Wydawca: E-bookowo Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 251 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gabinet nr 13 - Edgar Wallace

Johnny Gray po prawie dwóch latach opuszcza więzienie, do którego trafił za sprawą Wielkiego Drukarza – enigmatycznej postaci, którą zna zaledwie kilka osób, a poszukuje policja i banki w całej Europie. Po powrocie Johnny kieruje pierwsze kroki do domu swojego przyjaciela Piotra Kane’a, którego córka Marney jest miłością jego życia. Niestety, zjawia się zbyt późno – Marney właśnie tego dnia została żoną majora Forda, który w rzeczywistości jest synem Emanuela Lege'a – największego wroga jej ojca. Tylko Johny domyśla się , że ślub jest częścią misternie zaplanowanej zemsty na Piotrze i zrobi wszystko, aby temu zapobiec. Pomoże mu w tym tajemniczy pan Reeder.

Opinie o ebooku Gabinet nr 13 - Edgar Wallace

Fragment ebooka Gabinet nr 13 - Edgar Wallace

Gabinet nr 13

Edgar Wallace

Przełożył Marceli Tarnowski

Tytuł oryginału:

Room 13

Redakcja:

Renata Horbal

Korekta:

Barbara Meisner

Ilustracja na okładce:

victor zastol’ski, Alex Slobodkin, Gregor Buir

Zdjęcie na okładce:

© Pgiam

Skład i redakcja techniczna:

Damian Walasek

© copyright by wydawnictwo Damidos 2012

Publikowany obecnie przekład został oparty na wydaniu z 1928 i 1990 roku. 

W trakcie opracowania dokonano znacznych zmian.

ISBN 978-83-7855-057-0

Wydawnictwo Damidos

Al. Solidarności 115 lok. 2

00-140 Warszawa

wydawnictwo@damidos.com

Dystrybucja wersji papierowej:

TROY-DYSTRYBUCJA Sp. z o. o.

Oddział:

ul. Pionierów 39

41-711 Ruda Śląska

tel. 32 258 95 79

www.troy.net.pl

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Rozdział I

Nad ponurym kamiennym portalem widniały wyrzeźbione słowa:

PARCERE SUBIECTIS

W chłodne dni Johnny Gray tłumaczył ten napis w żargonie swoich towarzyszy jako: „Klatka na ptaszki”. W każdym razie tłumaczenie „Oszczędzać zwyciężonych” nie miało zupełnie sensu, gdyż nie był on ani zwyciężony, ani oszczędzany.

Codziennie on i Lal Morgon zaprzężeni do ciężkiej taczki patrzyli roztargnionym wzrokiem, jak rudobrody wartownik wkładał klucz do potężnego, błyszczącego zamka i otwierał bramę. Potem przechodził mały pochód z uzbrojonym dozorcą z przodu i uzbrojonym dozorcą z tyłu, i wrota zamykały się znowu.

O czwartej ponownie wracał pod bramę więzienną i czekał aż taczki zostaną wpuszczone.

Znali tu każdy budynek, aż do obrzydzenia. Nędzne sale wysmarowane smołą przeciw burzom z okolic Dartmoor, niskie biuro, gazownia, wielka jak szopa pralnia, stara piekarnia, dziedziniec brukowany asfaltem, brzydka, choć wystrojona kaplica, długie wyszorowane ławki z podwyższonymi siedzeniami dla dozorców… i cmentarz, gdzie szczęśliwie wyzwoleni „dożywotni” wypoczywali po trudach życia. Pewnego wiosennego poranka wyszedł z oddziałem roboczym za więzienną bramę. Budowali szopę, a Johnny przyjął na siebie godność i odpowiedzialność murarza. Lubił tę robotę, gdyż można było przy niej swobodniej rozmawiać, a Johnny Gray chciał się dowiedzieć od Lala Morgona czegoś o Wielkim Drukarzu.

— Tylko dziś nie gadać za wiele — powiedział dozorca i zasiadł na przykrytym workiem stosie cegieł.

— Tak, proszę pana — odparł Lal.

Był to chudy „dożywotni” w wieku około pięćdziesięciu lat, który miał tylko jedną ambicję: żyć na tyle długo, aby sobie zasłużyć na nową karę więzienną.

— Ale nie przez jakieś tam włamanie, Gray — powiedział, kładąc cegłę na właściwym miejscu — ani przez strzelanie, jak stary Legge, ani przez szwindel ze Spider Kingiem, tak jak ty.

— Ja swoich trzech lat nie dostałem przez szwindel ze Spider Kingiem — odparł Johnny spokojnie. — Nie wiedziałem, że Spider King był przemycony. Kiedy go brałem na tor, nie wiedziałem, że to był zupełnie inny koń. Podstawili Spider Kinga, żeby mnie wpakować. Nie skarżę się na to.

— Wiem, że jesteś niewinny, jak wszyscy tutaj — rzekł Lal pobłażliwie. — Jestem w tej klatce jedynym winnym. Dyrektor też to mówi: Morgon cieszę się, że mam przynajmniej jednego winnego, który nie jest ofiarą intryg lub okoliczności, jak wszyscy inni w tym zakładzie.

Johnny nie odezwał się więcej na ten temat. Nie miał powodu. Fakt ten był poza wszelkim sporem. Był on dokładnie poinformowany o wielkich oszustwach na torach wyścigowych i miał powiązania z ludźmi, którzy zakładali się o przemycane konie. Przyjął zasądzoną karę trzech lat więzienia bez szemrania, bez skargi. Nie dlatego że popełnił przestępstwo, o które go oskarżono, nie, miał inny poważniejszy powód.

— Jeżeli zwalili na ciebie winę, to dlatego że jesteś głupcem — podsumował stary Lal. — Po to są głupcy na świecie, żeby ich wrabiać. Co powiedział na to stary Kane?

— Nie widziałem Kane’a — odparł Johnny krótko.

— I on był z pewnością zdania, że jesteś głupcem — powiedział Lal z satysfakcją. — Podaj mi cegłę, Gray i zamknij gębę! Idzie Długonosy Oprawca.

Długonosy Oprawca nie był gorszy niż jakikolwiek inny dozorca. Przywlókł się ze swoją pałką, której rączka wystawała mu z kieszeni.

— Nie gadać tyle — powiedział automatycznie.

— Poprosiłem tylko o cegłę, proszę pana — powiedział Lal pokornie. — Te cegły nie są tak dobre, jak te z poprzedniego transportu.

— Już to zauważyłem — powiedział dozorca, oglądając badawczo cegłę niezadowolonym wzrokiem znawcy.

— Jestem pewien, że pan to zauważył — przytaknął pochlebca z wyrazem prawdziwego podziwu i szacunku. A gdy dozorca oddalił się, powiedział spokojnie:

— Ten krótkowzroczny nochal nie potrafi odróżnić cegły od pieca gazowego. To ten chłop, którego stary Legge przekupił, kiedy tu siedział, dzięki niemu co drugi dzień dostawał prywatne listy. Ale stary Legge ma pieniądze. On i Piotr Kane rozpruli stalową kasę na „Orsonicu” i ulotnili się z milionem dolarów. Piotra nie złapali, ale Legge był lekkomyślny. Zastrzelił glinę i dostał dożywotnie więzienie.

Johnny słyszał już ze sto razy historię Legge’a, ale w wieku, w jakim znajdował się Lal Morgon, każda historia, którą opowiadał, była nowa.

— Dlatego nienawidzi Piotra — ciągnął gadatliwy murarz. — Dlatego on i młody Legge dostaną jeszcze Kane’a w swoje łapy. A młody Legge to sprytny chłop! Mów, co chcesz: mając trzydzieści lat jest największym fałszerzem pieniędzy na świecie! A to, co robi, to nie są zwyczajne banknoty. Najlepsi eksperci otwierają gęby ze zdziwienia, kiedy widzą zrobione przez niego pieniądze. Nie mogą ich odróżnić od prawdziwego szmalu z Banku Anglii. Policja i tajni agenci od lat depczą mu po piętach i nie mogą go złapać!

Dzień był gorący i Lal zdjął kurtkę w czerwone i niebieskie pasy. Nosił, podobnie jak inni robotnicy, poplamione żółte spodnie — ze słabym odciskiem pieczęci więziennej, na łydkach miał żółte getry i białą koszulę z wąskimi niebieskimi paskami, z grubej bawełny. Na głowie nosił czapeczkę, ozdobioną tajemniczymi cyframi, oznaczającymi daty jego wyroków.

— Nie spotkałeś się nigdy z młodym Jeffem? — zapytał Lal, wygładzając starannie zaprawę. Jego pytanie brzmiało raczej jak stwierdzenie faktu.

— Widziałem go, ale nigdy nie poznałem — brzmiała ponura odpowiedź Johnny’ego, a coś w jego głosie zwróciło uwagę starego więźnia.

