Franek Błyskawica - Agnieszka Śladkowska - ebook + książka

Franek Błyskawica ebook

Agnieszka Śladkowska

0,0
19,90 zł

lub
Opis

Franek wyciągnął z kieszeni szklane jajko. Obły przedmiot wyślizgnął się z wilgotnej od deszczu dłoni, zatoczył wysoki łuk, odbił się od płotu, pnia, kamienia i wylądował w głębokiej dziurze, w której prowadzono wykopaliska. O odzyskaniu zguby na razie nie mogło być mowy. Franek musiał przeczekać weekend. A w poniedziałek dowiedział się z telewizji, że to, co do tej pory nonszalancko nosił w kieszeni, nie jest zwyczajnym kawałkiem szkła, tylko archeologiczną rewelacją, która może zmienić historię…

Franek tak ma. Czegokolwiek się dotknie, gdziekolwiek pójdzie, zawsze wyniknie z tego niezła przygoda. Ta ze szklanym jajkiem to dopiero początek całej ich serii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 66




Że Franek będzie szybki jak błyskawica i głośny jak burza, jego mama wiedziała minutę po jego narodzinach. Znak błyskawicy, pokazujący naturę wtedy ledwo trzyipółkilogramowego młodzieńca, obiecująco zdobił czoło chłopca. Nie wpłynęło to na wybór imienia i Franek został Frankiem, a nie Harrym, po jegomościu z bajki, który nosił podobny ślad po spotkaniu z nieprzyjemnym lordem w czerni. Rok później było już pewne, że malowniczy piorun nie wziął się na czole Franka bez powodu! Zwiastował, że przy Franku nikt nie będzie się nudził, niewielu będzie miało szansę go dogonić, za to bez wątpienia każdy go usłyszy. Teraz Franek miał sześć lat i znak, na co dzień niewidoczny, pojawiał się, kiedy trzeba było ratować świat, ewentualnie kiedy ktoś zapomniał, jaki Franek ma stosunek do brukselki. A miał jednoznaczny: brukselka była gorsza niż fryzjer i sprzątanie pokoju tego samego dnia.

Poza znakiem Franek był jak większość chłopców. Potrafił zmieniać światła drogowe z czerwonego na zielone, kiedy tylko gdzieś bardzo się spieszył. Udawało się zawsze, czasem trzeba było tylko chwilę dłużej poczekać. Dzięki tej umiejętności Franek zawsze był na czas, nawet jeśli wyjście z domu opóźniło się przez dylemat, który samochód będzie dziś uczestniczył w wycieczce. Który jeden, który drugi, który trzeci. To przecież jasne, że samochody powinno się zabierać na wyjście całą grupą, na wszelki wypadek…

– Czemu nie możemy wziąć jednego? – dopytywała mama.

– Dlatego, że ręce są dwie, a do tego, jak się skończy paliwo, można zrobić zmianę – odpowiedział Franek. – Z tego wynika, że lepiej wziąć cztery auta – zauważył logicznie.

Franek, jak inni chłopcy, uwielbiał też kamienie i patyki, choć od kiedy jeden kamień zdradliwie okazał się wysuszoną kupą, mama nie zgadzała się już tak ochoczo na przynoszenie ich do domu. Można rzec, nie zgadzała się wcale.

– Każdy może się pomylić – mówił Franek.

– Z kupą jest jak z bombą: snajper może się pomylić, ale tylko raz – mówiła mama.

Franek miał też magiczną moc przyciągania niesamowitych przygód. Ponieważ spotykały ich tak często, rodzice nie mogli uwierzyć, że to wszystko dzieje się bez żadnych większych starań.

Epidemia jest wtedy, kiedy wszystkie dzieci z przedszkola są chore i nie ma sensu otwierać go dla jednego zdrowego. Franek zawsze był zdrowy, zawsze był tym dzieckiem, dla którego nie było sensu otwierać przedszkola, i zawsze wtedy miał najlepsze pomysły na przedszkolne zabawy. Tym razem dla poprawy humoru umówił się z mamą, że piątek będzie dniem wyścigów na hulajnodze. Dlatego zaraz po przebudzeniu sprawdził, czy warunki pogodowe sprzyjają hulajnogowiczom. Rolety skrywały mokrą rzeczywistość. Aura nie pozostawiała suchej nitki na planach wielkiego wyścigu.

– Z jazdy nici – oznajmił Franek z miną pełną żalu do świata za zgotowanie mu mokrego piątku.

Mina zniknęła jednak szybciej niż paczka żelków, kiedy po śniadaniu z pokoju dobiegł głos mamy:

– Kalosze, parasol w rękę i idziemy – powiedziała tajemniczo krótko, jak mama, która miała gotowy plan, a każdy plan był lepszy od patrzenia na świat przez mokrą szybę.

Franek z właściwą sobie prędkością błyskawicy przebrał się z piżamy, włożył pomarańczowe, ogniście błyszczące kalosze, wdział kurtkę w malownicze czaszki i trzymając w jednej ręce parasol, a w drugiej łopatę, był gotowy do wyjścia. Mama spojrzała na łopatę ze zrozumieniem i ulgą, myśląc: „Uff, dziś tylko łopata”, Franek za to poklepał kieszenie, myśląc: „Jak dobrze, że wcześniej spakowałem cztery samochody i szklane jajko”. Deszcz skutecznie zniechęcił spacerowiczów, więc na ulicach było całkiem pusto. Krople radośnie skakały po dwóch parasolach i czarnym kocie, który najwyraźniej lubił mokre piątki, bardziej niż jego kocia rodzina, wyglądająca przez uchylone okienko jednej z pobliskich piwnic.

Mama i Franek szli w milczeniu, co zdarzało się niezwykle rzadko. Szczególnie u Franka, który o ważnych sprawach mówił nawet przez sen. Na przykład „Kocham słodycze” lub „Kto zjadł moje lody?”. Teraz jednak milczał, szukając sposobności wykorzystania rzeczy, które zabrał z domu. Najtrudniej było znaleźć zadanie dla szklanego jajka, wyjął je więc z kieszeni, żeby jeszcze raz na nie spojrzeć. Było przezroczyste, z różnymi odcieniami czerwonych mazów w środku. Wilgotne od deszczu palce ślizgnęły się po powierzchni jajka, które wyskoczyło w powietrze jak z procy. Następnie odbiło się od pobliskiego płotu, potem od pnia drzewa, dalej od kamienia, żeby na koniec wpaść do wielkiej dziury. Tak wielkiej, że zmieściłaby się tam koparka i nie wystawałaby nawet łopata. Mama z Frankiem śledzili niezwykły lot jajka z otwartymi ustami, z których na koniec wydobyło się jedno ciche i jedno głośne „o jeny”. Przed nimi rozciągały się wielkie wykopaliska.

Franek, który wiedział, że wszystko się da, chciał ruszyć przez płot na poszukiwania szklanego jajka. Mama, która wiedziała, że wszystko się da, ale czasem konsekwencje mogą być gorsze niż brak jajka, nie zgodziła się na poszukiwania w deszczu.

– Trwają prace archeologiczne, to znaczy, że zanim zbudują tu domy, muszą sprawdzić, co w tym miejscu było przed wieloma laty, i zabezpieczyć wszystkie rzeczy. Przyjdziemy w poniedziałek, pewnie będzie lepsza pogoda, więc wznowią prace. I wtedy powiemy o jajku – stwierdziła mama wyjątkowo przekonująco. Nie wspomniała, że to nie jest ich jedyne jajko i może poradzą sobie bez niego, bo wiedziała, że pewnie akurat to jajko było najważniejsze ze wszystkich.

Franek nie lubił odpuszczać, kiedy ginęło coś ważnego, ale wizja, że cała ekipa archeologów będzie szukała jego szklanego jajka, wydała się niezwykle ekscytująca. Nie wiedział wtedy, że jajko znajdzie się szybciej, niż mógł przypuszczać.

