Free Lunch. Darmowy obiad - Ogle Rex - ebook + książka

Free Lunch. Darmowy obiad ebook

Ogle Rex

4,4

Opis

Poruszająca prawdziwa historia chłopca dorastającego w rodzinie dotkniętej chronicznym ubóstwem, nie tylko materialnym. Po latach wyrósł na błyskotliwego pisarza, który pracuje dla Marvel Comics i DC Comics, tworząc m.in. książki powiązane z Lego, Gwiezdnymi Wojnami i X-Menami.

Ale póki co Rex Ogle ma dziurawy plecak, zniszczone ubrania i młodszego brata. Brakuje mu szkolnych przyborów, warunków do nauki i nieustająco – pieniędzy. Codziennie próbuje uniknąć upokorzenia, które czuje w szkolnej stołówce, kiedy korzysta z programu Free Lunch. W domu czekają na niego bezrobotna matka i ojczym, zajęci głównie unikaniem jakiejkolwiek pracy i wyłudzaniem pomocy.

Postrzegany przez pryzmat biedy chłopak zmaga się z codziennością i głodem – tym fizycznym, ale i emocjonalnym. W jego dzieciństwie nie następuje żaden radykalny przełom, Rex nie wygrywa na loterii, nie znajduje walizki pieniędzy. On tylko pewnego dnia zaczyna rozumieć, że to nie jego wina. Że to nie on powinien się wstydzić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 227

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
annkacz

Nie oderwiesz się od lektury

Książka którą uświadamia nam jak trudne potrafi być życie innych zmienia poglądy polecam. AbbyDog 💖.
00

Popularność




Rex Ogle

Free lunch. Darmowy obiad

Tytuł oryginału: Free lunch

Przekład: Alicja Laskowska

© 2019 by Rex Ogle

Published by agreement with Triada US, USA and Book/lab Literary Agency, Poland.

© 2020 for the Polish edition and translation by Mamania, an imprint of Grupa Wydawnicza Relacja sp. z o.o.

Redakcja: Kamila Wrzesińska

Adaptacja okładki: Ewelina Malinowska

Skład: Sylwia Budzyńska

ISBN 978-83-66750-13-5

Wydawnictwo Mamania

Grupa Wydawnicza Relacja

ul. Łowicka 25 lok. P-3

02-502 Warszawa

www.mamania.pl

Dedykuję tę książkę każdemu dzieciakowi,

niezależnie od tego, czy stać go na obiad w szkole, czy nie

KUPONY

Burczy mi w brzuchu. Nie zjadłem dziś śniadania, choć nie dlatego, że nie miałem ochoty. Kiedy mama parkuje naszą starą dwudrzwiową toyotą hatchback przed supermarketem Kroger, mamroczę pod nosem:

– Nienawidzę chodzić na zakupy.

– A jak mamy bez tego jeść? – odparła mama.

– Co jeść? I tak nigdy nie kupujesz tego, co lubię.

– Kiedy już zaczniesz pracować i sam za wszystko płacić, będziesz mógł wybrzydzać do woli.

– Nie mogę pracować, jestem dzieckiem.

– A to już twój problem. Nie mój.

– Jak Liam chodzi na zakupy ze swoją mamą, może wrzucać do koszyka wszystko, na co ma ochotę. Ciasteczka, twixy, pringlesy i tak dalej.

– To dlatego, że Liam jest rozpuszczonym bachorem. A je­go matka jest bogata.

– To, że mają dom, nie znaczy, że są bogaci.

– W każdym razie są bogatsi od nas! – krzyczy. Wysiada z samochodu i trzaska drzwiami. Nie odpinam pasów. Mama okrąża auto i próbuje otworzyć drzwi po mojej stronie. Trochę jej to zajmuje, bo karoseria jest mocno wgięta z boku. Metal zgrzyta o metal i drzwi w końcu ustępują.

– Wysiadaj!

– A kupisz mi choć jedną rzecz, którą sobie wybiorę?

– Jak zaraz nie wysiądziesz, to się doigrasz, ostrzegam.

Siedzę z założonymi rękami i gapię się prosto przed siebie, udając, że jej groźby nie robią na mnie żadnego wrażenia. Nie wiem, dlaczego tak bardzo mnie to wkurza. To dla mnie żadna nowość. Ale są takie dni, kiedy po prostu nienawidzę mojego życia i mam ochotę się postawić. Matce. Innym dzieciakom. Całemu światu. Nieważne komu. Byle tylko poczuć się choć trochę lepiej.

– Liczę do trzech! – Mama syczy przez zaciśnięte zęby. Widzę, jak zaciska pięści. – Raz…

– No dobra! – odkrzykuję. Wysiadam z samochodu i ostentacyjnie trzaskam uszkodzonymi drzwiami, które skrzypią, jakby ktoś przejechał metalowymi paznokciami po tablicy. Zazwyczaj upieram się przy swoim. Ale gdy mama zaczyna wybałuszać oczy ze złości… wiem, że lepiej odpuścić.

Idę po koszyk. Jedno z kółek jest koślawe i kręci się na boki, zamiast jechać prosto. Rozważam wymienienie go na inny, ale robi mi się go żal. To nie wina koszyka, że jest, jaki jest.

Przechodzimy wzdłuż jednej alejki sklepowej, potem następnej. Czuję, jak ślina napływa mi do ust. Otaczają mnie półki wypełnione najróżniejszymi produktami spożywczy­mi – masłem orzechowym, makaronami, bułkami do hamburgerów, plackami do tacos, wszelkiej maści płatkami śnia­daniowymi, setkami rodzajów czipsów, dipów i sosów, ciastkami i ciasteczkami, suszoną wołowiną, panierowanymi pałeczkami mozzarelli, goframi, szarlotkami, pączkami, lodami we wszystkich smakach.

A ja nie mogę sobie niczego kupić.

Dobrze wiem, że proszenie o cokolwiek nie ma sensu. Odpowiedź mamy jest zawsze taka sama: „Nie” lub „Nie ma mowy”. Albo: „Oszalałeś? Odłóż to na półkę. Nie stać nas”.

To jakieś szaleństwo, twierdzić, że nie stać człowieka na paczkę czipsów. Duża paka kosztuje jakieś cztery dolce. Może się wydawać, że to sporo kasy, ale z drugiej strony to około dziesięciu małych posiłków. Każdy po czterdzieści centów.

Teraz to już naprawdę przewraca mi się w żołądku z głodu. Próbuję zignorować ten fakt, popychając za mamą pusty wózek. Dziś rano znalazłem w domu tylko resztkę cheeriosów i mleka. Wstałem pierwszy, więc mogłem je zjeść. Ale tego nie zrobiłem. Zostawiłem je dla Forda. To mój młodszy braciszek. Ma dopiero dwa lata, więc bardziej ich potrzebował.

Mama wkłada mi do ręki otwartą kopertę. W środku znajduje się niezapłacony rachunek.

– Po co to? – pytam.

– Na odwrocie, kretynie – stwierdza.

Na odwrocie znajduje się lista z zakupami. Ciężko odczytać zamaszyste, pochyłe pismo matki, ale widzę, że są tam wszystkie rzeczy, których potrzebujemy. Chleb. Mleko. Płatki śniadaniowe, etc. Mama zazwyczaj trzyma się listy, ale od czasu do czasu zdarza jej się zmienić plany. Wszystko zależy od żółtych naklejek informujących o promocjach dnia czy wyprzedażach.

– Patrz! Mielona wołowina za dolara! – zauważa.

Już na pierwszy rzut oka widać, że mięso jest dziwnie brązowe.

– Wołowina powinna być różowa.

Mama przewraca oczami, wrzucając tackę do koszyka.

– Kolor nie ma aż takiego znaczenia, wciąż można ją zjeść. Po prostu trzeba ją dobrze usmażyć.

Skręcając do następnej alejki, zauważam panią z darmowymi próbkami jedzenia. Zostawiam koszyk i od razu do niej podbiegam.

– Masz ochotę spróbować kiełbasy Maplewood? – pyta z uśmiechem.

Chwytam wykałaczkę z nabitym na nią kawałkiem kiełbasy, maczam go w musztardzie i wsadzam do ust. Napawam się eksplozją smaku. Ale trwa zbyt krótko. Nie czekając na pozwolenie, zjadam jeszcze dwa kęsy. Żeby załagodzić sytuację, ładnie się uśmiecham i mówię: „Dziękuję”.

– Mamo, tamta pani rozdaje darmowe próbki kiełbasy. – Pokazuję. – Jest taka smaczna. Może kupimy trochę do domu?

Moje pytanie zostaje zignorowane. Matka jest zbyt zajęta grzebaniem w swojej teczce z kuponami. Każdą niedzielę spędza na wycinaniu kuponów z gazet. I dopilnowuje, żebyśmy zawsze jeździli na zakupy we wtorki. We wtorki kupony liczą się podwójnie.

– Ha! – stwierdza triumfalnym głosem. – Ten kupon upoważnia do dwudolarowej zniżki. A jak to podwoimy, zaoszczędzimy cztery dolce!

– Skoro zostaną ci dodatkowe cztery dolary, może kupi­my pudełko makaronu z serem?

– Nie.

– Ale to ulubione jedzenie Forda.

– Ford jest jeszcze małym dzieckiem, nie ma żadnych jasno określonych preferencji żywieniowych.

W następnej alejce znów trafiamy na pracownika z darmowymi próbkami. Tym razem facet częstuje krakersami z serem. Nie zauważam jednak żadnej informacji, że jedzenie jest za friko. Pytam więc uprzejmie:

– Można?

Słysząc to, mężczyzna najpierw mierzy mnie wzrokiem z dezaprobatą.

– Tylko jeśli planujesz potem je kupić.

– No wie pan co?! – słyszę podniesiony głos mamy. – Nigdzie nie jest napisane, że trzeba coś kupić. No dalej, Rex. Weź tyle, na ile masz ochotę.

Czuję, jak cały się rumienię. Jestem głodny, ale nie chcę wyjść na jakiegoś prostaka. Częstuję się najmniejszym krakersem z maleńkim kawałkiem sera na wierzchu. Na koniec cicho dziękuję.

– Nie dziękuj mu – stwierdza rozgniewana mama, wpatrując się w mężczyznę nienawistnym spojrzeniem. – Facet myśli, że jest od nas lepszy, ale to on tu sprzedaje ser.

Pracownik mamrocze pod nosem:

– Biedota z przyczep.

– Nie mieszkamy już w przyczepie! – krzyknęła mu prosto w twarz mama. – Więc odczep się pan!

Przejmuje ode mnie koszyk i oboje oddalamy się szybkim krokiem. Naprawdę mi ulżyło. Przez chwilę myślałem, że dojdzie do prawdziwej bójki. Nie byłby to pierwszy raz. Moja mama nie należy do subtelnych osób. I z pewnością nie unika konfrontacji.

Kilka minut później, kiedy kierujemy się już w stronę kas, mama wciąż jest wyraźnie zdenerwowana. Mówi do siebie jak jakaś szalona kobieta: „…tak patrzyć na nas z góry. Nawet mnie nie zna. Nie ma pojęcia, jaka jest moja sytuacja życiowa. Myśli, że jesteśmy gorszego sortu. Niech spieprza”.

Gdy docieramy na miejsce, zaczynam wykładać produkty na taśmę. Kasjerka widzi, że zerkam na stojaki ze słodyczami. Kasjerzy zawsze bacznie mi się przyglądają, zupełnie jakby bali się, że coś ukradnę. Tak jakby fakt, że mam na sobie ciuchy ze szmateksu, źle o mnie świadczył.

Podczas gdy kasjerka nabija rzeczy na kasę, mama wyciąga swój portfel. Liczy pieniądze, tyle że banknoty wyglądają jakoś dziwnie. Nigdy jeszcze takich nie widziałem. Wyglądają jak rodem wzięte z Monopoly – są kolorowe i widnieje na nich napis BON ŻYWNOŚCIOWY.

– Co to? – pytam.

– Nieważne – odpowiada mama, popychając mnie na przód kasy. – Nie stój tak. Zacznij pakować zakupy.

Kasjerka kończy skanowanie produktów, po czym zabiera się za skanowanie kuponów. W końcu podaje końcową sumę. Mama podaje jej te dziwne, sztucznie wyglądające banknoty. Kobieta wciska parę guzików i mówi:

– Po wykorzystaniu bonów żywnościowych wychodzi dziesięć dolarów i trzydzieści osiem centów.

– Co to są bony żywnościowe? – dopytuję.

– Nieważne – powtarza mama, choć tym razem posyła mi już rozgniewane spojrzenie.

Znam tylko bony prezentowe, ale to bez sensu. Przecież nikt nam tych zakupów nie podarował w prezencie.

Mama wysypuje na ladę zawartość portfela, łącznie z drobnymi. Wygładza osiem banknotów jednodolarowych, potem odlicza dokładnie dziewięćdziesiąt siedem centów, głównie w najmniejszych nominałach. Ręce zaczynają się jej trząść, zakrzywione palce przypominają szpony.

– Trochę mi brakuje – stwierdza.

Kasjerka wzrusza ramionami, ale tak naprawdę jest już mocno poirytowana. Odczytuję to z jej twarzy. Stojąca za nami klientka, z koszykiem wypełnionym po brzegi zakupami, wyrzuca ręce w powietrze, zastanawiając się na głos, czemu to tyle trwa. Mężczyzna z kolejki obok ostentacyjnie chrząka. Mam wrażenie, że wszyscy się na nas gapią. Mama stoi tak w napięciu, z pulsującą żyłą na czole. Jest widocznie zażenowana. Ja zresztą też.

Nagle chwyta bochenek chleba wystający z papierowej torby i rzuca go w kierunku kasjerki.

– Ma pani! Proszę to odliczyć. Zadowolona?

Robienie zakupów zawsze tak wygląda. Ale z jakiegoś powodu tym razem jest gorzej. Może chodzi o te bony? Mama wygląda na upokorzoną. Wszyscy wpatrują się w nas z wyczekiwaniem. Patrzę na naszą listę zakupową i zszokowany zauważam, że nie odhaczyliśmy nawet połowy produktów. Nie stać nas na najpotrzebniejsze rzeczy.

Zapada między nami niezręczna cisza. Niosę torbę do samochodu i wkładam ją do bagażnika. Gdy siadam z przodu, mama zaczyna płakać. Nie wiem, co powiedzieć, więc milczę.

Siedzimy tak przez dłuższy czas.

Kiedy próbuję złapać ją za rękę, uderza mnie w dłoń.

– Nie dotykaj mnie! To wszystko twoja wina! Zdajesz sobie sprawę, ile kosztuje wychowanie takiego niewdzięcznego bachora jak ty?!

Żołądek podchodzi mi do gardła. Nie wiem, czy to dlatego, że jestem zły, smutny czy głodny. Pewnie wszystko na raz.

Ministrowie, księża, buddyjscy mnisi i prowadzący telewizyjne talk-show – wszyscy ci ludzie, którzy powinni być wyjątkowo mądrzy i inteligentni – zawsze powtarzają oklepane hasła typu „pieniądze to nie wszystko” czy „pieniądze szczęścia nie dają”. Ale to nieprawda.

Liczą się tylko pieniądze.

A w życiu nic nie jest za darmo.

I nie mówcie mi, że „miłości nie da się kupić”. Bo to kolejna bzdura. Dbanie o bliskich jest kosztowne. Kiedy mama nie pracuje, snuje się po domu w paskudnym nastroju i nie potrafi mnie kochać jak normalna matka. Wścieka się o byle co. Brak pracy oznacza brak pieniędzy, a to z kolei oznacza brak jedzenia i prądu. Takie coś potrafi sprawić, że miłość ulatuje z człowieka niczym powietrze z balonu. A kto chce mieć sflaczałego balona?

Kiedy mama pracuje, jest dla mnie milsza. Z pewnością bardziej mnie kocha, kiedy nie brakuje jej pieniędzy. Bo wtedy stać ją na jedzenie, czynsz i terminowe płacenie rachunków. Może jasno i klarownie myśleć. Pamięta, że jej na mnie zależy.

Więc nie mówcie mi, że miłości nie da się kupić. Bo doskonale wiem, że nic nie jest za darmo. Wszystko ma swoją cenę.

Ale z jakiegoś dziwnego powodu jest ona znacznie wyż­sza, kiedy człowiek jest biedny.

GIMNAZJUM

Upewniam się, że mam wszystko przygotowane na pierwszy dzień szkoły, który wypada jutro. Sporządzam listę, co jest trochę kujońskie, ale i tak mam wrażenie, że o czymś zapomniałem.

• Plan lekcji

• Numer szafki

• Kłódka i szyfr do kłódki

• Plecak

• Długopisy

• Zeszyt

• Klucze od domu

Czytam ją kilka razy. Czego brakuje? Kładę się do łóżka o dziesiątej, choć wiem, że nie zasnę, póki nie wykombinuję, co pominąłem. Czasami w mojej głowie pojawia się jakaś myśl i nie daje mi spokoju. Mielę ją, mielę, aż mam wrażenie, że zaraz zwariuję. Tak się właśnie teraz czuję.

Nie mogę spać, więc wstaję.

Krążę po pokoju, próbując sobie przypomnieć tę jedną durną rzecz. Mam mnóstwo przestrzeni do dreptania, bo nie ma tu żadnych mebli. Śpię w śpiworze na podłodze. Raz jeszcze patrzę na plan zajęć. Cieszę na myśl o nadchodzącym roku szkolnym. Niektóre dzieciaki nie lubią szkoły, ale ja wolę być tam niż w domu.

W gimnazjum możesz sobie wybrać dwa dodatkowe fa­kultety. Mama stwierdziła, że powinienem wybrać naukę prowadzenia gospodarstwa domowego, ale to brzmi debilnie. Już i tak ogarniam wszystko w domu – gotowanie, sprząta­nie, zajmowanie się dzieckiem, prowadzenie listy wydatków – więc po co miałbym to powielać w szkole? Zamiast tego wybrałem sztuki plastyczne. Malowanie i te sprawy.

Dochodzi już jedenasta, gdy w końcu przypominam sobie, czego mi brakuje – pieniędzy na obiad.

Mama leży z Samem na kanapie w salonie. W tle leci telewizja, ale oni zamiast oglądać, szepcą coś do siebie i chichrają się jak małe dzieci.

– Słuchaj, mamo…

– To ty jeszcze nie śpisz? – odparowuje. – Przecież już po jedenastej!

– Zapomniałem o kasie na obiad.

Mama trąca łokciem Sama i stwierdza:

– A ten ciągle tylko: „Daj, daj, daj”. Uch.

Oboje wybuchają śmiechem.

– Nieprawda – odpowiadam urażony. – Po prostu potrzebuję tych pieniędzy. Przecież muszę coś jeść.

– S-s-serio? – wtrąca się Sam. Nie robi tego złośliwie, zawsze się jąka. – M-m-mój o-ojciec kazał m-m-mi p-pracować, ż-żeby z-z-zarobić n-n-na j-jedzenie w sz-sz-szkole.

Mama stwierdza, uśmiechając się pod nosem:

– Wiesz, że sto lat temu rodzice po prostu wyrzucali swoje dzieci z domu? Musiały sobie same radzić. Jak w Jasiu i Małgosi. Szkoda, że czasy się zmieniły.

