Frankenstein - Mary Shelley - ebook
Opis

Postać Frankensteina znają chyba wszyscy. Potwór siejący grozę i spustoszenie na stałe zadomowił się w kulturze światowej. Do zbiorowej świadomości trafił on jednak nie z książki, ale z licznych filmów jemu poświęconych. Mało kto zdaje sobie sprawę, jak bardzo kino zniekształciło pierwowzór. Dzisiaj dajemy Czytelnikowi szansę zapoznania się z oryginalną wersją historii o Wiktorze Frankensteinie i jego dziele. Historii o zgubnej ambicji, o odpowiedzialności za swe czyny, o odtrąceniu i samotności, o krzywdzie i zemście. Klasyczną powieść Mary Shelley oddajemy do rąk Czytelników w nowym przekładzie Pawła Łopatki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 339

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Mary Shelley

FRANKENSTEIN

Przełożył Paweł Łopatka

Wydawnictwo Zielona Sowa

Kraków

Tytuł oryginału:

Frankenstein, or the Modern Prometheus

Redakcja:

Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Projekt graficzny okładki:

Piotr Iwaszko

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2009

ISBN 978-83-7895-186-5

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (012) 266-62-94, tel. 266-62-92

www.zielonasowa.pl

[email protected]

LIST PIERWSZY

Do Pani Saville, Anglia

Petersburg, 11 grudnia 17... r.

Zapewne ucieszy Cię wiadomość, że na początku naszego przedsięwzięcia, w związku z którym miałaś tyle niedobrych przeczuć, nie zdarzyło się nic strasznego. Przyjechałem tu wczoraj – i przede wszystkim chcę Cię zapewnić, droga Siostro, że nic złego mi nie zagraża i że nabieram coraz większej wiary w sukces mej wyprawy.

Jestem już daleko na północ od Londynu. Spacerując ulicami Petersburga, czuję, jak zimna północna bryza muska mi policzki, co działa uspokajająco i napełnia mnie niezwykłą radością. Rozumiesz to uczucie? Wiatr, przybywający tu ze stron, w które się kieruję, daje mi przedsmak lodowego klimatu owej krainy. Natchnione pomyślnym powiewem, moje marzenia nabierają jeszcze większej mocy i ognia. Na próżno próbuję tłumaczyć sobie, że biegun jest siedliskiem mrozu i pustki – mojej wyobraźni zawsze jawi się jako kraina piękna i zachwycenia. Słońce, Małgorzato, nigdy tam nie zachodzi, jak wielka tarcza ledwie muskając skraj horyzontu i roztaczając wokół nieskończony przepych światła. Ponadto – bo pozwól, droga Siostro, że zaufam w tym względzie żeglarzom, którzy już przede mną tam byli – śnieg i mróz nie mają tam dostępu, co oznaczać może, iż żeglując po spokojnej fali, dotrzemy do lądu, z którego cudowną urodą żadna z odkrytych dotąd na zamieszkałym globie krain równać się nie będzie. Twory i charakter tego zakątka mogą się okazać nieporównane, bo też takie właśnie są zjawiska ciał niebieskich nad tym nieodkrytym jeszcze odludziem. Ach, ileż można się spodziewać po krainie wiecznego światła! Mogę tam odkryć cudowną siłę, co przyciąga igłę kompasu; mogę rozwiązać niezliczone kwestie, obserwując ciała niebieskie, którym jedynie tej wyprawy potrzeba, by móc na zawsze już ustalić, że ich pozorne rozbieżności to konsekwentnie działający porządek. Nasycę moją żarliwą ciekawość widokiem części świata nigdy przedtem nieodwiedzanej i – być może – wkroczę na ziemię, po której dotąd nigdy nie stąpał człowiek. Wszystko to niesłychanie mnie kusi. Kusi tak bardzo, że przezwycięża wszelki lęk przed niebezpieczeństwem i śmiercią i pobudza mnie do rozpoczęcia tej uciążliwej wyprawy – z radością, jaką odczuwa mały chłopiec, wsiadając do łódki ze swymi towarzyszami, by wyruszyć na wyprawę odkrywczą w górę rodzinnej rzeki. Jednak – nawet gdyby te wszystkie przypuszczenia miały się okazać fałszywe, nie sposób zakwestionować tego nieocenionego dobrodziejstwa, jakim obdarzę cały rodzaj ludzki aż po ostatnie pokolenie – odkrywając w pobliżu bieguna przejście do tych krain, do których obecnie dotrzeć można jedynie podróżując wiele, wiele miesięcy; czy też – zgłębiając tajniki magnesu ziemskiego, co (jeśli w ogóle jest to możliwe) można osiągnąć tylko podejmując takie właśnie przedsięwzięcie, jak moje.

Myśli te rozproszyły podniecenie, w jakim zacząłem pisać, i czuję teraz, jakim zapałem płonie moje serce i jak mnie unosi pod niebiosa, bo nic nie przyczynia się do uspokojenia umysłu lepiej niż konkretny cel – rodzaj intelektualnego punktu zaczepienia dla duszy. Wyprawa ta była ukochanym marzeniem moich chłopięcych lat. Z zapałem oddawałem się lekturze sprawozdań z rozmaitych wypraw, dokonywanych z zamiarem dotarcia do północnego Pacyfiku przez morza otaczające biegun. Jak zapewne pamiętasz, historia wypraw odkrywczych stanowiła całą bibliotekę naszego wujka Tomasza. Zaniedbywałem naukę, ale pasjami lubiłem czytać. Studiowałem te tomy dniami i nocami, a im dalej się w nie zagłębiałem, tym bardziej rósł we mnie żal, który po raz pierwszy poczułem jako dziecko, gdy się dowiedziałem, że ojciec na łożu śmierci zobowiązał wuja, by nie pozwolił mi wypłynąć na morze i wieść życie żeglarza.

Wizje te rozwiały się, kiedy zacząłem wczytywać się w poetów i za sprawą ich natchnionych strof moja dusza wzniosła się ku niebu. Zostałem poetą i przez rok żyłem w raju, który sobie stworzyłem; marzyłem, że i ja zasłużę kiedyś na własną niszę w świątyni, gdzie uświęcone są nazwiska Homera i Szekspira. Dobrze wiesz, że była to pomyłka; wiesz także, jak ciężko przyszło mi znieść to rozczarowanie. Ale właśnie wtedy odziedziczyłem spadek po kuzynie i moje myśli znów zwróciłem ku wcześniejszym zamierzeniom.

Sześć lat upłynęło od chwili, kiedy zdecydowałem się na obecne przedsięwzięcie. Doskonale pamiętam moment, kiedy postanowiłem poświęcić się temu wielkiemu dziełu. Zacząłem od przyzwyczajania ciała do rozmaitych niewygód. Kilka razy towarzyszyłem wielorybnikom w wyprawach na Morze Północne; dobrowolnie znosiłem zimno, głód, pragnienie i brak snu; często w ciągu dnia pracowałem ciężej niż zwykli żeglarze, a noce poświęcałem na naukę matematyki, teorię medycyny i na te gałęzie nauk przyrodniczych, z których poszukiwacz morskich przygód może odnieść najwięcej praktycznych korzyści. Dwa razy zatrudniłem się jako drugi mat na grenlandzki statek wielorybniczy i z zadania tego wywiązałem się nad podziw dobrze. Muszę wyznać, że poczułem się dumny, kiedy dowodzący kapitan zaproponował mi stanowisko pierwszego oficera na statku i z całą powagą i mocą namawiał mnie, bym pozostał. Tak bardzo cenił moje usługi.

A teraz, droga Małgorzato – czy nie zasługuję na to, by spełnić jakiś wielki cel? Mogłem wieść życie w wygodach i luksusie, przedłożyłem jednak sławę nad wszelkie uroki, jakie się wiążą z bogactwem. Ach, żeby tak jakiś głos odezwał się – i przytaknął mi, zachęcił do czynu! Moja odwaga i postanowienie są niezachwiane, ale nadzieje ulegają wahaniom i czasem popadam w przygnębienie. Wkrótce wyruszę w długą i uciążliwą podróż: wszystko, co może mi się przydarzyć, wymagać będzie ode mnie wielkiego hartu ducha, gdyż będę musiał nie tylko wspierać innych, ale też i siebie samego – kiedy tamtym nie starczy wytrwałości.

Ta pora najlepiej się nadaje do podróżowania po Rosji. Wszyscy tutaj śmigają saniami po śniegu. Jest to przyjemne i, moim zdaniem, o wiele wygodniejsze niż podróżowanie angielskim dyliżansem. Zimna nie odczuwa się za bardzo, jeśli otulić się w futro – ubiór, do którego już zdążyłem się przyzwyczaić. Doprawdy – to duża różnica, czy chodzi się po pokładzie, czy też godzinami siedzi się nieruchomo: ruch bowiem sprawia, że krew nie zamarza w żyłach. A ja przecież nie mam zamiaru stracić życia na szlaku pocztowym między Petersburgiem i  Archangielskiem.

Do Archangielska wyjadę za dwa lub trzy tygodnie. Tam zamierzam wynająć statek, co można zrobić bez trudu, płacąc ubezpieczenie za właściciela. Chcę też nająć tylu marynarzy, ilu mi będzie potrzeba – spośród tych, którzy są już zahartowani w połowach wielorybniczych. Sądzę, iż nie wypłynę wcześniej niż dopiero w czerwcu. A kiedy wrócę? Cóż, droga Siostro, jak mam odpowiedzieć na to pytanie? Jeżeli mi się powiedzie, wiele, wiele miesięcy, a może i lat upłynie, zanim się znowu zobaczymy. Jeśli odniosę porażkę – ujrzysz mnie wkrótce albo nigdy.

Żegnaj, moja cudowna, kochana Małgorzato. Niech Niebiosa ześlą Ci błogosławieństwo, a mnie niechaj chronią, bym mógł bez końca wyrażać Ci wdzięczność za całą Twą miłość i dobroć.

Twój kochający brat

R. Walton

LIST DRUGI

Do Pani Saville, Anglia

Archangielsk, 28 marca 17... r.

Jak wolno płynie czas, kiedy wokół, gdzie okiem sięgnąć, tylko lód i śnieg! Mimo to uczyniłem kolejny krok służący realizacji mojego przedsięwzięcia. Wynająłem statek i właśnie zbieram załogę. Marynarze, których już przyjąłem, to – jak się zdaje – ludzie, na których można polegać; nie ulega wątpliwości, że są odważni i  nieustraszeni.

Mam jednak pewną potrzebę, której dotąd nie udało mi się zaspokoić – brak, który odczuwam jak najokrutniejsze zło. Otóż, Małgorzato, nie mam przyjaciela. Gdy promieniuję wiarą w sukces, nikt nie dzieli mojej radości; kiedy przyjdzie mi zmagać się z rozczarowaniem – nie będzie nikogo, kto by zechciał podtrzymać mnie na duchu. Będę rzecz jasna mógł przelewać swe myśli na papier, ale marny to środek komunikowania uczuć. Pragnąłbym dla siebie towarzystwa człowieka, który czułby to, co ja czuję, który by mnie rozumiał bez słów. Być może, droga Siostro, uznasz mnie za niepoprawnego romantyka, ale tak bardzo, bardzo potrzebny mi przyjaciel. Nie znajduję tutaj nikogo takiego: człowieka szlachetnego i jednocześnie odważnego, kogoś o wielkiej kulturze i szerokich horyzontach myślowych, którego gusty byłyby jak moje własne i który by pochwalał czy ulepszał moje plany. Ach, jak cudnie taki przyjaciel naprawiałby błędy Twojego biednego brata! Jestem zbyt zapalony w działaniu i zbyt niecierpliwy wobec trudności. Jednak jeszcze większym złem jest dla mnie to, że wychowywałem się sam, gdyż czternaście lat młodego życia spędziłem bez żadnego nadzoru i nie czytałem niczego poza podróżniczymi książkami wuja Tomasza. Będąc w tym wieku, zaznajomiłem się ze słynnymi poetami naszego kraju. Zrozumiałem konieczność zapoznania się także z innymi językami – nie tylko ojczystym. Niestety, dotarło to do mnie dopiero wtedy, gdy było już za późno, by móc urzeczywistnić tę myśl. Mam teraz dwadzieścia osiem lat i w istocie posiadam znacznie węższą wiedzę niż wielu uczniów w wieku lat piętnastu. Wprawdzie przemyślałem więcej niż oni, a moje marzenia wznioślejsze są i wspanialsze, lecz brakuje im (jak to nazywają malarze) punktu oparcia – oto dlaczego tak bardzo potrzebuję przyjaciela, który miałby na tyle rozwagi, by nie kpić z mej romantycznej natury, i na tyle życzliwości, by cierpliwie kierować moim umysłem.

Lecz cóż, daremne to żale. Na pewno nie znajdę przyjaciela na tym wielkim oceanie ani też tutaj, w Archangielsku, między kupcami i marynarzami. A przecież jakieś uczucia, które nie sprzymierzyły się z wszystkim, co niskie w naturze ludzkiej, tętnią i w tych twardych sercach. Mój porucznik, na przykład, to człowiek niezwykłej odwagi i przedsiębiorczości; wprost szaleńczo marzy o sławie czy raczej – że się wyrażę bardziej konkretnie – o zawodowym awansie. Jest Anglikiem, który – mimo że nieustannie ma do czynienia z przesądami narodowymi i zawodowymi, niezłagodzonymi ciągłym pielęgnowaniem – zdołał zachować niektóre z najszlachetniejszych zalet ludzkich. Zapoznałem się z nim na pokładzie statku wielorybniczego; kiedy się zorientowałem, że jest bez pracy, zaproponowałem mu udział w moim przedsięwzięciu,na co chętnie przystał.

Kapitan jest człowiekiem o wspaniałym usposobieniu; dzięki swej delikatności i łagodnej dyscyplinie cieszy się na okręcie wielkim poważaniem. Ta okoliczność, a także jego dobre imię człowieka uczciwego i nieustraszonego sprawiły, że po prostu musiałem go przyjąć. Młodość spędzona w odosobnieniu, najlepsze lata, przebyte pod Twoją łagodną i troskliwą opieką, uczyniły podstawy, na których wzrastał mój charakter, tak delikatnymi, że nie potrafię przezwyciężyć głębokiej odrazy wobec brutalności praktykowanej zwykle na statku; zawsze uważałem, że jest to niepotrzebne, i gdy tylko dowiedziałem się o marynarzu, znanym zarówno z dobrego serca, jak i poważania i posłuchu u załogi – ogarnęło mnie niezwykłe szczęście, że jestem w stanie zapewnić sobie jego usługi. Po raz pierwszy usłyszałem o kapitanie w dość romantycznych okolicznościach, od pewnej pani, która mu zawdzięcza szczęście swego życia. Oto w skrócie opowieść o nim.

