Galop  44 - Monika Kowaleczko Szumowska - ebook + audiobook
lub
Opis

Od czego zaczyna się podróż w czasie? Wystarczy moment, chwila, mały bodziec. I nagle przenosimy się wstecz, do rzeczywistości, która żyje w cudzych wspomnieniach. Być może to właśnie przydarzyło się Mikołajowi. Pewnego dnia chłopak odwiedza Muzeum Powstania Warszawskiego. To nie była zwyczajna wizyta, bo nagle Mikołaj oglądając wystawę przenosi się w sam środek powstania warszawskiego. Wszystko jest takie prawdziwe i realne, w tym również niebezpieczeństwo i śmierć. Na ratunek Mikołajowi rusza jego starszy brat Wojtek. Choć na co dzień trudno im się było porozumieć, to w świecie wojny będą musieli przejść prawdziwy test braterskiej miłości. Czy obaj go przetrwają?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 288


Galop '44

Copyright © 2014, 2019 Monika Kowaleczko-Szumowska i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788328104808

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

moim sy­nom

Po­ja­wie­nie się w jed­nej ro­dzi­nie dwóch tak różnych chłopców jak Woj­tek i Mikołaj gra­ni­czyło z wy­bry­kiem na­tu­ry lub rzadką mu­tacją ge­ne­tyczną. Zda­rzyło się chy­ba je­dy­nie na za­sa­dzie przy­ciąga­nia się prze­ciw­ności. I nie cho­dziło tyl­ko o to, że trzy­na­sto­let­ni Mikołaj miał pro­ste, ja­sne włosy i błękit­ne oczy, a star­szy od nie­go o czte­ry lata Woj­tek – ciem­ne loki i piw­ne oczy. Cho­dziło o coś znacz­nie więcej – cha­rak­te­ra­mi różnili się tak bar­dzo, że ra­zem sta­no­wi­li mie­szankę wy­bu­chową.

Sza­lo­ny i en­tu­zja­stycz­nie na­sta­wio­ny do świa­ta Mikołaj nie do­ga­dy­wał się ze star­szym bra­tem. Mikołaj czy­tał kil­ka książek na­raz, a jeśli nie czy­tał, ru­szał się w sposób nie­sko­or­dy­no­wa­ny, za­wsze mu­siał coś strącić, ze­psuć albo zalać so­kiem – za­zwy­czaj mar­ko­we ubra­nia bra­ta. Poukłada­ne­mu i powściągli­we­mu Wojt­ko­wi naj­trud­niej było za­ak­cep­to­wać właśnie nie­prze­wi­dy­wal­ność Mikołaja, który le­ni­we popołudnie po­tra­fił zmie­nić w beczkę pro­chu z tlącym się lon­tem. Nic dziw­ne­go, że Woj­tek mo­men­ta­mi miał go dość. Właści­wie to zwy­kle miał go dość.

Woj­tek był małomówny i za­mknięty w so­bie, a swo­je­go bra­ta trak­to­wał jak ko­smitę i za­zwy­czaj nie miał ani cza­su, ani ocho­ty, ani cier­pli­wości z nim prze­by­wać. Trochę uspra­wie­dli­wiało go to, że był od Mikołaja kil­ka lat star­szy. Ro­dzi­ce go­to­wi byli fi­nan­so­wać ich wspólne wyjścia, i może by się na­wet cza­sem sku­sił, gdy­by nie to, że prze­by­wanie z Mikołajem kończyło się za­wsze wiel­kim wsty­dem. Z własnej ini­cja­ty­wy Woj­tek przy­po­mi­nał so­bie o bra­cie właści­wie tyl­ko raz do roku, kie­dy mama zmu­szała go do porządków w po­ko­ju. Wte­dy wno­sił do sy­pial­ni młod­sze­go bra­ta pudło sta­rych za­ba­wek, ubrań i książek i sta­wiał je na podłodze. Sia­dał na łóżku, po­pi­jał pep­si i wy­ce­niał wszyst­ko, co Mikołaj chciał za­trzy­mać. W ten sposób uda­wało mu się wyciągnąć od bra­ta trochę kasy. Raz, kie­dy Woj­tek był w wyjątko­wo do­brym hu­mo­rze, po­da­ro­wał bra­tu resztę swo­ich śmie­ci i nie­do­pitą pep­si. Mikołaja, choć ni­ko­mu o tym nie mówił, bolał brak praw­dzi­we­go za­in­te­re­so­wa­nia ze stro­ny Wojt­ka, co ob­ja­wiało się głównie szar­pa­niną, kłótnia­mi i wza­jemną złośliwością.

Wszy­scy wy­szli­by na tym le­piej, gdy­by zo­sta­wio­no bra­ci w spo­ko­ju. Może by się na­wet za­przy­jaźnili? Ale do­rosłym praw­dy oczy­wi­ste często zbyt trud­no pojąć. Mama i tata od daw­na nie­cier­pli­wie wy­pa­try­wa­li po­ja­wie­nia się pomiędzy chłopca­mi bra­ter­skich uczuć, aż w końcu po­sta­no­wi­li im do­pomóc w sposób właściwy ro­dzi­com, czy­li kom­plet­nie chy­bio­ny. Po­nie­waż bra­cia lu­bi­li mu­zykę, mama i tata namówili ich na­uczy­cielkę od pia­ni­na, żeby przećwi­czyła z nimi jakiś utwór na czte­ry ręce. Pani Ela wy­brała Ga­lop, mało zna­ne dzieło nie­miec­kie­go kom­po­zy­to­ra Ri­char­da Eilen­ber­ga. Wspólna gra miała za­cza­ro­wać rze­czy­wi­stość i zbliżyć chłopców do sie­bie, ale oka­zała się nie­wy­pałem.

Na kon­cert zor­ga­ni­zo­wa­ny w czerw­cu, na zakończe­nie roku na­uki gry na pia­ni­nie, przy­była cała ro­dzi­na. Nu­me­rem po­pi­so­wym był oczy­wiście Ga­lop. Gra z Mikołajem na czte­ry ręce była dla Wojt­ka męczar­nią. Na próbach cel­nym kop­nięciem uda­wało mu się do­pro­wa­dzić bra­ta do porządku, ale przy pu­blicz­ności złożonej z babć, cioć i ro­dziców, śledzących i ko­men­tujących każdy ich ruch, nie mógł. Mikołaj ga­lo­po­wał więc jak sza­lo­ny przez za­pis nu­to­wy, pod­czas gdy Woj­tek gim­na­sty­ko­wał się, żeby utra­fić z akom­pa­nia­men­tem. Na ko­niec były ukłony i bra­wa, których Woj­tek nie cier­piał, więc uciekł z sa­lo­nu do swo­je­go po­ko­ju, pod­czas gdy jego brat w po­je­dynkę przyj­mo­wał okla­ski.

Tacy już byli. Mu­zy­ka była ich je­dy­nym wspólnym za­in­te­re­so­wa­niem, poza tym nie­wie­le ich łączyło. Który sen­sow­ny ro­dzic w ta­kiej sy­tu­acji wysłałby nad­po­bu­dli­we­go Mikołaja pod opieką znu­dzo­ne­go sie­dem­na­sto­lat­ka na ob­cho­dy uro­czy­stości państwo­wych?! Nie­ste­ty ro­dzice bar­dzo często za­cho­wują się tak, jak­by pew­ne rze­czy zupełnie do nich nie do­cie­rały.

Gdy, jak co roku, pierw­sze­go sierp­nia o go­dzi­nie sie­dem­na­stej w War­sza­wie zawyły sy­re­ny, a sa­mo­cho­dy pędzące uli­ca­mi mia­sta za­trzy­mały się, Woj­tek i Mikołaj sie­dzie­li w sa­mym epi­cen­trum uro­czy­stości – w Mu­zeum Po­wsta­nia War­szaw­skie­go. Żeby zagłuszyć wy­cie sy­ren, Woj­tek wcisnął słuchaw­ki ipo­da głęboko do uszu. Dzięki temu je­dy­nym dźwiękiem w jego głowie był jego ulu­bio­ny kawałek Me­tal­li­ki – No­thing Else Mat­ters.

Sa­mo­lo­ty, które wy­star­to­wały z Okęcia, kreśliły właśnie na nie­bie smugę w bar­wach na­ro­do­wych, a miesz­kańcy z za­dar­ty­mi głowa­mi ob­ser­wo­wa­li ry­su­nek na nie­bie. W Par­ku Wol­ności ode­zwał się pamiątko­wy dzwon „Mon­ter”. Mia­sto za­trzy­mało się, zasłucha­ne, a star­si war­sza­wia­cy ukrad­kiem ocie­ra­li łzy. Sie­dem­na­sto­let­nie­go Wojt­ka okrop­nie de­ner­wo­wało to pa­trio­tycz­ne po­chli­py­wa­nie.

Kie­dy był mały, uwiel­biał de­fi­la­dy i tym po­dob­ne pa­trio­tycz­ne uro­czy­stości, ale w miarę jak do­ra­stał, jego fa­scy­na­cja słabła. Na­ro­do­wo-re­li­gij­ny kok­tajl, którym go wy­kar­mio­no w domu i ka­to­lic­kiej Szko­le Sióstr Fe­li­cja­nek, w li­ceum wyśmia­li jego rówieśnicy. A po­nie­waż ciężko mu było się oprzeć pre­sji ko­legów, uda­wał, że cały ten pa­trio­tyzm nic go nie ob­cho­dzi. Jego wrażliwość skryła się pod mar­ko­wy­mi ciu­cha­mi i sko­rupą obojętności.

W tym roku na ob­cho­dy rocz­ni­cy wy­bu­chu po­wsta­nia chłopcy wy­bra­li się sami, po­nie­waż ro­dzi­ce mu­sie­li wy­je­chać. Tata za­kwa­li­fi­ko­wał się na kil­ku­ty­go­dnio­we szko­le­nie w Lon­dy­nie, pod­czas którego miał okazję współpra­co­wać ze zna­ny­mi spe­cja­li­sta­mi ze swo­jej branży. Była to dla nie­go wiel­ka szan­sa za­wo­do­wa i bar­dzo chciał je­chać. Mama z jed­nej stro­ny uważała, że po­win­na mu to­wa­rzy­szyć, a z dru­giej nie chciała zo­sta­wiać chłopców sa­mych. Była w roz­ter­ce.

– To prze­cież jesz­cze dzie­ci! – de­ner­wo­wała się.

– Dzie­ci? – Tato spoj­rzał ba­daw­czo na swo­ich na­sto­let­nich synów. – Nie wyglądają.

Chłopcy mie­li pra­wie tyle samo wzro­stu co ich oj­ciec.

– Da­cie radę? – za­py­tała mama.

– Oczy­wiście. – Mikołaj pod­niósł znad książki nie­obec­ne oczy.

– Ja­sne – dodał Woj­tek, który gotów był zo­stać z bra­tem, żeby tyl­ko móc do woli grać na lap­to­pie i ipa­dzie.

De­cy­zja za­padła i ro­dzi­ce wy­je­cha­li pod ko­niec lip­ca, zo­sta­wiając chłopcom długą listę rze­czy do zro­bie­nia. Na pierw­szym miej­scu zna­lazła się wi­zy­ta w Mu­zeum Po­wsta­nia War­szaw­skie­go w rocz­nicę wy­bu­chu po­wsta­nia. Woj­tek obie­cał, że za­wie­zie Mikołaja na ob­cho­dy i po uro­czy­stościach od­wie­zie go do domu. Niby nic ta­kie­go, a jed­nak oka­zało się to brze­mien­ne w skut­ki.

Woj­tek nie za­mie­rzał niańczyć bra­ta w mu­zeum. Zbyt do­brze pamiętał wi­zytę sprzed roku, kie­dy za­py­ta­ny przez prze­wod­ni­ka, kto podjął de­cyzję o wy­bu­chu po­wsta­nia, Mikołaj wy­krzyknął na cały głos: „Rząd blon­dy­nek!”. To był cały Mikołaj: to­tal­nie zakręcony. Po pierw­sze, nie miał ra­cji, a po dru­gie, tyl­ko w jego nie­prze­wi­dy­wal­nym mózgu rząd w Lon­dy­nie mógł sko­ja­rzyć się z rządem blon­dy­nek. Prze­wod­nik, gdy to usłyszał, osłupiał, Woj­tek par­sknął śmie­chem, mama się ob­ru­szyła, a oj­ciec po­gro­ził Mikołajo­wi i skończyło się awan­turą. Mikołaj tłuma­czył radośnie (do­bry hu­mor nig­dy go nie opusz­czał), że myślał, że to oku­pa­cyj­ny pseu­do­nim pol­skie­go rządu na emigra­cji. Ja­sne!

Ich ro­dzi­ce trak­to­wa­li uro­czy­stości związane z po­wsta­niem war­szaw­skim tak, jak­by sami bra­li w nim udział. Co gor­sza, Mikołaj był o tym święcie prze­ko­na­ny. Do­pie­ro nie­daw­no Woj­tek wybił mu to z głowy (i to dosłownie, sam zresztą też wte­dy obe­rwał).

Jak co roku pierw­sze­go sierp­nia przed mu­zeum pa­no­wał tłok. Woj­tek z Mikołajem we­szli ra­zem do środ­ka, ale roz­dzie­li­li się tuż za pro­giem. Woj­tek po­szedł do sali ki­no­wej, roz­siadł się na wi­dow­ni i spod przy­mkniętych po­wiek śle­dził po­wstańczą kro­nikę. Znał ją do­brze, bo co roku pusz­cza­li to samo. Lu­dzie na ekra­nie w przy­spie­szo­nym tem­pie bie­ga­li, sa­lu­to­wa­li, strze­la­li. Byli bar­dzo przejęci, ale wyglądali ko­micz­nie.

Woj­tek zda­wał so­bie sprawę z tego, że pusz­cze­nie Mikołaja sa­mo­pas w mu­zeum ma pew­ne mi­nu­sy. Trze­ba będzie go szu­kać, po­nie­waż z pew­nością nie za­sta­nie go tam, gdzie się umówili. Ale taka była cena uwol­nie­nia się od nie­znośnego bra­ta.

Jeśli cho­dzi o Mikołaja, to z bra­ku to­wa­rzy­stwa Wojt­ka był ra­czej za­do­wo­lo­ny. Oczy­wiście, że wolałby po mu­zeum bie­gać z kimś, ale jego star­szy brat się do tego nie nada­wał. Ciągle by się złościł i go stro­fo­wał. Więc Mikołaj dał za wy­graną, choć cza­sa­mi ma­rzyły mu się wspólne eska­pa­dy z Wojt­kiem. Nie­ste­ty, bez wza­jem­ności.

Mikołaj miał w Mu­zeum Po­wsta­nia swo­je miej­sca. Trud­no o nich po­wie­dzieć: ulu­bio­ne – ra­czej miej­sca, które go sil­nie przy­ciągały. Na pierw­szym piętrze wi­siało zdjęcie młode­go po­wstańca wy­chodzącego z kanału. Z włazu wy­sta­wała głowa w czar­nym be­re­cie zsu­niętym do tyłu i dłoń, wyciągnięta jak­by do po­wi­ta­nia. Mikołaj do­brze wie­dział, że chłopak z ni­kim się nie przy­wi­ta, a rękę wyciągnął od­ru­cho­wo, żeby się nią zasłonić, bo wy­szedł z kanału pro­sto na Niemców. Wokół jego szyi za­ci­skał się pa­sek, na którym trzy­ma­no go jak na smy­czy. Gdy­by sko­czył w dół, za­wisłby na tym pa­sku, a z ka­ra­bi­nu wy­ce­lo­wa­ne­go w jego głowę po­sy­pałby się grad kul. Mikołaj czuł, że chłopak roz­ważył już tę opcję.

Pa­trzył na zdjęcie przez dłuższą chwilę, a po­tem szyb­ko się odwrócił i ru­szył do pod­zie­mi, gdzie znaj­do­wała się re­pli­ka kanałów. Lubił tam wcho­dzić. Wy­star­czyło za­mknąć oczy, żeby zna­leźć się w za­wie­sze­niu pomiędzy rze­czy­wi­stością a przeszłością. Mikołaj ko­chał to uczu­cie i to­wa­rzyszący mu dresz­czyk emo­cji. Kto wie, czy za każdym ra­zem uda mu się tra­fić do wyjścia?

W dro­dze do pod­zie­mi Mikołaj prze­biegł obok po­wstańcze­go kina, nie zwra­cając uwa­gi na Wojt­ka, który sie­dział na wi­dow­ni. Przed wejściem do kanału było pu­sto; w środ­ku pa­no­wała ciem­ność. Mikołaj uśmiechnął się: od daw­na chciał przejść kanał bez światła. Schy­lił głowę i dał nura do środ­ka. Kanał był cia­sny. Spe­cjal­nie go tak zbu­do­wa­no, żeby spotęgować efekt.

Tym­cza­sem Woj­tek za­uważył prze­bie­gającego obok nie­go bra­ta i na­wet się ucie­szył. Te­raz przy­najm­niej wie­dział, gdzie go szu­kać. A gdy Mikołaj wyj­dzie z pod­zie­mi, naj­prost­sza dro­ga po­wrot­na będzie pro­wa­dziła również przez wi­dow­nię kina.

W tym mo­men­cie zawyły sy­re­ny i na ten dźwięk, ozna­czający go­dzinę sie­dem­nastą, lu­dzie wokół Wojt­ka po­de­rwa­li się na równe nogi i wyprężyli na bacz­ność. Tyl­ko Woj­tek po­zo­stał na miej­scu. Jesz­cze go­dzina, wes­tchnął, a po­tem zgar­niam Mikołaja i wra­ca­my do domu. Na­gle po­czuł bo­le­sne ukłucie pod łopatką. Odwrócił się i dwa rzędy da­lej zo­ba­czył wyprężone­go jak stru­na star­sze­go pana, który wy­mow­nie potrząsał drew­nianą laską.

– OK, OK – burknął Woj­tek i spio­ni­zo­wał się.

– Szy­kuj się! – rzu­cił Dzia­du­nio.

– Słucham? – za­py­tał Woj­tek, wyj­mując z uszu słuchaw­ki.

– Szy­kuj się – powtórzył Dzia­du­nio.

– Na co? – zdzi­wił się Woj­tek.

– Zo­ba­czysz.

Bre­dzi, pomyślał Woj­tek. Dzia­du­nia znał z wi­dze­nia, po­nie­waż spo­ty­kał go co roku na ob­cho­dach rocz­ni­cy wy­bu­chu po­wsta­nia. Dzia­du­nio był sa­mo­zwańczym strażni­kiem go­dzi­ny „W”. Woj­tek nie raz wi­dział, jak star­szy pan sy­czał na roz­ma­wiających, a na­wet tłukł laską tych, którym nie chciało się wsta­wać. Chy­ba tyl­ko po to ją nosił, bo po­ru­szał się całkiem dziar­sko, za to bar­dzo sku­tecz­nie dys­cy­pli­no­wał nią młode po­ko­le­nie. Niech mu będzie, pomyślał Woj­tek, a kie­dy mi­nu­ta ci­szy się skończyła, znów usiadł i oddał się słucha­niu mu­zy­ki.

Kie­dy zawyły sy­re­ny sy­gna­li­zujące go­dzinę „W” i roz­dzwo­nił się „Mon­ter”, Mikołaj był w ka­na­le. Od­ru­cho­wo wyciągnął ręce na boki i po­czuł wil­goć na ścia­nach. Pod no­ga­mi za­chlu­po­tała mu woda. Mu­siał po­chy­lić głowę, żeby nie ude­rzyć w su­fit, który wyraźnie się obniżał. Nieźle to pod­ra­so­wa­li w tym roku, ucie­szył się. Po­ja­wił się na­wet jakiś kanałowy za­pa­szek. Pamiętał, że re­pli­ka kanału nie była długa. Kończyła się włazem, do którego pro­wa­dziła żela­zna dra­bin­ka. Właz był za­wsze za­mknięty, a na eks­po­zycję wra­cało się boczną od­nogą kanału. Kie­dy do­tarł pod właz, ener­gicz­nie skręcił do wyjścia, ale ku swe­mu za­sko­cze­niu wpadł na oślizgły mur. Do­tknął ścia­ny; przejścia nie było. Zro­bił w tył zwrot, żeby wrócić, skąd przy­szedł, ale w oczy zaj­rzała mu nie­prze­nik­nio­na ciem­ność. Po­czuł się nie­swo­jo. Ro­zu­miem, puknął się w czoło, w tym roku wy­cho­dzi się przez właz. Wspiął się po żela­znej dra­bin­ce. Spróbował ple­ca­mi wy­pchnąć po­krywę, ale nic z tego. Do­pie­ro kie­dy na­cisnął bar­kiem, po­krywa uniosła się i zsunęła na bok. Za­cie­ka­wio­ny Mikołaj wy­sta­wił głowę na zewnątrz.

Po ciem­nościach pa­nujących w ka­na­le oślepiło go popołudnio­we słońce, które tak na­prawdę le­d­wie wyglądało zza chmur. Za­mknął oczy i po chwi­li znów je otwo­rzył. Znaj­do­wał się na środ­ku opu­sto­szałego pla­cu, który jak­by znał z ja­kie­goś zdjęcia. Nie zdzi­wiły go wy­bu­chy ani odgłosy strze­la­ni­ny – to było w Mu­zeum Po­wsta­nia na porządku dzien­nym. Zdzi­wił się do­pie­ro, kie­dy ktoś chwy­cił go za kark i przy­giął do zie­mi.

– Chyl łep, psa krew.

Mikołaj nie zro­zu­miał, ale na wszel­ki wy­pa­dek cofnął się w głąb włazu i przy­czaił na klam­rach. Po chwi­li w prześwi­cie nad nim po­ja­wiła się nie­zna­jo­ma twarz.

– Wyłazi? – za­py­tał jej właści­ciel.

– Ja­sne – od­po­wie­dział Mikołaj, za­chwy­co­ny ta­kim zwro­tem ak­cji.

Szy­ko­wało się coś na­prawdę nie­sa­mo­wi­te­go. Mikołaj wy­gra­mo­lił się na zewnątrz i przy­padł do zie­mi, pociągnięty w dół przez tam­te­go. Dziw­ny jakiś, pomyślał Mikołaj, od­czołgując się za nim od włazu. W pew­nym mo­men­cie mężczy­zna po­de­rwał się i zgięty wpół popędził do naj­bliższej bra­my. Mikołaj zro­bił to samo. Do­pie­ro w bra­mie miał okazję przyj­rzeć się no­we­mu zna­jo­me­mu. Stał przed nim młody, dwu­dzie­sto­pa­ro­let­ni mężczy­zna, szczerzący w uśmie­chu białe zęby. Miał pucołowatą, dzie­cinną twarz, krótkie czar­ne włosy i za­wa­diac­ki uśmiech.

– Nice, ha? Fi­nal­ly! Nasz po­wsta­nie.

– Pan… – wy­krztu­sił Mikołaj – kim…

– Pan Kim?! – Nie­zna­jo­my za­prze­czył gwałtow­nie, potrząsając głową. – Pan Lot­nik.

– Co? – Mikołaj osłupiał.

– Jak ma na imię? – za­py­tał nie­zna­jo­my.

– Kto? – Mikołaj się ro­zej­rzał. W bra­mie oprócz nich stało jesz­cze kil­ka osób.

Nie­zna­jo­my dźgnął go pal­cem w pierś.

– To.

– To jest Mikołaj – przed­sta­wił się Mikołaj.

– Hi, Mi­ko­laj. – Nie­zna­jo­my wyciągnął rękę, którą Mikołaj uścisnął za­sko­czo­ny. – Ja­nek – oznaj­mił przy­jaźnie. – Ha­li­fax1. – Rozłożył ręce na boki, udając sa­mo­lot. – Pif, paf, wiel­ka bum. Pali siem! – wrzasnął tak głośno, że kil­ko­ro lu­dzi stojących w bra­mie spoj­rzało w ich stronę. Tym­cza­sem Ja­nek, robiąc zmar­twioną minę, pod­winął jed­no ramię jak ran­ny ptak i za­de­mon­stro­wał upa­dek na bok. – Więźnia uciek! – oświad­czył trium­fal­nie.

– Aha – przy­taknął Mikołaj, który o dzi­wo zro­zu­miał, że cho­dzi o ka­ta­strofę lot­niczą sa­mo­lo­tu Jan­ka i jego ucieczkę z nie­wo­li.

W tym mo­men­cie do bra­my od stro­ny podwórka wpadł chłopak w wie­ku Mikołaja, le­d­wo wy­ha­mo­wał przed Jan­kiem i coś do nie­go wy­sa­pał. Ja­nek machnął ręką na pożegna­nie i wy­co­fał się z bra­my przez podwórze.

Mikołaj oszołomio­ny pa­trzył za nim przez chwilę, a kie­dy zniknął mu z oczu, prze­niósł wzrok na no­we­go przy­by­sza. Na wi­dok bu­fia­stych spodni do ko­lan i wy­tar­te­go swe­tra, w który był ubra­ny, aż otwo­rzył usta. To nie wyglądało na ob­cho­dy rocz­ni­cy wy­bu­chu po­wsta­nia ani na żadną in­sce­ni­zację czy re­kon­strukcję. Nowy chłopak pa­trzył na nie­go z wyraźnym roz­ba­wie­niem.

– Coś nie gra? – rzu­cił.

Zdu­mio­ny Mikołaj nie od­po­wie­dział.

– Pro­rok. – Chłopak wyciągnął rękę.

– Mikołaj.

– Skąd ta­kie kla­we szta­ny wy­trzasnąłeś? – Pro­rok roześmiał się.

– Co?

– To. – Pro­rok pociągnął go za no­gawkę jego spodni. – Mu­cha nie sia­da.

O co mu cho­dzi, pomyślał Mikołaj, to prze­cież zwykłe je­an­sy. Sam wygląda nie naj­le­piej. Zdzi­wiło go, że są tak różnie ubra­ni. Przez chwilę się nie od­zy­wał, aż w końcu zadał dręczące go py­ta­nie.

– To… – machnął ręką w kie­run­ku opu­sto­szałego pla­cu i wy­so­kie­go bu­dyn­ku, skąd do­bie­gały strzały – po­wsta­nie war­szaw­skie?

– Nie, li­sto­pa­do­we – prychnął Pro­rok.

– Tak czy in­a­czej, prze­gra­liście.

Łagod­ne oczy Pro­ro­ka po­ciem­niały. Swe­ter prze­wie­szo­ny przez ramię wylądował na zie­mi, dłonie za­cisnęły w pięści, twarz wy­krzy­wiła. Jed­nym su­sem do­padł Mikołaja i wziął za­mach. Mikołaj cofnął się gwałtow­nie.

– Powtórz! – syknął Pro­rok.

W jego oczach czaiła się wściekłość. Widać to jego słaby punkt, pomyślał Mikołaj i zro­bił jesz­cze je­den krok w tył.

– Coś mi się pokręciło – bąknął.

Pro­rok opuścił pięści. Przez chwilę pa­trzy­li na sie­bie w mil­cze­niu.

– Znasz Jan­ka? – za­py­tał Mikołaj, żeby rozłado­wać sy­tu­ację.

– Zaj­mu­je się dor­sza­mi – od­po­wie­dział Pro­rok, pod­nosząc swe­ter.

– Ma sklep ryb­ny? – za­py­tał Mikołaj z na­dzieją, że uda mu się zna­leźć jakiś punkt za­cze­pie­nia w no­wej rze­czy­wi­stości.

Pro­rok przyglądał się Mikołajo­wi zmrużony­mi ocza­mi.

– Z cho­in­ki się urwałeś? Dor­sze to an­giel­scy jeńcy wo­jen­ni, którzy ucie­kli z nie­miec­kich obozów. A ty? Skąd się tu wziąłeś?

– Ja? – Mikołaj zupełnie nie wie­dział, co ma od­po­wie­dzieć. – Prze­szedłem tu kanałem – powie­dział zgod­nie z prawdą.

– Kanałem? – Pro­rok gwizdnął z uzna­niem. – Idzie­my?

Mikołajo­wi nie trze­ba było dwa razy po­wta­rzać. Wy­sko­czył z bra­my za Pro­ro­kiem, ale obaj cofnęli się równie prędko, jak wy­pa­dli na ulicę, po­nie­waż na pla­cu wywiązała się strze­la­ni­na. Od bra­my do bra­my prze­ska­ki­wał mężczy­zna w ułańskiej ro­ga­tyw­ce, z ka­ra­bi­nem w jed­nej, a laską w dru­giej ręce. Wy­ma­chi­wał nią bar­dzo ener­gicz­nie w kie­run­ku naj­wyższe­go bu­dyn­ku na pla­cu.

– Do ata­ku! – krzy­czał, wpa­dając do ko­lej­nych bram. – Na dra­pacz!

Na jego roz­kaz chłopcy w biało-czer­wo­nych opa­skach na ra­mie­niu wy­sko­czy­li na chod­nik i rzu­ci­li się w kie­run­ku dra­pa­cza chmur. Po tych, którzy pa­dli, tra­fie­ni nie­miec­ki­mi ku­la­mi, po­biegły sa­ni­ta­riusz­ki. Dowódca wydał ko­lej­ny roz­kaz i młody chłopak, ugi­nający się pod ciężarem gra­nat­ni­ka, położył się na skra­ju chod­nika, całkiem nie­da­le­ko bra­my, skąd całej ak­cji przyglądali się Mikołaj i Pro­rok. Dwóch in­nych po­da­wało mu po­ci­ski. Chłopak chwilę maj­stro­wał przy sprzęcie, aż w końcu wy­strze­lił. Mikołaj i Pro­rok śle­dzi­li lot po­ci­sku, a ra­czej smugę po nim. Pierw­szy po­cisk sięgnął celu, ale nie wy­buchł, do­pie­ro dru­gi zmiótł część bal­ko­nu na piętrze dra­pa­cza chmur nad za­par­ko­wa­nym poniżej nie­miec­kim sa­mo­cho­dem. Niem­cy rzu­ci­li się do uciecz­ki. Wypa­dli z bu­dyn­ku na plac, gdzie do­sta­li się pod ostrzał. W tym sa­mym cza­sie sztur­mujący po­wstańcy wdar­li się do bu­dyn­ku bocz­ny­mi drzwia­mi. Po niedługim cza­sie na da­chu po­ja­wiła się biało-czer­wo­na fla­ga.

– Hura! – roz­legły się okrzy­ki.

Tym­cza­sem z głębi uli­cy nad­je­chały nie­miec­kie czołgi. Po­wstańcy, którzy ubez­pie­cza­li ata­kujących, ob­rzu­ci­li je gra­na­ta­mi, ale tyl­ko je­den stanął w ogniu. Po­zo­stałe ostrze­li­wały ka­mie­ni­ce na pla­cu, a ko­lej­ne nad­jeżdżały z prze­ciw­nej stro­ny. Zro­biło się gorąco.

Zupełnie nie­ocze­ki­wa­nie Mikołaj przy­po­mniał so­bie o spo­tka­niu z Wojt­kiem przed bramą mu­zeum o go­dzi­nie szóstej. Wie­dział, że jego brat będzie wściekły, jeśli się nie zja­wi. Ale jak miał się stąd wy­do­stać? Gdzie się właści­wie znaj­do­wał i jak tu tra­fił? Właz! Przy­szedłem tu kanałem, pomyślał, więc kanałem po­wi­nie­nem wrócić.

– Muszę le­cieć – po­wie­dział do Pro­ro­ka.

– Szko­da.

– Wrócę – obie­cał Mikołaj.

Schy­lo­ny popędził do włazu i zsunął się po klam­rach. Da­lej nogi po­niosły go same. I za­miast na­tknąć się na ścianę blo­kującą drogę, wy­szedł pro­sto na eks­po­zycję.

Ku wiel­kie­mu za­sko­cze­niu Wojt­ka za pięć szósta Mikołaj wy­padł z pod­zie­mi na wi­dow­nię kina i na łeb na szyję popędził w górę po scho­dach. Nie mogąc się na­dzi­wić punk­tu­al­ności bra­ta, Woj­tek ru­szył za nim. Nie za­uważył, że Mikołaj zo­sta­wia po so­bie brud­ne i mo­kre ślady, na które zwie­dzający patrzą z obu­rze­niem, usu­wając się mu z dro­gi. Nie za­uważył na­wet tego, że niektórzy za­ty­kają nosy. Był za­do­wo­lo­ny, że wszyst­ko poszło tak gładko.

Gdy wra­ca­li ko­lejką do domu, Mikołaj zamęczał Wojt­ka py­ta­nia­mi.

– Co byś zro­bił, gdy­byś tra­fił do po­wsta­nia?

– Coś tu je­dzie. – Woj­tek spoj­rzał na bra­ta po­dejrz­li­wie.

Mikołaj od­ru­cho­wo wsunął nogi głębiej pod sie­dze­nie. Buty mu­siały mu się za­bru­dzić w ka­na­le.

– Wal­czyłbyś? – nie dawał za wy­graną.

Woj­tek za­tkał so­bie nos.

– Ja bym wal­czył. – Mikołaj się zamyślił.

Woj­tek spoj­rzał na nie­go ba­daw­czo.

– A ty? – do­py­ty­wał się Mikołaj.

– Ja bym wiał, gdzie pieprz rośnie. – Woj­tek wzru­szył ra­mio­na­mi.

Wy­sie­dli na sta­cji PKP Anin i po­szli do domu.

Następne­go dnia Mikołaj od rana nie dawał Wojt­ko­wi spo­ko­ju. Ko­niecz­nie chciał znów je­chać do mu­zeum. Dwu­krot­nej wi­zy­ty nie było w umo­wie, ale Mikołaj za­ofe­ro­wał, że w za­mian za to sam robi wszyst­kie pra­ce w domu, których całą listę zo­sta­wi­li im ro­dzi­ce. Woj­tek zgo­dził się na taki układ.

Tym ra­zem, kie­dy do­tar­li do mu­zeum, Mikołaj zwle­kał z odejściem.

– Co byś zro­bił, gdy­byś zna­lazł się w po­wsta­niu? – powtórzył jak echo swo­je py­ta­nie. – Wal­czyłbyś?

Woj­tek spoj­rzał na nie­go jak na idiotę.

– Dla­cze­go nie? – nie dawał mu spo­ko­ju Mikołaj.

– Bo ja wiem? – Woj­tek wzru­szył ra­mio­na­mi.

I tak się roz­sta­li.

Kie­dy Mikołaj wy­chynął z kanału po dru­giej stro­nie, plac był ude­ko­ro­wa­ny jak na święto na­ro­do­we. Z da­chu dra­pa­cza chmur, z bu­dyn­ku pocz­ty, z okien wszyst­kich ka­mie­nic po­wie­wały biało-czer­wo­ne fla­gi. Roiło się od wi­wa­tujących lu­dzi. Mikołajo­wi udzie­liło się po­wszech­ne pod­nie­ce­nie i cie­ka­wie rozglądał się wokół. Miesz­kańcy pa­da­li so­bie w objęcia, wy­rzu­ca­li w górę ka­pe­lu­sze i czap­ki. Gru­pa po­wstańców ze­brała się przy brze­gu be­to­no­we­go zbior­ni­ka z wodą, wko­pa­ne­go w zie­mię. Spo­ce­ni, ściągali ubra­nie i je­den po dru­gim wska­ki­wa­li do ba­se­nu. Chla­pa­li się jak dzie­ci. Obok znie­nac­ka po­ja­wiła się eki­pa fil­mo­wa. Fil­mow­cy rozłożyli sprzęt i zaczęli kręcić. Mikołaj zro­bił kil­ka głupich min do ka­me­ry, ale nie wzbu­dził ni­czy­je­go za­in­te­re­so­wa­nia.

– Ser­wus! – ode­zwał się zna­jo­my głos.

– Hej! – Mikołaj roz­pro­mie­nił na wi­dok Pro­ro­ka.

***

Tym­cza­sem Woj­tek cze­kał na Mikołaja na wi­dow­ni mu­ze­al­ne­go kina i znu­dzo­ny spoglądał na ekran, gdzie jak zwy­kle le­ciała kro­ni­ka. Jakiś po­wsta­niec ściągnął ko­szulę przez głowę, zdjął spodnie i sko­czył na główkę do be­to­no­we­go zbior­ni­ka z wodą. Za jego przykładem po­szli następni. Kro­ni­ki z tam­tych lat od­twa­rza­ne są za­wsze w przy­spie­szo­nym tem­pie, więc sko­ki po­wstańców wyglądały jak gra w pchełki: ko­szula, spodnie, chlup do wody; ko­szula, spodnie, chlup do wody. „Po zdo­by­ciu bu­dyn­ku Pru­den­tia­lu i Pocz­ty Głównej na pla­cu Na­po­le­ona chwi­la od­po­czyn­ku”, ko­men­to­wał lek­tor. Woj­tek wzru­szył ra­mio­na­mi i po­pra­wił słuchaw­ki ipo­da w uszach.

I w tym mo­men­cie na ekra­nie, w sa­mym rogu ka­dru, po­ja­wiło się dwóch chłopców, z których niższy miał na so­bie bu­fia­ste spodnie do ko­lan, a wyższy… dziw­nie zna­jomą bluzę z na­pi­sem „CA­LI­FOR­NIA BE­ACH GU­ARD”. Chłopak stroił głupie miny. Woj­tek przyj­rzał mu się uważniej i ze zdu­mie­nia po­de­rwał się na równe nogi, bo… bo to był… Mikołaj! Ka­me­ra minęła chłopców, omiotła ogar­nięty eu­fo­rią plac i wi­wa­tujących lu­dzi. Na ekra­nie po­ja­wił się wy­so­ki bu­dy­nek i po­wie­wająca na da­chu biało-czer­wo­na fla­ga. Nastąpił ko­lej­ny na­jazd na kąpiących się po­wstańców i w rogu ka­dru znów po­ja­wili się ci sami chłopcy. Woj­tek wy­trzesz­czał z nie­do­wie­rza­niem oczy. To do gnoj­ka po­dob­ne, pomyślał, wpa­ko­wał się na jakiś plan fil­mo­wy. Ale prze­cież to au­ten­tycz­na kro­ni­ka, wi­dział ją nie­je­den raz! Co jest? W tej sa­mej chwi­li chłopcy puścili się bie­giem i zniknęli z ob­ra­zu.

Woj­tek prze­cisnął się do końca rzędu pomiędzy siedzącymi ludźmi i in­stynk­tow­nie ru­szył do pod­zie­mi. Gdzie on jest? Prze­ska­kując po dwa stop­nie, zbiegł po scho­dach. Gwałtow­nym ru­chem od­sunął ko­tarę, która zasłaniała wejście, skręcił w lewo i stanął przed re­pliką kanału. Wie­dział, że to jed­no z ulu­bio­nych miejsc Mikołaja. Co mu strze­liło do głowy? Rozzłoszczo­ny Woj­tek wsunął głowę w ciem­ny otwór. Po­czuł się dziw­nie, kie­dy przy­po­mniał so­bie na­tar­czy­we py­ta­nia bra­ta.

– Wyłaź! – zawołał półgłosem, po­dej­rze­wając Mikołaja o jakiś idio­tycz­ny dow­cip, ale od­po­wie­działa mu ci­sza.

Woj­tek zro­bił kil­ka kroków w głąb.

– Wy­chodź! – syknął. – Na­tych­miast!