— On mnie wrobił — powiedział Johnny, a Lal wyraził swoje zdumienie przez zabawne kiwnięcie głową, które było podobne do ukłonu.

— Nie wiem dlaczego, ale wiem, że to był on — powiedział Johnny. — To on zorganizował cały szwindel, skłonił mnie do wprowadzenia konia na tor, a potem wsypał. Do ostatniej chwili nie wiedziałem, że rzekomy Spider King był zręcznie podstawionym Boy Soundersem.

— Sypanie to zła rzecz — powiedział Lal, który wydawał się zmieszany i zakłopotany. — I do tego syn Emanuela Legge’a! Dlaczego to zrobił, czy nabrałeś go z forsą?

Johnny potrząsnął głową.

— Nie wiem. Jeżeli to prawda, że on nienawidzi Piotra Kane’a, to może zrobił to przez zemstę, bo wie, że ja go bardzo lubię. Kane ostrzegał mnie nawet przed zadawaniem się z szajką, która ze mną na wyścigach…

— Przestańcie tam wreszcie gadać!

Przez pewien czas pracowali w milczeniu. Potem:

— Oprawca jeszcze w tych dniach każe kogoś powiesić — powiedział Lal spokojnie. — To ten chłop, któremu mały Lew Morse zawdzięcza chłostę, podobno u kowala omal go nie zabił śrubokrętem. Szkoda! Lew był już po kieliszku — mówił nieraz, że wolałby być martwy niż trzeźwy.

O godzinie czwartej oddział roboczy wyruszył z powrotem po wąskiej uliczce w stronę wrót więziennych.

PARCERE SUBIECTIS

Johnny spojrzał w górę i kiwnął głową w stronę szyderczych słów. Zdawało mu się, że napis z portalu odpowiedział na jego pozdrowienie. O wpół do piątej wszedł do swojej samotnej celi, a żółte drzwi zamknęły się za nim z metalicznym dźwiękiem.

Była to duża, wysoka cela, kolory złożonych pledów dodawały jej wesołości. Na deseczce w jednym kącie widniała fotografia foksteriera, który z pytającym wzrokiem zwracał do niego śliczną główkę.

Johnny napełnił kubek wodą i wypił duszkiem, podczas gdy jego spojrzenie spoczywało na zakratowanym oknie. Za chwilę podadzą mu herbatę, a potem przez kolejne osiemnaście i pół godziny na drzwi będzie założony zamek. Przez osiemnaście i pół godziny musiał wypełnić sobie czas, tak jak umiał. Dopóki było jasno, mógł czytać — tom opowiadań podróżniczych leżał na gzymsie, który służył za stół. Mógł też pisać na swojej tabliczce albo rysować konie i psy, albo rozwiązywać nieskończenie długie zadania matematyczne, albo pisać wiersze…, albo myśleć!

To było najgorsze zajęcie. Przeszedł przez celę i zdjął fotografię. Brzeg był zupełnie wytarty na skutek częstego dotykania. Z półuśmiechem spojrzał terierowi w wielkie oczy.

— Szkoda, że nie umiesz pisać, stary Spotku — powiedział.

Inni umieli pisać i robili to, pomyślał, odstawiając fotografię na miejsce. Piotr Kane prawie nigdy nie wspominał o Marney, a Marney… od dawna już nie pisała. Nie oznaczało to niczego dobrego, było to bardzo znamienne, poniekąd nawet decydujące. Krótka uwaga: „Marney jest zdrowa” albo „Marney dziękuje za pamięć”, to było wszystko.

W tych krótkich zdaniach widniała jasno cała historia, historia miłości Piotra do córki i jego postanowienie, że nie poślubi człowieka, na którym ciąży hańba więzienia. Ubóstwienie dla córki było prawie manią Piotra — jej szczęście i jej przyszłość były zawsze na pierwszym miejscu. Piotr lubił go, Johnny to czuł. Życzliwość, jaką mu okazywał, była życzliwością ojca dla dorosłego syna. Gdyby nieszczęsna głupota nie wpędziła go do więzienia, Piotr dałby mu Marney, tak jak ona sama była gotowa oddać mu swoją rękę.

— Tak, tak — powiedział Johnny, pogrążony w myślach.

Potem przyniesiono herbatę, ostateczne zamknięcie drzwi, głęboka cisza… i znowu myśli.

Dlaczego młody Legge zwabił go do pułapki? Widział go tylko raz w życiu, nigdy nie poznali się osobiście. To, że widział ten jeden raz młodego fałszerza pieniędzy, to był przypadek. Legge nie mógł przypuszczać, że człowiek, którego wkopał, znał go, gdyż był on osobą iluzoryczną. Nie widywano go nigdy w stałych miejscach spotkań, gdzie zbierał się światek przestępców, aby się przechwalać, układać nowe plany albo rozkoszować się winem lub miłością.

Klucz zgrzytnął w zamku i Johnny podniósł się. Zapomniał, że był to wieczór, w którym odwiedzał go więzienny kapelan.

— Siadaj, Gray.

Drzwi zamknęły się za duchownym, który usiadł na łóżku Johna.

Dziwnym zbiegiem okoliczności podjął on wątek z rozmyślań Johna dokładnie w miejscu, w którym go przerwał swym wejściem.

— Chciałbym usłyszeć twoje prawdziwe zdanie o tym Legge’u… mam na myśli syna. Na niewiele się zda rozmyślanie o rzeczywistych czy urojonych krzywdach. Zbliża się już koniec twojej kary. Będziecie mieli obaj okazję do ujawnienia swojej urazy. Ale, Gray, nie chciałbym cię tu znowu zobaczyć.

Johnny Gray uśmiechnął się.

— Tutaj już mnie pan nie zobaczy! — powiedział ze znaczącym akcentem. — Co do Jeffa Legge’a, to wiem o nim mało, choć intensywnie o nim myślałem i słuchałem informacji na jego temat.

Kapelan w zamyśleniu potrząsnął głową.

— Ja o nim nie wiem zbyt wiele; nazywają go Wielkim Drukarzem, prawda? Słyszałem o tym, że Europa jest zarzucona fałszywymi pieniędzmi; wiem też, że policji nie udało się dotychczas schwytać człowieka, który je puszcza w obieg. Czy to jest Jeff Legge?

Johnny nie odpowiedział, a kapelan uśmiechnął się z lekkim niezadowoleniem.

— Nie będziesz zdradzał, jedenaste przykazanie, prawda? — zapytał dobrodusznie. — Obawiam się, że byłem niedyskretny. Kiedy kończy się twoja kara?

— Za sześć miesięcy — odpowiedział Johnny. — Nie będę się martwił!

— Co zrobisz? Czy masz pieniądze?

Wargi więźnia zadrżały.

— Tak, mam trzy tysiące rocznie — odparł ze spokojem. — Okoliczność ta z pewnych względów nie została ujawniona podczas śledztwa. Nie, ojcze, pieniędzy mi nie brak. Mam zamiar podróżować. W każdym razie nie będę usiłował ukryć swojej niechlubnej przeszłości.

— To znaczy, że nie masz zamiaru zmieniać nazwiska — powiedział kapelan. — Cóż, z trzema tysiącami rocznie nie wyobrażam sobie, żebyś miał tu wrócić.

Nagle coś sobie przypomniał. Sięgnął do kieszeni i wyjął list. — Wicedyrektor dał mi to dla ciebie. Byłbym zapomniał. Nadszedł dziś rano.

List, jak wszystkie, które otrzymywali więźniowie, był otwarty. Johnny rzucił obojętne spojrzenie na kopertę. Nie był to list od jego adwokata, jak się spodziewał. Widniało na nim śmiałe pismo Piotra Kane’a — pierwszy list, jaki Johnny dostał od niego od sześciu miesięcy. Zaczekał aż za duchownym zamkną się drzwi i wyjął kartkę z koperty. Było to tylko kilka wierszy:

Drogi Johnny,

Mam nadzieję, że wiadomość, jaką mam do zakomunikowania, nie przejmie Cię zbytnio. Marney wychodzi za majora Floyda z Toronto. Wiem, że Twoje serce jest na tyle wielkie i dobre, aby jej życzyć szczęścia. Człowiek, którego poślubi, jest naprawdę dzielnym chłopcem, który ją uszczęśliwi.

Johnny położył list na gzymsie i przez dziesięć minut przechadzał się po celi z rękami założonymi na plecach z tyłu. Marney wychodzi za mąż! Jego twarz była blada i skupiona, wzrok ponury i zasępiony. Zatrzymał się i drżącymi dłońmi napełnił kubek wodą, następnie podniósł go w stronę okna wychodzącego na wschód.

— Za twoje szczęście, Marney! — powiedział ochrypłym głosem i wychylił kubek.

Rozdział II

Dwa dni później Johnny Gray został wezwany do gabinetu dyrektora, aby usłyszeć ważną wiadomość.

