Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 237 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Furia Mać! - Sylwia Kubryńska

Nowa powieść autorki bestsellerowej „Kobiety dość doskonałej”! Wojny światowe w małżeństwie mogą się toczyć o wideoodtwarzacz upieczony w piekarniku i męskie skarpetki wyniesione do rangi ostatniego bastionu męskości.

 

 

„Furia mać!” to książka niezwykła. Pełna pasji, mocna, bezkompromisowa, trafiająca w sedno. Sylwia Kubryńska to już marka, której znakiem firmowym jest pasja i styl. Nazywa rzeczy po imieniu, nie lukrując i mając w nosie, że naraża się (a bardzo naraża!) wszystkim ważniakom dookoła. Kobieta narrator – jej znak firmowy plus skrzący się humor i złośliwy zmysł obserwacyjny tworzą fabułę, od której nie sposób się oderwać. No i jeszcze jeden ogromny atut tej książki: oprócz tradycyjnych wątków damsko – męskich i świetnie ujętych – politycznych – pojawia się w niej postać matki, która… zresztą, przeczytajcie same (i sami)!

Od „Furii mać!” po prostu nie można się oderwać.

Opinie o ebooku Furia Mać! - Sylwia Kubryńska

Fragment ebooka Furia Mać! - Sylwia Kubryńska

 

 

 

 

Copyright © Sylwia Kubryńska, 2016

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

 

Redaktor prowadząca: Magdalena Genow-Jopek

Redakcja: Katarzyna Gwincińska

Korekta: Magdalena Owczarzak

Projekt okładki: Aleksandra Płocińska

Projekt typograficzny i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

 

 

Zdjęcie autorki: Dawid H. Groński/Agencja Gazeta

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2016

 

eISBN 978-83-7976-414-3

 

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

W myślach twoich ciemność śmierci

W oczach twoich czerwień krwi

Pęka w dłoni szklanka z wódką

Rozpierdala myśli ci.

 

Zwierasz pięść z radością dziką

Krew i wódkę spijasz z niej.

Dziwisz się, że to smakuje

Krwawą Mary z dłoni chlej.

 

Świat wiruje za mgłą białą

W pulsującej ciszy snem

Rozpierdolę wszystko w koło

Potem sam powieszę się...

 

„Mrok” utwór zespołu Püdelsi

słowa: Piotr Marek & Andrzej Püdel Bieniasz

 

 

 

 

 

 

Wszelkie podobieństwa do zdarzeń opisanych

w tej książce są przypadkowe.

Powiem więcej: wszelkie wydarzenia

w tym tekście są przypadkowe.

Ba! Wszelkie wydarzenia

w moim życiu są przypadkowe.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

MAGDA

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

– Gdy byłam mała, pokłóciłam się na podwórku z pewną dziewczynką o imieniu Jowita. Jowita była nieco mniejsza ode mnie, a bodaj doszło do szamotaniny, więc pobiegła z płaczem na górę i poskarżyła się tacie. Chwilę później barczysty mężczyzna z hukiem zleciał ze schodów i wyszarpał mnie za kretonową sukienkę. Wystraszyłam się i z płaczem poleciałam na górę, do mamy. Moja mama, a twoja babcia, wpadła we wściekłość i wyskoczyła z mieszkania jak z procy. Za nią Gośka, babci przyjaciółka, która potrafiła się wściec o wiele mocniej niż babcia. I tak te dwie bomby poleciały do ojca Jowity, którego Gośka chwyciła za chabety dokładnie tak samo jak on mnie za kretonową sukienkę, z tą jednak różnicą, że przygniotła go do ściany. Babcia szarpała się z mamą Jowity, która krzyczała bez zrozumienia: „Kim pani jest?! Kim jest ta pani?!”. Gośka bez namysłu wypaliła: „Matką chrzestną!”. Gośka nie była moją matką chrzestną. Nie było między nami żadnego pokrewieństwa, była tylko koleżanką mojej mamy, bliską, oddaną i niezwykle wojowniczą. Zrobiła się więc wielka awantura, ktoś postraszył policją, inny sądem, jeszcze inny – poprawczakiem. Sąsiedzi wybiegli na klatkę schodową, dzieci płakały i zdaje mi się, że doszło do poważnej afery.

– A o co się pokłóciłaś z tą Jowitą, mamo? – spytał Kuba.

– O kasztana.