Nikt nie od­po­wie­dział. W ka­na­le pa­no­wały nie­prze­nik­nio­ne ciem­ności, a pod no­ga­mi za­chlu­po­tały mu ście­ki. Woj­tek wyjął z kie­sze­ni za­pal­niczkę, za­pa­lił ją i trzy­mając przed sobą, zro­bił kil­ka kroków wzdłuż ścia­ny. W miarę jak nowe tramp­ki Nike’a nasiąkały mu śmierdzącą mazią, na­ra­stała w nim wściekłość. Będzie mu­siał mi je od­ku­pić, pomyślał i wzdrygnął się, kie­dy po­czuł, że tramp­ki prze­miękły i cuchnąca ciecz prze­le­wa mu się między pal­ca­mi. Na­gle puknął się w czoło, za­trzy­mał i sięgnął do kie­sze­ni spodni. Wyciągnął komórkę i wy­brał nu­mer Mikołaja.

Za­dzwo­nił piętnaście razy i piętnaście razy usłyszał wesoły głos bra­ta: „Mikołaj nie może zna­leźć te­le­fo­nu. Za­dzwoń później!”. Już nic głupsze­go nie mógł na­grać, zde­ner­wo­wał się Woj­tek. Kopnął w ścianę, śmierdząca maź chlapnęła mu na ubra­nie i na twarz. Prze­kli­nając, ru­szył w głąb kanału.

Tuż przed nim z mro­ku wyłoniły się syl­wet­ki lu­dzi po­ru­szających się bez­sze­lest­nie i w całko­wi­tej ciem­ności. Woj­tek rozpłasz­czył się na wil­got­nej, po­kry­tej szla­mem ścia­nie, żeby zejść im z dro­gi. W świe­tle za­pal­nicz­ki mignęły biało-czer­wo­ne opa­ski. Ci lu­dzie nie wyglądali na od­wie­dzających mu­zeum, ra­czej na ak­torów ze sta­re­go fil­mu albo ja­kiejś re­kon­struk­cji hi­sto­rycz­nej.

– Zgaś to! – rzu­cił je­den z nich, wska­zując na za­pal­niczkę. – Guza szu­kasz?

– Nie, bra­ta – od­po­wie­dział Woj­tek. – Ale na jed­no wy­cho­dzi.

Wytężył wzrok, żeby zo­ba­czyć, czy nie ma między nimi Mikołaja, ale nie było. Kie­dy go minęli, ru­szył po­wo­li da­lej i wkrótce zna­lazł się pod włazem z żelazną dra­binką. Wspiął się po stop­niach, wy­pchnął po­krywę i ostrożnie wy­sta­wił głowę. Spoj­rzał i osłupiał. Przed sobą miał dal­szy ciąg kro­ni­ki, którą przed chwilą oglądał w mu­ze­al­nym ki­nie. W be­to­no­wym ba­se­nie plu­ska­li się półnadzy mężczyźni. Wokół bie­ga­li ogar­nięci eu­fo­rią lu­dzie, u wy­lo­tu pla­cu po pra­wej stro­nie wzno­sił się dra­pacz chmur, z którego po­wie­wała biało-czer­wo­na fla­ga, a po le­wej stało roz­ległe gma­szy­sko. Tyl­ko Mikołaja nig­dzie nie było widać. Woj­tek pod­ciągnął się i wylądował na chod­ni­ku, kom­plet­nie zdez­o­rien­to­wa­ny. Zde­cy­do­wa­nie nie lubił ta­kich sy­tu­acji.

– Ha-alt! – usłyszał za ple­ca­mi sta­now­czy dziewczęcy głos.

Obrócił się za­sko­czo­ny. Przed nim w dwu­sze­re­gu za­trzy­mało się sześciu fa­cetów w po­szar­pa­nych mun­du­rach. Miny mie­li nietęgie, ręce trzy­ma­li w górze. Nieźle jak na sta­tystów, stwier­dził Woj­tek, bo wyglądali na au­ten­tycz­nie prze­stra­szo­nych. Pro­wa­dziła ich szczupła dziew­czy­na z ka­ra­bi­nem. Niezła, pomyślał Woj­tek.

– Za­po­mniałem roli. – Rozłożył ręce. – Nie wie­działem, że to dziś. – Wy­krzy­wił się w uśmie­chu i cofnął, robiąc przejście. Jed­no­cześnie przyłożył dwa pal­ce, sa­lu­tując do od­kry­tej głowy, żeby nie po­psuć ujęcia.

– Ge­ra­de­aus! – krzyknęła dziew­czy­na, posyłając mu po­gar­dli­we spoj­rze­nie i dzi­wacz­na gru­pa minęła Wojt­ka.

Pa­trzył za nimi zdez­o­rien­to­wa­ny. Gdzie ka­me­ry, ope­ra­to­rzy, reżyser? Ro­zej­rzał się po uli­cy i przy be­to­no­wym ba­se­nie za­uważył ekipę fil­mową. Zbie­ra­li się już. Cho­wa­li ka­me­ry, pa­ko­wa­li taśmy. Ale gra­ty, pomyślał Woj­tek i na­gle ude­rzyło go to, że fil­mowcy pa­so­wa­li jak ulał do oto­cze­nia. Jak po­wie­działaby jego pani od pol­skie­go: „wyglądali jak z epo­ki”. I wte­dy po raz pierw­szy prze­mknęło mu przez głowę, że wszyst­ko do­okoła to nie in­sce­ni­za­cja po­wsta­nia i nie plan fil­mowy. Że to sier­pień 1944!

Bzdu­ra, wzru­szył ra­mio­na­mi. Nie ma we­hi­kułów cza­su, po­wrotów do przeszłości, ta­kie rze­czy dzieją się tyl­ko w fil­mach i książkach. Znajdę Mikołaja, sko­pię mu tyłek, wra­ca­my do mu­zeum, a stamtąd do domu. Po chwi­li na­mysłu zmie­nił ko­lej­ność: znajdę Mikołaja, wrócimy do domu i do­pie­ro wte­dy go zleję. Nie za­mie­rzał w tym dziw­nym miej­scu zo­sta­wać dłużej, niż było to ko­niecz­ne.

Przez plac wra­cała właśnie dziew­czy­na z ka­ra­bi­nem, który Woj­tek przed chwilą wziął za atrapę. Szła w jego kie­run­ku, ale tym ra­zem sama. Ładna była: szczupła, wy­so­ka, czar­nowłosa. Woj­tek, za­po­mi­nając o Mikołaju, zno­wu przy­sta­wił dwa pal­ce do skro­ni. Ale ona minęła go bez słowa, tyl­ko jej czar­ne loki, spięte w koński ogon, zakołysały się gniew­nie. Ka­ra­bin, prze­wie­szo­ny przez ramię, również.

– To – zawołał Woj­tek, żeby ją za­trzy­mać – Pru­den­tial?

– Opuść łapę – od­po­wie­działa, nie od­wra­cając się.

Jej głos za­brzmiał roz­ka­zująco i Woj­tek posłusznie opuścił sa­lu­tującą dłoń. Dziew­czy­na po­deszła do nie­go. Patrząc na nią, po­czuł się idio­tycz­nie. Ja­sne, że to był Pru­den­tial, praw­dzi­wy, nie żadna de­ko­ra­cja, a to gma­szy­sko obok to bu­dy­nek Pocz­ty Głównej. Prze­cież słyszał, co mówił lek­tor w kro­ni­ce. Z bu­dyn­ku dra­pa­cza chmur wy­bie­ga­li za­afe­ro­wa­ni chłopcy z biało-czer­wo­ny­mi opa­ska­mi, wy­pro­wa­dza­no też ko­lej­nych prze­stra­szo­nych jeńców. Ona też, jesz­cze przed chwilą, pro­wa­dziła jeńców, a nie żad­nych sta­tystów. Ja­sna cho­le­ra, zaklął w du­chu Woj­tek, kie­dy do­tarło do nie­go, że tra­fił do po­wsta­nia. Z wrażenia zro­biło mu się gorąco. Nie miał pojęcia, jak to było możliwe, ale jed­ne­go był pew­ny: Mikołaj ma­czał w tym pal­ce!

Po pierw­szej fali oszołomie­nia po­czuł, jak ogar­nia go zgro­za. Nie­za­leżnie od tego, jak głęboko Woj­tek wci­skał so­bie słuchaw­ki ipo­da do uszu pod­czas ob­chodów rocz­ni­cy wy­bu­chu po­wsta­nia, wie­dział, jak się zakończyło. Porażką, prze­graną, klęską, po­gro­mem. Lud­ność cy­wil­na zdzie­siątko­wa­na, po­wstańcy po­ko­na­ni, mia­sto zrówna­ne z zie­mią. Ro­zej­rzał się po ogar­niętej eu­fo­rią uli­cy i nogi się pod nim ugięły. Nie dla­te­go, że się prze­stra­szył, że po­dzie­li los tych lu­dzi, bo to nie przyszło mu do głowy. Nie dla­te­go, że bał się o Mikołaja, bo na ra­zie był na nie­go głównie zły. Na­gle uświa­do­mił so­bie, że tra­fił do mia­sta żywych trupów. Ota­czających go lu­dzi za­raz roz­szar­pią kule lub przy­sy­pie gruz. Większość z nich nie przeżyje następnych kil­ku ty­go­dni. Za­trzy­mał wzrok na stojącej przed nim dziew­czy­nie. Ona również nie miała żad­nych szans.

– W porządku? – ode­zwała się trochę łagod­niej, bo pa­trzył na nią, jak­by zo­ba­czył zjawę.

Ten wy­stra­szo­ny chłopak przy­po­mi­nał jej Tad­ka, sąsia­da z Waw­ra, choć tam­ten był rudy, a on – ciem­ny blon­dyn. Ostat­nie spo­tka­nie z Tad­kiem za­pa­miętała do­brze, choć sta­rała się nie wra­cać myślami do tam­te­go dnia.

***

To zda­rzyło się w dru­gi dzień świąt Bożego Na­ro­dze­nia 1939 roku, który spędziła z oj­cem u ciot­ki. Na chwilę za­po­mnie­li o tym, że jest woj­na i że nie ma już mamy, a kie­dy wie­czo­rem wra­ca­li do domu ko­lejką, usie­dli z oj­cem na­prze­ciw sie­bie i oglądali skrom­ne świątecz­ne pre­zen­ty. Oj­ciec zdo­był dla niej, jak co roku, książkę po an­giel­sku, tym ra­zem pierwszą po­wieść J.R.R. Tol­kie­na pod tytułem Hob­bit. The­re and Back Aga­in. Nie zo­stała jesz­cze przetłuma­czo­na na pol­ski, ale ojcu to nie prze­szka­dzało: ko­chał li­te­ra­turę an­gielską i czy­tał ją w ory­gi­na­le. I uważał, że ona też po­win­na. W tym celu za­mie­rzał wysłać ją na wa­ka­cje do Lon­dy­nu, ale te­raz było to nie­możliwe. Te­raz wier­cił się na sie­dze­niu na­prze­ciw niej, bo nie mógł się do­cze­kać, kie­dy weźmie książkę do ręki. Po­sta­no­wiła skrócić jego męki.

– Chcesz zo­ba­czyć? – spy­tała, po­dając mu Hob­bi­ta.

Uśmiechnął się i wziął książkę, ale za­miast czy­tać, zaczął przeglądać ob­raz­ki. Zaj­rzała mu przez ramię i zo­ba­czyła wy­god­nie urządzoną norkę, śmiesz­ne­go człowiecz­ka z owłosio­ny­mi sto­pa­mi, py­kającego przed ko­min­kiem fajkę i po­chy­lo­ne­go nad nim cza­ro­dzie­ja z długą, białą brodą. Cza­ro­dziej coś mu tłuma­czył, wspar­ty na za­krzy­wio­nym kiju. Minę miał dość groźną. Na następnym ob­raz­ku były kra­sno­lu­dy, góra złota, wiel­ki smok z błyszczącymi łuska­mi. To chy­ba baj­ka dla dzie­ci, pomyślała. W tym mo­men­cie pociąg wje­chał na stację PKP Wa­wer.

Oj­ciec wy­siadł z książką w ręku, a ona za­raz za nim ze­sko­czyła lek­ko ze stop­nia na śnieg. Na pe­ro­nie, gdzie zwy­kle o tej po­rze dnia było spo­koj­nie, roiło się od Niemców, którzy za­blo­ko­wa­li wszyst­kie zejścia. Czar świątecz­ne­go wie­czo­ru prysł na­tych­miast. Lu­dzie, którzy wy­sie­dli za nimi, widząc uzbro­jo­nych Niemców, próbo­wa­li się cofnąć, ale na próżno. Drzwi pociągu się za­trzasnęły. Niem­cy wpa­dli pomiędzy zbi­tych w ciasną gro­madkę pasażerów i zaczęli ich roztrącać kol­ba­mi ka­ra­binów. Oj­ciec po­tknął się i upadł na ko­la­na.

– Tato. – Kucnęła przy nim.

– Lid­ka.

Ktoś ją szarpnął i ode­pchnął tak moc­no, że pośli­zgnęła się na śnie­gu. Mężczyzn od­dzie­lo­no od resz­ty pasażerów i pod ka­ra­bi­na­mi spro­wa­dza­no z pe­ro­nu.

I właśnie wte­dy mignął jej przed ocza­mi Ta­dek ru­dzie­lec. Ich oczy spo­tkały się, a za­raz po­tem ra­zem z po­zo­stałymi mężczy­zna­mi popędzo­no Tad­ka w noc. Pe­ron opu­sto­szał. Na zdep­ta­nym śnie­gu leżał Hob­bit.

Kogo i cze­go Niem­cy szu­ka­li w tę świąteczną noc, do­wie­działa się do­pie­ro później od człowie­ka, który cu­dem przeżył. W od­we­cie za śmierć dwóch swo­ich pod­ofi­cerów z rąk gra­sujących po oko­li­cy rze­zi­mieszków Niem­cy wy­garnęli mężczyzn z oko­licz­nych domów i z pociągu. Ta­dek ru­dzie­lec zna­lazł się wśród nich zupełnie przy­pad­kiem. Nie po­win­ni go byli wziąć, bra­li tyl­ko do­rosłych, ale nikt nie za­py­tał Tad­ka, ile ma lat. W nocy poj­ma­nych pro­wi­zo­rycz­ny nie­miec­ki sąd ska­zał na śmierć, a nad ra­nem popędzo­no ich dzie­siątka­mi na opusz­czoną po­sesję. Tam usta­wio­no ich pod płotem, ka­za­no zdjąć czap­ki z głów i uklęknąć. Za nimi w sze­ro­kim roz­kro­ku usta­wi­li się nie­miec­cy żołnie­rze. Na roz­kaz za­ter­ko­tały se­rie. Zupełnym przy­pad­kiem oj­ciec zna­lazł się obok Tad­ka ru­dziel­ca i w ostat­niej chwi­li złapał go za rękę.

***

Lid­ka wróciła myślami do rze­czy­wi­stości. Przy­stoj­ny, choć dziw­nie ubra­ny, milczący chłopak nadal stał przed nią. A w jego piw­nych oczach czaił się strach. Nie zdzi­wiło jej to – po pięciu la­tach nie­miec­kiej oku­pa­cji każdy z nich nosił w so­bie swój własny kosz­mar. To był wspólny mia­now­nik ich po­ko­le­nia – nie­od­po­wied­nie dla ich wie­ku po­twor­ności, których sta­li się świad­ka­mi.

– W porządku? – powtórzyła py­ta­nie.

– Nic mi nie jest. – Patrząc na Lidkę, Woj­tek uświa­do­mił so­bie, że od mo­men­tu, kie­dy zo­ba­czył Mikołaja na ekra­nie mu­ze­al­ne­go kina, nie minęło więcej niż dzie­sięć mi­nut, więc jeżeli się po­spie­szy, to może jesz­cze gdzieś go znaj­dzie i zdoła za­brać do domu, za­nim tu­taj zro­bi się na­prawdę gorąco. Bez słowa ru­szył w stronę, w którą po­biegł Mikołaj. Po chwi­li jed­nak zawrócił.