– Ta, wielka szkoda. Możesz po prostu dać mi te pieniądze? Chciałbym już pójść spać.

– W tym roku nie potrzebujesz nosić ze sobą pieniędzy na jedzenie. – Mama odwraca się z powrotem do telewizora. – Zgłosiłam cię do programu Darmowy Obiad.

– Do czego? – pytam.

Mama stęka poirytowana faktem, że musi mi cokolwiek wyjaśniać.

– To taki program stworzony dla biednych ludzi, żeby nie musieli płacić za jedzenie dla swoich dzieci. Mama Manueli opowiedziała mi o nim, gdy wpadłyśmy na siebie w pralni, więc postanowiłam cię zgłosić.

– Słucham? Dlaczego nie możesz po prostu dać mi kasy na obiad? Nie jesteśmy aż tacy biedni.

Mama błyskawicznie zrywa się z kanapy i chwyta mnie mocno za ramię. Jej palce boleśnie wpijają się w moją skórę.

– Dlaczego sam sobie nie zapłacisz za obiad? Albo jeszcze lepiej, dlaczego nie zadzwonisz do swojego ojca i nie poprosisz, żeby cię zasponsorował?

– Tata co miesiąc płaci alimenty! – krzyczę. – Czy nie po to jest ta kasa? Żeby mnie wyżywić?!

– Niczego ci nie brakuje! – Mama potrząsa mną jak szmacianą lalką. – Masz w co się ubrać, masz gdzie spać, nie musisz pracować! Znam ludzi, którzy wiele by dali, żeby znaleźć się na twoim miejscu, ty mały rozpuszczony bachorze!

Próbuję uwolnić się z jej żelaznego chwytu, ale nie potrafię. Pozostaje mi tylko odpyskować:

– Jak mogę być rozpuszczonym bachorem, skoro mieszkam z tobą w tej dziurze?!

Nie powinienem był tego mówić. Od razu żałuję, że to zrobiłem. Ale nie da się cofnąć wypowiedzianych słów. To, co potem następuje…

Nie chcę o tym mówić.

RODZINA

Moje najstarsze wspomnienie to kłócący się rodzice. Nie ma­ma z Samem, tylko mama z moim prawdziwym tatą. Zanim się rozwiedli.

Mieszkaliśmy w trójkę na osiedlu kempingowym w San Antonio. Kiedy dochodziło do kłótni, cała przyczepa się aż trzęsła. Zupełnie jakby nastało trzęsienie ziemi, jakby świat rozpadał się na kawałki w efekcie ragnaröku. Jakby ich zaciekła walka mogła roznieść w pył cały wszechświat, pozostawiając mnie samego w nieprzebranym mroku kosmicznej przestrzeni.

Tata odszedł, kiedy miałem pięć lat. Potem mama miała kilku facetów, przy czym każdy z nich był większym dupkiem niż poprzedni. I wtedy poznała Sama. Był dozorcą w naszym bloku. Z początku był naprawdę miły, uczył mnie jeździć na rowerze, pływać, a nawet zabierał mnie na pizzę. A potem zaczął bić moją mamę.

Miałem nadzieję, że i on w końcu odejdzie. A potem uro­dził się Ford, który otrzymał imię po ulubionym samochodzie Sama (co wydaje mi się dziwne). Fakt, że mamy tę samą mamę, oznacza, że Ford jest moim bratem. Nie jest już niemowlakiem, choć tak właśnie się zachowuje. Ma dwa i pół roku i jest chyba najbardziej irytującym dzieciakiem, jakiego kiedykolwiek spotkałem. Ale i tak go kocham, bo jest moim bratem. Nawet kiedy niszczy moje rzeczy.

Ciągle muszę się zajmować Fordem.

Codziennie przygotowuję mu jedzenie, pozwalam mu oglądać durne bajki dla dzieci, rezygnując z własnych programów, bawię się z nim etc. Uczę go też czytać i już nawet trochę mu się to udaje. To naprawdę bystry chłopak. Ale kiedy nie dostaje tego, czego chce, wpada w histerię. Strasznie mnie to wkurza. Cieszę się, że nauczyłem go korzystać z nocnika. Przynajmniej nie muszę już zmieniać mu pieluch. Obrzydliwość.

Mimo wszystko niefajnie jest spędzać wszystkie wolne chwile na opiece nad młodszym bratem. Zwłaszcza kiedy twoi koledzy jeżdżą popołudniami na rowerach, chodzą do kina i robią inne interesujące rzeczy.

Sam jest z nami już od pięciu lat. Twierdzi, że jest moim ojczymem, ale to nieprawda. Nie są nawet małżeństwem.