— Gray, mam dla ciebie dobrą nowinę. Jesteś wolny. W tej chwili dostałem rozkaz zwolnienia.

Johnny pochylił głowę.

— Dziękuję panu — powiedział.

Dozorca zaprowadził go do łaźni, gdzie Johnny zdjął więzienne ubranie. Potem, owinięty pledem, przeszedł do drugiego pomieszczenia, gdzie czekało na niego cywilne ubranie. Ubrał się z dziwnym uczuciem i wrócił do swojej celi. Dozorca przyniósł mu przyrządy do golenia i lustro, aby mógł uzupełnić swoją toaletę.

Reszta dnia należała do niego. Był człowiekiem uprzywilejowanym i mógł spacerować w swoim niezwykłym stroju po więzieniu, stając się przedmiotem zazdrości ludzi, których poznał i którymi nauczył się gardzić; tych wszystkich na wpół obłąkanych, którzy przez cały rok szeptali mu do ucha swoje szalone historie.

Kiedy tak bezczynnie stał w hallu, drzwi otworzyły się gwałtownie i wbiegła gromada ludzi. Pośrodku nich krzyczało i wyło coś, co nie wyglądało ani jak człowiek, ani jak zwierzę. Twarz była pokrwawiona, a dozorcy z trudem usiłowali powstrzymać bijące na oślep ręce.

Johnny obserwował tę straszliwą grupę, która zbliżała się do cel karnych.

— Fenner — szepnął mu ktoś. — Pobił dozorcę, ale nie mogą mu dać znowu chłosty…

— Fenner to ten, „dwunastoletni”, który odsiaduje właśnie ostatnie dni? — zapytał Johnny, który przypomniał sobie więźnia. — Zdaje się, że jutro miał być wolny!

— To on — potwierdził rozmówca Graya, jeden z więźniów zamiatających hall. — Wykręciłby się dziewięcioma latami, ale stary Legge go wsypał. Zawsze ten stary, co? Mogliby go chłostać tylko do jutra, bo komisarze nadzorczy nie przyjdą przed upływem tygodnia.

Johnny przypomniał sobie dobrze tę sprawę. Człowiek ten w obecności Legge’a doznał brutalnej zniewagi ze strony jednego z dozorców, który został potem zwolniony ze służby. Pod wpływem rozpaczy nieszczęsny Fenner odpowiedział na uderzenie uderzeniem i został poddany przesłuchaniu. Zeznanie Legge’a mogło go uwolnić od kary, która go spotkała, ale Legge był zbyt zaprzyjaźniony z dozorcami, aby zdradzić klawisza. Fennera spotkała więc chłosta, której teraz miał uniknąć.

Ostatniej nocy Johnny nie mógł spać. Myśli o Marney nie opuszczały go. Ani przez chwilę nie robił jej wyrzutów, nie czuł też żalu do jej ojca. Piotr Kane słusznie dbał o dobro córki. Nieustanna troska o los Marney stała się prawie zmorą starego Kane’a i nie opuszczała go nigdy. Johnny domyślał się, że od chwili, kiedy poznał Kanadyjczyka, Piotr robił wszystko, co w jego mocy, aby doprowadzić do małżeństwa.

Johnny Gray szedł po raz ostatni w stronę bramy. Klucz w zamku przekręcił się i Johnny znalazł się za murem, wolny. Rudobrody dozorca wyciągnął rękę.

— Szczęśliwej drogi — mruknął. — Nie wracaj więcej „przez Alpy”.

— Zerwałem już z alpinizmem — powiedział Johnny.

Pożegnał się już z dyrektorem, a jedyne, co przypominało mu jeszcze o związku z ponurym więzieniem, było towarzystwo dozorcy, który szedł obok niego na stację. Do pociągu było jeszcze trochę czasu i Johnny spróbował zasięgnąć wiadomości z innego źródła.

— Nie, nie znam Jeffa Legge’a — powiedział dozorca, potrząsając głową. — Starego znałem, siedział tu do niedawna, wyszedł przed rokiem. Byłeś tu przecież wtedy, Gray?

Johnny skinął głową.

— Więc Jeff Legge nigdy nie przechodził „przez Alpy?” — zapytał z gorzkim uśmiechem.

— Nie, nie w tym więzieniu. O ile sobie przypominam, nie był też w Parkhurst ani w Portland. Byłem w obu tych miejscach. Mówią, że on jest mądry. To nie znaczy, że kiedyś jednak nie wpadnie. Do widzenia Gray, trzymaj się!

