le bie­głem do domu i za­bie­ra­łem się do ob­słu­gi­wa­nia go. Ra­czej ten ro­dzaj za­ję­cia skłon­ny by­łem uwa­żać za obo­wiąz­ko­we ćwi­cze­nia. Zwró­ci­łem się z proś­bą do dy­rek­to­ra szko­ły, mi­ster Gi­mie­go, o zwol­nie­nie mnie z ćwi­czeń gim­na­stycz­nych, abym miał czas na pie­lę­gno­wa­nie ojca. Ale dy­rek­tor nie chciał mnie wy­słu­chać. Otóż przy­tra­fi­ło się pew­nej so­bo­ty, kie­dy za­ję­cia szkol­ne koń­czy­ły się z rana, że po­wi­nie­nem był o czwar­tej po po­łu­dniu wró­cić z domu do szko­ły na owe ćwi­cze­nia gim­na­stycz­ne. Nie mia­łem ze­gar­ka, a za­chmu­rzo­ne nie­bo wpro­wa­dzi­ło mnie w błąd. Za­nim przy­bie­głem do szko­ły, wszy­scy chłop­cy już się po­roz­cho­dzi­li.

Na­stęp­ne­go dnia mi­ster Gimi, prze­glą­da­jąc li­stę, spo­strzegł, że by­łem nie­obec­ny. Kie­dy mnie za­py­tał o przy­czy­nę, od­po­wie­dzia­łem mu, dla­cze­go tak się sta­ło. Dy­rek­tor nie chciał mi jed­nak uwie­rzyć i ka­zał mi za­pła­cić karę w wy­so­ko­ści jed­ne­go czy też dwóch ann27 (nie przy­po­mi­nam so­bie do­kład­nie). By­łem więc oskar­żo­ny o to, że kła­mię! Cier­pia­łem z tego po­wo­du ogrom­nie. W jaki spo­sób udo­wod­nić, że je­stem nie­win­ny? Nie było na to spo­so­bu. Pła­ka­łem z gnie­wu. Zro­zu­mia­łem wte­dy, że czło­wiek dba­ją­cy o praw­dę musi jed­no­cze­śnie być uważ­ny. Był to pierw­szy i ostat­ni przy­kład mo­je­go nie­dbal­stwa w szko­le. Sła­bo so­bie przy­po­mi­nam, co wy­gra­łem na tym, że kara zo­sta­ła mi da­ro­wa­na. Osta­tecz­nie uzy­ska­łem zwol­nie­nie z ćwi­czeń gim­na­stycz­nych, ale do­pie­ro po wy­sto­so­wa­niu przez mego ojca wła­sno­ręcz­ne­go pi­sma do dy­rek­to­ra szko­ły, w któ­rym za­wia­do­mił go, że ży­czy so­bie, abym za­raz po skoń­czo­nych lek­cjach wra­cał do domu.

Po­mi­mo jed­nak, że nie by­łem jed­nym z naj­gor­szych uczniów za­nie­dbu­ją­cych owe ćwi­cze­nia gim­na­stycz­ne, wszyst­kie kary, ja­kie mia­ły spa­dać na in­nych opie­sza­łych uczniów, sta­le sku­pia­ły się na mnie.

Nie wiem, jaką dro­gą do­sze­dłem do prze­świad­cze­nia, że ład­ny cha­rak­ter pi­sma nie jest ko­niecz­ny do wy­kształ­ce­nia, po­zo­sta­ło mi ono jed­nak aż do cza­su, kie­dy wy­je­cha­łem do An­glii. Kie­dy znacz­nie póź­niej, zwłasz­cza w Afry­ce Po­łu­dnio­wej, zo­ba­czy­łem pięk­ne, wy­ka­li­gra­fo­wa­ne pi­smo ad­wo­ka­tów i mło­dzie­ży uro­dzo­nej i wy­cho­wa­nej na miej­scu, czu­łem się głę­bo­ko za­wsty­dzo­ny i ogrom­nie ża­ło­wa­łem wła­sne­go nie­dbal­stwa. Zro­zu­mia­łem, że brzyd­kie pi­smo po­win­no się uwa­żać za do­wód nie­do­sko­na­ło­ści otrzy­ma­ne­go wy­kształ­ce­nia. Usi­ło­wa­łem je póź­niej po­pra­wić, ale już było za póź­no. Nig­dy nie zdo­ła­łem od­ro­bić tego, co zo­sta­ło prze­ze mnie za­nie­dba­ne w mło­do­ści.

Nie­chże mój przy­kład bę­dzie prze­stro­gą dla każ­de­go mło­dzień­ca i dziew­czy­ny – po­win­ni zro­zu­mieć, że wy­raź­ne i ład­ne pi­smo jest nie­odzow­ną czę­ścią wy­kształ­ce­nia. Je­stem obec­nie zda­nia, że za­nim dzie­ci za­czną się uczyć pi­sać, po­win­ny się na­uczyć ry­so­wać. Niech dziec­ko na­uczy się od­róż­niać kształt li­ter, po­dob­nie jak uczy się roz­róż­nia­nia od­mien­nych kształ­tów róż­nych przed­mio­tów. Do­pie­ro wte­dy bę­dzie w sta­nie pi­sać zna­ko­mi­cie wy­ćwi­czo­ną ręką.

Jesz­cze dwa wspo­mnie­nia z mo­ich szkol­nych lat za­słu­gu­ją na to, by o nich opo­wie­dzieć.

