Franciszek dla mężczyzn. Co ma nam do powiedzenia święty z Asyżu - Markus Hofer - ebook
Opis

Książka o Franciszku jako mężczyźnie, a nie jako świętym, którym przecież jest. Książka dla mężczyzn, którzy chcą lepiej zrozumieć siebie samych, a także dla kobiet ciekawych tajników męskiej duszy. „Biedaczyna z Asyżu bywał pochopny w swoich sądach, bezlitosny, apodyktyczny, małostkowy, wykazywał liczne sprzeczności i miał niezwykle rozbudowane «ego». Do swojego ojca odnosił się jak nastolatek, który uważa, ze zjadł wszystkie rozumy; współbraci traktował jak dzieci, a Klarę – jak gdyby wciąż próbowała go uwieść”. 

O. Richard Rohr OFM, Albuquerque, Nowy Meksyk

Święty z Asyżu mówi nam, jak zintegrować mrok, który jest w nas, jak pojednać się z nim i przemienić w nowe światło; jak godzić w sobie cząstkę Boską i ludzką; jak utrzymać różne elementy swojej osobowości w równowadze tak, by zdobyć nową jakość życia.

Markus Hofer (ur. 1957) studiował filozofię, teologię, germanistykę i historię sztuki w Innsbrucku (Austria). Przez wiele lat był dyrektorem katolickich instytucji zajmujących się edukacją mężczyzn. Jest autorem książek i doradcą, który pomaga mężczyznom odnaleźć ich powołanie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 159

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Przed­mo­wa

Bar­dzo się cie­szę, że Mar­kus Ho­fer zde­cydo­wał się na na­pi­sa­nie książ­ki o Fran­cisz­ku z Asy­żu, i to jako o męż­czyź­nie, a nie jako świę­tym, któ­rym prze­cież jest; nie jako o ide­ale czy prze­ci­wień­stwie cze­goś, lecz o nim jako o nor­mal­nym męż­czyź­nie, któ­ry mu­siał od­być swo­ją ludz­ką po­dróż, prze­być swo­ją dro­gę, tak jak musi ją prze­być każ­dy czło­wiek. Au­tor słusz­nie zde­cydo­wał się na uka­za­nie Fran­cisz­ka jako „jed­ne­go z nas”, od­krywa­jąc dzię­ki temu pe­wien ar­che­typ.

Fran­ci­szek, któ­ry re­pre­zen­to­wał ten ar­che­typ, łą­czył w so­bie wie­le cech. Jako męż­czyzna był za­rów­no „mę­skim” ryce­rzem, jak i „ko­bie­cym” po­etą; po­tra­fił ko­chać za­rów­no ko­bie­ty, jak i męż­czyzn głę­bo­ką, tro­skli­wą mi­ło­ścią. Był czło­wie­kiem, któ­ry – kie­dy Ko­ściół ni­ko­mu nie przy­zna­wał ta­kie­go pra­wa – pie­lę­gno­wał oso­bi­stą re­la­cję z Bo­giem. Był czło­wie­kiem, któ­ry ufał Bogu na­wet wte­dy, gdy jego wia­ra taką, jaką mu prze­ka­za­no, trzę­sła się w po­sa­dach; któ­ry zma­gał się ze swo­ją sek­sual­no­ścią i umiał w spo­sób twór­czy spo­żyt­ko­wać jej siłę; któ­ry w fun­da­men­tal­ny spo­sób pod­wa­żył zin­stytucjo­na­li­zo­wa­ne for­my re­li­gii i kul­tury; któ­ry po­tra­fił być fa­na­tycz­ny i ela­stycz­ny za­ra­zem; któ­ry dzia­łał w wy­mia­rze „po­li­tycz­nym”, prak­tykując Je­zuso­wą Ewan­ge­lię w nie­zwykle ra­dykal­ny spo­sób; któ­ry był czło­wie­kiem Ko­ścio­ła, ale żyją­cym w cał­ko­wi­tej jed­no­ści ze stwo­rze­niem. Był tym, któ­ry jest dziś uzna­wa­ny za pa­tro­na eko­lo­gii, re­for­ma­to­rów Ko­ścio­ła, gło­si­cie­li po­ko­ju, ar­tystów w każ­dej dzie­dzi­nie sztuki, lu­dzi za­an­ga­żo­wa­nych w dia­log ekume­nicz­ny, po­szukują­cych pro­sto­ty i wszel­kich form bra­ter­stwa, obroń­ców praw zwie­rząt, wi­zjo­ne­rów i ma­rzycie­li, świę­tych bła­znów, że­bra­ków, a na­wet za „pro­to­typ” współ­cze­snych Wło­chów! Ten wy­ra­zi­sty czło­wiek do­ko­nał wie­lu wspa­nia­łych rze­czy! Słusz­nie uzna­je się go za „naj­więk­sze­go na­tural­ne­go ge­niu­sza za­chod­niej du­cho­wo­ści”. To wła­śnie Fran­cisz­ko­wi po­świę­co­no naj­więk­szą licz­bę publi­ka­cji, któ­re uka­za­ły się w kil­ku­dzie­się­ciu ję­zykach. Cie­szy się on sza­cun­kiem we wszyst­kich kul­turach. Asyż na­to­miast oka­zał się je­dynym mia­stem chrze­ści­jań­skim, w któ­rym moż­na było wy­obra­zić so­bie spo­tka­nie pa­pie­ża z wy­bit­nymi oso­bi­sto­ścia­mi wiel­kich re­li­gii świa­ta.

Nie cho­dzi jed­nak o stwier­dze­nie, że bo­ha­ter tej książ­ki osią­gnął pod każ­dym wzglę­dem do­sko­na­łość. Nie był on prze­cież sys­te­ma­tycz­nym myśli­cie­lem, a jego dzia­ła­nia nie za­wsze ce­cho­wa­ła spój­ność. Fran­cisz­ko­wi przy­da­rza­ły się tak­że naj­bar­dziej zwyczaj­ne błę­dy. Wy­da­je mi się, że je­że­li spoj­rzymy na nie­go uczci­wie, do­strze­że­my u nie­go licz­ne wady. Wspól­ne życie z nim z pew­no­ścią nie było czymś pro­stym – Bie­da­czyna z Asy­żu bywał po­chop­ny w swo­ich są­dach, bez­li­to­sny, apo­dyk­tycz­ny, ma­łost­ko­wy, wy­ka­zywał licz­ne sprzecz­no­ści i miał nie­zwykle roz­bu­do­wa­ne „ego”. