Furie - Katie Lowe - ebook
Opis

Rok 1998. Szesnastoletnia dziewczynka zostaje znaleziona martwa na terenie szkoły, ubrana na biało i usadowiona na huśtawce. Brak znanej przyczyny śmierci. Jej cztery koleżanki doskonale wiedzą, co się stało.

Po wypadku, w którym Violet traci ojca i siostrę, nastolatka rozpoczyna naukę w Akademii Elm Hollow, prywatnej szkole dla dziewcząt w sennym nadmorskim miasteczku. Kampus szkoły owiany jest ponurą sławą – w siedemnastym wieku na terenie szkoły odbywały się procesy czarownic. Wkrótce po dołączeniu do grona uczennic Violet zostaje zwerbowana na czwartą członkinię sekretnej grupy, której przewodzi Annabel, charyzmatyczna nauczycielka historii sztuki.

Na pozór zajęcia prowadzone przez Annabel nie mają nic wspólnego ze starożytnymi rytuałami. Dziewczęta jednak zaczynają wierzyć, że magia istnieje naprawdę – i że mogą ją ujarzmić. To się zmienia, kiedy pewnego dnia zostaje znalezione ciało koleżanki, która zaginęła dziewięć miesięcy wcześniej. Dziewczyna również należała do stowarzyszenia. Gdy Violet orientuje się, że była łudząco podobna do niej, zaczyna mieć wątpliwości, czy może ufać swoim przyjaciółkom, nauczycielom, a nawet samej sobie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 422

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


JESIEŃ

rozdział 1

Turyści żartowali, że to takie miejsce, do którego przyjeżdża się umrzeć. Miasteczko na końcu świata, tuż przed końcem wieku: dalej nie ma już nic.

Podstarzali mieszkańcy, chorzy i zmęczeni jak opustoszałe ruiny ceglanych domów, w których gwiżdże wiatr. Nieco na południe czekało ulubione miejsce samobójców: białe klify, przyciągające ku sobie desperatów, którzy rzucali się z nich w szare, zimne morze. Tory kolejowe urywały się niespodziewanie, drogi prowadziły tutaj i nigdzie dalej… To chyba dość oczywiste znaki: aż prosiły się o szyderstwo. Ale nie tylko stąd wziął się ten żart.

Obrazu dopełniały schłostane deszczem witryny sklepów z łuszczącą się farbą na szyldach. Pawilony upstrzone graffiti i ptasimi odchodami. Szare plaże, wysypane w równych częściach piaskiem, odłamkami szkła, zgniecionymi puszkami po piwie i foliówkami. Salony z automatami do gier na promenadzie: Caesar’s Palace, Golden Ticket, Lucky Strike – wewnątrz dywany zawilgłe od płynu do czyszczenia i rozlanego piwa, groszaki pobrzękujące w metalowych przegródkach. Mężczyźni z papierosami stojący w trupiej poświacie maszyn do gry, zahipnotyzowani terkotem i podzwanianiem jednorękiego bandyty. Blade połacie wypalonej trawy, drut kolczasty, cegły. Stocznie, a w nich statki: potężne stalowe grobowce, budowane przez mechaniczne bestie. Nachalny, mdlący smród rynku rybnego. Pokarbowane bunkry, kamienna syrena o twarzy zeszlifowanej przez wiatr.

To tutaj spędziłam swoją młodość. Utkwiłam tu jak postać na obrazie olejnym. Rozkład postępuje, morze pochłania brzegi. Pewnego dnia to wszystko zniknie, a świat tylko na tym zyska.

Niewiele mogę powiedzieć o latach przed piętnastymi urodzinami. Dzieciństwo miałam ciche i nijakie, dni i lata zlewały się w jedno, do niczego nie prowadząc. Mama nie chodziła do pracy. Uczyła mnie czytać i patrzyła, jak rosnę. Tata prowadził niewielki sklepik, który – na ile udało mi się zaobserwować – miał w asortymencie wszystko. Często chowałam się w chłodnym, ciemnym magazynie i podbierałam neonowe flamastry i błyszczące temperówki z odrapanych plastikowych tacek i wilgotnych kartonowych pudełek. Testowałam gry planszowe: ja kontra mój cień. Ostrożnie czytałam książki, tak żeby nie powyginać grzbietów. Trzymałam je w koniuszkach palców jak starożytne manuskrypty. To pewnie brzmi, jakbym była samotnym dzieckiem, ale wcale się tak nie czułam.

Kiedy skończyłam osiem lat, mama oznajmiła, że w tym roku dostaniemy na Boże Narodzenie wyjątkowy prezent, po czym pogłaskała się po nabrzmiałym brzuchu. Poszłam po encyklopedię. Wyobraziłam sobie, jak jej wnętrzności się rozciągają, drobne piąstki chwytają za sznury ścięgien, woreczek owodniowy pęka, maleńkie palce wypełzają na zewnątrz. To jedne z niewielu świąt, które nadal pamiętam jako dorosła.

Okazało się, że to dziewczynka. Wierzgająca, rozwrzeszczana dziewczynka o czerwonej buzi, z burzą czarnych włosów i zimnymi szarymi oczami. Była opętana od urodzenia – zawsze wyglądała, jakby wiedziała więcej, niż daje po sobie poznać. Mała kolekcjonerka sekretów. Miała siedem lat, kiedy wybraliśmy się na plażę, ale nigdy na nią nie dotarliśmy, bo nasz samochód wpadł pod koła ciężarówki. Tata zginął na miejscu, ona trzymała się jeszcze cztery dni, choć ledwo przypominała samą siebie – nie wyglądała nawet jak człowiek. Skórę miała poznaczoną sinoniebieskimi plamami, mokre szwy wgryzły jej się głęboko w czaszkę.

Ja za to wyczołgałam się z samochodu o własnych siłach. Starłam z ramienia smugę krwi (nie mojej), wyciągnęłam z włosów odprysk kości (też nie mojej). Otrzepałam kurz drobinek szkła, które przykleiły mi się do skóry. Gdy odchodziłam, miałam wrażenie, że właśnie obudziłam się z długiego, pustego snu.

I to chyba był koniec. Albo początek, zależy, jak na to spojrzeć.

Ich życie się skończyło, a życie mamy zatrzymało się w miejscu. Nawet dekady później, kiedy wróciłam, by posprzątać dom po jej śmierci, wszystko nadal wyglądało dokładnie tak samo jak tamtego dnia. Szarzejąca tapeta, wyślizgane dywany. Te same książki na półkach, te same kasety wideo w pudełkach pod starym telewizorem, który dalej wydawał z siebie niski elektryczny szum. Z klamki w sypialni rodziców nadal zwisał luźno zawiązany krawat, w koszu leżały te same pogniecione papiery, na pożółkłej kartce wciąż widniały ostatnie słowa, porzucone w połowie zdania.

„Może powinniśmy poszukać innego sposobu na” – ostatnia myśl taty, zapisana rozmazanym czarnym atramentem. Wszystko obrosło warstwą wspomnień. Do każdego skrawka przestrzeni przykleiły się odciski palców ojca i śmiech siostry. Jak stara skóra, która nie daje się zrzucić.

Ja jednak nie czułam nic. Wyszłam ze szpitala: nic. Kiedy rzucałam garść wilgotnej ziemi do dziury, nasłuchiwałam miękkiego klaśnięcia na lakierowanym sosnowym drewnie: nic. Pamiętam, jak mama szlochała na kanapie, chwytała mnie za włosy, przyciskała wilgotne, gorące dłonie do mojej twarzy, rozpaczliwie czepiała się mojego życia. Dalej nic.

Kilka tygodni później obudziłam się na kanapie, a ona wpatrywała się we mnie jak w ducha, którego na wpół spodziewała się zobaczyć. Wargi miała pogryzione na miękką papkę.

– Myślałam, że ona… Że ciebie też już nie ma – wyszeptała. Oczy miała mokre od łez.

Wskazała na twarz na ekranie, podobną do mojej z wyjątkiem szczegółów. Ciemnoblond włosy – jej lśniące, moje suche, o końcach postrzępionych jak stary sznurek. Oczy niemal czarne, ale w jej lewej tęczówce krył się odłamek bursztynu. Moje okrągłe wargi, zawsze zbyt pełne, by móc używać szminki – przez nią przypominałam klauna. Spękane i pokryte białym nalotem lekarskiego balsamu, bo nie potrafiłam przestać ich skubać. Jej usta, różowe i gładkie, odsłaniały białe, niepołamane zęby. Kiedy zobaczyłam jej twarz migającą na ekranie, pomyślałam, że jest lepszą wersją mnie. Taką, jaką pragnę się stać. Oto ideał artysty. Pędzel łagodzi rysy, gładko ukrywa niedoskonałości, delikatnie poprawia niedociągnięcia między jedną linią a drugą.