 

 

 

 

 

 

Telefon

– Dzień dobry, dzwonię z sieci PLAY. Wychodząc naprzeciw potrzebom, przygotowaliśmy dla państwa specjalną ofertę...

Śnie mój, lekarzu mej duszy, zbawco od złego, czyścicielu toksyn procentowych, ucieczko przed kaloriami kolejnych trunków, kolacji zbyt późnej, głupot narobienia, gdzie jesteś?! Śnie, azylu i opiekunie, co przed kolejnym napadem wściekłości, przed poczuciem beznadziei, brakiem poczucia własnej wartości i od upadku mnie chronisz, co w ciemności niebytu mnie tulisz, od świata odcinasz, przed światem pilnujesz – wróć! Dopiero siódma rano, jeszcze ciemno, a już mam nerwy w strzępach. Dopiero siódma rano, a już mam przejebane. Akurat teraz, akurat dziś sieć PLAY postanowiła wyjść naprzeciw potrzebom. I akurat teraz postanowiła mnie o tym poinformować! Czemu napuścili infolinię? By mnie poranną kanonadą zniszczyła?! Głowa mnie boli. Wezmę dwa ibupromy, trzy aspiryny, na darmo. I tak nie zasnę, i tak nie odpocznę. Będę się snuła jak ryba śnięta, będę marudzić i jęczeć.

Rozłączam się i leżę, i dyszę z wściekłości. Znów dzwoni telefon? Patrzę w sufit i myślę. Układam plan. Otworzę okno i wypieprzę go na zewnątrz. Niech go psy rozszarpią. Niech go traktor rozjedzie, niech go kombajn zmieli i w kostkę uformuje. Niech ugrzęźnie w błocie, które udaje drogę. Niech przepadnie razem z całym Plejem, jebut ich w dupę ze wschodu i zachodu mać. Bladź!

I tylko gdzieś z tyłu głowy pobrzękuje głos Leny, to jej odwieczne, zdumiewające pytanie:

– Nie możesz go po prostu wyłączyć?

Nie mogę. Nie mogę! Nie mogę wyłączyć, choć wiem, że mój telefon jest zepsuty. Zepsuł się już dawno. Zepsuł się na samym początku. Dzwoni tylko ze złymi wiadomościami. Dzwoni tak, że się go boję. Że nie chcę odbierać. I teraz znów. Patrzę na wyświetlacz, widzę jej numer i robi mi się słabo. Słabo mi się robi za każdym, każdziusieńkim razem. Od kiedy pamiętam, od kiedy wymyślono ten cholerny wyświetlacz, cała się trzęsę, kiedy dzwoni telefon. Każda rozmowa to niewiadoma, w którym momencie pojawi się to rozdygotanie, ten brak pewności, ta wściekłość, że ktoś ci zadaje pytanie, którego wcale nie chcesz słyszeć, a już na pewno nie chcesz na nie odpowiadać i czujesz wszechogarniającą złość na rozmówcę, że co się przypierdala. Ale największą złość czujesz na siebie, bo odebrałaś ten telefon, choć bardzo dobrze wiedziałaś, że odebranie tego telefonu oznacza władowanie się w zawiły labirynt. Wszystkie rozmowy otwierają bramę do zawiłego labiryntu wzajemnie przecinających się ocen, oskarżeń, docinków, szyderstw, pretensji, żalów, domysłów, z których zawsze wynika coś złego, niekorzystnego, jadowitego, oceniającego. A ty się tak tym wszystkim przejmujesz, że wyłapujesz natychmiast najmniejszą oznakę, ton, znak zapytania, a nawet brak oczekiwanej reakcji na twoje słowa. I rzecz jasna – bo co innego? – przekuwasz to w swoją krzywdę i z miejsca odpalasz lont. Zawsze przecież można pójść na skróty i wylecieć w powietrze, zamiast rozwiązywać piętrzące się problemy.

A wszystkie rozmowy generują piętrzące się problemy. Rozmowa z szefem to piętrzące się problemy. Rozmowa z ojcem to piętrzące się problemy. Rozmowa z Marcinem to piętrzące się problemy. Rozmowa z Kaśką to piętrzące się problemy. Rozmowa z Kubą to piętrzące się problemy. Nawet rozmowa z pracownikiem infolinii to piętrzące się problemy. A tu dzwoni matka. Giga mega problem.

– Oglądałaś „Wiadomości”?

