Franciszek Liszt. Przyjaciel Polski i Polaków - Stanisław Dybowski - ebook + książka

Franciszek Liszt. Przyjaciel Polski i Polaków ebook

Stanisław Dybowski

0,0

Opis

Franciszek Liszt zapisał się w historii muzyki jako jeden z najwybitniejszych pianistów i kompozytorów XIX wieku. Równie fascynujące i bogate było jego życie prywatne. Żywo komentowane romanse, zniewalająca publiczność wirtuozeria, trudne relacje rodzinne, liczne przyjaźnie i znajomości zawodowe, w końcu zaskakująca decyzja o przyjęciu niższych święceń duchownych, zakończenie długoletnich waśni – wszystko to Stanisław Dybowski opisuje z wyjątkowym talentem, sięgając do źródeł z epoki. Oferuje jednak znacznie więcej niż tylko kolejną biografię. Spośród licznych kontaktów znakomitego pianisty autor wydobywa na plan pierwszy jego związki z Polską i na nich skupia swą opowieść. Przedstawia całą barwną galerię Polek i Polaków, którzy odegrali istotną rolę w życiu Franciszka Liszta: artystów ‒ z Fryderykiem Chopinem na czele ‒ arystokratów, ludzi kultury, w końcu kobiet, wśród których najważniejszą rolę odegrała Karolina Sayn-Wittgenstein. Równie pieczołowicie autor wymienia polskie wątki w twórczości wielkiego Węgra ‒ utwory oparte na tematach polskich, motywach dzieł Chopina, rytmach polskich tańców, pieśniach ludowych, dzieła dedykowane Polakom. Opisuje także zaangażowanie Franciszka Liszta w sprawy polskie, manifestacyjne nieraz dowody poparcia dla naszych dążeń niepodległościowych, otwierając nową perspektywę spojrzenia na tego wybitnego artystę, któremu Polska i jej kultura były nader bliskie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 854

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




SŁOWO WSTĘPNE

Liszt był największym wirtuozem fortepianu w I połowie XIX w. i wielkim kompozytorem swego stulecia. Chociaż po 1848 r. wycofał się z życia koncertowego, by poświęcić się przede wszystkim twórczości, to jednak blask jego sławy przyćmiewał innych pojawiających się w Europie pianistów. Podejmując temat związku Liszta z Polską, trzeba odnieść się do relacji Liszt–Chopin. Każdy z nich był indywidualnością pianistyczną i kompozytorską. W „Kronice rodzinnej” nr 24 z 1873 r. nazwano ich „dwa na słońcach swych stojące bogi”. Z kolei Lina Ramann w obszernej monografii poświęconej Lisztowi nazwała ich Kastorem i Polluksem, dziećmi Zeusa i Ledy. Przypomnijmy najważniejsze fakty. Poznali się w Paryżu pod koniec 1831 r. Liszt był na pierwszym koncercie Chopina 25 lutego 1832 r. w salonie Pleyela. Do 1835 r. występowali wspólnie na koncertach, grali czasem na cztery ręce lub na dwa fortepiany, współdziałali przy powstaniu Hexameronu w 1837 r. W salonie Liszta i Marii d’Agoult Chopin poznał George Sand. Cykl Etiud op. 10 poświęcił Lisztowi, a op. 25 – Marii d’Agoult. Podziwiał Liszta, nawet zazdrościł mu wirtuozowskiego wykonania Etiud op. 10, które tenże grał z pamięci do końca życia. Ale z lekceważeniem wypowiadał się o kompozycjach Liszta, ekstrawaganckich reminiscencjach, fantazjach na różne tematy, którymi ten szokował, zdobywał poklask publiczności. Niestety, Chopin nie poznał późniejszych dzieł kompozytora, wspaniałej Sonaty h-moll i dzieł symfonicznych. Jako wirtuoz Liszt rywalizował z Thalbergiem, Chopin zaś reprezentował zupełnie odmienny styl gry.

Liszt przyćmiewał Chopina brawurą i siłą, Chopin zaś Liszta niewysłowioną poezją. Balzac, porównując ich grę, powiedział, że Węgier jest demonem, a Polak – aniołem. A Legouvé w 1838 r. na pytanie, kto jest pierwszym pianistą w Europie – Liszt czy Thalberg – napisał, że jest nim Chopin. Pod koniec lat 30. przyjaźń Chopina z Lisztem zaczęła ulegać rozluźnieniu. Przyczyniły się do tego, w pewnej mierze, małe intrygi dam ich serc, może też protekcjonalny ton Liszta drażnił Chopina. Kroplą, która przelała czarę goryczy, była recenzja Liszta z koncertu Chopina w 1841 r., w której można było odczytać sugestię, że środki ekspresji w grze Chopina są zbyt ograniczone, by mógł on w pełni wyrazić swe idee. To mocno zabolało Chopina. Już wcześniej Maria d’Agoult pisała do H. Lehmanna: „Mała nieprzychylna koteria usiłuje wskrzesić Chopina, który zagra u Pleyela”, a po koncercie – że był to koncert przy drzwiach zamkniętych, wśród przyjaciół, i że Liszt napisał zdumiewający artykuł. Jednakże Liszt i Chopin widzieli się w 1842 r., byli razem na obiedzie i ojciec Chopina napisał do niego: „Byliście przyjaciółmi, jest rzeczą piękną prześcigać się w delikatności”1.

Liszt był pełen podziwu dla Chopina, ale jako wielki artysta nie był pozbawiony pewnego egotyzmu, swoistej dumy, co wrażliwy Chopin wyczuwał. Liszt inspirował się poetyckim wdziękiem utworów Chopina, opracował na fortepian sześć jego pieśni, a po śmierci Polaka napisał pierwszą o nim monografię w 1852 r. Wprawdzie wyraził się na przykład o koncertach i sonatach, że „więcej w nich woli niż natchnienia”, nie rozumiał też ostatnich dzieł Chopina, ale w liście do księżnej Caroliny von Wittgenstein z 1 stycznia 1876 r., kiedy miał wydać po raz drugi monografię, przyznał się: „W 1849 r. nie rozumiałem jeszcze intymnego piękna ostatnich dzieł Chopina […] Z nikim nie da się go porównać, błyszczy on sam, jedyny na firmamencie sztuki”2. To go rozgrzesza z chełpliwości i z braku zrozumienia. Oficjalnie pisano w Polsce o wzajemnym uwielbieniu obu kompozytorów. Badania powojenne ukazały jednak drugą stronę medalu. Najpierw w listach Juliana Fontany do S.E. Koźmiana ujawniony został kontrowersyjny stosunek do książki Liszta. Fontana przymierzał się nawet do napisania jakiegoś eseju, ale zrezygnował, nie chciał pozostawiać żadnej rysy na micie Chopina. Następnie odkryta została ostra krytyka monografii Liszta i dezaprobata jego ujęcia postaci Chopina przez Jane Stirling w jednym z jej listów do Ludwiki Jędrzejewiczowej. Zresztą wymijająco odpowiedziała ona Lisztowi w zastępstwie rodziny Chopina, do której zwrócił się z dwunastoma pytaniami biograficznymi odnośnie do Chopina przed napisaniem monografii. Można powiedzieć, że pojawiły się dwa obozy – obrońców Liszta z cytowanym Serge’em Gutem, który uważał, że przyjaźń Chopin–Liszt była jednostronna, oraz obrońców Chopina z Gastonem Belottim, włoskim chopinologiem krytycznie nastawionym wobec George Sand i Liszta oraz z Jean-Jacques’em Eigeldingerem, znanym badaczem Chopina, który recenzję Liszta z koncertu Chopina w 1841 r. nazwał Coup de force… – „zamachem stanu i pogrzebem pierwszej klasy”3.

Opinie o inspiracjach negatywnych Liszta są przesadzone. Zrezygnował z kariery pianistycznej, poświęcił się twórczości i dyrygowaniu, nowej miłości i na koniec religijnej „transcendencji”. Walczyły w nim dwie natury: pełna zmysłowości, dynamicznego stosunku do życia, ekstrawertycznego przyjmowania w twórczości różnych wpływów, zauroczenia korespondencją sztuk, a w grze – niesamowitej wirtuozerii rozsadzającej fortepian, i natura pełna refleksji, także religijnej; a więc zderzały się działania dwóch sił – sacrum i profanum. Jego twórczość jest nierówna, różnorodna. Po wirtuozowskich parafrazach czasów młodości stworzył dzieła o wielkiej głębi i nowatorskiej formie, i to w różnych gatunkach. Nawet w etiudach fortepianowych, po pierwszym zbiorze z 1826 r., nawiązującym do Czernego, nauczyciela Liszta, ewoluował długo pod wpływem Chopina, Paganiniego, by dojść do apogeum w Études transcendantes w 1851 r. w stylu orkiestrowego nawarstwiania różnych technik, faktur, ale także charakteru kantylenowego (Leggierezza). Inspirowała go wielce poetyckość Chopina, na przykład w Consolation Des-dur, En rêve: nocturne czy w Sonetach Petrarki. Również polskie tańce narodowe, mazurki i polonezy, stały się impulsem jego działań. Nie tylko poświęcił im rozdziały w monografii o Chopinie, pod wpływem księżnej Karoliny Wittgenstein de domo Iwanowskiej, ale sam komponował i mazurki, i polonezy, wykorzystywał je również w innych utworach i gatunkach. Był nowatorem harmonii, zainspirowany wykładami F.J. Fétisa z filozofii muzyki oraz z koncepcji harmonicznych, zwłaszcza jego ideą ordre omnitonique, która oznaczała ostatnią fazę harmonii I połowy XIX w. (także u Chopina), kiedy to niemal wszystkie dźwięki mogą pełnić funkcję toniki. Liszt – jak sam mówił – kierował się tą zasadą. Fétis nie odwoływał się w koncepcji harmonii do zasad akustyki, ale do właściwości umysłu. Skłaniał się do antropologicznej, metafizycznej, jego zdaniem, idei, że harmonia, tonalność zależą od kultury, od wrażliwości twórcy. Liszt uważał, że Fétis najlepiej zdefiniował rozwój harmonii i rytmu w muzyce.

Chopina i Liszta łączyła jeszcze pedagogika, oczywiście nie w tym samym czasie – Chopin zajmował się nią w Paryżu do 1848 r., a Liszt w Weimarze, Rzymie i Peszcie, głównie w ostatnich latach życia (1884–1886). Chopin sformułował Szkice do metody gry, Liszt nie zostawił żadnej szkoły gry poza zeszytami Technische Studien. Chopin inspirował adeptów gry, dyskutował z nimi sposób toucher, niekiedy wykonywał fragment utworu, a Liszt raczej tylko pokazywał, jak należy interpretować daną kompozycję. Nauczali gry fortepianowej prywatnie, ciesząc się wielką renomą i szeroko oddziałując na pianistykę XIX w. Ich lekcje, metody zostały opisane i udokumentowane, przede wszystkim przez uczniów.