Przez cały weekend Franek nie myślał o niczym innym, tylko o poszukiwaniach jajka. Jak będą wyglądały, czy jest szansa, że jajko faktycznie się odnajdzie, czy wcześniej wielka dziura nie zostanie zasypana. Jakie było jego zdziwienie, kiedy w poniedziałek rano wszedł do pokoju i zobaczył swoje szklane jajko w telewizji. Dopiero po chwili spostrzegł mamę, która stała z otwartymi ustami, jakby zobaczyła niedźwiedzia polarnego zajadającego na kanapie w salonie lody kokosowe – bo jasne było, że mama nie lubi kokosowych i nigdy by takich nie kupiła. Mama spojrzała na Franka i wskazując pilotem na telewizor, powiedziała szeptem, jakby nie chciała, żeby niedźwiedź się zorientował, że został nakryty, i przestraszony nie upaćkał kanapy lodami.

– Nasze jajko…

Franek nie rozumiał takiego braku entuzjazmu. Chciał skakać, krzyczeć z radości i biec w piżamie jak rakieta po swoją zgubę. I nawet umiałby zrobić to wszystko na raz. Nagle jednak dobiegły do niego słowa reportera, który stał na miejscu znaleziska.

– Sensacyjne odkrycie przy Kamiennej Grobli. To pierwsze szklane jajko znalezione podczas prac archeologicznych w Gdańsku. Jajko zostało przewiezione do instytutu badań, w którym specjaliści określą jego wiek i dokładne pochodzenie – brzmiał całkiem poważnie człowiek z mikrofonem w ręku.

– Ups, oni nie wiedzą, że to nasze jajko – wyszeptał Franek, tak jakby również on zaczął się bać o plamy na kanapie, choć w tej kwestii był zawsze pełen odwagi.

Po krótkiej rodzinnej naradzie postanowiono, że im szybciej archeolodzy poznają prawdziwą historię szklanego jajka, tym lepiej. Mama chciała załatwić to telefonicznie, ale rozumiejąc powagę sytuacji i zdolności Franka, który był w stanie przekonać każdego, że ostatnie ciastko jest jego, zgodziła się pójść na miejsce, w którym obecnie przechowywane było jajko.

Muzeum mieściło się niedaleko domu, więc zanim Franek zdążył się zastanowić, jak zacząć opowieść o feralnym piątku, wchodził przez wielkie drewniane drzwi, które swoim skrzypieniem przypominały, że wszystkie rzeczy są tu starsze od mamy, ba, nawet od babci. Nie oznaczało to jednak, że Franek przyszedł bez planu, plan siedział sobie spokojnie w prawej kieszeni… Na wypadek, gdyby przekonanie nie było w tym wypadku tak proste, jak z ostatnim ciastkiem.

Pokój, przed którym się zatrzymali, należał – jak wskazywała tabliczka – do dyrektora muzeum Wojciecha Bąbolewskiego. Mama wyciągnęła rękę w stronę klamki i zawiesiła ją w powietrzu, kiedy usłyszeli z wnętrza męski głos:

– Analiza szklanego jajka to priorytet, musimy jak najszybciej dowiedzieć się, skąd pochodzi i w jakich latach zostało wytworzone. To może zmienić całą historię miasta! – grzmiał mężczyzna.

Na te słowa Franek, z natury pomocny młodzieniec, chwycił klamkę i z typową dla siebie prędkością błyskawicy wpadł do pokoju. Prawdopodobnie liczył, że pokój będzie większy, bo zatrzymał się dopiero na biurku dyrektora, z którego spadło parę kartek i mała figurka jakiegoś dziwnego ptaka. Dyrektor zrobił się bordowy, a potem nagle blady jak ściana, kiedy zorientował się, co na jego biurku pojawiło się w miejscu dokumentów. Franek postanowił od razu przejść do planu B. W tym samym momencie, w którym jak piorun uderzał w biurko dyrektora, sięgnął do kieszeni po dwa szklane jajka. Mniejsze od zaginionego, ale niechybnie wskazujące na pokrewieństwo ze swoim większym jajkowym bratem. Nie czekając na pytanie, które utknęło dyrektorowi gdzieś między gardłem a ustami, Franek jednym tchem oznajmił:

– Jajko jest nasze, ma dokładnie czterdzieści siedem dni i kupiliśmy je w komplecie z tymi dwoma w sklepie zaraz obok najlepszej pizzy w okolicy – powiedział dumny, że rozwiązał dylemat dyrektora.

Dla pewności, czy jego intencje zostały dobrze zrozumiane, dodał: