Freddie Mercury i ja - Jim Hutton - ebook
Opis

Gdy Jim Hutton po raz pierwszy zobaczył Freddiego, nie rozpoznał wielkiej gwiazdy rocka. Także w kolejnych latach nie traktował go jak idola. Zostali przyjaciółmi, nierozłącznymi kompanami i kochankami. Ekscentryczny i kontrowersyjny na scenie, w życiu prywatnym Freddie Mercury był wrażliwym i serdecznym mężczyzną. Uwielbiał wystawne imprezy, ale też pragnął bliskości i uczucia.

Hutton pisze szczerze, ale z klasą. Jego historia jest jak przepustka do nieznanego świata muzycznej legendy, daleka od sensacji rodem z brukowej prasy. Jest opowieścią pełną osobistych wspomnień oraz intymnych szczegółów. Hołdem dla Freddiego – człowieka, którego świat nigdy naprawdę nie poznał.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 324

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Mercury and Me

Projekt okładki: ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Fotografie na okładce: © Rex Shutterstock/EAST NEWS, © Scalaphotography/Fotolia.com

Fotografie wewnątrz książki oraz na skrzydle okładki pochodzą z archiwum autora i zostały przez niego udostępnione.

Korekta: IWONA HUCHLA, JOANNA RODKIEWICZ

Redakcja techniczna: LOREM IPSUM

© Tim Wapshott and Stephen Lennhoff, 1994

Polish edition © Publicat S.A. MMXVI (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved

ISBN 978-83-271-5613-6

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dla mojej rodziny, Marthy i Stephena
Przedmowa

Freddie Mercury był wyjątkowy. Zanim podejmę tę myśl, muszę się przyznać, że w jego ocenie nie umiem się zdobyć na bezstronność. Przez te dwanaście lat, kiedy byłem jego osobistym asystentem, nauczyłem się od niego na temat sztuki, mebli, porcelany i wielu innych rzeczy więcej, niż ktokolwiek zdołałby mi wtłoczyć do głowy na jakichkolwiek studiach. Entuzjastyczne podejście do życia było u Freddiego zaraźliwe.

Uważam się za szczęściarza, że byłem z nim w dobrych czasach, ale zarazem – mimo że wolałbym inne zakończenie – sądzę, że miałem szczęście, będąc jednym z tych, których obecności życzył sobie pod koniec. Był muzycznym geniuszem o silnej woli, uparciuchem, egocentrykiem, otaczającym innych troskliwością, i przede wszystkim człowiekiem uczciwym.

Jednym z tych, których Freddie chciał mieć przy sobie do końca, był Jim Hutton, znany mi od przeszło dwudziestu lat. Spotkaliśmy się kiedyś, w 1973 roku, w barze zatłoczonej restauracji przy domu towarowym Selfridge’a. Potem straciliśmy kontakt aż do pewnego wieczoru, kiedy wpadłem do Freddiego na kolację i natknąłem się na Jima. Nie widzieliśmy się już ładne parę lat, ale wydawało się, że to ledwie kilka tygodni.

Freddie i Jim stanowili z pewnością dziwaczną parę. Ze względu na ich temperamenty życie z nimi trudno było nazwać łatwym, za to z pewnością nigdy nie było nudne.

To, co przeczytacie dalej, na pewno będzie niezwykle ciekawe. Jest to bowiem nieujawniany dotąd portret kogoś, o kim napisano całe tomy. A Jim Hutton z natury jest człowiekiem prostolinijnym i szczerym.

Peter Freestone

Londyn, sierpień 1994

Jaki Freddie?

Był jeden ze zwyczajnych londyńskich weekendów pod koniec 1983 roku. Większość czasu spędzałem wówczas, popijając w pubach i klubach dla gejów z moim kochankiem, Johnem Alexandrem. Był to krępy ciemnowłosy chłopak, a ja szalałem na jego punkcie. Niedzielny wieczór skończyliśmy w klubie dla gejów o nazwie Copacabana w podziemiach hotelu w South Kensington w Londynie. Byłem tam pierwszy raz w życiu.