Pewnego razu wykorzystałem okazję, kiedy zdychał to­talnie pijany na sofie, i zapytałem go, dlaczego wciąż tu jest, zwłaszcza że głównie się z matką kłócą. W odpowiedzi usłyszałem „F-f-ford”. Zdaje się, że wielu rodziców tak robi. Zostaje ze względu na dzieci.

Choć nie mój tata. Ten się po prostu ewakuował. Problem z głowy.

Po kilku latach w San Marcos mama postanowiła się przeprowadzić. Zmienialiśmy kilkukrotnie miejsce zamieszkania, aż wylądowaliśmy tutaj. Odkąd jesteśmy w Birmingham, mama i Sam coraz częściej się kłócą. Czasem chodzi o jakieś durnoty. Zazwyczaj żrą się o pieniądze. Pewnie dlatego, że żadne z nich nie może znaleźć pracy.

Mama ciągle powtarza, że znalezienie nowej roboty jest znacznie trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Co jest dziwne, zważywszy, że restauracje zawsze szukają kogoś na zmywak. Co to za filozofia, myć naczynia? Sam ciągle to robię i nikt mi za to nie płaci.

W całym mieście aż roi się od ulotek z ofertami pracy. W lokalnej gazecie jest nawet na to osobna kolumna. Chciałem kiedyś pomóc, zakreślając najciekawsze oferty, ale mama tylko się wkurzyła.

– Nie mam zamiaru robić takich rzeczy! – wrzasnęła.

Sam też się zdenerwował.

– T-to r-r-robota dla k-kaktusów, t-t-takich jak w-wy. Ja? J-ja j-jestem biały. Z-zas-sługuję na w-w-ięcej.

Oboje są wciąż bezrobotni.

W każdym razie nasze obecne mieszkanie ma dwie sypialnie i jedną łazienkę. Jest tu całkiem fajnie. Mieszkamy na drugim piętrze, więc nie narzekamy na brak słońca. A z balkonu widać całe podwórko, gdzie bawią się dzieci etc.

Nie mamy żadnych mebli poza drapiącą tweedową sofą i starym czarno-białym telewizorem. Sam znalazł jedno i drugie pod śmietnikiem, zaraz po tym, jak się tu wprowadziliśmy. Kazał mi pomóc wnieść sofę do mieszkania, przez co prawie złamałem sobie kręgosłup. Mama dostała jakiejś histerii na punkcie zarazków i przez dobre dwa dni czyściła sofę i TV. A, no i Sam i mama mają jeszcze łóżko, które ktoś im podarował. Ford z nimi śpi.

W moim pokoju jest tylko śpiwór i kartonowe pudła na ubrania. Mam też kilka książek. Lubię czytać. Kiedyś miałem więcej rzeczy, ale za każdym razem, gdy się przenosiliśmy, mama zostawiała część z nich w starym lokum. Zwłaszcza prezenty od taty. Inne dzieci mają mnóstwo rzeczy w swoich pokojach. A ich rodzice mają mnóstwo rzeczy w swoich domach.

W porównaniu z nimi nie posiadamy zbyt wiele. Choć w sumie mi to nie przeszkadza. Niektórzy moi koledzy dostają opiernicz, jak coś zniszczą. W moim domu nie ma czego niszczyć.

KASA NA JEDZENIE

Gdy tylko wchodzę do szkolnego autobusu, Liam Forrester wydziera się na cały głos:

– Łooo, ale limo! Ja pierdzielę!

Kierowca autobusu spogląda na niego groźnie w lusterku i poucza, żeby nie przeklinał.

Liam zawsze tak robi. Lubi być w centrum uwagi. Poza tym jego śmiech jest zaraźliwy, więc trudno się na niego złościć. To po prostu fajny, radosny dzieciak. Kumplujemy się, odkąd przeprowadziłem się do Birmingham w Teksasie. Mieszka w Grayson Village, eleganckim osiedlu mieszkaniowym rozciągającym się za Vista Nueva, naszym blokowiskiem.

Nie zdążyłem nawet usiąść na miejscu, które dla mnie zarezerwował, a już słyszę:

– Co tym razem nawyrabiałeś, łamago?

– Wpadłem na drzwi – kłamię.

To nie tylko wina mamy – moja też. Nie powinienem był podnosić na nią głosu. Naprawdę staram się być dobrym synem, ale czasami puszczają mi nerwy. Wtedy wszystko nagle robi się czerwone. Czuję, jak krew się we mnie gotuje, i albo zaraz zwymiotuję, albo zemdleję, albo… sam nie wiem co. W końcu zaczynam się drzeć jak szalony. Ale tylko to, nic więcej.

Nie oddaję mamie – nawet wtedy, gdy naprawdę robi mi krzywdę.

– Nie wiem, jak ty to robisz, ale masz częściej podbite oko niż ja, choć nie chodzisz na taekwondo – śmieje się Liam. – Spróbuj się ze mną dostać do drużyny futbolowej. Przynajmniej będziesz miał kask.

