g.b.n.g. 2 - Morly Digby - ebook

g.b.n.g. 2 ebook

Morly Digby

0,0

Opis

Fragment opowieści: "Ci ludzie byli tam od niedawna, w sumie nie mieli żadnego zaplecza, poza kilkoma znanymi twarzami, ludźmi, których zapewne kupili, a których opinia była tak kryształowa, jak wódka w jego butelkach i którzy zapewne o niczym nie wiedzieli, nie dlatego, że zawsze nic nie wiedzieli, tylko dlatego, że nie wiedzieli tym razem, bo gdyby wiedzieli, zapewne nie przekonały by ich żadne pieniądze. Była to jednak tylko hipoteza, a nie wykluczał innych, które mogłyby ją przekreślić…"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 121

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS



Morly Digby

g.b.n.g. 2

18+

© Morly Digby, 2017

Ci ludzie byli tam od niedawna, w sumie nie mieli żadnego zaplecza, poza kilkoma znanymi twarzami, ludźmi, których zapewne kupili, a których opinia była tak kryształowa, jak wódka w jego butelkach i którzy zapewne o niczym nie wiedzieli, nie dlatego, że zawsze

nic nie wiedzieli, tylko dlatego, że nie wiedzieli tym razem, bo

gdyby wiedzieli, zapewne nie przekonały by ich żadne pieniądze.

Była to jednak tylko hipoteza, a nie wykluczał innych, które

mogłyby ją przekreślić…

ISBN 978-83-8104-713-5

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez pisemnej zgody autora. Zabrania się jej publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży

G.B.N.G. 2Wydanie I

Good but not great.

(Gruby balet na górze)

(Gryzdoły bladego, nieogarniętego gbura)

1

Rozsiadł się na wygodnym, skórzanym fotelu w pozycji półleżącej i mrużąc lekko oczy spoglądał na sufit, po czym spojrzał na człowieka, który siedział w niedalekiej odległości od niego i powiedział:

— Jak chcesz pisać, to musisz się skupić i mieć kurewsko zajebisty dystans.

— Niezłe otwarcie. Mógłbyś coś dodać? — usłyszał w odpowiedzi.

— Okej. Tak sobie istnieję i zastanawiam się czasem na jakim świecie żyję i jak do tej pory w moim naiwnym, dwudziestokilkuletnim umyśle pojawiły się pewne wnioski. Ludzie się od siebie różnią: wiekiem, wzrostem, kolorem skóry, światopoglądem, wielkością penisów i piersi, stanem konta, stanem cywilnym, stanem umysłu, kolorem oczu, możliwościami intelektualnymi, zdolnościami manualnymi i tak dalej.

— Co dalej?

— Z tego co kojarzę, każdy ma prawo do własnych poglądów i do tego by zachować je dla siebie.

— Ma też prawo, by się nimi podzielić. Masz coś jeszcze na myśli?

Spojrzał na niego, spostrzegł, że nie obrasta brudem, po czym spytał:

— Jesteś gejem?

— Nie — usłyszał w odpowiedzi.

Stwierdził, że skoro nie jest gejem i nie obrasta brudem, to najprawdopodobniej jest w porządku, bo nie był wielkim fanem ludzi obrastających brudem innym niż ten, będący wynikiem pracy w fabryce albo na budowie, bo w niektórych fabrykach i na budowach trudno nie obrosnąć brudem, przynajmniej do czasu prysznica lub kąpieli.

— To jesteś w porządku.

— Dzięki.

