Francuzki nie tyją. Książka kucharska - Mireille Guiliano - ebook
Opis

W książce Francuski nie tyją. Sekret jedzenia dla przyjemności Mireille Guiliano przeplata rozsądne porady żywieniowe i cenne wskazówki na temat tego, jak czerpać radość z życia i utrzymać smukłą sylwetkę bez przestrzegania rygorystycznych planów dietetycznych.

Teraz autorka przygotowała dla czytelników książkę kucharską – zbiór receptur na proste i smaczne potrawy przygotowywane ze świeżych, sezonowych składników. Dla Mireille Guilianozdrowe jedzenie jest tak samo ważne jak płynąca z niego przyjemność, dlatego oprócz przepisów na dania idealne na śniadanie, obiad i kolację, nie zapomina o przepisach na pyszne desery z czekoladą (wszak czekolada to niezbędny składnik diety każdej Francuzki) i radzi, jak dobrać do posiłku odpowiednie wino.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 249

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

Mireille Guiliano uważa, że to Francuzki najlepiej poznały tajemnicę dobrego życia. Tłumaczy ją tak przekonująco, że po jej książki sięgają miliony kobiet.TWÓJ STYL

„Diety cud nie mają we Francji żadnych szans. Tu żadna kobieta nie zrezygnuje z przyjemności stołu” – mówi Mireille Guiliano, która w swoich książkach zamieszcza wskazówki oraz przepisy pozwalające zachować idealną figurę i formę bez skazywania się na nieustanne liczenie kalorii i wyrzeczenia.

FRANCUZKI NIE TYJĄ. KSIĄŻKA KUCHARSKA zawiera ponad 150 prze-pisów na łatwe w przygotowaniu potrawy na śniadania, obiady, kolacje i specjalne okazje. Słodkie i słone, mięsne i warzywne, proste i wykwintne – odpowiednio skomponowane zapewniają zbilansowaną dietę, która, według Mireille Guiliano, jest podstawą zdrowego odżywiania się. A co najważniejsze – przyjemnego!

MIREILLE GUILIANO urodziła się i wychowała we Francji wśród kucharzy i restauratorów, przez wiele lat była rzeczniczką prasową Domu Szampana Veuve Clicquot i prezeską firmy CEO of Clicquot, Inc. Okrzyknięta przez „Le Figaro” „ambasadorką Francji i francuskiego stylu życia”, a także „najwyższą kapłanką mądrości życia Francuzek”. Książka Francuzki nie tyją została przetłumaczona na 39 języków i stała się światowym bestsellerem. Zachęcona tym sukcesem Guiliano zdecydowała się napisać Francuzki nie tyją. Książka kucharska, w której teorię zamienia na praktykę.

www.mireilleguiliano.com

Tytuł oryginału: FRENCH WOMEN DON’T GET FAT COOKBOOK

Copyright © Mireille Guilliano 2010All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Żaneta Delicka 2015

Redakcja: Monika Strzelczyk

Ilustracja na okładce: Tomacco/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-139-3

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

UWERTURA

KILKA UWAG, ZANIM SIĄDZIEMY DO STOŁU

Ilekroć jestem przedstawiana publiczności, wzbudza wesołość pewien szczegół mojej biografii: „Jej pasja to śniadanie, lunch i obiady”. Tak to wygląda naprawdę – ludzie reagują śmiechem, a ja czerpię nieskończoną przyjemność z faktu, że moje życie obraca się wokół posiłków.

Pamiętam, jak oswajałam swojego męża, Edwarda, z moją francuską rodziną; zwykle odbywało się to podczas posiłków. Zapach przygotowywanego śniadania wabił go do kuchni i dopiero tam budził się ze szklanką świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy (to zwyczaj bardziej amerykański niż francuski, ale w moim rodzinnym domu zawsze wyciskało się sok do śniadania), potem trochę białka w postaci jajek, sera bądź jogurtu, a do tego pieczywo, ciasto i świeża kawa.

Nic wymyślnego ani pracochłonnego, ale z pewnością zdrowy początek dnia. Zanim wstał od stołu, moja matka już rozmawiała o lunchu, głównym posiłku dnia.

– Wiesz co? Twoja rodzina wiecznie tylko je albo rozmawia o jedzeniu – zauważył niebawem, nie bez racji. 

Parę lat później podczas lunchu z moją rodziną zagadnął nieśmiało:

– Czy moglibyśmy jeść, delektując się tym posiłkiem, zanim zaczniemy planować kolejny?

Najwyraźniej nie udało mu się opanować naszej rodzinnej sztuki delektowania się chwilą obecną przy jednoczesnym ogarnianiu wszystkimi zmysłami wydarzeń przyszłych. Jest to typowo francuska umiejętność. Od wielu lat, ilekroć podczas pobytu we Francji podsłuchujemy z Edwardem w restauracji ludzi, którzy ze smakiem jedząc, wspominają inne posiłki, planują wizytę w kolejnej restauracji albo przerzucają się przepisami kulinarnymi i anegdotkami, puszczamy do siebie oko.

Tak, śniadania, lunche i obiady to moje hobby i to pod ich kątem ułożyłam przepisy oraz opowieści w tej książce. Granice często się jednak zacierają. Te same dania w zależności od wielkości porcji można serwować jako główny posiłek w ciągu dnia, nazywany zwykle obiadem, lub lżejszy posiłek, zwany lunchem, jeśli wypada w południe.