Wielki Liszt – niedościgniony wirtuoz, w młodości może zbytnio chełpliwy, w następnych latach nowator w zakresie kompozycji, organizator życia muzycznego, myśliciel, był związany relacjami z wieloma ludźmi w całej Europie, nie szczędząc im uwagi i pomocy. Właśnie temu tematowi poświęcona jest praca Stanisława Dybowskiego – utrzymywanym do ostatnich lat życia związkom Liszta z Polakami, jego zainteresowaniom historią Polski, nawiązaniom do polskiej tradycji i spuścizny muzycznej. Dlatego też autor przedstawił wielką galerię Polaków otaczających Liszta oraz utworów inspirowanych motywami polskimi i dedykowanych Polakom. Jego praca nie tyle rekompensuje kontrowersyjne interpretacje dotyczące relacji Chopina z Lisztem, co uzupełnia fakty oraz wzbogaca niepomiernie obraz zaangażowania Liszta w sprawy polskie, z jego empatią, wspaniałomyślnością. Konieczne też było nakreślenie biografii Liszta, bo nie ma się do czego odwołać we współczesnej polskiej muzykografii, brakuje nowych opracowań życia i twórczości artysty. A zatem książka otwiera nową perspektywę spojrzenia na Liszta jako człowieka i artystę w zderzeniu z Polską i jej kulturą. Poszerza naszą wiedzę, a w wielu punktach – zaskakuje.

Profesor Irena Poniatowska

PRZYPISY DO SŁOWA WSTĘPNEGO

1 List z 16 października 1842, w: Korespondencja Fryderyka Chopina, opr. Bronisław Edward Sydow, t. II, PIW, Warszawa 1955, s. 70.

2 Przedruk listu w: Correspondance, red. Pierre-Antoine Huré, Claude Knepper, J.-C. Lattès 1987, s. 516–517, cyt. za: Chopin w krytyce muzycznej (do I wojny światowej). Antologia, red. I. Poniatowska, NIFC, Warszawa 2011, s. 378.

3 Jean-Jacques Eigeldinger, Liszt rend compte du concert de Chopin (1841): coup de force et enterrement de première classe, w: Chopin w kręgu przyjaciół / Chopin parmi ses amis, V, red. I. Poniatowska i Danièle Pistone, Warszawa 1999, s. 54–80.

Liszt błyszczy jak światło,

wybucha jak grzmot

i zostawia po sobie

silny zapach siarki…

Robert Schumann

Na wysokości, na której

Liszt przebywa, jest sam…

Karol Tausig

Książkę tę poświęcam wspaniałemu tłumaczowi muzyki LisztaKrystianowi Zimermanowi

WPROWADZENIE

Mijał ostatni tydzień lipca 1886 roku. Odświętnie przystrojone niemieckie miasto Bayreuth w Górnej Frankonii tętniło życiem i radością. Powodów do radości było kilka: corocznie odbywający się tutaj festiwal dzieł uwielbianego Wagnera, przyjazd cesarza i wielu znakomitych gości ze sfer rządowych, a także setki melomanów rozkochanych w nieśmiertelnych partyturach muzycznych tego, który rozsławiał miasto i cały kraj. Wśród przybyłych i miejscowych honory domu pełniła wyniosła i władcza Cosima Wagner, żona wielkiego kompozytora. Czuwała nad wszystkim, co tyczyło się święta muzycznego.

W ciągu dnia bystrym okiem obserwowała próby i przygotowania do wystawienia Tristana i Izoldy, a późnym popołudniem, gdy publiczność zaczynała wypełniać widownię teatru zbudowanego przez Wagnera dla wystawiania swych dramatów muzycznych, otoczona wysoko urodzonymi osobistościami, zajmowała lożę, by z nabożeństwem słuchać genialnych dźwięków muzyki swego męża.

Gdy miasto radowało się, sławiąc Wagnera, w wynajętym mieszkaniu miejscowego nadleśniczego umierał jeden z najwspanialszych artystów stulecia. Umierał osamotniony, skromny, bez żalu, że nie ma przy nim teraz nawet własnej córki Cosimy. Leżał rozpalony gorączką, tłumiąc kaszel. W jego głowie przesuwały się zamglone obrazy przeszłości, odżywały zwycięstwa i porażki, uniesienia i cierpienia, doświadczenia, pomysły, których nie dane mu było zrealizować, niespełnione marzenia. Umierał, gdy Bayreuth okrywało glorią Wagnera, jego młodszego kolegę i przyjaciela, którego nazwisko było na ustach każdego mieszkańca. W samotności i zapomnieniu odchodził stary człowiek, zamykając za sobą księgę życia.

Człowiekiem tym był, tak jeszcze niedawno otoczony rojem wielbicielek i wielbicieli, opromieniony blaskiem światowej sławy, Franciszek Liszt: genialny pianista i kompozytor, pedagog, pisarz, działacz społeczny, entuzjasta nowych prądów w sztuce, gorący propagator Chopina, Berlioza i Wagnera oraz rzeszy utalentowanych muzyków, których nazwiska już wkrótce będą powtarzane w świecie. Stopniowo opuszczali go najwierniejsi – nikomu nie był już potrzebny.

Przez dziesiątki lat upływającego XIX stulecia Liszt był obiektem płomiennych zachwytów i uwielbień. Należał do artystów najbardziej znanych i podziwianych, doprowadzając słuchaczy swych koncertów do paroksyzmów zachwytu. Olśniewał wirtuozerią, budząc zachwyt i lęk. Zarzucano mu, że jest wcieleniem szatana. A mimo to na jego występy przychodziły tłumy pragnące zobaczyć i usłyszeć artystę nad artystami, podziwiać akrobatę fortepianu. Podobne odczucia wywoływał pół wieku po Liszcie Ignacy Jan Paderewski, z tą różnicą, że Węgier tworzył ze swej sztuki szlachetne widowisko, a Polak – misterium.

Liszt pojawił się w Europie jak meteor. Na swą muzę wybrał Polkę, Karolinę Iwanowską. Dzięki niej poznał mentalność narodu polskiego, zaś dzięki Chopinowi, serdecznemu i podziwianemu przyjacielowi – istotę polskiej muzyki. Polskość jawiła mu się jako mieszanka najbardziej sprzecznych pierwiastków, od niewyobrażalnego bohaterstwa po uległość, gdy zaś szło o działanie i decyzyjność, zwykł był mawiać: „tylko nie po polsku”. Był przekonany, że Polacy reprezentują typ kobiecy, a Polki – męski. Kochał i cenił Polaków za ich oddanie ojczyźnie i jej bezinteresowne służenie.

Węgierski muzyk był skromny, dla każdego życzliwy i przyjazny, nie kalał się nigdy zawiścią czy zachłannością. Przeciwnie – zawsze wspaniałomyślny, uczynny aż do rozrzutności, stawiający cudze sukcesy wyżej niż własne. To on potrafił ukazać światu geniusz Chopina, torować drogę do sławy Wagnerowi, Zarębskiemu, Tausigowi, zachwycić się dziełami Moniuszki, pochwalić i dodać wiary Noskowskiemu, Gallowi, braciom Wieniawskim, Żeleńskiemu, wesprzeć Godebskiego, Welońskiego i innych.

Liszt miał życie wypełnione olśniewającymi sukcesami, miłością, przyjaźnią i wytężoną pracą. Imię jego było na ustach całego świata muzycznego, zaś legendy o nim czyniły zeń osobę nader popularną. Poświęcano mu artykuły, pisano na jego cześć wiersze, a uniwersytety i akademie poczytywały sobie za wielki zaszczyt obdarowanie go honorowym członkostwem.

Gdyby ktoś zechciał zebrać o nim wszystkie anegdoty rozrzucone po świecie i wydać w postaci książkowej, mógłby stworzyć pasjonującą lekturę godną każdego miłośnika muzyki. Nawet pół wieku po śmierci kompozytora w polskiej prasie można było spotkać następującą opowiastkę:

Pewna fanatyczna zbieraczka autografów napisała do Liszta, by zechciał dać koncert na raucie, który zamierza urządzić. Liszt odpisał w te słowy: „Zgadzam się, ale za honorarium w wysokości tysiąca dukatów”. Dalsza korespondencja urwała się. Po kilku miesiącach Liszt miał sposobność oglądania zbioru autografów, między którymi znajdował się również jego list. Kompozytor uśmiechnął się i rzekł dobrotliwie: „Nie wiedziałem, że łaskawej pani szło tylko o mój autograf. Trzeba było wówczas od razu tak napisać, a byłaby go pani niezwłocznie otrzymała. Ten list bowiem wyszedł spod pióra mojego lokaja”.

Liszt, ten najwspanialszy pianista świata, przemierzał Europę jak triumfator. „Fortepian jest moim ja, moim sercem i życiem” – powiedział kiedyś o swym ulubionym instrumencie. Gra jego nie tylko zadziwiała, ale i zniewalała. Potrafił z fortepianu wydobywać brzmienia, jakich jeszcze nie słyszano. Bladły przy nim największe sławy pianistyczne, był królem estrad koncertowych.

Wśród muzyków epoki Liszt stanowił osobowość, jakich próżno szukać w XIX wieku. Entuzjasta prądów narodowowyzwoleńczych w Europie, rewolucjonista solidaryzujący się z powstańcami polskimi, włoskimi, francuskimi i niemieckimi, zwolennik równości, był mistykiem zatopionym w ekstazie religijnych uniesień, człowiekiem tęskniącym za ideałem niezmąconego szczęścia ludzkości…

Życie muzyczne rozpoczął od triumfów i podboju Europy swą sztuką wykonawczą. Będąc u szczytu sławy, zrozumiał jednak, że droga, którą kroczy, nie jest jego powołaniem, że nie odtwórczość, lecz twórczość może przynieść mu nieśmiertelność. A przecież komponował od najmłodszych lat. Gdy był chłopcem, utworki jego wprawiały słuchaczy w zachwyt. Gdy zaś jako sławny wirtuoz wykonywał swoje kompozycje, narażał się na głosy krytyki. Liszta-wirtuoza uwielbiano, Liszta-kompozytora ledwie tolerowano. Zdecydował więc przerwać podróże koncertującego pianisty, by całkowicie oddać się twórczości. Przerwał wojaże również dlatego, że coraz częściej towarzyszyła mu zawiść, niewdzięczność i niesprawiedliwość. Ci sami, którzy ongiś rzucali mu kwiaty na estradę, obsypywali prezentami, a pękniętą strunę z jego fortepianu rozszarpywali jak relikwię, teraz poczęli wątpić w jego talent i możliwości twórcze. Niesprawiedliwy w swych osądach okazał się Robert Schumann, gdy pisał: „Jeśli jako pianista doszedł do zadziwiających osiągnięć, to jako kompozytor został w tyle”. Niesprawiedliwy był także samolubny Balzak: „Liszt posiada nadzwyczajny talent wykonawczy, którym może równać się jedynie z Paganinim, ale twórczego geniuszu mu brakuje”.

W rzeczywistości jednak Liszt jako twórca był awangardzistą. Jego najlepsze utwory rozumieli tylko nieliczni. Liszt-kompozytor dusił się w zastanych formach. Dla wyrażenia swych myśli musiał tworzyć nowe. Jego poematy symfoniczne manifestowały nowy styl w muzyce: były utworami programowymi związanymi najczęściej z określoną treścią literacką. Również duża liczba utworów fortepianowych to nic innego jak poematy zrodzone z fascynacji ludźmi, przyrodą, poezją, sztukami plastycznymi, literaturą, religią.