Osobiście nie miał nic do gejów. W jego opinii mogli się lizać i zapinać i cokolwiek tam sobie jeszcze wymyślili, byle nie miał z tym styczności. Kiedyś rozmawiał z kimś, o kim powiedziano mu, że jest gejem i podczas rozmowy podświadomie miał ochotę walnąć go w pysk gdy znajdował się za blisko albo za długo na niego patrzył, ale tego nie zrobił, bo się powstrzymał, bo stwierdził, że nie ma powodów, by bez większego powodu strzelać kogoś w pysk podczas rozmowy. Lubił swojego psychologa, chociaż nie zdążył go jeszcze dobrze poznać, a rzadko zdarzało mu się polubić kogoś, kogo nie zdążył dobrze poznać. Uznał, że jego psycholog jest wyjątkiem i w jakimś schizolskim filmie mógłby być aniołem, chodzącym w białym garniturze i otaczanym przez kobiety i pieniądze, gdyby tylko lekko podkoloryzować jego postać i przenieść na ekran.

— Traktujesz wulgaryzmy jako rodzaj mentalnych odchodów?

— Co?!

— Nie ty jeden Aleks.

— Co?

— Naśladujesz kogoś podczas pisania?

— Co?

— Przestań odpowiadać pytaniem na pytanie.

— Czasem mam wrażenie, że naśladuję Hellera.

— Robisz to świadomie?

— Nie wiem. Może jestem jego kolejnym wcieleniem. Skąd mam kurwa wiedzieć?

— Momentami czuję się nieco spryskany twoimi mentalnymi odchodami.

— Dobrze, że nie masz na sobie białego garnituru. Jesteś psychologiem kurwa. Powinieneś być przyzwyczajony i traktować mnie z profesjonalną dozą dystansu.

— Powinieneś mi płacić.

— …

— Zbieram na biały garnitur.

— Masz dwa samochody, a nie masz garnituru?

— Jeden jest wzięty w leasing, a co do garniturów to mam chyba trzy: dwa grafitowe, czarny i ani jednego białego.

— Rozumiem — odpowiedział — gdybyś miał biały, mógłbyś być aniołem, otaczanym przez pieniądze i kobiety.

— To mi schlebia. Ale porozmawiajmy o tobie, a finanse pozostawmy na razie na boku.

— …

— Nie jestem bankierem, tylko psychologiem.

— Nie jestem Hellerem.

— Chciałbyś być Hellerem?

— Nie wiem, bo nigdy nim nie byłem.

— A gdybyś mógł, to chciałbyś nim być?

— Skoro nigdy nim nie byłem, to nie wiem, jak to jest nim być, więc skąd mam wiedzieć, czy chciałbym nim być, czy nie?

— …

— Nie mam nawet żadnego punktu odniesienia, poza jego książkami.

— Rozumiem. Trapi cię coś jeszcze?

— … Jakie jest twoje podejście do masturbacji?

— Żadne.

— …

— …

— Aha — powiedział marszcząc brwi i kierując wzrok w bok — a odnosiłeś kiedyś wrażenie, że ktoś zna twoje myśli już na etapie ich formułowania w głowie?

— Może za wolno myślisz.

— To paranoja, czy…

— Czy?

— Co?

— …

— Może powinienem bez większego zastanawiania się spisywać różne teksty, jakie przychodzą mi w danej chwili do głowy, ale to oznaczałoby konieczność zaprzątnięcia tym sporej dozy uwagi, a trzeba to oddzielać od codzienności. Wtedy można po prostu podziałać z tematem w taki sposób, żeby to na siebie nie nachodziło.

— Miewasz problemy z oddzieleniem pisania od przyziemnej codzienności?

— Możliwe. Ty mi powiedz.

— Myślę, że coś jest na rzeczy.

— Uważasz, że to coś dziwnego?

— Być może jest to nieodzowny element pracy twórczej, a ty faktycznie musisz nabrać pewnej dozy… hmm… profesjonalnego dystansu.

— Chyba właśnie po to tu jestem. Trudno mi o tym pogadać z kimś, kto na codzień nie zajmuje się rozmowami z ludźmi, mającymi jakieś problemy, które w oczach większości społeczeństwa nie uchodzą za problemy i ich zdaniem zasługują na wizytę w psychiatryku, w najlepszym wypadku u psychologa, ewentualnie na zignorowanie.