W dzieciństwie jadłam główny posiłek w południe. Czy był to więc lunch, czy obiad? No cóż, w wielu krajach i epokach używano – i nadal się używa – obu określeń. Natomiast ostatni posiłek w ciągu dnia, zwany kolacją, po angielsku supper, wywodzi się z francuskiego souper, czyli od „zupy”; podczas wieczerzy, po sutym posiłku w środku dnia, zwykło się serwować zupę.

Kto jednak powiedział, że nie można od czasu do czasu zjeść na obiad jajecznicy… pod wieczór? Tak więc, bez względu na to, czy przedstawiam propozycje zup i sałatek, czy ryb oraz mięs, czy też spaghetti albo warzyw, zawarte tu przepisy są tak skonstruowane, żebyście mogli sami zadecydować, kiedy i w jakich proporcjach ich użyć. Pracując nad tą książką, świadomie dopuszczałam się odstępstw od konwencjonalnego myślenia, logiki kartezjańskiej czy prób zachowywania porządku, polegających, na przykład, na umieszczeniu wszystkich dań z kurczaka w jednym miejscu, a potraw z makaronu w innym. Podzieliłam przepisy pod kątem posiłku, reszta należy do ciebie. Jeśli wolisz jeść główny posiłek w południe, możesz spokojnie stosować przepisy obiadowe w porze lunchu. (Makaron na lunch? Wielkie mi co! Mnie zdarza się wieczorem jeść owsiankę).

Naturalnie nie namawiam nikogo, żeby jadł makaron na lunch, a potem na obiad. Całe życie uwielbiałam śledzić przepisy. Uważam to za pracę umysłową. Czytając przepis, powiedzmy, na kurczaka, porównuję go w myślach – świadomie i podświadomie – ze wszystkimi potrawami z kurczaka, jakie znam, jadłam lub gotowałam. Widzę je przed oczami – czuję ich smak. Zdarza mi się myśleć, że smakują jak kura z rosołu babuni, tyle że z dodatkiem x, y i z albo jeszcze inaczej. Potrafię wyczuć różnicę, tak jak muzyk, czytając partyturę, słyszy w głowie dźwięki. (Podejrzewam, że umiejętność tę posiada wielu kucharzy). Życzę wam więc intelektualnej przyjemności obcowania z niniejszymi przepisami w takiej kolejności, w jakiej je zamieszczam, czy też innej.

Uważam, że należy jeść trzy razy dziennie, z umiarem, i dbać o to, by nasze posiłki były zbilansowane pod względem proporcji białka, tłuszczów i węglowodanów. Takich reguł trzymam się sama. Śniadanie jest prawdopodobnie najważniejszym posiłkiem, który najzwyczajniej w świecie dostarcza energii na rozpoczęcie dnia. Z moich doświadczeń wynika, że ludzie, którzy „obchodzą się bez śniadania” albo „zadowalają się filiżanką kawy”, kończą, jedząc koło jedenastej za biurkiem lub w kuchni tuczące produkty, głównie złożone z węglowodanów. Bądź też, w reakcji na odwodnienie i głód, piją napoje gazowane, żeby się postawić na nogi. A jeśli z powodu ważnych spotkań, konferencji czy innych zajęć dociągną na tym paliwie do lunchu, wtedy, rzecz jasna, muszą sobie to powetować z nawiązką. Dwa, trzy kawały pizzy na lunch to nie jest dieta świadoma. Jeśli czujesz, że mówię o tobie, nie martw się: Zapewniam cię, że nie tracąc przyjemności z jedzenia, można zmodyfikować swoje wzorce odżywiania. Mam nadzieję, że ta książka dostarczy ci szerokiej palety atrakcyjnych, zróżnicowanych propozycji posiłków.

Pamiętaj więc o śniadaniu i nie przesadzaj z cukrem jako porannym stymulantem pod płaszczykiem wielkich szklanek soków owocowych, dosładzanych płatków, chleba albo ciasta. Bajgle i pączki to zachcianki, a nie podstawowe składniki wyważonej codziennej diety. Zdrowe śniadanie pozwala na bardzo skromny lunch, lepiej jednak zjeść cokolwiek – garść orzechów, owoc, jogurt, zupę lub sałatkę (pół kanapki? Ale co wtedy zrobić z  druga połową?) – niż całkiem zrezygnować z lunchu, a potem podjadać po południu albo przejeść się na obiad. „W ciągu dnia jem tylko raz, a dobrze” – to nie jest właściwa metoda ani powód do dumy.

Przepisy są jak album z fotografiami – kronika tego, kim się było i kim jest się dzisiaj. W moich przepisach ewidentnie pobrzmiewa echo dzieciństwa spędzonego we Francji, dorosłego życia w Nowym Jorku i Francji oraz posiłków spożywanych podczas licznych podróży służbowych i prywatnych po Stanach i po całym świecie. Głównie jednak odzwierciedlają zbiór reguł jedzenia dla przyjemności, które poznałam na przestrzeni lat i którym dałam wyraz zarówno w obu książkach o Francuzkach, jak i na mojej stronie internetowej. Niemal wszystkie przepisy w tej książce są moją osobistą interpretacją potraw, którymi delektowałam się w gronie rodziny i przyjaciół, lub zostały „wymyślone” przeze mnie. Dla przeciwwagi dołączam kilka wydobytych z lamusa klasyków i garść przepisów, które przypadły do gustu czytelnikom obu poprzednich książek o Francuzkach.

Nie jestem wyznawczynią żadnej „diety” w potocznym rozumieniu tego słowa, a raczej jedzenia sensownie i z przyjemnością. Nawołuję – fakt, że jest to głos wołającego na pustyni – do zdrowego rozsądku w gwałtownie rozwijającym się świecie, w którym, jak na ironię, nadmiar żywności stanowi zagrożenie dla zdrowia. W dawnych czasach to różnice kulturowe i religijne, w połączeniu z dostępnością pewnych produktów spożywczych w danym regionie, decydowały o tym, co wyląduje na naszym talerzu, jednak globalizacja sprawiła, że na całym świecie jemy te same genetycznie zmodyfikowane owoce i warzywa, pory roku przestały mieć znaczenie i o wiele mniej czasu spędzamy w kuchni przy garnkach. Jak wszyscy wiemy, wokół nie brak przetworzonej żywności, fast foodów i śmieciowego jedzenia, w dodatku wielki wybór (np. jogurtów, jabłek, serów… można by tak wyliczać bez końca) przyprawia o zawrót głowy i w końcu tracimy poczucie tego, co naprawdę ląduje w naszych żołądkach. Gotowanie działa otrzeźwiająco. Oprócz „klasyków”, rozbudowanych wersji starych przepisów i ilustracji zasad, jakim podporządkowana jest moja dieta, a które pozwalają mi czerpać przyjemność z jedzenia i zachować zdrowie oraz stałą prawidłową wagę, postanowiłam przedstawić – w odpowiedzi na prośby licznych czytelników – więcej dań i przepisów na łatwe i szybkie w przyrządzaniu i niedrogie, a przy tym pyszne potrawy – czyli takie, w których maksymalny efekt osiągamy przy minimalnych nakładach wysiłku i stresu. 

Owszem, wierzę w łatwe, nieskomplikowane przepisy. Od czasu do czasu zdarza mi się spędzać wiele godzin w kuchni, zwykle jednak wystarczy góra pół godziny, żeby na półmisku zakwitły trzy podstawowe kolory. (Nawet dania mojej matki, duszone i gotowane na wolnym ogniu, nie wymagały praktycznie żadnego wysiłku od chwili, gdy garnek stanął na piecu – ogień robił za nią resztę roboty).

Lubię wyrazisty smak składników zbilansowanych potraw, dlatego kupuję produkty wysokiej jakości i w efekcie często niewielka porcja może mnie nasycić. Zawsze zalecam stosowanie składników o wysokich walorach smakowych i estetycznych, aby jedzenie było prawdziwą przyjemnością. Oklapniętych, bezbarwnych warzyw nie uratuje najlepszy przepis – danie będzie nijakie w smaku. Co więcej, smaczne, zdrowe warzywa (i nie tylko warzywa) nie zawsze są droższe od byle jakich. Wiele produktów wysokiej jakości kosztuje stosunkowo niewiele i właśnie ich staraj się używać w kuchni. 

Stawiam na dietę urozmaiconą. Sprzyja temu jedzenie świeżych produktów sezonowych, podobnie jak rozsądny wybór mrożonek. Z jednej strony, odpowiadają mi przepisy ograniczające rozmiary porcji, z drugiej – lubię, gdy wykorzystując te same składniki, można przygotować dwa posiłki za jednym zamachem. Tak więc resztki są dla mnie źródłem dodatkowych atrakcji, w dodatku pozostają w zgodzie z duchem francuskich gospodyń, które słyną z oszczędności i zaradności. Ważne jest, by przepisy się sprawdzały, a każdy przedstawiony w tej książce został wielokrotnie wypróbowany w różnych kuchniach, w różnych warunkach atmosferycznych i z użyciem lokalnych składników, takich jak mleko, masło czy oliwa, pochodzących z różnych okolic. Poza wszystkim, przepisy to tylko wskazówki, a nie sztywne reguły, więc możesz je modyfikować tak, by odpowiadały twojemu podniebieniu i diecie. Składniki większości przepisów – ze względów praktycznych, oszczędnościowych i dla zachowania pewnej konsekwencji – zostały podane na cztery osoby. Niezależnie od tego, czy zamierzasz gotować dla jednej, dwóch czy ośmiu osób, z łatwością przeliczysz składniki bez uszczerbku dla smaku i, rzecz jasna, przyjemności jedzenia.

Bardzo lubię przepisy, które przemawiają do wszystkich pięciu zmysłów – od wzroku, przez dotyk, smak i węch aż po słuch, choć przyznam, że ten ostatni bywa największym wyzwaniem. Naturalnie efektem przepisu powinno być smaczne danie. Liczy się przyjemność i zdrowie, o czym wkrótce przekonasz się sama.

RozdziałpierwszyŚniadaniei brunch

Największy przełom kulinarny w moim życiu wiązał się ze śniadaniem, a moje podejście do tego posiłku nadal ewoluuje. Śniadanie jem z nabożeństwem i – mam nadzieję – z pożytkiem dla zdrowia. Nie zawsze tak było. Dorastając we Francji, jadłam lekkie śniadania (pamiętajmy, że główny posiłek spożywało się u nas w południe, często niedługo po tym, jak wstało się z łóżka, w związku z tym nie było potrzeby się napychać). Moje śniadanie składało się głównie z węglowodanów i kawy. Filiżanka café au lait, do tego kromka chleba z masłem i konfiturami (roboty mojej mamy). Albo kawałek ciasta drożdżowego, które mama piekła raz, dwa razy w tygodniu. Czasem też dostawałam kawałki czerstwej bułki w misce, rozmoczone, jak w zupie,  w dużej porcji kawy z mlekiem. Zero białka, zero owoców. Nie ja jedna we Francji tak jadłam. Kawusia z rogalikiem, s’il vous plaît?

Wyjazd na stypendium do Stanów wcale nie poprawił sytuacji. Znów głównie węglowodany i kawa. Czasem zjadałam jedno, dwa jajka, ale z bekonem, a nieraz z ziemniakami. Ach, te węglowodany! Odkryłam bajgle i amerykańskie pączki, tuczącą, niezdrową parkę, która na przekór wszystkiemu ma na świecie rzesze wyznawców. Umiar? Przecież zjadłam tylko jeden bajgiel. Skąd mogłam wiedzieć, że jest napakowany solą i zawiera tyle kalorii i węglowodanów, co kilka kromek chleba? Naturalnie smarowałam bajgiel twarożkiem kremowym i dżemem. Będąc Francuzką – głównie dżemem, więc całość była uboga w białko. Czy zauważyliście, jak bajgle urosły? Jeśli przyszliście na świat w ostatnim ćwierćwieczu, to już raczej nie. Wcześniej miały rozmiar obecnych tak zwanych minibajgli. Co więcej, jako Francuzka w tamtych czasach – podobnie zresztą jak i dziś – nie uzupełniałam niedoboru białka ani wody szklanką mleka. Pączki smaży się w głębokim tłuszczu, a ja zwykle nie poprzestawałam na jednym. Najcudowniejszym odkryciem były muffinki, angielskie muffinki i muffinki z jagodami. O, błoga naiwności. Przynajmniej nie były smażone. Zostałam również wprowadzona w arkana zalewania mlekiem suchych płatków zbożowych, czasem z dodatkiem banana. Do tego obowiązkowo sok pomarańczowy z kartonowego pudełka. Ale nic nie mogło się równać z serwowanymi od święta naleśnikami. Mieszkając w Nowej Anglii, zakochałam się nieuleczalnie w syropie klonowym. Nie przeczę, że nadal lubię wyżej wymienione specjały, teraz jednak jadam je rozsądnie i z umiarem, czy może raczej czasem sobie na nie pozwalam. 

Kiedy wróciłam na dalsze studia do Paryża, pulpecik, czyli ja, rano napędzał się kawą z ciastem (podobnie zresztą jak w południe… i wieczorem). Ale przeżyłam, by dać świadectwo tamtych dni (pisząc tę książkę). Pamiętam, że od przyjazdu ze Stanów jako dwudziestoparolatka uważałam niemieckie, skandynawskie, a nawet angielskie śniadania za nieapetyczne i zbyt sute. Ani myślałam jeść mięso, ryby, jajka czy ser i (znów) się roztyć. Parówki na śniadanie? Fuj…

Nadal nie przepadam za wielkimi śniadaniami, za to jestem wyznawczynią i neofitką śniadań (i lunchów oraz obiadów) zbilansowanych: trochę białka, trochę węglowodanów, trochę tłuszczu (różne oblicza świętej trójcy) i koniecznie płyny. Często jadam plaster (lub okrawki) sera. Uważam też śniadanie za najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Nie wolno ci o nim zapomnieć, jeśli nie chcesz, żeby w trasie zabrakło ci paliwa. Moje objawienie w kwestii śniadań przeżyłam parę lat temu, gdy jeden z naszych rodzinnych specjałów, udoskonalony przez ciocię Berthe, wypłynął z mroków niepamięci i walnął mnie jak obuchem – w głowę i w podniebienie – zmieniając moje życie na zawsze.

Magiczny krem śniadaniowy, czyli MKŚ

Oto jeden z moich sekretów, a  właściwie sekretów cioci Berthe na szybką i zdrową utratę wagi bez odchudzania się. Ciocia Berthe każdego lata traciła bez wysiłku, choć nie w ekspresowym tempie, pięć kilogramów. O ile większość znanych mi w dzieciństwie rodzin (nic się zresztą w tej kwestii we Francji nie zmieniło) podczas wakacji sobie folgowała i przywoziła do domu kilka dodatkowych kilogramów, ciotka wracała szczupła i w dobrym humorze. 

Przepadałam za ciocią Berthe, najmłodszą siostrą babci Louise. Była jedną z pięciu sióstr – atrakcyjnych kobiet o podobnych rysach, niebieskich lub zielonych oczach, wysokich kościach policzkowych, długich włosach upiętych w fantazyjne koki (uwielbiałam przyglądać się, jak ciocia Berthe upina włosy), ślicznej, brzoskwiniowej cerze i małych, lekko zadartych nosach. Jednak Berthe miała w sobie jeszcze to „coś” – może za sprawą okrągłych binokli, może pięknego uśmiechu, a może przekornego błysku w oczach. Do tego była zabawna; lubiła zrywać boki ze śmiechu, a przy kuchni pięknie śpiewała. Ubierała się zawsze skromnie w szare lub granatowe spódniczki, a do tego w eleganckie klasyczne bluzki koszulowe bądź delikatne pastelowe bluzeczki z koronkami; całość uzupełniała nieostentacyjna staroświecka biżuteria. Ciocia Berthe uwielbiała kapelusze. Jako jedyna z sióstr mieszkała sama, a o jej stanie cywilnym nigdy się nie mówiło, choć wiedzieliśmy, że nie jest veuve (wdową), ponieważ mówiono o niej Madame Berthe Juncker, a nie Madame Veuve Juncker, na podobieństwo Madame Veuve Clicquot, słynnej „wdowy” z Szampanii. Z przyciszonych rozmów starszyzny udało nam się wydedukować, że ciotka ma adoratora. Sprawiała wrażenie, jakby miała dość pieniędzy, żeby nie pracować, choć żyła dosyć skromnie i w ciągu roku odwiedzała krewnych, żeby pomagać przy dzieciach i gotować przez tydzień czy dwa, po czym na tydzień wracała do siebie lub udawała się w dalszą podróż (a raczej – znikała). Była też wielkim obżartuchem i smakoszem, a po świętach i karnawale jej figura nabierała miłych krągłości, jednak pod koniec lata zawsze odzyskiwała sylwetkę gwiazdy ekranu. Wszyscy głowili się, co za tym stoi. Tylko babcia Louise znała sekret siostry, ale pilnie go strzegła, a my, dzieci, nie mieliśmy pojęcia, czemu ciocia Berthe zawdzięcza szczupłą sylwetkę, i  w ogóle nie kojarzyliśmy jej ze śniadaniami, które serwowała nam w lecie. 

Wszystkie wnuki za nią przepadały. Część dorosłych (zwłaszcza mężczyźni) przypisywała jej popularność temu, że dobrze gotowała i świetnie piekła, inni temu, że jako osoba bezdzietna psuła nas niemożliwie (tak też było). Jako jej ulubienica, cieszyłam się szczególnym przywilejem. Kiedy ciotka rezydowała w mieście – mieszkała w Metzu – mogłam odwiedzać ją raz w miesiącu w czwartek, w tamtych czasach dzień wolny od lekcji, i – wierzcie mi – między siódmym a dwunastym rokiem życia nie opuściłam ani jednego czwartku (do chwili gdy chłopcy stali się dla mnie jeszcze atrakcyjniejsi). Dumnie wsiadałam sama do autobusu (co różnie komentowano w moim miasteczku) i po godzinie jazdy dojeżdżałam na dworzec autobusowy w Metzu, gdzie czekała już Berthe. Nasz wspólny dzień zaczynał się nieodmiennie od tego, że przechodziłam przez jezdnię i w Prisunic, małym domu towarowym naprzeciwko dworca, odbywałam przejażdżkę na schodach ruchomych, co pozwalało mi się potem przechwalać przed koleżankami w klasie, które nigdy dotąd nie widziały tego wynalazku. Ciocia czekała na mnie cierpliwie, bo sama bała się tego urządzenia. (Nowość ma zawsze swój urok, zresztą po dziś dzień we Francji, gdzie ruchome schody spotyka się rzadziej niż w Stanach, dla siedmiolatki mogą być atrakcją). Kiedy już parę razy rozpromieniona przejechałam się w górę i na dół, ciotka machała do mnie, dając znak, że pora iść na lunch. Do domu cioci Berthe szło się dziesięć minut zachwycającą drogą nad Mozelą. Śliczne mieszkanko miało uroczy taras z pnącą się glicynią, szklanym daszkiem i widokiem na domki w  ogródkach, coś jakby wioskę w mieście. 

Na miejscu ciocia przygotowywała mój ulubiony lunch, polędwicę wołową z frytkami (na pewno domyślacie się, że jej frytki były najlepsze na świecie, lepsze nawet od frytek mojej mamy, i tylko ja znałam ich sekret, który polegał na tym, że smażyła je małymi partiami w ciężkim żeliwnym rondelku, a nie w dużej, głębokiej frytkownicy). Deser był zawsze niespodzianką związaną z porą roku. Kochałam ciocię za to wszystko. Ale nie przepadałam za jej MKŚ, ani podczas wizyt u niej, ani kiedy wyjeżdżaliśmy wszyscy w lecie na wieś. Teraz dopiero dotarło do mnie, że kiedy mieszkała z nami podczas swoich tygodni MKŚ (jeden tydzień podczas każdego z dwóch miesięcy lata), byliśmy pozbawieni aromatu świeżej brioszy, bułki z rodzynkami, porannych ciastek czy tart owocowych pieczonych w opalanym drewnem piecu, zapachu, który wypełniał cały dom i ogród na tyłach, gdzie jadało się śniadanie. Tydzień! To było nie do zniesienia. Na nic prośby i groźby. Ciotka była nieugięta. Nie zauważyliśmy nawet, że w tym czasie również nie podawano wina. Ciotka pozostawała głucha na nasze biadolenia. Z czasem przyzwyczajaliśmy się i nasz protest sprowadzał się do głupich żartów. Po tygodniu MKŚ ciocia ledwie pozwalała sobie skubnąć coś ze smakołyków, przy czym robiła to tak dyskretnie, że i to umykało naszej uwadze. Była naprawdę przebiegła.

Niedawne objawienie i wspomnienia tamtych chwil z dzieciństwa zawdzięczam telefonowi, który zadzwonił w pewien wiosenny poranek, kiedy pracowałam nad moją książką na tematy biznesowe. Coralie, córka starej przyjaciółki ze wschodniej Francji, zaczęła opowiadać, że jej matka przyrządza w lecie śniadania mojej cioci. W jednej chwili, choć nie myślałam o tym od dziesięcioleci, jak żywy stanął mi przed oczami wielki dom w urokliwej wiosce pod Strasburgiem, gdzie spędzaliśmy wakacje, i czarowne poranki, gdy jadało się śniadania na tyłach domu, obserwując podchodzące pod płot sarny (czyżby zwabiał je zapach śniadań mojej ciotki?), słuchając, jak ciocia tłucze ziarna i orzechy w moździerzu i dodaje je do jogurtu domowej roboty, który przyrządza albo z mleka krowiego, albo z koziego, albo owczego. Sięgnęłam więc do mojego zeszytu z przepisami i znalazłam nagryzmolony na pożółkłym, wymiętoszonym karteluszku przepis cioci Berthe.

A oto nasza rodzinna wersja MKŚ, tak jak przyrządziłaby ją ciotka. Ostrzegam: można się uzależnić. Robi się to niewiarygodnie szybko i prosto. Efektem końcowym jest idealne, pełnowartościowe śniadanie zapewniające poczucie sytości do późnego lunchu. Może ktoś się już zetknął z tym specyfikiem w wydaniu Johanny Budwig. Owa niemiecka chemiczka, farmaceutka i fizyczka, która przeżyła prawie całe zeszłe stulecie (była młodsza od cioci Berthe), propagowała na śniadanie przeciwrakowy wariant z twarożkiem, będący przy tym elementem zbilansowanej diety. Ja robię MKŚ w kilku wersjach i nigdy nie potrafię zdecydować, która smakuje mi najbardziej, bo wszystko zależy od tego, gdzie jestem, jak się czuję i w czyim towarzystwie jem śniadanie.

Dlaczego używam określenia „magiczny krem śniadaniowy”? Magiczny? Coś, co łączy w sobie smak, prostotę, służy zdrowiu i samopoczuciu, a jednocześnie spala kilogramy, zasługuje chyba na ten przymiotnik, zgodzicie się? Ile kilogramów? Wypróbuj przepis przez tydzień, w połączeniu ze skromnym, lecz normalnym lunchem i obiadem (zupa albo sałatka, ryba, dwa warzywa i owoc), a zrzucisz bezboleśnie parę kilogramów, jeśli wierzyć dziesiątkom wpisów na mojej stronie, umieszczonym przez wyznawców tego specyfiku. Rzecz w tym, żeby spożywać MKŚ, rezygnując z dwóch głównych złoczyńców (w moim przypadku pieczywa i wina), a poza tym jeść tak jak zawsze. Efekt jest spektakularny, a energia i samopoczucie po raptem paru dniach wzrastają znacząco.

Krem? – spytacie. W środku nie ma żadnego kremu, ale całość ma kremową konsystencję, a słowo „krem” nasuwa skojarzenia z czymś niesamowicie zmysłowym, z dogadzaniem sobie, z „poprawiaczami nastroju” – jednak w tym przypadku nie trzeba się martwić o kalorie. Czuję, że moja ciotka używała tego słowa, żeby zachęcić nas, dzieci, do jedzenia, nie wspominając o obecności oleju w tej miksturze. Kolejny dowód na jej przebiegłość; tak czy owak, olej jest niewyczuwalny. Optymalnie powinien to być olej lniany, niezwykle skondensowane źródło kwasu tłuszczowego omega-3, który ma mnóstwo zalet.

W odniesieniu do oleju lnianego pozwolę sobie sparafrazować słynne słowa Lily Bollinger z Szampanii: „Piję szampana, kiedy jestem szczęśliwa i kiedy jestem smutna. Czasami piję, kiedy jestem sama. Kiedy mam towarzystwo, traktuję to jako konieczność. Trwonię go, kiedy nie jestem głodna, a piję, gdy jestem. Poza tym nigdy po niego nie sięgam, chyba że chce mi się pić”. 

Baw się dobrze, testując wszystkie opcje, i opracuj własny wariant. Pamiętaj, że obowiązują te same reguły co w świecie mody: łączysz pewne elementy w różnych kombinacjach tak długo, aż trafisz w dziesiątkę.

MAGICZNY KREM ŚNIADANIOWY

• 1 PORCJA •

4–6 łyżek jogurtu

1 łyżeczka oleju lnianego

1–2 łyżki soku z cytryny (najlepiej z cytryn organicznych)

1 łyżeczka miodu

2 łyżki drobno zmielonych płatków zbożowych (bez śladowego nawet dodatku cukru)

2 łyżeczki drobno zmielonych orzechów

1. Wlej do miski jogurt oraz olej i starannie wymieszaj. Dodaj sok z cytryny i ponownie dobrze wymieszaj. Włóż miód i jeszcze raz starannie wymieszaj. (Żeby otrzymać jednolitą masę, trzeba dodawać składniki pojedynczo).

2. Zmiel drobno płatki i orzechy (ja korzystam z małego robota kuchennego). Wsyp do masy jogurtowej i starannie wymieszaj. Krem należy spożyć od razu.

OSZCZĘDZAJ CZAS:Płatki z orzechami możesz zemleć na tydzień z góry i przechowywać w lodówce, tak że rano będziesz musiała tylko wymieszać jogurt z olejem (nie bój się, w ostatecznej kremowej postaci smak oleju będzie niewyczuwalny), dodać sok z cytryny, miód i dzienną porcję mieszanki zbożowo-orzechowej – et voilà.

UWAGA:Ja używam pełnoziarnistych płatków pszennych Post Shredded Wheat Original, dodając do nich „prozdrowotną” mieszankę złożoną z 0 gramów cukru, 0 gramów sodu i 6 gramów błonnika na szklankę (czyli 2 łyżek na jedną porcję).

JAK SKOMPONOWAĆ SWÓJ ULUBIONY MKŚ?

RADY I TRICKI

Jogurt możesz zastąpić ricottą albo twarożkiem (uważaj na zawartość soli). Możesz użyć i jogurtu z pełnotłustego mleka, i z chudego. Jogurt robię sama – nie lubię chudego mleka, które dla mnie ma wodnisty smak.

Olej lniany można zastąpić olejem sezamowym lub kartamusowym.

