Gad. Spowiedź klawisza - Paweł Kapusta - ebook + audiobook

187 osób właśnie czyta

Opis

Wstrząsający reportaż o więziennym życiu z perspektywy strażników. Ludzi, którzy dzień w dzień, przez lata wyjątkowo trudnej służby, pilnują sprawców najokrutniejszych przestępstw.

Paweł Kapusta oddaje głos gadom – tak w gwarze więziennej nazywa się klawiszy. Oddziałowi, dowódcy zmian, wychowawcy, dyrektorzy mówią o brudzie tej roboty, już do końca życia pozostającym w psychice. O szokujących zdarzeniach, z którymi muszą się mierzyć niemal każdego dnia. O codziennym kontakcie z bandytami, z którymi na wolności nikt nie chciałby mieć do czynienia.

Odwiedzając zakłady karne, prześwietlając oddziały, cele i gabinety, Kapusta szuka dziur w niewydolnym systemie. W systemie, w którym zbrodniarze mają często więcej przywilejów niż pilnujący ich klawisze. W którym pojęcie resocjalizacja stanowi dla osadzonego jedynie sposób uzyskania dodatkowej przepustki. Który – według funkcjonariuszy – w dużej mierze bandytów produkuje, a nie nawraca. Który zaczyna się chwiać. Bo kto chce iść do pracy, w której napięcie sięga zenitu, a pensja bruku?

 

Bohaterowie mówią też wprost: tak, w polskich więzieniach bije się osadzonych. Tak, w polskich więzieniach problemem jest nielegalny kontakt ze skazanymi – przemyt, handel, noszenie grypsów, telefonów komórkowych, alkoholu. Kontakty seksualne strażników z więźniami. Praca operacyjna służb specjalnych, pozwalających bandytom na prowadzenie nielegalnych biznesów zza więziennych murów.

Kto powie, że nowa książka Kapusty jest brudna, będzie miał całkowitą rację. Ktoś doda, że jest wulgarna, momentami wręcz obrzydliwa i szokująca – też się nie pomyli. Najważniejsze, że jest prawdziwa. A prawda w niej zawarta ścina momentami z nóg.

Druga książka reporterska finalisty Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za książkę „Agonia. Lekarze i pacjenci w stanie krytycznym”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 254

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 48 min

Lektor: Janusz Chabior

Popularność


Dla Taty

Słownik

gad, klawisz – funkcjonariusz służby więziennej

złodziej – w gwarze strażników więziennych: każda osoba osadzona w zakładzie karnym bądź areszcie śledczym, niezależnie od tego, z jakiego paragrafu została skazana bądź jest oskarżona

apelówka – liczbowy wykaz osadzonych w danej celi

atanda – grupa szturmowa Służby Więziennej, doraźnie formowana przez dowódcę zmiany z funkcjonariuszy będących na służbie, używana do likwidacji zagrożenia na terenie zakładu poprzez stosowanie środków przymusu bezpośredniego

celówka – karta identyfikacyjna osadzonego

czapka – dowództwo

CZSW – Centralny Zarząd Służby Więziennej

ćwiara – kara 25 lat pozbawienia wolności

dziesiona – rozbój; nazwa pochodzi od artykułu 210 Kodeksu karnego z 1969 roku

dźwięki – cela zabezpieczająca

emka, M – więzień młodociany

enka, N – 1) więzień niebezpieczny; 2) oddział bądź cela dla więźniów niebezpiecznych

eska, S – 1) więzień osadzony na oddziale terapeutycznym dla osób z niepsychotycznymi zaburzeniami psychicznymi lub upośledzonych umysłowo; 2) oddział terapeutyczny dla osób z niepsychotycznymi zaburzeniami psychicznymi lub upośledzonych umysłowo

fikoł – taboret

gaciarz – osoba pozbawiona wolności za przestępstwa seksualne, gwałciciel

gejsza – kajdany skuwające jednocześnie ręce i nogi; określenie pochodzi od „drobienia” kroków przez skutą osobę

GISW – Grupa Interwencyjna Służby Więziennej; to „więzienni komandosi”, wykwalifikowana formacja taktyczna, interweniująca w sytuacjach zakłócenia porządku, buntu, zamachów na życie bądź zdrowie funkcjonariuszy, wykonująca także zadania konwojowe

iskierka – raport tworzony przez CZSW na podstawie raportów z wydarzeń nadzwyczajnych zgłoszonych przez zakłady karne i areszty śledcze z całej Polski, wysyłany cyklicznie do wszystkich jednostek penitencjarnych w kraju

iść w transport – zostać przewiezionym do innego więzienia

kabaryna, suka – samochód konwojowy

kajfus, kalifaktor – więzień funkcyjny wydający posiłki osadzonym

karmnik – otwór w drzwiach pozwalający na podanie więźniom posiłku bez konieczności otwierania celi

kipisz – kontrola, przeszukanie

kipiszować – przeszukiwać

klapa – przycisk wewnątrz celi przy drzwiach wzywający oddziałowego

kogut, buda – wieża wartownicza

kukiel – wizjer, judasz

kwit – wniosek o ukaranie

mokry pokój – pomieszczenie do odbywania widzeń intymnych

ochronka – cela przeznaczona dla osadzonych wymagających wzmożonej ochrony ze względu na rodzaj popełnionego przestępstwa

OISW – Okręgowy Inspektorat Służby Więziennej

P1 – skazany po raz pierwszy, odbywający karę w zakładzie typu zamkniętego, P2 – półotwartego, P3 – otwartego; w gwarze: „petka”

peronka – więzienny korytarz

piguła – pielęgniarka

R1 – recydywista penitencjarny odbywający karę w zakładzie typu zamkniętego, R2 – półotwartego, R3 – otwartego; w gwarze: „erka”

sieczkarnia – cela straceń

sieczkarnik – pomieszczenie, w którym skazany oczekuje na „pójście w transport”

skarbowe ubranie – ubranie osadzonego, będące własnością zakładu karnego bądź aresztu śledczego

szamak – więzień należący do subkultury więziennej, grypsujący

tygrys – krata na oknie celi; określenie wynika z faktu, że krata rzuca w celi cień podobny do pasków tygrysa

ulung – więzień nienależący do subkultury więziennej, niegrypsujący; określenie pochodzi od nazwy najtańszej herbaty

wybijać się – prosić oddziałowego o rozmowę

wypiska – zakup towarów w więziennej kantynie

zamek – zakład karny typu zamkniętego

43 – kryptonim funkcjonariusza służby więziennej, przypisany do stanowiska, używany w łączności radiowej na terenie zakładu karnego bądź aresztu śledczego; na przykład „43”, „55”, „68”

Prolog

Klawisz chwyta kukiel i ciągnie wajchę. Uchyla malutkie okienko w głównej więziennej bramie. Zerka. Już po szóstej, świta. Późny październik. Z nieba sączy się kapuśniak, okolica tonie w ciężkiej mgle i dymie z kominów. Gdzieś w oddali tli się już miejskie życie. Słychać przejeżdżające auta, autobusy obsługujące przystanek za rogiem. Ale tutaj jeszcze pusto i spokojnie. Strażnik przymyka kukiel i wciska guzik. Ruszają wrota. Ślamazarnie, ociężale, wywołując przy tym lawinę deszczowych kropel z kolczastego drutu – cierniowej korony wysokiego na pięć metrów muru.

Przyglądasz się temu dokładnie. Brama powoli się rozsuwa. W twarz strzelają ci światła gotowego do wyjazdu auta. Mrużysz oczy, w końcu zdajesz sobie sprawę, że to kształty doskonale ci przecież znane. Samochód kombi. Duet smutnych panów na przednich siedzeniach. Krzyż na masce.

Karawan powoli opuszcza zakład. Brodzi w kałuży i skręca w lewo. Ujeżdża kilkadziesiąt metrów i kręci w prawo, na dobre znikając z zasięgu twojego wzroku.

I znów – metaliczny, ociężały spacer połówek więziennej furty. Dwie postaci w przeciwdeszczowych pelerynach. Jedna postać. Pół postaci. Huk domykanej bramy. Kanonada kropel.

Kolejny dramat w cichych aktach, który zdarzył się w równoległej rzeczywistości, a o którym świat i tak pewnie nigdy nie usłyszy.

CZŁOWIEK

Malarz

– Wartownia, dowódca, słucham.

Andrzej dopija trzecią kawę i dopala paczkę czerwonych pall malli. Bez zegarka można stwierdzić, że jest trochę po 14. Dowódca zmiany wypełnia papiery, raz po raz brzęczy centrala. Gdy dzwoni telefon, nie podnosi nawet wzroku znad książki z porządkiem dnia. Automatycznie chwyta słuchawkę i przystawia ją do ucha.

– Panie dowódco, Magda psycholog się kłania – słyszy głos niedawno zatrudnionej w zakładzie, napakowanej wiedzą i chęcią zmieniania świata kobiety. Młoda recytuje: – Dzwonię z oddziału dla więźniów niebezpiecznych. Przed momentem zapadła decyzja na szczeblu dyrektora, kierownika oddziału, psychologa oraz psychoterapeuty, że dla polepszenia samopoczucia, rozwoju i procesu resocjalizacji osadzony z celi numer trzy, Kowalczyk Michał, dostanie papier i farby. Będzie malował!

„Ożeż kurwa, ja pierdolę...”. To pierwsza myśl, jaką podsunął Andrzejowi rozum. Więzień niebezpieczny – enkę dostał za agresję wobec oddziałowego – gość śmiertelnie skłócony z normalnością, a oni mu farby dają...

– Halo, panie dowódco! Jest tam pan?

– Pani Magdo, nie mam nic przeciwko resocjalizacji, ale to jest chory pomysł. To się źle skończy.

– Skąd! To decyzja po rozmowach. On jest świadomy!

– No to co ja mogę? Okej, przyjąłem – rzuca tylko zrezygnowany. Wie, że jego zdanie nie ma znaczenia.

Farby i papier trafiają pod celę o 14.30. Andrzej doskonale zapamięta tę godzinę wpisaną w raport. Komisja trochę po trzeciej wsiądzie w auta i zakład zostawi za plecami, mniej więcej w ich dolnych rejonach. A z kłopotem zostanie dowódca.

O 15.30 kolejny telefon z oddziału. Andrzej nie musiałby nawet odbierać. Z doświadczenia wie, kto dzwoni i w jakim celu.

– Panie dowódco, jest problem. Kowalczyk, szajba mu odbiła.

– Co dokładnie? – z opanowaniem.

– No lata po celi, wszystko już rozpierdolił. A teraz wziął farby, umalował trzy ściany, drzwi, kamerę i właśnie zaczyna malować okna. Krzyczy, że nas wszystkich zajebie. Nie reaguje na nasze wezwania.

– Dobra, wiesz, co robić. Przygotuj wszystko i czekaj na nas.

To nie jest tak, że środki przymusu bezpośredniego można stosować zawsze i wszędzie. By środka użyć, złodziej musi spełniać warunki. Musi się targać na życie, zagrażać życiu innej osoby albo zachowywać agresywnie. Albo niszczyć mienie, być rażąco nieposłuszny. Klawisz musi pokonać jego bierny lub czynny opór, wyegzekwować wymagane prawem zachowanie zgodnie z wydanym poleceniem. Nie jest też jak w amerykańskim filmie. Specjalna ekipa nie siedzi w kanciapie i nie czeka na hasło: „Let’s go! Wzywam posiłki!”. Nie leci później helikopterem, żeby zrobić porządek ze złodziejem. Jasne, czasem zdarza się, że na zakładzie dyżuruje Grupa Interwencyjna Służby Więziennej delegowana tylko do takich zadań. Ale to rzadkość. Ekipa szturmowa, w slangu więziennym atanda, to przeważnie zbieranina. Dowódca wyznacza ludzi, których ma po prostu pod ręką.

Pewnych rzeczy przez radiotelefon nigdy się nie mówi. Słyszą wszyscy, więźniowie też. Jak rzucisz w eter: „sześć-osiem, sześć-dziewięć, siedem-zero i pięć-pięć – do mnie!”, złodzieje od razu skleją, że szykuje się akcja. Załatwia się to inaczej.

– Pięć-pięć, przedzwoń do mnie! – Andrzej rozkazuje przez radiotelefon.

Funkcjonariusz po kilku chwilach oddzwania na biurko.

– Trzeba na ence spakować gościa. Znajdź na zakładzie Grubego, Rysia i Golonkę, a później wszyscy do mnie – dyryguje dowódca.

Po 10 minutach zbroi ekipę. Kaski, tarcze, nakolanniki, naramienniki, kamizelki. Bierzesz zawsze tylu chłopa, żeby zapewnić siły i środki do likwidacji zagrożenia. Jak fika baba, wysyłasz jednego. Wystarczy, by wyciągnąć ją za kudły z celi. Jak jest chudy złodziej, to wystarczy wziąć dwóch. Gruby – czterech. A jak trzeba interweniować w czteroosobowej celi, to i piętnastu czasem uruchamiasz.

– Być może trzeba będzie go spakować na dźwięki. Oddziałowy wszystko wie, czeka – tłumaczy dowódca w trakcie szykowania ekipy. Sam się nie zbroi, nie może bezpośrednio brać udziału w pacyfikacji. Bo jeśli zabiją dowódcę, to kto będzie rządził w kryminale? Tu jest jak na wojnie!

Idą. Andrzej i czterech funkcjonariuszy. Plus piąty, z rezerwy, do trzymania kamery i nagrywania filmu z akcji (jako dowód w późniejszym postępowaniu). Krata, oddział. Najpierw rzut oka w telewizorek. Rzeczywiście, Kowalczyk skacze, rzuca pędzlami, wydziera się, maluje okno. Podchodzą pod celę.

– Dobra, dawaj, Wajda, zaczynamy. Kręć! – mówi Andrzej do chłopaka z kamerą i otwiera drzwi. Może to zrobić bez strachu, bo w celi dla niebezpiecznych za drzwiami jest jeszcze dodatkowa zabezpieczająca krata. Staje w taki sposób, by nie oberwać frunącym pędzlem. I tak, żeby złodziej wszystkich widział. Jeśli Andrzej przyszedłby sam, nie zrobiłby wrażenia. Ale jeśli pojawia się z kilkoma bykami ubranymi jak kosmici – z pałami, tarczami i w białych kaskach – to a nuż więzień się zeszcza ze strachu. A nuż nie trzeba będzie nic robić. Czeka chwilę w ciszy. Skazany patrzy, bada sytuację jak zaskoczone zwierzę.

Dowódca mówi:

– Panie osadzony Kowalczyk, wzywam pana do zachowania zgodnego z prawem. W przeciwnym razie zostaną wobec pana użyte środki przymusu bezpośredniego w postaci umieszczenia w celi zabezpieczającej, założenia jednoczęściowego pasa obezwładniającego i kasku ochronnego na głowę. Decyzja. Decyzja!

I opcje są tylko dwie. Pierwsza – skazany się podporządkowuje. Mówi coś w stylu: „Dobra, panie dowódco, będę już spokojny. Niech ktoś rano przyjdzie, trochę to wszystko powycieram, dogadam się z dyrektorem, żeby mnie bardzo nie karał. Idźcie już sobie”. I idziesz. Rzucisz tylko na odchodne, że jak znów zacznie szaleć, to już nie będziesz o nic pytał, tylko po prostu wyciągniesz go jak karalucha.

Ale to opcja idealna. Tutaj takie scenariusze nie mają miejsca. Andrzej środki przymusu stosował kilkadziesiąt razy, ale takiej wersji sobie nie przypomina.

– Wypierdalaj, chuju! Będę robił, co mi się podoba! Słyszysz, psie?! Wypierdalaj stąd!

Przez kratę frunie jeszcze pędzel. Odbija się od tarczy jednego z chłopaków, a złodziej zabiera się za dewastację fikoła na stałe przymocowanego do podłogi.

– Panowie, gotowi?

– Gotowi!

– Okej. Plan: cela, pas, kask. W celi jest sporo miejsca, nie wyciągajcie go od razu na korytarz. Załatwcie to w środku. Najpierw do ściany z nim, później na glebę.

Dowódca staje z boku. I to koniec jego roli. Mówi tylko: 

– Jedziemy!

No to jedziemy. Puszcza krata, nie ma zmiłuj.

Ciechocinek

– Łomża? Perła? – pyta Grzesiek. W służbie prawie 20 lat, przedreptana cała zawodowa ścieżka w zakładzie, o którym w więziennym środowisku mówi się: najbardziej różnorodny kryminał w Polsce. Tysiąc skazanych, niemal wszystkie kategorie osadzonych: erki, petki, enki, emki. Mężczyźni i kobiety. Psychopatyczni mordercy, seryjni gwałciciele, pedofile, cyngle mafii, przestępczość zorganizowana, złodzieje słoików, pijani rowerzyści, alimenciarze. Cała paleta bohaterów czarnych snów i okolic. Grzesiek zaczynał dwie dekady temu jako chłopak siedzący z karabinem na wieży wartowniczej. Skończył jako dowódca zmiany, pod nieobecność dyrektora najważniejszy funkcjonariusz na terenie.

– Łomża – rzuca Andrzej. On zaczynał trochę wcześniej, zaszedł jeszcze wyżej. Był i dowódcą, i kierownikiem ochrony. Zarządzał wszystkimi zmianami, grubo ponad 200 ludźmi pracującymi na pierwszej linii frontu, w bezpośrednim kontakcie z osadzonym. Bójki, ucieczki, zgwałcenia, wypadki nadzwyczajne, tworzenie planów – na głowie wszystkie sprawy ochronne. Szalona odpowiedzialność i presja uprawiająca orkę na psychice.

– Ja też łomża – mówię. Trzy kufle, piwo po ściance.

Mieli dwa kluczowe momenty w swoich zawodowych karierach. Pierwszy: gdy przyszli robić do zakładu. Drugi: gdy zapadła decyzja o rozbudowie ich kryminału. Wtedy żaden z klawiszy nie zdawał sobie sprawy, co to w rzeczywistości oznacza. Wcześniej pracowali wprawdzie za murami, ale dziś żaden z nich nie ma wątpliwości, że w starych czasach nawet nie stali przy prawdziwych klawiszach. Nosili mundury, byli w służbie, ale nie mieli pojęcia, co to więzienie z prawdziwego zdarzenia.

– W porównaniu do tego, co zostało u nas otwarte w 2008 roku, byliśmy cieciami w Ciechocinku – uważa Grzesiek.

W każdym poważnym zakładzie zasady bezpieczeństwa są sztywno trzymane za mordę. Milion obostrzeń, wszystkie (w miarę możliwości) respektowane. Przykład: skazany nie ma prawa wyjść poza oddział i poruszać się bez asysty funkcjonariusza. Obojętnie – facet pracujący na kuchni czy baba robiąca na pralni – wszystkich obowiązują takie same restrykcyjne zasady. A na starym zakładzie? Ruch jak w Rzymie. Dowódca stoi, pali fajka. Pyta tylko:

– A pani to gdzie idzie?

– Na warsztaty.

– A pani?

– A ja to na oddział na chwilę skoczę i zaraz wracam do pralni.

– Dobra, idźcie.

Momentalnie ktoś to uciął, w realiach nowego zakładu musiał złapać za pysk. Ci, którzy na funkcjonowaniu w starych śmieciach zjedli zęby, poodchodzili. Nie wytrzymali ciśnienia.

– Wielu starych klawiszy, przyzwyczajonych do atmosfery kameralnego kryminału, po prostu doznało szoku. Wcześniej było tu kilka bab wsadzonych za morderstwo, poza tym większość drobnych złodziejaszków i wiejskich gamoni z wyrokami za kradzież złomu albo spranie kobity. I nagle ktoś kazał nam trzymać w celach koszmary – tłumaczy Grzesiek. – Gdy zaczęto zaludniać nowy pawilon, rozpoczęła się jazda bez trzymanki. Codziennie dowiadywaliśmy się nieoficjalnymi kanałami, kto będzie do nas wysyłany w transport. Siedziało się wieczorami albo nocami na telefonach i gadało ze znajomymi z innych wielkich zakładów.

– Serwus, Zbysiu, co tam? Jak sytuacja?

– No, powiem ci, Grzesiu, że jutro wysyłamy do was sześciu najgorszych skurwysynów, jacy u nas siedzą – padała przeważnie odpowiedź.

Do zakładów z tej części Polski przyszło z góry zarządzenie, że mają wybrać odpowiednią liczbę zawodników spełniających kryteria i puścić ich do nas. Pół kraju – od Szczecina po Katowice – słało więc nam wszystko, co mieli najgorsze. Każdy wybierał takich, którzy sprawiali najwięcej kłopotów. Bo po co im problem? Szumowiny szumowin, sama śmietanka. Zwieziono do nas takich bandziorów, że w pierwszym tygodniu się po prostu posraliśmy. Zapanował chaos, nie wiedzieliśmy, jak z nimi postępować. Na przykład przyjechało kilku z grupy Szymka. Na wolności walili tiry. Opasłe tomy akt na ich temat. Jak zobaczyłem kwoty, jakimi obracali, i przeczytałem o popełnianych przez nich zbrodniach, to mi się po prostu kolana ugięły. Po trzech tomach miałem dość. A było jeszcze kilkanaście. Dla nich zlikwidować gościa, który mógł się rozpruć, to było jak splunięcie. Gdy czekałem na ciebie w aucie, wysłałeś mi SMS: „Już idę”. Oni wysyłali do siebie inne wiadomości. „Rozpierdol go” – to była norma. Nigdy wcześniej z takim materiałem nie pracowaliśmy. A w kilka tygodni mieliśmy na zakładzie setki podobnych przypadków. Wszyscy błyskawicznie musieliśmy się uczyć ich obsługi.

Andrzej doskonale pamięta pierwsze zasiedlenie. Był wtedy kierownikiem ochrony.

Przez bramę zakładu wjeżdża więzienna suka-autobus z Wronek. Dodatkowo dwa busy z obstawą – kilkunastu uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy. Kominiarki, broń krótka, broń maszynowa, kamizelki kuloodporne. Transport dostarczony, brama zamknięta. Broń zdana do magazynu, bo na terenie nikt nie ma prawa mieć przy sobie nawet skitranego pistoletu. Można wypakowywać. Z autobusu, jeden po drugim, wyskakuje 30 postaci. Każda w skarbowym uniformie, wkuta w gejszę i z historią godną dokumentalnych filmów.

Andrzej osobiście wybierał do obrobienia tego transportu samych doświadczonych klawiszy. Strach pomyśleć, co by się działo, gdyby puścił do nich „dzieciaki”, które chwilę wcześniej zatrudnił praktycznie z ulicy, by w ogóle miał kto pracować na nowym pawilonie. Zdarzyło się, że jednego dnia zaakceptował 60 takich świeżaków.

Dowódca zmiany zarządza: – Osadzeni, w szereg!

Funkcjonariusz dostrzega, że na palcu jednego ze złodziei świeci się złota obrączka.

– Panie osadzony, ze względów bezpieczeństwa proszę o zdjęcie obrączki.

– Nie ściągnę.

I szok. Wcześniej to było przecież nie do pomyślenia, żeby złodziej odmówił ściągnięcia biżuterii.

– Dlaczego pan nie ściągnie?

– We Wronkach nosiłem, to tu też będę nosił. Możecie mnie w dupę pocałować.

Pierwszy człowiek przyjęty w nowym zakładzie i już podniesione ciśnienie. Funkcjonariusz zgłasza problem dowódcy, dowódca idzie do kierownika ochrony.

– Panie kierowniku, co robimy?

– Gówno mnie to obchodzi. Ma tę obrączkę zdjąć.

Może się to wydawać błahostką, ale co zrobić w takiej sytuacji? Opcje są dwie. Pierwsza – siłowa. Kasujesz gościa na celę zabezpieczającą. Tyle tylko, że masz takie cztery na cały zakład. Czterech pierwszych tam zamkniesz, a co zrobisz z resztą? Druga opcja to rozwiązanie praktyczne.

– Panie, wiem, że tam może pozwalali wam nosić obrączki. Zróbmy tak: zdejmie ją pan. Osobiście zainteresuję się tematem. A jutro napisze pan prośbę do dyrektora o możliwość noszenia i będzie pan ją miał. No bo nosił ją pan we Wronkach, tak?

– No tak.

– To tu też pan będzie nosił, jak dyrektor wyrazi zgodę.

I ściągnął, oddał. Kolejny raz zobaczy ją, gdy będzie wychodził, czyli pewnie za jakieś 20 lat. Bo człowieku, jakie złoto! Jaka zgoda! Po prostu we Wronkach nie chciał spokojnie pójść w transport, więc mu powiedzieli: „Chcesz obrączkę? To masz, w nowym zakładzie będziesz mógł nosić! Tam pozwalają”. I jechał. Żaden szamak nie chciał zresztą do nas jechać z jednego podstawowego powodu. Bo w Polsce mieliśmy opinię zakładu dla frajerów. Gdy wcześniej przyjeżdżał do nas chłop, z transportu prowadzili go na oddział. Tam z nim rozmawiałem.

– Ty co, grypsujący?

– No.

– Oczywiście, super. U nas grypsuje się w niedziele od ósmej do dziewiątej w kaplicy na mszy, z babciami. I to jak ci ksiądz pozwoli. A teraz wyjazd do celi.

I taka szła fama. Nasz zakład od zawsze w środowisku recydywistów uznawany był za babski kryminał. A facet-szamak to wiadomo – musi być zamek, R1, wojna dzień i noc z klawiszami. Dla nich wyjazd do nas to była potwarz, bronili się przed tym rękami i nogami. Inne zakłady miały z tym ogromne problemy, czasem trzeba było pacyfikować buntujących się złodziei. Zmieniło się to dopiero, gdy dotarły pierwsze transporty. Gdy zobaczyli, że to już nie frajernia. Że przerastamy Wronki, Sztum, Rawicz i Wołów razem wzięte.

Tak czy siak dla Grześka i Andrzeja to była całkowicie nowa materia. Grypsujący, choć to i tak grupa na wymarciu, bo teraz w zakładzie liczą się pieniądze zamiast twardych reguł, był dla nich jak ufoludek – słyszeli o nim, widzieli na filmach, ale w rzeczywistości kompletnie nie znali zasad. Grzegorz podczas szkoleń i konwojów poznał wielu ludzi, którzy siedzieli w tym przez całe życie. Gdy opowiadali, chłonął tę wiedzę, a później wdrażał na nowym zakładzie.

– Dzięki temu wiedziałem na przykład, że jak na kajfusa, czyli tego pchającego wózek pod cele i lejącego zupniaka, dasz gościa skazanego na przykład za gwałt, to momentalnie masz pożar w więzieniu. Za godzinę grypsujący dowiedzą się, że karmił ich gaciarz, i jest bunt. Niewyobrażalna sprawa – mówi i dodaje: – Na samym początku mieliśmy przesrane, bo nawieźli nam materiału, a my, ochroniarze, nie mieliśmy pojęcia, kto za co siedzi. I nie wiesz, kogo pierwszego dnia wrzucić na kalifaktora. W panice pojawił się pomysł, żeby przebrać mnie w więzienne ciuchy i żebym to ja wydawał posiłki do czasu, aż nie opanujemy tego chaosu. Nie przeszło, ale było blisko. Poznawanie nowej rzeczywistości zajęło nam dobre dwa lata.