– Nastoletnia Emily Frost zniknęła bez wieści dokładnie miesiąc temu. Miejsce jej pobytu pozostaje nieznane. Rodzina ponawia apel o zgłaszanie jakichkolwiek informacji związanych ze zniknięciem Emily.

Wpatrywałam się w przebitki znajomych klifów, ich nazbyt wyraźnie zapamiętaną krawędź. Nikomu nie chciało się wtedy liczyć samobójców. Emily ostatni raz była widziana właśnie tam, na najwyższym punkcie wzniesienia.

– Mamo, jestem tutaj. To nie ja. Jakaś dziewczyna skoczyła z klifu – uspokoiłam ją i sięgnęłam po pilota. – Oni zawsze tak kończą.

– Chcemy tylko, żebyś wróciła do domu – powiedział jej ojciec, wpatrując się prosto w obiektyw. – Tęsknimy za tobą, Emily. Proszę, błagam, wróć do domu.

Zmieniłam kanał i znów poszłam spać.

Jeśli są jakieś dobre strony przeżycia cudem wypadku samochodowego – poza tą najbardziej oczywistą – to jest nią fakt, że nie trzeba chodzić do szkoły.

– Wrócisz, jak będziesz gotowa – powiedziała mama. Terapeuta pokiwał mądrze głową. Płatek śniadaniowy przykleił mu się do wąsów, na okularach miał tłustą smugę po odcisku palca. – Nie musisz robić nic na siłę. Daj sobie czas.

Więc dałam sobie czas: odpuściłam szkołę aż do egzaminów końcoworocznych, wybierając zamiast tego „edukację domową”. Testy odbywały się w wielkiej, cichej sali gimnastycznej. Siedziałam otoczona dawnymi szkolnymi znajomymi, którzy na mój widok zaczęli do siebie szeptać.

– Myślałem, że ona nie żyje – powiedział ktoś, wskazując na mnie palcem. Paznokieć miał obgryziony do krwi.

Już zdążyłam zaplanować sobie przyszłość, a przynajmniej zarysowałam ogólny szkic. Zamierzałam wyjechać, choć nie byłam pewna dokąd. Może zostałabym kelnerką w cichej kawiarni, gdzie interesujący goście opowiadaliby mi zachwycające kłamstwa. Albo znalazłabym pracę w księgarni i otwierała drzwi do nowych światów przed znudzonymi dziećmi. Mogłabym być asystentką w galerii. Nauczyć się śpiewać albo grać na gitarze. Napisać książkę. Życie tykałoby cicho wokół mnie. Nie byłoby zbyt efektowne, ale nie potrzebowałam nic więcej. Wszędzie byłoby mi lepiej niż tutaj, w tym miasteczku poszarzałym od starych domów, gdzie niebo i morze sączą się człowiekowi prosto w serce, aż nieodwracalnie sczernieje.

Kiedy jednak wróciłam do domu w dniu ogłoszenia wyników, mama czekała na mnie przy kuchennym stole. W pobielałych dłoniach ściskała plik papierów.

– Oni też by tego dla ciebie chcieli – oznajmiła, wręczając mi podanie do Elm Hollow Academy, prywatnej szkoły dla dziewcząt na obrzeżach miasta. – To prawdziwy przywilej – dodała. Przywilej zapewniony mi przez gigantyczne odszkodowanie zapłacone przez firmę transportową, której tir zmiażdżył nasz samochód.

Szkoła przywodziła mi na myśl jedynie pozaklejane taśmą okna i przysadziste budynki o kruszejących ścianach, szarych nawet w pełnym słońcu. Prowizoryczne pomieszczenia, w których zawsze panował przenikliwy ziąb. Lustra w łazienkach zamazane sprejem i markerami. Gęsty, szlamowaty smród nastoletniego potu.

– Nie chcę – powiedziałam i wyszłam.

Mama nie próbowała się ze mną sprzeczać, zostawiła jednak papiery na stole. Leżały tam przez kilka tygodni, za każdym razem przyciągając mój wzrok lśniącymi zdjęciami na okładce szkolnej broszury. Widniały na nich potężne budynki z czerwonej cegły na tle nienaturalnie błękitnego nieba. Promienie słońca przebijały się przez perłowe chmury i opadały tuż za gotyckimi łukami. Czuć było w tym obrazku dekadenckie, słodkie jak miód bogactwo. Wiedziałam, że to nie dla mnie, ale zerkałam na nie w słabym świetle kuchennej lampy, wciągałam w płuca zatęchłą wilgoć i wyobrażałam sobie, że to zupełnie inny świat.

Aż wreszcie – niechętnie, przynajmniej podczas rozmowy z mamą – zgodziłam się spróbować. Nasze rozklekotane volvo przeturlało się przez bramy szkoły. Odwróciłam się, żeby pomachać jej na pożegnanie, ale ona – sądząc, że nikt jej nie widzi – wbiła wzrok w kierownicę. Twarz miała rozciągniętą w sztywnym, sztucznym uśmiechu, przetłuszczone włosy opadały jej na twarz. Odwróciłam się z grymasem. Czułam na sobie spojrzenie przechodzącej dziewczyny, zawstydzonej za nas obie.

Prędko ruszyłam w stronę szkoły, spoglądając na wysoką, błyszczącą w słońcu wieżę zegarową – campanilę, jak miałam zostać wkrótce poprawiona – inspirowaną czerwienią i kremową bielą swoich toskańskich kuzynek. Weszłam pod łuki prowadzące do głównego budynku. Uczennice siedziały grupkami na schodach i szeptały do siebie.

Zupełnie niezauważenie minęłam wszystkie dziewczęta i trzy razy powtórzyłam swoje nazwisko przysadzistej siwowłosej kobiecie, która wyglądała, jakby zeszła prosto z obrazu Botera. Przez chwilę przyglądała mi się pustym wzrokiem przez szybkę, mętną od odcisków palców i niepokojących zadrapań. Bez słowa przesunęła przez szparę plik papierów i wskazała na rząd siedzeń. Usiadłam i bezmyślnie zagapiłam się na niekończącą się listę zajęć pozalekcyjnych i programów dla zaawansowanych, które w najmniejszym stopniu mnie nie interesowały. Nagle przeszła obok mnie dziewczyna o rdzawych włosach. Po jej rajstopach pięły się starannie wyszarpane, długie oczka. Pomachała mi dwoma palcami i uśmiechnęła się, nie wyjmując z ust skręconego samodzielnie papierosa. Wpatrywałam się w nią do ostatniej sekundy, aż zniknęła w tłumie. Dopiero wtedy zdołałam przywołać na wargi słaby, zagubiony uśmiech.

Pewnie patrzyła na kogoś innego, pomyślałam. Kiedy jednak rozejrzałam się wokół, uznałam, że to mało prawdopodobne, skoro za mną była tylko ściana. Siedziałam oszołomiona wśród marmurowych popiersi i ponurych portretów dawno zmarłych dyrektorów, aż rozległ się dzwonek. Korytarze w jednej chwili opustoszały. Czekałam dalej, rozglądając się niepewnie. Zastanawiałam się, czy wszyscy o mnie zapomnieli.

Nagle usłyszałam skrzypienie drzwi i ktoś wywołał moje imię. Wstałam. Mężczyzna czekający w progu był wysoki, choć nie aż tak, by mnie onieśmielić. Sweter pod tweedową marynarką nieco opinał mu się na brzuchu. Spoglądał na mnie zza okularów w rogowej oprawie. Jego skóra była woskowoblada, jak u kogoś, kto spędza za dużo czasu w zamkniętych pomieszczeniach. Przyjrzał mi się, zamrugał, odkaszlnął. Wyciągnął dłoń – palce miał krótkie, poplamione atramentem.

– Proszę, wejdź – powiedział łagodnie.

Przy biurku stał wysłużony szeroki fotel. Mężczyzna zdjął z siedzenia stertę książek i papierów, żeby zrobić mi miejsce. W gabinecie było ciepło, trochę duszno. Książki piętrzyły się wysoko pod grubym osadem kurzu, na ścianach wisiały średniowieczne ryciny w ramkach.

– Może herbaty? – zapytał.

Miałam wrażenie, że przyłapał mnie na gorącym uczynku. Przestałam się rozglądać, potrząsnęłam głową i zaczęłam skubać wystającą nitkę z brzegu płóciennej teczki.

– Dobrze, w takim razie zacznę od standardowego wstępu, a potem będziemy mogli się lepiej poznać – powiedział i usiadł za biurkiem. Nachylił się w przód, opierając łokcie na kolanach. Wziął głęboki oddech: poczułam ciężki, kwaśny zapach porannej kawy.

– Na początek chciałbym w imieniu całej kadry nauczycielskiej powitać cię w gronie uczennic Elm Hollow. – Zamilkł i popatrzył na mnie z zadowoleniem. – Jesteśmy małą szkołą o bogatej, prestiżowej historii. Wśród naszych absolwentek znajdują się liderki wielu różnorodnych dyscyplin świata nauki i sztuki. – Kolejna krótka pauza. Zauważyłam, że czeka na reakcję. Gdy przytaknęłam, podjął wypowiedź. Jego uśmiech wyglądał tak, jakby był skierowany do dobrze wytresowanego psa. – Nasza kadra składa się z wielu takich osób, a dzięki szerokiemu wachlarzowi zajęć teoretycznych i praktycznych nasze uczennice mają szansę podążyć ich śladem. Ja nazywam się Matthew Holmsworth i jestem dziekanem do spraw uczniów. Zajmuję się głównie historią średniowiecza, ale jestem też odpowiedzialny za dbanie o dobro uczennic, i oczywiście za witanie w naszym gronie nowych nabytków, takich jak ty. Możesz mi mówić Matthew, choć radziłbym zwracać się do innych nauczycieli „panie profesorze” albo „pani profesor”, dopóki nie wejdziecie na pewien poziom zażyłości, choć jeśli mam być szczery, nie ze wszystkimi ci się to uda… Ja jednak wolę, żeby zwracano się do mnie po imieniu.

Znów przerwał, wziął wdech i się uśmiechnął. Odwróciłam wzrok. Podczas miesięcy, które nastąpiły po wypadku, przyzwyczaiłam się do ludzi patrzących na mnie jak na „tragiczny cud”, jakby szczerze zdumiewało ich moje istnienie. Mdliło mnie od tego.

– Co cię do nas sprowadza, Violet? – zapytał, choć po tym spojrzeniu domyślałam się, że już zna odpowiedź.

– Muszę zdać maturę – odparłam głucho. Mój głos zmienił się w skrzekliwy pisk.

– Wspaniale. Świetnie. Słyszałem, że w zeszłym roku uczyłaś się w domu? – Nachylił się nieco bliżej. Fotel zaskrzypiał cicho. Podniosłam głowę.

– Tak, ja… Tak.

– To imponujące. Na pewno jesteś z siebie dumna.

Skinęłam głową. Kolejne spojrzenie w moje papiery, ledwo zauważalnie uniesiona brew. Wiedziałam, że mimo nastoletniej apatii poradziłam sobie całkiem dobrze; lepiej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.

– Widzę, że interesujesz się sztuką – ciągnął, widocznie postanowiwszy nie komentować ocen. Zarumieniłam się z zażenowania na myśl, że spodziewałam się czegoś więcej. Wstyd owinął mi się wokół żołądka i zacisnął w węzeł. – Mamy tu fenomenalny wydział humanistyczny. Program literatury angielskiej jest fantastyczny, a większość uczennic po kierunkach muzycznych trafia do akademii muzycznych w kraju i w całej Europie, więc jedno i drugie to świetny wybór. Może zainteresują cię też zajęcia z historii sztuki? Annabel prowadzi ostrą selekcję, ale mógłbym zasugerować, żeby spojrzała na twoje wyniki, jeśli jesteś zainteresowana…

Mówiąc to, gładził nieobecnym ruchem szybkę oprawionej akwaforty leżącej na biurku. Czarny tusz na kremowym papierze przyciągnął moją uwagę. Ilustracja przedstawiała kobietę na stosie, wpatrzoną w oczy wielkiej przyczajonej bestii o powykręcanych rogach i rozpostartych szeroko skrzydłach. Za nią czyhały trzy gule, wyciągające ramiona ku jej szyi.

Zapadła cisza. Uświadomiłam sobie, że dziekan czeka na odpowiedź.

– To brzmi… świetnie.

– Doskonale – przytaknął z entuzjazmem supermarketowego świętego mikołaja. – Masz do mnie jakieś pytania?

– Mogłabym to obejrzeć? – odparłam natychmiast, sięgając po obrazek. W ostatniej chwili zorientowałam się, co robię, i zabrałam dłoń.

– To? Oczywiście. – Zawahał się. – Dotarł dziś rano. Chciałem zdobyć kopię tej ilustracji, odkąd rozpocząłem pracę w szkole.

Podał mi ramkę. Położyłam ją sobie na kolanach i nachyliłam się, by z bliska obejrzeć pióra i łuski bestii, jej wściekłe, dzikie ślepia, uśmiech sprzedawcy używanych samochodów. Płomienie oblizywały stopy kobiety i wznosiły się ku długim włosom spływającym jej po plecach.

– Margaret Boucher – powiedział po chwili. – Domyślam się, że zdążyłaś już poznać historię Elm Hollow, prawda?

Podniosłam wzrok.

– Czytałam broszurę.

– Nie, nie. Broszura to katalog sprzedażowy. Oczywiście zgodny z prawdą – dodał, uśmiechając się krzywo. – Ale to dość uładzona wersja. Większość nauczycieli dołącza do nas, bo zafascynował ich któryś z aspektów historii szkoły. To bardzo atrakcyjny grunt dla badaczy naukowych. – Dziekan zniżył głos do poufnego szeptu. – Moje zainteresowania na przykład skupiają się wokół procesów czarownic, które odbywały się w naszym mieście w siedemnastym wieku. Niewykluczone, że dokładnie tu, gdzie siedzimy.

– Mówi pan poważnie?

– O, jak najpoważniej. Ten wiąz, który minęłaś po drodze do szkoły, stoi w miejscu, gdzie je palono. – Wlepiłam w niego niedowierzające spojrzenie, ale on ciągnął dalej z nieskrywanym entuzjazmem. – Dawniej wierzono, choć chciałbym podkreślić, że to średniowieczny zabobon, a nie fakt, że ta przestrzeń stanowi żyzny grunt dla wszelkich czarodziejskich praktyk. Wiele znanych podań ludowych ma swoje źródło właśnie tutaj, choć odwołania do Elm Hollow z czasem się rozmyły. Szkoła odwaliła kawał dobrej roboty, żeby zmienić sobie PR.

– Naprawdę?

– Naprawdę. Przez kilkanaście lat to było prawdziwe szaleństwo. I co jakiś czas, tak przynajmniej mówią, od kiedy… Ale to nie moja dziedzina, w końcu jestem mediewistą. Zdarza się jednak, że zaglądają do nas różni ciekawscy liczący na audiencję z diabłem – zachichotał pod nosem i oparł się o krzesło. – Zamiast tego natrafiają na panią Coxon w recepcji i prędko tracą zainteresowanie.

Nagle zakaszlał, jakby zauważył, że trochę się zagalopował.

– Mniejsza z tym. Od dawna szukałem tej ilustracji. Owszem, to kopia, ale bardzo dobrej jakości. No, nieważne. Nie masz o co się martwić – dodał z uśmiechem. – Mamy do zaoferowania coś więcej niż tylko diabły i dzikie bestie. Może lepiej zajmijmy się twoim planem lekcji i zobaczmy, czego możesz się spodziewać.

Wyszłam z gabinetu dziekana z dziwnie pustym planem zajęć.

– Oczekujemy od uczennic, że wypełnią wolne godziny zajęciami, które pomogą im stać się wszechstronnie wykształconymi młodymi kobietami – wyjaśnił, dostrzegłszy moje zdumione spojrzenie.

Zapisałam się zarówno na praktykę sztuk wizualnych, jak i na estetyzm – zajęcia bardziej teoretyczne – a do tego na literaturę angielską i klasyczną, której moja poprzednia szkoła nie miała w ofercie. Uwielbiałam ten temat od dzieciństwa, kiedy tata czytał mi do snu opowieści o Meduzach i Minotaurach. Wybrałam maksymalną liczbę czterech przedmiotów – tylko tyle można było podjąć. Zastanawiałam się, co zrobię z całym tym wolnym czasem, który mi pozostawał. Wyobraziłam sobie swoją najbliższą przyszłość: samotną, zakopaną w stosach książek.