— Ciekawie powiedziane.

— Nie to, żebym był nadmiernie ugodową pizdą, ale stwierdziłem, że można spróbować ich posłuchać i wobec wyboru, przed którym stanąłem psycholog wydał mi się odpowiednim miejscem.

— Rozsądnie.

— Z reguły nie mówię zbyt dużo, chyba, że jestem pijany albo naładowany adrenaliną, co w codziennym życiu nie zdarza się zbyt często. Tutaj mogę sobie ulżyć i właśnie to robię. Chociaż…

— Chociaż?

— Jak jestem pijany albo naładowany adrenaliną to w sumie mówię mało, żeby nie wzbudzać nadmiernych podejrzeń, przez co być może wzbudzam nadmierne podejrzenia.

— Myślę, że może to być objaw lekkiej paranoi.

— …

— Co ostatnio sprawiło ci niekłamaną przyjemność?

— To zbyt intymne sprawy, żeby o tym opowiadać.

— Rozumiem.

— Tak.

— Cieszę się twoim szczęściem.

— Swoją drogą… nie obrażając cię… ale jak to jest z tymi sprawami w twoim wieku?

— To zbyt intymna sprawa, żeby o tym opowiadać.

— Ale nie traktujesz pracy jako próby rozładowania frustracji seksualnej?

— Gdyby tak było, nie siedziałbyś w tym fotelu nie płacąc za to.

— Mówią, że najlepsze rzeczy w życiu są za darmo.

Jego współrozmówca wstał, nalał do szklanki wody z przezroczystego dzbanka, wziął łyka, potem wdech, a potem powiedział:

— Szkopuł w tym, że jesteś całkiem interesującym rozmówcą, ale nie będę mówił na ten temat więcej, bo raz, że mi nie wypada, a dwa, że jesteś za młody. Nie obrażając cię.

— Emm… Okej — odparł, ze wzrokiem zawieszonym nieruchomo na upatrzonym wcześniej punkcie.

— Poza tym, rozczula mnie fakt, że cię na mnie nie stać.

— Stać mnie, ale zbieram na biały garnitur dla ciebie.

— Jesteś przyjemnym przerywnikiem między sprawami, które często wydają mi się sprawami czysto biznesowymi.

— Miało nie być intymnie.

— Fakt. Nieco się zagalopowałem. Uznaj to za pewien rodzaj zboczenia zawodowego.

— Pewnie każdy jakieś miewa.

Możliwe, że różni ludzie mieli różne zboczenia zawodowe. A możliwe, że nie.

— Na dzisiaj chyba, tyle, bo jestem umówiony.

— Firmowy bankiecik, randka, wywiadówka? — spytał, podnosząc głowę z miękkiego oparcia wygodnego, skórzanego fotela, skonstruowanego w taki sposób, by zmaksymalizować komfort, odczuwany przez siedzącego, niezależnie od jego wzrostu i gabarytów.

— Nie twoja sprawa.

— Dobra — odpowiedział, podrywając się z fotela i stawiając nogi na podłodze — to spierdalam. Znaczy, idę. Można tam kiedyś wbić jeszcze kiedyś?

— Masz numer. Dzwoń. Próbuj.

— Okej. Miłego wieczoru i tak dalej.

— Dziękuję.