I dalej: – W końcu się jednak ogarnęliśmy. Złotą zasadę przedstawił mi stary garus, który miał już swoje nafikane i zajechane łącznie ze trzydzieści lat. Powiedział mi: „Jeśli zachowujesz się jak człowiek, będą cię traktować jak człowieka. A jak się zachowujesz jak pajac, to wszyscy – i złodzieje, i klawisze – będą cię traktować jak pajaca”. I to w więzieniu reguła pozwalająca przetrwać wszystko. Po odejściu na emeryturę przed kilkunastoma miesiącami zrobiłem rachunek sumienia. Wyszło mi, że nigdy nikomu nie wyrządziłem jakiejkolwiek niegodziwości. Byłem jednak konsekwentny. A to nie zawsze za murami się podobało. Czasem prowadziło do zdarzeń, o których zwykłemu człowiekowi nawet się nie śniło.

Panie Nowak, ja się pana boję

– Wypierdalaj chuju! Będę robił, co mi się podoba! Słyszysz, psie?! Wypierdalaj stąd! – krzyczy niebezpieczny więzień pod trójką. Farbkami wymalował już wszystko w celi, włącznie z własną twarzą. Wszystko poza przekazanymi mu przez psychologa kartkami.

– Dobra, panowie, jedziemy! – zarządza Andrzej i robi dwa kroki w tył.

Jeśli zastanawiasz się, czy jest możliwość, że największy, najcięższy, najgroźniejszy, znający sztuki walki bandyta będzie w stanie się długo bronić i zadawać ciosy, odpowiedź brzmi: nie ma najmniejszych szans. Gdy pod celę wpada czterech funkcjonariuszy w pełnym rynsztunku, z ogromnymi tarczami, każdego zgniotą jak robaka. Akcja trwa może 20 sekund.

– Zapierdolę was! Wszystkich was zajebię! Znam cię, kurwo! Znam twoją matkę! Wyrucham ci córkę! Zobaczysz, psie! Aua! Aaa! Kurwa! – wydziera się agresywny artysta, którego grupa interwencyjna przyciska właśnie do ściany, a potem za pomocą chwytów obezwładniających i transportowych doprowadza do celi zabezpieczającej. W niej – puściusieńko. Poza metalowymi kiblem, stoliczkiem i taboretem w przedsionku – nic. Przebiera się tam jeszcze delikwenta w skarbowe ciuchy, zakłada pas obezwładniający, kask ochronny i tak zamyka.

Wszystkie dźwięki mają w podłodze cztery zabezpieczone otwory. Gdy zdarza się użycie trzyczęściowego pasa, trzeba wstawić specjalne łóżko. Kładziesz rozszalałego złodzieja, pasami przypinasz mu ręce, nogi i głowę. Stosuje się to bardzo rzadko. Andrzej przez tyle lat tylko raz zdecydował się na taki środek – gdy okazało się, że pas i kask to za mało. Przeważnie jednak kończy się na pasie i kasku. Dzięki niemu osadzony może walić głową w ściany do woli – i tak sobie nic nie zrobi. Dowódca musi w odpowiednich odstępach czasu sprawdzać samopoczucie i zachowanie skazanego.

– Gdy nie było jeszcze kamer, rzucało się: „Ty, chuju, będziesz spokojny? Bo jak nie, to tu będziesz siedział, aż zdechniesz”. Odkąd pojawiły się kamery, mówi się odrobinę inaczej. „Panie osadzony, czy zaprzestanie pan działań niezgodnych z prawem, które zobligowały mnie do zastosowania środków przymusu bezpośredniego?”. W takiej celi ma przebywać do czasu ustania przyczyn zastosowania, jednak nie dłużej niż czterdzieści osiem godzin. Ale jeśli gościa wsadzasz tam wieczorem, to przecież nie będziesz go wyciągał po kilku czy kilkunastu minutach, tym bardziej w nocy. Niech gnije. Wystarczy, że napiszesz: „Nie zachodzą przesłanki do zaprzestania”. Spanie? Materac, koc, poduszka, rzucasz mu to na podłogę – opisuje Andrzej.

Gdy człowiek bez pojęcia o zakładzie słyszy: „więzień niebezpieczny”, od razu myśli: psychopata, seryjny morderca, płatny zabójca. A równie dobrze może to być chłopak, który wracał z wiejskiej dyskoteki i pod wpływem alkoholu rozjechał kogoś na pasach. Na ten status można sobie bowiem zasłużyć ciężarem przestępstwa (na przykład brutalne zabójstwo czy planowanie zamachu terrorystycznego), ale także zachowaniem w zakładzie. Choćby próbą dokonania ucieczki. Albo nakłanianiem do tego innych. Albo zaatakowaniem klawisza.

– U nas w zakładzie zasada była prosta: kto się rzucił na funkcjonariusza, z miejsca był kuty w gejszę i nadawano mu enkę – mówi Andrzej.