Korytarz ciągnący się w stronę wydziału literatury angielskiej – gdzie odbywały się zajęcia, na które byłam już spóźniona dobre dwadzieścia minut – zdradzał prawdziwy wiek szkoły, choć w ścianach nadal można było doszukać się odrapanej godności, niemal melancholijnej pustki, jakby zostały wyciągnięte z głębokiej szczeliny w czasie.

Ani śladu drucianych koszyczków z broszurkami o edukacji seksualnej i cukierkowych, dziecinnych wycinanek z kolorowego papieru. Żadnych przedziałek z grubego szkła, wystaw modeli z papier mâché, porysowanych metalowych szafek i podłóg pokrytych linoleum z czarnymi smugami od podeszew. Zamiast tego szłam przez ciepły korytarz o niskim suficie, wyłożony wyślizganym dywanem. Po obu stronach ciągnęły się rzędy drewnianych drzwi, do których pod nazwiskiem wykładowcy przyklejono godziny dyżurów.

Było o wiele zbyt ciepło jak na wrzesień – wkrótce miałam się dowiedzieć, że ogrzewanie włączano jedynie od września do Bożego Narodzenia, więc przez pierwsze kilka miesięcy roku szkolnego musiałyśmy się pocić, a w drugim semestrze oglądałyśmy nauczycieli przez mgiełkę własnych oddechów.

Gdy stanęłam przed drzwiami, czułam już, że czoło pokrywa mi nieprzyjemna warstewka potu, a sweter klei mi się do skóry pod plecakiem. Zapukałam i zajrzałam do środka.

Wszystkie oczy skierowały się na mnie. Uczennice mierzyły mnie wzrokiem, próbując ocenić moje miejsce w naturalnym szkolnym porządku. Chwyciłam nieco mocniej za klamkę, palce mi poczerwieniały, potem zbielały. Nauczyciel – profesor Malcolm, jedyny wykładowca, jakiego kiedykolwiek poznałam, który wymagał takiego tytułowania, choć nadal nie wiem, czy miał odpowiednie kwalifikacje – był przysadzistym, łysiejącym mężczyzną o dziwnie drobnych rysach. Miał maleńki nos, wąskie wargi i czarne ptasie oczy.

– Dzień dobry… Jestem nowa – powiedziałam nieśmiało.

– To siadaj i spróbuj się czegoś nauczyć – odparł, po czym odwrócił się do tablicy i podjął wykład, a ja przecisnęłam się między rzędami do wolnego miejsca. Zerkałam na ławki wokół, by z pootwieranych książek i nabazgranych pośpiesznie notatek zorientować się, o czym mowa. – Blake mówi: „W ten sposób zapomnieli ludzie, że wszystkie bóstwa zamieszkują człowieczą pierś”3. Jak nam się wydaje, co to może oznaczać?

Odpowiedziało mu milczenie. Westchnął głęboko. Podniosłam rękę. Kolejne westchnienie.

– Tak?

– Blake uważa moralność i religię za zbyt… zbyt ograniczające. Uważa, że to sprzeciwia się naturze człowieka. – Kiedy tylko zaczęłam mówić, uświadomiłam sobie, co zrobiłam. Zarumieniłam się wściekle. Cisza była chłodna i gęsta. Już wkrótce miałam się przekonać, że to nie jedyna broń w arsenale uczennic Elm Hollow.

Nauczyciel zmierzył mnie wzrokiem.

– A ty jesteś…?

– Violet – wyszeptałam. Moja zdrada zawisła ciężko w powietrzu. Profesor przyłożył dłoń do ucha.

– Co proszę?

– Nazywam się Violet – powtórzyłam nieco głośniej, skrzekliwie. On tylko skinął głową i wrócił do wykładu, a ja skurczyłam się na krześle.

– Człowiek to dziki, nierzadko prymitywny, seksualny twór – oznajmił wykładowca tonem, który brzmiał tak, jakby celowo zaprzeczał treści wypowiadanych słów. Akcent za każdym razem padał w niewłaściwym miejscu. Rozejrzałam się po klasie, zaskoczona brakiem reakcji na wzmiankę o seksie, ale nikt nie wydawał się zainteresowany. Dopiero wtedy dostrzegłam dziewczynę, która minęła mnie wcześniej na korytarzu, tę o intensywnie rudych włosach. Siedziała trzy ławki dalej i też mi się przyglądała.

Wbiłam wzrok w biurko. Drewno rozcinały niezliczone żłobienia, układające się w imiona i wzorki. Kiedy wreszcie odwzajemniłam jej spojrzenie, uniosła brew i się uśmiechnęła. Poczułam, że za chwilę stanę się ofiarą jakiegoś żartu – kiedy jednak nie zauważyłam, żeby ktoś jeszcze mi się przyglądał, odważyłam się posłać jej niepewny półuśmiech, słabo udający nonszalancję.

Ona wskazała na wykładowcę i przewróciła oczami. „Palant”, powiedziała bezgłośnie i znów odwróciła się do tablicy. Zsunęła się niżej na krześle i zaczęła skręcać papierosa nad puszką z tytoniem, którą trzymała na kolanach pod ławką. Nie drgnął jej ani jeden mięsień – jeśli nie liczyć zwinnych, prędkich ruchów długich bladych palców. Paznokcie pomalowane czarnym lakierem z widocznymi odpryskami zgrabnie zagarniały drobinki tytoniu.

Zatonęłam w rozmyślaniach. Lekcja była nudna, w powietrzu tężała niecierpliwość. Kiedy rozległ się dzwonek, byłam już prawie w transie. Wsunęłam zeszyt i długopis do plecaka i rozejrzałam się wokół. Miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, ale okazało się, że zostałam już zapomniana – moja obecność przestała wzbudzać zainteresowanie. Rudowłosa dziewczyna zniknęła.

Środowe popołudnia były zarezerwowane na zajęcia pozalekcyjne, a ponieważ ja żadnych nie miałam, spędziłam resztę dnia na odkrywaniu nowego kampusu. Wybrałam się na spacer wokół auli, gdzie chór ćwiczył właśnie jakąś urzekającą żałobną pieśń.

Przeszłam przez długie, wysoko sklepione korytarze wydziału sztuki. Uczennice kryły się w zaroślach i ćwiczyły obszerne monologi, a echa ich głosów krzyżowały się pod sufitem. Z pokojów ćwiczeń dobiegały dźwięki fortepianów, te same pasaże płynęły wartkimi strumykami raz za razem, podczas gdy ciepły jesienny wiatr mierzwił korony drzew na zewnątrz. Liście spływały leniwymi łukami na trawniki. Dalej mam je przed oczami, sunące w powietrzu niczym wyciągnięte dłonie, słyszę ich chrzęst pod stopami. Ta scena i nastrój nadal są żywe w mojej pamięci. Gdy je wspominam, czuję na języku słodko-gorzki smak młodości, zapach bzów i lawendy. Cały kampus był idylliczny i urzekający.

A raczej prawie cały, z wyjątkiem stołówki. Nie bez powodu ta część szkoły nie pojawia się w broszurach ani w programach oprowadzania podczas wizyt rodziców. To podbrzusze szkoły, obskurne, lecz konieczne – jedno z niewielu miejsc na kampusie, w którym przedkłada się funkcję nad formę.

Zalana fluorescencyjnym światłem stołówka pobrzękiwała i syczała, w powietrzu unosił się mdlący zapaszek mięsa w wytopionym tłuszczu. Maszyny z przekąskami bez przerwy buczały i podzwaniały, wypluwając z przeszklonych trzewi kolejne opakowania słodyczy. Uczennice zbijały się w pęczniejące grupki wokół stolików z laminatu, otoczonych tanimi plastikowymi krzesełkami. Wśród nich stała też zupełnie niepasująca do reszty stara drewniana ławka, przytaszczona kilka lat wcześniej z piwnicy na próbę jakiegoś przedstawienia. Teraz, dekady później, nadal tu stoi, tylko trochę bardziej popękana i wysłużona.

Przycupnęłam w kącie i obserwowałam nowe koleżanki z klasy wygłodniałym wzrokiem niczym obiekty badań antropologicznych – wprawdzie w poprzedniej szkole nie byłam zupełnie odizolowana od reszty, ale prawdopodobnie właśnie przez takie podejście trudno mi było zawierać przyjaźnie.