Liszt-twórca lubił eksperymentować. Instrumentując utwory orkiestrowe, zestawiał ze sobą współbrzmienia do tej pory niestosowane. On pierwszy napisał utwór nazwany Bagatela bez tonacji. Pierwszy przewidział drogę, którą pójdzie rozwój twórczości muzycznej. Podobnie jak Beethoven, który „wyważył wrota do romantyzmu”, Liszt dał impuls nowym kierunkom kolejnego stulecia.

Zasługi Franciszka Liszta dla muzyki leżą nie tylko w dziedzinie twórczości. On pierwszy, jeszcze w okresie działalności wirtuozowskiej, odważył się wypełniać cały koncert wyłącznie swoją grą. Znane było powiedzenie pewnego majora rosyjskiego, który dowiedziawszy się o występie Liszta, zapytał wprost: „Liszt grać będzie sam, bez muzyki?” – pod słowem „muzyka” rozumiejąc orkiestrę! „Najbardziej zadziwił nas – napisał jeden z muzyków – program Liszta: grał przecież zupełnie sam, bez żadnej orkiestry i pomocników, sobą wypełnił cały koncert – to była wielka nowość w całej Europie”. Liszt był też pierwszym koncertującym pianistą, który program występu potrafił wypełnić dziełami tylko jednego kompozytora.

Poza tworzeniem i koncertowaniem z upodobaniem oddawał się pedagogice, dziedzinie z biegiem lat dla niego równie ważnej. Uczniowie jeździli za nim jak za prorokiem. Uczył, nie pobierając zapłaty, a nawet często sam utrzymywał swych podopiecznych, poświęcając im każdą wolną chwilę. Przyjeżdżali przeto do niego z różnych stron świata pianiści, ale także kompozytorzy, dyrygenci, a nawet skrzypkowie. Każdemu starał się pomóc, gdy tylko zauważył przebłysk zdolności. Mimo sławy, pieniędzy, powodzenia u kobiet, względów możnowładców Liszt nie był człowiekiem w pełni szczęśliwym. Nie udało mu się zrealizować szczytnych idei, aby ludzie byli sobie równi… Uważał się za Węgra, chociaż językiem tego narodu nie władał. Przez dłuższy czas mieszkał w Niemczech, ale lepiej mówił po francusku. Był obywatelem świata bez własnego domu.

W okresie swego intensywnego życia Liszt był wielokrotnie u progu własnego szczęścia. Jednak nie spełniła się nadzieja małżeństwa z Polką Karoliną z Iwanowskich mogącego dać podwaliny stabilizacji. Także nie wszystkie twórcze zamierzenia zostały zrealizowane. W trudnych sytuacjach wielki muzyk stosował zawsze rozwiązania radykalne. Również i tym razem poruszył świat swą decyzją: w Rzymie przyjął niższe święcenia duchowne, by oddać się jako „pokorny sługa Boży” Kościołowi. Kult życia, miłości, sztuki przerodził się teraz w romantyczne uniesienie religijne. Nadal jednak pozostał na poły Cyganem, na poły księdzem. Natury te walczyły ze sobą do ostatka.

Niniejsza książka poświęcona wielkiemu muzykowi eksponuje związki Liszta z Polską i Polakami, pokazując je w różnych aspektach i na różnych poziomach. Liszt lubił i cenił Polaków, a przygoda z nimi rozpoczęła się od fascynacji Chopinem i polską muzyką. Z pewnością frapowało go to, że przyjaciel Chopin tak dużo wysiłku wkłada w tworzenie mazurków i polonezów, cyzelując je i dopracowując w najdrobniejszych szczegółach. Liszt w miarę poznawania ulegał urokowi tych kompozycji, ale szczególnie absorbowała go ich odrębność. Ciekawość zaś wiodła do chęci poznawania Polaków i polskiej ziemi, która wydała światu geniusza z Żelazowej Woli. Czytelnik odnajdzie w tej książce szeroko przedstawione polskie wątki w życiu i twórczości Liszta, niepodejmowane wcześniej przez innych badaczy. Ich brak wynikał przede wszystkim z trudności w dotarciu do źródeł polskich rozsianych na wielkiej przestrzeni historycznej. Ponadto poważnym utrudnieniem była bariera językowa.

W dokumentacji faktów z życia i twórczości kompozytora konieczne było odtworzenie nieistniejących już dokumentów oraz dokonanie ich rekonstrukcji w oparciu o wiele źródeł.

Druga część książki przybliża olbrzymi krąg Polaków, którzy związani byli z Lisztem. Są tam informacje o przedstawicielach najróżniejszych profesji, od muzyków poczynając, poprzez poetów, pisarzy, malarzy, rzeźbiarzy, na politykach i zarządcach dóbr kończąc.

Trzecia część omawia muzyczne dzieła Liszta w różny sposób związane z Polską i Polakami. Pokazane są lisztowskie kompozycje oparte na polskich tańcach narodowych, wykorzystujące motywikę naszych ważnych pieśni, jak również dzieła inspirowane twórczością polskich kompozytorów itp. W spuściźnie lisztowskiej wyodrębniono kompozycje tworzone dla Polek i Polaków oraz im dedykowane.

CZĘŚĆ PIERWSZAŻYCIE I TWÓRCZOŚĆ FRANCISZKA LISZTA

ROZDZIAŁ IDZIECIŃSTWO I LATA MŁODZIEŃCZE (1811–1830)

DOM RODZINNY

22 października 1811 roku w węgierskiej wiosce Doborján, opodal miasteczka Sopron na pograniczu austriackim, przyszedł na świat chłopiec. Rodzice Anna i Adam Lisztowie nadali mu imię Franz (po węgiersku – Ferenc, po polsku – Franciszek). Położona na skraju niziny węgierskiej wioska zamieszkana była przez kilka rodzin. Dom państwa Lisztów leżał na terenie dóbr książąt Esterházych.

Matka Franciszka, z domu Lager, odznaczająca się dobrocią, skromnością i pobożnością, była córką kupca drobnych wyrobów galanteryjnych w austriackim miasteczku Krems. Ojciec pełnił funkcję urzędnika administracyjnego w rezydencji księcia Esterházyego w Kismarton. Tam zetknął się z kapelą dworską prowadzoną przez Józefa Haydna, a później przez Jana Nepomuka Hummla. Jako człowiek nieprzeciętnie zdolny i muzykalny w krótkim czasie opanował grę na kilku instrumentach smyczkowych, gitarze, fortepianie i flecie. Mimo umiłowania muzyki sytuacja materialna nie pozwalała mu jednak poświęcić się wyłącznie tej dziedzinie. Pozostawał więc nadal na stanowisku urzędnika zapewniającym jaki taki byt rodzinie.

W 1810 roku inteligentny i energiczny Adam Liszt został przez swego chlebodawcę awansowany i przeniesiony do Doborján (jako podskarbi książęcej owczarni). Tam właśnie urodził się syn Franciszek.

Dość monotonnie i bez zakłóceń przebiegało życie państwa Lisztów. Dom rodzinny, pełen czułości i rodzicielskiego ciepła, stwarzał sprzyjające warunki wzrastającemu Franciszkowi. Chłopca, jedynaka wątłego zdrowia, otaczano miłością wyjątkową i żarliwą.

Franciszek był dzieckiem dobrym, posłusznym i bardzo wrażliwym. Interesowała go przyroda, a podczas coniedzielnych nabożeństw w miejscowym kościółku z wielką uwagą przysłuchiwał się pieśniom i brzmieniu organów. Gdy zaś do wioski przyjechała grupa Cyganów, jak urzeczony obserwował ich grę, radując się każdą melodią i tańcem. Ojciec szybko spostrzegł, że syn przejawia zainteresowanie muzyką. Z biciem serca śledził rozwój dziecka, widząc w nim możliwość zrealizowania swych dawnych marzeń. Zapytany kiedyś, kim chciałby zostać, kilkuletni Franciszek z pełnym przekonaniem wskazał na portret Beethovena. Był to dla rodziców widomy znak, że mają dziecko wybitne, którym należy właściwie pokierować.

Na razie jednak chłopiec zażywał dziecięcej swobody, bawił się, dokazywał, ale gdy ojciec siadał do szpinetu, dziecko poważniało i z rozpromienioną buzią chłonęło muzykę.

Franciszek miał sześć lat, gdy rodzice postanowili rozpocząć jego kształcenie. Roztropny Adam Liszt nie dał się ponieść marzeniom. Wiedział, że mimo nieprzeciętnego talentu muzycznego chłopiec najpierw powinien przyswoić sobie umiejętność czytania, pisania i rachowania. W tym celu wynajął nauczyciela nazwiskiem Rohrer, który rozpoczął systematyczną naukę z dzieckiem. Chłopiec jednak garnął się do instrumentu. Przez długie godziny wystukiwał na klawiaturze przeróżne melodie, z czasem dobierając do nich nawet akompaniament. Nadeszła więc pora na naukę muzyki.

Pierwszych lekcji muzyki udzielał Franciszkowi ojciec. Nauczył go czytania nut i podstawowych sposobów gry. Dziecko robiło zadziwiająco szybkie postępy. Jak wspominają współcześni, czytał nuty, jakby się bawił, a dziecięce paluszki odnajdywały klawisze i uderzały w nie z taką szybkością, pewnością i mocą, jakby czyniły to od lat. Przejawiał też nadzwyczaj czuły i dobry słuch. Nie tylko potrafił nazwać każdy ton, ale każdy akord umiał powtórzyć, nie patrząc w nuty. Miał także zadziwiającą pamięć. Nie zapominał tego, co raz zagrał, a nawet poszczególne takty jakiegoś utworu, które mu przegrywano, aby go na próbę wystawić, poznawał natychmiast i odgadywał, skąd pochodzą. Zadziwiająca była wytrwałość, jaką malec wykazywał przy fortepianie. Trudno go było odciągnąć od instrumentu. Jego umiłowanie muzyki było tak silne, że począł unikać towarzyszy zabaw. Cały wolny czas spędzał przy fortepianie. Kiedy grał, twarz jego płonęła jak w gorączce, zwłaszcza gdy harmonizował utwory według własnej fantazji.

Intensywna praca nad muzyką, czytaniem, pisaniem, rachowaniem oraz skłonność do głębokich przeżyć religijnych nadwątliły zdrowie podrastającego chłopca. Nastąpił kryzys. System nerwowy załamał się, chłopiec dostał gorączki i z dnia na dzień opadał z sił. Rodzice patrzyli bezradni. Niektórzy przepowiadali nawet szybki zgon Franciszka. Na szczęście choroba uległa przesileniu i począł odzyskiwać siły. Fakt ten jeszcze bardziej pogłębił i tak już silne skłonności małego Liszta do religii. Widział w swej chorobie i ozdrowieniu dopust Boży i łaskę Niebios.