Z po­wo­du mo­je­go mał­żeń­stwa stra­ci­łem cały rok, a mój na­uczy­ciel chciał, abym nad­ro­bił stra­co­ny czas, prze­ska­ku­jąc jed­ną kla­sę, na co za­zwy­czaj po­zwa­la­no je­dy­nie wy­jąt­ko­wo pil­nym uczniom. Mia­łem za sobą tyl­ko sześć mie­się­cy w trze­cim od­dzia­le li­ce­al­nym i otrzy­ma­łem pro­mo­cję do czwar­te­go po eg­za­mi­nach, ja­kie się od­by­ły po fe­riach let­nich. Po­cząw­szy od czwar­te­go od­dzia­łu, więk­szość przed­mio­tów wy­kła­da­no w ję­zy­ku an­giel­skim. Czu­łem się jak rzu­co­ny na fale bez­gra­nicz­ne­go oce­anu. Geo­me­tria była dla mnie no­wym przed­mio­tem i nie bar­dzo by­łem w niej moc­ny, a wy­kła­dy w ję­zy­ku an­giel­skim czy­ni­ły ją dla mnie jesz­cze trud­niej­szą. Na­uczy­ciel wy­kła­dał bar­dzo do­brze, ale nie by­łem w sta­nie za nim na­dą­żyć. Nie­kie­dy cał­ko­wi­cie tra­ci­łem na­dzie­ję i my­śla­łem o tym, by po­wró­cić do trze­cie­go od­dzia­łu, zda­jąc so­bie spra­wę, że am­bi­cja od­ro­bie­nia dwóch lat w cią­gu jed­ne­go roku szkol­ne­go była nie­co wy­gó­ro­wa­na. Ale by­ło­by to kom­pro­mi­ta­cją nie tyl­ko dla mnie, ale i dla mego na­uczy­cie­la, któ­ry li­cząc na moją pra­co­wi­tość, wy­ra­ził zgo­dę na prze­nie­sie­nie mnie do wyż­sze­go od­dzia­łu. Oba­wa spra­wie­nia po­dwój­ne­go za­wo­du ka­za­ła mi więc wy­trwać.

Kie­dy wresz­cie z naj­więk­szym tru­dem prze­zwy­cię­ży­łem trzy­na­ste twier­dze­nie geo­me­trycz­ne Eu­kli­de­sa, cała pro­sto­ta tej na­uki ob­ja­wi­ła mi się na­raz w spo­sób zgo­ła nie­ocze­ki­wa­ny. Przed­miot, któ­ry wy­ma­gał je­dy­nie zwy­kłe­go i cał­ko­wi­cie nie­skom­pli­ko­wa­ne­go ro­zu­mo­wa­nia, nie mógł przed­sta­wiać zbyt­nich trud­no­ści. Od tego cza­su geo­me­tria sta­ła się dla mnie za­rów­no przy­jem­nym, jak i ła­twym przed­mio­tem.

Na­to­miast na­uka san­skry­tu była orze­chem trud­nym do zgry­zie­nia. W geo­me­trii nie było nic do za­pa­mię­ta­nia, za to w na­uce san­skry­tu, moim zda­niem, trze­ba się było uczyć wszyst­kie­go na pa­mięć. Przed­miot ten za­czy­na­no wy­kła­dać po­cząw­szy od czwar­te­go od­dzia­łu. Jak tyl­ko prze­sze­dłem do szó­ste­go, znie­chę­ci­łem się osta­tecz­nie. Na­uczy­ciel był bar­dzo wy­ma­ga­ją­cy, za­le­ża­ło mu przede wszyst­kim – jak mi się wy­da­je – na tym, aby wy­wie­rać pre­sję na uczniów. Po­mię­dzy na­uczy­cie­lem san­skry­tu a wy­kła­dow­cą ję­zy­ka per­skie­go ist­niał pe­wien ro­dzaj ry­wa­li­za­cji. Na­uczy­ciel per­skie­go był bar­dziej wy­ro­zu­mia­ły. Ucznio­wie mó­wi­li za­zwy­czaj mię­dzy sobą, że ję­zyk per­ski jest bar­dzo ła­twy do na­uki i że na­uczy­ciel tego przed­mio­tu jest do­bry i po­błaż­li­wy dla uczniów. Owa „ła­twość” sku­si­ła mnie pew­ne­go dnia i zo­sta­łem na lek­cji per­skie­go. Na­uczy­ciel san­skry­tu po­czuł się tym ogrom­nie ura­żo­ny. We­zwał mnie do sie­bie i po­wie­dział:

– Jak mo­głeś za­po­mnieć o tym, że je­steś sy­nem ojca wy­zna­ją­ce­go wia­rę wisz­nu­ic­ką? Czyż­byś nie chciał się uczyć ję­zy­ka wła­snej wia­ry? Je­że­li na­po­ty­kasz pew­ne trud­no­ści, dla­cze­go nie przyj­dziesz do mnie? Chcę was, mo­ich uczniów, na­uczyć san­skry­tu, jak tyl­ko po­tra­fię naj­le­piej. Gdy zro­bisz pew­ne po­stę­py, sam od­naj­dziesz w nim wie­le nie­zmier­nie cie­ka­wych rze­czy. Nie znie­chę­caj się. Przyjdź, mój chłop­cze, znów na lek­cje san­skry­tu.

Do­broć na­uczy­cie­la mnie za­wsty­dzi­ła. Nie mo­głem zlek­ce­wa­żyć jego życz­li­wo­ści. Dziś z wdzięcz­no­ścią wspo­mi­nam Krysz­na­śan­ka­ra Pan­dya, bo prze­cież gdy­bym się wte­dy nie na­uczył – wpraw­dzie nie­zbyt wie­le – san­skry­tu, z pew­no­ścią stu­dio­wa­nie na­szych świę­tych ksiąg przy­cho­dzi­ło­by mi ze znacz­nie więk­szym tru­dem. Bar­dzo też póź­niej ubo­le­wa­łem nad tym, że nie po­zna­łem grun­tow­niej san­skry­tu, a od tego cza­su na­bra­łem prze­ko­na­nia, że każ­dy hin­du­ski chło­piec lub też dziew­czy­na po­win­ni znać pod­sta­wy san­skry­tu.

Są­dzę rów­nież, że wśród przed­mio­tów wy­kła­da­nych w każ­dym li­ceum w In­diach po­win­no się zo­sta­wić dość dużo miej­sca na na­ukę ję­zy­ków: hin­di, san­skry­tu, per­skie­go, arab­skie­go oraz an­giel­skie­go, nie­za­leż­nie od na­uki ję­zy­ka oj­czy­ste­go. Ta dłu­ga li­sta nie po­win­na ni­ko­go prze­ra­żać. Gdy­by na­sze wy­kształ­ce­nie było bar­dziej sys­te­ma­tycz­ne, a nasi chłop­cy byli zwol­nie­ni od obo­wiąz­ku ucze­nia się w ob­cym ję­zy­ku wy­kła­da­nych im przed­mio­tów, je­stem prze­ko­na­ny, że na­uka wszyst­kich wy­mie­nio­nych ję­zy­ków prze­sta­ła­by być tak nud­na, a sta­ła­by się przy­jem­no­ścią. Grun­tow­na zna­jo­mość jed­ne­go ję­zy­ka w pew­nym sen­sie znacz­nie uła­twia po­zna­nie dru­gie­go.

