Wydawca: Axis Mundi Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 196 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gaga. Warszawski wilkołak - Maciej Balcerzak

Dziejąca się, w Warszawie 2010 roku, powieść z pogranicza rozrywki, horroru i obserwacji obyczajowej, z przymrużeniem oka opowiada o świecie celebrytów, kolorowych i rozrywkowych mediach. Książka aż iskrzy się od odniesień do obecnej rzeczywistości i skojarzeń z bohaterami współczesnej wyobraźni.

 

Są tu: największa gwiazda polskiego show biznesu i ukraińska prostytutka, polska rzeczywistość rozrywkowo-medialna i zamieszki pod Pałacem Prezydenckim, dialogi z pijaczkami z Bielan i Ludwig Van Beethoven, jego Dziesiąta Symfonia i jego "nieśmiertelna ukochana".

 

Gaga największa gwiazda polskiego show biznesu ma zakontraktowany występ na międzynarodowej gali, który może utorować jej karierę na Zachodzie. Tuż przed galą, w kontakcie z muzyką Ludwiga Van Beethovena przemienia się w wilkołaka i staje się legendarną "nieśmiertelną ukochaną" Beethovena. Jej management, nie mogąc wycofać się z gali, podejmuje decyzję o znalezieniu w jej miejsce sobowtóra, którym zostaje "Pati 300 w cenie wszystko" – ukraińska prostytutka. Nikt nie odkrywa podmiany, a Pati (jako Gaga) odnosi sukces na gali i kontynuuje światową karierę w show biznesie.

Opinie o ebooku Gaga. Warszawski wilkołak - Maciej Balcerzak

Fragment ebooka Gaga. Warszawski wilkołak - Maciej Balcerzak

Okładka

Karta tytułowa

Maciej Balcerzak

Gaga

WARSZAWSKI WILKOŁAK

Wydawnictwo Axis Mundi

Motto

„I PAN JEDZIE NA BIELANY?... – KRZYKNĘŁA. – ACH! JAK TO DOBRZE – DOPIEROŻ SIĘ UBAWIMY!”

BOLESŁAW PRUSZ BIELAN

Gaga. WARSZAWSKI WILKOŁAK

Partytury miał wszędzie. Te najświeższe, nad którymi właśnie pracował, ale i starsze, pożółkłe z upływu lat. Zmięte, zakurzone, oblane winem i parafiną zalegały na meblach, walały się po podłodze, wilgotne butwiały koło nocnego stolika. Puste mieszkanie, śmierdzące uryną unoszącą się z nieopróżnionych od wielu dni nocników, było jego samotnią. Służącego i kucharkę dawno przegonił, podejrzewając, jak zresztą wszystkich, o to, że go okradają.

Wsadził wielkie jak u kowala dłonie w gęstwinę długich, potarganych loków i zmęczony opuścił głowę. Był już stary. Pamięć szwankowała, wzrok był coraz słabszy, przede wszystkim jednak nic nie słyszał. Pogłębiający się latami szum w uszach w końcu całkowicie odciął go od świata dźwięków i zepchnął w samotność.

Znajomi irytowali go coraz bardziej głupotą i małostkowością. Zarzucali mu, że jest gburowaty, że znowu był niesympatyczny dla jakiegoś ważnego jegomościa, który przyjechał specjalnie do niego do Wiednia. Ciągle nagabywali o pieniądze. Dopytywali, jakie ma wpływy ze sprzedaży utworów, ile mu obiecano za tę czy tamtą sonatę, czy ma nowe zamówienia z ratusza bądź dworu. Wszystko po to, by wyciągnąć od niego trochę grosza i znowu okantować. Co go to wszystko obchodziło? Jakie znaczenie miały dla niego rozmowy o niczym, wykłócanie się o pieniądze? Owszem, pilnował spraw materialnych, ale gdyby był wystarczająco bogaty, i na to machnąłby ręką. Nie rozumieli, jak wielką walkę musi toczyć każdego dnia, każdej godziny, kiedy kolejne melodie, rytmy osaczały go ze wszystkich stron. Dźwięki pojawiały się w jego głowie, odkąd pamięta, już w dzieciństwie zaczął je zapisywać i składać z nich na początku małe, a z biegiem lat – większe formy muzyczne. Poświęcił temu całe życie.

Nigdy, a tym bardziej teraz nie przywiązywał wagi do wyglądu i uciekał od powszechnej tandety. Gardził dworską etykietą, klakierami, wielbicielami bijącymi brawo przy każdej okazji. Z jednej strony grzał się w ich uwielbieniu jak przy ogniu buzującym w kominku. Z drugiej – gardził durnymi uwagami dyletantów, bezpłodną paplaniną recenzentów, złośliwościami gamoniów z arystokratycznych rodzin.

Kiedy pisał Dziewiątą, pytali, dlaczego angażuje chór. Kręcili nosem, mówiąc, że to podnosi koszty. Wiedział swoje, uparł się, dopiął swego, chór wystąpił i pięknie wyśpiewał Odę do radości. I co? Sukces! Wiedeń oszalał, całe miasto piało z zachwytu.

Nacieszywszy się triumfem, skoncentrował się na Dziesiątej. Miała być dziełem jego życia, syntezą wszystkiego, co dotąd stworzył. Nie wiedział tylko, czy podoła, czy słabe zdrowie sprosta wyzwaniu.

Kiedy tworzył, ogarniała go pasja. Im był starszy, bardziej schorowany i zmęczony, tym intensywniejsze były fale ekstatycznej energii towarzyszącej komponowaniu. Czuł się wtedy jak drapieżnik, jak wilk atakujący swoją ofiarę, rozszarpujący ją, pijący jej krew. Musiał potem przez wiele godzin odpoczywać, leżąc na łóżku jak kłoda. Muzyka doprowadzała go do granic wytrzymałości. Ba! Do granic życia i śmierci, kiedy napływała jak wodospad ze wszystkich stron, rozsadzając mu czaszkę, pozwalając, niczym szamański wywar, upajać się Nieokiełznanym.

Kręciło się wokół niego wiele kobiet, ale nie związał się z żadną z nich. Inni twierdzili, że był zbyt szorstki i sztywny, przez co zrażał do siebie nawet najbardziej oddane wielbicielki. Prawda była inna. Nie wytrzymywały ogarniających go ataków, zmieniających go w bestię w ludzkiej powłoce. Starał się pohamować, ale kiedy emocje brały górę, rzucał się na nie, obłapiał, dusił, całował, pieścił, kochał je agresywnie i mocno, mocniej niż kiedykolwiek myślały, że można. Nawet i ta brutalność nie dawała mu wytchnienia, gdy cały czas czuł ciepło tętniącej w ich żyłach krwi.

Boże, jak bardzo chciał zanurzyć się w młode, niewinne dziewczęta, drasnąć, napocząć, spróbować ich krwi. Nigdy tego nie zrobił. Albo one uciekały, albo sam rezygnował. Zawsze wtedy przypływała mu do głowy nowa melodia, jakby na ratunek niedoszłej ofierze. Zrywał się, łapał za pióro, by zanotować tę nutę, zbawczą nie tylko dla dziewczyny, ale przede wszystkim dla niego. Wiedział, że gdyby wgryzł się w jej szyję, przepadłby, przekroczył barierę, za którą nie było ratunku. Nigdy nikomu nie zwierzył się z tych pokus. To była jego najskrytsza tajemnica.

Od lat nawiedzał go wizerunek pewnej kobiety. Widział ją w snach, marzeniach, ale i wtedy, gdy komponował. Zgrabna, dobrze zbudowana, piękna blondwłosa zjawa. Mówiła w niezrozumiałym języku. Widział wokół niej nieznane krajobrazy. Wszystko tam wirowało, pędziło, działo się znacznie szybciej niż w jego dziewiętnastowiecznym świecie. Widział dziwne pojazdy, machiny, iluminacje. Szukał jej po całym Wiedniu. Czuł, że ją pokochałby bez pamięci, a ona, i tylko ona, potrafiłaby przyjąć i odwzajemnić jego skrywane zwierzęce emocje. Nigdy jej nie spotkał, pozostała senną zjawą, niespełnionym marzeniem.

Nazwał ją „Nieśmiertelną Ukochaną”.

– Oj, panie, w ogóle się pan na kobietach nie znasz. Kupiłem ostatnio książkę na Wolumenie, tym bazarze przy Hucie, i w tej książce pisze, że kobiety mogą mieć kilka, a nawet kilkanaście orgazmów w ciągu nocy. Facet to się musi namęczyć, narobić, prawie na zawał fiknie, nim osiągnie ten orgazm, góra dwa, a te france po jednym kochasiu mogą od razu z innym iść na kotwasy, a potem z trzecim, piątym, dziesiątym. Mówię panu, jak czytam tę książkę, to mi ręce opadają, jaki ten świat niesprawiedliwy.

Michel słuchał gadaniny taksówkarza jak monologu któregoś z proroków ze świętej góry. Wracał nieludzko zmęczony po locie Warszawa-Gdańsk. Chciał zdjąć urzędowy garniturek, wziąć szybki prysznic i włączyć na cały regulator Eroicę Beethovena, a tu na ostatnim etapie jazdy kierowca niespodziewanie, przy okazji piosenki Nie jestem kobietą Gagi, popłynął strumieniem świadomości i zaciągnął go w grząskie obszary waginy i penisa.

To jest właśnie Żoliborz – pomyślał. – Nigdzie indziej na świecie, w Paryżu, Londynie, Amsterdamie, nie usłyszałbym takiego tekstu.

Gdyby kierowca trafił do telewizji i dostał możliwość prowadzenia autorskiego programu rozrywkowego, zakasowałby popularnością „Szkło kontaktowe” i został guru wykształciuchów. Los nie dał mu takiej szansy, nieświadom swoich talentów, jeździł w żoliborskiej korporacji, a wieczorami czytał z wypiekami na twarzy książkę o seksie kupioną na Wolumenie.

Kiedy Michel płacił za kurs, podszedł do niego kolejny typowy przedstawiciel starej części Żoliborza, pan Stasio.

– Michaś, pożycz mnie ze dwudziestaka, bo mnie suszy jak na pustyni Saharze.

Pan Stasio od zawsze spędzał czas na ławeczkach wzdłuż ulicy Kasprowicza, cierpliwie wyczekując pojawienia się znajomego kolesia z butelką taniego wina albo wódki. Wyrwany z letargu, podrywał się z ławki, namawiając kolegę do podzielenia się tym największym skarbem, co mu się przeważnie udawało. Momentalnie się upijał. Jego wątroba po wieloletnich bojach działała równie kiepsko jak radziecki telewizor marki Junost. Kompletnie nawalony, nie pamiętając kodu do domofonu, kończył wieczór na ławeczce zamiast w kawalerce na trzecim piętrze.

– Dwudziestaka to nie dam, ale na piwko coś dla pana znajdę – wygrzebał z portfela garść drobnych.

– Oj, Michasiu, ty to jesteś człowiek, że tak mnie ratujesz w potrzebie! Cholera wie, dlaczego się stąd nie wyprowadziłeś? Tyle nowych osiedli budują, a ty wciąż na tych naszych Bielanach. Ty jedyny tutaj pracujesz za normalne pieniądze, prawdziwe panisko z ciebie, no nie?

Faktycznie Michel zarabiał więcej niż wszyscy mieszkańcy trzypiętrowego budynku razem wzięci. Na pierwszy rzut oka wyglądem i zachowaniem zupełnie tu nie pasował, ale wystarczyło, że porozmawiał z którymś z sąsiadów, i stawało się oczywiste, że w stu procentach należy do tego miejsca. Co prawda kilka lat spędził poza Warszawą, pomieszkując w Poznaniu, Wrocławiu, Paryżu i Ottawie, ale zatoczył koło i powrócił na te swoje Bielany, z których tak naprawdę nigdy mentalnie się nie wyprowadził. Tu się urodził, mieszkał w samym środku starych Bielan, w kwadracie ulic: Kasprowicza, Marymonckiej, Podczaszyńskiego i alei Zjednoczenia. Tutaj wzdłuż zacienionych starymi drzewami alej ciągnęły się ławeczki, na których przesiadywały żyjące z mamusinej renty niebieskie ptaki. Tutaj, pomimo reform Balcerowicza, przystąpienia Polski do NATO, Unii Europejskiej i ogłoszenia IV RP, a potem znowu III RP, nic się nie zmieniło. Świat toczył się dalej na osi samu spożywczego, bazaru Wolumen i sklepu nocnego naprzeciwko straży pożarnej. Tutaj każdy o każdym wiedział wszystko. Ludzie znali się kilka pokoleń wstecz, a przede wszystkim panowała familijna atmosfera, której nie można było znaleźć na żadnym z zamkniętych warszawskich osiedli, nawet za grube tysiące złotych za metr kwadratowy.

Ten wysoki trzydziestosiedmioletni brunet, choć przez swoje bielactwo dziwnie siwiejący (jego prawa rzęsa była kompletnie biała, co tylko dodawało mu uroku), dbał o wygląd i robił to, jak na kawalera przystało, z przesadą. Stosował regularny ciężki trening, za ładną cerę odpowiadała kosmetyczka, a jego smukła sylwetka była efektem ćwiczeń na siłowni, biegania z rakietą po korcie tenisowym i aerobiku. Zaczął wiele fakultetów i tyle samo nie skończył. Najlepiej szło mu na studiach prawniczych, dopóki nie przeniósł się na dziennikarstwo, a potem na ekonomię. Nie studiował tylko filozofii chrześcijaństwa, ale i tu miał niezłą wiedzę w postaci matury z religii. Jednym słowem gruntownie wykształcony nieprawnik, z praktyką byłego dziennikarza muzycznego, do którego wszyscy mówili „panie mecenasie”. Określenie „mecenas” wzięło się nie tylko od jego studiów prawniczych, zakończonych na piątym semestrze i oblanym egzaminie z prawa cywilnego, ale także od noszonych przez niego utrzymanych w korporacyjnej stylistyce garniturów. Nie przywiązywał wielkiej wagi do spraw materialnych (jeden ze znajomych określił go mianem abnegata z wyższej sfery), ale zawsze znajdował czas, by kupić kolejny gustowny garnitur, którego klasę podkreślały dobrze dobrane spinki do koszuli czy zegarek. Tak jak Imelda Marcos miała kilkaset par butów, tak on miał zaledwie kilka, za to bardzo drogich, szytych na zamówienie w jednym z butików przy ulicy Chmielnej. Michel był wierny mistrzowi Nikodemowi Dyzmie, którego maksymę: „Trochę pucu nie zaszkodzi” wcielał w życie przy każdej okazji.

Wychowany częściowo w Paryżu, jeżdżący na wakacje do Ottawy, dzięki kindersztubie oraz umiejętności podobania się kobietom radził sobie w życiu całkiem dobrze. Prowadził biuro prawno-podatkowe „Lex – Instytut Prawa i Negocjacji”. Był dla klientów kimś w rodzaju consigliere. Pomagał nie tylko w zleceniach biznesowych, ale także w sprawach „top secret” z ich życia prywatnego, jak zorganizowanie skrobanki kochance jednego z prezesów czy wyszukanie dziewczyn do towarzystwa na wieczór biznesowy z udziałem delegacji azjatyckiego koncernu samochodowego.