Chwycił za klamkę, nacisnął ją, po czym zrobił kilka kroków do przodu i zamknął drzwi za sobą. Korytarzowymi schodami zszedł w dół, przesuwając dłoń po poręczy. Uporał się z jeszcze jednymi drzwiami i utonął w mroku, oświetlanym przez uliczne latarnie. Oczy zareagowały rozszerzeniem źrenic. Był piątek, późne popołudnie. Znajdował się na chodniku, z którego mógł korzystać tłum, ale chwilowo żaden się tam nie znajdował. Może dobrze, może nie. Wyprał sobie mózg rozmową, którą skończył przed ponad minutą i właśnie to do niego docierało, bo zrobił głośny wydech i ruszył w kierunku, z którego przyszedł. Był zadowolony z faktu, że jego psycholog nie zalecał mu prochów i nie podejrzewał schizofrenii, którą sam osobiście uważał za wymysł producentów prochów. Kilkaset metrów upłynęło w dziwnie relaksującej atmosferze, wypełnionej miarowym stukotem stawianych kroków. Najbardziej lubił chodzić w sportowych butach, które nie wydawały zbyt głośnych odgłosów przy chodzeniu, ale pora nie była odpowiednia, bo wiało po nogach. Mroziło po twarzy, a szron otulał gałęzie drzew niczym teflon wózki w supermarketach. Uznał, że doskwiera mu niedobór energetyczny i postanowił zatankować trochę paliwa w postaci łatwo przyswajalnych kalorii, zwłaszcza, że niedoborowi energetycznemu towarzyszyło uczucie suchości w ustach. Słodzony napój mógł rozwiązać obydwie kwestie za jednym zamachem. Kilka minut drogi piechotą od miejsca, w którym się znajdował, stał automat z napojami. Po kilku minutach zszedł schodami do tunelu i wrzucił monetę do wrzutnika na monety. Pieniądz zmienił właściciela, a on przyłożył puszkę do czoła i przytrzymał przez kilka sekund. Umysłowe ubezwłasnowolnienie z trudnością mieściło mu się w głowie, ale mogło stanowić pewien stan rzeczy. Stwierdził, że “ma wyjebane na wszystko i rozpierdoli automat”, ale po chwili stwierdził, że “po co?”. Odchylił zawleczkę, kilkoma łykami przelał zawartość puszki do żołądka, beknął i wyrzucił puszkę do kosza.

— To je amelinum — powiedział sam do siebie.

— To amelinium je — odpowiedział mu zza pleców jakiś głos, który zdawał się dochodzić z ust, znajdujących się w dolnej części głowy, którą po kilku sekundach obejrzał od tyłu, a potem przyglądał się zmniejszającej, oddalającej się sylwetce do której należała. Zastanawiało go, “co do chuja może jeść aluminium”.

2

Aleks przejrzał się w lustrze i uznał, że latem jest ładniejszy niż zimą.

— Latem jestem ładniejszy niż zimą — powiedział z łazienki.

— Co? — spytała zaglądając — czy ja wiem? Chyba tak samo brzydki. Będę szła.

— … No… — odrzekł do zamykających się drzwi. Znalazł gdzieś w szufladzie jakieś bokserki, podniósł spodnie z podłogi w kącie pokoju, a resztę ciuchów z podłogi wrzucił do kosza na brudną bieliznę, bo nie lubił tekstyliów na podłodze. Ubrał bokserki, spodnie, świeży t-shirt, skarpetki i sportowe buty i zaległ w fotelu.

— Pfffuu… — pufnął — o kurwa — spalił chyba z dwa kilogramy.

Dwa kilo zioła, pomyślał mimochodem, sporo trochę jak na jedne płuca, ciekawe, czy się da tyle. Przyjmując średnią długość życia człowieka gdzieś tak na siedemdziesiąt lat, zaczynając na dwudziestce, dawałoby to pięćdziesiąt lat, a to jakieś osiemnaście tysięcy dni. Dwa tysiące gram dzieląc przez osiemnaście tysięcy to by było… Odpalił kompa, uruchomił kalkulator, to by wychodziło jakieś 0,111 grama na dzień, 0,222 co drugi dzień, trochę więcej niż połówka na tydzień, taka ważona połówka. Dziesięć lat palenia marihuany, to by było trzy tysiące sześćset pięćdziesiąt dni, plus dwa lub trzy dni z lat przestępnych, to trzy tysiące sześćset pięćdziesiąt dwa lub trzy. Dwa tysiące na trzy tysiące sześćset pięćdziesiąt dwa… Pół gieta na dzień, przez dziesięć lat, w sumie dałoby się zrobić, chociaż nie chciałby próbować na sobie, bo istniało ryzyko, że trochę by go to spowolniło i utrudniało normalne postrzeganie, chociaż może miało by inne pozytywne skutki. Taki Witkacy po dragach robił dobre malowidła, ale on chyba wolał cięższe sprzęty. Jeździł dźwigiem i budował drapacze chmur, chociaż w jego czasach w Polsce raczej nie było ani tego, ani tamtego, chociaż dźwigi mogły już być, bo zbudowano jeden z większych portów na Bałtyku. Taki Cobain palnął sobie w łeb, a Hendrix udławił się na śmierć własnymi rzygami, ale to może po alkoholu, a nie po dragach. Amatorzy przy takim Micku Jaggerze albo Iggym, chociaż Iggy miewał problemy, ale ogarnął, a z tym dźwigiem i drapaczami chmur to była wkręta.