W rze­czy­wi­sto­ści bo­wiem ję­zy­ki: hin­di, gu­dźa­ra­ti i san­skryt mogą być roz­pa­try­wa­ne jako je­den ję­zyk, a per­ski i arab­ski rów­nież jako je­den. Po­mi­mo iż ję­zyk per­ski na­le­ży do gru­py ję­zy­ków aryj­skich, arab­ski zaś do se­mic­kich, po­mię­dzy tymi dwo­ma ję­zy­ka­mi ist­nie­je bli­skie po­kre­wień­stwo, po­nie­waż swój głów­ny roz­wój za­wdzię­cza­ją is­la­mo­wi. Nie uwa­żam na­to­miast urdu za wy­raź­nie od­ręb­ny ję­zyk, gdyż przy­swo­ił so­bie gra­ma­ty­kę hin­di, a jego słow­nic­two ma swe głów­ne źró­dło w per­skim i arab­skim. Każ­dy więc, kto chce do­brze po­znać urdu, musi znać per­ski i arab­ski, po­dob­nie jak chcąc na­uczyć się ję­zy­ków: gu­dźa­ra­ti, hin­di, ben­ga­li lub ma­ra­thi, trze­ba znać san­skryt28.

VI. TRAGEDIA

omię­dzy nie­licz­ny­mi przy­ja­ciół­mi, któ­rych mia­łem w róż­nych okre­sach uczęsz­cza­nia do li­ceum, za­le­d­wie dwóch mogę na­zwać bli­ski­mi i ser­decz­ny­mi. Jed­na z tych przy­jaź­ni nie trwa­ła zbyt dłu­go, cho­ciaż nig­dy nie wy­pie­ra­łem się mo­ich przy­ja­ciół. Tym ra­zem mój przy­ja­ciel wy­parł się mnie, gdyż zna­la­złem so­bie no­we­go. Tę ostat­nią przy­jaźń uwa­żam za tra­ge­dię mego ży­cia. Trwa­ła dłu­go. Zda­wa­ło mi się, że speł­niam ja­kąś mi­sję na­wró­ce­nia.

Chło­piec, o któ­rym mowa, był wła­ści­wie przy­ja­cie­lem mego bra­ta. Cho­dzi­li do jed­nej kla­sy. Zna­łem jego wady, ale uwa­ża­łem go za wier­ne­go przy­ja­cie­la. Za­rów­no moja mat­ka, jak star­szy brat i moja żona, wszy­scy prze­strze­ga­li mnie przed nim, twier­dząc, że to dla mnie złe to­wa­rzy­stwo. By­łem jed­nak zbyt am­bit­ny, by zwra­cać uwa­gę na prze­stro­gi żony, a nie mia­łem dość od­wa­gi, by prze­ciw­sta­wić się opi­nii mat­ki i star­sze­go bra­ta. Bro­ni­łem go jed­nak, mó­wiąc: „Wiem, że on ma wady, o któ­rych mó­wi­cie, ale nie zna­cie jego za­let. On mnie nie spro­wa­dzi na błęd­ną dro­gę, a moja przy­jaźń z nim może go na­wró­cić.

Je­stem pe­wien, że je­że­li się zmie­ni, bę­dzie zna­ko­mi­tym czło­wie­kiem. Pro­szę was, bądź­cie o mnie spo­koj­ni!”.

Nie są­dzę, bym ich prze­ko­nał, ale zgo­dzi­li się z mo­imi ar­gu­men­ta­mi i po­zwo­li­li mi po­stę­po­wać, jak będę uwa­żał za sto­sow­ne. Prze­ko­na­łem się póź­niej, że moje ra­chu­by były myl­ne. Re­for­ma­tor nie może so­bie po­zwo­lić na utrzy­my­wa­nie bli­skich sto­sun­ków z kimś, kogo chce zmie­nić. Praw­dzi­wa przy­jaźń po­le­ga na po­kre­wień­stwie dusz, któ­re rzad­ko przy­tra­fia się na świe­cie, i dla­te­go istot­nie war­to­ścio­wa i dłu­go­trwa­ła może być przy­jaźń je­dy­nie po­mię­dzy dwo­ma na­tu­ra­mi ma­ją­cy­mi wie­le wspól­nych cech. Je­den przy­ja­ciel od­dzia­łu­je na dru­gie­go i dla­te­go też w praw­dzi­wej przy­jaź­ni jest tak mało miej­sca na na­wra­ca­nie. Je­stem po­nad­to zda­nia, że na­le­ży uni­kać wszel­kiej szcze­gól­nej in­tym­no­ści w sto­sun­kach z przy­ja­ciół­mi, gdyż czło­wiek ła­twiej przy­swa­ja so­bie wady ani­że­li za­le­ty. Ten zaś, kto pra­gnie utrzy­my­wać przy­jaźń z Bo­giem, musi albo po­zo­stać sa­mot­ny, albo cały świat uczy­nić swy­mi przy­ja­ciół­mi.

Moż­li­we, że się mylę, ale moje usi­ło­wa­nia utrzy­ma­nia bli­skiej przy­jaź­ni skoń­czy­ły się nie­po­wo­dze­niem.

Kie­dy po raz pierw­szy zbli­ży­łem się do owe­go przy­ja­cie­la, fala „re­form” prze­le­wa­ła się przez Radź­kot. Do­wie­dzia­łem się od nie­go, że wie­lu spo­śród na­szych na­uczy­cie­li w ta­jem­ni­cy je mię­so i pije wino. Wy­mie­nił mi rów­nież na­zwi­ska wie­lu do­stoj­nych oby­wa­te­li w Radź­ko­cie, któ­rzy na­le­że­li do tego sa­me­go to­wa­rzy­stwa. Wśród nich mie­li się rów­nież znaj­do­wać, jak mi po­wie­dział, nie­któ­rzy ucznio­wie miej­sco­we­go li­ceum.