Biuro prowadził z Albertyną, koleżanką prawniczką, z którą chodził do przedszkola, podstawówki, liceum oraz na studia. Świetny prawnik, z ukończoną aplikacją radcowską, wszechstronnie wykształcona, dziwne imię otrzymała od ojca, wielkiego miłośnika W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta. Była bardzo małomówna, prawie w ogóle się nie odzywała. Kiedy jej przyszły mąż, w ramach oświadczyn klęcząc z bukietem róż, spocony ze zdenerwowania spytał, czy za niego wyjdzie, odpowiedziała krótkim „OK, kiedy?”. Opłacało się, to było wzorowe z punktu widzenia społecznej nauki Kościoła małżeństwo. W ciągu dziesięciu lat dorobili się pięciorga dzieci. Chodzili z tą gromadą co niedziela na mszę, a kiedy zbliżała się wizyta księdza po kolędzie, przygotowania do niej wyglądały tak, jakby miał ich odwiedzić sam Benedykt XVI.

Znakomicie się z Michelem uzupełniali. On aranżował spotkania z klientami, utrzymywał kontakty ze światem zewnętrznym, był „twarzą” firmy, ona jej „mózgiem”. Wszystkie umowy, opinie, wzory dokumentów były przygotowywane przez nią, wkład Michela ograniczał się do ich lektury i ewentualnych komentarzy. Nieszczęście następowało, kiedy Michel nie mógł wziąć udziału w spotkaniu, a Albertyna musiała go zastąpić. Nie szła wtedy nigdy sama, zabierała ze sobą któregoś z pracowników, który referował sprawę, ona poza „dzień dobry” i „do widzenia” nie mówiła absolutnie nic.

W biurze zatrudniali trzech prawników, wyłuskanych z ogromnej ilości studentów prawa i wszelkiej maści aplikantów, oraz dwie sekretarki. Przy wyborze sekretarek Michel brał pod uwagę umiejętności zawodowe, prezencję i moralną asertywność. Jeśli udało mu się uwieść kandydatkę i trafiał z nią na Bielany, nie miała szans na pracę. Dopiero kiedy po sprawdzeniu umiejętności zawodowych, uroku osobistego, zaliczyła ostatni test, odrzucając, propozycję „kolacji ze śniadaniem”, mogła liczyć na zatrudnienie. Z grona kilkunastu zaproszonych dziewczyn dwie dotarły szczęśliwie do końca rekrutacji.

Podczas gdy Albertyna miała swoje królestwo wewnątrz firmy, Michel bywał tu rzadko. Przyjeżdżał na spotkania z klientami, przekazywał wytyczne, omawiał bieżące sprawy i znikał. Jego atutem były kontakty biznesowo-osobiste. Budowane przez lata, dawały wystarczający kapitał, by móc utrzymać siebie i biuro. Zaczynał w połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy wystarczyła znajomość angielskiego, dobra prezencja i chęć do pracy, by zyskać zaufanie zagranicznych klientów, powierzających sprawy lokalnym prawnikom, zamiast gigantycznym fabrykom konsultingowym.

Jego klientami byli przeważnie panowie po pięćdziesiątce, słomiani wdowcy, którzy zostawiwszy rodziny i żony w domach Paryża, Sztokholmu, Monachium, chcieli zaciągnąć się w Polsce wolnością, jak dobrym papierosem. Kiedy smycz w postaci małżonki była wydłużona o setki kilometrów, szukali sposobu na atrakcyjny wieczór w Warszawie. Nie znając ani miasta, ani lokalnych zwyczajów, nie wiedzieli, jak zorganizować sobie towarzystwo, i obracali się ciągle w tym samym gronie ekspatów. Wtedy pojawiał się Michel, który otwierał podstarzałym żigolakom drzwi do innego świata, dyskotek, nocnych lokali, klubów go-go i agencji towarzyskich. Zabierał ich również na imprezy promocyjno-reklamowe.