3

Przyszłość rysowała się w ciemnych barwach, być może dlatego, że dochodziła północ, a w okolicy odcięto prąd. Zalegał kilka dni z rachunkiem, ale panująca za oknem ciemność i brak pomarańczowej poświaty ulicznych latarni utwierdziła go w przekonaniu, że mrok nie jest wyłączną domeną jego mieszkania. Wyciągnął telefon z kieszeni spodni, włączył latarkę i poświecił sobie po źrenicach, a te zapewne zmniejszyły się do rozmiarów szpilki. Nie mógł tego widzieć, ale miał dziwne przekonanie, że tak się właśnie stało. Odstawił latarkę od oczu i skierował ją na ścianę, na której powstał biały okrąg. Święcąc latarką po podłodze odnalazł drogę do lodówki. Otworzył ją, stwierdził, że prawie nic w niej nie ma, po czym zamknął i zastanawiał się co dalej począć ze swoim życiem. Stwierdził, że bateria w laptopie raczej nie wytrzyma zbyt długo. Najechał kursorem na ikonkę baterii, przekreśloną czerwonym krzyżykiem i zobaczył napis: “Bateria naładowana w 72 %. Rozważ wymianę baterii”. Z lekkiego letargu wyrwał go głos, który dobiegł z radia, a towarzyszyło mu nagłe przejaśnienie za oknem. Nie było to światło dzienne, ale w porównaniu do egipskich ciemności, które panowały jeszcze kilka sekund wcześniej było niczym renesans w odniesieniu do średniowiecza. On tkwił w XXI wieku. Nie było latających samochodów, teleportów, ani maszyn umożliwiających podróże w czasie, były za to misje na Marsa i lodówki składające w internecie zamówienia na brakujące produkty, chłodząc przy tym jak wirtualny szron w reklamach gum do żucia. Co jakiś czas telewizja straszyła go globalnym ociepleniem klimatu. Czasem widział w niej coś, co przy pomocy szklanego kwadratu kolorowało rzeczywistość w jednym z pokoi jego mieszkania, a czasem coś, co żyło własnym życiem, totalnie oderwane od codziennej rzeczywistości i może właśnie o to w tym wszystkim chodziło. Wracając do globalnego ocieplenia, to nie miał z nim zbyt wiele do czynienia, zwłaszcza zimą w nieogrzewanych wagonach pociągów, w których podróż upływała w miłym towarzystwie ludzi odzianych w kurtki, szaliki, czapki i rękawice. Ci, co z braku miejsc siedzących zmuszeni byli stać, mieli okazję nawiązać nowe znajomości poprzez przymusowe przytulanie, co miało ten plus, że dawało trochę ciepła i być może sprzyjało przyrostowi naturalnemu, chociaż nie potrafił znaleźć w głowie logicznego potwierdzenia tego stwierdzenia, a nie chciało mu się szperać w necie, bo ostatnio używał go głównie do słuchania muzyki i okazjonalnego podziwiania przedstawicieli wyczynowego uprawiania miłości. W takich momentach nieśmiałe wołanie jego własnych kompleksów mieszało się z uznaniem dla ich