By­łem tym ogrom­nie za­sko­czo­ny i bo­le­śnie do­tknię­ty. Za­py­ta­łem mego przy­ja­cie­la, czym na­le­ży to wy­tłu­ma­czyć, a on wy­ja­śnił mi w na­stę­pu­ją­cy spo­sób:

„Je­ste­śmy sła­bym na­ro­dem dla­te­go, że nie jemy mię­sa. An­gli­cy rzą­dzą nami dla­te­go, że je spo­ży­wa­ją. Wiesz, jaki je­stem sil­ny i jaki ze mnie do­sko­na­ły bie­gacz – to dla­te­go, że ja też jem mię­so. Ci, co je­dzą mię­so, nie mie­wa­ją ani wrzo­dów, ani żad­nych na­ro­śli, a na­wet je­że­li im się cza­sa­mi przy­tra­fią – to szyb­ko zni­ka­ją. Nasi na­uczy­cie­le i inne wy­bit­ne oso­by spo­ży­wa­ją­ce mię­so nie są głup­ca­mi. Wi­dzę, ja­kie to jest po­ży­tecz­ne. Po­wi­nie­neś ro­bić tak samo, a zresz­tą, to ci nie za­szko­dzi, je­że­li spró­bu­jesz. Zo­ba­czysz, przy­bę­dzie ci wie­le siły”.

Wszyst­kie te na­mo­wy na rzecz je­dze­nia mię­sa nie od razu od­nio­sły sku­tek. Sta­no­wi­ły te­mat dłu­gich i skom­pli­ko­wa­nych ar­gu­men­tów, za po­mo­cą któ­rych mój przy­ja­ciel od cza­su do cza­su usi­ło­wał na mnie od­dzia­ły­wać. Mój star­szy brat już im uległ i po­twier­dzał sło­wa swe­go przy­ja­cie­la. W po­rów­na­niu z moim bra­tem i tym przy­ja­cie­lem istot­nie wy­glą­da­łem na znacz­nie słab­sze­go fi­zycz­nie.

Obaj byli sil­niej­si ode mnie, fi­zycz­nie le­piej roz­wi­nię­ci i od­waż­niej­si. Wy­czy­ny do­ko­ny­wa­ne przez tego przy­ja­cie­la mia­ły dla mnie ogrom­ny urok. Po­tra­fił bar­dzo szyb­ko prze­bie­gać duże od­le­gło­ści, umiał ska­kać da­le­ko i wy­so­ko, po­tra­fił wy­trzy­mać każ­dą chło­stę. Czę­sto po­pi­sy­wał się przede mną, a prze­cież za­wsze jest się olśnio­nym, wi­dząc w in­nym za­le­ty, któ­rych się nie ma. To­też by­wa­łem istot­nie olśnio­ny jego wy­czy­na­mi – a za­tem go­rą­co pra­gną­łem stać się po­dob­ny do nie­go. Cóż, kie­dy nie po­tra­fi­łem ani tak bie­gać, ani tak ska­kać jak on. Cze­muż nie miał­bym zo­stać rów­nie sil­ny? Po­nad­to – by­łem bar­dzo tchórz­li­wy. Pa­nicz­nie ba­łem się zło­dziei, wszel­kich du­chów, żmij. Ba­łem się wy­chy­lić nosa poza dom w nocy. Ciem­ność mnie prze­ra­ża­ła. Usnąć w ciem­nym po­ko­ju było nie­mal nie­po­do­bień­stwem dla mnie, gdyż wciąż wy­obra­ża­łem so­bie, że oto z jed­nej stro­ny zbli­ża­ją się du­chy, z dru­giej – zło­dzie­je, z trze­ciej – żmi­je. Nie mo­głem za­snąć, je­że­li w po­ko­ju nie pa­li­ło się świa­tło.

Czy mo­głem zwie­rzyć się z tych obaw żo­nie, któ­ra już prze­sta­ła być dziec­kiem i spa­ła obok mnie? Wie­dzia­łem, że jest od­waż­niej­sza ode mnie, i czu­łem się za­wsty­dzo­ny. Ka­stur­bai nie bała się ani żmij, ani du­chów. Po­tra­fi­ła pójść wszę­dzie po ciem­ku. Mój przy­ja­ciel wie­dział o wszyst­kich mo­ich sła­bo­ściach. Opo­wia­dał mi o tym, jak umie trzy­mać w ręku żywą żmi­ję, jak po­tra­fi się obro­nić przed zło­dzie­ja­mi i jak nie wie­rzy w żad­ne du­chy. Wszyst­ko to, rzecz oczy­wi­sta, wy­ni­ka­ło z tego, że jadł mię­so.

Wśród uczniów li­ceum dużą po­pu­lar­no­ścią cie­szył się wte­dy mar­na­wy utwór na­pi­sa­ny w ję­zy­ku gu­dźa­ra­ti przez po­etę Na­rma­da29. Oto jego treść:

Spójrz, jak po­tęż­ny An­glik

Rzą­dzi ma­ły­mi In­du­sa­mi,

Dla­te­go, że żre mię­so,

Ma pięć łok­ci wzro­stu.

Wszyst­ko to wy­wie­ra­ło na mnie od­po­wied­nie wra­że­nie. By­łem zdru­zgo­ta­ny. Na­bie­ra­łem co­raz moc­niej­sze­go prze­świad­cze­nia, że spo­ży­wa­nie mię­sa jest do­bre, że uczy­ni mnie moc­nym i od­waż­nym i że gdy­by lu­dzie w ca­łym na­szym kra­ju za­czę­li jeść mię­so, za­pa­no­wa­li­by­śmy nad An­gli­ka­mi.

Wy­zna­czo­ny zo­stał za­wcza­su dzień, kie­dy mia­łem za­cząć spo­ży­wać mię­so. Oczy­wi­ście, wszyst­ko było za­cho­wa­ne w naj­ści­ślej­szej ta­jem­ni­cy.