Staliśmy przy barze i popijaliśmy piwo wprost z puszek. Klub był dość zatłoczony. Wokół kłębiło się mnóstwo anonimowych twarzy, a na parkiecie tańczono w rytm ryczących z głośników utworów disco.

Byłem chyba w połowie czwartego piwa, kiedy to się stało. John poszedł do ubikacji, a ten facet mnie zaczepił. Miałem wtedy trzydzieści cztery lata, on był trochę starszy. Ubrany był zwyczajnie, w dżinsy i biały podkoszulek. Podobnie jak ja miał wąsy. Był delikatnej budowy, zupełnie nie w typie mężczyzn, których uważałem za atrakcyjnych. Wolałem większych i potężniejszych facetów.

– Pozwolisz, że postawię ci drinka? – spytał.

Miałem jeszcze ponad pół puszki piwa, więc odparłem:

– Nie, dziękuję.

Wtedy spytał, jakie mam plany na noc.

– Odwal się – powiedziałem mu. – Możesz o to zapytać mojego chłopaka.

Obcy się zorientował, że nic mu ze mną nie wyjdzie, i dał spokój. Wrócił do swoich przyjaciół w kącie klubu.

– Ktoś mnie właśnie próbował poderwać – powiedziałem Johnowi, kiedy wrócił.

– Kto? – spytał. – Który to?

– Tamten – odparłem, wskazując palcem.

– Przecież to Freddie Mercury! – szepnął John z przejęciem, choć dla mnie to nic nie znaczyło. Nic a nic. Może gdybym był dyrektorem hotelu Savoy, gdzie pracowałem, może wówczas byłoby inaczej. Ale nigdy nie nadążałem za nowoczesną muzyką. Mimo że ciągle słuchałem radia, nie byłem w stanie odróżnić jednej grupy od drugiej czy jednego piosenkarza od drugiego. Nigdy w życiu nie słyszałem o Queen. John wcale się nie zdenerwował, że Freddie robił do mnie podchody – wręcz przeciwnie, był dumny, że sławny piosenkarz podrywa jego partnera.

Popijaliśmy z Johnem aż do północy, kiedy zamykano knajpę, a potem poszliśmy do domu, do naszego mieszkania w Clapham w południowym Londynie. Następnego dnia wcześnie rano byłem znów w pracy – fryzjer męski w małym zakładzie w hotelu Savoy.

Cztery czy pięć miesięcy po tym wieczorze John zabrał mnie na kolację do szpanerskiej restauracji September w Earl’s Court w zachodnim Londynie.

Siedziałem tyłem do drzwi i jadłem wspaniały posiłek. Byłem zadowolony z życia i losu. Nagle John zerknął ponad moim ramieniem i powiedział:

– O, jest tu twój przyjaciel!

– Kto? – spytałem.

– Freddie Mercury – odparł. – Ten gość, który próbował cię poderwać parę miesięcy temu w Copacabanie.

Odwróciłem się, starając się, żeby ten ruch był niezauważalny, i faktycznie, zobaczyłem tego samego faceta. Jadł kolację z przyjaciółmi. Chyba mnie nie widział.

Wkrótce potem John i ja przenieśliśmy się do Sutton w Surrey, gdzie wynajęliśmy mieszkanie. Naszą gospodynią była teraz Ivy Taverner, pani po siedemdziesiątce. Zajmowaliśmy wspólnie dwa pokoje na poddaszu jej willi. Było to przyjemne miejsce: sypialnia, salonik i skromna kuchenka na półpiętrze.

Po pewnym czasie stwierdziliśmy jednak, że mamy za mało miejsca i że przez to działamy sobie na nerwy. Nie oczekiwałem od życia wiele, ale rozpaczliwie potrzebowałem harmonijnego związku pełnego miłości. Stałem się zaborczy wobec Johna, a on powoli zaczął mnie traktować jak kulę u nogi. Tęsknił za wolnością. Wiosną 1984 roku, po dwóch spędzonych razem latach, rozstaliśmy się. Ja zatrzymałem mieszkanie, John się wyprowadził. Pozostaliśmy przyjaciółmi.

Pracowałem w zakładzie fryzjerskim pięć dni w tygodniu i co jakiś czas w sobotę rano. W ciągu tygodnia wychodziłem z pracy około szóstej, a nim dojechałem do domu – czterdzieści pięć minut pociągiem z Victoria Station – i ugotowałem sobie coś do jedzenia, mijała większość wieczoru.

Prowadziłem spokojne, samotne życie u pani Ivy Taverner. Raz na jakiś czas zdarzało mi się spotkać z jakimś przyjacielem na drinku w Sutton, ale z reguły trzymałem się na uboczu. Nie jestem typem motyla i nigdy nie wychodziłem z domu specjalnie z zamysłem poderwania kogoś. We własnym towarzystwie czułem się zdecydowanie lepiej niż między ludźmi. Czasami spotykałem kogoś, i bywało, że nawet trochę się zabawiliśmy, ale zawsze wyznawałem filozofię: „Jeśli się przydarzy, to dobrze, jeśli nie, to drugie dobrze”. Nabrałem zwyczaju wychodzenia z domu raz w tygodniu, w czwartki, dzień wypłaty, do Market Tavern, klubu dla gejów w Vauxhall w południowym Londynie. Jak na skok na drinka z Sutton był to kawał drogi, ale ja traktowałem ten klub jako swój. Zawsze siedziałem w tym samym miejscu przy końcu baru i rozglądałem się po obecnych z kuflem w dłoni i paczką papierosów wsuniętą w rękaw. Przesiadywałem tam przez cały wieczór, nie ruszając się z miejsca, wypijając kilka kufli i napawając się atmosferą. Traktowałem wszystkich obojętnie, a rozrywką było dla mnie obserwowanie, jak nieznajomi ludzie spędzają czas na zabawie.

Kiedy nadeszło lato, spędzanie całych weekendów w Sutton stało się nudne, przeniosłem się więc z piciem na sobotni wieczór. Zawsze myślałem, że w owe wieczory byłem zupełnie sam, lecz najwyraźniej tak nie było. Wiele lat później, po śmierci Freddiego, pogadałem sobie od serca z Joem Fanellim, poprzednim kochankiem Freddiego, jego kucharzem, spowiednikiem i powiernikiem. Choć Freddie miał mieszkanie w Londynie, przez cały 1984 rok mieszkał głównie w Niemczech, w Monachium. Kiedy bywał w Londynie w weekendy, niezmiennie kończył wieczory w Heaven, klubie nocnym dla gejów pod Charing Cross Station.

Nie wiem, jak to się stało, ale Freddie dowiedział się, gdzie popijam. W drodze do Heaven kazał swojemu szoferowi, facetowi o imieniu Gary, nadrabiać trochę drogi i przejeżdżać obok Market Tavern. Stary mercedes Freddiego parkował pod klubem, a Gary dostawał polecenie sprawdzenia, czy jestem na swoim miejscu przy barze. A kiedy już wracał do Freddiego i informował go, że istotnie, takie stworzenie siedzi tam gdzie zawsze, kontynuowali swoją podróż do Heaven na dalszą część wieczoru.

Jeśli się jest Irlandczykiem, a ja jestem, to data siedemnastego marca nigdy nie wylatuje z głowy: Dzień Świętego Patryka. W roku 1985 ten dzień przypadał w niedzielę, a poprzedni wieczór spędziłem w Market Tavern, popijając z kilkoma irlandzkimi przyjaciółmi. Umówiliśmy się na następny dzień na lunch w pubie. Bardzo rzadko piję alkohol w porze lunchu, ale tego dnia zrobiłem wyjątek. Popołudnie prędko zmieniło się w wieczór, aż wreszcie, późno, ruszyłem do domu, by się położyć. Następnego ranka musiałem przecież iść do pracy. Gdybym został i pił jeszcze dłużej, mógłbym poderżnąć komuś gardło przy goleniu.