Zwróciłam uwagę na nonszalancję, z jaką poprzerabiały szkolne mundurki – uszyte z materiałów, które chyba zaprojektowano z myślą o tym, by jak najbardziej gryzły i drapały każdy skrawek ciała. Martensy w odcieniach czerni, czerwieni i brązu. Pastelowe spinki przytrzymujące potargane warkocze. Flanelowe koszule w kratę i dżinsowe kurtki zawiązane na biodrach. Aksamitne opaski, kolczyki, sznury koralików, srebrne łańcuszki – wszystko to sygnalizowało ukryte cechy osobowości i najróżniejsze tajemnice, których ja, ubrana zgodnie ze wszystkimi wymogami regulaminu, najwyraźniej w ogóle nie posiadałam. Poczułam się straszliwie nijaka. Ukryłam się jeszcze głębiej za książką (czytałam właśnie powieść, której rozmizdrzona główna bohaterka zaczynała mnie coraz bardziej irytować. Niedługo później porzuciłam lekturę i już nigdy do niej nie wróciłam).

Mimo to jednak nie zostałam zupełnie przeoczona. Czułam na sobie spojrzenia innych dziewcząt, choć za każdym razem, kiedy podnosiłam wzrok, patrzyły w inną stronę. Dosłyszałam też szept, niosący się od jednej grupki do drugiej: „Ona wygląda jak…”. Wyobrażałam sobie, jakie uszczypliwości kryją się na końcu tego zdania. Pewnie jakieś zwierzę z rolniczego inwentarza: cielę, świnia, pies. Wieża zegarowa powoli przetaczała jedną minutę po drugiej, a szepty wzbierały na sile, stawały się głośniejsze, przechodziły w jadowity syk. Zaczerwieniłam się i zsunęłam niżej na krześle, marząc, by rozpłynąć się w powietrzu.

Zamrugałam gwałtownie, próbując odpędzić łzy, i wbiłam niewidzące spojrzenie w słowa na kartkach książki. Nagle dostrzegłam trzy postaci przechodzące za wielkim oknem po przeciwnej stronie stołówki. Natychmiast wpadł mi w oczy błysk rudych włosów dziewczyny idącej obok uśmiechniętych koleżanek. Rozmawiały i kopały zaspy świeżo spadłych liści.

Wyobraziłam sobie, że zaraz odwrócą się i na mnie popatrzą. Miałam nadzieję, że dziewczyna znów pośle mi figlarny uśmiech. Poprawiłam się na siedzeniu, próbując nadać swojej pozie pozory nonszalancji.

Ona jednak się nie odwróciła. Odeszły i zniknęły w słońcu, i jeszcze tylko przez chwilę widziałam ich długie, proste cienie.

rozdział 2

Studio było zasypane kremowym papierem. Pastelowe rysunki wypełzały z kątów jak snujący się nisko dym. Poczułam chłodny dotyk na łokciu, fioletowa plama wykwitła mi na rękawie.

Przez cały tydzień uczennice zajęć praktycznych wypełniły przestrzeń tak gęsto, że nie dało się przejść przez studio bez umazania mundurków różową i błękitną kredą. Nasze dłonie zostawiały pastelowe ślady po całej szkole: zielone odciski kciuków na książkach z biblioteki, brzoskwiniowe plamki na fiolkach w laboratorium, niebieskie motyle warg na kubkach po kawie i policzkach koleżanek. Płynęła z tego chyba taka lekcja (Annabel, nauczycielka rysunku i malarstwa, rzadko prowadziła nas ku oczywistym wnioskom – albo w ogóle jakimkolwiek wnioskom), że artystka zostawia swój ślad na wszystkim, czego dotknie. Dopiero wiele lat później pojęłam, jak głęboka prawda kryje się w tym stwierdzeniu.

Annabel przysiadła na biurku, machając nogami tuż nad ziemią. Te z nas, które chodziły też na jej zajęcia z historii sztuki, czekały ze wstrzymanym oddechem na pierwsze słowa. Nauczycielka była ubrana cała na czarno, srebrzyste loki spływały jej na ramiona. Wyglądała, jakby została wyciągnięta z innego świata. Nawet we wspomnieniach wydaje mi się pełna niewypowiedzianego autorytetu; władzy pozwalającej na uciszenie całego pomieszczenia jednym oddechem.

– Oscar Wilde – zaczęła wreszcie – opisywał estetyzm jako „poszukiwanie znaków piękna. To nauka o pięknie, przez które człowiek szuka współzależności sztuk. Mówiąc ściślej, to poszukiwanie tajemnicy życia”. I właśnie po to tu jesteśmy. Nie dajcie się zwieść. Może i jesteście młode, wydaje się wam, że macie nieskończenie wiele czasu, ale przekonacie się, oby tylko nie nazbyt późno, że to właśnie dla tych rzadkich chwil olśnienia warto żyć. To wy musicie je znaleźć i dostrzec. Im prędzej zaczniecie, tym bogatsze będzie wasze życie.

Drzwi otworzyły się z cichym kliknięciem. Do sali weszła niska blondynka w szkolnym sportowym stroju, przepraszając szeptem za spóźnienie. Zajęła puste miejsce obok mnie, rzucając mi nieme „hej”. Bezmyślnie odwzajemniłam uśmiech, zaskoczona, że w ogóle ktoś się ze mną przywitał. Annabel posłała jej zimne spojrzenie, a dziewczyna, zawstydzona, spuściła wzrok.

– Powinnyście rozwijać estetyczny zmysł, uczyć się rozumieć, co jest piękne lub warte uwagi poprzez tworzenie własnej filozofii, własnej historii sztuki, która posłuży wam za wytłumaczenie waszych osobistych gustów i tego, jak przecinają się one z resztą życiowych doświadczeń. – Odchyliła się nieco w tył, wyciągnęła ramiona; jej srebrny wisiorek zamigotał w słońcu. – To nie są zajęcia dla leniwych uczennic, które liczą na to, że będą sobie siedzieć i przez cztery godziny w tygodniu słuchać mojego gadania. Obawiam się, że będzie zupełnie na odwrót. Oczekuję od was wygłaszania własnych sądów i rozwijania własnego, subiektywnego spojrzenia na sztukę. Te z was, które uczęszczają też na moje zajęcia praktyczne – czyli większość grupy – powinny wykorzystać to jako okazję do rozwijania idei poza „granicami języka”, jak to nazywał Wittgenstein. Spodziewam się, że z biegiem czasu wszystkie zaznajomicie się z tą koncepcją.

Przez pokój przebiegł dreszcz ekscytacji. Nastolatki są cyniczne i mają skłonności do dramatyzmu, ale tylko najlepsi nauczyciele wiedzą też, że to grupa wyjątkowo podatna na ujmującą frazę, na zachętę do rozwijania własnych indywidualnych talentów. Może to banał, ale jestem pewna, że niejeden twórczy duch wykluł się za sprawą jednego przebłysku inspiracji właśnie w tym wieku.

I rzeczywiście, w tej chwili wszystkie poczułyśmy się wypełnione potencjałem, choć żadna z nas nie wiedziała, kim był Wittgenstein (muszę przyznać, że nawet teraz moja wiedza o nim jest w najlepszym razie podstawowa – jego teorie są nieco zbyt ezoteryczne jak na mój gust) ani dlaczego miałyby istnieć granice języka. Nie przyszło nam też do głowy, że grupka szesnasto- i siedemnastolatek może nie mieć odpowiednich kwalifikacji (delikatnie rzecz ujmując), by tworzyć własne teorie sztuki. Nie. Po takiej zachęcie ujrzałyśmy się w zupełnie nowym świetle, rozmigotanym od nieskończonych możliwości.

– Marie. – Annabel zwróciła się ku ciemnowłosej dziewczynie o rozpoznawalnym z oddali na stołówce piskliwym głosie, w którym zawsze pobrzmiewało echo nerwowego śmiechu. – Podaj mi przykład dzieła, które uważasz za piękne.

– Dawid Michała Anioła – odparła pewnie dziewczyna.

– Dlaczego? – Annabel uśmiechnęła się krzywo, odsłaniając niemal białe dziąsła, gładko przechodzące w zęby.

– Bo stanowi symbol siły i piękna ludzkiego ciała.

Annabel nic nie powiedziała, tylko ziewnęła przeciągle w śmiertelnej ciszy.