Ród Gan­dhich na­le­żał do wy­znaw­ców Wisz­nu. Moi ro­dzi­ce byli mu szcze­gól­nie od­da­ni. Re­gu­lar­nie uczęsz­cza­li do ha­ve­li. Ro­dzi­na po­sia­da­ła na­wet wła­sne świą­ty­nie. W Gu­dźa­ra­cie dżi­nizm30 był bar­dzo sil­ny, a jego wpływ da­wał się od­czuć wszę­dzie i przy każ­dej oka­zji. W ca­łych In­diach nie moż­na było się spo­tkać z rów­nie ostrym sprze­ci­wem prze­ciw­ko spo­ży­wa­niu mię­sa i ze wstrę­tem, jaki ono bu­dzi­ło, jak wła­śnie w Gu­dźa­ra­cie wśród wy­znaw­ców dżi­ni­zmu i Wisz­nu. Ta­kie wła­śnie były tra­dy­cje, wśród któ­rych się uro­dzi­łem i by­łem wy­cho­wa­ny. Trze­ba do­dać, że ży­wi­łem nie­wy­po­wie­dzia­ną cześć dla mo­ich ro­dzi­ców. Zda­wa­łem so­bie spra­wę, że bę­dzie dla nich śmier­tel­nym cio­sem, je­że­li się do­wie­dzą, że ja­dłem mię­so. Po­nad­to moje go­rą­ce umi­ło­wa­nie praw­dy zwięk­szy­ło jesz­cze moje skru­pu­ły. Nie mogę rów­nież po­wie­dzieć, abym nie wie­dział, że po­peł­nię oszu­stwo wo­bec ro­dzi­ców, je­że­li za­cznę jeść mię­so. Ale mój umysł był cał­ko­wi­cie po­chło­nię­ty po­trze­bą do­ko­na­nia „re­for­my”. Nie cho­dzi­ło by­najm­niej o przy­jem­ność, jaką to mo­gło spra­wić memu pod­nie­bie­niu. Nie wie­dzia­łem zresz­tą wca­le o tym, że mam szcze­gól­nie wy­de­li­ka­co­ny zmysł sma­ku. Chcia­łem po pro­stu być sil­ny i od­waż­ny oraz pra­gną­łem, by wszy­scy moi ziom­ko­wie byli tacy po to, by­śmy mo­gli po­bić An­gli­ków i przy­wró­cić In­diom wol­ność.

Nie sły­sza­łem jesz­cze nig­dy przed­tem wy­ra­zu swa­radź31 – wie­dzia­łem jed­nak, co ozna­cza wol­ność. Szał „re­form” opę­tał mnie. Za­pew­niw­szy so­bie ta­jem­ni­cę, prze­ko­na­łem sam sie­bie, że ukry­cie tego wy­da­rze­nia przed ro­dzi­ca­mi nie bę­dzie wła­ści­wie odej­ściem od praw­dy.

VII. TRAGEDIA (CIĄG DALSZY)

ad­szedł ów dzień. Trud­no do­kład­nie opi­sać, w ja­kim znaj­do­wa­łem się sta­nie. Z jed­nej stro­ny było go­rą­ce pra­gnie­nie do­ko­na­nia ja­kiejś od­mia­ny w ży­ciu i roz­po­czę­cia cze­goś zgo­ła no­we­go, z dru­giej – uczu­cie wsty­du, gdyż jak zło­dziej mu­sia­łem się kryć z tym, co mia­łem zro­bić, a co uwa­ża­łem za słusz­ne. Nie po­tra­fię po­wie­dzieć, któ­re z tych uczuć prze­wa­ża­ło we mnie.

Uda­li­śmy się na po­szu­ki­wa­nie bez­lud­ne­go miej­sca nad rze­ką i wte­dy po raz pierw­szy w ży­ciu zo­ba­czy­łem mię­so. Była też przy nim krom­ka bia­łe­go chle­ba.

Ani jed­no, ani dru­gie mi nie sma­ko­wa­ło. Mię­so kozy było twar­de jak skó­ra. Po pro­stu nie by­łem w sta­nie go ugryźć. Ze­mdli­ło mnie i mu­sia­łem prze­stać jeść.

Noc, któ­rą spę­dzi­łem po­tem, była okrop­na. Ja­kieś okrop­ne kosz­ma­ry mę­czy­ły mnie przez cały czas. Ile­kroć za­sy­pia­łem, zda­wa­ło mi się, że żywa koza be­czy tuż obok, wy­rzu­ty su­mie­nia tak mnie drę­czy­ły, że go­tów by­łem wy­sko­czyć z łóż­ka, ale wte­dy prze­ko­ny­wa­łem sam sie­bie, że spo­ży­wa­nie mię­sa jest moim obo­wiąz­kiem, i ja­koś się uspo­ka­ja­łem.

Mój przy­ja­ciel nie był czło­wie­kiem skłon­nym do szyb­kiej re­zy­gna­cji. Za­brał się do przy­rzą­dza­nia róż­nych przy­sma­ków z mię­sa i pod­le­wa­nia ich so­sa­mi. Jako ja­dal­nia nie słu­żył nam już bez­lud­ny brzeg rze­ki, lecz gmach rzą­do­wy z salą ja­dal­ną, sto­ła­mi, fo­te­la­mi. Wszyst­ko to zo­sta­ło za­aran­żo­wa­ne przez mo­je­go przy­ja­cie­la w po­ro­zu­mie­niu z głów­nym ku­cha­rzem tej in­sty­tu­cji.

