Franek - Władysław Reymont - ebook

Franek ebook

Władysław Reymont

0,0
8,49 zł

lub
Opis

Franek„ to opowiadanie Władysława Reymonta, pisarza, prozaika i nowelisty, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.

Był maszynistą, inspicjentem, afiszerem, zamiataczem, statystą i Bóg wie czem już nie był. W towarzystwie, do którego składu należał, spełniał wszystkie funkcje — a gdyby było potrzeba, mógł nawet „pokazywać bogów“, t. j. przedstawiać nieme lub kilkuwyrazowe role. Był najniezbędniejszym rekwizytem towarzystwa.

Franek, zmianę! Franek, potrzeba laski na scenę! Franek, po jakich ja słowach wychodzę? Franek, dzwonić, Franek, do kurtyny! — To „Franek“, „Franek“ — na wszystkie tempa wywoływane i wszystkiemi rodzajami głosów — rozbrzmiewało zawsze podczas spektaklu po scenie, kulisach i garderobie małego prowincjonalnego teatru.”

Fragment książki “Franek


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 46




Wydawnictwo Avia Artis

2021

ISBN: 978-83-8226-303-9
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

FRANEK

Był maszynistą, inspicjentem, afiszerem, zamiataczem, statystą i Bóg wie czem już nie był. W towarzystwie, do którego składu należał, spełniał wszystkie funkcje — a gdyby było potrzeba, mógł nawet „pokazywać bogów“, t. j. przedstawiać nieme lub kilkuwyrazowe role. Był najniezbędniejszym rekwizytem towarzystwa.  — Franek, zmianę! Franek, potrzeba laski na scenę! Franek, po jakich ja słowach wychodzę? Franek, dzwonić, Franek, do kurtyny! — To „Franek“, „Franek“ — na wszystkie tempa wywoływane i wszystkiemi rodzajami głosów — rozbrzmiewało zawsze podczas spektaklu po scenie, kulisach i garderobie małego prowincjonalnego teatru. A on, mały, suchy, z twarzą pergaminową, długą a płaską, bez wyrazu, pomiętą — z twarzą głodomora, o tonie brudnym, popryszczonym wyrzutami — kościach policzkowych dziwnie zapadniętych, o czole niskiem, cofniętem przy skroniach wtył, poplamionem żółtemi plamami, zaczerwienionem zawsze. Ubrany w jasne palto wypełzłe i zniszczone — w sztylpach lakierowanych, imitujących długie buty — zawsze w jakiejś żokiejce na głowie, biegał bez odpoczynku od aktora, któremu pomagał robić brzuch z poduszki, do dyrektora, który napół ubrany, wyglądał przez otwór w kurtynie — na wchodzącą publiczność, a któremu do samego wyjścia na scenę trzeba było szukać jakiejś części garderoby. Tam potrzeba było wylecieć z kijem przed teatr, rozpędzić bandę hałasujących żydziaków, tu przynieść amantce jeden z trzech kufli piwa, bez wypicia których nie grałaby, przykręcić lampy i lecieć szybko do kurtyny, aby ją podciągnąć — „a uważnie, błaźnie, na gazy, mówię ci sto razy“, jak co spektakl powtarzał dyrektor, i znowu biec, brać scenarjusz w rękę i mieć wpogotowiu wszystkie drobne rekwizyty. Tak, bo był i rekwizytorem. Brał po dwa ruble od przedstawienia za dostarczanie wszystkiego, co tylko było potrzebne do ubierania sceny. Wyręczał także reżysera, a mianowicie wtedy, kiedy to publiczności, słabo reprezentowanej, trzeba oznajmić, że „z powodu pustek w kasie teatr zamyka się“. Spełniał to ostatnie nie z przyjemnością, bo wiedział, że po takiem odwołaniu przedstawienia, dostanie tylko połowę kosztów i nic z działów na swoje trzy marki. Towarzystwo grywała na działy, których lwią część zabierali: dyrektor z Simonką, naiwno-liryczno-operetkowo-gabinetową primadonną, ojciec dramatyczny i kornik, nieporównany „kańciarz“, bo pierwszy amant — wspaniale, modnie ubrane bydlę — był „krowienturą“ świeżą jeszcze, przeto mało płatną. Swoją drogą Franek spełniał tyle uciążliwych obowiązków bez szemrania. Był wszędzie, gdzie go tylko mogli potrzebować. Zdawał się dwoić i troić, aby tylko nastarczyć. Szturchańce, bo i to go spotykało od zniecierpliwionych, kaprys, dzikie popędy zdenerwowanych, szydercze uwagi, wszystko to znosił z niewyczerpaną cierpliwością. Zdawał się nie mieć krwi i nerwów w sobie. Tylko czasami, gdy mu kto za bardzo dokuczył, lub za boleśnie pociągnął za włosy, oczyma błyskał żałośnie, lecz milczał. Ach, te oczy! co one tam robiły pod tą nieforemną, przykrytą żółtawą czupryną, czaszką? Takie wielkie, barwy najciemniejszego lazuru, a wiecznie pokryte jakąś zasłoną szklistą — jakby łez zastygłych. Zdawało się, że ich światło skierowane jest z zewnątrz — w jakieś przepaściste głębie ducha. Z powodu tych oczu cierpiał najwięcej od amanta, który miał głęboko schowane bez wyrazu i koloru oczy.  — Co takiemu bydlakowi po nich? — mawiał — gdyby człowiek miał podobne, to — no!...  To „no“ było wypowiadane z jakiemś rozmarzającem mrugnięciem i miało głęboko sięgające znaczenie.  Franek pomimo wszystkiego trzymał się tego jednego towarzystwa od lat kilkunastu. Przywiązywał się do wszystkich, którzy w niem byli czas jakiś, a szczególniej do dyrektora, u którego ojca zaczął swoją artystyczną karjerę — może z marzeniami o sławie? z duszą przepełnioną pragnieniem grania Hamletów, Learów i t. d., może! — To tak dawno. Mówił, że już nie pamięta, gdy go jaki nowicjusz zapytywał. Pogrzebał przeszłość tak głęboko z jej porywami, tęsknotą, nadziejami, że chwilami naprawdę nie wiedział, czy istniała kiedy. Był pogodzony z dolą; na nic nie czekał, niczego nie pragnął! Żył z dnia na dzień, z godziny na godzinę, aby dalej. Zadzwonią, kurtyna zapadnie i sza — bez bisów — jak się raz odezwał.  Zresztą był milczącym, nie lubił rozprawiać. Bo i o czem? Ani słuchał rozmawiających. Co go to wszystko obchodziło? Miał robotę — robił, nie myślał; nie miał — szedł z suflerem Zmarźlakiem do knajpy i grał dniami całemi w domino — i także nie myślał. Brakło partnera, albo był za bardzo spity — szedł spać, — ot i wszystko!  Obojętność jego była nieczułością.  Za jego pracowitość niezmordowaną, przywiązanie bezinteresowne, odwzajemniano mu się nieraz na różny sposób. Niewielu, co prawda, widziało w nim człowieka, tylko jakieś popychadło, automat, usługujący równie dobrze i pośpiesznie tak za kułaka, jak i za dziesiątkę.  Sensację zrobił pewnego razu na próbie. Bohaterka, wypełniająca prywatnie obowiązki dyrektorowej, przyszła na próbę w złotym humorze.  — Franek, piwo! — W tej chwili prawie postawił przed nią kufel. Knajpa była obok. A ona, skończywszy pokazywanie wszystkim pierścionka, który dostała na wczorajszej bibce — robiła tak zawsze — zawołała go w kulisę i wspaniałomyślnie zaproponowała, aby się przeniósł na mieszkanie do jej kuchni.  — Bo ty podobno nigdzie nie mieszkasz?  — E—e—mieszkam, proszę pani dyrektorowej.  Lubiła ten tytuł.  — Gdzie?  — Tam na Olejnej. Pani dyrektorowa nie wie? mieszkamy ze Zmarźlakiem razem.  — To bydlę rozpoi cię.  — Cóżto szkodzi, proszę pani?  — No tak, tak — ale u mnie nie możesz być pijanym.  — Dobrze, nie będę pił — wszystko mi jedno.  I ucałował na podziękę ręce kandydatki na dyrektorową.  — Sprowadź się zaraz.  — Dobrze.  Akurat ktoś go potrzebował posłać do szewca i w tym celu ściągnął nawet z nóg kamasze, którym nagwałt pomoc dać należało, i, siedząc w kulisie, głosem tylko miał brać udział w próbie.  — Franek, zaniesiesz, widzisz — niech ci na poczekaniu zrobi.  Franek przybrał stanowczą minę i powiedział, że nie ma czasu, nie pójdzie.  — Dlaczego, małpo, nie pójdziesz?  — Bo przeprowadzam się.  — Skąd? gdzie?  — Od Zmarźlaka do dyrektorowej.  — Ha! ha! — Franek się przeprowadza, ha! ha! wybornie! — przeprowadza się!  — Połamani bohaterzy i dotknięci szpicem Kronosa bohaterki! Proszę o głos! Hołota, — cichoże, bo chcę powiedzieć coś arcywesołego.  Uciszono się.  — Oto! powiadam, że nasza Esmeralda vel Simonka bierze sobie tego oto Quasimoda na stajnię — czyli inaczej, mówiąc językiem dla was zrozumiałym, nasze factotum — mówiący słynął z wyszukanych zwrotów i porównań w mowie — przeprowadza się, słyszycie — zaangażowała go przed chwilą do wszystkiego — i przeprowadza się.  Męska połowa towarzystwa