Ze względu na wdrukowany w mózg Dzień Patryka wiem na pewno, że to właśnie w następną sobotę, dwudziestego trzeciego marca, spotkałem ponownie Freddiego. Dzień zaczął się jak wszystkie inne – zrobiłem sobie coś na kolację, a potem wyszedłem ubrany zgodnie z obowiązującymi wtedy gejowskimi standardami – dżinsy i biały podkoszulek.

Uzupełnieniem wyglądu był zalecany wąsik. Do Vauxhall pojechałem metrem, po czym – biorąc po trzy stopnie naraz – niemal wypadłem z dżinsów. Pękły w szwach. Tyłek i nogi częściowo wyszły mi na wierzch.

Kiedy zamknięto Market Tavern, wskoczyłem prosto na tylne siedzenie taksówki. Jej kierowca był już przyzwyczajony do mojego cotygodniowego bełkotu „Sutton”. Tym razem jednak uznałem, że mam ochotę na zabawę, i kazałem mu się zawieźć do Heaven. Jak na mnie, było to dość niezwykłe; zawsze uważałem tę knajpę za zbyt wielką jak na moje potrzeby i pozbawioną charakteru.

Dotarłem dosyć późno. Byłem już tak skuty, że ledwie ruszałem nogami, a myślami sięgałem innych planet. Co gorsza, po opłaceniu taksówki zostało mi w kieszeni tylko pięć funtów. Na szczęście nie musiałem płacić za wstęp, kiedy okazało się, że w drzwiach stoi jeden z moich przyjaciół. Poszedłem wprost do baru w piwnicy i zamówiłem kwaterkę piwa.

– Pozwól, że ja ci to postawię – powiedział ktoś do mnie. Podniosłem wzrok. To był ten gość z Copacabany w osiemdziesiątym trzecim roku, Freddie Cośtam. Miałem dobrze w czubie. Język mi się rozwiązał. Moje linie obronne już nie istniały.

– Nie, ja ci postawię – odparłem.

– Duża wódka z tonikiem – padła natychmiastowa odpowiedź. Wtedy, z opóźnieniem, dotarło do mnie, że jak dobrze pójdzie, to zostanie mi trochę ponad jeden funt, z trudem na nocny autobus do Sutton.

– Dużego masz kutasa? – spytał Freddie z uśmiechem. Jak się później dowiedziałem, był to jego typowy skandalizujący gambit.

Nie cierpię odpowiadać na takie osobiste pytania, więc rzuciłem tylko:

– Nie twoja sprawa!

Gdybym nie był tak pijany, powiedziałbym mu zapewne, żeby się odpieprzył. Teraz jednak uczepiłem się tylko jego akcentu, czegoś w rodzaju środkowoatlantyckiego slangu.

– Na miłość boską, daj spokój z tym niby-amerykańskim akcentem! – powiedziałem.

– Ależ ja nie mam amerykańskiego akcentu – odparł.

Przedstawił mi się jako Freddie. Wiedziałem już oczywiście, że to Freddie Mercury, ale nadal nie miałem bladego pojęcia, kim jest ani co robi. Nie bardzo mnie to ciekawiło.

Freddie zaproponował, bym przyłączył się do jego przyjaciół, którzy tłoczyli się w środkowej części baru. Byli tam Joe Fanelli i Peter Straker, ten piosenkarz, oraz kilku innych. Joe był jasnowłosy i wyraźnie przepracowany. Miał trzydzieści parę lat i ostrożne podejście do ludzi i życia. Nie wiem, o czym paplaliśmy tamtego wieczoru. Ale i tak właściwie tylko oni gadali.

Po jakimś czasie Freddie szepnął mi do ucha:

– Chodź, zatańczymy.

Poszliśmy wprost na parkiet. W tamtych czasach dostawałem małpiego rozumu, jeśli sobie trochę podpiłem. Ruszałem do tańca nawet sam ze sobą, kiedy miałem nastrój. A wtedy z parkietu leciały drzazgi, a każdy, kto stał na mojej drodze, mógł się uważać za męczennika. Przez kilka godzin rzucałem Freddiem po całej podłodze. Chyba mu się podobał mój szaleńczy, niekontrolowany taniec.

Około czwartej nad ranem Freddie doszedł do wniosku, że ma już dość, i zaprosił wszystkich do swojego mieszkania na Stafford Terrace 12 w Kensington. Siedziałem obok niego na tylnej kanapie samochodu.

Mieszkanie Freddiego zajmowało dolną część przebudowanego domu. Na parterze były hall i jadalnia, kuchnia na antresoli. Na poziomie piwnicy były dwie sypialnie – Freddiego od strony ulicy, a Joego Fanellego na tyłach – i wielki salon wychodzący na mały ogród w patio.

Mimo że na dworze już wstawał świt, wszyscy byli w nastroju do zabawy. W pewnej chwili Freddie zaproponował mi kokainę, lecz to nie było w moim stylu.

– Nie, dziękuję – powiedziałem. – Ja nie dotykam tego świństwa. – W swoim czasie zdarzało mi się popalać skręty z maryśką, ale nigdy nie próbowałem niczego mocniejszego.

W każdym razie byłem już tak nawalony, że bardziej interesowała mnie zabawa z dwoma kotami Freddiego, Tiffanym i Oscarem, niż pakowanie sobie czegokolwiek do nosa. Mimo że pokój był pełen hałaśliwych ludzi, Freddie i ja cały czas ze sobą flirtowaliśmy. Co chwila nasze spojrzenia się spotykały, posyłaliśmy sobie jakieś dziwaczne mrugnięcia, skinienia, dotykaliśmy się niby niechcący.

W końcu wylądowaliśmy razem w łóżku, byliśmy jednak tak pijani, że nie starczyło nam sił na nic poza niezbyt skoordynowanymi dotknięciami, które i tak nie przyniosły właściwie żadnego efektu. Freddie czule się do mnie tulił i paplaliśmy coś obaj, póki nie zasnęliśmy. Następnego ranka obudziliśmy się wtuleni w siebie i natychmiast podjęliśmy paplaninę w tym samym miejscu, gdzie skończyliśmy przed snem. Kiedy doszliśmy do tego, z czego żyjemy, powiedziałem mu, że jestem fryzjerem męskim.

– Ja jestem piosenkarzem – powiedział Freddie.

Potem zaproponował, że zrobi mi filiżankę herbaty.

Później, około południa, kiedy już wychodziłem, Freddie dał mi swój numer telefonu.

– No to masz, to mój telefon – powiedziałem.

Po tej nocy nie miałem żadnych wiadomości od Freddiego i więcej o tym wszystkim nie myślałem.

Trzy miesiące później, wczesnym latem, jednak się ze mną skontaktował. Wróciłem do domu w piątek i zacząłem sobie przygotowywać zapiekankę z kiełbasek, fasoli i smażonej cebuli. Właśnie postawiłem na gazie ziemniaki, kiedy na dole, w hallu, rozdzwonił się telefon. Pani Taverner podniosła słuchawkę i po chwili mnie zawołała.

Zbiegłem na dół i usłyszałem nieznany głos, który zapytał:

– Zgadnij, kto to?

Wymieniłem kilka imion, ale nie trafiłem.

– Tu Freddie – powiedział w końcu. – Jest u mnie impreza. Zbieraj się i przyjedź.

– Nie mogę – odparłem. – Właśnie zacząłem sobie robić kolację.

– No więc zostaw to wszystko natychmiast! – zażądał. – Przyjeżdżaj zaraz. Dobrze się zabawisz, obiecuję.

Wyłączyłem więc gaz pod zapiekanką i wyszedłem. Nie miałem butelki wina, żeby ofiarować ją gospodarzowi, a czułem, że powinienem przynieść ze sobą jakiś prezent. Kiedy więc dojechałem do Victoria Station, kupiłem Freddiemu dwa bukiety frezji po 1,99 funta.