Sok z cytryny można zastąpić sokiem grejpfrutowym, pomarańczowym albo sokiem z czerwonej pomarańczy. Jeśli użyjesz soku pomarańczowego, zmniejsz dawkę miodu.

Miód można zastąpić syropem klonowym, który jest mniej słodki od miodu, więc można go dodać więcej.

Płatki pszenne można zastąpić gryczanymi, jęczmiennymi, owsianymi – ważne tylko, żeby były bez dodatku cukru, co jest w przepisie na MKŚ sprawą kluczowej wagi. 

Orzechy włoskie można zastąpić laskowymi, migdałami albo mieszanką jednych i drugich. Orzechy pekanowe, orzeszki piniowe i inne gatunki też nadają się do MKŚ.

Wreszcie można samemu ustalić ilość soku (ja, jeśli mam do czynienia z czymś gęstszym od jogurtu, dodaję więcej soku z cytryny, za którym zresztą przepadam) i miodu (raczej w kierunku zmniejszania). Mój mąż dodaje dwie łyżki soku z pomarańczy, który jest wystarczająco słodki, żeby zastąpić miód, niemniej czasami (w niedziele!) dolewa odrobinę syropu klonowego (podejrzewam, że wyobraża sobie wtedy, iż je naleśniki albo gofry! Cóż, jego sprawa).

Owoce są dozwolone. Przede wszystkim nasuwa się na myśl banan. Połówkę dojrzałego banana można rozgnieść widelcem i dodać po pierwszym etapie lub pokroić na plasterki i przybrać gotowy krem. Można też dodawać owoce sezonowe, zwłaszcza owoce leśne w lecie, a w miesiącach zimowych suszoną żurawinę, rodzynki, suszone figi, kawałki daktyli, a nawet suszonych śliwek. Skosztuj też jednak kremu w czystej postaci, gdyż jest przepyszny. A potem opracuj własne wersje. I ostatnia rada: podaj dzieciom krem w swoim ulubionym wydaniu i każ im zgadywać, z czego się składa.

MKŚ – PRZEPIS GIOVANNY

Giovanna to moja rzymska przyjaciółka, trochę po trzydziestce, która ma bzika na punkcie kuchni, zwłaszcza francuskiej (człowiek zawsze pożąda tego, co niedostępne – rzesze Francuzek i Amerykanek uwielbiają kuchnię włoską). Z Giovanną zaliczyłyśmy wiele pysznych posiłków w domu i w restauracjach we Włoszech, Francji i w Stanach, szczególnie w Nowym Jorku. Uwielbia gotować dla rodziny i przyjaciół, a podczas naszych wspólnych seansów kuchennych porównywałyśmy przepisy, wymyślałyśmy potrawy i uczyłyśmy się od siebie nawzajem estetyki podania. Zaśmiewałyśmy się w kuchni i przy stole, rozmawiając o jedzeniu i winach i żartując z obyczajów i nawyków kulturowych tej drugiej.

Giovanna, wysoka, ładna młoda kobieta, wyznała mi, że chociaż nie ma problemów z wagą, włączyła do swojej diety parę pomysłów z moich książek i jej sylwetka zmieniła się nie do poznania. Nie tyle straciła na wadze – no, może kilo czy dwa – ale nagle zaczęła wyglądać rewelacyjnie i było jej przyjemnie, że ja też to zauważam…

Kiedy mieszkała ze mną w Prowansji, wtajemniczyłam ją w MKŚ. Wierzcie mi, w życiu nie widziałam, żeby coś tak prostego dało komuś tyle szczęścia. Jedząc, mruczała z rozkoszy jak dziecko. Odtąd każdego ranka jadłyśmy MKŚ. Po powrocie do Włoch Giovanna zaczęła eksperymentować na własną rękę. Nie jest aż taką fanką cytryn jak ja (zbyt kwaśne), więc użyła soku z pomarańczy. A oto jej najnowsza, muszę przyznać, że nad wyraz udana, włoska odmiana kanonicznej formuły cioci Berthe: 

MKŚ GIOVANNY

• 1 PORCJA •

½ szklanki naturalnego jogurtu typu greckiego o zawartości 2% tłuszczu

1 łyżeczka oleju lnianego

1 łyżka drobno zmielonych orzechów (włoskich, laskowych i migdałów w tej samej ilości)

1 łyżeczka miodu

2 łyżki drobno zmielonych płatków owsianych

sok i miąższ z 2 klementynek lub mandarynek (dostępnych tylko w miesiącach zimowych) lub z ½ pomarańczy (już nie tak delikatny w smaku) 

1. Wlej jogurt i olej lniany do miski i starannie wymieszaj.

2. Dodaj zmielone orzechy oraz miód i wymieszaj.

3. Posyp z wierzchu mieloną owsianką, ale nie mieszaj. Polej z wierzchu sokiem z miąższem, zostaw na parę sekund i dopiero potem wymieszaj i skosztuj.

Rozumowanie, jakie stało za poprawkami wniesionymi przez Giovannę, to mały traktat na temat kuchni molekularnej! Niski procent tłuszczu w jogurcie to plus. (Trudno z tym polemizować). Płatki owsiane zawierają błonnik i skrobię, które w kontakcie z kwasami (cytrusy) bez żadnego gotowania zostają praktycznie rozłożone na czynniki pierwsze, dlatego po skropieniu płatków sokiem czekam chwilę, zanim wymieszam całość. Kwaskowatość klementynek to dokładnie tyle, ile mogą znieść moje zęby i żołądek. Co więcej, jest to najłagodniejszy z owoców cytrusowych dla kogoś, kto lubi cukier, dlatego wyciskając sok, starannie wybieram cały miąższ, który został w sokowirówce, dzięki czemu te wszystkie włókienka lądują w „kremie” –  prawdziwie odświeżającym, lekkim, kojącym pragnienie i  jeszcze bardziej kuszącym – przynajmniej dla mnie. I podejrzewam, że dla cioci Berthe też. 