Ja pierdolę, już wiem. Wiem! Zamach w Smoleńsku! To właśnie jest ten temat, z którym dzwoni moja matka. Od sześciu lat dzwoni do mnie w sprawie zamachu w Smoleńsku. Od sześciu lat prowadzi własne śledztwo, śledztwo doskonałe, bo od pierwszych sekund rozwiązane. Tak, to jest zbrodnia idealna, zbrodnia perfekcyjnie rozwikłana przez kobietę w moherowym berecie. Wraz z nią pracują nieustannie służby wywiadowcze, patriotyczny sztab bohaterski. Codziennie, od sześciu lat, bez przerwy trwa potężny proces dochodzenia do JEDYNEJ i WIADOMEJ prawdy. Codziennie przychodzę do pracy, włączam radio i przez osiem godzin słucham z przerażeniem nieśmiertelnego mamrotania polityków przetykanego gniewnymi pogróżkami o zdradzie, ich niekończącą się mantrę o grobie poległych, o czarnej skrzynce naszej pamięci uwięzionej na niepowetowane wieki wieków, o terroryzmie powietrznym, o samolocie. O samolocie, którego kokpit jest miazgą naszych umysłów, którego metalowy szkielet stał się symbolem męczeństwa, zbrodni na honorze, zbrodni krwawej i niepomszczonej, odwiecznej, przez pokolenia zadawanej przez kpinę z klęski powstańczej. To jest plwaniem na polskość, na narodowość krwawo wrogowi wyrywaną bez skutku. A wszytko przez zbrodniczy układ sił obcych, ukrywający się pod niepozornym, lecz jakże haniebnym kryptonimem: MGŁA.

Pójdziecie siedzieć za tę mgłę. Bekniecie za mgłę, za brzozę, za wszystko to, co nam się wydaje. Co się WYDAJE mojej matce.

Owszem, zanim zadzwoniła, spałam. Spałam i miałam sen. Sen proroczy. Śniła mi się własna śmierć. Wiem, na co umrę. To niezwykłe i jednocześnie beznadziejne: tak się nagle dowiedzieć. Nie mam już żadnego wpływu na los, nic mnie nie ocali. Klamka zapadła. Umrę z wkurwu. Moja matka doprowadzi mnie do takiej pasji, że po prostu wybuchnie mi mózg. Moja odporność drastycznie spada z każdym dniem, a jeszcze niedawny stan zapalny, gorączka i wola walki – znika bezpowrotnie. Jestem permanentnie wkurwiona. Jestem tak wkurwiona, że to aż boli. Boli mnie każdy podmuch wiatru, każdy mijany na ulicy przechodzień. Nie wiem, czy zbici w grupki niedzielni kościołowi ortodoksi mają choć cień świadomości, jak bardzo przyczyniają się do mojej śmierci? Albo kierowcy małych autek z przewieszonym przez lusterko wsteczne różańcem, wiedzą to? Niezmordowane pielgrzymki snujące się po świątyniach przybytku doczesnego, mamroczące pod nosem modlitwę o lepszy niż sąsiada grill – może się choć domyślają? Czy wie to śpiewający od kilku lat tę samą piosenkę chór patriotów pod Pałacem Prezydenckim? Czy mają pojęcie o tym komentatorzy sceny politycznej, którzy z pasją odkrywców rzucają na antenie radia te swoje komunały? Co ja mówię, a sami politycy? Politycy smażący przez kilka lat swoje kariery wokół spalonego samolotu czy, dla odmiany, przy krzyżu? (Jezu, ciągle ten krzyż!).

Tony zadrukowanych przepastną nicością papierzysk, nieskończona emisja reklam przeplatających dramatyczne apele, reklam past, piwa, podpasek, płynu intymnego, do czyszczenia jamy ustnej, do czyszczenia kibla, reklamy pigułek na sranie, niesranie, na puszczanie w gacie, na piardy, erekcję, wzdęcia, gazy, obrzęki, hemoroidy, hemoroidy wokół samolotu. Potok słów na ekranie, na ekranie gotowanie, kawa z herbatą, pieprz z wanilią, groch z kapustą. Tak, media. Bezkarnie, bezprawnie, bez sumienia – dzień za dniem zadają mi śmiertelne ciosy, zapraszając do studia ludzi, którzy się wzajemnie wykluczają, których wygłaszane mowy są wobec siebie jak równoległe powrozy, które nigdy, przenigdy się nie spotkają, nie splotą, niczego nie zwiążą, tylko samotnie zadyndają na przeciwległych drzewach.

Ludzie, jeśli kiedykolwiek, na skutek jakichś niewytłumaczalnych okoliczności, pogubienia się w konwenansach, zadam komukolwiek pytanie: „Oglądałeś «Wiadomości»?”, zabijcie mnie natychmiast. Zabijcie mnie także, gdy spytam o wiarę w Boga, Jezusa Chrystusa. Zabijcie, bo samo pytanie jest już atakiem, jest atakiem na ciebie albo na innych ludzi, bo przecież – jeśli wierzysz, a pytający nie wierzy, to z miejsca cię uzna za idiotę. Jeśli jednak nie wierzysz, a rozmówca wierzy, uzna cię za kretyna. Jeśli wierzysz, a rozmówca wierzy, uczepi się ciebie, abyś z nim pomstował na wszystkich tych, co nie wierzą. A jeśli nie wierzysz, a rozmówca nie wierzy – razem będziecie z wierzących toczyć bekę.

Analogicznie rzecz wygląda, gdy ktoś cię pyta, na kogo głosowałeś. Albo, czy oglądasz „Wiadomości”, czy TVN? Czy czytasz „Wyborczą”, czy „Gazetę Polską”? Wolisz warzywa czy mięso? Jeździsz samochodem czy rowerem? Lubisz tęczę? Stosujesz antykoncepcję?!

Zabijcie mnie. Zabijcie od razu, nie chcę żyć. Nie czekajcie na powolną śmierć, zlitujcie się, wbrew przeraźliwie panującej ustawie o antyeutanazji. Albo nie. Właściwie czemu ja mam umierać? Ja jestem młoda, ładna, mam całkiem wytrenowaną sylwetkę, balejaż, paznokcie żelowe, które udają, że są naturalne. Tak jak naturalne są moje uśmiechy rozdawane wszem wobec, odruchy duszenia codziennej furii. Owszem, wkurwiają mnie media. Zgadnijcie, kim jestem? Jestem dziennikarką! Ha, ha. Niespodzianka, co? A więc jestem WKURWIONĄ dziennikarką. W testach osobowościowych wykazuję ambicję i upór, a także szaloną, niezmordowaną kreatywność, niestety gaszoną szarą codziennością. Nie chodzę do kościoła. Stosuję antykoncepcję. Tak, mam męża. I jedno dziecko. Na imię mam Magda. Znak zodiaku Skorpion. Zapamiętajcie sobie, to jest profil mordercy. Przyda się, gdy znajdziecie kiedyś poćwiartowane ciało mojej matki.

 

 

 

 

 

 

Sumienie

Zanim zadzwonił telefon, śniło mi się, że po latach małżeństwa wyprowadziłam się do matki. Matka przygotowała mi pokój, a w nim powiesiła pełno krzyży. Całe ściany w krzyżach, a wszystkie meble – w figurach Matki Boskiej. Matki Boskie były kolorowe, jaskrawe, krzykliwe i agresywne. Z kolei krzyże – czarne, nastroszone, kosmate i drapieżne. Wyglądały jak wielkie pająki na świeżo odmalowanej ścianie. To połączenie wściekło kolorowych Matek Boskich, jakby zwiezionych z całego Meksyku, rozhisteryzowanych i kiczowatych matron dźwigających na swoich połyskujących tanią farbą barkach całą biedę tego świata oraz mrocznych złowrogich krzyży z cierpiącymi Chrystusami, broczącymi krwią z metaloplastyki – wprowadziło mnie w znajomy stan opętańczej furii. Dostałam takiego szału, że zaczęłam obrazoburczo zrywać krzyże ze ścian, a matka z ojcem stali z tyłu i powtarzali coś w rodzaju: „Ojej, ojej, tak nie można, nie wolno, obraza boska, egzorcystę trzeba wołać”.

„Spierdalajcie mi z tym egzorcystą! – darłam się. Do siebie możecie wołać egzorcystów cały zakon! Proszę bardzo! A ode mnie precz! Ja się nie dam! Ja się nie dam!”. I nagle zaczęłam piekielnie charczeć i po chwili wycharczałam coś kudłatego w kolorze czarnym podpalanym. I okazało się, że to jest mały piesek. Bezdomny, na pewno nieszczepiony i chory na nosówkę. Diabli wiedzą, co teraz z nim robić. Ja go nie wezmę, mam dziecko. I męża. I zero czasu. Pracuję! Nie zgadzam się! To kolejny obowiązek! Ja mam już za dużo, stanowczo za dużo obowiązków.