Potem złapałem autobus do High Street w Kensington, wysiadłem i poszedłem w kierunku jego mieszkania. Pomyślałem sobie po drodze: „To idiotyczne. Odbija mi”. Jeszcze nigdy nie przyszedłem do faceta z kwiatami. To, że je kupiłem, zaskoczyło nawet mnie. Poza tym były już na pół zwiędnięte. Skręciwszy w Stafford Terrace, zobaczyłem śmietnik i zawstydzony wyrzuciłem kwiaty. Nie wiedziałem, że frezje to jedne z najukochańszych kwiatów Freddiego. Gdybym mu je dał tego dnia, oszalałby z radości.

A tak – kiedy Freddie już otworzył mi drzwi, ofiarowałem mu tylko szeroki uśmiech. Uścisnęliśmy się i zeszliśmy na dół, do salonu. Siedziało tam ze sześć osób.

Miałem niejakie opory, jeśli chodzi o spotykanie się z przyjaciółmi Freddiego. Kiedy szliśmy po schodach w górę, do jadalni, jeden z nich położył mi rękę na ramieniu i uścisnął. Zabolało.

– Dobra – syknął. – Olewaj mnie dalej.

– Jezu! – jęknąłem.

Przyjrzałem mu się uważnie i dopiero po chwili rozpoznałem. Był to Peter Freestone, mój niegdysiejszy kolega z czasów przed Savoyem, kiedy jeszcze pracowałem na Oxford Street, w domu towarowym Selfridge’s. Ja wtedy byłem pomocnikiem sprzedawcy peruk, Peter zaś pracował jako kierownik sali w położonej na parterze restauracji. Później był garderobianym w Królewskiej Operze. Teraz pomagał Freddiemu w organizowaniu życia i był na każde zawołanie.

Peter dopiero co przekroczył trzydziestkę. Mierząc dobrze ponad sześć stóp, górował nad wszystkimi, wielki i zwalisty. Był pucołowaty i miał ciepły uśmiech. Na pierwszy rzut oka widać było, że to z gruntu dobry człowiek.

Freddie i pozostali zawsze nazywali Petera „Phoebe”. Freddie uwielbiał wymyślać przezwiska – z reguły o odmiennym rodzaju gramatycznym – dla wszystkich, którzy go otaczali. Jego ksywką była „Melina”, na cześć pełnej życia greckiej aktorki, Joe zaś występował jako „Liza”, co świetnie brzmiało w połączeniu z jego nazwiskiem – „Liza Fanelli”. (Mimo że zatytułowałem swoją książkę Freddie Mercury i ja, nazywałem go wyłącznie „Freddie” przez cały czas, gdy byliśmy razem).

W czasie kolacji siedziałem obok Freddiego. W którymś momencie znowu walnął sobie kokainę i nie mógł przestać gadać. Był taki nabuzowany, że mówiłby nawet wtedy, gdyby przed nim była ściana.

Po kolacji poszliśmy na kilka godzin do Heaven, a potem, wykończeni, wróciliśmy na Stafford Terrace. Wszyscy pozostali goście Freddiego, a szczególnie facet o imieniu Paul Prenter, starali się dowiedzieć czegoś na mój temat.

Nie czułem się swobodnie w towarzystwie Prentera. Był to drobny mężczyzna z wąsikiem i w okularach. Jego oczy nieustannie prześlizgiwały się po pokoju, obserwując wszystkich i wszystko wokół. Nic nie uszło jego uwagi. Był bardzo gadatliwy, ale miał w sobie coś wrednego.

W ogóle wśród przyjaciół Freddiego czuło się mnóstwo fałszu. Wyglądało na to, że wszyscy wciąż konkurują ze sobą, próbując zwrócić na siebie jego uwagę. Żaden z nich nie spotkał mnie dotąd w tym gejowskim światku. W przeciwieństwie do poprzednich chłopaków Freddiego byłem zupełnie obcym facetem. I wobec nich wszystkich pozostałem chodzącą tajemnicą. Znali moje imię, wiedzieli, gdzie mieszkam i jak zarabiam na życie, ale nic więcej. Kiedy zadawali pytania, byłem tak mrukliwy, jak tylko się dało. W końcu to nie był ich zakichany interes!

[...]