profesjonalizmu, chociaż miał na ten temat tylko wyobrażenie, które dla własnego dobra starał się hamować, niczym Polacy rozlew bolszewizmu na Europę w drugiej dekadzie XX wieku, jeszcze zanim dwóch idiotów zmniejszyło liczebność tego narodu o połowę, co, obok częstych przerw w dostawach prądu dawało poczucie mobilizacji i położyło podwaliny pod powojenny boom demograficzny w swego czasu najsilniejszym militarnie, poza ZSRR, kraju demokracji ludowej, którego architektoniczną brzydotę można było podziwiać po dziś dzień, wraz z całym stosem urzędowych paradoksów, wytrwale pielęgnowanych z pokolenia na pokolenie nawet pomimo zmiany ustroju na demokrację, prawdziwą przynajmniej z nazwy. Władze Gdańska i Wrocławia wypowiedziały niedawno wojnę wszelkiego rodzaju billboardom na budynkach i innego rodzaju ulicznym reklamom, co być może miało się przyczynić do zwalczania architektonicznej brzydoty, a urzędowe paradoksy opornie, lecz uparcie odchodziły do lamusa, tyle że lamus pozostawał. Pewien element rzeczywistości co jakiś czas przypominał mu o swoim istnieniu rachunkami w skrzynce pocztowej albo sms-ami, wspominającymi o konieczności zapłacenia abonamentu za telefon. Z punktu widzenia globalnej ekonomii czasy były średnie, zwłaszcza dla ludzi, którzy dopiero zdążyli zakończyć edukację, ale może była to pewna cena, jaką musieli zapłacić za młodość, a może nie. Trochę się obawiał, że jego przenikliwy umysł zdążył rozkodować wszelkie schematy i dalsze życie upłynie mu w oparach znudzenia, ewentualnie na wynajdywaniu dziwnych podniet lub toczeniu jałowych dyskusji, przypominających mentalną grę w karty i jeszcze ktoś będzie musiał za to wszystko płacić, a z upływem kolejnych lat coraz bardziej wychodziło na to, że nikt nie będzie płacił za niego, co, biorąc pod uwagę, że uważał się za indywidualistę, uważał za całkiem sensowną kolej rzeczy, ale mógł się mylić. W rywalizacji grupa kontra jednostka szala często przechylała się na tą pierwszą stronę, ale grupa nigdy nie była jednostką, co najwyżej jej zbiorem, także grupowanie się kręciło go średnio, chociaż nie chciał być uznany za buntownika lub rewolucjonistę, bo czasy młodzieńczej anarchii miał już za sobą i została mu już tylko kontrolowana anarchia w głowie, którą traktował jak nieodłączny element kreatywnego umysłu. Jutro goniło go każdego dnia, w regularnych, dwudziestoczterogodzinnych odstępach, ale na przestrzeni lat, które zdążył przeżyć zadbał o to, by nie uważać młodości za zmarnowaną, przynajmniej z pewnego punktu widzenia. Odpalił laptopa i po kilkunastu sekundach stwierdził, że kursor nie reaguje na ruchy palcem po touchpadzie.