Parę lat temu pokochał młodą Rosjankę posiadającą niewielki majątek; ponieważ zgromadził znaczną sumę z łupu wojennego, ojciec dziewczyny zgodził się, by ją poślubił. Któregoś dnia, przed wyznaczoną ceremonią, odwiedził panią swego serca i zastał ją całą we łzach. Padła mu do nóg, błagając, by miał nad nią zlitowanie, wyznając równocześnie, że kocha innego, który jest biedny, i że dlatego ojciec nigdy nie zgodzi się na ten związek. Mój wielkoduszny przyjaciel pocieszył strapioną dziewczynę i otrzymawszy nazwisko jej ukochanego, natychmiast zrezygnował ze starań o jej rękę. Już przedtem kupił ze swych pieniędzy gospodarstwo, w którym planował spędzić resztę życia, lecz wobec tej sytuacji przekazał rywalowi całą posiadłość, łącznie z pieniędzmi pozostałymi mu jeszcze na zakup inwentarza, a później sam usilnie prosił ojca dziewczyny, by wyraził zgodę na jej małżeństwo z ukochanym. Ojciec jednak stanowczo odmawiał, uważając, że jest honorowo związany przyrzeczeniem wobec mojego przyjaciela; ten zaś widząc, że ojciec jest nieugięty, opuścił kraj i wrócił dopiero, kiedy się dowiedział,że dawna ukochana wyszła za mąż zgodnie ze swoimi uczuciami. „Cóż to za szlachetny człowiek!” – wykrzykniesz. I taki też jest. Co ciekawe, nie ma żadnego wykształcenia – milczy jak Turek, a poza tym cechuje go jakaś zdradzająca ignorancję niedbałość, co sprawia, że jego postępowanie wydaje się tym bardziej zadziwiające, choć jednocześnie pomniejsza zainteresowanie i sympatię, jaką – w innym wypadku – mógłby wszak budzić.

Nie myśl jednak, iż zaczynam się wahać, dlatego, że trochę narzekam, albo że próbuję tu szukać jakiegoś pocieszenia na trudy, których nigdy może nie zaznam. To, co sobie postanowiłem, jest nieodwracalne jak fatum; a moja podróż odwleka się teraz tylko do czasu, aż pogoda pozwoli mi wypłynąć. Zima była straszliwie sroga, ale wiosna zapowiada się pomyślnie – tak wczesną wiosnę uważa się w tych stronach za niezwykle rzadkie zjawisko. Istnieje więc szansa, że będę mógł wyruszyć w morze wcześniej niż się spodziewałem. Ale nie będę działać pochopnie; znasz mnie na tyle dobrze, by wiedzieć, że zawsze, gdy odpowiadam za bezpieczeństwo innych, jestem rozważny i skrupulatny.

Nie potrafię opisać tego, co odczuwam na widok bliskiej realizacji mojego przedsięwzięcia. Nie jestem w stanie Ci przekazać, czym też jest to wewnętrzne drżenie, na wpół przyjemne i na wpół napawające lękiem, z jakim przygotowuję się do wyruszenia w drogę. Jadę w niezbadane strony, do „krainy mgły i śniegu” – ale nie zabiję albatrosa* (*Przesąd marynarski: ten, kto zabił albatrosa, nigdy nie wracał do swoich najbliższych (przyp. tłum.)), nie powinnaś więc lękać się o moje bezpieczeństwo ani o to, że mógłbym wrócić do Ciebie zbolały i złamany jak „stary marynarz”. Zapewne uśmiechniesz się na tę aluzję, ale wyjawię Ci pewien sekret. Często przypisywałem moje przywiązanie i gorący entuzjazm dla niebezpiecznych tajemnic oceanu temu właśnie utworowi najbardziej fantastycznego ze współczesnych poetów* (*Samuel Taylor Coleridge (1772-1834), angielski poeta i  krytyk literacki; z Williamem Wordsworthem wydał w 1789 r. tom Lyrical Ballads (m.in. Pieśń o starym żeglarzu), otwierający epokę angielskiego romantyzmu (przyp. tłum.)). W mojej duszy dzieje się coś, czego nie rozumiem. Zasadniczo jestem pracowity i skrupulatny; każdą pracę wykonuję z całym mozołem i wytrwałością, ale poza tym we wszystkich moich planach przewija się jakieś umiłowanie niezwykłości, wiara w rzeczy niezwykłe – co spycha mnie z najczęściej uczęszczanych szlaków, nawet na rozszalałe morskie fale i nieodwiedzane nigdy obszary,na których odkrywanie właśnie się wybieram.

Wróćmy jednak do przyjemniejszych tematów. Czy ujrzę Cię znowu po przemierzeniu bezkresu mórz, w drodze powrotnej dokoła najbardziej na południe wysuniętego przylądka Afryki lub Ameryki? Nie śmiem liczyć na tak pomyślny obrót rzeczy, a z drugiej strony nie umiem się przezwyciężyć, by wyobrażać sobie odwrotną stronę tej pięknej wizji. Tymczasem – pisz do mnie nadal przy każdej sposobności: może się zdarzyć, że Twoje listy otrzymam właśnie w tych momentach, kiedy Twe duchowe wsparcie będzie mi najbardziej potrzebne. Przesyłam Ci czułe uściski. Wspominaj mnie ciepło, gdybym już nigdy nie miał się odezwać do Ciebie.

Twój kochający brat

Robert Walton

LIST TRZECI

Do Pani Saville, Anglia

7 lipca 17... r.

Droga Siostro,

Piszę w pośpiechu kilka słów, by dać Ci znać, że nic złego mi się nie zdarzyło i że przebyłem już spory szmat morskiej drogi. Ten list dotrze do Anglii za pośrednictwem statku handlowego, który właśnie wyrusza w drogę powrotną z Archangielska. Ma on więcej szczęścia niż ja, gdyż być może przez wiele lat nie zobaczę rodzinnych stron. Jestem jednak w dobrym nastroju: moi ludzie są dzielni i, jak się zdaje, zdecydowani na wszystko. Widzę, że nie przeraża ich pływająca kra lodowa, nieustannie przesuwająca się obok statku i przypominająca o niebezpieczeństwach obszaru, do którego zmierzamy. Osiągnęliśmy już bardzo wysoką szerokość geograficzną. Jest teraz pełnia lata i choć nie tak ciepło jak w Anglii, południowy wiatr, popychający nas szybko w stronę brzegów, których widoku nie mogę już się doczekać, tchnie ożywczym ciepłem, czego zupełnie się nie spodziewałem.

Jak dotąd nie przydarzyło nam się nic takiego, nad czym należałoby się tu dłużej zatrzymywać. Jeden czy dwa uparte sztormy i przeciek w jednym miejscu to dla wytrawnych żeglarzy wypadki niewarte odnotowania; będę bardzo zadowolony, jeżeli podczas wyprawy nie przytrafi nam się nic gorszego.

Żegnaj, moja droga Małgorzato. Bądź pewna, że i dla swojego, i dla Twojego dobra nie będę się lekkomyślnie narażał na niebezpieczeństwo. Zachowam spokój, wytrwałość i rozwagę.

Ale moje wysiłki muszą się zakończyć sukcesem. Bo i czemu by nie?Dotarłem już tak daleko, wyznaczając bezpieczny szlak przez bezdrożne morza – o triumfie moim mogą zaświadczyć same gwiazdy. Czemuż więc nie miałbym dalej przebijać się przez nieokiełznany jeszcze, acz posłuszny mi żywioł? Cóż może powstrzymać decyzje duszy i woli człowieka?

I tak oto – mimo woli – znajdują upust wezbrane uczucia mojego serca. Ale muszę już kończyć. Niech Niebiosa mają w opiece moją ukochaną Siostrę!

R. W.

LIST CZWARTY

Do Pani Saville, Anglia

5 sierpnia 17... r.

Zdarzył nam się tak niezwykły wypadek, że nie mogę się powstrzymać, by o nim nie napisać, mimo że zapewne zobaczymy się, zanim ten opis zdoła do Ciebie dotrzeć.

W ubiegły poniedziałek (31 lipca) zostaliśmy otoczeni przez lody, które zamknęły statek ze wszystkich stron, pozostawiając mu ledwie odrobinę wodnej przestrzeni. Sytuacja była dość niebezpieczna – przede wszystkim dlatego, że wokół zalegała bardzo gęsta mgła. Mogliśmy więc jedynie zatrzymać się i czekać w nadziei na szybką zmianę pogody.

Około drugiej mgła się rozwiała – i oto ujrzeliśmy rozpościerającą się na wszystkie strony olbrzymią, nieregularną równinę lodową, która zdawała się nieskończona. Paru moich towarzyszy wydało jęk, a i mnie także zaczęły nachodzić niespokojne myśli, gdy wtem niezwykły widok przyciągnął naszą uwagę i odwrócił niepokoje od naszego własnego położenia. Oto dostrzegliśmy niski pojazd, osadzony na saniach, zaprzężony w psy, posuwający się w stronę północy w odległości pół mili. W saniach siedziała, popędzając psy, istota ludzkiego kształtu, ale wyraźnie ogromnej postury. Obserwowaliśmy przez lunety niezwykle szybką jazdę podróżnego do chwili, aż zniknął pośród widocznych w dali nierówności lodu.

Dziwne to zjawisko wprawiło nas w nieopisane zdumienie. Sądziliśmy, że jesteśmy wiele setek mil od jakiegokolwiek lądu; tymczasem owo coś wskazywałoby, że w istocie nie był on aż tak odległy, jak się nam zdawało. Zamknięci jednak wśród lodów, nie byliśmy w stanie podążyć śladem podróżnego, choć patrzyliśmy za nim z natężoną uwagą.

Bodaj dwie godziny po tym zdarzeniu usłyszeliśmy odgłos napierających wód i przed zapadnięciem nocy lody pękły i uwolniły statek. Pozostaliśmy tam jednak aż do rana, obawiając się zderzenia w ciemnościach z wielkimi bryłami; dryfują one zwykle dokoła po przełamaniu się lodowej pokrywy. Wykorzystałem ten czas na kilkugodzinny wypoczynek.

Rano jednak, zaraz gdy się rozjaśniło, wyszedłem na pokład; wszyscy marynarze zebrali się po jednej stronie statku, najwidoczniej rozmawiając z kimś znajdującym się na morzu. Otóż były tam te same sanie, które widzieliśmy poprzednio – w nocy zniosła je pod nasz statek wielka kra lodowa. Tylko jeden pies pozostał przy życiu, ale w saniach był jakiś człowiek, którego marynarze namawiali, by wszedł na pokład. W przeciwieństwie do wspomnianego wcześniej podróżnego, który wyglądał jak mieszkaniec jakiejś nieznanej wyspy, był on Europejczykiem. Gdy pojawiłem się na pokładzie, kapitan rzekł:

– Oto i nasz dowódca. Nie pozwoli on panu zginąć na pełnym morzu.

Ujrzawszy mnie, nieznajomy zwrócił się do mnie po angielsku, jednak z nieco obcym akcentem:

– Czy, zanim wejdę na pokład pańskiego statku, zechciałby pan poinformować mnie, dokąd płyniecie?

Możesz sobie wyobrazić moje zdziwienie wobec takiego pytania, kiedy zwraca się z nim człowiek znajdujący się na skraju wyczerpania i dla którego mój statek – co wszak oczywiste – powinien być zbawieniem o wartości większej niż najcenniejsze skarby tego świata. Odpowiedziałem mu jednakże, że płyniemy jako wyprawa odkrywcza w kierunku bieguna północnego.

Odpowiedź ta widocznie go zadowoliła, bo zgodził się wejść na pokład. Mój Boże! Małgorzato, gdybyś widziała człowieka, który w ten sposób kapitulował dla ocalenia życia, Twoje zdumienie nie miałoby granic. Ręce i nogi miał niemal zamarznięte; był niewyobrażalnie wychudzony na skutek zmęczenia i cierpień. Nigdy przedtem nie widziałem człowieka w tak potwornym stanie. Chcieliśmy przenieść go do kabiny, ale w chwili, gdy stracił dostęp świeżego powietrza, zemdlał. Zanieśliśmy go więc z powrotem na pokład i przywróciliśmy mu przytomność, nacierając go brandy i zmuszając do połknięcia niewielkiej jej ilości. Na pierwsze oznaki życia otuliliśmy go kocami i usadowiliśmy przy piecu kuchennym. Powoli wrócił do przytomności; potem zjadł odrobinę zupy, co mu cudownie pomogło.

Dopiero po dwóch dniach takiej kuracji mógł mówić. Co chwila nachodziły mnie obawy, że cierpienia pozbawiły go rozumu. Kiedy jego stan nieco się polepszył, kazałem go przenieść do mojej kabiny i pielęgnowałem go tak, jak mi na to pozwalały obowiązki. Nie widziałem jeszcze tak interesującej istoty. W oczach ma coś dzikiego, a nawet szalonego, ale bywają chwile – kiedy ktoś okaże mu trochę serdeczności czy wyświadczy najmniejszą przysługę – że jego twarz rozjaśnia się i promienieje taką dobrocią i urokiem, jakiego nigdy jeszcze nie spotkałem. Cały czas jednak pogrążony jest w smutku i rozpaczy; czasami zgrzyta zębami, jakby zniecierpliwiony ogromem gnębiących go nieszczęść.

Kiedy jego stan uległ dalszej poprawie, pojawił się poważny problem – musiałem mianowicie chronić go przed marynarzami, którzy chcieli go pytać o najrozmaitsze rzeczy. Nie mogłem dopuścić do tego, by męczyli go czczą ciekawością, kiedy warunkiem jego fizycznego i umysłowego ozdrowienia był absolutny spokój. Raz jednak pewien o?cer spytał go, dlaczego zapuścił się aż tak daleko w głąb lodów tak niezwykłym pojazdem.

Jego twarz w jednej chwili przybrała niewypowiedzianie posępny wygląd i odrzekł:

– W poszukiwaniu kogoś, kto przede mną uciekł.

– Czy człowiek, którego pan ścigał, podróżował w ten sam sposób?

– Tak.

– Wobec tego jestem pewien, że go widzieliśmy, bo dzień przed pana przybyciem zauważyliśmy jakiś psi zaprzęg ciągnący po lodzie sanie z  człowiekiem.

Słowa te wywarły wielkie wrażenie na nieznajomym; zaraz zaczął wypytywać o kierunek drogi, jaką podążał ten – jak go nazwał – demon. Niedługo potem, kiedy byliśmy sami, powiedział:

– Zapewne podnieciłem pana ciekawość, jak i tych poczciwców, ale pan jest zbyt delikatny, by mnie wypytywać.

– Naturalnie. Byłoby wyjątkowo niegrzecznie i nie po ludzku z  mojej strony dręczyć pana wścibstwem.

– A przecież wyratował mnie pan z dziwnej i niebezpiecznej sytuacji; pańska dobroć przywróciła mnie życiu.

Po chwili spytał, czy pękające lody mogły – według mnie – zniszczyć tamte sanie. Odpowiedziałem, że nie ma co do tego zupełnej pewności, bo lody pękały dopiero około północy i do tego czasu podróżny mógł już dotrzeć do jakiegoś bezpiecznego miejsca; nie umiałem tego jednak rozstrzygnąć.

Od tej chwili jakby nowy duch wstąpił w tego udręczonego człowieka. Wprost nie mógł się doczekać, aby wyjść na pokład i zacząć szukać sań, które przedtem spostrzegliśmy – ale zdołałem go nakłonić do pozostania w kabinie, gdyż był zbyt słaby i nie wytrzymałby surowego lodowego powietrza. Jednocześnie przyrzekłem mu, że zamiast niego będzie wypatrywać sań ktoś inny – i gdy tylko pojawi się coś nowego, zostanie natychmiast powiadomiony.

Tyle mówi mój dziennik na temat tego dziwnego zdarzenia – aż po dzień dzisiejszy. Nieznajomy czuje się coraz lepiej, nieustannie jednak milczy i czuje się nieswojo, kiedy do kabiny wchodzi zamiast mnie ktoś inny. Ale przy tym ma w sobie coś tak delikatnego i ujmującego, że wszyscy Roncevaux – wąwóz we Francji moi marynarze żywo się nim interesują, mimo że właściwie nie mieli możności z nim pomówić. Jeśli chodzi o mnie, to zaczynam kochać go jak brata, a nieustanny i głęboki smutek, jaki go dręczy, napełnia moje serce sympatią i współczuciem. Kiedyś, w pomyślniejszym okresie swego życia,musiała to być prawdziwie szlachetna istota, skoro nawet i teraz, w stanie takiej ruiny, przyciąga każdego swoją miłą powierzchownością.

Droga Małgorzato, w jednym z moich listów pisałem, że na tym szerokim oceanie nigdy nie znajdę przyjaciela. Tymczasem odnalazłem człowieka, który – zanim dał się złamać okrutnemu losowi – uczyniłby mnie szczęśliwym, gdybym mógł pozyskać jego braterstwo.

Pisanie dziennika dotyczącego nieznajomego będę kontynuował z  przerwami – kiedy tylko pojawi się coś godnego zapisania.

13 sierpnia 17... r.

Moje uczucie dla gościa wzrasta z każdym dniem. To zdumiewające, do jakiego stopnia potrafił wzbudzić mój podziw i litość. Bo czy mógłbym nie czuć głębokiego żalu, patrząc, jak taka szlachetna istota pogrąża się w cierpieniu? Jest taki subtelny, a zarazem mądry! Co za umysł, co za kultura! A jak mówi! Wypowiadając myśli w najwyszukańszy sposób, czyni to wszak nad wyraz płynnie i elokwentnie.

Stan jego zdrowia znacznie się polepszył. Prawie w ogóle nie opuszcza teraz pokładu, wypatrując sań, które go wyprzedziły. A jednak – choć tak nieszczęśliwy – nie jest wyłącznie pochłonięty własnym cierpieniem, ale szczerze się interesuje zamierzeniami innych. Często rozmawia ze mną o moich własnych zamierzeniach, których wcale przed nim nie ukrywam. Z uwagą słuchał wszystkich moich wywodów na temat korzyści, jakie mogą wyniknąć z tej wyprawy, i ciekawiły go najdrobniejsze nawet szczegóły środków, jakie przedsięwziąłem, by ją zakończyć z sukcesem. A okazał mi przy tym tyle sympatii, że otworzyłem przed nim serce, dając upust moim płomiennym marzeniom, i z całą zagrzewającą mnie mocą mówiłem, z jaką radością poświęciłbym majątek, życie i wszelkie inne nadzieje, byle tylko móc przyspieszyć realizację tego przedsięwzięcia. Życie lub śmierć jednego człowieka – jakże niska to cena za zdobycie wiedzy, której szukałem, za zdobycie nieograniczonej władzy, która pozwoliłaby mi zapanować nad pierwotnymi siłami, zagrażającymi rasie ludzkiej. Kiedy tak mówiłem, słuchający głęboko się zasępił. Najpierw zauważyłem, że próbował ukryć wzruszenie; zakrył rękami oczy. Głos zaczął mi drżeć i ugrzązł w gardle, kiedy ujrzałem, jak łzy szybko przeciekają mu przez palce. Jęk wyrwał się z jego zdyszanej piersi. Zamilkłem. Wreszcie odezwał się przerywanymi co chwila słowami:

– Nieszczęsny! Jak ja szalony?! I ty też napiłeś się tego odurzającego napoju? Posłuchaj mnie... posłuchaj mojej opowieści, a zaraz odtrącisz ten kielich od ust!

Słowa te, jak się zapewne domyślasz, mocno podnieciły moją ciekawość. Lecz ów atak bólu obezwładnił i tak już nadwątlone siły nieznajomego i, by przywrócić go do równowagi, trzeba było wielu godzin odpoczynku i uspokajającej rozmowy.

Pokonawszy ten gwałtowny wybuch uczuć, dał mi odczuć, jak bardzo miał sobie za złe ten brak opanowania, i tłumiąc atak straszliwej rozpaczy, znowu naprowadził rozmowę na moje osobiste sprawy. Pytał o moje dzieciństwo. Opowieść była krótka, ale wywołała rozmaite nowe wątki myśli. Mówiłem o mojej potrzebie znalezienia przyjaciela, o pragnieniu bardziej poufałej sympatii, wzajemnego zrozumienia z pokrewnym sobie umysłem, niż mi to dotąd było dane. Wyraziłem także przekonanie, że człowiek, który nie zaznał błogosławieństwa przyjaźni, niewiele wie o  prawdziwym szczęściu.

– Zgadzam się z tobą – przyznał nieznajomy. – Jesteśmy istotami nieukształtowanymi, a wyrobionymi tylko w połowie, jeżeli ktoś mądrzejszy, lepszy i droższy nam niż my sami – taki właśnie powinien być przyjaciel – nie użyczy swej pomocy, by udoskonalić naszą słabą i omylną naturę. Miałem kiedyś przyjaciela, najszlachetniejszą z istot ludzkich, mam więc prawo wypowiadać się na temat prawdziwej przyjaźni. Ty masz nadzieję, przed tobą cały świat. Nie masz też żadnego powodu do rozpaczy. Ale ja – ja straciłem wszystko i nie umiem zacząć życia od nowa.

Gdy to mówił, na jego twarzy pojawił się wyraz smutnej rezygnacji, co mnie do głębi wzruszyło. Nic więcej jednak nie dodał i  zaraz wrócił do kabiny.

Nie wyobrażam sobie nikogo innego, jak on złamanego na duchu – kto potrafiłby tak głęboko odczuwać piękno natury. Usiane gwiazdami niebo, morze i każdy widok w tych cudownych stronach zdaje się wciąż z tą samą mocą unosić jego duszę. Taki człowiek istnieje na dwóch różnych poziomach – może cierpieć straszliwe męki i znosić najgorsze rozczarowania, lecz gdy zamyka się w sobie, jest niby duch niebiański otoczony nimbem nietykalności, którego żaden ból czy szaleństwo nie ośmieli się naruszyć.