Gdy kryzys minął, Franciszek znów stał się pogodny. Ponownie godzinami siadywał przy instrumencie, grał z ojcem na cztery ręce, robił swoje kolejne wynalazki muzyczne. Rodzice zauważyli, że zaczął się już kształtować charakter dziecka prawdomównego, nieukrywającego przewinień, wrażliwego, kontaktowego, wytrwałego w realizacji zamierzeń, a jednocześnie religijnego i czułego.

Obserwując bardzo szybki rozwój talentu muzycznego Franciszka, ojciec spostrzegł, że sam go już niczego więcej nie nauczy. Odżyły w nim marzenia, aby ukochany syn został tym, kim jemu życie być nie pozwoliło. Dumny jeździł z Putzim (tak w domu nazywano Franciszka) do mieszkających w okolicach kuzynów i znajomych, chwaląc się jego fenomenalnymi zdolnościami. Chłopiec popisywał się grą w domach bogatych mieszczan, wprawiając ich w zachwyt i osłupienie. Pewnego razu odwiedził znanego w okolicy ociemniałego muzyka, barona Brauna. Braun – oczarowany niezwykłym talentem dziewięciolatka – rzucił myśl, aby chłopiec wystąpił publicznie. Pan Adam zgodził się chętnie, tym bardziej że Franciszek pracował właśnie nad Koncertem fortepianowym Es-dur Ferdynanda Riesa, świetnego interpretatora dzieł Beethovena i modnego twórcy.

PIERWSZY WYSTĘP

Była jesień 1820 roku. Adam Liszt, nieco zdenerwowany, pełen obaw, udał się wraz z synem do Sopron. Tam miał się odbyć pierwszy publiczny występ Franciszka. Sala była zatłoczona, bowiem wieść o cudownym dziecku od dawna krążyła po miasteczku. Przyszła kolej na malca. Wyszedł na estradę, ukłonił się, jak go nauczono, i zaczął grać. Już po kilku chwilach stało się jasne, że nie jest to gra dziecka, lecz skończonego mistrza, który wspaniale kształtuje muzykę, sprawiając tym samym wrażenie, jakby od lat koncertował.

Po wykonaniu Koncertu Es-dur Riesa zgodnie z ówczesnym zwyczajem Liszt improwizował, wywołując niebywały entuzjazm słuchaczy. Sukces był oszałamiający. Oklaski, wiwaty zdawały się nie mieć końca.

Przedsiębiorczy Adam Liszt postanowił urządzić synowi drugi koncert w Sopron. Gdy i ten przyniósł zwycięstwo Franciszkowi, którego zwano teraz wirtuozem, papa Liszt miał już tylko jedno marzenie do zrealizowania: pokazać chłopca księciu Esterházyemu, znanemu miłośnikowi muzyki i protektorowi artystów.

Koncert Franciszka Liszta przed księciem w Kismarton również powiódł się znakomicie. Magnat, uradowany występem cudownego dziecka, ofiarował mu węgierski, bogato haftowany strój narodowy oraz przyrzekł, że następny występ małego wirtuoza musi mieć miejsce w jego pałacu w Preszburgu (obecnie Bratysława). I tak się stało.

26 listopada 1820 roku w obecności arystokratów węgierskich odbył się koncert Franciszka Liszta. Dwa dni później miejscowa gazeta „Pressburger Zeitung” donosiła: „W ubiegłą niedzielę, 26 bm. w południe, dziewięcioletni wirtuoz Ferenc Liszt miał honor grać na fortepianie przed licznie zgromadzonymi węgierskimi magnatami i kilku miłośnikami sztuki w mieszkaniu jaśnie oświeconego pana hrabiego Michała Esterházyego. Niezwykły talent tego artysty i jego umiejętność w odczytywaniu najtrudniejszych kompozycji – bo wszystko, co mu przedkładano, grał a vista – wzbudziły ogólny podziw i pozwalają żywić najwspanialsze nadzieje”. Słuchający Liszta arystokraci porwani byli jego grą, a gdy dowiedzieli się, że genialny pianista nie ma środków na naukę, sześciu z nich zobowiązało się wypłacać mu przez sześć lat po 600 guldenów rocznie. Sny ojcowskie się spełniły. To, czego sam nie mógł dać synowi, zapewnili inni. Rodzice, zapatrzeni w przyszłość jedynaka, postanowili zwolnić się ze służby u księcia Esterházyego, opuścić skromne Doborján i udać się do Wiednia, gdzie przebywali świetni nauczyciele, urządzano znakomite koncerty, a miasto dosłownie oddychało muzyką. Z nadzieją, że wspaniały stary Wiedeń przyniesie synowi szczęście, udali się w podróż, zabierając skromny dobytek i 600 guldenów austriackich w sakiewce.

WIEDEŃ

Młody Liszt oczarowany był Wiedniem. Przestronne ulice, piękne, ozdobne domy, bogato ubrani przechodnie – wszystko robiło na chłopcu olbrzymie wrażenie. Wierzył, że tutaj talent jego rozwinie się pod okiem sławnych muzyków, że właśnie w tym mieście znajdzie swój dom rodzinny. Rzeczywistość okazała się jednak nie tak różowa, jak ją malowało pierwsze wrażenie. Już wkrótce po przyjeździe do Wiednia, po rozlokowaniu się w skromnym pokoju oberży „Pod Zielonym Jeleniem”, pojawiły się kłopoty. Adam Liszt liczył, że dawna znajomość z Janem Nepomukiem Hummlem, sławnym teraz pianistą i kompozytorem, skłoni muzyka do zajęcia się edukacją Franciszka. Hummel nawet chętny był przyjąć obowiązki nauczyciela muzyki, ale honorarium za lekcje było tak wysokie, że papa Liszt musiał zrezygnować. Dziwnym zbiegiem okoliczności trafiono następnie do Karola Czernego – znanego ucznia Beethovena – cenionego kompozytora i profesora muzyki. Czerny, niechętny tak zwanym cudownym dzieciom, uważający, że w określeniu tym jest więcej reklamy i przesady niż prawdy, niezbyt przychylnie przyjął Lisztów. Ale ojciec był przekonany, że kiedy Franciszek usiądzie do fortepianu i zacznie grać, uprzedzenia do cudownych dzieci prysną. I tak też się stało. Chłopiec zagrał Czernemu sonatę Beethovena i kilka utworów a vista, a na zakończenie trochę improwizował. Doświadczony pedagog nie wpadł jednak w zachwyt, jak tego oczekiwał Adam Liszt. Po wysłuchaniu gry Franciszka rzekł tylko: „Możesz stać się większym pianistą niż my wszyscy”. Po tym zdaniu jasne było, że profesor Czerny przyjmie chłopca na naukę. W osobie Czernego Franciszek znalazł wyrozumiałego, ale pedantycznego nauczyciela. Artysta z niebywałą odpowiedzialnością kierował pracą małego muzyka, znajdując w uczeniu Liszta tak wielkie zadowolenie, że gdy po kilku lekcjach przyszło do zapłaty, pieniędzy nie przyjął, dając do zrozumienia, że szybkie postępy chłopca rekompensują jego trud nauczycielski.

Franciszek przychodził do swego mistrza na lekcje co wieczór. Czerny pracował z nim po dwie, trzy godziny. Liszt chętnie grał to, co kazał profesor. Ale często się irytował, bowiem drobiazgowość Czernego trudna była do zniesienia. Przed jego bacznym okiem nic się nie ukryło; dla niego każda nuta, każdy znak postawiony w nutach czy też określenie słowne miały wielkie znaczenie. Ponadto był przekonany, że w sprawach techniki pianistycznej wszystko jest ważne: umiejętność postawienia palca na klawiszu, siła uderzenia, rodzaj nacisku, elastyczność dłoni, płynność podkładania palców itp. Każdy element techniki powinien być drobiazgowo przemyślany i dopracowany. Na ćwiczenia techniczne nie powinno się szczędzić czasu…

Takie podejście Czernego do nadzwyczaj utalentowanego ucznia, który wszelkie problemy pianistyczne pokonywał błyskawicznie, zniechęcało Franciszka. Kiedyś nawet oświadczył, że więcej nie pójdzie na lekcje. Ojciec jednak wiedział dobrze, co może dać w przyszłości ukierunkowanie bujnej natury chłopca, nauczenie go systematyczności i dokładności. Właśnie taki nauczyciel był mu potrzebny.

Nauka u Czernego trwała półtora roku. Profesor pracował z nim nad techniką pianistyczną, dla trzymania rytmu kazał ćwiczyć z metronomem, a vista czytać nuty oraz improwizować na podawane tematy. Zalecał też sięganie po utwory Clementiego. Liszt do końca życia zachował wdzięczność dla swego mistrza, jedynego zresztą nauczyciela gry na fortepianie.

Drugim nauczycielem Liszta w Wiedniu był Antonio Salieri. Sędziwy kompozytor, ongiś konkurent Mozarta, sławny twórca oper wystawianych w największych teatrach Europy, uchodził za świetnego pedagoga; otoczony był szacunkiem i czcią. Liszt uczył się u niego harmonii, kontrapunktu i kompozycji. Również i ten profesor strzegł porządku i poprawności w muzyce; dużą wagę przywiązywał do systematycznego rozwiązywania ćwiczeń z harmonii i kontrapunktu, traktując je jako doskonalenie techniki kompozytorskiej. Ten stary Włoch, u którego uczył się jeszcze Beethoven, z zadowoleniem obserwował postępy Franciszka. Bardzo często kazał mu analizować partytury orkiestrowe, objaśniając ich budowę, sposób prowadzenia tematów, zaznajamiając jednocześnie z zasadami prawidłowej instrumentacji. Dawał też Lisztowi krótkie tematy, które ten miał opracować w formie wariacji lub krótkiego utworu o swobodnej budowie.

Liszt z zapałem garnął się do komponowania. Odrabiał zadawane przez Salieriego ćwiczenia, szkicował własne utwory i łapczywie pochłaniał kompozycje wszystkich autorów, jakie tylko wpadły mu w ręce. Bywał częstym gościem w księgarniach muzycznych, przegrywał tam najtrudniejsze dzieła. Fascynował się wszystkim, co dotyczyło muzyki. Sam zaś był już autorem uznanej kompozycji Tantum ergo oraz jednej Wariacji na temat walca Diabellego.