Johnny uścisnął wyciągniętą dłoń dozorcy, a gdy siedział w wagonie, wyciągnął z kieszeni jedwabną chusteczkę i starł z ręki ostatni ślad więzienia.

Kiedy po południu przybył na stację Paddington, służący już na niego czekał, a mały foksterier ze zwisającymi uszami szarpał się na smyczy i witał Johna głośnym ujadaniem, jeszcze zanim zobaczył go jego pan. W następnej chwili pies wił się w jego objęciach, lizał po twarzy, uszach i włosach, dając w ten sposób wyraz swej radości z ponownego spotkania. W oczach Johna były łzy, gdy stawiał psa na ziemię.

— Jest sporo listów dla pana. Czy będzie pan jadł w domu?

Niezrównany Parker powitał swego pana, jak gdyby wrócił po krótkim pobycie w Monte Carlo, nie okazując najmniejszego wzruszenia.

— Tak, będę jadł w domu — odparł Johnny.

Wsiadł do taksówki, którą wynajął Parker, a Spot wskoczył za nim.

— Nie ma pan bagażu? — zapytał Parker poważnie przez otwarte okno.

— Nie mam bagażu — odparł Johnny równie poważnie. — Możesz wrócić ze mną, Parker.

Służący zawahał się.

— Pozwoliłbym sobie w ten sposób na zbyt wielką swobodę — powiedział.

— Nie większą niż ta, na którą ja sam sobie pozwalałem przez ostatni rok i dziewięć miesięcy.

Kiedy taksówka wjechała na ponurą Chapel Street, Parker zapytał śmiało:

— Mam nadzieję, że czas, który ma pan za sobą, nie był za bardzo nieprzyjemny?

Johnny uśmiechnął się.

— Nie było to miłe, Parker. Więzienia rzadko bywają miłe.

— Wierzę, proszę pana — zgodził się Parker i dodał niepotrzebnie:

— Nigdy jeszcze nie byłem w więzieniu.

Mieszkanie Johna znajdowało się w Queens Gate. Johnny Gray na widok swego cichego, elegancko urządzonego gabinetu zaczerpnął głęboko powietrza.

— Jesteś głupcem — powiedział głośno do siebie.

— Tak jest, proszę pana — potwierdził Parker posłusznie.

Tego wieczoru wielu ludzi potajemnie odwiedziło mieszkanie na Queens Gate, a gdy Johnny przyjął pierwszego z nich, zawołał Parkera do małej jadalni.

— Parker, słyszałem, że podczas mojej nieobecności w kraju nawet dobrze urodzeni ludzie nabrali zwyczaju przyglądania się obrazom kinematograficznym?

— Cóż, proszę pana, nawet ja sam lubię te obrazy — potwierdził Parker.

— W takim razie możesz sobie wyszukać projekcję, która potrwa do jedenastej — powiedział Johnny.

— To znaczy, że pan…

— …że nie będę cię dziś wieczorem potrzebował.

Parker zrobił kwaśną minę, ale był dobrym służącym.

— Dziękuję, proszę pana — powiedział i wyszedł, zastanawiając się w duchu, jakie to szalone plany może mieć jego pan.

O wpół do jedenastej żegnał się ostatni gość.

— Odwiedzę Piotra jutro — powiedział Johnny, rzucając niedopałek papierosa do kominka w salonie. — Nie wie pan, kiedy to małżeństwo ma dojść do skutku?

— Nie, kapitanie. Bardzo słabo znam Piotra.

— Kim jest narzeczony?

— Bardzo elegancki pan, w każdym razie Piotr to szczwany lis i umiał dobrać zięcia. Jakiś major armii kanadyjskiej, jak słyszałem, bardzo dzielny człowiek. Piotr łatwiej złapie gawrona niż kto inny muchę…

— Piotr nigdy nie polował na gawrony — powiedział Johnny ostro.

— Nie wiem — powiedział gość. — Co minutę ktoś się rodzi…

— Ale długo trwa zanim dorośnie, a kobiety chwytają jako pierwsze — powiedział Johnny wesoło.

Kiedy Parker wrócił za kwadrans dwunasta, zastał swego pana przed kominkiem, pełnym spalonych papierów.

Nazajutrz po południu, zaraz po lunchu, Johnny udał się do Horsham, a ktokolwiek widziałby jego atletyczną postać, idącą wzdłuż Horsham Road, nie mógłby nawet przypuszczać, że jeszcze przed niespełna czterdziestu ośmiu godzinami człowiek ten był mieszkańcem więziennej celi.