Zapewne uśmiechasz się, czytając, z jakim entuzjazmem wyrażam się o tym boskim wędrowcu. Byłoby inaczej, gdybyś go mogła zobaczyć. Jako osoba znakomicie wykształcona, oczytana i żyjąca na uboczu tego świata, stałaś się dość wybredna – ale też dzięki temu lepiej niż ktoś inny potrafiłabyś docenić niezwykłe zalety tego cudownego człowieka. Nieraz zadaję sobie pytanie, jaka to szczególna właściwość wynosi go tak wybitnie ponad wszystkich ludzi, których dotąd poznałem. Mam wrażenie, że jest to zdolność intuicyjnego poznawania; bystra a niezawodna umiejętność rozsądzania, zdolność przenikania przyczyn zdarzeń, niezrównana w swej jasności i precyzji. A to nie wszystko: ma on wielką łatwość wyrażania myśli i głos, którego rozmaite tony brzmią jak łagodna muzyka.

19 sierpnia 17... r.

Wczoraj nieznajomy powiedział do mnie:

– Kapitanie Walton, zapewne z łatwością zauważył pan, że znosiłem niespotykanie wielkie nieszczęścia. Swego czasu postanowiłem, że wspomnienia tego koszmaru powinny umrzeć razem ze mną, ale ze względu na pana zmieniam to postanowienie. Tak jak kiedyś ja sam,szukasz wiedzy i mądrości. Żywię głęboką nadzieję, że w twoim wypadku zaspokojenie pragnień nie stanie się czymś, co jak wąż zatruje swym jadem – jak to mnie się zdarzyło. Nie wiem, czy opowiadając o swych niedolach, jakoś się tobie przysłużę, lecz kiedy pomyślę, że wędrujesz tą samą co ja drogą, narażając się na te same niebezpieczeństwa, które doprowadziły mnie do tego oto stanu, wyobrażam sobie, że możesz wyciągnąć właściwy morał z mojej opowieści, taki, który tobą pokieruje, jeśli twe przedsięwzięcie się powiedzie, albo pocieszy – jeżeli odniesiesz porażkę. Przygotuj się, że usłyszysz o wypadkach, które zwykle nazywa się cudami. Gdybyśmy się spotkali w mniej groźnych, spokojniejszych okolicznościach, obawiałbym się z twojej strony niedowierzania, a nawet szyderstwa; ale tu, w tych obcych a tajemniczych zakątkach, różne rzeczy, które wywoływałyby śmiech u ludzi nieobeznanych z nieustanną zmianą sił natury, tutaj wydają się możliwe. Nie mam też cienia wątpliwości, że moja opowieść w swej ciągłości dostarcza istotnego dowodu na autentyczność składających się na nią wypadków.

Możesz sobie bez trudu wyobrazić, jak bardzo ucieszyła mnie ta zapowiedź; ale też nie umiałbym znieść tego, że wspominając swe nieszczęsne dzieje, miałby się znowu pogrążyć w smutku i bólu. Nie mogłem doczekać się tej opowieści – częściowo z ciekawości, a częściowo przez silne pragnienie ulżenia jego ciężkiemu losowi, ile tylko było w  mojej mocy. Wyraziłem te uczucia w swojej odpowiedzi.

– Dziękuję – odrzekł – za tę sympatię, ale mnie na nic ona się nie zda. Mój los już się dopełnia. Czekam jeszcze tylko na jedno, a potem spocznę w pokoju. Rozumiem twoje uczucia – ciągnął dalej, widząc, że chciałem mu przerwać – ale mylisz się, przyjacielu, jeśli mogę cię tak nazywać. Nic nie zmieni mego przeznaczenia – posłuchaj mojej historii, a  przekonasz się, że jest ono nieodwracalne.

Potem powiedział, że rozpocznie opowieść następnego dnia, kiedy będę wolny od codziennych zajęć. Podziękowałem mu za to najgorętszymi słowami. Postanowiłem sobie, że każdego wieczoru, kiedy nie będę zajęty żadnymi obowiązkami, będę zapisywał, o ile tylko się da, w jego własnych słowach wszystko, co opowie mi w danym dniu, lub przynajmniej robił krótkie notatki, gdy będę zbyt zajęty. Rękopis ten sprawi Ci niewątpliwie wielką przyjemność, zaś ja sam, który znam tego człowieka i usłyszę tę opowieść z jego własnych ust... ach, z jakim zainteresowaniem i uczuciem będę to czytał kiedyś w przyszłości! Nawet teraz, kiedy przystępuję do tego zadania, rozbrzmiewa mi w uszach jego donośny, pięknie brzmiący głos, a jego błyszczące oczy patrzą na mnie z całą swą melancholijną słodyczą; widzę jego szczupłą rękę podniesioną w ożywieniu, podczas gdy jego twarz rozjaśnia wewnętrzne światło duszy. Jak dziwna i pełna udręk musi być jego historia; jak straszliwa burza, co porwała ten wspaniały okręt z jego drogi i zniszczyła go – otóż tak!

ROZDZIAŁ I

Pochodzę z Genewy. Moja rodzina należy do najznakomitszych w tej republice.

Przodkowie moi byli przez wiele lat radcami i syndykami. Mój ojciec zajmował kilka stanowisk urzędowych; wywiązywał się z nich z honorem i zdobył powszechne uznanie. Był szanowany przez wszystkich, którzy znali go jako człowieka uczciwego i niestrudzonego w kwestiach publicznych. Młode lata spędził zajęty nieustannie sprawami kraju. Z powodu różnych okoliczności nie ożenił się wcześnie i dopiero u schyłku życia został mężem i ojcem.

Ponieważ okoliczności jego małżeństwa wiele mówią o jego naturze, nie mogę ich pominąć. Jednym z jego najbliższych przyjaciół był kupiec, któremu wspaniale się powodziło, a który przez wiele rozmaitych nieszczęść popadł w ubóstwo. Człowiek ten, o nazwisku Beaufort, miał dumne i nieugięte usposobienie i nie mógł znieść myśli o życiu w nędzy i zapomnieniu w tym samym kraju, gdzie dawniej – dzięki arystokratycznemu pochodzeniu i bogactwom – był osobą znaną i wybitną. Spłaciwszy więc długi w sposób najbardziej honorowy, przeniósł się z córką do miasta Lucerny, gdzie żył, nikomu nieznany, w podłych warunkach. Ojciec kochał Beauforta uczuciem najprawdziwszej przyjaźni, więc też głęboko przejął się jego odsunięciem się od świata w tak nieszczęsnych okolicznościach. Gorzko wyrzekał na fałszywą dumę,która kazała przyjacielowi postąpić w sposób tak niegodny łączącego ich uczucia. Nie tracąc jednak czasu, postanowił go odszukać – w nadziei, że namówi go do rozpoczęcia wszystkiego od nowa, udzielając mu pomocy pieniężnej i innej.

Beaufort przedsięwziął skuteczne środki, aby się dobrze ukryć. Dopiero po dziesięciu miesiącach ojciec zdołał odszukać miejsce jego zamieszkania. Nie posiadając się z radości, pospieszył do domu, który znajdował się przy ubogiej ulicy. Gdy wszedł do środka, powitała go tylko nędza i rozpacz. Beaufort ocalił z ruiny swego majątku bardzo drobną sumę pieniędzy, która wystarczała mu na utrzymanie na kilka miesięcy, i miał nadzieję tymczasem załatwić sobie przyzwoite zajęcie w jakimś domu towarowym. Okres ten spędził jednak na bezczynności, a jako że miał teraz dużo czasu na rozmyślania – dręczący go żal tylko się pogłębiał i coraz bardziej dokuczał; aż w końcu tak zawładnął jego umysłem, że po trzech zaledwie miesiącach Beaufort ciężko się rozchorował i nie był zdolny do jakiegokolwiek wysiłku.