Walczyk A. Diabellego rozesłany do pięćdziesięciu kompozytorów

Wariacja F. Liszta na temat walca A. Diabellego

Antoni Diabelli (1781–1858) był kompozytorem (uczniem Michała Haydna), muzykiem wykonawcą (m.in. grał na gitarze i fortepianie) oraz wydawcą austriackim. Uzdolniony muzycznie, miał wielki zmysł handlowy. W 1818 roku założył oficynę wydawniczą Cappi & Diabelli sześć lat później przemianowaną na A. Diabelli und Comp., w której publikował utwory własne oraz innych kompozytorów. Popularne były między innymi jego autorstwa melodyjne i pełne wdzięku Sonatiny na cztery ręce, pod względem trudności dostępne dla każdego grającego na fortepianie, a jednocześnie dające dużo radości i satysfakcji z amatorskiego muzykowania. Chcąc zwrócić uwagę na swą firmę, Diabelli wpadł na świetny pomysł: napisał małego, prostego walczyka (32 takty), a następnie jego nuty rozesłał do pięćdziesięciu kompozytorów, prosząc o napisanie na ten temat jednej wariacji. Wśród adresatów, obok Beethovena, Czernego, Hummla, Kalkbrennera, Kerzkowskiego, syna Mozarta, Moschelesa, Pixisa, Schuberta, Weissa i innych, znalazł się Franciszek Liszt. Po pewnym czasie zaczęły spływać kompozycje. Poza Beethovenem, który napisał później wielkie i genialne dzieło na temat walczyka Diabellego pod numerem 120, wszyscy pozostali z prośby się wywiązali. Następnie wydawca wszystkie wariacje ułożył alfabetycznie według nazwisk twórców i opublikował w tomie pt. „Vaterländischer Künstlerverein” (1823), przy wariacji nr 24 dopisując: „Liszt Franz (Knabe von 11 Jahren) geboren in Ungarn” [Liszt Franciszek (dziecko 11-letnie) urodzone na Węgrzech]. Wariacja napisana przez Liszta w 1822 roku odznacza się oryginalnością i pomysłowością pianistyczną wskazującą na pewne inspiracje etiudami Czernego.

Mijały miesiące nauki, miesiące wytężonej pracy. Wieść o fantastycznych zdolnościach Franciszka Liszta zataczała coraz szersze kręgi. Adam Liszt nie próżnował. Dzięki protekcji magnatów, którzy przyznali Franciszkowi stypendium, szybko nawiązał znajomości z wpływowymi arystokratami i mieszczanami. Młodociany wirtuoz coraz częściej pojawiał się w salonach wiedeńskich, wzbudzając powszechny zachwyt i aplauz. Grał świetnie, improwizował na zadane tematy olśniewająco, a do tego ujmował wszystkich skromnością i grzecznością. Nadszedł wreszcie moment, by publicznie dać dowód tego, jak dalece rozwinął się nieprzeciętny talent Franciszka. Wprawdzie nie osiągnął jeszcze szczytu swych możliwości, który nadejdzie później w Paryżu pod wpływem fenomenalnej gry Paganiniego, ale już teraz umiał bardzo dużo i mógł imponować.

1 grudnia 1822 roku odbył się pierwszy publiczny występ Liszta w Wiedniu. Z orkiestrą zagrał bardzo trudny Koncert fortepianowy a-moll Hummla, a później improwizował na temat Allegretta z VII Symfonii Beethovena. Entuzjazmu, jaki wzbudził grą, nie da się opisać. Publiczność szalała, a recenzenci prześcigali się w pochwałach. Młodziutki Liszt był na ustach całego Wiednia. Popularność „małego Herkulesa” – jak nazwała chłopca jedna z wiedeńskich gazet – dochodziła do zenitu. Zaczepiano go na ulicy, obsypywano podarunkami, otaczano czułością. Trzeba było teraz wykorzystać dobrą koniunkturę i sukces pomnożyć.

Następny występ dał Liszt w sali teatru miejskiego. Również tym razem – donosił jeden z korespondentów prasy wiedeńskiej – „niczym rycerz w walkach wypróbowany, ostał się chwalebnie, zbierając plon swego zadziwiającego talentu”. Ale ojcu Liszta sukcesów było mało. Uważał, że Franciszek powinien zagrać u największego mistrza tonów – Beethovena. Dwukrotnie starał się stanąć z synem przed obliczem genialnego samotnika. Za każdym razem odchodzili z kwitkiem. Ale dzięki usilnym staraniom uzyskali od służącego Beethovena informację, że być może wielki kompozytor przyjdzie na najbliższy koncert chłopca. Okazja nadarzała się dogodna, ponieważ na 13 kwietnia 1823 roku w małej sali redutowej zaplanowany był występ Franciszka. Jakież było poruszenie chłopca, gdy po wyjściu na estradę ujrzał postać z portretu, w który tak chciwie wpatrywał się w dzieciństwie. Po olśniewającym odegraniu Koncertu fortepianowego h-moll Hummla, ku zdziwieniu publiczności wypełniającej salę po brzegi, Beethoven wszedł na estradę i ucałował Liszta w czoło. Legendę tę utrwaliło w książkach wielu biografów Liszta. Ostatnio jednak uważa się, że mały Liszt za sprawą Czernego spotkał Beethovena, ale było to nieco wcześniej: na prywatnej wizycie u twórcy genialnych symfonii i sonat, podczas której zagrał pierwszą część jego Koncertu fortepianowego C-dur. Wielki kompozytor wzruszony do żywego, ucałował Liszta w czoło.

Żniwo koncertu było obfite. Nie tylko wzrosła jeszcze popularność chłopca, ale występ przyniósł również znaczny dochód. Teraz już można było myśleć o podboju stolicy świata muzycznego – Paryża. Jeszcze tylko jeden wyjazd do ojczyzny, jeden koncert dla rodaków i… Wiedeń można opuścić.

20 września 1823 roku powóz państwa Lisztów, wyładowany kuframi z najpotrzebniejszymi rzeczami, a w tym stertami nut, mijał rogatki Wiednia, miasta podbitego bez reszty; miasta, które było widownią wspaniałych sukcesów Franciszka. Jadąc do stolicy Francji, szczęśliwy Adam Liszt z ufnością spoglądał w przyszłość syna, któremu do pełnego wykształcenia brakowało tylko dyplomu wysoko cenionego Konserwatorium Paryskiego. Tylko tam jego genialny potomek – myślał papa Liszt – może odebrać ostatnie szlify. Słusznie mniemał, że Paryż otworzy Franciszkowi drogę do światowej kariery. Spełniało się zatem to, o czym tak bardzo marzył i czego pragnął z całej duszy, z całego serca. Był przekonany, iż nieprzeciętny talent chłopca, listy polecające z Wiednia, w tym od samego kanclerza Austrii, księcia Klemensa Metternicha, otworzą drzwi sławnej uczelni muzycznej i arystokratycznych salonów Paryża. Chciał, by syn pogłębił swą wiedzę u Cherubiniego, by u podziwianego mistrza nauczył się sztuki kompozytorskiej. Franciszek fenomenalnym pianistą już przecież był, ale wykonawstwo nie zapewniało nieśmiertelności. Tylko twórczość może przetrwać! Skrycie marzył, aby jego jedynak stał się współczesnym Mozartem. Mozart także rozpoczął od działalności wykonawczej, ale w pamięci potomnych pozostał jako genialny kompozytor. Udając się w podróż, przypomniał sobie Adam, że ojciec Mozarta również swego syna wiózł do Francji, a potem do Anglii. Teraz on, węgierski urzędnik, wzorując się nieco na Mozarcie, jedzie do Paryża prawie tymi samymi śladami.

Podróż do stolicy Francji trwała ponad dwa miesiące. Obrotny Adam pragnął wykorzystać każdą sposobność, by syn mógł się popisać grą, by sława dwunastoletniego chłopca zataczała coraz szersze kręgi.

Droga wiodła przez Monachium, Augsburg, Stuttgart, Strasburg. W każdym z tych miast młody geniusz koncertował, wzbudzając powszechny podziw. W Monachium nazwano go „nowym Mozartem”, zaś po występie w Stuttgarcie miejscowa gazeta donosiła: „Tutejszym miłośnikom muzyki wczorajszy koncert, na którym wystąpił dwunastoletni Franciszek Liszt z Węgier, uczeń Czernego w Wiedniu, dał olbrzymie zadowolenie artystyczne. Umiejętności, precyzję, wykonanie, odczucie, etc., etc., w ogóle wszelkie przymioty, które cechują znakomitego pianistę, chłopiec ten posiada w wysokim stopniu. Dochodzi do tego głęboka znajomość kontrapunktu i fugi, którą wykazał, wykonując improwizację na temat wręczony przy końcu koncertu przez jednego z miejscowych artystów. Wszystko to upoważnia do twierdzenia, że chłopca już obecnie należy zaliczyć do pierwszych pianistów Europy, a może nawet już ich prześcignął”1.

Podobne w tonie recenzje ukazały się także w innych miastach. Entuzjastycznie przyjął Liszta Strasburg. Młody wirtuoz oczarowany był tym miastem, a szczególnie wspaniałą romańsko-gotycką katedrą Notre-Dame, surową budowlą o nienagannej architekturze, ozdobioną pięknymi witrażami i wspaniałą rozetą na fasadzie świątyni. Wrażenie, jakie wyniósł z widoku katedry, tak głęboko zapadło mu w pamięć, że po latach, będąc już starcem, przypomni sobie ów obraz i skomponuje natchniony utwór Dzwony katedry strasburskiej.

PARYŻ

Rodzina państwa Lisztów, pełna wrażeń, nowych kontaktów, dumna z sukcesów syna, przybyła do Paryża 11 grudnia 1823 roku i zatrzymała się w Hotelu Angielskim położonym w centrum miasta. Zajmując kwaterę, Lisztowie nie wiedzieli jeszcze, jakie przykrości czekają na nich w najbliższym czasie. Następnego dnia, zaopatrzeni w listy polecające, ojciec i syn skierowali swe kroki do Konserwatorium Paryskiego.

Paryska uczelnia muzyczna była pierwszym poza Włochami konserwatorium w Europie. Założona w 1784 roku jako Królewska Szkoła Śpiewu i Sztuki Deklamacyjnej, w krótkim czasie, dzięki wysokiemu poziomowi artystycznemu, zyskała międzynarodowe znaczenie. W konserwatorium uczyli sławni muzycy. Uzyskanie jej dyplomu równało się posiadaniu najwyższych referencji muzycznych. „Zaraz nazajutrz po przybyciu do Paryża – napisał później Liszt – pospieszyliśmy do Cherubiniego. Rekomendował nas bardzo ciepło list polecający księcia Metternicha. Zegar wybijał właśnie godzinę dziesiątą. Cherubini znajdował się już w konserwatorium. […] «To więc – pomyślałem – jest miejsce, gdzie rozstrzygną się moje losy. Tu, w tej sławnej świątyni, urzęduje trybunał, który potępia na wieki lub na wieki ułaskawia». […] Wreszcie, po kwadransie męczącego wyczekiwania, woźny otworzył drzwi do gabinetu dyrektora i dał znak, żebyśmy weszli. Na pół żywy ze strachu, ale gnany jakąś potężną mocą, rzuciłem się ku Cherubiniemu, chcąc ucałować mu ręce. […] Uprzedzono nas już, że przyjęcie mnie do konserwatorium napotka trudności; nieznany był nam bowiem przepis szkoły wyraźnie wykluczający cudzoziemców od udziału w nauce. Zaraz na wstępie Cherubini poinformował nas o tym. Jakby we mnie grom uderzył. Drżałem jak liść osiki. Ojciec mój nie dawał za wygraną, nie odchodził i błagał”2. Błagania i prośby nie odniosły skutku; nawet zaklinanie się Adama Liszta na geniusz muzyczny syna nie spowodowało choćby zwykłego zaciekawienia Cherubiniego. On, który sam był Włochem, stał teraz na straży narodowej „czystości” zarządzanej przez siebie szkoły! Tak więc konserwatorium odmówiło przyjęcia Franciszka Liszta w poczet swych studentów, ponieważ za panowania Karola X wielki talent nie wystarczał, aby obejść biurokratyczne przepisy. Oto jak zwycięża bezduszność! Dla Franciszka był to wielki i bolesny cios. Jeszcze wiele lat później z goryczą wspominał to wydarzenie. Do końca życia miał niechęć do konserwatoriów i do uczniów legitymujących się ich dyplomami. Lubił pogardliwie nazywać konserwatorium „wcieleniem starego reżimu”, „schronieniem mumii” lub „apoteozą wstecznictwa”.