— Nowy wirus pojawił się na mieście — powiedział sam do siebie, siedząc przed laptopem z zablokowanym touchpadem. Wcześniej pojeździł po nim trochę palcami, a potem próbował obsługiwać komputer przy użyciu samej klawiatury, w sensie włączyć przeglądarkę by coś poprzeglądać, ale nie miał skrótu na pulpicie, ani skrótów w menu start i spasował po minucie lub dwóch, po czym włączył edytor tekstowy i zaczął pisać. Miał pewne problemy z edytowaniem tekstu i może w jakiś sposób raziło to jego przyzwyczajenia albo poczucie estetyki. Po dłuższej chwili przestał zwracać na to uwagę i skupił się na samym pisaniu, bo szło mu w miarę płynnie i nie chciał przerywać. Nie mógł pozbyć się nawyku czytania ostatniego napisanego zdania lub akapitu po raz drugi w trakcie samego pisania, co go chyba trochę spowalniało, ale nie miał na co dzień do czynienia ze specami od autokorekty na bieżąco. Spauzował na chwilę i pobłądził oczami po betonowym sześcianie, wewnątrz którego się znajdował. Białe ściany, okno, plakat, biurko, łóżko i szafki. Nie bardzo skupiał się na detalach, chociaż ktoś inny mógłby zauważyć więcej szczegółów, nawet nie tykając abstrakcji, a skupiając się jedynie na tym, co namacalne. W oczy rzuciła mu się czerwona diodka, przy przycisku blokującym touchpada. Wcisnął go, diodka zgasła, a on przesunął palcami po touchpadzie, zobaczył poruszający się po ekranie wskaźnik kursora i powiedział sam do siebie:

— Nowy wirus, kurwa.

Wsadził słuchawki do małżowin i zaczął masakrować sobie uszy dobrym bitem, co być może groziło głuchością na starość, ewentualnie zarobkiem dla producentów aparatów słuchowych i wzrostem produktu krajowego brutto lub delikatnym zwiększeniem deficytu w wymianie handlowej z zagranicą, jeśli produkt nie byłby krajowej produkcji. Włączył telewizor, poskakał trochę po programach i zostawił na jakimś pseudo-realistycznym serialu kryminalnym, z dialogami w stylu:

— Co tu się stało?

— Chłopak skoczył z balkonu.

— Ktoś wie dlaczego?

— Mówił, że się nudzi.

— Z nudów wyskoczył z balkonu i się zabił?

— Na to wygląda.

— Aha.

— Po prostu wyszedł na balkon i…

— I skoczył z balkonu?

— Tak.

— Mhm. A kim jest trup?

— Trupem ku*wa. A kim?

Uznał to za przykład czarnego humoru i oglądał dalej, po czym sięgnął do kieszeni bluzy, wyciągnął z niej paczkę papierosów i wyszedł na balkon zapalić. Było trochę zimno, ale szło wytrzymać. Miał nie palić, ale palił, a po kilku minutach skończył, bo palił dość szybko i wrócił do środka, siadając do laptopa. Oczy piekły go od dymu i zmęczenia więc je zamknął i streścił w jednym akapicie to, co mu przyszło do głowy w tamtym momencie, po czym je otworzył i z zadowoleniem stwierdził, że zrobił tylko dwie literówki. W takich chwilach bywał próżny i zapatrzony w siebie i nie miał sobie tego za złe i nikt inny też mu nie miał tego za złe, tym bardziej, że w tamtym momencie w pomieszczeniu nie było nikogo poza nim, co sprzyjało pielęgnowaniu próżności i dziwnym myślom, z których niektóre nie podobały mu się do tego stopnia, że gotów był stłuc ścianę gołymi pięściami, w stylu wielkiego tajskiego zbira z klasycznego filmu o kickbokserach sprzed dwudziestu kilku lat, tyle że on uderzał o beton piszczelami, a to wydało mu się niewykonalne. Włączył YouTube i zapodał jakąś konferencję prasową przed walką jakichś fajterów. Nie był to popis kurtuazji, ale chyba nie o to w tym chodziło. Czasem rzucił okiem na tych hardkorowców. Luty, tak jak miesiąc, w którym tkwił, krew, jakiej litry w każdym, możliwe, że dni lub tygodnie w szpitalach, chociaż pewnie nie zawsze. A przedtem wymiany medialne:

— Ciekawe czy będziesz taki śmieszny jak ci jutro ryj rozwalę.

— Zabawny jesteś pajacu.

— Zabawne to jest twoje udo. Prawie takie duże jak mój biceps.

— Dobrze, że chociaż bicepsy masz duże, bo mózg już nie bardzo. Stłukłbym cię pałką po mordzie, ale nie da rady z ochraniaczem.

— Skąd miałeś na ochraniacze? Tata ci kupił?

— Nie. Manager. Jeszcze by cię kusiło, bo wyglądasz na pedzia.

Dzień później kibice prawie usnęli na hali i przed telewizorami:

— Bijcie się chłopaki trochę!

— Eee… pedały panie.

— Jakby tu taki stanął w drzwiach, to byś dziadek narobił na rzadko.

— Eee… zaraz na rzadko. Poza tym jemu za to płacą duże pieniądze, a ja sobie mogę pokrzyczeć, bo co?

— A w twarz też byś mu tak powiedział?

— Jakbym mu powiedział, że bije się jak moja stara, to co by mi zrobił?

W końcu poszedł dobry cios i na tym się skończyło, bo niby co miało być dalej. W sumie skończyło się jednemu, bo drugiego poniósł tłum. Ale było po walce i zostały już tylko komentarze i gwar. Nawet nic na twarzy nie było widać, ale facet poszedł spać w połowie trzeciej rundy. Wyłożył się wygodnie na plecy i ocknął się po kilkunastu sekundach, chociaż przez ten czas jego klatka piersiowa miarowo się poruszała, a na powtórkach było widać jak przyjmuje strzała centralnie na mordę, a potem ucina sobie krótką drzemkę. Możliwe, że po przebudzeniu nie bardzo wiedział gdzie jest i co się dzieje, a po chwili już go nie było, bo zniknął gdzieś w szatni. Przegrał rewanż i wyszedł na remis:

— Walka chyba była nudna, nie działo się zbyt dużo. Potem chwila nieuwagi i po wszystkim. Co tu więcej mówić.

Był też drugi:

— Trudno było coś zrobić przez długi czas, nie mogłem znaleźć sposobu, udało się wytrzymać kondycyjnie, trafiłem go dobrze prostym i wygrałem.

— Co pan odczuwał kiedy rywal stracił przytomność?

— … Nie wiem. Nic chyba. Działo się wtedy co innego, a potem już w sumie wstał.

— Czy będzie jeszcze jedna walka?

— Przez najbliższy czas nie, bo były już dwie i trzeba się trochę pobić z kimś innym, ale później to nie wiadomo.

Tak  wyglądała medialna przemiana udawanych chamów w gentlemanów. Odpalił przeglądarkę i włączył Facebooka, a jego uwagę przykuł artykuł o strzelaninie z ofiarami śmiertelnymi w Wielkiej Brytanii. Cztery osoby zginęły w przeciągu czterech dni, od kul w głowę, w brzuch i w kolana, przy czym jedną najpierw przywiązano do auta, zastrzelono, a potem wrzucono do pobliskiego kanału. Nie był to Kanał La Manche, tylko jakiś mniejszy, lokalny kanał. Znowu włączył YouTube’a i kliknął na jeden z pierwszych linków, który wpadł mu w oko, a był to kanał internetowej telewizji. Jeden koleś miał mikrofon w ręku, kapelusz na głowie i okulary przeciwsłoneczne na nosie i robił wywiad z innym kolesiem, który stał za barem:

— Dzień Dobry. Tu „Do widzenia TV”, czy kosi pan dobre siano na chłodzonych napojach prosto z lodówki?

— Tak. Muszę przyznać, że faktycznie koszę na tym niezłe siano, ewentualnie mógłbym powiedzieć, że chłodzone napoje dobrze się sprzedają.

— Jak pan myśli, co może być przyczyną takiego stanu rzeczy?

— Od kiedy my na pan?

— …

— Żartuję. Uważam, że przyczyną takiego stanu rzeczy może być fala upałów, jaka opanowała cały kraj.

Spojrzał na datę, opublikowano w czerwcu.

— Czy twoim zdaniem stoją za tym Rosjanie?