Przez całą drogę do szkoły próbuję wykrzesać z siebie entuzjazm, z jakim jeszcze niedawno myślałem o tym dniu. Ale nie potrafię. W Birmingham są trzy szkoły podstawowe, ale tylko jedno gimnazjum. A to oznacza, że będzie masa nowych uczniów i wszyscy będą się gapić na moje oko i zastanawiać, co się stało. Nie chcę, żeby ktokolwiek znał prawdę. Jest mi strasznie głupio. Dziewczyny mają szczęście, że mogą się pacykować. Gdyby miały podobny problem, pewnie wystarczyłaby odrobina korektora i nikt by niczego nie zauważył.

Przez pierwsze trzy lekcje – historię, matematykę i angielski – ledwo mogę się skupić. Uczniowie ciągle na mnie zerkają. Dwie dziewczyny w rzędzie obok wymieniają się karteczkami. Jedna z nich kiwa w moim kierunku głową, a potem obie śmieją się pod nosem.

Nauczyciele też zwracają na mnie uwagę. Kiedy zjawiam się w sali, gdzie mają się odbywać zajęcia z angielskiego, pani Winstead widzi moje dziurawe buty, za małe dżinsy, za dużą koszulkę, plecak ze szmateksu i podbite oko. I z miejsca traci wszelką sympatię do mojej osoby. Wiem, bo posyła mi takie samo wymowne spojrzenie, jak ci kasjerzy w sklepie. Poprawia szary kosmyk włosów, który miał czelność opaść jej na czoło, i zsuwające się z nosa okulary. A potem ogłasza wszem wobec:

– Nie toleruję przemocy ani w klasie, ani poza nią, zrozumiano?

Zwraca się do całej klasy, ale ani na chwilę nie spuszcza ze mnie wzroku.

Widzicie? Ma mnie za łobuza. I teraz będę musiał dwa razy ciężej pracować, żeby udowodnić, że się myli. Co jest mega niesprawiedliwe. Nie tak chciałem zacząć nowy rok szkolny.

Po trzeciej lekcji mamy przerwę obiadową. I dobrze, bo umieram z głodu. Kiedy w końcu odnajduję stołówkę, widzę, że zrobiła się już ogromna kolejka. Wypatruję jakichś znajomych twarzy. Rozpoznaję kilka osób, ale nikogo, z kim bym się jakoś szczególnie kumplował, więc muszę stanąć na końcu. Jeszcze nigdy nie widziałem tylu uczniów. Ktoś wspomniał, że chodzi tu jakieś dwa tysiące dzieciaków, choć to chyba lekka przesada. Na stołówce jest mnóstwo stołów – na oko blisko setki. Ciężko będzie odnaleźć w tym tłumie Liama.

W końcu jednak udaje mi się go zlokalizować. Macha, żebym do niego dołączył. Uff. Teraz przynajmniej wiem, gdzie usiądę, kiedy załatwię sobie jedzenie.

Kolejka szybko się przesuwa. Chwytam plastikową tacę i wyciągam ją w stronę pracowników stołówki. Przypominają mi moją abuelę1, mamę mojej mamy, która pochodzi z Meksyku. Dlatego za każdym razem, jak któraś pani nakłada mi porcję purée ziemniaczanego, fasolki szparagowej czy paluszków rybnych, mówię uprzejmie „Gracias”.

Zabierając kartonik czekoladowego mleka, przypominam sobie, że przecież nie mam przy sobie kasy na obiad. Co gorsza, nie mam zielonego pojęcia, jak działa ten cały szkolny program, którym zostałem objęty. Ściska mnie w żołądku z nerwów. Przyglądam się trzem dzieciakom przede mną w nadziei, że może one będę wiedziały, co robić. Ale każdy z nich płaci za jedzenie. Rozglądam się dookoła. Otacza mnie tłum ludzi. Nawet gdybym chciał, nie mam jak wyślizgnąć się niezauważony. Zresztą i tak bym tego nie zrobił. Może i jestem biedny, ale nie jestem złodziejem.

Zaczynam się pocić na całym ciele. I czerwienić. Nie znoszę tego uczucia. Czemu mama nie dała mi tych cholernych pieniędzy? Przynajmniej na pierwszy dzień szkoły? Dlaczego zawsze muszę mieć pod górkę?

– Dwa dolary – informuje mnie kasjerka.

– A, no tak… – zaczynam. Ale nie wiem, co powiedzieć. Nie wiem, czemu rozglądam się za siebie. Pewnie dlatego, że wszyscy się na mnie gapią.

– Skarbie, wyszło w sumie dwa dolary – powtarza. To starsza pani, dałbym jej jakieś dziewięćdziesiąt lat. Jest bardzo szczupła i drobna. Wpatruje się we mnie zza grubych, przybrudzonych okularów. Mruży podejrzliwie oczy.

– Należę do… no wie pani.

– Hmm?

– Programu – mówię. – No wie pani, programu dla…

– Głośniej, złociutki. Jestem głucha na jedno ucho.

Uczniowie stojący za mną w kolejce zaczynają się denerwować. „Co tak długo?”. „No dawaj, stary”. „Jestem głodny”.

Nachylam się do kasjerki i mówię:

– Należę do programu Darmowy Obiad.

– Przepraszam, nie dosłyszałam. Mógłbyś powtórzyć? – prosi, nadstawiając zdrowe ucho.

– Należę do programu Darmowy Obiad! – stwierdzam podniesionym tonem. Nie robię tego celowo. Jak już wspominałem, czasami mam napady złości.

– Po co te nerwy – komentuje starsza pani. Wyciąga czerwony segregator i zaczyna go wertować. – Jak się nazywasz?

Mam ochotę krzyczeć. Dzieciaki za mną tracą już cierpliwość. Wszyscy się na mnie gapią i popędzają. „No weź już zapłać”. „Ile jeszcze mam tu czekać?”. „Chciałabym zdążyć coś zjeść, wiesz?”.

Próbuję odpowiedzieć milszym głosem, ale i tak wycedzam przez zęby:

– Rex Ogle.

Staruszka zwilża kciuk za każdym razem, jak przewraca kolejną kartkę. W końcu udaje jej się odnaleźć moje nazwisko i stawia obok niego czerwony ptaszek.

– I już, załatwione.

Nie dziękuję jej. Chwytam tacę i oddalam się najszybciej, jak potrafię.

Serce wali mi jak oszalałe. Mam spocone ręce. Ciężko mi się oddycha. W piątej klasie nie miałem aż takich napadów paniki. Szkoła była moją odskocznią od tego, co działo się w domu. Czułem się tam bezpiecznie. Panikuję tak tylko wtedy, gdy mama zaczyna świrować albo Sam się wykłóca. Zastanawiam się, co mi dolega. Może mam zawał serca? Albo tracę zmysły? Potrząsam głową. Nie, nie jestem jak moja matka. Nie zwariowałem. Potrafię się pozbierać.

Biorę głęboki oddech. I następny.

Gdy docieram w końcu do Liama, okazuje się, że przy stole jest tylko osiem miejsc i wszystkie są zajęte.

– Dzięki, że zarezerwowałeś mi miejsce – warczę pod nosem.

– Wyluzuj, stary. Próbowałem, ale to pierwszy dzień szkoły. – Liam nachyla się do swojego kumpla, Dereka. – Jeeezu. Zachowuje się, jakby był moją laską czy coś.

Oboje wybuchają śmiechem.

Rozwścieczony wycofuję się i od razu wpadam na jakiegoś niskiego dzieciaka.

– Z drogi, idioto! – wrzeszczę i od razu tego żałuję, ale nie przepraszam. Po prostu idę dalej.

Koniec końców siadam przy pustym stole na drugim piętrze. Widzę stąd Liama i Dereka, którzy świetnie się bawią – pewnie moim kosztem. Wszędzie dookoła ludzie siedzą ze swoimi znajomymi. Tylko nie ja.

Ten rok miał być super. To dopiero pierwszy dzień, a już wszystko się chrzani. Wczoraj tak się cieszyłem. A teraz jestem zdenerwowany, wkurzony i sam jak palec. A wszystko to z powodu… No właśnie, z powodu czego? Zjawiam się w szkole z podbitym okiem i muszę żebrać o darmowy obiad. To jakaś kpina. Nikt nie powinien prosić o jałmużnę. Nikt. A zwłaszcza dzieciaki. Teraz wszyscy już wiedzą, że jestem biedotą z przyczepy kempingowej.

To miał być dobry rok.

A znowu wyszło jak zawsze.

ROBAKI

Po szkole próbuję zadzwonić do abueli. Jednak gdy podnoszę słuchawkę, nie słyszę żadnego sygnału. Cisza.

– Mamo, telefon nie działa.

– Nie działa, nie działa, bo nie zapłaciłam rachunku – stwierdza. – To strata kasy. I tak dzwonią do nas tylko komornicy.

– I abuela! – przypominam jej.

Mama przewraca oczami.

– Jeśli moja matka tak bardzo chce z nami rozmawiać, to niech płaci za nasz telefon.

– Przecież sama to zaproponowała!

– Nie potrzebuję jej pieniędzy. A my nie potrzebujemy mieć telefonu.

– Ale obiecałem, że do niej zadzwonię, jak wrócę po pierwszym dniu w szkole.

– To skorzystaj z telefonu przy pralni. Zadzwoń na jej rachunek. Na pewno się ucieszy.

Nie sądzę, by tak było. Dzwonienie na koszt odbiorcy jest bardzo drogie. Pierwsza minuta kosztuje dolara, a każda następna pięćdziesiąt centów. Z drugiej strony babcia zawsze się martwi, kiedy nie może się z nami skontaktować, więc kiedy dzwonię, akceptuje połączenie.

– Hola, abuela.

– ¿Cómo está, mi nieto favorito