Francuska opowieść - Krystyna Mirek - ebook
Opis

Południowa Francja. Kraina słońca, wina, miłości i marzeń. Czwórka znajomych wyrusza na wakacyjną wyprawę, żeby połączyć zawodowe cele z prywatnymi marzeniami. W pięknej starej winnicy, w cieniu wiekowego zamku ich losy gwałtownie się splotą.
Beata właśnie się zaręczyła, ale wątpliwości jej nie opuszczają. Decyzja jest pilna, a tymczasem pytania się mnożą. Aleks, mężczyzna z przeszłością uporczywie patrzy przed siebie i próbuje zbudować nowe życie. Ale stare winy nie pozwalają o sobie zapomnieć. List z Polski znów zburzy jego kruchy spokój. Oliwia, energiczna kobieta sukcesu, zawsze dostaje to, czego chce. Z wyjątkiem jednego. Czy odważy się podjąć niezwykłą decyzję? Hrabia, właściciel zamku i winnicy. Wydaje się, że ma wszystko. Jaką tajemnicę skrywa? Dlaczego zamyka się w pustym zamczysku i chroni go jak warowni?
Czasem trzeba się odważyć i po prostu zrobić, to co jest właściwe. Można wtedy wygrać życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 318

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ROZDZIAŁ 1

Czasem dobry makijaż, ładna sukienka i puszyste włosy mogą człowieka dużo kosztować. Berenika, zwana Beatką, siedziała w samochodzie tuż za kierowcą i z coraz większym niepokojem obserwowała niespodziewane skutki uboczne doskonałego w teorii planu, który w praktyce pokazał zupełnie nieoczekiwane oblicze.

Taksówkarz, zamiast skupić się na drodze, co rusz spoglądał w lusterko albo odwracał głowę, narażając życie pasażerki oraz swoje na poważne niebezpieczeństwo. Nie można go było w żaden sposób powstrzymać przed tymi ryzykownymi działaniami.

Beata wzdychała znacząco, ale ta subtelna aluzja zupełnie nie docierała do zalanego nagłą falą hormonów męskiego mózgu.

– Pięknie pani wygląda! – zawołał kierowca z żarem w głosie, o włos mijając skręcającą właśnie ciężarówkę. Jedną ręką trzymał kierownicę, a drugą szukał płyty w stosie plastykowych opakowań. – Włączę nam jakąś odpowiednią muzykę. Mam świetne kawałki – pochwalił się.

– Odpowiednią do czego? – zapytała zimno dziewczyna, ale ton jej głosu nie był w stanie ostudzić zapałów taksówkarza.

– Och! – westchnął, bo pomysłów mu nie brakowało, a jeden był śmielszy od drugiego. – Gdyby pani chociaż powiedziała, jak ma na imię, mój dzień byłby inny – zaczął od niewinnego.

– Berenika – przedstawiła się niechętnie, dając się wciągnąć w grę.

– Jak? – Odwrócił głowę zaskoczony i natychmiast wzrok utknął mu trwale na wysokości dekoltu dziewczyny.

– Człowieku! Patrz na drogę! – krzyknęła, bo kierowca rozwijał znaczne prędkości, zupełnie nie zwracając uwagi na sąsiednie samochody. Sytuacja zaczynała być coraz bardziej irytująca, wręcz niebezpieczna.

– Spokojnie, jestem profesjonalistą – odpowiedział godnie. – A to najpiękniejsze imię, jakie kiedykolwiek słyszałem – próbował wrócić do przerwanego tematu.

– Mój narzeczony też tak uważa – odparła, żeby dać mu jasno do zrozumienia, że wszelkie starania nie mają szans. – Poza tym i tak wszyscy mówią na mnie Beata.

– Ja bym nigdy tak nie postąpił. – Mężczyzna znów odwrócił głowę. – Zawsze nazywałbym panią Bereniką.

– Dziękuję – odparła rzeczowym tonem. – Mój narzeczony też tak robi. A jeśli pan jeszcze raz odwróci głowę, natychmiast zażądam zatrzymania samochodu i ostrzegam, że złożę na pana skargę w waszej korporacji taksówkarskiej.

– Przepraszam. To się więcej nie powtórzy – powiedział szybko, po czym znów odwrócił głowę w jej stronę. – Po prostu jest pani taka piękna.

Beata spojrzała w szybę samochodu. Nie odezwała się ani słowem. Kierowca na chwilę skupił się na drodze, jazda stała się spokojniejsza. Dziewczyna odetchnęła. Nie była przyzwyczajona do żywiołowych męskich reakcji. Ale też zwykle nie wyglądała tak atrakcyjnie jak dzisiaj. Postarała się. Włożyła najładniejszą, jasnoniebieską sukienkę, z kuszącymi wycięciami. Wykonała staranny makijaż, założyła greckie korale o niepowtarzalnym kształcie i kolorze nasyconego greckiego błękitu, skropiła dekolt dobrymi perfumami i rozpuściła włosy.

W końcu jechała na spotkanie z narzeczonym.

Skąd miała wiedzieć, że nie zobaczą się na lotnisku i wszystkie te ciężkie działa wystrzelą w stronę Bogu ducha winnego obcego taksówkarza?

Jakub nie zdążył jej odebrać. Musiał skończyć artykuł.

Najpierw zdenerwowała się z tego powodu tak bardzo, że jej twarz pokryła się szkarłatną czerwienią skutecznie konkurującą z piękną grecką opalenizną, zdobytą podczas rocznego pobytu na Krecie. Potem zrobiło jej się niewyobrażalnie smutno. W końcu zdołała na tyle opanować emocje, by zorganizować praktyczną stronę koniecznych działań. Odebrała bagaże, wsiadła do taksówki zamówionej przez Jakuba i dopiero teraz zaczęła myśleć.

Może dobrze się stało? – to była pierwsza refleksja.

Zaręczyła się pod wpływem wielkich emocji, pewna, że właśnie spełnia się jej marzenie, ale czas trzymiesięcznej rozłąki wypłukał wiele sentymentalnych odczuć. W zamian naniósł sporo wątpliwości. Musiała podjąć ważne decyzje. Życiowe. Nie sposób dłużej tak trwać.

Obróciła pierścionek na palcu. Był piękny. Jasne niewielkie oczko, otoczone błyszczącymi brylancikami. Idealne połączenie umiaru i piękna.

Przecież nie wyjdziesz za Jakuba tylko dlatego, że ma dobry gust w kwestii wyboru biżuterii! – skarciła siebie w myślach. Kierowca spojrzał w lusterko i na moment ich wzrok się spotkał. Beata szybko odwróciła głowę, na wszelki wypadek wysoko unosząc brodę, choć do pewności siebie było jej naprawdę daleko. Zachowanie dystansu było jednak w tym przypadku konieczne.