To jednak uciążliwe, bo gdy masz na stanie niebezpiecznego, musisz stosować specjalne procedury. Gdy ma wyjść z celi, na przykład do lekarza albo na spacerniak, wstrzymujesz ruch w całym kryminale. On się przemieszcza, a wszyscy inni są zamknięci. Enka nigdy nie widzi nikogo poza strażnikiem. Dopiero gdy przeszedł – radio, komunikat: „Okej, po wszystkim” i ruch na zakładzie wraca do normy. Między innymi dlatego właśnie budowane są zamki. Niebezpieczni w ogóle stamtąd nie wychodzą. Na miejscu mają lekarza, spacer, widzenia, telewizor – wszystko. Co trzy miesiące zbiera się komisja penitencjarna. Debatuje. I albo zmienia status, albo nie. Jeśli tak, otwierasz osadzonego, pobiera zwykłe ciuchy, przebiera się i wypad na normalną celę.

O Andrzeju mówili czasem, że był nerwus jak mało który klawisz. Że gdy tylko złodziej mu podskoczył, atanda w kilka sekund pakowała gościa jak paczkę na święta. On jednak uważa, że to nieprawda, bo gdy dochodziło do sytuacji ekstremalnych, zawsze próbował ze skazanym rozmawiać i rozwiązywać problemy na drodze pokojowej.

Dzień, jakich za murami miał setki. Telefon na wartownię, informacja z oddziału: 

– Panie dowódco, problem jest! Nowak nawrzucał pielęgniarce, próbowaliśmy go ogarnąć, ale nakręcił przeciwko nam całe piętro. Ciepło nam się tu robi!

Nowak. Trząsł stutysięcznym miastem. Wsadzili go za „dychę”, czyli za rozboje. Latał po mieście z nożami, siekierami i terroryzował okolicę. Zakapior niebywały, grypsera pierwszej wody. Normalny człowiek gdyby tylko na niego popatrzył, ze strachu straciłby przytomność.

Andrzej idzie na oddział. Podchodzi pod izolatkę, w której Nowak odbywa karę. Słychać krzyki w innych celach. Otwiera drzwi, za nimi jest jeszcze krata, jak u niebezpiecznych. Odwraca się do całego zastępu ludzi z psychologiem na czele.

– Idźcie stąd wszyscy, dajcie mi z nim pogadać.

Poszli. Dowódca robi dwa kroki, ale staje dobry kawałek od kraty.

– Panie Nowak, ja tam dalej nie podejdę, bo się pana boję – rzuca do osiłka. Ten patrzy na niego zdziwiony. – No co, trudno panu pojąć, że dowódca zmiany boi się złodzieja? A ja panu mówię prawdę. Nie ufam panu, bo podejdę bliżej, a pan mi czymś przyjebiesz. Dlatego stoję za kratą. Ale obiecuję panu: jeśli rzucisz pan we mnie czymkolwiek, to ja pana tutaj zniszczę. Rozumie pan? Zniszczę. Bo mój jeden okrzyk, wpada dwudziestu zdrowych chamów i pan nie żyjesz. Wywloką pana stąd w pizdu i przestaniesz pan istnieć w zakładzie. Wywiozą pana do Suwałk albo do żubrów w puszczy. I ja to panu załatwię, dobrze pan o tym wiesz. Po drugie: powiedziałem, że się pana boję, ale teraz to ja pana nastraszyłem. Możemy teraz pogadać normalnie. Niech pan podejdzie do kraty.

– Co, kurwa?! Po chuj?!

– Pan podejdzie, może pan tylko zyskać.

Podchodzi.

– Panie Nowak, jest pan grypsujący?

– No.

– Uważa się pan za grypsującego, a zachowuje tak, że gdyby to wyszło, to jesteś pan chodzący trup. Nie trzeba będzie pana stąd wyciągać, wywozić. Wystarczy, że w zakład pójdzie informacja, a pana koledzy spuszczą pana w kiblu. Dlaczego się pan tak zachowuje? To grypsujący mówi tak do kobiety? Takie macie zasady? Mnie innych uczono. Przecież to wstyd. Umówmy się tak: ja stąd wychodzę. Nie wymagam, żeby pan tu kogoś przepraszał. Jesteśmy w końcu w kryminale. Ale obiecuję panu, że jeżeli będzie pan robił to, co robi, zrealizuję swoje obietnice. Nie musimy być przyjaciółmi. I nigdy nie będziemy. Ale wie pan, że różni nas jedna, jedyna rzecz. Nigdy się nie wywyższam, że ja to wielki pan klawisz, a pan zwykły śmieć złodziej. Nigdy. Różnica jest inna. Ja zawsze mogę być panem. Bo nie siedziałem, a siedzieć mogę. A pan nigdy nie będzie mną. Bo już pan siedział, więc klawiszem nie zostanie. Poza tym niczym się nie różnimy. A że robimy sobie pod górkę? Życie. Ja mam taką pracę, a pan takie zasady. Dopóki będą się trzymały kupy, będzie dobrze. Jeśli się za bardzo rozejdą, pan przegra. Wszyscy przegracie. Teraz wychodzę. Możemy w spokoju stąd pójść? Chyba że woli pan, żebym otworzył tę kratę.

Chwila ciszy.

– Idźcie stąd. Idźcie w chuj! – wysyczał przez zęby.

Można bez atandy? Można. Tylko nie zawsze się da.