Cała zdyszana, wściekła i rozżalona krzyczałam do matki, że to przez nią. Specjalnie to zrobiła. Specjalnie mnie na złość! Nie ma w innych pokojach takiego koszmaru! To czemu akurat u mnie? Co to, do cholery? Gdzie ja jestem? W kościele? Na cmentarzu?! W grobie!? Czy ja jestem w grobie? Czyżbym umarła? Umarłam bez Boga w sercu? Bez pogrzebu? Na krzywy ryj?

 

 

 

 

Jestem dziennikarką bez Deklaracji Wiary. Bez Klauzuli Sumienia. Piszę bez sumienia. Może nie mam sumienia? Nie mam sumienia, bo nie mam na nie kwitu. Może powinnam? Może każdy z nas powinien go mieć? Dziennikarz, architekt, pilot? Listonosz? Listonosz? To właściwie skandal, że jeszcze nie ma deklaracji wiary dla tego zawodu! Ja osobiście przyjmowałabym do pracy tylko listonoszy wierzących! Zaraz sami przyznacie mi rację. Dlaczego? Listonosz po podpisaniu deklaracji wiary doręcza tylko i wyłącznie listy o miłości. Wszak Bóg jest miłością. A co z innymi listami? Co, na przykład, z awizowanymi przesyłkami z ZUS-u? Otóż żaden nie ma prawa dojść do adresata. Koniec z awizo. Koniec oficjalnych, wkurwiająco niezrozumiałych treści urzędniczych pism. Ale nie to, że listonosz gdzieś to odłoży! Żadnego odkładania! Wierzący listonosz ma obowiązek każdy list świecki zniszczyć! Bezpowrotnie. Rytualnie. Z pasją. Niszczarką pociąć wzdłuż i wszerz. Strzępki oddać psom na pożarcie. Psów odchody spalić. Co z popiołem? Wyrzucić to za mało. Wyrzucić to można ewentualnie popiół po kartce post-it z telefonem do byłego. Ale popiół po przesyłce z ZUS-u trzeba WYPIERDOLIĆ. W ten sposób, legalnie i w imię Wyższych Spraw, piorunem pozbędziemy się wszelkich idiotycznych przesyłek z Ikei, z banku, z krajowego rejestru długów, z urzędu skarbowego, od komornika, z policji, ze straży miejskiej, diabli wiedzą skąd jeszcze. Niech spadają. Albo będą pisać o miłości, albo niszczarka, pies, piec i wypierdalać.

 

 

 

 

Moja matka nie czyta gazety, dla której pracują dziennikarze bez Deklaracji Wiary. Ostentacyjnie jej nie czyta. Nikt w rodzinie jej nie czyta. Ale wszyscy dzwonią do mnie, żeby mnie ostrzec. Czy już jestem opętana? Czy już na serio wypluwam małe czarne psy? Czy jeszcze da się ze mną gadać, czy tylko charczę? Czy już mną manipulują? Czy wdepnęłam w tę sitwę? Czy może „przejrzałam na oczy”? Wtedy ja dostaję furii i faktycznie charczę. Krzyczymy sobie do słuchawek przez dwadzieścia minut, a mój dziesięcioletni syn chowa się do swojego pokoju. Innym razem ja dzwonię do niej i mówię tak:

– No i co? Zadowolona jesteś z wyborów? Widziałaś, do czego doprowadziliście? Tysiące ludzi na ulicach, a władza ich obraża. Obraża mnie, moich znajomych.

– Jakich znajomych?

– Co ty, jesteś z CBŚ? Niedługo wejdą do mojego domu i będą mi machać przed nosem karabinem!

– Nie bój się. Nie masz się czego bać, jeśli NIE MASZ NIC NA SUMIENIU.

Co to znaczy: mieć coś na sumieniu?! Czy ja mam coś na sumieniu? Jakie kryterium moralne przyjmujemy? Jeśli nie wzięłam żadnej łapówki, ale miałam romans, to już się liczy? A może chodzi o to rozbierane zdjęcie na twardym dysku? Że do kościoła nie chodzę? Że przyjęłam komunię bez rozgrzeszenia? Że podrobiłam podpis w podstawówce? Że na wypranych acetonem receptach wagarowałam? Że w godzinach pracy przeglądałam Facebooka? To? A może... tak! Wiem! Wiem już! Tak, przyznaję. Ubrałam się w kolorową spódniczkę, zbyt krótką, zbyt prowokacyjną. Kolana miałam odsłonięte. I uda też. Buty miałam na obcasach. Na wysokich obcasach. Na zbyt wysokich obcasach.