Co więcej, Giovanna nawróciła na jogurt swoją mamę, a nawet babcię, która zawsze utrzymywała, że nie lubi tego produktu. Kiedyś Giovanna odpuściła sobie MKŚ (z powodu napiętego grafiku rodzinnych wizyt), ale przyrządziła go sobie w charakterze przekąski podczas wizyty u babci. „Namówiłam babcię, żeby skosztowała MKŚ, nie mówiąc jej, co jest w środku, ponieważ stale powtarzała, że nie lubi jogurtu, i krzywiła się na sam dźwięk tego słowa – napisała do mnie w e-mailu Giovanna. – O dziwo jednak bardzo jej przypadł do gustu (moja mama, która zna składniki, uśmiechała się tylko pod nosem), nagle nabrała wilczego apetytu i zmiatała pełnymi łyżkami, aż musiałam ją w końcu przystopować, pytając, czy mam dorobić więcej, czy coś dla mnie zostawi”. Giovannie z trudem udało się załapać na końcówkę. Strach pomyśleć, co by było, gdyby babcia lubiła jogurt!

JAJKA

Na szczęście jajka znów wróciły do łask. „Na szczęście” nie tylko dlatego, że są smaczne, ale również dlatego, że w rozsądnych ilościach dzięki wyjątkowym walorom odżywczym są korzystne dla organizmu. Prawdę mówiąc, jajko z jego witaminami A, B, D, E i K oraz minerałami (zwłaszcza żelazem, fosforem, selenem i jodem) to istna bomba energetyczna. Ostatnio – wreszcie! – orzeczono, że trzy jajka w tygodniu nie mają wpływu na poziom cholesterolu (i tak w trzech czwartych wytwarzanego przez nasz organizm), ponieważ jajka są absolutnie strawne i łatwo przyswajalne dla naszej wątroby. Są doskonałym źródłem białka i stanowią miłą alternatywę dla mięsa, zwłaszcza że nasz organizm łatwo wchłania ich składniki. I choć francuskie śniadania z kawką, rogalikiem i brioszą są czarowne, nie samym chlebem człowiek żyje. A jak by tak wzbogacić poranny posiłek o jogurt czy jajka w jakiejś postaci? 

Kiedy studiowałam w Weston, w Massachusetts, i w ciągu roku akademickiego mieszkałam przy sześciu różnych rodzinach, miałam okazję poznać „słoneczną stronę” jajek na bekonie. Tych sześć rodzin łączyła jedna rzecz – jajka sadzone na śniadanie. W niektórych domach pojawiały się w jadłospisie śniadaniowym trzy do pięciu razy w tygodniu. Panowie dostawali po trzy jajka i najchętniej zapomniałabym, po ile plastrów bekonu. Oh la la. To był szok. Po pierwsze, u nas w domu nigdy nie jadło się jajek na śniadanie (spożywaliśmy je w postaci składników słodkich i słonych potraw). Zdarzało nam się jeść omlety (z sezonowymi dodatkami, od grzybów po szparagi, albo po prostu z serem i ziołami, jeśli w lodówce nie było nic innego), zwykle jednak były serwowane podczas wizyty niezapowiedzianych gości albo jako lekkie danie obiadowe parę razy w miesiącu, zwłaszcza w weekendy, na zakończenie lunchu złożonego z niezliczonej liczby dań. W dzieciństwie raz w tygodniu wolno nam było zjeść jedno jajko na miękko, podawane w kieliszku z cennej kolekcji porcelany naszej mamy. Do tego jadło się mouillettes, które zna każde francuskie dziecko – lekko opieczone kawałki chleba pokrojone na wąskie prostokąty, pyszne z półpłynnym żółtkiem; ponieważ nie wypada, żeby żółtko spływało z jajka, odpowiednie trzymanie mouillette jest prawdziwą sztuką. Zauważyłam, że i Francuzi, i Amerykanie jedzą dużo jajek, ale podchodzą do tego inaczej. 

Ja cenię jajka nie tylko za witaminy i minerały, dzięki którym są znakomitym produktem dla wszystkich grup wiekowych. Są niedrogie i można je trzymać w lodówce przez parę tygodni, choć radzę je wyjmować na dwadzieścia minut przed gotowaniem. Są lekkostrawne, pasują do każdego posiłku i błyskawicznie można z nich wyczarować jakieś danie (na miękko gotują się w 3 minuty, przyrządzanie omletu zajmuje parę minut więcej). Jajka na twardo sprawdzają się w razie awarii, są też dobre na piknik. Kiedy czeka mnie nocny lot, biorę jedno jajko na twardo na śniadanie lub na kolację – kto może wiedzieć, co się zdarzy). Ratują sytuację, gdy w progu staną bez zapowiedzi głodni goście (pamiętaj, żeby zawsze mieć w lodówce trochę sera). A przede wszystkim świetnie sprawdzają się w deserach, od omletów na słodko po francuskie tosty, pływające wyspy, niezastąpiony sos waniliowy, nie wspominając o musach, puddingach i sufletach. Jajka przybierają niezliczone konsystencje i dogadzają podniebieniu na sto różnych sposobów.