– Je­stem Woj­tek.

– Miło mi. – Dziew­czy­na się uśmiechnęła. – Lid­ka.

– Do wi­dze­nia – po­wie­dział, nie wierząc, że kie­dy­kol­wiek jesz­cze ją zo­ba­czy.

– Trzy­maj się.

Kiwnął głową i od­szedł.

Przy­po­mniał so­bie, że pod­czas walk po­szczególne dziel­ni­ce War­sza­wy były od sie­bie odcięte. Dla­te­go po­sta­no­wił nie ru­szać się z tej, w której się zna­lazł. Miał na­dzieję, że Mikołaj również nie zawędro­wał da­le­ko. Nie wątpił już, że to na­prawdę po­wsta­nie war­szaw­skie. Osta­tecz­nie prze­ko­na­li go o tym po­wstańcy, którzy z unie­ru­cho­mio­ne­go nie­miec­kie­go czołgu wyciągali ka­ra­bin i ja­kieś gra­ty.

– Pozwól bliżej, syn­ku. – Je­den z nich skinął na nie­go.

Woj­tek pod­szedł po­wo­li i nie­uf­nie. Kil­ku było do­brze uzbro­jo­nych. Usta­wia­li na chod­ni­ku skrzyn­ki z amu­nicją wyciągnięte z czołgu.

– Pomożesz? – za­py­tał ten, który go przy­wołał, i nie cze­kając na od­po­wiedź, włożył mu w ręce skrzynkę, po czym wska­zał miej­sce w for­mującej się ko­lum­nie cy­wilów i po­wstańców, dźwi­gających zdo­by­cze z czołgu.

– Pa­nie plu­to­no­wy – znie­cier­pli­wił się po­wsta­niec na cze­le ko­lum­ny – ru­sza­my?

– Tak.

Ru­szy­li. Woj­tek, oszołomio­ny, szedł za swo­im po­przed­ni­kiem. Ko­lum­na po­su­wała się pod ścia­na­mi domów. Niektóre z mi­ja­nych ulic wyglądały zna­jo­mo, inne nie. Szli krótko, pra­wie za­raz skręcili w bramę, prze­szli przez podwórko oto­czo­ne ze wszyst­kich stron ścia­na­mi wy­so­kich ka­mie­nic i za­trzy­ma­li się. Woj­tek od­sta­wił skrzynkę tam gdzie inni i nie mając po­mysłu na dal­szy ciąg, skie­ro­wał się do bra­my wy­chodzącej na dużą ulicę.

Ale­je Je­ro­zo­lim­skie 22, Woj­tek od­czy­tał z ta­blicz­ki przy­twier­dzo­nej do muru nazwę i nu­mer uli­cy, na której się znaj­do­wał. Wyj­rzał ostrożnie z bra­my i osłupiał, bo na taki wi­dok zupełnie nie był przy­go­to­wa­ny. Z uli­cy wiało cmen­tarną pustką, na szy­nach leżał przewrócony na bok tram­waj, a środ­kiem jezd­ni ze zgrzy­tem i łomo­tem prze­ta­czały się czołgi z wy­ma­lo­wa­ny­mi czar­ny­mi krzyżami. Sunęły w kie­run­ku mo­stu Po­nia­tow­skie­go na Wiśle. Za­nim Woj­tek zdążył ochłonąć, na ulicę z sąsied­niej bra­my z hur­go­tem wy­je­chał ma­ne­kin. Za­wie­szo­ny na dru­cie roz­ciągniętym w po­przek, podążał na drugą stronę. Za­ter­ko­tały nie­miec­kie ka­ra­bi­ny, a kie­dy przy­cichły, za­sko­czo­ne wy­trzy­małością sunącego przez ulicę dzi­wadła, z bra­my wy­padł chłopak i popędził w ślad za ma­ne­kinem. Ka­ra­bi­ny mil­czały jesz­cze parę se­kund, co dało chłopa­ko­wi czas na po­ko­na­nie kil­ku pierw­szych metrów, ale za­raz zno­wu się roz­sz­cze­kały. Strze­la­no z wiel­kie­go gma­szy­ska znaj­dującego się po przekątnej. Chłopak biegł, ce­lując w bramę po prze­ciw­nej stro­nie Alei. Był mniej więcej w połowie dro­gi, kie­dy z tej sa­mej bra­my jego śla­dem na ulicę wy­sko­czył ko­lej­ny dzie­ciak. To w su­mie nie jest ta­kie głupie, pomyślał Woj­tek. Te­raz nie­miec­kie ka­ra­bi­ny mu­siały się po­dzie­lić, co znacz­nie zwiększało szan­se całego przed­sięwzięcia. Tyle tyl­ko, że dru­gim de­li­kwen­tem, biegnącym przez Ale­je na złama­nie kar­ku, był Mikołaj. Woj­tek za­stygł i pa­trzył, jak kostkę pod bu­ta­mi bra­ta dziu­ra­wią kule. Prze­rażony, nie spusz­czał wzro­ku z Mikołaja do mo­men­tu, kie­dy tam­ten wpadł do bra­my po dru­giej stro­nie uli­cy. Do­pie­ro wte­dy wściekłość wzięła w nim górę. Przy­po­mniał so­bie, przez kogo się tu zna­lazł, i już miał wy­sko­czyć na ulicę, kie­dy czy­jaś ręka złapała go moc­no za ramię.

– Prze­pust­ka? – spy­tał nie­wie­le od nie­go star­szy po­wsta­niec, wy­chy­lając się zza worków z pia­skiem.

– Po bra­ta! – szarpnął się Woj­tek.

– Ko­lej­ka – po­wie­dział tam­ten, wska­zując na lu­dzi usta­wio­nych wzdłuż muru. – Ru­sza­my do­pie­ro po zmro­ku.

Woj­tek za­uważył lu­dzi stojących pod ścianą.

– A małola­ty z sąsied­niej bra­my? – zde­ner­wo­wał się.

– Wi­docz­nie z prze­pustką – od­po­wie­dział po­wsta­niec.

– Wątpię! – syknął Woj­tek, ale zro­zu­miał, że dys­ku­sja z uzbro­jo­nym chłopa­kiem nic nie da.

Jed­no­cześnie kątem oka zerknął na po­nu­re gma­szy­sko, najeżone lu­fa­mi nie­miec­kich ka­ra­binów i jego chęć na prze­bieżkę przez Ale­je osłabła. Cofnął się w głąb podwórka.

Gro­ma­dziło się tam co­raz więcej lu­dzi. Między nimi sta­li star­si państwo ubra­ni po cy­wil­ne­mu, z pa­pie­ro­wy­mi tecz­ka­mi w dłoniach. Wyglądali na ważnych urzędników. Pani miała na so­bie spódnicę i bluzkę, a pan ko­szulę wpusz­czoną w spodnie. Pan co chwi­la ocie­rał chustką spo­co­ne czoło; pani pro­sto­wała dłońmi spódnicę. Obo­je rozglądali się nie­pew­nie, jak­by na kogoś cze­ka­li. Po chwi­li do bra­my wpadła czar­nowłosa dziew­czy­na z pla­cu Na­po­le­ona. Wszędzie jej pełno, zdzi­wił się Woj­tek. Dziew­czy­na po­deszła do dwoj­ga cy­wilów i przy­wi­tała się z nimi. Słyszał wyraźnie każde wy­po­wie­dzia­ne przez nich słowo.

– Przysłano mnie, aby państwa prze­pro­wa­dzić – mówiła Lid­ka. – Na początek wszyst­kie pa­pie­ry włożymy do ple­caków. Żeby nie prze­szka­dzały.

Obo­je bar­dzo spraw­nie wy­ko­na­li jej po­le­ce­nie.

– Kto po­bie­gnie pierw­szy? – za­py­tała. – Bo ra­zem nie można.

– Niech pani wy­zna­czy – ode­zwała się ko­bie­ta i ko­lej­ny raz ner­wo­wym ru­chem wygładziła spódnicę.

– Pani – zde­cy­do­wała dziew­czy­na.