Kwintesencja

Wstawaj, Karol, już czas. Na oślep macasz łapą parapet, w końcu trafiasz w przycisk i wyłączasz budzik. Jest chwila przed piątą. Żona leży obok, ale ani drgnie. Trzynaście lat dzielenia się chłopem z kryminałem uodporniło ją na nieprzyjemne dźwięki o tak nieludzkiej porze. Zrywasz się z wyra, zerkasz przez okno. Oczy sklejone snem. Śnieg, pozdrowienia od kończących szychtę ulicznych latarni. W łazience – skrobanie zarostu, w kuchni – skrobanie zmarzniętego masła. Chlipiesz zbożową kawę, pakujesz w plecak pudełka z wczorajszym obiadem. Zaspane „siema” rzucasz kumplom w szatni za dwadzieścia szósta. Mundur. Metalowe schodki. Wartownia. Odprawa. Wszyscy w szeregu. Dowódca informuje, co działo się w nocy. Kto świrował, jakie problemy, na kogo i na co zwrócić uwagę.

– Panie i panowie, o pierwszej trzydzieści na oddziale drugim mieliśmy karetkę. Osadzony Bielski zgłosił ból brzucha. Było podejrzenie wyrostka, ale nie zabrali go do szpitala. Dostał piguły, proszę o zwrócenie na niego uwagi, żeby nam tu nie fiknął – mówi i ciągnie: – W nocy zjechał transport. Przywieźli nam Kowalskiego Krzysztofa. Na pewno kojarzycie, pod wpływem narkotyków wpadł samochodem w przystanek autobusowy, zabił dwójkę dzieci i ich matkę. Załamany, suicydalny. Proszę o częstsze prześwietlanie celi, żeby się nie wyhuśtał. Przypominam też, że dziś jest dzień widzeń. Proszę o dokładne sprawdzanie osadzonych wracających z widzeniówki, szczególnie pod kątem narkotyków. Gdyby działo się coś nieprzewidzianego, proszę o informację. I jeszcze jedno. Na ence jest nowy klient, prosto z transportu. Wiadomo, panowie, wzmożona czujność. Zapoznajcie się tam dokładnie z panem i przedstawcie zasady.

Później dowódca dzieli jeszcze robotę: kto będzie odpowiadał za wychodzący transport, kto przygotuje na to złodziei. Dostajesz rozpiskę z czynnościami procesowymi: kto z twojego oddziału i o której godzinie ma być doprowadzony, więc kogo i o której będziesz miał wydać strażnikowi. Dobrze, że dziś dowódcy nie chciało się odpytywać z przepisów. Młodzi na odprawach są przez to zawsze zesrani po szyję.

– Jak samopoczucie? Gotowi do służby? Wszyscy zdrowi? – kończy poranne zebranie.

– Gotowi, panie dowódco! – rzuca chórem 30 strażników.

– Dobrze, w takim razie życzę spokojnej służby!

– Wzajemnie!

O szóstej wchodzisz na oddział.

Palisz lampy, dzwonisz na apel. Pojawia się dowódca, trzyma apelówkę – kartkę z dokładnym wykazem więźniów. Zabezpiecza go funkcjonariusz rezerwy. Ty – oddziałowy – otwierasz po kolei wszystkie cele. Złodzieje, bez wyjątku, mają stać. To świętość.

Pierwsza cela, druga, piąta. Idzie sprawnie.

– Cela siedem! Stan osobowy: sześciu! – melduje starszy celi. Dowódca liczy, jednego brakuje.

– A szósty?

– Nie wstał z koja – pada odpowiedź.

Orientujesz się, że chodzi o młodego Romka Kowalskiego. Znasz ich wszystkich jak członków własnej rodziny.

– Kowalski, kurwa, rusz dupę, bo wszyscy na ciebie czekają – poganiasz osadzonego.

– Daj żyć, kurwa... – słyszysz spod koca, ale ruchu nie widzisz.

– Dobra, już nie wstawaj. Pokaż tylko pysk. Okej. Masz kwita.

Kto łamie podstawową zasadę, automatycznie ma wniosek o ukaranie. Wyciągasz jeszcze ze skrzynki koło klapy prośby oraz listy i zatrzaskujesz drzwi.

Poranny apel to kwintesencja tej roboty. Zwykły człowiek wchodzący rano na męski oddział momentalnie sinieje. Cela – pięciu chłopa. Ostatnią łaźnię mieli trzy dni temu, siedzą bez dezodorantów. Do tego zima, okno zamknięte. Każdy się czegoś nażarł, na kolację był paprykarz, poza tym jednemu zostały kabanosy ze świątecznej paczki, drugi właśnie wyszedł z kibla. Dwóch zdążyło przyćmić szluga. Otwarcie celi na poranny apel jest często jak zderzenie z pociągiem. Smród wycina równo z trawą. Młody strażnik długo się do tego przyzwyczaja.

Po apelu przechodzisz jeszcze przez cały oddział i sprawdzasz, czy wszystkie cele są zamknięte na ostro, czyli oprócz zasuw drzwi są zamknięte na klucz. Gasisz światła, żeby spali dalej i nie męczyli cię od samego rana. Wchodzisz do dyżurki, włączasz czajniczek. Kilka minut względnego spokoju. Gdy parzysz kawę, jest 6.20. Spokój, oby jak najdłużej.

Pana Boga za nogi

Niewiele brakowało, a Grzesiek, zamiast toczyć codzienną wojnę z bandytami, jeździłby po kraju i handlował oranżadą. Albo do dziś wkręcał śruby w plastikowe okna. Brzmi to absurdalnie, ale wciągnięcie za więzienne mury było jego marzeniem. I żeby nie było wątpliwości: nie przez powołanie. Przez biedę.

– Moja żona zarabiała wtedy pięćset złotych, z czego dwieście pięćdziesiąt wydawała miesięcznie na autobus. Mało brakowało, a byśmy z głodu pozdychali – wspomina.