Córka pielęgnowała go z wielką czułością i troską, ale też ogarniała ją rozpacz, kiedy widziała, jak szybko maleją ich skromne zasoby, a nie mieli przy tym możliwości zdobycia innych środków. Ale Karolina Beaufort posiadała nieprzeciętny umysł, odwaga zaś pomogła jej stawić czoło przeciwnościom losu. Znalazła sobie prostą pracę: splatała słomę. Także i innymi sposobami zdobywała marne wynagrodzenie, ledwie wystarczające na utrzymanie.

I tak upłynęło kilka miesięcy. Stan ojca pogarszał się. Karolina niemal cały czas musiała poświęcić na zajmowanie się chorym, więc środki na utrzymanie zmniejszały się. Po dziesięciu miesiącach ojciec umarł w jej ramionach, pozostawiając ją sierotą i żebraczką. Nie chciała się pogodzić z tym strasznym ciosem. Upadłszy na kolana przy trumnie Beauforta, płakała gorzkimi łzami – i wtedy właśnie wszedł do pokoju mój ojciec: zjawił się jak dobry duch i zaopiekował biedną dziewczyną. Pochowawszy przyjaciela, zabrał ją ze sobą do Genewy i oddał pod opiekę krewnemu. Dwa lata później Karolina została jego żoną.

Między moimi rodzicami była znaczna różnica wieku, ale ta okoliczność jakby jeszcze silniej łączyła ich więzami wzajemnego oddania. Mój prostolinijnie myślący ojciec miał dość szczególne poczucie słuszności, co w praktyce oznaczało, że aby móc kochać z całą mocą, musiał to swoje „drugie serce” prawdziwie cenić i szanować. Prawdopodobnie przeżył kiedyś miłosny zawód; zbyt późno przekonał się o lekkomyślności swej ukochanej, i odtąd nigdy nie ulegał rzeczom niesprawdzonym. W jego przywiązaniu do mojej matki była szczera wdzięczność i szacunek, w czym jednak zdecydowanie różnił się od swoich rówieśników, zwykle wyrażających czułość w sposób zdziecinniały. Jego uczucia oparte były bowiem właśnie na szacunku dla jej wielkich zalet – i pragnieniu, by w pewnym stopniu wynagrodzić jej doznane cierpienia. Nadawało to jego postawie trudny do opisania wdzięk. Przez wszystko, co robił, starał się dogodzić jej życzeniom i potrzebom. Chciał ją chronić, tak jak ogrodnik osłania piękny egzotyczny kwiat przed każdym chłodniejszym powiewem. Chciał jej stworzyć otoczenie, które tylko radowałoby jej subtelny i szlachetny umysł. Wszak jej zdrowie, a nawet jej dotąd niezachwiany wewnętrzny spokój zostały wstrząśnięte tym, co się niedawno zdarzyło. W ciągu dwóch lat poprzedzających ich ślub ojciec rezygnował po kolei ze wszystkich swoich funkcji publicznych. Bezpośrednio po zawarciu związku małżeńskiego wyjechali w podróż po słonecznej Italii: ciągła zmiana miejsca i coraz to nowe intrygujące widoki, jakie roztaczają się przed podróżnikiem w tym cudownym kraju, miały zadziałać jako środek pokrzepiający dla osłabionego organizmu mojej matki.

Z Włoch pojechali zwiedzać Niemcy i Francję. Ja – najstarsze ich dziecko – urodziłem się w Neapolu i od niemowlęctwa towarzyszyłem im w wędrówkach. Przez kilka lat byłem też jedynym ich dzieckiem. Tak mocno ze sobą związani, zdawali się z jakiejś sekretnej studni miłości czerpać nieprzebrane skarby uczuć, które przelewali na mnie. Czułe pieszczoty matki i pełen dobroci, radosny uśmiech ojca wpatrzonego we mnie – to moje pierwsze wspomnienia. Byłem ich najdroższym bóstwem i czymś jeszcze: ich dzieckiem, darem niebios, niewinną, bezradną istotą, której wychowanie na przyzwoitego człowieka spoczywało w ich rękach. Od tego, jak wypełnią wobec mnie swoje obowiązki, zależało moje szczęście lub nieszczęście. Głębokie przeświadczenie o tym, co winni byli istocie, której dali życie, a także ożywiająca oboje czułość i delikatność, jaką mi nieustannie okazywali, daje wyobrażenie o tym, jak w każdej godzinie mych dziecinnych lat uczono mnie, czym powinny być cierpliwość, opanowanie i miłosierdzie – czyniono to zaś w sposób tak subtelny i naturalny, że wszystko wydawało mi się jednym ciągiem zabawy i  przyjemności.

Przez długi czas mnie tylko mieli pod swoją opieką. Mimo że matka gorąco pragnęła córki, nadal pozostawałem ich jedynym potomkiem. Gdy miałem około pięciu lat – w czasie wycieczki poza granice Italii spędziliśmy tydzień nad brzegami jeziora Como. Moi rodzice, zawsze przyjaźnie nastawieni do wszystkich, często wstępowali do chat biedaków. Matka traktowała to jako coś znacznie ważniejszego niż obowiązek. Było to dla niej absolutną koniecznością, wręcz pasją, bo pomna tego, co kiedyś wycierpiała i w jaki sposób została uwolniona od trosk, mogła teraz sama działać w charakterze anioła stróża wobec wszystkich dotkniętych nieszczęściem. Podczas jednej z takich przechadzek rodzice zwrócili uwagę na biedny domek, ukryty w fałdach doliny. Domek ten, a w istocie szałas, miał w sobie coś niewypowiedzianie żałosnego,a wygląd zgromadzonych przed nim, nędznie ubranych dzieci, świadczył o krańcowym ubóstwie. Któregoś dnia, kiedy ojciec wyjechał sam do Mediolanu, matka zabrawszy mnie ze sobą, odwiedziła to miejsce ponownie. Zastała tam chłopa i jego spracowaną, zgarbioną od trosk żonę, która właśnie rozdzielała skromny posiłek pięciu wygłodniałym dzieciom. Wśród tych małych jedno szczególnie zwróciło uwagę matki, bardzo bowiem odróżniało się od reszty. Na tle czwórki ciemnookich włóczęgów dziewczynka ta wyglądała, jak gdyby pochodziła z innej klasy: była subtelna i nad wyraz urocza. Choć nosiła ubogi strój, jej włosy,jasne jak najprawdziwsze złoto, lśniły na jej główce niby królewska korona. Miała czyste, szerokie czoło i przejrzyście błękitne oczy, a jej usta i kształtny owal twarzy tchnęły taką delikatnością i słodyczą, że każdy,kto ją ujrzał, widział w niej istotę wyższego gatunku, zesłaną przez niebo, której każdy rys był naznaczony boskością.

Wieśniaczka, widząc, z jakim zdumieniem i zachwytem moja matka wpatrywała się w tę piękną dziewczynkę, zaraz zaczęła opowiadać jej historię. Nie było to jej dziecko, ale córka szlachcica z Mediolanu. Jej matka była Niemką – ale zmarła w czasie porodu. Maleństwo umieszczono u tych poczciwych ludzi, by je pielęgnowali; wtedy wiodło im się lepiej. Byli wówczas krótko po ślubie i właśnie urodziło im się pierwsze dziecko. Ojciec powierzonej im małej należał do tej generacji Włochów, której wpojono pamięć antycznej chwały Italii – jeden spośród schiavi ognor frementi* (*Schiavi ognor frementi(wł.) – niewolnicy zawsze drżący (przyp. tłum.)), który nie szczędził wysiłków w walce o wolność ojczyzny. Padł ofiarą jej słabości. Czy zmarł, czy też dogasał gdzieś w lochach więziennych Austrii – nie było wiadomo. Cały jego majątek skonfiskowano, a dziecko zostało sierotą i żebraczką. I tak nadal mieszkało u przybranych rodziców, i rozkwitało w tym prostym domu, piękniejsze niż ogrodowa róża wśród czarnolistnych cierni.