Nigdzie tych imprez nie było tyle, co w show-biznesie. Nawet jak na polskie, niewielkich rozmiarów warunki, nie było tygodnia bez kilku eventów, podczas których spotykało się ciągle to samo grono z towarzystwa wzajemnej adoracji, złośliwości i plotki. Serialowe gwiazdeczki, masywne karki strongmanów, twarze „Wiadomości”, naturszczyki z „Big Brotherów” szukały potem swoich zdjęć w serwisie internetowym NoCoTy.pl.

Ciągle te same twarze – myślał, kiedy szedł na branżową imprezę. Oficjalne przemówienie, flesze aparatów, konwencjonalne gadu-gadu przy wódeczce i lu do domu (sam lub w towarzystwie). Nawet on, mimo rozrywkowego usposobienia, nie zawsze miał ochotę na kolejne wyjście. Zawsze jednak istniała możliwość poznania potencjalnego klienta lub starletki, która w drodze do wielkiej kariery samotnie zabłąkała się w Warszawie.

Kiedy wchodził do klubu, swój wzrokowy obchód zaczynał właśnie od nowych gwiazdeczek z tych wszystkich „Idoli”, „Mam Talent” czy innych „Jaka to melodia?”. Dopiero potem rozglądał się po wykrzywionych jak w Gombrowiczowskiej walce na miny znajomych gębach, które po pierwszych darmowych drinkach wznosiły się na orbitę kretyńskiej gadki, by kilka godzin później odjechać do Rygi w jednej z klubowych toalet.

Przeważnie udawało mu się namierzyć przybyłą z prowincji gwiazdeczkę, której predyspozycje nie wystarczały nawet na pięć minut sławy, a co dopiero na pełny warholowski kwadrans. Oplatał ją wtedy, jak pająk, obietnicami rychłej kariery, aż w końcu oszołomiona dziewczyna, z bagażem doświadczeń młodej uczennicy prowincjonalnego technikum kosmetycznego, wpadała jak muszka owocówka w sidła. Często, nie mając gdzie mieszkać, zatrzymywały się gdzieś na Tarchominie lub Gocławiu u dalekiej rodziny, z którą paradowały na niedzielną sumę do osiedlowego kościoła. Z pierwszymi długami, bo przetrzymywane w pudełku z tanią biżuterią oszczędności kończyły się przy pierwszym wyjściu do klubu Platinium, godziły się na pomoc starszego kolegi z branży.

Kiedy nie udało mu się nikogo poderwać, szedł na łatwiznę. Logował się w Internecie na portalach erotycznych i wybierał na godzinę którąś z „Pameli 300”, „Ivonki wszystko”, czy „Kornelii full w cenie”. Natomiast jeśli łowy kończyły się sukcesem, sprowadzał zdobycz na Bielany. Dziewczyny, początkowo przestraszone Stasiami i Franiami z okolicznych ławeczek, przyznawały potem, że „okolica całkiem przyjemna”. Pewnie ci się twoja wiocha przypomina – myślał złośliwie, a głośno odpowiadał: „Tylko taka romantyczna duszyczka jak ty, może zakochać się w Bielanach”.

Właśnie tutaj trafił z Gagą.

Gaga od razu doceniła uroki Bielan. Lubiła tu przyjeżdżać, choć sama miała apartament na strzeżonym osiedlu na Ursynowie. Bielany przypominały jej Zduńską Wolę koło Łodzi, skąd pochodziła i gdzie przez większość życia mieszkała z prowadzącym zakład fryzjerski ojcem, matką pracującą w osiedlowych delikatesach i grającym na gitarze basowej bratem Ryszardem.