– Naprawdę tak myślisz czy tylko papugujesz moje własne myśli? – spytała w końcu, nachylając się nad ławką Marie. Zdjęła kartkę, pod którą kryła się otwarta książka jej autorstwa o rzeźbiarstwie renesansowym. Dziewczyna zbladła i wlepiła w nią przerażone spojrzenie. – Może inni wykładowcy lubią, kiedy uczennice bezmyślnie powtarzają treści, w które sami nie wierzą, ale cały sens moich zajęć – oznajmiła, odwracając się plecami do uczennicy – polega na tym, żebyście mówiły to, co naprawdę myślicie, a nie to, co według was chciałabym usłyszeć. Ja już wiem, w co wierzę. Nie musicie mi o tym przypominać. – Annabel rozejrzała się po klasie, przeskakując wzrokiem z jednej twarzy na drugą. Kiedy jej oczy zatrzymały się na mnie, natychmiast poczułam ucisk w żołądku. – Violet.

– Tak, pani profesor?

Z nerwów oddech utkwił mi czkawką w gardle. Annabel po raz pierwszy odezwała się do mnie wprost. Bił od niej dziwny blask, jakby w jej żyłach płynęło srebro zamiast krwi i rozświetlało ją od środka. Teraz, z perspektywy czasu, zastanawiam się, czy kiedykolwiek rzeczywiście była taka, jaką ją widziałyśmy, czy może same rzucałyśmy na nią ten blask, zmieniając ją w ten na wpół niebiański byt siłą własnego zachwytu. W chłodne dni – pełne rozsądku, kiedy wszystko przesiąknięte jest cichą jesienną szarością – dzieją się rzeczy oczywiste. Może to zwykłe załamanie promieni gasnącego słońca.

– Violet – powtórzyła bez uśmiechu. – Powiedz: co byś wybrała?

Poczułam na sobie wyczekujące spojrzenia całej grupy. Marie przyglądała mi się nienawistnie, przenosząc na mnie całą złość, którą czuła wobec Annabel. Gorączkowo próbowałam wyłowić z pamięci coś, o czym czytałam, co widziałam, tytuły i nazwiska nagle wyparowały mi z głowy. Wreszcie udało mi się uchwycić obraz: roześmiane kobiety rzucające się wściekle na miasto daleko w dole; szatan o dzikich oczach, rozszarpujący zębami ludzkie kończyny.

– Czarne obrazy Goi – odparłam, czując, jak słowa szorstko zahaczają mi o język.

Annabel zakreśliła palcami kilka kółek w powietrzu, próbując wydobyć ze mnie coś więcej.

– Jest w nich coś… Coś takiego, co bardzo mi się podoba.

– Bardzo ci się podoba? – Nauczycielka uniosła brew. – Chyba potrafisz nieco pogłębić tę wypowiedź.

Serce zatłukło mi się w piersi.

Zobaczyłam je w książce, kiedy miałam pięć, może sześć lat, i poczułam dziwny dreszcz przerażenia. Mama niemal natychmiast wyrwała mi książkę z rąk, ale obrazy zapadły mi w pamięć. Lata później ukradłam album z antykwariatu – wstydziłam się przyznać, jak bardzo pociągają mnie okrutne grymasy na potwornej okładce. Trzy dni później, dręczona wyrzutami sumienia, wróciłam z naręczem starych książek ojca. Ten podarunek wielokrotnie przewyższał wartość skradzionego przedmiotu.

– Tu nie chodzi o samą estetykę – odparłam powoli. – On namalował je na ścianach swojego domu, tylko dla siebie. Wprawdzie Goya był znany ze swoich portretów, które są ładne, ale… No, trochę nieciekawe… – Wargi Annabel drgnęły w zachęcającym uśmiechu. – Kiedy był zupełnie sam, chciał malować te przerażające rzeczy, szatana pożerającego człowieka, popadanie w obłęd. To była ulga, której mógł szukać wyłącznie w samotności.

Nauczycielka pokiwała głową i odgarnęła srebrny lok za ucho. Miałam wrażenie, że odwróciła się nieco bardziej w moją stronę, jakby chciała lepiej dosłyszeć coś niedopowiedzianego.

– Zakładam, że znasz Kiedy rozum śpi, budzą się upiory?

Zbladłam.

– Słucham?

– Tę rycinę. Prawie z tego samego okresu.

– Och. Nie, nie widziałam jej.

– Poszukaj. Spodoba ci się. – Annabel odwróciła głowę. – Albo przynieś reprodukcję na następne zajęcia. Omówimy ją w grupie.

Podjęła wywód, a ja poczułam na sobie czyjś wzrok. Próbowałam powstrzymać pokusę, ale nie dałam rady. Odwróciłam się. Rudowłosa dziewczyna obgryzała w zamyśleniu paznokieć kciuka, krzywiąc się, gdy kredowy pył osiadał jej na języku. Kiedy zorientowała się, że na nią patrzę, zaśmiała się, a ja zawtórowałam jej echem.

Po chwili znów przeniosłyśmy wzrok na nauczycielkę. Wprawdzie reszta zajęć rozpłynęła się we mgle, ale na samą myśl, że udało mi się zdobyć – choćby tylko na chwilę – aprobatę Annabel, czułam niewypowiedzianą ulgę.

Rozbrzmiał dzwonek. Zaczęłam się pakować, a rudowłosa i jej koleżanki otoczyły ciasnym wianuszkiem biurko Annabel, omawiając coś przyciszonymi głosami. Wysoka dziewczyna zerknęła na mnie i wymownie zniżyła głos do szeptu. Kiedy dotarło do mnie, że cała trójka czeka, aż wyjdę (a policzki zapłonęły mi szkarłatem), pośpiesznie zebrałam swoje rzeczy i ruszyłam ku drzwiom.

– Ej, czekaj – odezwał się ktoś. – Chcesz zapalić?

Ruda uśmiechnęła się do mnie przebiegle. Pozostałe dziewczęta – i Annabel – popatrzyły na mnie z kamiennymi twarzami, nieprzeniknionymi jak maski.

Nie paliłam, ale skinęłam głową. Później zarzekałam się, że zgodziłam się z zaskoczenia, a nie dlatego, że desperacko pragnęłam się z kimś zaprzyjaźnić.

Wyszłyśmy na korytarz.

– No, to jak ci się podoba w Elm Hollow?

– Wydaje się w porządku. Jak na razie wszyscy są dość mili.

Dziewczyna pchnęła drzwi, wpuszczając orzeźwiający podmuch chłodnego powietrza. Poczułam, jak kropelki potu na moim czole stygną i wysychają. W milczeniu ruszyłyśmy w stronę pomazanej graffiti palarni ukrytej za głównym budynkiem. Była oddalona od parkingu i niechętnych spojrzeń. Wiatr niósł echo pokrzykiwań z boiska; jaskółki krążyły nam nad głowami w kapryśnych chmarach, zatrzymując się i podrywając w inną stronę, jakby co chwila zmieniały zdanie.

– To skąd jesteś? – spytała, pstrykając kilka razy zapalniczkę, aż wreszcie potrząsnęła nią stanowczo. W końcu pojawił się płomyk.

– Wcześniej byłam w Kirkwood – wyjaśniłam. – Ale w zeszłym roku zostałam w domu.

– Miałaś edukację domową? – Uniosła wysoko cienką, narysowaną kredką brew. Pod makijażem widać było czerwone kropeczki.

– Tak jakby. W sumie to sama się uczyłam.

– No coś ty. Jak to?

– Bo widzisz… Mój tata zginął. W szkole powiedzieli, żebym dała sobie czas, więc…

– O, popatrz! – powiedziała wesoło. – Mój tata też nie żyje. – Zamilkła. – No wiesz, tak tylko mówię. Żebyś wiedziała, że rozumiem.

– Och, to okropne. Przykro mi.

– Nie, nie, spoko. Praktycznie go nie znałam. Mama mówi, że był trochę dupkiem.

– Och – bąknęłam. – To szkoda.

Ona tylko się uśmiechnęła i odwróciła wzrok. W świetle dziennym dostrzegłam jej piegi i długie rzęsy. Policzki miała oblane ceglastym rumieńcem od chłodu.

– Szlag – wymamrotała i skrzywiła się, widząc, że papieros zetlił się jej aż do koniuszków palców. Rzuciła niedopałek na ziemię i przydeptała go butem ze srebrnym czubkiem. W budynku rozległ się dzwonek. – Masz ochotę spotkać się kiedyś po szkole? – spytała, zerkając na mnie.

– Spotkać?

– Tak, ciemniaku, spotkać. No wiesz, spędzić razem czas. W towarzystwie. Ze znajomymi.

Milczałam oszołomiona.

– Uznam tę ciszę za zgodę, bo każda inna odpowiedź byłaby niewyobrażalnie nieuprzejma. Widzimy się na przystanku. W piątek. Równo piętnaście po trzeciej. – Odwróciła się na pięcie i odeszła, nie dodając już ani słowa. Z trawnika poderwało się z trzepotem stadko wróbli. Stałam w miejscu, sparaliżowana tą rozmową.

To nie mogło być aż tak proste.

Nigdy tak naprawdę nie miałam przyjaciół, choć nie byłam też kompletnie osamotniona. Dryfowałam gdzieś na uboczu, jak ledwie dostrzegalna zawodniczka z ławki rezerwowych, podczas gdy koleżanki z klasy zmieniały nastoletni bunt w konkurencję olimpijską. Ja byłam zbyt nieśmiała, nerwowa, powolna. Po prostu snułam się za nimi i ściskałam mocno swoje książki, czując w kieszeni uspokajające terkotanie walkmana. Udawałam, że wcale mnie to nie obchodzi. Nie chodziło o to, że nie umiałam nawiązać rozmowy ani że byłam otwarcie nielubiana. Po prostu nie wiedziałam, jak się przekracza granicę między szkolną znajomością a przyjaźnią – jakby istniał jakiś sekretny, obcy mi szyfr albo znak, który należało zaprezentować, by dołączyć do wybranej grupki.

A teraz, zaledwie kilka dni po rozpoczęciu nauki w Elm Hollow – ja, nowa dziewczyna, która dołączyła później od reszty, niewyróżniająca się zachowaniem, ekscentrycznymi nawykami czy stylowym ubiorem – znalazłam koleżankę. Taką, która chciała się spotykać po lekcjach. Zastanawiałam się, czy mnie nie nabiera. W ciągu kolejnych kilku godzin zaczęłam w to wierzyć. Następnego dnia, gdy przechodziłam obok studia Annabel, nie zobaczyłam w środku ani nauczycielki, ani żadnej z dziewcząt.

Wreszcie nadszedł piątek. Ruszyłam w stronę przystanku, otoczona hordami uczennic, które skupiły całą uwagę na czymś innym i już zupełnie mnie nie zauważały. Na pobliskim pagórku majaczyły w popołudniowym słońcu zarysy starego placu zabaw. Młodsze rodzeństwo odbieranych uczennic piszczało i bujało się na huśtawkach, młodsze dzieci biegały wokół zmęczonych rodziców. Wyobraziłam sobie wśród nich białą jak księżyc twarz mojej siostry. Znów stanęła mi przed oczami jej gumowata, spuchnięta buzia. Potrząsnęłam głową i rozejrzałam się w tłumie za Robin.

– Nie byłam pewna, czy przyjdziesz – powiedziała, chwytając mnie od tyłu za ramiona. Jej stwardniałe palce musnęły mi policzek.

– Dlaczego? – Stanęłam jak wryta. Od bardzo dawna nikt mnie nie dotykał, choć aż do teraz nie zdawałam sobie z tego sprawy. Przypomniały mi się obojczyki mamy, przyciśnięte do mojej szyi kilka dni po śmierci taty. To był ostatni raz.

– A nie wiem. Miałam wrażenie, że nie jesteś przekonana do tego pomysłu.

– O nie. Po prostu… – przerwałam z ulgą, słysząc pokrzykiwania grupki oczekującej na przystanku. Jakaś dziewczyna zaczęła tańczyć i wirować tak szybko, że zmieniła się w rozmytą plamę barw.

Wsiadłyśmy z przerzedzającym się tłumkiem do ostatniego autobusu. Robin nadal trzymała mnie mocno za nadgarstek. Wsunęła się na siedzenie przy oknie i przycisnęła gitarę do kolan. Opadłam na miejsce obok niej i przysunęłam się blisko, gdy w środku zaczęło się robić ciasno od bladych kończyn i nieświeżych oddechów.

– No – odezwała się Robin, spoglądając na mnie przesadnie szeroko otwartymi oczami. – To skąd do nas przyszłaś?

– Z Kirkwood – powtórzyłam.

– To już wiem. Dobrze, inaczej. Opowiedz mi wszystko. Całą swoją historię.

Popatrzyłam na nią. Umysł miałam pusty, pozbawiony przeszłości, jakby ktoś wymazał mi pamięć.

– Nie… nie wiem – odparłam.

– Ciekawe – uśmiechnęła się. Wargi miała fioletowe od owoców morwy. Zauważyła, że się jej przyglądam, i podniosła dłoń do ust. – Jesteś stąd?

– Aha.

– No, to ma sens. Nuda, nuda, nuda. – Zamilkła i zmrużyła oczy. – Nie mówię o tobie, tylko o tym mieście. Jest nudne do bólu.

– Aha.

– Aha – powtórzyła, opierając się o siedzenie. – Dobra, spróbujmy inaczej. Zrobimy sobie mały test. Violet nic nie mówi, bo a) jest nieśmiała, b) ma mnóstwo niesamowicie interesujących rzeczy do powiedzenia, ale nie chce się nimi ze mną podzielić, albo c) wcale nie jest taką ciekawą osobą, a ja straszliwie pomyliłam się w ocenie. Dawaj.

– Nie c) – zapewniłam, choć natychmiast poczułam ukłucie niepewności. Kłamię, pomyślałam. Nie jestem ani trochę interesująca.

– No, a) i b) nie muszą się wykluczać. Więc jesteś ciekawa, tylko nieśmiała, i nie chcesz mi wyjawić swoich sekretów – stwierdziła Robin i uśmiechnęła się do mnie. – Niech ci będzie.

Gorączkowo rozglądałam się za innym, łatwiejszym kierunkiem rozmowy.

– Może spróbujmy na odwrót. Opowiedz mi o sobie.

– O mnie? Ja jestem szalenie interesująca. Fascynująca. Jak ucieleśnienie puszki Pandory. Tylko że ja też nie lubię dzielić się informacjami za darmo – odparła, szczerząc zęby. – Więc chyba będziemy musiały trochę zwolnić tempo, co?

– Grasz na gitarze? – uśmiechnęłam się.

– Koszmarnie – przytaknęła, ściskając w palcach szyjkę futerału. – Ale przynajmniej fajnie z nią wyglądam, a to już coś.

– I bez tego jesteś fajna – wyrwało mi się. Zaczerwieniłam się. Nie chciałam wyjść na desperatkę, która ma potrzebę podlizywania się innym.

Ona tylko prychnęła z gorzkim rozbawieniem.

– No, to chyba pozamiatane. Jesteś jedyną osobą w tej szkole, która sądzi, że ja, Robin Adams, jestem fajna. A to bezsprzecznie awansuje cię na moją najlepszą przyjaciółkę. – Podała mi dłoń, a ja uścisnęłam ją w komicznie oficjalnym geście, który w tej zatłoczonej przestrzeni wydał mi się dziwnie intymny. – Oj, weź. – Trąciła mnie łokciem.

Autobus się zatrzymał, a my przecisnęłyśmy się do wyjścia i stanęłyśmy na ulicy. Wiatr hulający wśród budynków niósł zapach morza. Nawet nie zauważyłam, że brakowało go na terenie szkoły. Niebo w ciągu naszej podróży zmieniło barwę z błękitnej na szarą. Zaczął siąpić drobny deszcz – tak delikatny, że nie dostrzegłam go, dopóki Robin nie osłoniła sobie głowy porzuconą gazetą. Wskazała drogę, mamrocząc:

– Nie ma mowy, żeby zepsuło mi fryzurę. – I ruszyła przed siebie.

Poszłam za nią do kawiarni, nieco na wyrost nazwanej International Coffee Company, skoro swój jedyny oddział miała w sypiącym się budynku przy cichej uliczce w zapomnianym przez świat miasteczku.

– Siemano, dziwki – oznajmiła głośno na powitanie.

Baristka – kobieta o czarnych włosach i wargach czerwieńszych niż skrzynka na listy, o skórze opalonej i zniszczonej słońcem jak stara torebka – pomachała w naszą stronę.

– Kawa? – zawołała.

Robin skinęła głową i podniosła w górę dwa palce, po czym zaprowadziła mnie na tył kawiarni, do grupki dziewcząt szepczących do siebie w boksie wyłożonym sprutą skórzaną tapicerką.

– To jest Violet – oznajmiła, mocno przyciskając kciuki do moich łopatek.