Odmowa Cherubiniego okazała się w rezultacie pozytywnym zrządzeniem losu. Franciszek i tak już dużo umiał, a kto wie, czy wybujała natura chłopca więcej by zyskała, czy straciła, wepchnięta w rygory nauki szkolnej. Włoch Ferdinando Paër, autor ponad czterdziestu oper, i Francuz czeskiego pochodzenia Antoni Reicha (nauczyciel Gounoda, Berlioza i Francka), do których Franciszek przez pewien czas uczęszczał na prywatne lekcje kompozycji, w zupełności zastąpili mu konserwatorium. Wytężona praca i sumienność dopełniły reszty. Podstawy pianistyczne dane przez pedantycznego Czernego okazały się czymś zgoła nieocenionym. Początkowo więc życie w Paryżu nie zmieniło się w porównaniu do tego, jakie pędził w Wiedniu. Systematycznie chodził na lekcje do Paëra, grywał w salonach, szturmem zdobywał serca wpływowych arystokratów. Zasypywano go zaproszeniami na przyjęcia do znakomitych domów, zbierał uznanie i znaczne dochody. Grał przed księżną Berry i u księcia Orleańskiego, późniejszego króla Francji Ludwika Filipa. O koncercie tym hrabia Atanazy Raczyński, założyciel sławnej galerii obrazów imienia Raczyńskich, w pamiętnikach zapisał:

„Paryż, 5 lutego 1824 roku. Wczoraj na koncercie u księcia Orleańskiego widziałem rzecz najcudowniejszą i najbardziej niezwykłą. Był nią mały Węgier, lat jedenaście i pół, nazwiskiem Liszt. Rozpoczął od zagrania sonaty z  niezrównaną precyzją, pod koniec wieczoru zaś, otrzymawszy motyw, rozwinął go w wariacje z taką siłą, wdziękiem i talentem, że sprawiało to wrażenie cudu. Wręcz wspaniały jest ten mały łobuz. Słów nie znajduję dla wyrażenia mego zdumienia. Na to, by je sobie móc uzmysłowić, by upewnić się, że to nie czary, trzeba tego chłopca móc słyszeć, widzieć i dotykać. Ale to dziecko tak niezwykle interesujące ma w oczach wyraz błędny. Obawiam się, że może zwariować, że może już jest szalone”3. W krótkim czasie le petit Litz – jak go nazywali Francuzi skłonni do beztroskiego przeinaczania cudzoziemskich nazwisk – stał się pierwszą i najmodniejszą osobą nadsekwańskiej stolicy.

Płomienna miłość do muzyki pozwalała chłopcu beztrosko i szczerze przyjmować cały podziw, jakim był otaczany. Wielkie damy pieściły go, obsypywały podarunkami i… hojną zapłatą. Ale mimo zaledwie dwunastu lat Liszt coraz częściej stawał się świadom tego, że poklask, sława bardziej zależą od przypadku, mody, znajomości wpływowych ludzi niż od głęboko przeżytej muzyki będącej prawdą i pięknem. Czuł, że jest maskotką, którą można się świetnie bawić. Później z goryczą wspominał ten okres: „Gdy wola ojca rzuciła mnie, biedne dziecko, w salony świetnego towarzystwa, które obdarzyło mnie pochlebnym przydomkiem małego cudu, zawładnęła mną przedwczesna melancholia i odtąd ze wstrętem znosiłem źle ukrywane poniżenie artysty do stanu służalczego. Wolałbym być wszystkim innym na tym świecie aniżeli muzykiem na żołdzie wielkich panów, protegowanym i opłacanym przez nich jak żongler”.

7 marca 1824 roku odbył się pierwszy w Paryżu publiczny koncert Franciszka. Wystąpił w sali Teatru Włoskiego przy szczelnie zapełnionej widowni. Grał z orkiestrą Koncert fortepianowy h-moll op. 89 Hummla, Temat z wariacjami Czernego, a następnie improwizował na temat arii z opery Wesele Figara Mozarta. Jak wspominają współcześni, grał tak wspaniale, że zasłuchana orkiestra zapomniała, iż sama współuczestniczy w koncercie. Sukcesu Franciszka nie da się opisać. Recenzenci prześcigali się w pochwałach, a jeden stwierdził, że „na skutek szczęśliwej wędrówki dusz Liszt jest wcieleniem Mozarta”.

Wraz z rosnącą sławą wirtuozowską Franciszka coraz częściej zaczęły pojawiać się głosy, że skoro Liszt jest drugim wcieleniem Mozarta, to niech skomponuje operę! Ale nie był jeszcze przygotowany do takiej pracy. Wprawdzie nosił się dumnie jako autor 8 Wariacji na fortepian, Impromptu na tematy Rossiniego i Spontiniego oraz kilku innych kompozycji, ale nie stworzył jeszcze żadnego większego utworu, a co dopiero opery wymagającej umiejętności pisania na głosy ludzkie, instrumentacji itd.

Liszt pobierał lekcje u Ferdinando Paëra, doświadczonego i wytrawnego twórcy oper. A że sędziwy mistrz bardzo chłopca polubił, sam począł go namawiać do napisania dzieła scenicznego. Obiecał nawet swoją pomoc. Wybór librecistów padł na panią Théaulon i pana Rancé. Tytuł ostatecznego tekstu brzmiał: Don Sanche, czyli zamek miłości (Don Sanche, ou le Château d’Amour).

Młody kompozytor wielokrotnie wczytywał się w libretto przyszłej opery, ale miłosne wątki mało go interesowały, a tym mniej inspirowały muzycznie. Wprawdzie do pisania przystąpił z ochotą, jednak praca nie posuwała się zbyt szybko. Była często przerywana występami, ważnymi wizytami, towarzyskimi spotkaniami i ćwiczeniem na fortepianie.

Pewnego razu Lisztowie poznali znanego fabrykanta fortepianów Sébastiena Erarda. Muzykalny przemysłowiec tak się zachwycił talentem Liszta, że zaproponował mu wyjazd na koncerty do Londynu. Sposobność po temu nadarzała się znakomita, ponieważ Erard wybierał się właśnie do Anglii w celu odwiedzenia filii swojej paryskiej fabryki. Należało się teraz zastanowić, co począć dalej. Adama Liszta nęciła podróż do Wielkiej Brytanii. Przypomniał sobie, że Mozart też tam pojechał. Ale pani Anna Liszt znużona już była ciągłymi wojażami. Postanowili, że Franciszek uda się do Londynu tylko z ojcem, a ona, nie chcąc być ciężarem, pojedzie do Austrii, aby w Grazu odwiedzić siostrę. Mieszkanie paryskie należało więc zlikwidować.

Pożegnanie było bolesne. Anna Liszt rozstawała się z synem po raz pierwszy. Rozstawała się także z mężem, jak się okazało, już na zawsze.

LONDYN

Londyn przywitał Lisztów spowity mgłą. Był maj 1824 roku. Pierwsze dni wypełniło przybyszom urządzanie się w nowym mieszkaniu oraz kilka ważnych wizyt. Podobnie jak w Paryżu, również i tutaj znane były echa europejskich sukcesów Franciszka. Jednak Anglicy okazali się mniej wylewni niż Francuzi. Chwalili grę i nadzwyczajną zdolność improwizacji master Liszta, ale ich reakcje były chłodniejsze. Adam Liszt nie zrażał się niczym i z uporem szukał sposobności zorganizowania synowi publicznego koncertu.

21 czerwca w jednej z większych sal Londynu odbył się debiut chłopca. Z orkiestrą wykonał koncert fortepianowy Hummla, a później – tradycyjnie już – improwizował na zadane tematy. Na koncercie byli obecni znani mu z utworów, które grywał: Ferdynand Ries, Jan Cramer i Fryderyk Kalkbrenner. Z Evesham przyjechał specjalnie ponad siedemdziesięcioletni Muzio Clementi. Wszyscy ci sławni muzycy, autorytety w dziedzinie pianistyki, byli poruszeni do głębi grą fenomenalnego chłopca.

Pobyt w Londynie Adam Liszt pragnął wykorzystać maksymalnie. Gdy on załatwiał interesy, organizował koncerty, Franciszek musiał ćwiczyć na fortepianie, komponować rozpoczętą operę i uczyć się języka angielskiego.

Po kilku miesiącach postanawiają jednak powrócić do Francji. Franciszek z ochotą pisze swoją operę, ma przecież przyrzeczenie Paëra, że gdy ukończy partyturę, utwór zostanie wystawiony w Królewskiej Akademii Muzycznej, czyli w Wielkiej Operze. Nim do tego dojdzie, na wiosenne miesiące 1825 roku zaplanowane zostało pierwsze większe tournée koncertowe Liszta po Francji. Trasa występów biegnie między innymi przez Bordeaux, Tuluzę, Montpellier, Lyon i Marsylię. Wszędzie przyjmowany jest entuzjastycznie i owacyjnie.

Po wojażach koncertowych w departamentach Francji niestrudzony Adam Liszt zdążył przygotować drugą wyprawę do Anglii. Teraz Franciszek gra nie tylko w Londynie. Udaje się do Manchesteru oraz kilku prowincjonalnych miejscowości. Na zaproszenie króla Jerzego IV koncertuje w salonach zamku w Windsorze, przełamując znaną niechęć monarchy do cudownych dzieci.

KOMPOZYTORSKA PORAŻKA

Wczesną jesienią Lisztowie wracają do Paryża. Rozpoczęły się właśnie próby opery Don Sanche, czyli zamek miłości. Poprawiona przez Paëra partytura rokowała nadzieję, że dzieło to, podobnie jak inne kompozycje Liszta, przyjęte zostanie znakomicie. Premiera odbyła się 17 października 1825 roku w Académie Royale de Musique. Utwór czternastoletniego Węgra spotkał się jednak z umiarkowanym aplauzem publiczności. Wszyscy oczekiwali wielkiego wydarzenia muzyczno-teatralnego, tymczasem stali się odbiorcami dość przeciętnego utworu pozbawionego nerwu dramatycznego, wciągających wątków i frapującej muzyki. Krytykowano librecistę, krytykowano i kompozytora. Coraz częściej dawały się słyszeć opinie, że Liszt jako pianista wirtuoz to geniusz, zaś jako kompozytor – w tym miejscu pojawiało się wzruszenie ramion.

Po niezbyt udanym doświadczeniu kompozytorskim z operą Liszt spostrzegł, że stawia mu się teraz coraz wyższe wymagania. Oczekiwano od niego wciąż czegoś nowego. Myślano, że skomponuje symfonię, koncert fortepianowy, kantatę lub inne wielkie dzieło. Wręcz żądano, aby wciąż elektryzował Paryż. Znudzone bogate towarzystwo oczekiwało silnych wrażeń. Za kilkanaście lat stolica Francji doczeka się i tego: będą miały miejsce drobne skandale, a Liszt dostarczy jej emocji, jakich pragnęła…

Tymczasem Liszt-ojciec organizuje kolejne tournée po Francji i przygotowuje trzeci wyjazd do Anglii. Franciszek nadal jest pupilem, zdumiewa grą i znakomitymi improwizacjami na zadane tematy. Pilnie ćwiczy, ucząc się nowych utworów. Komponuje. Ma już w tece Wielką uwerturę, która została wykonana w poprzednim roku w Manchesterze, Allegro brawurowe na fortepian i Sonatę fortepianową. Obecnie pisze 12 Etiud na fortepian, które wyda u Boisselota w Marsylii.

KŁOPOTY MŁODZIEŃCA

Na przełomie 1826 i 1827 roku Franciszek udaje się po raz pierwszy do Szwajcarii. Entuzjastycznie przyjmowany, gra w Bernie, Lucernie, Bazylei i Genewie, gdzie już niedługo przeżywać będzie swą wielką miłość. 27 maja oklaskuje go ponownie publiczność Londynu. Według zrekonstruowanego przez Györgyego Sándora Gála dziennika Adama Liszta pod datą „maj 1827” ojciec „cudownego dziecka” zapisał:

„Jesteśmy znowu w Londynie. Koncert w New Agryll Room. Program ułożony jest tak nonsensownie, że Zizi [rodzicielskie zdrobnienie imienia] buntuje się. I ma słuszność.

W programie znalazły się bowiem fantazja na harfę (za przyczyną niejakiego pana Labarre), duet operowy i solo na rożku angielskim (na którym popisuje się niejaki pan G. Schuncke), solowy utwór na skrzypce, potpourri na gitarę (co zawdzięczamy niejakiemu panu Huerta) i fantazja na flet (w wykonaniu master Minasiego) i dopiero wówczas, na sam koniec następują dwa punkty programu Zizi: kwartet Moschelesa i Maysedera na fortepian, harfę, skrzypce i wiolonczelę oraz numer solowy Zizi: wariacje na melodię Rule Britannia.

Niedzielne przedpołudnie spędziliśmy w Katedrze Westminsterskiej. Pod kopułą rozbrzmiewał chór dziecięcy. Zizi wziął mnie za rękę i cicho, bez cienia wyrzutu powiedział: – Widzisz, to jest szlachetna muzyka… Oczyszcza człowieka. Obiecaj, że już nigdy nie wystąpię w Agryll Room. Nie mogę. Zrozum: nie mogę!”4. Wcześniej podjęte zobowiązanie należało jednak wypełnić. 9 czerwca odbył się w Londynie drugi występ młodocianego pianisty. Wśród różnych utworów wykonał swój koncert fortepianowy. Będący na widowni Ignacy Moscheles powiedział potem o dziele szesnastolatka, że jest to utwór o „chaotycznych pięknościach”.

Liczne koncerty, ciągłe podróże i kolosalny wysiłek wycieńczają siły fizyczne i psychiczne dorastającego chłopca. Nadal jest pogodny, cieszą go sukcesy, ale coraz częściej pogrąża się w myślach. Na twarzy gości zaduma, zaczyna przebąkiwać o poświęceniu się stanowi duchownemu. „Ojcze, pozwól mi zostać sługą bożym, pozwól wyrzec się świata” – powiedział kiedyś.

Życie w wielkim świecie, ustawiczne utrzymywanie się w centrum zainteresowania, brak prawdziwego dzieciństwa, rozłąka z matką w chwili, gdy dorastający chłopiec potrzebował matczynego serca i rodzicielskiej miłości, to wszystko wpływało niekorzystnie na stan psychiczny Liszta. Wprawdzie ojciec starał się stwarzać warunki możliwie najlepsze, ale czy miał w sobie tyle miękkości serca co matka? Czy mógł zrozumieć wszystkie stany duszy chłopca? Franciszek był przecież dzieckiem wyjątkowo wrażliwym, bardzo delikatnym i podatnym na nastroje. Rozbrat psychiczny z ojcem, jaki zaczął się rysować coraz wyraźniej, próbował niwelować pobożnością. Problem ten, nurtujący go coraz silniej, starał się rozwiązać przez modlitwę. Wprawdzie papa Liszt tłumaczył synowi, że jego powołaniem jest życie dla muzyki, a nie dla Kościoła, że działalnością muzyczną może dać więcej Kościołowi niż modlitwą! Franciszek wierzył ojcu, ufał jego słowom i zapewnieniom, ale myśl o poświęceniu się stanowi duchownemu co pewien czas pojawiała się na nowo.

W drodze powrotnej z Wielkiej Brytanii w połowie 1827 roku obaj panowie, bardzo już zmęczeni, postanawiają zatrzymać się na północy Francji w mieście Boulogne sur Mer. Tutaj decydują się podreperować nadwątlone zdrowie. Franciszek, mocno wycieńczony ciągłymi koncertami, przyjęciami, wizytami w arystokratycznych salonach, od czterech prawie lat nie zaznał wypoczynku. Również ojciec, pełniący rolę impresaria syna, zaganiany i zaaferowany organizowaniem wciąż nowych koncertów, opadł z sił.

Pobyt w Boulogne sur Mer, kąpiele morskie w krótkim czasie przywróciły nadwerężone siły młodego muzyka. Uwolniony od występów, mógł teraz wyłącznie zająć się pracą nad fortepianem, kompozycją i oddawać się lekturze książek, które pochłaniał w olbrzymich ilościach. Nowa namiętność – książki – doprowadzała czasem do spięć między ojcem i synem, do gwałtownej wymiany zdań. Szesnastoletniego młodzieńca interesowało wszystko. Książki zapewniały mu ciągły dopływ nowych wiadomości. Upajał się czytaniem żywotów świętych, szukając ideału, jaki mógłby stać się dla niego godnym naśladowania. Pewnego razu tak się zaczytał, że zasnął nad książką. Następnego dnia usłyszał wymówki ojca, narzekania, że nie powinien tyle czytać, że więcej czasu powinien przeznaczać na muzykę.

ŚMIERĆ OJCA

O ile zdrowie Franciszka bardzo szybko powróciło do normy, o tyle Adam Liszt czuł się coraz gorzej. Z dnia na dzień życie jakby z niego uchodziło. W dodatku przyplątała się febra gastryczna, która rujnowała zdrowie w zastraszającym tempie. Minęło zaledwie pięć dni, a stan jego stał się krytyczny. 28 sierpnia, dożywszy zaledwie czterdziestu siedmiu lat, Adam Liszt zamknął oczy na zawsze.

Młodemu muzykowi jakby przybyło lat. Musiał odtąd sam decydować o sobie. Z dnia na dzień z młodzieńca stał się mężczyzną.

Po pogrzebie, który pochłonął wszystkie oszczędności, a nawet pieniądze uzyskane ze sprzedaży fortepianu Erarda, Liszt postanawia udać się do Paryża i tam poczekać na przyjazd matki zawiadomionej o nagłej tragedii. Przejściowo, przygarnięty przez państwa Erardów, mieszka w ich kamienicy. W rodzinie tej, szczerze mu oddanej i życzliwej, znajduje pocieszenie i względną równowagę psychiczną.

Śmierć ojca zmieniła sposób życia Franciszka. Młody wiekiem, ale dojrzały poprzez cierpienie, zrezygnował z występów publicznych. Wraz z matką zamieszkał w trzypokojowym mieszkaniu na czwartym piętrze przy ulicy Montholon 7 w Paryżu, opodal małego kościółka. Źródłem utrzymania były teraz prywatne lekcje gry na fortepianie. Powszechnie znany Liszt-wirtuoz, na którego koncerty ściągały tłumy, stał się teraz popularnym nauczycielem niemogącym opędzić się od uczniów. Dziennie miał lekcji tak dużo, że pracując od godziny ósmej rano do dziewiątej wieczór, przestał się zajmować własnym ćwiczeniem i komponowaniem. Pracował jak w kieracie, życie stało się bezbarwne i monotonne.

Bujna natura Liszta, teraz przytłumiona, nie mogła jednak długo znieść takiego stanu.

PIERWSZE UCZUCIE

W gronie uczennic młodocianego profesora pojawiła się siedemnastoletnia Karolina de Saint Criq, córka ministra handlu wewnętrznego. Liszt urzeczony był swoją podopieczną. Jej delikatność, szczerość, niewinność i uroda zrodziły w nim pierwszą miłość, która wkrótce została odwzajemniona. Lekcje, wspólne granie na fortepianie, wspólne czytanie romantycznych książek wywołały w młodych duszach gorące uczucie. Poniekąd patronowała temu matka Karoliny, przyzwalając nawet na ich związek. Los chciał jednak inaczej. Po nagłej śmierci matki, która ponoć na łożu śmierci prosiła męża, by zezwolił na związek córki z Lisztem, w arystokracie obudziła się duma. Obrażała ministra myśl, że jego Karolina mogłaby pędzić życie „z byle muzykiem”. Wezwał do siebie Liszta i oświadczył, że życzeniem jego jest, aby lekcje zostały przerwane, a kontakt z córką zaniechany. Prysły marzenia i młodzieńcze sny, sielanka się skończyła.

Nie pierwszy to raz różnica urodzenia stanęła na drodze do szczęścia. Sytuację taką przeżyli Mickiewicz i Chopin oraz wielu innych genialnych ludzi, którzy mimo talentu, nawet geniuszu, nie stanowili odpowiednich partii dla „wyżej” urodzonych panien.

Uczucie Liszta i Karoliny de Saint Criq nie było przelotną igraszką. Było to uczucie głębokie i szczere. Nie zapomnieli o sobie do końca życia, mimo iż drogi ich rozeszły się w różnych kierunkach. Zawód miłosny Liszt przeżył bardzo boleśnie. Znowu zaczęła go nurtować myśl o wstąpieniu do klasztoru. O tym samym marzyło zranione serce Karoliny. Jednak Lisztowi pisane było zostać muzykiem, a jej – żoną bogatego hrabiego…

Przez pewien czas Franciszek żył w zupełnym osamotnieniu. Melancholia nie opuszczała go ani na chwilę. Rano biegł do kościoła Św. Wincentego à Paulo na pierwszą mszę, później wracał do mieszkania i oddawał się rozmyślaniom. Lekcji żadnych nie przyjmował, przestano go widywać na ulicy. Paryski dziennik „Gwiazda” wydrukował nawet pod koniec 1828 roku artykuł pod tytułem Śmierć młodego Liszta, w którym uniesiony fantazją redaktor napisał: „Przejęci i zasmuceni, łączymy się z jego rodziną, opłakując ten przedwczesny zgon”5.

Artykuł z „Gwiazdy”, który dotarł do rąk Liszta, raził go jak piorun. Nagle wstąpiła weń chęć życia, a w listopadzie Paryż już ponownie oklaskiwał swego ulubieńca grającego Koncert fortepianowy Es-dur Beethovena. Teraz „szczupły, blado wyglądający młody mężczyzna o nieskończenie pociągających rysach” – jakim widział go Wilhelm Lenz – po mistycznych uniesieniach religijnych porwany został ideami demokratycznymi i rewolucyjnymi. Jak dziecko cieszył się operą Wilhelm Tell Gioacchino Rossiniego wystawioną z końcem 1828 roku na scenie paryskiej. Legendarny Wilhelm Tell, szermierz wolności, stał się teraz jego ideałem.

ROZDZIAŁ IIPARYŻ, GENEWA, WŁOCHY (1830–1839)

SYMFONIA REWOLUCYJNA

Franciszek Liszt miał dziewiętnaście lat, gdy w upalne dni lipcowe 1830 roku wybuchła we Francji rewolucja. Był głęboko przekonany, że oto świat staje u wrót nowego porządku: od tej pory ludzkość będzie żyć szczęśliwie, a sprawiedliwość i wolność zapanuje w Europie.

Na wieść o wybuchu rewolucji rzucił się do fortepianu i zaczął szkicować swoją pierwszą symfonię, którą nazwał Symfonią rewolucyjną. Jej podstawę muzyczną stanowiły trzy tematy: słowiańska pieśń husycka, niemiecki chorał i ludowa pieśń francuska. Utwór nie został ukończony, a rękopis, poza kilkoma zachowanymi stronicami, zaginął. „To armaty wróciły mu zdrowie” – powiedziała Anna Liszt…

Franciszkowi znane były idee socjalizmu utopijnego Henri’ego de Saint-Simona. Węgierski muzyk, pochłonięty nimi, chciał również protestować przeciwko wyzyskowi, pragnął lepszego świata. Podobnie jak socjaliści uważał, że sztuka w procesie przemian społecznych może odegrać ważną rolę. Wierzył, że muzyka trafi pod przysłowiowe strzechy, a ludzie będą ją tworzyć, śpiewać i wykonywać. Ów skarb narodów będzie uszlachetniać mieszkańców, czyniąc ich lepszymi. Wierzył, że sztuka tworząca rodzaj bratniego węzła zjednoczy wszystkich ludzi.

Obok idei Saint-Simona głębokie wrażenie wywarły na nim filozoficzne myśli księdza Lamennais’go. Rozumiał on świat jako stale rozwijające się dzieło Boga. Do artystów kierował żądanie przedstawienia w dziele sztuki piękna świata. Sztuka, jego zdaniem, ma kierować myśli ludzkości ku głębszemu rozumieniu piękna życia. Lamennais uważał, że zasady dzieła artystycznego uwarunkowane są tylko prawidłowościami rozwijającego się świata, a rozwój sztuki nie jest ograniczony. Sztuka powinna kroczyć naprzód i pokazywać nowe prawdy, nowe piękno. „Odrodzenie sztuki jest odrodzeniem społecznym” – głosił.

Idee uczonego księdza znacznie rozszerzyły poglądy Liszta na istotę sztuki. Były zgodne z jego wewnętrznymi odczuciami. W liście otwartym do pisarki George Sand donosił: „Piękno jest odzwierciedleniem tego, co prawdziwe, a sztuka – to tylko załamanie promieni światła, jakie niesie ze sobą myśl”.

Podobne idee nurtowały nie tylko Liszta. Hector Berlioz, ten „rewolucjonista muzyczny” szukający swego powołania w różnych dziedzinach, również był zdania, że muzyka powinna się wyzwolić z tradycyjnych więzów krępujących jej rozwój. Powinna wyrażać myśli, idee i być nimi kształtowana.

U BERLIOZA

Do poznania Liszta z Berliozem doszło 4 grudnia 1830 roku. „W wigilię tego dnia [tj. dnia koncertu kompozytorskiego Berlioza w Paryżu – przyp. S.D.] – napisał Berlioz w Pamiętnikach – przyszedł mnie odwiedzić Liszt. Nie znaliśmy się dotąd. Mówiłem mu o Fauście Goethego, którego, jak wyznał, nie czytał i do którego wkrótce zapalił się podobnie jak ja. Odczuwaliśmy do siebie wzajem żywą sympatię i odtąd nasza przyjaźń tylko się zacieśniała i utwierdzała”6. Zapewne podczas tego spotkania Berlioz wyjawił Lisztowi, że komponuje muzykę, która zrywa z klasyczną formą, a wypływa z poetyckich przesłanek. Dominuje w niej motyw przewodni, tak zwana idée fixe, który wciąż pojawia się uparcie, jednocząc cały utwór. Rozpromieniony Liszt z uwagą przyjmował idee Berlioza, tym bardziej że sam czuł gorset na swojej muzyce. Chciałby zmienić uprawiane formy, potrzebował użycia niekonwencjonalnych środków harmonicznych, ale do tej pory nie miał pewności, czy się nie ośmieszy, czy nie wywoła drwin. Wyszedł od Berlioza podbudowany i upewniony, że droga, którą sam kroczy, wprawdzie nieco „po omacku” – jak określił – jest właściwa, prowadzi do stworzenia „muzyki przyszłości”.

KONCERT PAGANINIEGO

9 marca 1831 roku widownię wielkiej sali Grand Opéra w Paryżu wypełniły tłumy słuchaczy. Oto ma wystąpić opromieniony sławą i nieprawdopodobnymi legendami skrzypek włoski Niccolò Paganini. Mistrz smyczka, ale i autoreklamy, przyjechał do Paryża po raz pierwszy. Tłumy przybiegły do Grand Opéra, by na własne oczy przekonać się, jak wygląda, czy rzeczywiście on sam jest wcieleniem szatana, a jego gra czarnoksięską sztuką.

Na koncert Paganiniego przyszedł również Franciszek Liszt. Słyszał wiele różnych zdań o włoskim skrzypku, ale wolał wyrobić sobie własny pogląd na sztukę tego muzyka. Liszt był artystą wyjątkowo wrażliwym. Interesowało go przecież wszystko, co dotyczyło ukochanej muzyki. Do tej pory sam eksperymentował w dziedzinie pianistyki. Czerny dał mu gruntowne podstawy, lecz obecna sztuka wykonawcza wymagała czegoś więcej. Instynktownie czuł, że należy grać inaczej, że w fortepianie drzemią możliwości, których nikt do tej pory nie odkrył. I oto słucha teraz Paganiniego – i nie wierzy uszom i oczom. Ten ascetyczny z wyglądu Włoch gra na skrzypcach tak jak nikt przed nim. Kaskady dźwięków sypią się na publiczność: tryle, oszałamiające pochody oktaw, tercji, elektryzujące słuchaczy tremola, grzmiące akordy. Liszt śledzi wszystko z zapartym tchem. Zaczyna rozumieć, że jego wewnętrzna potrzeba, by z fortepianu uczynić orkiestrę, już niedługo się spełni. Paganini gra sam, ale czuje się, jakby kilka par skrzypiec brzmiało jednocześnie. Przecież fortepian, pomyślał zapewne Liszt, można wykorzystać w podobny sposób.

Franciszek wrócił do domu jak porażony. Rzucił się do fortepianu i rozpoczął pracę nad zmianą dotychczasowego sposobu gry. „Mój umysł i palce pracują jak dwaj katorżnicy. Homer, Biblia, Platon. Locke, Byron, Hugo, Lamartine, Chateaubriand, Beethoven, Bach, Hummel, Mozart, Weber – wszyscy oni otaczają mnie dokoła. Studiuję ich dzieła, medytuję nad nimi, pochłaniam je z pasją. Ponadto ćwiczę po cztery i pięć godzin (tercje, seksty, oktawy, tryle, repetycje, kadencje itd.). Ach, jeśli nie zwariuję, odnajdziesz we mnie prawdziwego artystę! Tak, artystę takiego, jakim i ty pragniesz być, jacy są nam dzisiaj potrzebni” – pisał do jednego ze swych uczniów7.

Wysłuchanie Paganiniego i poznanie wydanych w tym czasie Kaprysów op. 1 na skrzypce solo było bodźcem do podjęcia wytężonej pracy nad fortepianem. Liszt pracował jak oszalały. Ćwiczył całymi dniami, nie pokazując się nawet najbliższym. Zrozumiał teraz, że wszelkie umiejętności techniczne powinny służyć temu, by u słuchaczy wzbudzić zachwyt nad pięknem. Wirtuozeria dla poklasku wydała się mu teraz czczym wysiłkiem. Artysta nie powinien już więcej bywać w pałacach jako dworak sławiący „amory wielkich i radości bogatych”. Jego powołaniem jest „dodawać otuchy słabym i uśmierzać cierpienie uciśnionych. […] Sztuka musi pokazywać ludziom piękno, heroizm, siłę”. Oto myśli, które od tej pory stały się programem Liszta-artysty.

Zajęty poszerzaniem środków techniki pianistycznej Liszt w tym czasie nie koncertował. Bez reszty pochłonięty był studiowaniem Kaprysów Paganiniego. Powziął nawet myśl przełożenia ich na fortepian. Wśród napisanych w 1831 roku kompozycji na uwagę zasługuje wielka fantazja fortepianowa na temat Ronda z Koncertu skrzypcowego h-moll Paganiniego opublikowana pod francuskim tytułem: Grande Fantaisie de bravoure sur la Clochette de Paganini. Liszt zawarł w kompozycji niemal wszystkie środki techniki pianistycznej, jakimi już dysponował: błyskotliwe pasaże obu rąk, dalekie skoki po całej klawiaturze, podwójne tercje, staccata, skomplikowane tryle i tremola, kaskady oktaw i akordów o dużej rozpiętości, pochody dźwięków w szybkim tempie. Do dzisiaj utwór ten uchodzi za jeden z najtrudniejszych w literaturze fortepianowej.

Lata 1830–1831 były przełomowe w życiu Liszta. Poznał Berlioza i jego ideę muzyki programowej, usłyszał grę Paganiniego, która kazała mu zrewolucjonizować swoją dotychczasową technikę pianistyczną. Ale Liszt miał przeżyć jeszcze jeden wstrząs artystyczny wywierający – jak się okaże – zdecydowany wpływ na jego późniejszą działalność wirtuozowską i kompozytorską.

POZNANIE CHOPINA

Jesienią 1831 roku do Paryża przyjechał nikomu jeszcze nieznany Polak, Fryderyk Chopin. Wprawdzie wieść niosła, że jest to genialny pianista i kompozytor, ale rozhałasowany Paryż zbyt wiele już widział cudów, aby przejąć się przyjazdem młodzieńca z dalekiej Polski, która wielu Francuzom kojarzyła się z Rosją.

Przekraczający rogatki Paryża Chopin miał w kufrze nuty kilku znaczących dzieł fortepianowych, w tym Ronda c-moll op. 1, Wariacji na temat „La ci darem la mano” op. 2 z opery Don Giovanni Mozarta (po poznaniu których Schumann wyrzekł sławne zdanie: „Czapki z głów, panowie, oto geniusz”), Sonaty c-moll, Koncertu f-moll, Koncertu e-moll, Fantazji na tematy polskie oraz kilku mazurków, polonezów, walców i etiud.