Przy­nę­ta od­nio­sła sku­tek. Prze­mo­głem swój wstręt do chle­ba oraz do ko­zie­go mię­sa i sta­łem się wiel­kim sma­ko­szem wszel­kich mię­snych po­traw, choć za sa­mym mię­sem nie prze­pa­da­łem. Trwa­ło to mniej wię­cej rok. Tych mię­snych uczt było ogó­łem nie wię­cej niż ja­kieś pół tu­zi­na, a to dla­te­go, że nie za­wsze moż­na było do­stać się do tego rzą­do­we­go lo­ka­lu, a czę­ste spo­rzą­dza­nie kosz­tow­nych po­traw z mię­sa było po­łą­czo­ne z dość du­ży­mi trud­no­ścia­mi. Nie mia­łem pie­nię­dzy, by so­bie po­zwo­lić na taką „re­for­mę” ży­cia. Na­to­miast mój przy­ja­ciel za­wsze po­tra­fił zna­leźć nie­zbęd­ne środ­ki. Nie mam po­ję­cia, jak to ro­bił. Miał ich za­wsze pod do­stat­kiem, bo mu ogrom­nie za­le­ża­ło na tym, by zro­bić ze mnie sta­łe­go „mię­so­żer­cę”. Wi­docz­nie jed­nak jego środ­ki też mu­sia­ły się wy­czer­pać, a tym sa­mym owe uczty sta­wa­ły się co­raz rzad­sze.

Ile­kroć mia­łem spo­sob­ność po­fol­go­wać so­bie pod­czas tych ob­fi­tych uczt, nie mo­gło być już mowy o tym, bym mógł zjeść obiad w domu. Mat­ka za­zwy­czaj wo­ła­ła mnie, bym przy­szedł na po­si­łek, i chcia­ła wie­dzieć, dla­cze­go nic nie jem. W ta­kich ra­zach mó­wi­łem, że nie mam ape­ty­tu lub że coś jest nie w po­rząd­ku z moim tra­wie­niem.

Nie mogę po­wie­dzieć, abym bez skru­pu­łów po­słu­gi­wał się po­dob­ny­mi pre­tek­sta­mi. Wie­dzia­łem, że kła­mię, co gor­sza: że okła­mu­ję mat­kę. Zda­wa­łem so­bie jed­no­cze­śnie spra­wę z tego, że gdy­by ro­dzi­ce się do­wie­dzie­li, że jem mię­so, by­li­by tym po pro­stu wstrzą­śnię­ci. Świa­do­mość tego po­że­ra­ła mi ser­ce.

Wte­dy po­wie­dzia­łem so­bie: „Acz­kol­wiek spo­ży­wa­nie mię­sa jest waż­ne, po­dob­nie jak waż­ne jest prze­pro­wa­dze­nie re­for­my od­ży­wia­nia w kra­ju, jed­nak oszu­ki­wa­nie i okła­my­wa­nie ro­dzi­ców jest czymś gor­szym ani­że­li spo­ży­wa­nie mię­sa. Do­pó­ki moi ro­dzi­ce żyją, nie może więc być mowy o tym, bym jadł mię­so. Gdy umrą i będę wol­ny, będę je jadł otwar­cie, ale za­nim to na­stą­pi, po­wstrzy­mam się”.

Za­ko­mu­ni­ko­wa­łem swe po­sta­no­wie­nie przy­ja­cie­lo­wi i od tego cza­su nig­dy już nie po­wró­ci­łem do spo­ży­wa­nia mię­sa. Ro­dzi­ce nig­dy się nie do­wie­dzie­li, iż ich dwaj sy­no­wie je­dli mię­so.

Wy­rze­kłem się spo­ży­wa­nia mię­sa, aby nie okła­my­wać ro­dzi­ców, ale nie zre­zy­gno­wa­łem z to­wa­rzy­stwa przy­ja­cie­la. Moje go­rą­ce pra­gnie­nie na­wró­ce­nia go mia­ło dla mnie ka­ta­stro­fal­ne na­stęp­stwa, jed­nak nie zda­wa­łem so­bie z tego spra­wy. Prze­by­wa­nie w jego to­wa­rzy­stwie do­pro­wa­dzi­ło­by mnie do zła­ma­nia wier­no­ści żo­nie. Cu­dem oca­la­łem.

Pew­ne­go razu przy­ja­ciel za­pro­wa­dził mnie do domu pu­blicz­ne­go, udzie­liw­szy mi przed­tem wszel­kich nie­zbęd­nych in­for­ma­cji. Wszyst­ko było z góry przy­go­to­wa­ne i opła­co­ne. Wsze­dłem w samą pasz­czę grze­chu, lecz Bóg w swej nie­zmie­rzo­nej do­bro­ci obro­nił mnie przede mną sa­mym. Nie­mal głu­chy i śle­py zna­la­złem się w tej ja­ski­ni wy­stęp­ku. Sie­dzia­łem obok ja­kiejś ko­bie­ty na jej łóż­ku i nie mo­głem z sie­bie wy­krztu­sić ani sło­wa. Znie­cier­pli­wi­ło to wresz­cie tę ko­bie­tę, więc zło­rze­cząc i ob­rzu­ca­jąc mnie wy­zwi­ska­mi, wy­rzu­ci­ła mnie za drzwi. Mia­łem wra­że­nie, że moja god­ność mę­ska zo­sta­ła sro­dze ob­ra­żo­na i go­tów by­łem ze wsty­du za­paść się pod zie­mię. Nie prze­sta­ję jed­nak po dzień dzi­siej­szy dzię­ko­wać Bogu, że mnie wte­dy ura­to­wał. Przy­po­mi­nam so­bie jesz­cze czte­ry po­dob­ne przy­pad­ki w moim ży­ciu i za każ­dym ra­zem ra­czej szczę­śli­wy traf, ani­że­li ja­ki­kol­wiek wy­si­łek z mo­jej stro­ny, przy­cho­dził mi ze zba­wien­ną po­mo­cą.

Z etycz­ne­go sta­no­wi­ska każ­dy z tych przy­pad­ków na­le­ży oce­nić jako do­wód upad­ku mo­ral­ne­go, gdyż mia­ło się do czy­nie­nia z po­żą­da­niem cie­le­snym, któ­re ozna­cza ty­leż co sam akt. Na­to­miast pa­trząc na te spra­wy zwy­czaj­nie, trze­ba po­wie­dzieć, że czło­wiek, któ­ry zo­stał fi­zycz­nie po­wstrzy­ma­ny od po­peł­nie­nia grze­chu, może być uwa­ża­ny za oca­lo­ne­go. Je­że­li cho­dzi o moją oso­bę, zo­sta­łem oca­lo­ny je­dy­nie w tym sen­sie. Ist­nie­ją bo­wiem ta­kie uczyn­ki, że oca­le­nie przed nimi moż­na uwa­żać za dar nie­ba – za­rów­no dla tego, któ­ry oca­lał, jak i dla tych, co nim kie­ro­wa­li. Z chwi­lą gdy czło­wiek od­zy­sku­je świa­do­mość tego, co jest słusz­ne, skła­da on dzię­ki Opatrz­no­ści za to, że oca­lał. Wie­my, że czło­wiek czę­sto ule­ga po­ku­sie, mimo iż się prze­ciw­ko niej bro­ni, ale wie­my rów­nież, że Opatrz­ność czę­sto przy­cho­dzi mu z po­mo­cą i wbrew woli czło­wie­ka wy­ba­wia go z nie­bez­pie­czeń­stwa. Dla­cze­go się tak dzie­je, w ja­kim stop­niu czło­wiek jest isto­tą wol­ną, a w ja­kim za­leż­ną od ota­cza­ją­cych go wa­run­ków, jak da­le­ko może się po­su­nąć na tej dro­dze i kie­dy na sce­nę wkra­cza prze­zna­cze­nie? – Wszyst­ko to jest owia­ne mro­kiem ta­jem­ni­cy i po­zo­sta­nie nią.

Ale po­wróć­my do na­szej opo­wie­ści. Na­wet te wy­da­rze­nia nie uświa­do­mi­ły mi ze­psu­cia, ja­kie wy­ni­ka­ło z prze­by­wa­nia w to­wa­rzy­stwie mego przy­ja­cie­la. Mia­łem zresz­tą spo­ro in­nych, nie mniej przy­krych przy­kła­dów w za­pa­sie, aż wresz­cie na­ocz­nie prze­ko­na­łem się o pew­nych, zgo­ła nie­spo­dzie­wa­nych dla mnie, do­wo­dach mo­ral­ne­go upad­ku mego przy­ja­cie­la. Ale o tym póź­niej – chcę za­cho­wać cią­głość chro­no­lo­gicz­ną mo­jej opo­wie­ści.

O pew­nym wy­da­rze­niu mu­szę jed­nak wspo­mnieć za­raz, tym bar­dziej że jest ono zwią­za­ne z tym sa­mym okre­sem. Jed­nym z po­wo­dów nie­po­ro­zu­mień, ja­kie wy­ni­kły po­mię­dzy mną a moją żoną, było nie­wąt­pli­wie moje prze­by­wa­nie w to­wa­rzy­stwie tego przy­ja­cie­la. By­łem jed­no­cze­śnie od­da­nym i po­że­ra­nym przez za­zdrość mał­żon­kiem, a ów przy­ja­ciel roz­pa­lał we mnie wszel­kie po­dej­rze­nia wo­bec mo­jej żony. Nig­dy nie wąt­pi­łem w praw­dzi­wość jego słów, nig­dy też nie mo­głem so­bie wy­ba­czyć bru­tal­no­ści, ja­kiej się do­pusz­cza­łem wo­bec mo­jej żony, ka­rząc ją czę­sto za prze­wi­nie­nia, któ­re zgod­nie z tym, co mi opo­wia­dał mój przy­ja­ciel, mia­ła ja­ko­by po­peł­niać.

My­ślę, że tyl­ko hin­du­ska ko­bie­ta mo­gła znieść te upo­ko­rze­nia i za­pew­ne tyl­ko dla­te­go za­wsze uwa­ża­łem ko­bie­tę za uoso­bie­nie wy­ro­zu­mia­ło­ści. Słu­żą­cy, na któ­re­go pada nie­za­słu­żo­ne po­dej­rze­nie, po­rzu­ca swo­je miej­sce pra­cy, syn w po­dob­nym przy­pad­ku opusz­cza oj­cow­ski dom, a przy­ja­ciel może ze­rwać wię­zy przy­jaź­ni. Je­że­li ko­bie­ta po­dej­rze­wa męża o wia­ro­łom­stwo, musi za­cho­wać spo­kój, na­to­miast je­że­li sama ścią­gnę­ła na sie­bie po­dej­rze­nia męża, jest ska­za­na na cier­pie­nia i nie­szczę­ście. Do­kąd bo­wiem ma się udać? Ko­bie­ta hin­du­ska nie ma pra­wa do­ma­gać się w są­dzie roz­wo­du. Pra­wo nie udzie­la jej żad­nej po­mo­cy.

Nig­dy nie za­po­mnę i nie wy­ba­czę so­bie tego, że do­pro­wa­dzi­łem moją żonę do roz­pa­czy. Po­że­ra­ją­cy mnie ro­bak po­dej­rzeń zo­stał we mnie wy­tę­pio­ny do­pie­ro wte­dy, kie­dy zro­zu­mia­łem, na czym po­le­ga ahim­sa32 we wszyst­kich od­mia­nach. Po­zna­łem wte­dy wiel­kość brah­ma­ćar­ji33 i zro­zu­mia­łem, że żona nie jest nie­wol­ni­cą męża, lecz jego to­wa­rzysz­ką i po­moc­ni­cą, oraz że ma pra­wo do uczest­ni­cze­nia w jego smut­kach i ra­do­ściach, a tak­że, po­dob­nie jak jej mę­żo­wi, wol­no jej obrać wła­sną dro­gę w ży­ciu.

Ile­kroć przy­po­mnę so­bie tam­te mrocz­ne dni peł­ne zwąt­pień, po­dej­rzeń, prze­kli­nam wła­sne sza­leń­stwo i okru­cień­stwo po­dyk­to­wa­ne po­żą­dli­wo­ścią i opła­ku­ję moją śle­pą ule­głość owe­mu przy­ja­cie­lo­wi.

VIII. KRADZIEŻE I SKRUCHY

hcę jesz­cze opo­wie­dzieć o paru in­nych prze­wi­nach, ja­kie po­peł­ni­łem za­rów­no w okre­sie spo­ży­wa­nia prze­ze mnie mię­sa, jak i znacz­nie wcze­śniej, przed moim ślu­bem lub też po nim.