Mężczyzna westchnął, ale zostawił ją w spokoju, co przyjęła z ulgą. Potrzebowała tego. Nie miała sił nawet na niezobowiązującą rozmowę o niczym, a co dopiero na pełen aluzji żywiołowy flirt.

Jechała do mieszkania Jakuba, choć kiedy zadzwonił z wiadomością, że nie da rady odebrać jej z lotniska, w pierwszym odruchu miała ochotę rzucić pierścionkiem i zerwać wszelkie stosunki z niesłownym narzeczonym. Ale takie gwałtowne reakcje nie leżały w jej naturze.

Poza tym rzecz w praktyce była o wiele trudniejsza, niż mogłoby się wydawać. Rozum podpowiadał różne możliwości, ale serce stanowczo nakazywało dać Jakubowi szansę. Kochała go. Tęskniła. W ciągu ostatnich długich tygodni na zmianę pielęgnowała wizje upojnych chwil, które spędzą razem, kiedy tylko ona zakończy swoją pracę w Grecji, z realnymi rozważaniami o sensowności tego związku. Emocje ciągnęły ją w jedną stronę, a rozsądek w inną.

Tak jednak dłużej być nie mogło. Wszyscy czekali na jej decyzje.

Skąd ludzie wiedzą, że nadeszła pora na małżeństwo? – zastanawiała się, mnąc bez litości granatową torebkę. – W jaki sposób sprawdzają, czy to ten jedyny mężczyzna? Skąd biorą gwarancję, że uda im się stworzyć udaną rodzinę?

Na te pytania musiała znaleźć odpowiedź w trybie pilnym, Jakub bowiem mocno naciskał na szybki ślub, a jej rodzice też popadli w jakiś amok i nie dało się z nimi rozmawiać na żaden inny temat.

A przecież to nie był jedyny problem. Życie zawodowe także wymagało konkretnych działań. Beata przepracowała ostatni rok w greckim hotelu jako pokojówka, wcześniej zatrudniała się w różnych przypadkowych miejscach, mimo iż skończyła geodezję. A teraz czekał ją kolejny wyjazd do pracy. Znów za granicę. Czy tak już miało być? Zawsze w drodze, byle gdzie? Na podrzędnych stanowiskach, bez żadnej stabilizacji, ciągłości? Jak w takich warunkach myśleć o zakładaniu rodziny?

Jednocześnie na samą myśl o rezygnacji ze wspólnej podróży do Francji rodził się w niej opór nie do pokonania. Zamknęła oczy. Kiedy je otworzyła, taksówkarz parkował już pod blokiem, w którym znajdowało się mieszkanie Jakuba. Zapłaciła szybko i wysiadła.

– Nie umówisz się ze mną na kawę, tajemnicza Bereniko? – spróbował mężczyzna ostatni raz.

– Innym razem – odparła niezobowiązująco.

– Jasne – rzucił z przekąsem. – Tak się zawsze mówi.

Nie naciskał jednak mocniej. Wsiadł do samochodu i odjechał.

Beata stała pod blokiem i zbierała siły.

Jakie będzie to pierwsze spotkanie po tylu tygodniach rozłąki? Czy pokaże prawdę o ich związku? A może wszystko momentalnie się rozsypie? Albo wręcz przeciwnie – scementuje w sposób trwały?

Jedynym sposobem, żeby się dowiedzieć, było wejście do środka. Berenika chwyciła ciężką walizkę i ruszyła w stronę schodów. Nawet nie pomyślała, że mogłaby zadzwonić po Jakuba, żeby jej pomógł. W jej umyśle od lat zakodowana była informacja, że musi sobie radzić, a liczyć może wyłącznie na siebie. Nowy związek jak na razie niczego w tej kwestii nie zmienił.

ROZDZIAŁ 2

Nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, powiedział słynny filozof. Mężczyzna. Jego płeć można stwierdzić ponad wszelką wątpliwość mimo upływu czasu i stwarzającego odmienne pozory stroju, w którym zwykł był chadzać. Gdyby bowiem grecki myśliciel był kobietą, doskonale by wiedział, że do tej samej rzeki można wchodzić mnóstwo razy. Przedstawicielki płci pięknej potrafią kilkakrotnie, czasem wręcz przez całe życie odnajdywać się dokładnie w tym samym punkcie, który, wydawało się, opuściły już na dobre.

Takie wrażenie miała właśnie Berenika. Siedziała w fotelu, patrzyła na bałagan wypełniający małe mieszkanie oraz na mężczyznę swojego życia, pochylonego nad klawiaturą komputera. Po krótkim gorącym przywitaniu oraz szybkich przeprosinach usiadł przed monitorem i tkwił tak od godziny. Beata miała potężne, zwalające z nóg uczucie déjà vu.

Pod ścianą stały równo ustawione walizki. Jak kiedyś. Znów stanowiły jedyny schludny element w otoczeniu. Poza tym mieszkanie jej narzeczonego prezentowało bardzo nędzny widok. Nic tylko zakasać rękawy i zabierać się do pracy. Jak zwykle.

Beata westchnęła. Pohamowała odruch, by wstać i przynajmniej powiesić pranie, które, Bóg jeden wie, od jak długiego czasu kisiło się w pralce. Sezon ogórkowy trwał wprawdzie w najlepsze, ale to jeszcze nie powód, by procesowi fermentacji poddawać wszystko, co tylko znajduje się w zasięgu wzroku.

Miała ochotę natychmiast się tym zająć.

Nie zrobiła tego jednak. Wyprostowała opalone nogi i ułożyła się wygodniej. Spojrzała na obute w białe sandałki stopy. Po raz pierwszy w życiu mogła się poszczycić piękną, jasnoczekoladową opalenizną. Roczny pobyt na Krecie dał Berenice atrakcyjny wygląd, oszczędności – rzecz dla niej zupełnie nieznaną – oraz mężczyznę życia. Nowego. Tak przynajmniej mogłoby się wydawać, sądząc po fakcie, iż zakochali się w sobie niedawno, ich uczucie rozkwitło wśród wyjątkowo romantycznych krajobrazów greckiej wyspy, a związek miał być lekarstwem na niezbyt udaną toksyczną relację, którą Beata właśnie zerwała.

Zdecydowała się na ten niełatwy stanowczy krok, ponieważ miała dość chłopaka artysty, żyjącego we własnym świecie, oderwanego od realiów finansowych i wszelkich doczesnych trosk. Niebieskiego ptaszka, który poza pięknym wyglądem i umiejętnością prawienia komplementów niczego nie miał. Była z siebie bardzo dumna z powodu tej decyzji. Zmieniła się, postawiła twarde warunki, mocno stanęła na własnych nogach i nauczyła się śmiało określać własne potrzeby.

Wszystko to było piękne, dobre, słuszne i sprawiedliwe.

Tylko dlaczego w takim razie siedziała dzisiaj w bałaganie zamiast przy romantycznej kolacji? Czemu musiała czekać, aż artykuł zostanie skończony, by świętować spotkanie po trzech miesiącach rozłąki?

Dokładnie tak samo jak za czasów byłego chłopaka. Kacpra – mężczyzny o nieskalanych fizyczną pracą dłoniach. Dlaczego znowu patrzyła na pochylone plecy człowieka, który świata nie widział poza białą kartką pliku w Wordzie? Pisał, kasował, klął jak wściekły, po czym rozpoczynał wszystko od nowa. Pisał, kasował, klął. I tak w kółko od godziny. Na spotkanie z narzeczoną przygotował się słabo. Nie zdążył zrobić zakupów, bo miał pracę, i jeszcze nie oddał tekstu, nie posprzątał, ponieważ jak wyżej. Zdołał się tylko spakować przed planowanym za kilka dni wyjazdem, chociaż to jedno akurat mogło jeszcze poczekać.

Dziewczyna westchnęła z siłą, jakiej nie powstydziłby się wieczorny wiatr od morza.

– Wszystko w porządku, Beatko? – nieuważnie zapytał Jakub, zapominając najwyraźniej, że obiecywał nazywać ją zawsze Bereniką.

– Długo jeszcze będziesz pracował? – zadała pytanie jego pochylonym plecom. – Myślę, że moglibyśmy porozmawiać.

– Ależ oczywiście – zgodził się Jakub, nie odwracając głowy od ekranu.

Beata zgrzytnęła zębami. Znowu to samo.

Jednak może stary filozof miał trochę racji. Rzeka była podobna, ale woda już mimo wszystko zupełnie inna. Kiedyś Beata milczałaby jeszcze chwilę, po czym z westchnieniem bezradności wobec problemu, z którym nie potrafi sobie poradzić, zabrałaby się do wypełniania bieżących obowiązków. Własnych i cudzych.

Teraz siedziała, bunt w niej narastał, ale nie podjęła niechcianych działań i już nie czekała na stosowną chwilę, by wyjaśnić sprawę. Nie zamierzała też niczego ułatwiać swojemu partnerowi.

– Jeśli natychmiast nie wyłączysz komputera, polecisz do Francji sam! – powiedziała stanowczo i nie były to czcze pogróżki. Wciąż miała wątpliwości, czy wyjazd z Jakubem do pracy w winnicy to dobre rozwiązanie. On miał tam pisać książkę, zarabiać i przeżywać przygodę, a ona po prostu mu towarzyszyć. Ten pomysł z pewnością nie był idealny. A jednak kusił. – Nigdzie z tobą nie pojadę! – zawołała trochę na wyrost, chociaż nie podjęła jeszcze żadnej decyzji.

Cios był celny. Mężczyzna wyprostował się natychmiast, po czym przekręcił na obrotowym krześle, aż zaskrzypiały mocowania.

– Ależ, kochanie, co ty mówisz? – wystraszył się. – Przecież to nasza podróż marzeń. Zarobię wreszcie mnóstwo pieniędzy. Znalazłem ci świetny kurs francuskiego. Wiesz, że wszystko od dawna już załatwione. Umówione – podkreślił, po czym spojrzał na nią ze szczerym niepokojem w ciemnych oczach. Był zmęczony. Jego grecka opalenizna od dawna była już tylko wspomnieniem. Zatrudnienie na plantacjach oliwek skończyło się wraz z nadejściem chłodniejszej pory. Ostatnie miesiące spędził w Polsce. Próbował pisać, wracając do zawodu dziennikarza, ale podobnie jak Kacper, były chłopak Beaty, wciąż tylko wpadał na świetne pomysły. Nie zdołał jednak nawiązać żadnej współpracy poza plotkarską gazetą, w której był zatrudniony. Ale miał kontrakt na kolejną powieść, a to już coś.

W przeciwieństwie do Kacpra potrafił też samodzielnie odkleić się od komputera i zwrócić uwagę na coś więcej niż tylko własny artykuł.

Wstał, podszedł do narzeczonej, po czym usiadł na oparciu fotela.

– Przepraszam cię – powiedział, obejmując ją mocno. – Inaczej to zaplanowałem. Tekst powinien być w redakcji już tydzień temu, ale Oliwia wciąż się czepia, wiesz dobrze, jaka ona jest. Dzisiaj mam ostateczny termin. Chyba go wybrała z premedytacją. Wiedziała przecież, że wracasz. Poprawiam bez końca od rana. Nie pisałbym dla niej po tym wszystkim, co mi zrobiła, ale potrzebuję pieniędzy, zaliczka od wydawcy jakoś tak dziwnie szybko się rozeszła. A we Francji pierwsza wypłata dopiero za miesiąc, więc moje greckie oszczędności pójdą na nasze początkowe potrzeby.

Zamilkł.

– Nie chcę też palić mostów – przyznał się po chwili. – Trudno przewidzieć, jak się sprawy potoczą, a sama wiesz, jak ciężko zdobyć zlecenia.

Spojrzał na nią w napięciu.

Miała wrażenie, że czeka na jakąś propozycję. Może pomocy? Aż dreszcz ją przeszył na samą myśl. Przejmowanie opieki nad słabym mężczyzną to była ostatnia rzecz, jakiej w tej chwili by pragnęła. Poczuła, jak mięśnie pleców napinają jej się pod wpływem stresu. Tak, teraz była zdecydowanie bardziej czujna niż kiedyś.

To tylko uraz po poprzednim związku – pomyślała, próbując się uspokoić, a Jakub zareagował, jakby odczytał jej myśli.

– Już zamykam. – Podbiegł do komputera i rzeczywiście wygasił ekran. – Dawno powinienem był to zrobić. Jestem tylko dla ciebie. Do diabła z Oliwią, jej rozkazami, terminami i tym podobnymi sprawami. Moja była narzeczona i niestety znów prawie szefowa pojęcia nie ma, co jest w życiu najważniejsze. W przeciwieństwie do nas.

Przytulił ją znowu i zaczął mocno całować.

Ta sama rzeka! – krzyczał ostrzegawczy głos w głowie Beaty, ale na chwilę przymknęła oczy. Tylko na moment, wydawałoby się. To wystarczyło, by dać się ponieść tęsknocie. Kiedy podniosła powieki, Jakub wziął ją na ręce i kierował się wyraźnie w stronę łóżka.

Pragnęła tej bliskości. Długie tygodnie rozłąki nie były łatwe. Ale wiedziała też, co czuje kobieta, kiedy łatwo oddaje się za gram czułości, sprzedaje za miskę ciepłego dotyku, odrobinę przyjemności, lekceważąc niepokój serca, które podpowiada, że to nie ten moment, zły sposób, a może w ogóle nieodpowiedni mężczyzna.

Wyrwała się gwałtownie. Ten mdlący, gorzki posmak znała doskonale. Nie miała ochoty próbować go znowu.

– Puść mnie – powiedziała stanowczym głosem, a Jakub bez protestów postawił ją na podłodze.

Odgarnęła rozwichrzone włosy i mocno przetarła dłońmi twarz.

Jakub posłuchał, nawet odsunął się trochę, co oczywiście było słuszną decyzją, ale z drugiej strony poddał się tak łatwo. Nie potrafiła określić, czy jego zachowanie podoba jej się, czy też wręcz przeciwnie.

Czego ty chcesz, dziewczyno? – to pytanie zabrzmiało w jej głowie.

Nie wiedziała.

Telefon, który rozdzwonił się głośną, wesołą melodią, na chwilę wybawił ją od konieczności spojrzenia w oczy mężczyźnie, za którego jeszcze dwa miesiące temu tak bardzo chciała wyjść za mąż, oraz udzielania odpowiedzi na niewygodne pytania. Odebrała.

– Hej, kochana! – odezwała się radośnie jej najlepsza przyjaciółka.

– Cześć, Agnieszko, jak to dobrze, że dzwonisz – w głosie Beaty zabrzmiała szczera radość.

Nie namyślając się zbyt długo, wyszła na balkon i szczelnie zamknęła za sobą drzwi. Kiedy odruchowo sprawdzała jeszcze, czy okno nie jest przypadkiem uchylone, złowiła spojrzenie Jakuba. Smutne.

Stanęła na moment zdumiona. Zasłoniła słuchawkę dłonią, mając nadzieję, że przyjaciółka poczeka jeszcze troszkę. Sama była zaskoczona swoją reakcją.

Czy to normalne, że natychmiast chciała się ukryć? Czuła się w swoim związku tak mało swobodnie, że nie wyobrażała sobie szczerej rozmowy z przyjaciółką w obecności narzeczonego?

Narzeczony, zaręczyny, planowany ślub – piękne to w gruncie rzeczy słowa. Marzyła o nich, na wszystko zgodziła się dobrowolnie, ale nie mogła się pozbyć niepewności, a czasem wręcz strachu o przyszłość.

– Jesteś tam jeszcze? – zapytała, podnosząc słuchawkę.

– Tak – odparła Agnieszka. – Czekam sobie spokojnie, choć cierpliwość mi się kurczy. Lata spędzone w Grecji jakoś nie uczyniły ze mnie miłującego sjestę południowca. Roboty mam tyle, że nie wiem, w co ręce włożyć, mowy nie ma o leżeniu i wolnym czasie.

Beata uśmiechnęła się. Próbowała właśnie wyobrazić sobie energiczną przyjaciółkę, wesołą brunetkę ze sprężynkami loków, które podskakiwały przy każdym ruchu i dodawały wypowiedziom i gestom dodatkowej mocy, przemienioną w dobrze ułożoną grecką mężatkę, która wraz z teściową odpoczywa w cieniu oliwkowego drzewa. To było niemożliwe.

– Dlaczego się nie odzywasz? – pytała niecierpliwie przyjaciółka. – Ja tu się już miotam od rana, martwię, zamiast udawać przykładną żonę. A ty milczysz i narażasz na szwank moje dobre stosunki z teściami. I tak już mój normalny temperament kilkakrotnie przekracza ich normy, to wyobraź sobie, co się dzieje, kiedy się zaczynam martwić.

– Niczego nie muszę sobie wyobrażać. – Beata od razu poczuła, jak humor jej się poprawia, a wszystkie aktualne smutki ulatują pod naporem ciepłych wspomnień. – Byłam przecież u ciebie trzy dni temu. Dasz sobie radę. Teść cię kocha, a o twoim mężu to już mi się nawet nie chce mówić. Przeczycie wszelkim stereotypowym wyobrażeniom na temat małżeństwa z cudzoziemcem. Szczęśliwi jak dwie idealnie dobrane oliwki.

– Ty mi tu nie mieszaj oliwkami, tylko mów, co u ciebie – zawołała Agnieszka. – Doleciałaś? Jakub czekał? Świece, kolacje i te sprawy…? Wszystko w porządku? Czemu milczysz? Nie wiesz, od czego zacząć, czy zadzwoniłam w nieodpowiednim momencie?

– Milczę, bo nie dajesz mi szansy, by dojść do głosu, a poza tym nie wiem, co mam ci powiedzieć. Doleciałam. To można stwierdzić ponad wszelką wątpliwość.

– I co? – niecierpliwiła się Agnieszka.

– To skomplikowane.

– Dlaczego mnie ta odpowiedź nie dziwi? – Agnieszka westchnęła i Beata bez trudu wyobraziła sobie, jak przyjaciółka robi niezadowoloną minę, zupełnie niewspółgrającą z pięknym otoczeniem. – Poczekaj chwilę, usiądę sobie na murku, bo jestem właśnie w ogrodzie. Albo nie. Lepiej położę się na trawie, oprę wygodnie o pień drzewa, popatrzę na morze. Jest szansa, że wtedy ciśnienie nie podniesie mi się aż tak bardzo. Co się znowu stało?

– Nic takiego – odparła Beata. – Mam tylko wrażenie, że życie zatoczyło koślawą pętelkę i znów jestem w tym samym punkcie.

– Od razu koślawą – oburzyła się Agnieszka. – Myśl pozytywnie.

– Próbuję, ale zobacz sama. Jakub siedzi przy biurku jak Kacper, ma podobny bałagan i taki sam komputer.

– Tylko tak ci się wydaje. Te sprzęty są po prostu do siebie podobne. Nie dorabiaj do wszystkiego teorii, bo zwariujesz.

– Czekaj, to jeszcze nie wszystko. Nie wiesz najgorszego.

Przyjaciółka zamilkła, co nie zdarzało się często i chyba nawet wstrzymała oddech.

– On też pisze artykuły…

– No, trzymajcie mnie! – krzyknęła Agnieszka, ze świstem wypuszczając powietrze. – To ja się mało nie udusiłam z napięcia. Myślałam, że cię zdradził albo co najmniej zmienił płeć czy oddał Oliwii twój pierścionek zaręczynowy, a ty mi tu takie głodne kawałki wciskasz. Jest dziennikarzem z zawodu, to chyba normalne, że pisze.

– Przestań. Wiesz dobrze, że nie o to chodzi. Robi to dokładnie jak Kacper: bez skutku.

– Rozumiem, a tobie się wszystko kojarzy. Boisz się, że znów będziesz mieć jakąś niepozbieraną artystyczną sierotę na karku. No, mnie, kochana, o radę nie pytaj. Jak dla mnie on od początku był podejrzany. Pamiętaj, że wciąż możesz się wycofać. Do ślubu jeszcze daleko. Twoja mama też tak sądzi.

– Nieprawda. Moja mama właśnie mówi, że Jakub to świetny facet. Mam kuć żelazo, póki gorące, bo w mężczyźnie najważniejsza jest potencjalna zdolność zarobkowania, a reszta jakoś się ułoży – westchnęła. – Tata za to twierdzi, że Jakub nigdy się ze mną nie ożeni, tylko mnie zwodzi. Będzie miał opiekę przez rok we Francji, wykorzysta to, a potem mnie zostawi.

– I tak też może być… – Agnieszka zamyśliła się przez chwilę. – Chociaż to do Jakuba jednak niepodobne – dodała uczciwie. – Ale zastanowić się dłużej na pewno nie zaszkodzi.

– Przestań. Dostatecznie długo już się zastanawiałam. A gwarancji nigdy nie ma – Beata nagle zmieniła zdanie. Atak przyjaciółki paradoksalnie sprawił, że przypomniały jej się wszystkie najlepsze momenty związku. Pierwsze spotkanie na lotnisku, kiedy wyjeżdżała do Grecji, pobyt w tym samym hotelu, krótkie rozmowy, potem coraz częstsze spotkania, romantyczna kolacja na plantacji oliwek, zaręczyny… Cały wir niezwykłych wydarzeń, któremu pozwoliła się porwać.

– On jest inny – wydała stanowczy wyrok. – Właśnie widzę przez okno, jak sprząta. Kacper nigdy by tego nie zrobił.

– Niech ci będzie – przyznała Agnieszka niechętnie. – Ale proszę cię, bądź ostrożna. Fakt, że facet machnął kilka razy ścierką, jeszcze niewiele znaczy.

– Pa – Beata podjęła próbę zakończenia rozmowy. – Ucałuj Kostasa.

– Nie ma sprawy – ucieszyła się Agnieszka. – Włożę w to całą swoją energię. Ale poczekaj. Przecież nawet nie zdążyłam ci powiedzieć, w jakiej sprawie dzwonię. Mam pewne przeczucie – wyrecytowała jednym tchem.

– Jesteś w ciąży? – Tym razem Beata była szybsza.

– Nie. Skąd. Ja o tobie mówię.

– Ach, o mnie. Mogłam się domyślić. Zawsze próbujesz mi czytać w myślach.

– Słuchaj, bo to ważne. Doszłam do jednego wniosku.

– Dzięki ci, Boże, że tylko do jednego – roześmiała się Beata. – A cóż to za bieda? Czym byłaś zajęta? Przyznaj się. Normalnie to kilka pomysłów naraz ci nie wystarcza.

– Różne ma człowiek obowiązki po ślubie – Agnieszka westchnęła z wyraźną przyjemnością. – Co ci będę tłumaczyć, sama się przekonasz. A teraz nie zmieniaj tematu, bo ja mówię o tobie.

– Słucham – poddała się Beata.

– Musisz poszukać prawdziwej miłości – uroczyście i powoli powiedziała przyjaciółka.

– To znaczy? – zdziwiła się Beata.

– Całe życie mi się wydawało, że wszystkie związki są mniej więcej takie same – odpowiedziała Agnieszka, a w jej głosie brzmiała rzadko słyszana powaga. – Wystarczy mieć odrobinę rozumu, nie umawiać się ze skończonymi palantami i już. Reszta jest podobna. Wiesz. Spotykacie się jakiś czas, potem stabilizacja, dzieci, codzienność. Ale okazało się, że tak nie jest. Życie pokazało mi zupełnie inne możliwości. Możesz mieć coś naprawdę porywającego. Prawdziwą miłość. Proszę cię, nie daj się oszukać jakimś podróbkom.

Beata tylko westchnęła.

– Przyznaję – powiedziała cicho. – Widziałam na własne oczy. Tobie się rzeczywiście udało. Ale to tylko oznacza, że statystycznie wszystkie inne dziewczyny mają jeszcze mniejszą szansę niż wcześniej. Bo takich przypadków jest naprawdę mało, a ty już wykorzystałaś jeden z nielicznych wygranych losów. Dla nas zostały już w większości tylko puste. Można się co najwyżej cieszyć tym, co los dał.

– Przestań chrzanić. Tyle ci powiem – Agnieszka jednym cięciem przerwała rozważania przyjaciółki. – Nie ma żadnych limitów. Rozumiesz? To ważne. Musisz w swoim życiu też znaleźć taką prawdziwą miłość.

Beata zaczęła nerwowo chodzić po malutkim balkonie. To była tylko lekka rozmowa. Słońce przypiekało, sierpniowe niebo pyszniło się błękitem, człowiek od razu miał dobry humor. A jednak dziewczyna czuła, że coraz bardziej się denerwuje.

– Muszę kończyć – powiedziała stanowczo. – Za parę dni wylatujemy, a ja dopiero co wróciłam do Polski. Powinnam jeszcze odwiedzić rodziców w Krakowie, pozamykać na dobre kilka spraw i zastanowić się, co dalej. Wciąż mam wątpliwości.

– Jedź z nim do Francji – powiedziała Agnieszka stanowczo. – Bądź ostrożna, ale nie rezygnuj. Nigdy nie wiadomo, co taka wyprawa przyniesie. Zobaczysz Jakuba w różnych sytuacjach, łatwiej ci będzie poznać go i podjąć decyzję. Tylko pamiętaj, bądź twarda i nie daj się skusić byle czym.

– Dziękuję. Pa. Zadzwonię do ciebie wieczorem. – Rozłączyła się. Bardzo lubiła Agnieszkę, ale w tym momencie dalsza rozmowa była ponad jej siły. Nie chciała nawet myśleć o tym wszystkim. Tak, oczywiście, są na świecie kobiety, którym udaje się przeżyć coś niezwykłego, spojrzeć w oczy prawdziwej miłości, ale dla większości takie marzenia są po prostu niebezpieczne. Burzą spokój.

Beata wzięła głęboki wdech i otwarła drzwi balkonu.

Jakuba nie było już w pokoju. Zniknął też chaos. Wszystko było w miarę poukładane, a kurz w najbardziej widocznych miejscach starty.

Z kuchni dobiegały strzępy rozmowy telefonicznej. Jakub też się schował, przymknął nawet drzwi.

Przypadek czy jakaś znamienna cecha charakteryzująca nasz związek? – zastanowiła się Beata.

– Proszę cię, daj mi jeszcze trochę czasu! – usłyszała podniesiony głos mężczyzny i od razu się domyśliła, z kim Jakub rozmawia. Z byłą narzeczoną oraz szefową. Zgrzytnęła zębami na samą myśl i opadła na ten sam co wcześniej fotel.

To normalne, że przeszłość ciągnie się w jakiś sposób za każdym człowiekiem. Poprzednie związki to problem wielu relacji. Ludzie sobie z nimi radzą. Ale Oliwia to nie był łatwy przeciwnik. Atrakcyjna szefowa poczytnego kobiecego pisma wyciągnęła Jakuba zza biurka, awansowała i uczyniła swoim narzeczonym, po czym wykorzystała, a kiedy przestał być potrzebny, odstawiła w kąt bez najmniejszej trudności. Teraz znów nawiązała z nim zawodowe relacje. Ich kontakty dotyczyły ponoć wyłącznie pracy.

Czy to przypadkiem nie dlatego, że na nic innego piękna Oliwia nie ma już ochoty? – pomyślała ze smutkiem Beata, zastanawiając się nad trwałością swojego związku. – A co, jeśli nagle zmieni zdanie?

– Nie ma mowy! – dobiegł ją jeszcze wyraźny głos z kuchni i pokiwała głową z uznaniem. Najwyraźniej Jakub nauczył się odmawiać despotycznej szefowej.

Za dużo myślisz – skarciła się. – Chłopak przecież się stara. Wokół lato jak z bajki, w perspektywie podróż do Francji, pierścionek zaręczynowy na palcu. Nic, tylko cieszyć się życiem, a nie wymyślać problemy, których nie ma.

Kiedy Jakub wszedł do pokoju, uśmiechnęła się do niego serdecznie. Odetchnął z wyraźną ulgą.

– Pomysły Oliwii przekraczają wszelkie wyobrażenie – powiedział głośno. – Jak to dobrze, że już za kilka dni zacznę nową pracę i znów będę niezależny od tej kobiety. A do czasu pierwszej wypłaty, trudno, będę się żywił winogronami.

– Nie dam ci zginąć – uśmiechnęła się Beata. – Przywiozłam z Grecji mnóstwo oliwek od Agnieszki. W słoikach. Wystarczy na długo.

Podeszła do niego i poczuła, że obawy gdzieś odpłynęły. W jej sercu zapanował spokój. Ponad chaosem w mieszkaniu, kłopotami z pracą i bezsilnością wobec tekstu zobaczyła starania Jakuba. Wysiłek, który codziennie wkładał w przezwyciężenie trudności. Ludzie są przecież różni. Jednym pewne rzeczy przychodzą łatwiej, innym trudniej.

– Będzie dobrze – powiedziała.

– Nie mam co do tego wątpliwości – odparł. – Już nie – uściślił i odetchnął z wyraźną ulgą. – Bo jeszcze przed godziną ogarniała mnie straszna panika. Wszystko się sypało. Ale wystarczyło, że się do mnie przytuliłaś i świat ułożył się we właściwy obraz. Każdy jego kawałeczek. Obiecaj, że już nigdy nie wyjedziesz. Te ostatnie tygodnie to był prawdziwy koszmar.

– Wróciłam – odparła i poczuła, że to słowo ma głębszy sens. Oznacza nie tylko powrót fizyczny, lecz także uczuciowy. Do mężczyzny, do którego od pierwszego momentu pociągnęło ją serce i wołał wewnętrzny głos.

Przytuliła się mocniej. Było dobrze.

– Powiedziałbym, że jesteś moim światłem – odezwał się Jakub. – Ale wiem, że nie lubisz takich słów. To jednak szczera prawda. Kiedy jesteś blisko, wszystko staje się jaśniejsze. Piękne.

– Czasem możesz mnie troszkę dopieścić słowami – wyszeptała. – Byle tylko nie był to jedyny sposób wyrażania twoich uczuć.

Ciemne oczy mężczyzny nabrały głębokiej granatowej barwy.

– Co masz na myśli? – zapytał z nadzieją, wpatrując się w nią czujnie.

– Coś zupełnie innego niż ty – odparła z uśmiechem i odsunęła się. – Prozę życia. Pracę, obowiązki…

– Ach, prozę życia – Jakub wyraźnie się rozczarował.

– Nie tylko – przyznała z uśmiechem. – Ale to też jest ważne. Muszę wiedzieć, jak się sprawy mają.

– No dobrze – westchnął mężczyzna i wypuścił ją z objęć. – Co chciałbyś wiedzieć? – zapytał. – Niewiele nowego wydarzyło się od naszej ostatniej rozmowy. Umowę o pracę mam podpisaną. W winnicy czekają na nas. Domek, w którym będziemy mieszkać, też już przygotowano. Zarządcą całego majątku jest Polak, co ułatwia sprawę, bo ja po francusku wciąż mówię z trudem. Jakoś mi ten język nie wchodzi.

– A co ja tam będę robić?

– Na razie cieszyć się wakacjami. Należy ci się przecież urlop po roku pracy. W czasie zbiorów możesz pomagać, płacą za ilość zerwanych owoców, więc można trochę zarobić, ale to zajęcie na najwyżej trzy tygodnie. A potem… – zawiesił na chwilę głos. – Zobaczymy – wyjawił swój plan.

Beata pokiwała głową. Tego się właśnie obawiała.

– Na miejscu coś się z pewnością znajdzie – przekonywał ją. – Najważniejszy jest jednak ten domek. Wyobraź sobie. Słoneczna południowa Francja. Wokół zielone wzgórza porośnięte krzewami dojrzewających właśnie winogron. W oddali niewielki, ale urokliwy zamek właściciela posiadłości. A dla nas kamienny domek. Ma ponad sto lat i ciekawą historię. Obok niego znajduje się kwiatowo-warzywny ogród. Podobno leciutko zaniedbany, bo ostatni właściciele wyjechali jakiś czas temu, ale damy sobie z tym szybko radę.

Jakub zamilkł. Pochylił głowę i spojrzał Beacie prosto w oczy.

– Szczerze powiedziawszy, myślałem, że przeniosę cię przez próg jako żonę. Na początek wspólnego życia. Ale tego się niestety nie da zorganizować w kilka dni.

– Nie mogłam wcześniej przylecieć. Musiałam poczekać, aż znajdą kogoś na moje miejsce. Nie było łatwo, bo to szczyt sezonu – tłumaczyła się Beata.

– Wiem. To by i tak przecież nic nie pomogło. Rozmawiałem o tym ostatnio z twoją mamą. Mówiła, że rok to dla niej minimum i jeśli chcemy, to ona wszystko zorganizuje.

– Nie. – Beata wyprostowała się jak rażona prądem i od razu wyobraziła sobie rodziców w akcji. Mamę, która się zadłuży po same uszy, żeby tylko uroczystość była piękna i przebiła wszystkie rodzinne śluby, oraz ojca krytykującego zawzięcie każdy ruch swojej małżonki. A potem całą uroczystość. W stresie powodowanym sprzecznymi oczekiwaniami rodziców, ze świadomością piętrzących się wydatków.

Kiedyś marzył jej się wspaniały ślub z wielkim weselem, ale była wtedy dużo młodsza i bardziej sentymentalnie nastawiona do życia. Lata spędzone z Kacprem sprawiły, że teraz o wiele bardziej zależało jej na prawdzie niż pięknych ceremoniałach.

– Myślę, że to można załatwić w kilka dni. Jeśli komuś naprawdę bardzo zależy… – powiedziała powoli, kierując się nagłym impulsem. Huśtawka emocji, na której znajdowała się od jakiegoś czasu, wyrzuciła ją właśnie mocno ku górze.

– Co ty mówisz? – zdziwił się Jakub, bo takie romantyczne zrywy zwykle jej się jednak nie zdarzały. – Są przecież jakieś procedury. Kursy przeciwmałżeńskie i tak dalej…

– Przedmałżeńskie – poprawiła go.

– Wiem, może, ale tak to określił jeden mój kolega. Mówił, że po każdym kolejnym spotkaniu miał coraz mniejszą ochotę na małżeństwo.

– Źle trafił – odparła Beata. – Ja znam lepszych specjalistów i oni nam pomogą. Wszyscy w Krakowie, ale nikt chyba nie ma wątpliwości, że tak ważna uroczystość jak ślub mogłaby się odbyć gdzieś indziej.

Jakub przełknął ślinę i nerwowo podrapał się po szyi.

– Mówisz poważnie?

– A ty nie? – zapytała, patrząc mu w oczy. – Żartowałeś? Czy to był tylko taki gładki tekst obliczony na zaciągnięcie mnie do łóżka?

– Skąd! – oburzył się mężczyzna, trochę zbyt mocno. Coś najwyraźniej miał na sumieniu.

– Mnie się właśnie podoba takie podejście – powiedziała Beata. – Jeśli mamy wyjechać razem, mieszkać przez rok, a kto wie, może i dłużej, to zróbmy to porządnie. Zacznijmy dobrze. Od ślubu. Może być cichy. Powinien nawet być cichy i skromny. O tak. Żebym się mogła skupić na tym, co się naprawdę dzieje.

Jakub pokonał pokój kilkoma krokami, po czym wrócił.

– Dobrze – powiedział. – Nie ukrywam, że jestem zaskoczony. Lekko – dodał szybko. – Ale cieszę się i wszystko zorganizuję. Będziemy w naszym domku naprawdę szczęśliwi – obiecał trochę na wyrost, bo pojęcia nawet nie miał, od czego mógłby zacząć przygotowania. Jedyne, co mu przychodziło do głowy, to kupno sporego wora w sklepie ogrodniczym, zapakowanie do niego jakiegoś księdza drobniejszej budowy, przyłożenie mu pistoletu do skroni i zażądanie szybkiego ślubu bez formalności. Za dużo się chyba naoglądał filmów o włoskiej mafii z ubiegłego wieku. Ale i tak to wyjście wydawało mu się bardziej realistyczne od załatwienia całej procedury legalnie w trzy dni.

Beata uśmiechnęła się, nieświadoma pomysłów kłębiących się w umyśle narzeczonego. Usiadła na kanapie i spojrzała na Jakuba, który nadal nerwowo chodził po pokoju. Z tej perspektywy wydawał się jeszcze wyższy niż zwykle. Ciemne włosy opadały mu na czoło przy każdym kroku i co chwilę energicznie je odgarniał.

Kocham cię – pomyślała z czułością i aż zasłoniła usta, jakby się bała, że słowa wydostaną się bez udziału jej woli.

Dlaczego tak bardzo się tego przestraszyła? Na to pytanie także nie potrafiła udzielić sobie odpowiedzi.

ROZDZIAŁ 3

Aleks Sadowski usiadł na kamiennym murku i zapatrzył się w porośnięty chwastami ogród. Szef wydał mu jasne polecenie, by dom był przygotowany na przybycie nowych najemców. Ale słowo „przygotowany” ma jednak sporą pojemność. Mieści się w nim zarówno pucowanie okien, pielenie ogrodu, trucie szczurów oraz dezynfekcja zaśniedziałej łazienki, jak i przewietrzenie pomieszczeń i przetarcie większych kłębów kurzu.

Aleks bez namysłu wybrał drugą opcję. Hrabia i tak nie będzie tego sprawdzał, ma bowiem dość pracy przy zarządzaniu winnicą, zwłaszcza tuż przed zbiorami, a ten domek jest tylko jednym z kilku znajdujących się na terenie rozległej posiadłości. Jakieś przykre konsekwencje mogłyby się zdarzyć wyłącznie w przypadku, gdyby nowi mieszkańcy się poskarżyli.

Ale nie zrobią tego. Pewni swej wartości ludzie, którzy konsekwentnie potrafią dochodzić swoich praw, rzadko zgłaszają się do pracy w charakterze prostych pomocników. Ci, którzy starają się o posadę przy zbiorach, są najczęściej w trudnej sytuacji finansowej i zbyt mocno boją się zwolnienia, by odezwać się choć słowem.

Aleks nie obawiał się nowych najemców ani trochę.

Westchnął i z uznaniem przyjrzał się swoim firmowym spodniom i skórzanym sandałom. Stanowiły jawny dowód, że on sam dawno opuścił niziny społeczne, by wspinać się zasłużenie coraz wyżej.

Uprawa winorośli to szlachetne zajęcie. Nic dziwnego, że zawsze największe plantacje należały do wybrańców losu, dobrze urodzonych, z tytułami, które ledwo mieściły się na mosiężnych tabliczkach ozdabiających drzwi gabinetu. Ale żeby ci nieliczni mogli na koniach czystej krwi przemykać wśród równych rzędów winnych krzewów, ktoś inny musiał wstawać bladym świtem, całymi godzinami pochylać bolące plecy nad niskimi słupkami, by wykonywać wciąż te same niekończące się czynności. Ktoś musiał ostrym narzędziem obcinać dojrzałe grona, kalecząc się nie raz i nie dwa. Prażyć się w upale i moknąć w deszczu. Dźwigać ciężkie kosze oraz spać na prostym łóżku we wspólnym pokoju dla pracowników najemnych.

Na szczęście to już nie jestem ja – pomyślał mężczyzna. Zgrzytnął zębami i złym wzrokiem spojrzał w kierunku niskiego zamku, rozjaśnionego czerwoną poświatą zachodzącego słońca.

Splunął.

– Zamek, kurwa mać – wymruczał. – Zachciało im się luksusów. Taki jeden z drugim nic nie ma do roboty, tylko sączy winko, a jedynym zmartwieniem jest dla niego pogoda.

Miał świadomość, że przesadza, ale złe emocje wzięły górę. Bolała go niesprawiedliwość losu, który jednym daje prawdziwe zamki, mające realną wartość tytuły oraz winnice ciągnące się aż po horyzont, a innym zabiera wszystko.

Splunął jeszcze raz, spojrzał w stronę domku i zastanowił się, czy przynajmniej nie sprawdzić sypialni pod kątem obecności ponurych gryzoni, zamieszkujących opuszczoną posiadłość w ciągu ostatnich dwóch lat. W Polsce szczury nie są powszechnie spotykane i potrafił sobie wyobrazić szok młodych ludzi na ich widok. Ale nie chciało mu się ruszać z wygodnego murka.

Niech sobie radzą – pomyślał bez cienia współczucia. W końcu on też zawsze musiał sam mierzyć się z życiowymi wyzwaniami i nikt mu nie pomagał. A jeśli miłość tych młodych jest tak słaba, że pokona ich zaniedbany dom czy też parę nieszkodliwych gryzoni, to lepiej, jeśli rozpadnie się odpowiednio wcześnie.

Działam dla ich dobra – zakończył swoje rozważania.

Rozgrzeszywszy się w ten prosty sposób, wetknął w usta papierosa, po czym zaciągnął się z przyjemnością.

Spojrzał na wyświetlacz komórki. Marie jeszcze nie dzwoniła. Kolacja pewnie dopiero się gotuje. Pomasował się po pustym brzuchu i westchnął. Nie kochał tej kobiety, ale utrzymywał znajomość, ponieważ Marie była piękna, dobrze gotowała i miała własny dom. Nie wiedział, dlaczego tak łatwo poddała się jego nieudolnym staraniom. Nigdy nie był specjalnie przystojny, a czarowanie kobiet też nie stanowiło jego mocnej strony. A jednak udało mu się z zimną precyzją wykonać kolejne kroki i wbrew działaniom konkurencji zdobyć serce pięknej Francuzki.

– Jesteś draniem – wyszeptał i zeskoczył z murka, by szeroką ścieżką ruszyć w stronę zaparkowanego niedaleko samochodu. To był wniosek, do którego nie doszedł samodzielnie. Wielokrotnie wykrzyczano mu go prosto w twarz. Tyle razy, że w końcu się przyzwyczaił, przestał przejmować, a nawet poczuł coś na kształt przekornej dumy.

O tak. Był draniem i to całkiem niezłej kategorii. Co więcej, zamierzał nadal kształcić się w swoim fachu. Spodobało mu się. Doszedł do wniosku, że być draniem w dzisiejszych czasach, to całkiem niegłupie rozwiązanie. Doświadczenie życiowe wskazywało, że o wiele lepsze niż szukanie miłości, budowanie rodziny i tym podobne mrzonki. Los w jednej chwili może ci zabrać wszystko, na co pracowałeś latami. Draniowi nie można zabrać niczego, z tej prostej przyczyny, że w jego życiu nie ma żadnych spraw, ludzi ani miejsc, które miałby jakąkolwiek wartość. A to, co jest, w razie czego bez problemu można zastąpić. Związek bez miłości – innym, to żaden kłopot. Pracę tylko dla pieniędzy zawsze można znaleźć. Mieszkanie, w którym jest po prostu wygodnie – też. Tylko uczucia są jedyne na świecie, tylko ludzie, których się kocha, pozostawiają w sercu wyrwę. Jeśli ich nie ma – masz spokój.

Aleks stanął przy samochodzie. Wysokie terenowe bmw błysnęło w słońcu idealnie wypolerowaną czernią karoserii. Mężczyzna przejechał dłonią po masce i z dumą przyjrzał się swojemu pupilowi, po czym jeszcze raz włączył telefon. Nic się nie zmieniło. Żadnych nowych wiadomości. Odetchnął z mimowolną ulgą. List z Polski najwyraźniej jeszcze nie nadszedł. Mężczyzna poruszył ramionami, jakby chciał z nich strzepnąć jakiś ciężar. Nie mógł się jednak wyprostować jak kiedyś, nie potrafił też zaczerpnąć powietrza z całych sił, a o szczerym śmiechu nawet już nie myślał. Do ciągłego niepokoju też był przyzwyczajony.

Od kilku dni objawy się jednak nasilały. Cokolwiek robił, cały czas podświadomie czekał na list. Wiedział, że kiedy wreszcie nadejdzie, on świetnie sobie poradzi i tym razem. Miał pieniądze, czas i odpowiednią wiedzę. To było połączenie, które w polskich sądach zapewniało, nawet jeśli nie całkowitą bezkarność, to przynajmniej możliwość unikania odpowiedzialności i odciągania w czasie wszelkich konsekwencji swoich działań.

Niepokój jednak nie znikał.

Aleks schował telefon do kieszeni i włączył silnik. Ruszył w stronę widocznego w dolinie miasteczka. Do Marie. Pięknej, dobrej, pracowitej. By wykorzystać do dna to, co mu każdego dnia i każdej nocy ofiarowała, nie otrzymując w zamian prawie nic. Dzisiaj miał zamiar zażądać szczególnie wiele, bo targały nim wyjątkowo mocne emocje. Złe emocje.

ROZDZIAŁ 4

Pociąg do Krakowa mknął bez przeszkód. Klimatyzacja działała sprawnie, siedzenia były wygodne, a kawa, którą częstowano pasażerów, smaczna. Mimo tego Jakub całą podróż spędził na omawianiu cech wymarzonego samochodu, który miał zamiar kupić za zarobione we Francji pieniądze. Jak przystało na rasowego humanistę, nie koncentrował się na parametrach technicznych czy rodzajach silników. Raczej na opływowym kształcie maski, którą rysował dłońmi w powietrzu z wyraźnie wyczuwalną czułością.

Gdzie jesteście? – Beata odczytała wiadomość od mamy.

Wyjrzała przez okno. Kolorowe domki i zielone pola nic jej nie mówiły.

Niedługo będziemy na miejscu – odpisała szybko.

Dobrze, że pojechaliście pociągiem. Jest bezpiecznie i nie trzeba stać w korkach –