Doigrałam się, bo źle się zachowuję. Jestem nieskromna. Niezbyt wstydliwa. Opalam się topless. Nie noszę swetrów do ziemi. Ani golfów pod szyję. Nie mam wełnianych spódnic. Nie jestem zasznurowana gorsetem. W dodatku zdarza się, że wkładam pończochy z koronką. I filuterną bieliznę. O ile w ogóle noszę bieliznę.

Piję piwo. Wódkę. Wódkę pod tatara, kiełbaski z piwem na mieście. Widzą mnie ludzie. Obserwują mężczyźni! Maluję paznokcie u stóp. Noszę na kostce łańcuszek. Tańczę boso w miejscach publicznych i śpiewam ruskie piosenki.

Dlatego codziennie w telewizji mnie gwałcą. Gwałcą na oczach całego kraju. Zgwałcą mnie na wizji w „Wiadomościach”! Gwałcą mnie każdym swoim pełnym pogardy i arogancji słowem, każdym gestem i tym okrutnym, szaleńczym uśmiechem. Gwałcą, nazywając mnie złodziejką, komunistką i zdrajczynią. Gwałcą mnie ludzie, którzy decydują o losie w kraju, w którym mieszkam. Ja też tu mieszkam! Ja płacę im wystrzelone w kosmos diety poselskie. A oni mnie gwałcą! Wulgarnie oceniają, co robię w sypialni, czy mam majtki i biustonosz i ile mam dzieci, i dlaczego tak mało, nie dostanę pięciu stów. I przyjdzie taki czas, że przyjdą i zrobią ze mną porządek, kolbami w drzwi załomocą – ja, ze snu podnosząc skroń, stanę u drzwi. I powiem: to jest, kurwa, moja wina!

Moja bardzo wielka wina.

 

Nagle, pośród tych wykrzykiwanych do słuchawki słów, pośród tych żalów i bezradnej wściekłości na to, że moja matka wcale nie żałuje, nie dostrzega, jak bardzo mnie krzywdzi tym, że NIE NIENAWIDZI tych, których powinna nienawidzić, mało tego!, stawia znak X przy nazwisku mojego oprawcy i jeszcze mi tu wymachuje tym sumieniem – przypomniałam sobie coś. Przypomniałam sobie tak na serio. Na sto procent serio. Tak. To to. To na pewno. To by mnie zniszczyło. To by mnie zdegradowało. Robi mi się czarno przed oczami. Nogi mi miękną. Czy komuś to kiedykolwiek powiedziałam? Nie. Nie! Na pewno nie. Nikomu nigdy w życiu. To moja tajemnica. To najciemniejszy zakamarek mojego ja. Tam gdzieś w środku niewyciągnięty na światło lęk, jak ten strach przed szczurami bohatera Roku 1984. Nie, nikt tego nie wie. Nikt. Nigdy nikomu, nigdy...? A jednak.

Dawno temu. Z duszą, która opuściła mnie ze strachu przed samą sobą i usiadła mi na plecach. W ciszy tak kategorycznej, że zdawało mi się, jakoby mój szept roznosił się po ścianach świątyni. Tak, kiedyś powiedziałam swoją najstraszniejszą tajemnicę. Powiedziałam tylko jednej osobie. Księdzu. Na spowiedzi.

 

 

 

 

Kiedy Kuba miał pięć lat, bardzo chciał iść do kina. Zamówiłam dwa bilety na Madagaskar i zabrałam synka do multipleksu. Usiedliśmy w piątym rzędzie, mały dostał popcorn, było bardzo miło, zaczynał się film i właśnie wtedy zadzwonił mój telefon. Nie był to nikt ważny, choć wtedy mi się wydawało, że był bardzo ważny. To był szef jakiegoś działu firmy, w której wtedy pracowałam i której sprawy były dla mnie najważniejsze na świecie. Więc MUSIAŁAM odebrać. I bynajmniej nie po to, żeby powiedzieć, że nie mogę rozmawiać, bo jestem z synkiem w kinie. Z jakiegoś powodu wydawało mi się, że nie mogę NIE MÓC rozmawiać, kiedy ktoś z pracy do mnie dzwoni! Przecież nikt na świecie, a już na pewno nikt w krwawym kapitalizmie odkuwającej się Polski, nie ma żadnego dziecka, z którym byłby w kinie, w szkole, w przedszkolu, na karuzeli, w szpitalu...

Dwa lata wcześniej mały Kuba trafił na chwilę do szpitala, gdzie usunęli mu migdały. Leżał w sali z dziewczynką po operacji, której rodzice biznesmeni w kółko rozmawiali przez telefon. Dziewczynka leżała zakrwawiona, a matka oparta o parapet odbierała dzwoniącą non stop komórkę i notowała w notesie jakieś słupki, ojciec w tym czasie wydawał polecenia, kursując po korytarzu. Obserwowałam ich i myślałam: „Mój Boże, jak mi tej dziewczynki szkoda!”.

A teraz dzwoni moja komórka, w kinie, teraz ja jestem w tym transie.

– Kubuś, zrozum, muszę na chwilę wyjść, to WAŻNE.

Mały podniósł głowę.

– Ja z tobą – oznajmił.

– Nie, nie wolno – zaprzeczyłam, próbując opanować zniecierpliwienie narastające z każdym kolejnym sygnałem dzwonka. Miałam ochotę zbesztać synka za jego brak zrozumienia dla tej oczywistej przecież sytuacji, w której matka robi się coraz bardziej wściekła. – Zaraz wrócę!

– Ale ja z tobą – powtórzył mały, czym doprowadził mnie do niemej furii.

Telefon uparcie dzwonił, ludzie patrzyli, a ja miotałam się między fotelem a wyjściem, z tym marudzącym dzieciakiem, któremu przecież kupiłam bilet na bardzo FAJNY FILM, więc niech go do cholery ogląda!

– Zostań! – rozkazałam wreszcie kategorycznie.

Z napieprzającym telefonem ściśniętym w dłoni zaczęłam przeciskać się między fotelami i rozpartymi na nich dzieciakami, znosząc zniesmaczone lub oburzone spojrzenia rodziców. I te spojrzenia oraz dzieciaki z popcornem i szeleszczącymi torebkami chipsów przeniosły mnie na jeden z wyższych poziomów wkurwu, na poziom, który dziś mogę określić jako zajob.

Na korytarzu odebrałam telefon od faceta, który ośmielił się zawracać mi dupę w moim prywatnym czasie, a do szewskiej pasji doprowadziła mnie świadomość – o ile w takim stanie ma się świadomość – że z jakiegoś powodu strasznie pożałuję, jeśli tego telefonu nie odbiorę, jeśli nie dostanę białej gorączki, jeśli nie zostawię pięciolatka samego w ciemnej kinowej sali z huczącymi głośnikami i setką obcych ludzi.

Ale dobra. Stoję na korytarzu, odbieram telefon. Oczywiście, nie powiedziałam, gdzie jestem i co robię, ale ze zduszonym rozjuszeniem zapytałam: „Tak, Adrian?”, próbując fałszywie polukrować swoją furię. Jednak ludzie wyczuwają prawdziwe emocje mimo wysilonej grzeczności i wchodzą dokładnie na ten sam poziom. Tak więc szef któregoś z działów od razu przyjął pozycję bojową i szorstko sprowadził mnie do parteru. Miał problem z jakimś plikiem ode mnie, którego nie mógł otworzyć, czy coś tam, nie wiem. Naprawdę tego nie pamiętam. Pamiętam tylko, że próbowałam mu to wytłumaczyć, on tego nie rozumiał, ja wpadałam w bezsilną złość, niezdarnie próbując to zatuszować nerwowym śmiechem, ale tak naprawdę to chyba się kłóciliśmy. Długo i głośno. Na tyle głośno, że musiałam wyjść z kompleksu, odejść parę kroków, zapalić papierosa, spalić go w całości, zapalić drugiego i przeanalizować całą szemraną karierę mojego szefa, jego brak kompetencji, jego ćwierćumysłowość, jego zerowe IQ i bezczelność. Oczywiście, byłam strasznie miła, choć wewnątrz się gotowałam i prowadziłam własną wojnę: „Kurwa, nie rozumiesz, baranie, co do ciebie mówię!?”.

A gdy się rozłączyłam i pomyślałam chwilę, to zrozumiałam, że właściwie kompletnie niczego nie ustaliliśmy. Że ten telefon był po nic. Właściwie nawet nie wiem, jaki mieliśmy problem. Nie wiem, z czym konkretnie ten człowiek do mnie zadzwonił. I czy ma chociaż cień pojęcia, jak mnie wkurwił. Oparłam się o filar i pomyślałam:. „Boże, jaką ja jestem idiotką!”.

I oczywiście, oddzwoniłam do niego. Kiedy człowiek, tłumiąc złość, robi z siebie potulnego durnia, to ma poczucie winy, że coś spierdolił i że natychmiast powinien to naprawić. Dlatego oddzwoniłam. Nie odebrał, więc postanowiłam wysłać SMS. Tylko kompletnie nie wiedziałam, co mam napisać i o czym my właściwie rozmawialiśmy. I gdy tak stałam z komórką i patrzyłam tępo w ekran wypełniony zdjęciem Kuby, przypomniałam sobie, że mam dziecko.

Wróciłam do kina i dowiedziałam się, że szuka mnie ekipa ochroniarzy, podając co chwilę komunikat przez megafony w całym kompleksie handlowym, że pięcioletni Kubuś czeka na mamę w biurze kina. Roztrzęsionego dzieciaka uspokajał dyrektor multipleksu, który już zdecydował się zadzwonić na policję w celu ustalenia tożsamości rodziców dziecka.

Wracając z synem do domu, ukradkiem ocierałam łzy. Nie chciałam, żeby widział, że płaczę. Płakałam ze strachu, a najbardziej bałam się tego, że Kuba opowie wszystko Marcinowi. Dlatego zaparkowałam przy sklepie i poszłam kupić mu wielką torbę cukierków na Halloween.

 

 

 

 

 

 

Krzyk

Polska nie jest podzielona na prawo i lewo. Podział na prawo i lewo to jest, kochani, dla dzieci. Dorosła Polska jest podzielona na prawo, lewo, wzdłuż, wszerz, w poprzek i na ukos, a wszystkie linie w dwóch wymiarach są tylko namiastką podziału w wymiarze trzecim – nomen omen – duchowym. Tu wybuchają prawdziwe wojny, na przykład przy okazji Halloween.

Dlatego hasło „cukierek albo psikus” przekuć się może w dramatyczne pytanie o Jezusa, a dramatyczne pytanie o Jezusa jest pytaniem, na które nie ma dobrych odpowiedzi. I nie ma tu mowy o jakimkolwiek dystansie, o zabawie, czy o machnięciu ręką. Takie coś jak Halloween nie może być więc tylko formą przebieranki, odpięcia się od szarej rzeczywistości, okazją do kreatywnego spędzenia czasu przez dzieci czy oswajaniem się z naturalną konsekwencją życia, jaką jest śmierć. Nie. To musi być zdrada, grzech, siła nieczysta, pogwałcenie tradycji chrześcijańskich, satanizm, ślepe naśladowanie zgniłego Zachodu. Diabli wiedzą, co jeszcze.

Kraj, który od wieków trawił ogień powstańczy, który dzieliły rozbiory, zabory i klęski, nie może spać spokojnie. Nie może się bawić. Kto się bawi, ten nie-Polak. Nie-patriota. Zabawa jest gdzie indziej. Tu jest powaga i zaduma. Smutek i refleksja. Rozpamiętywanie klęsk. Dramat. Martyrologia. Wreszcie: odwieczna walka z wrogiem. Wróg być musi. Polska bez wroga to oksymoron. Polska wrogiem stoi. Polski wróg jest Polsce potrzebny jak powietrze. Bez wroga ani rusz. Wrogiem może być wszystko: teatr, galeria, tęcza, tabletka, film i piosenka... Najświeższy wróg polski to: DYNIA.

 

 

 

 

Matka pyta, co słychać.

Co słychać? Całe życie próbowałam się tego nauczyć i nie wiem do dziś. Nie wiem, nie mam pojęcia, jak się odpowiada na pytanie: „Co słychać?”. Może to, że zostawiłam Kubę w kinie i przez godzinę paliłam papierosy na zewnątrz? A może to, że kupiłam mu wielką torbę cukierków i twój wnuczek, mamo, twoja krew, potomek polskich katolików, patriotów do szpiku kości, będzie teraz czcił szatana, częstując innych czcicieli szatana cukierkami?

A może po prostu nic nie mówić?