Przyszedł, aby stoczyć ostatnią rozpaczliwą walkę o swoje szczęście. Jak się ta walka skończy, jakie argumenty wytoczy, tego Johnny nie wiedział. Był jeden, tylko jeden ważny argument, ale jego nie mógł użyć.

Kiedy skręcił na Down Road, ujrzał dwie wielkie limuzyny, stojące jedna za drugą i zastanawiał się, co to może znaczyć.

Posiadłość Manor Hill znajdowała się na uboczu. Był to solidny, murowany dom, którego ściany obrośnięte były zielenią, co nadawało mu wesoły wygląd. Johnny ominął główne wejście i wszedł na boczną ścieżkę, która, jak wiedział, prowadziła na trawnik za domem, gdzie Piotr lubił się o tej porze dnia wygrzewać.

Będąc już prawie na miejscu, zatrzymał się. Zgrabna pokojówka rozmawiała ze starszym mężczyzną, ubranym w liberię kamerdynera. Jego pomarszczona twarz wyrażała zmieszanie, a głowę pochylał jak przy intensywnym nasłuchiwaniu, choć nawet głuchy nie mógłby nie słyszeć, co mówiła.

— Nie wiem, w jakich domach pan bywał i gdzie pan służył, ale powiem panu jedno, jeżeli jeszcze raz pana przyłapię w swoim pokoju na szperaniu w moich rzeczach, powiem o tym panu Kane’owi. Wypraszam to sobie, panie Ford!

— Dobrze, panienko — powiedział zachrypniętym głosem służący.

Johnny wiedział, że to nie zdenerwowanie wywołało tę chrypkę. Barney Ford od dzieciństwa mówił ochryple, prawdopodobnie już w kołysce tak płakał.

— Jeżeli jest pan włamywaczem nie mogącym wyzbyć się dawnych przyzwyczajeń, wszystko jest jasne — ciągnęła dziewczyna gniewnie — ale powinien pan być uczciwym człowiekiem! Nie życzę sobie tego ciągłego szperania i węszenia, rozumie pan? Nie życzę sobie!

— Dobrze, panienko — przytaknął zachrypnięty Barney.

Johnna Graya bawiła ta scena. Znał dobrze Barneya, który opuścił ciemne ścieżki życia, gdy Piotr Kane uznał za właściwe porzucić swój niebezpieczny zawód. Były więzień, były włamywacz i były bokser w pewnym sensie zacierał swoją ponurą przeszłość przez przywiązanie do człowieka, którego chleb jadł i w którego służbie chciał pozostać — choć nigdy nie było gorszego kamerdynera niż Barney.

Dziewczyna była ładna, miała włosy w kolorze ciemnoblond i smukłą sylwetkę. W tej chwili jej twarz błyszczała od gniewu, a z ciemnych oczu strzelały błyskawice. Barney miał niewątpliwie przyzwyczajenie do szperania, które pozostało mu jako dziedzictwo grzesznych dni. Reszta służby z tego powodu opuściła dom Kane’a. Piotr klął i groził, nie mogąc jednak zmienić swego sługi.

Dziewczyna nie widziała Johna, odwróciła się i szybko zniknęła w domu; stary sługa spoglądał za nią nieruchomo.

— Rozgniewałeś ją — odezwał się Johnny, podchodząc do niego.

Barney Ford odwrócił się i zdębiał.

— Wielki Boże, Johnny, kiedy pan wyszedł z więzienia?

— Wczoraj skończył się mój wyrok — powiedział. — Co porabia Piotr?

Sługa sapał jeszcze przez chwilę, zanim odpowiedział.

— Jak długo był pan tutaj? — zapytał wreszcie.

— Przyszedłem na koniec waszej rozmowy — odpowiedział Johnny rozbawiony. — Barney, nic się nie zmieniłeś.

Barney Ford zrobił minę wyrażającą coś na kształt wzgardy.

— Uważają cię za łotra nawet, gdy nim nie jesteś — powiedział. — Co ona wie o życiu? Nie widział pan Piotra? Jest w domu; zaraz mu powiem, że pan jest. Dobrze mu się wiedzie, choć zupełnie zwariował dla córki. Ten człowiek całuje ziemię, po której ona stąpa. To rzecz nienaturalna tak kochać dzieci. Ja tego nigdy nie robiłem.

Potrząsnął głową:

— Dzisiaj jest moda na wiele pieszczot, a mało cięgów. Jeśli szczędzisz rózgi, psujesz dziecko, powiada stary, dobry poeta.

Johnny Gray odwrócił głowę na dźwięk kroków na kamiennych schodach. Był to Piotr z rozpromienioną, a jednak zakłopotaną twarzą. Mimo sześćdziesiątki i siwych włosów, trzymał się jak świeca. Nosił poranne ubranie i kamizelkę w perłowym kolorze. Zawahał się przez chwilę; uśmiech zniknął z jego twarzy, zmarszczył czoło, pobiegł jednak naprzeciw gościowi z wyciągniętą ręką.

— Cóż, Johnny, mój chłopcze, ciężkie czasy masz za sobą?

Położył rękę na ramieniu młodzieńca, a w jego głosie brzmiała jak dawniej życzliwość i duma.

— Dosyć kiepskie — odparł Johnny — ale wszelkie współczucie dla mnie jest zbyteczne. Ja osobiście oddaję Dartmoorowi pierwszeństwo przed Parkhurstem. Robota tam jest cięższa i jest mniej głupców.

Piotr ujął go pod ramię i poprowadził do krzesła pod wielkim japońskim parasolem, wbitym w murawę. W jego zachowaniu było jakieś zmieszanie, którego przybysz nie potrafił sobie wytłumaczyć.

— Czy… spotkałeś tam… kogoś, kogo znam, Johnny?

— Legge’a — odparł Gray krótko i spojrzał Piotrowi w oczy.

— O nim właśnie myślałem. Co porabia?

Pytanie brzmiało obojętnie, ale Johnny nie dał się oszukać. Piotr słuchał z napięciem.

— Wyszedł przed sześcioma miesiącami, nie wiedziałeś o tym?

Twarz Kane’a spochmurniała.

— Sześć miesięcy temu? Jesteś tego pewien?

Johnny skinął głową.

— Nie wiedziałem.

— Myślałem, że słyszałeś o nim — powiedział Johnny spokojnie. — Nienawidzi cię!

Słaby uśmiech Piotra stał się szczerszy.

— Wiem o tym. Czy miałeś okazję z nim rozmawiać?

— Bardzo często. Był w pralni i przekupił dwóch dozorców, tak, że mógł robić co chciał. On cię nienawidzi, Piotrze. Twierdzi, że to ty go wpakowałeś do pudła.

— To kłamstwo — powiedział Piotr spokojnie. — Nie wpakowałbym do pudła nawet swojego najgorszego wroga. Sam się wpakował, Johnny. Policja uchodzi za przebiegłą, ale w rzeczywistości co drugi przestępca wpada sam. Przestępcy nie są mądrzy. Noszą rękawiczki, żeby nie pozostawiać odcisków palców, a potem wpisują swoje nazwisko do księgi hotelowej. Legge i ja wyłamaliśmy kasę ognioodporną na „Orsonicu” i uciekliśmy ze stu dwudziestoma tysiącami funtów w amerykańskiej walucie. To był mój ostatni interes. Dziecinną zabawką było uciec, ale Emanuel zaczął się przechwalać, jaki to on jest sprytny. Pił też za dużo. Uczciwy człowiek może pić i obudzić się we własnym łóżku, ale złodziej, który pije, mówi dzień dobry dozorcy więzienia.

Urwał nagle i jego dłoń ponownie spoczęła na ramieniu młodzieńca.

— Johnny, nie jesteś przecież smutny czy też…?

Johnny nie odpowiedział.

— Jesteś?

Teraz musiała rozpocząć się walka. Johnny Gray szukał w sobie siły do zrobienia rozpaczliwego kroku.

— Ze względu na Marney? Wierz mi, stary, musiałem to zrobić — głos Piotra był natarczywy i błagalny. — Wiesz, czym ona dla mnie jest. Lubiłem cię na tyle, aby myśleć o tobie jako o jej mężu, ale kiedy cię zabrali, zastanowiłem się nad tym poważnie. Zabiłoby mnie to, gdyby ona została po tym twoją żoną. Kiedy Marney była jeszcze zupełnie maleńkim dzieckiem, nie mogłem znieść jej płaczu. Zrozum, czym to byłoby dla niej. I tak było już źle. A potem przyszedł ten chłopak — dobry, uczciwy, czysty, odważny chłopak. Prawdziwy dżentelmen. Będzie ci się podobał. To człowiek, którego każdy musi lubić. A ona go kocha, Johnny.

Zapadło milczenie.

— Nie mam nic przeciwko niemu. To byłoby szaleństwo. Tylko, Piotrze, zanim ona go poślubi, chciałbym…