Grażyna Gabiczyńska, pseudonim „Gaga”, atrakcyjna dwudziestosześciolatka o pospolitej urodzie wampa z ekskluzywnej agencji towarzyskiej, zrobiła jak na polskie warunki oszałamiającą karierę. W trzy lata, od nikomu nieznanej dziewczyny, dorabiającej śpiewaniem na weselach, stała się pierwszą gwiazdą polskiej sceny muzycznej, z takimi przebojami jak Nie jestem kobietą (Złoty Słowik na festiwalu w Opolu), Im bliżej ciebie tym dalej (nagroda w kategorii debiutów w Sopocie), Agnieszka tutaj nie zamieszka (trzecie miejsce na Eurowizji). Jej popularność dawno przekroczyła granice show-biznesu, była dobrem narodowym Polaków, polską wersją Paris Hilton, Pameli Anderson i Ałły Pugaczowej w jednym.

Lekko rudawa, farbowała włosy na jasny blond. Nosiła buty na kilkunastocentymetrowych obcasach, z charakterystycznym wydłużonym czubem. Biust w rozmiarze pełnej trójki eksponowała tak, by zawsze koncentrował uwagę. Gdy oglądało się wywiad z nią, najpierw było widać biust, póżniej ją samą, a dopiero gdzieś w tle dziennikarza, który prowadził rozmowę. Tylko grono wtajemniczonych wiedziało, że piersi zostały operacyjnie powiększone, zresztą nie najlepiej, bo z wyraźnymi bliznami w dolnej części biustu. Odkąd paparazzi regularnie ją śledzili, bardzo pilnowała, by zawsze wyglądać „wystrzałowo”. Czerwone wysokie kozaki z obcasami w kształcie ludzkich kości, jeansowa mini ze złotymi cekinami, obcisły t-shirt od Gianni Versace, złota masywna biżuteria, której nie powstydziłby się Elvis Presley, gdyby był kobietą, przedłużane paznokcie i mocny, agresywny makijaż, oto przykład jej typowego „urzędowego”, jak mówiła, przebrania. Przez nieustanne dążenie do sensacji, zabijała w sobie naturalny urok ładnej dziewczyny. Jej tandetny sposób ubierania się, zachowania wywoływał oburzenie, niesmak i był przedmiotem licznych żartów.

Lubiła używać powiedzonek w rodzaju: „To twój problem darling”, „Niech spada na bambus banany prostować”, „Dawaj sztamę na zgodę”. Jej odzywką numer jeden było „n’est-ce pas” (po francusku „nieprawdaż”), które zasłyszała u Michela i wymawiała z polska „nespa”. Jak mówiła: „brzmi odlotowo i nikt nie wie, o co chodzi”. Była strasznie gadatliwa, miała zdanie na każdy temat, jej naturalna pewność siebie urosła poprzez popularność do monstrualnych rozmiarów. Potrafiła wykłócać się z kadrą uniwersytecką na temat czarnych dziur („skoro ich nie widać, to skąd wiadomo, że są”), dyskutować z przeciwnikami aborcji o światowym przeludnieniu („gdyby w Chinach zakazano aborcji, Chińczycy wypiliby wszystkie zasoby słodkiej wody”).

Zaczynała w zespole Krzyk i Łzy. Najpierw była chórzystką gibającą się w rytm ciężkich rockowych dźwięków. Później, dzięki tupetowi, dobremu głosowi i jeszcze lepszej figurze, przejęła władzę w grupie. Została wokalistką, zajęła się tekstami i częściowo muzyką. Komponowała wraz z bratem Ryszardem. Stworzyli rozpoznawalny duet autorski. Wymyślane przez Ryśka chwytliwe melodie były tłem do wyśpiewywanych przez nią męsko-damskich historii. „Ważne, by było sexy i sprośnie, wtedy ludziska to kupią, nespa” – wyjaśniała genezę swoich tekstów. Grali na weselach, potańcówkach, lokalnych konkursach muzycznych. Nie układało im się. Nijaki repertuar nie zyskiwał ani uznania jury, ani publiczności. Wszystko zmieniło się, kiedy zdecydowała się wziąć udział w jednym z popularnych reality show. Dumnie prezentując młody biust i niewyparzoną gębę, z sukcesem przeszła pasmo kwalifikacji i zdobyła zaproszenie do programu „Big Brother”.