Dwie dziewczyny popatrzyły na mnie z obojętną ciekawością. Zachwiałam się, odzyskałam równowagę, uśmiechnęłam. Nic nie powiedziałam. Po chwili ta niższa – zielonooka o bladej, niemal przezroczystej skórze – odwzajemniła uśmiech i niepewnie pomachała papierosem, zachęcając, bym usiadła przy niej. Dzieliły herbatę z imbryka ewidentnie przewidzianego dla jednej osoby. Parował leniwie obok grubej książki w skórzanej oprawie.

– Ta cesarzowa wrednych suk to Alex – wyjaśniła Robin, siadając przy drugiej dziewczynie. Zarzuciła jej rękę na ramiona, a Alex natychmiast ją strząsnęła. Następnie skinęła chłodno głową i wróciła do zaplatania włosów w gruby, ciasny jak sznur warkocz. Przyglądała mi się spod opadających powiek. Oczy miała ciemne, prawie czarne.

– A ten cherubinek… – Robin uszczypnęła jej policzek palcem wskazującym i kciukiem. Ścisnęła do białości. – To Grace.

Grace przewróciła oczami i podała papierosa Alex. Dym wił się między nimi. Robin przeniosła uwagę na koleżanki, a ja wcisnęłam się na miejsce obok Grace, która przesunęła się bliżej ściany, jakby chciała zachować odpowiednio duży dystans między nami.

Uśmiechnęły się do mnie blado i popatrzyły na Robin.

– Czy ty już… – zaczęła cicho Alex.

– Jeszcze nie. Na niektóre rzeczy warto trochę poczekać, co?

Kelnerka z brzękiem postawiła przed nami dwie duże kawy. Wokół filiżanek wykwitła niewielka kałuża. Płyn zaczął sunąć w moją stronę po prawie niedostrzegalnie przekrzywionym blacie. Prędko wytarła plamę fartuchem. Podniosłam głowę i zobaczyłam dziewczynę o takich samych wyrazistych rysach co kobieta za ladą, tylko dobre dwadzieścia lat młodszą.

– Hej, Dina – odezwała się Robin śpiewnym, kpiącym tonem. – Co słychać?

– Wszystko w porządku – odparła Dina, po czym odwróciła się i ruszyła prędko na zaplecze za barem.

– Walnięta katolka – wyjaśniła Robin, podsuwając mi kawę. – Jestem zaskoczona, że jeszcze nie rzuciła się na nas z różańcem.

– Ani nie zaciągnęła nas na stos – roześmiała się Alex.

– Mocą Jezusa Chrystusa wzywam cię, itepe, itede.

Szyderstwa Robin ściągnęły na nas ostrzegawcze spojrzenie kobiety za barem. Dziewczęta zniżyły głos do szeptu. Popijałam kawę, próbując powstrzymać grymas. Była gorzka i zostawiała suchą, smolistą warstwę na języku. Nie pierwszy raz piłam kawę – naczytałam się dość książek, by wiedzieć, że wszyscy ludzie, których podziwiam, uwielbiają ją i zamawiają wyłącznie czarną – ale podobnie jak przy wcześniejszych próbach, tym razem również smak ustąpił miejsca gorącym, postępującym prędko mdłościom, a serce zatłukło mi w piersi jak królik w pułapce. Mimo to kurczowo ściskałam filiżankę, pozwalając, by gorąca porcelana szczypała mnie w palce. Postanowiłam pozbyć się jej, gdy tylko dziewczyny zwrócą uwagę na coś innego, choć prędko zorientowałam się, że udręczona roślina stojąca tuż przy boksie jest z plastiku. Wyślizgane skórzane siedzenia, migoczące żarówki i zakurzone, spłowiałe od słońca obrazy na ścianach sugerowały to od samego początku.

– To co jeszcze masz w planie zajęć? – spytała mnie Grace. Alex i Robin zatonęły w jakiejś wielopoziomowej dyskusji, która już dawno przestała mieć dla mnie sens. Grace zdjęła celofan z na wpół zjedzonego lizaka. Jej oddech był słodki jak wata cukrowa.

– Angielski i literaturę klasyczną – odparłam.

Zmierzyła mnie wzrokiem tak prędko, że może tylko to sobie wyobraziłam.

– Annabel spodobało się, co powiedziałaś wczoraj na zajęciach. Ona chyba…

– Ej – przerwała jej Robin, nachylając się między nas. – To ważne.

Grace odsunęła się nieco w tył, jakby próbowała odzyskać zaburzoną równowagę przestrzeni.

– Co?

– Krew czy wiśnia?

Popatrzyłyśmy na nią nierozumiejącym wzrokiem.

– Szminka, tępe krowy. Jezu. Bardzo jesteście pomocne.

Alex trąciła Robin łokciem i wyciągnęła torbę spod stolika.

– Muszę lecieć.

– Ale jeszcze nie zdecydowałyśmy – zajęczała Robin, nie ruszając się z miejsca.

– Wkładasz tę czarną sukienkę? – spytała Alex.

– No.

– To weź czerwoną. Będzie robić wrażenie – odparła Alex, cmokając głośno. – No już, odwal się.

Robin wysunęła się z budki i oparła o stolik, wyciągając za siebie jedną nogę. Zabrała ją dopiero po kopniaku Alex. Dina o mały włos się o nią nie potknęła.

– Miło było… Szlag. – Alex się roześmiała. – Chciałam… Jeszcze raz, jak ty masz na imię?

– Violet – podsunęła Robin. – To jest Violet.

– Okej. Miło było cię poznać, Violet.

Przytaknęłam, czując lekką urazę. Zapomniała, jak się nazywam.

– Ciebie też – odparłam.

Po jej wyjściu rozmowa toczyła się dalej. Robin z naszą pomocą wybierała kolor paznokci, długość rzęs i szkła kontaktowe w różnych kolorach na weekendową imprezę w akademiku jej chłopaka. Nadal kręciło mi się w głowie od kofeiny i dymu unoszącego się stale nad naszym boksem (dziewczyny bez przerwy dzieliły się jednym papierosem; chyba nie miały też drugiej zapalniczki, tylko tę prawie zużytą należącą do Robin). Postanowiłam uciekać, dopóki miałam wrażenie, że dobrze sobie radzę.

– To widzimy się w przyszłym tygodniu – powiedziały na pożegnanie, jakby moja obecność nie podlegała dyskusji. Na tę sugestię aż zarumieniłam się z wdzięczności.

Wróciłam okrężną drogą. Minęłam plażę, wsłuchując się w równomierny, łagodny morski szum. Z pawilonu na końcu mola niosło się zawodzenie tenora. Na ulicach prowadzących do mojego domu samotni ludzie wpatrywali się w błękitnawe ekrany telewizorów. Wszystkie zasłony rozświetlał ten sam rozmigotany wzór. Pies sąsiadów zdążył obwąchać mi dłoń przez płot, zanim posiwiała kobieta przywołała go z powrotem.

– Dobry wieczór, pani Mitchell! – krzyknęłam uprzejmym tonem, którego używałam w rozmowach ze starszymi ludźmi.

Jej wnuk – przysadzisty chłopak o fryzurze na pazia i policzkach jak dwa jabłka, może rok starszy ode mnie – siedział przy oświetlonym oknie na piętrze. Białe ściany jego pokoju były oklejone plakatami z wizerunkami smoków i czarodziejów. Podniosłam głowę i uśmiechnęłam się do niego. Zaciągnął zasłonkę w tej samej chwili, kiedy pani Mitchell zatrzasnęła drzwi, nie oglądając się za siebie.

rozdział 3

Przez cały weekend nie mogłam spać. Snułam się po korytarzach, oglądałam z mamą powtórki Napisała: Morderstwo o trzeciej w nocy, wiadomości o szóstej, siódmej, ósmej. Zdrapywałam nożem pleśń z chleba i robiłam nam tosty, jednocześnie ćwicząc w myślach rozmowy, jakie mogłabym prowadzić z dziewczynami (przy założeniu, że jeszcze mnie zaproszą). Wypracowałam sobie teoretyczną płaszczyznę porozumienia, na której nasze osobowości miały szansę się zazębić. Robiłam listy tematów, które mogłabym poruszyć, by sprawić wrażenie interesującej, błyskotliwej, albo jedno i drugie. Zapisywałam w dzienniku zdania, od których mogłabym zacząć rozmowę, i interesujące spostrzeżenia do wplecenia w dyskusję, po czym wyrywałam kartki, zażenowana tak oczywistą manifestacją desperacji.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przeł. Aga Zano (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]

Walter Pater, Renesans. Rozważania o sztuce i poezji, przeł. Piotr Kopszak. [wróć]

William Blake, Zaślubiny Nieba i Piekła, przeł. Wiesław Juszczak. [wróć]