Kiedy ojciec wrócił z Mediolanu, zastał bawiące się ze mną w hallu naszej willi dziecko piękniejsze niż cherubiny z obrazów – istotkę, której spojrzenia zdawały się rozsiewać promienie i której postać i ruchy cechowała lekkość, jakiej nie mają nawet górskie kozice. Nieoczekiwane to zjawisko wkrótce się wyjaśniło. Otóż za zgodą ojca matce udało się wymóc na jej opiekunach, by odstąpili jej dziewczynkę. Bardzo kochali tę słodką sierotkę. Jej obecność była dla nich prawdziwym błogosławieństwem, czuli jednak, że postąpiliby wobec niej krzywdząco, gdyby pozostawili ją nadal w biedzie i niedostatku, kiedy Opatrzność zsyła jej tak możnych protektorów. Zasięgnęli rady księdza ze wsi i w rezultacie Elżbieta Lavenza zamieszkała w domu moich rodziców. Stała się dla mnie więcej niż siostrą – piękną i uwielbianą towarzyszką wszystkich moich zajęć i rozrywek.

Wszyscy pokochali Elżbietę. Namiętne i pełne czci przywiązanie, jakim ją wszyscy darzyli, stało się dla mnie, który podzielał te uczucia, źródłem dumy i wielkiej radości. Wieczorem, w dniu poprzedzającym sprowadzenie jej do domu, matka powiedziała wesoło:

– Mam cudny prezent dla mojego Wiktora. Jutro go dostanie.

A kiedy nazajutrz przedstawiła mi Elżbietę jako ów obiecany podarek, z dziecięcą powagą zinterpretowałem to sobie dosłownie – uznając,że Elżbieta jest moja, że muszę się nią opiekować i że mam ją kochać i pieścić. Wszelkie udzielane jej pochwały odbierałem jako pochwały mojej własności. Zwracaliśmy się do siebie tak, jakbyśmy byli kuzynami. Nie istnieje jednak słowo ani wyrażenie, które mogłoby określić rodzaj stosunku, w jakim stawiałem ją wobec siebie – była mi więcej niż siostrą, bo do śmierci miała być tylko moja.

ROZDZIAŁ II

Wychowywaliśmy się razem; dzielił nas niecały rok różnicy wieku. Nie muszę dodawać, że obce nam były jakiekolwiek nieporozumienia czy spory. Nasze współżycie cechowała niezwykła harmonia, a wszelkie różnice w naszych charakterach jeszcze bardziej nas do siebie zbliżały. Elżbieta miała naturę spokojniejszą, bardziej skupioną, ja zaś – przy całym moim zapale – wykazywałem większą pilność i byłem owładnięty potężnym pragnieniem wiedzy. Ona nieustannie podążała za nieziemskimi wizjami poetów, a w pełnych majestatu i cudowności widokach, otaczających nasz dom w Szwajcarii – w wyniosłych kształtach gór,w zmianach pór roku, w burzy i ciszy, w spokoju zimy i pełnym życia, szalonym lecie alpejskim – znajdowała niewyczerpane źródło zachwytu i radości. Gdy moja towarzyszka kontemplowała te wspaniałe zjawiska z refleksyjną powagą i zadowoleniem, ja znajdowałem największą rozkosz w dociekaniu ich przyczyn. Świat jawił mi się jako tajemnica, którą pragnąłem odgadnąć. Ciekawość, wnikliwe badania służące poznaniu ukrytych praw natury i zachwyt, z jakim je zgłębiałem – wszystko to należy do najpierwszych doznań, jakie zapamiętałem.

Kiedy rodzicom urodził się drugi syn (miałem wtedy siedem lat), całkowicie zrezygnowali z dotychczasowych wędrówek i zamieszkali na stałe w rodzinnym kraju. Mieliśmy dom w Genewie, a także campagne


Nie widziałem jeszcze tak interesującej istoty. W oczach ma coś dzikiego, a nawet szalonego, ale bywają chwile – kiedy ktoś okaże mu trochę serdeczności czy wyświadczy najmniejszą przysługę – że jego twarz rozjaśnia się i promienieje taką dobrocią i urokiem, jakiego nigdy jeszcze nie spotkałem.

N ie ma nic boleśniejszego dla ludzkiego umysłu jak stan otępienia i niemożności, który następuje po napięciu uczuć spowodowanym szeregiem szybko po sobie następujących wypadków i który pozbawia duszę tak nadziei, jak i obawy.

Cóż z tego, że człowiek szczyci się uczuciami wyższego rzędu niż te, które obserwujemy u zwierząt?! Wszak to tylko bardziej utrudnia mu życie. Gdyby nasze odruchy ograniczały się do głodu, pragnienia i pożądania, może bylibyśmy niemal zupełnie wolni; tymczasem porusza nas byle wiatr, byle słowo czy wizja, którą ono przywołuje.

Czułem, jak ogarnia mnie gorący zapał dla cnoty, a obrzydzenie dla zepsucia – o tyle, o ile rozumiałem znaczenie tych pojęć – pojęć dla mnie względnych, gdyż odnosiłem je tylko do przyjemności i bólu.

Serce moje przepełniała tęsknota za akceptacją i miłością, jaką obdarzyłyby mnie te łagodne istoty. Zobaczyć ich słodkie spojrzenia, kierowane ku mnie z czułością i przywiązaniem, było szczytem mojej ambicji. Nie śmiałem myśleć, żeby mogli odwrócić się ode mnie z pogardą i wstrętem.

Jego dziką i entuzjastyczną wyobraźnię uszlachetniała wrażliwość serca. Duszę jego przepełniały gorące uczucia, a jego przyjaźń charakteryzowało to cudowne oddanie, którego ludzie pochłonięci sprawami materialnymi każą nam szukać tylko w wyobraźni.

Chciałbym go pocieszyć – w jakiż jednak sposób mógłbym człowiekowi tak nieskończenie nieszczęśliwemu, pozbawionemu wszelkiej nadziei, doradzać, że warto żyć?! O, nie! Jedyną radością, jakiej zazna, będzie uciszenie znękanej duszy, gdy powierzy ją śmierci.

Nasze rozmowy nie zawsze ograniczają się do jego własnych dziejów i nieszczęść. W każdej kwestii literatury powszechnej ujawnia nieograniczoną wiedzę oraz szybką i przenikliwą orientację. Jego elokwencja jest niezwykle przekonująca i wzruszająca;

Wszak nawet wtedy, gdy uczucia łączące ludzi przestają już być wzniosłe i wielkie, towarzysze naszego dzieciństwa zawsze posiadają pewną władzę nad naszym umysłem – władzę, jakiej żaden późniejszy przyjaciel nigdy w tym stopniu nie zdobędzie.

Na dźwięk tego imienia od razu staje nam przed oczyma postać gigantycznej człekokształtnej istoty pozszywanej z ludzkich zwłok. Taki bowiem obraz budzącego grozę monstrum utrwalił się w zbiorowej wyobraźni