Mój krew­niak i ja sta­li­śmy się na­ło­go­wy­mi pa­la­cza­mi ty­to­niu. Nie znaj­do­wa­li­śmy co praw­da żad­nej szcze­gól­nej przy­jem­no­ści w pa­le­niu ani nie po­cią­gał nas spe­cjal­nie za­pach dymu ty­to­nio­we­go – po pro­stu po­do­ba­ło nam się samo wy­pusz­cza­nie z ust kłę­bów dymu. Mój stryj był na­ło­go­wym pa­la­czem i kie­dy wi­dzie­li­śmy go pa­lą­ce­go, przy­szło nam do gło­wy na­śla­do­wać go, ale nie mie­li­śmy pie­nię­dzy. Za­czę­li­śmy więc wy­kra­dać nie­do­pał­ki pa­pie­ro­sów po­zo­sta­wio­ne przez stry­ja.

Nie za­wsze jed­nak moż­na było upo­lo­wać owe nie­do­pał­ki, a po­nad­to nie da­wa­ły one tyle dymu. Wte­dy za­czę­li­śmy wy­kra­dać mie­dzia­ki z kie­sze­ni na­szej służ­by, by móc ku­po­wać in­dyj­skie pa­pie­ro­sy. Pro­ble­mem było to, gdzie je prze­cho­wać. Nie mo­gli­śmy też pa­lić w obec­no­ści star­szych. Ja­koś nam ucho­dzi­ło w cią­gu paru ty­go­dni to pa­le­nie za skra­dzio­ne mie­dzia­ki. Do­wie­dzie­li­śmy się póź­niej, że ło­dy­gi nie­któ­rych ro­ślin są po­ro­wa­te i na­da­ją się do pa­le­nia. Zdo­by­li­śmy je i za­czę­li­śmy pa­lić.

Ale to nas by­najm­niej nie za­spo­ka­ja­ło. Za­czę­ła nas po­że­rać po­trze­ba nie­za­leż­no­ści. Już to samo, że nie wol­no nam nic zro­bić bez ze­zwo­le­nia star­szych, było nie do znie­sie­nia. Wresz­cie, znie­chę­ce­ni do osta­tecz­no­ści, po­sta­no­wi­li­śmy po­peł­nić sa­mo­bój­stwo.

Jak jed­nak wpro­wa­dzić w czyn to po­sta­no­wie­nie? Skąd wziąć tru­ci­znę? Sły­sze­li­śmy, ja­ko­by na­sio­na dha­tu­ry były tru­ją­ce. Po­szli­śmy do dżun­gli na ich po­szu­ki­wa­nie i zna­leź­li­śmy je. Wie­czór wy­da­wał nam się od­po­wied­nią porą do wpro­wa­dze­nia w czyn na­sze­go za­mia­ru. Uda­li­śmy się do Ke­dar­dźi Man­dir34, na­la­li­śmy to­pio­ne­go ba­wo­le­go ma­sła do lam­py pło­ną­cej w świą­ty­ni, do­stą­pi­li­śmy bło­go­sła­wień­stwa, a na­stęp­nie za­czę­li­śmy się roz­glą­dać za ja­kimś sa­mot­nym ką­ci­kiem. Za­bra­kło nam jed­nak od­wa­gi. A co bę­dzie, je­że­li tru­ci­zna nie uśmier­ci nas od razu? A w ogó­le, co nam z tego przyj­dzie, że so­bie od­bie­rze­my ży­cie? Dla­cze­go ra­czej nie wal­czyć o zdo­by­cie więk­szej nie­za­leż­no­ści? Prze­łknę­li­śmy jed­nak każ­dy po dwa, trzy na­sio­na. Nie mie­li­śmy od­wa­gi po­łknąć wię­cej, każ­dy z nas bał się prze­cież śmier­ci, po­sta­no­wi­li­śmy więc dla uspo­ko­je­nia pójść do Ram­dźi Man­dir35 i po­rzu­cić wszel­ką myśl o sa­mo­bój­stwie.

Wte­dy zro­zu­mia­łem, że ła­twiej jest my­śleć o sa­mo­bój­stwie, ani­że­li je po­peł­nić, a gdy sły­sza­łem, że ktoś gro­zi po­peł­nie­niem sa­mo­bój­stwa, nie ro­bi­ło to na mnie zbyt wiel­kie­go wra­że­nia.

Owe sa­mo­bój­cze my­śli w re­zul­ta­cie do­pro­wa­dzi­ły do tego, że oby­dwaj po­sta­no­wi­li­śmy zre­zy­gno­wać z pa­le­nia pa­pie­ro­sów i wy­kra­da­nia służ­bie mie­dzia­ków na pa­pie­ro­sy. Póź­niej, na­wet gdy by­łem do­ro­sły, nig­dy już nie od­czu­wa­łem chę­ci pa­le­nia ty­to­niu i za­wsze uwa­ża­łem ten na­łóg za bar­ba­rzyń­ski, brzyd­ki i szko­dli­wy dla zdro­wia. Nig­dy nie mo­głem zro­zu­mieć, skąd na świe­cie po­wstał nie­prze­par­ty na­łóg pa­le­nia, nig­dy też nie by­łem w sta­nie po­dró­żo­wać w prze­dzia­łach dla pa­lą­cych. Po pro­stu du­si­łem się.

Znacz­nie po­waż­niej­sza od tych kra­dzie­ży była ta, któ­rej się do­pu­ści­łem nie­co póź­niej. Owe mie­dzia­ki „ścią­ga­łem”, kie­dy mia­łem dwa­na­ście, trzy­na­ście lat, a może i mniej. Na­stęp­ną kra­dzież po­peł­ni­łem w wie­ku pięt­na­stu lat. Tym ra­zem skra­dłem tro­chę zło­ta z bran­so­let­ki mego bra­ta, tego wła­śnie, co to rów­nież jadł mię­so. Za­dłu­ży­łem się na ja­kieś dwa­dzie­ścia pięć ru­pii. Na ręce mój brat no­sił bran­so­let­kę z praw­dzi­we­go zło­ta. Nie było trud­no od­cze­pić z niej parę kó­łek.