Występ w „Big Brother” okazał się strzałem w dziesiątkę. Na tle innych uczestników wyróżniała się agresywnością, urodą, słownictwem. Przeklinała jak szewc, realizatorzy co chwila wygłuszali wyrazy na „K”, „Ch” i „P”, którymi zalewała prowadzącego program, monoseksualnego gogusia z fryzurą ulizaną na hitlerowski przedziałek. Apogeum popularności przyniosła jej orgia z udziałem zaproszonych do „Big Brother” piłkarzy, Zenona Mroczkowskiego i Tadeusza Barewicza.

W wielkim jacuzzi zabawiała się z Zenkiem i Tadziem, a rozstawione w łazience kamery i głośniki z detalami rejestrowały stękania, obściskiwania, ruchy kopulacyjne. Ten odcinek pobił rekordy oglądalności, konkurować z nim mogły jedynie zakopiańskie zawody skoków narciarskich z udziałem Adama Małysza. Zenek Mroczkowski, król strzelców ekstraklasy, i Tadzio Barewicz, rezerwowy bramkarz reprezentacyjny, połknęli haczyk. Stoczyli bój o jej względy, walkę przenosząc na boisko, gdzie Tadzio szpetnie sfaulował Zenka.

Ostatecznie wybrała sfaulowanego Zenka, a prasa i Internet pełne były plotek na temat ich trwającego kilka miesięcy romansu. Gaga oczywiście wszystko wcześniej zaplanowała. Wiedziała doskonale, że orgia w jacuzzi będzie filmowana i nawet jeśli nie trafi w całości do telewizji, to przynajmniej w Internecie będzie murowanym hitem. Romans z Zenkiem był jedynie kolejnym etapem w jej planie zdobycia popularności za wszelką cenę.

Mimo urody, dobrego, ale przeciętnego głosu, nie miała w sobie nic, co pozwoliłoby jej zaistnieć w pamięci widzów na dłużej. Stąd nowe skandale, sekrety i plotki podgrzewające atmosferę. Wszędzie jej było pełno, począwszy od plotkarskiej prasy, przez poważne rubryki, gdzie roztrząsano socjologiczne aspekty jej popularności, kończąc na forach erotycznych, gdzie ujawniała swoje ulubione pozycje. Lubiła kochać się tradycyjnie, pod kołderką, jak Pan Bóg przykazał, mediom natomiast sprzedawała informację, że najbardziej podnieca ją pozycja na jeźdźca, przy jednoczesnym obijaniu kochanka skórzanym pejczykiem. Nikt nie mógł czuć się bezpiecznie, kiedy była w pobliżu. Na przyjęciu u ambasadora Austrii adorowała syna premiera, łapiąc go za krocze. Na meczu reprezentacji piłki ręcznej podbiegła do ławki trenerskiej i przez megafon zaśpiewała: „A wszystko to, bo ciebie kocham”. Największy skandal wywołała na wigilijnym spotkaniu środowiska muzycznego z przedstawicielami Kościoła. Przebrana za Matkę Boską, odgryzła główkę nietoperzowi, tłumacząc, że chce w ten sposób zniszczyć symbol szatana.

Ten ostatni eksces obrócił się przeciwko niej. Środowiska katolickie na pikietach protestacyjnych paliły jej płyty, Radio Maryja zakazało słuchaczom kupowania jakichkolwiek produktów sygnowanych przez Gagę, wysłannicy CNN, BBC i Al Jazeery kręcili specjalne programy opisujące aferę.

O jeden skandal za daleko? Gdzie tam! Gaga z małpią zwinnością odkręciła kota ogonem. Całą winę zrzuciła na swojego kolejnego narzeczonego, Belfegora, lidera satanistycznego zespołu Black Vader. Oświadczyła, że Belfegor zmuszał ją do udziału w czarnych mszach i kazał chodzić nago po strychu pełnym pająków. Była to oczywista bzdura, ale media kupiły historyjkę, a Radio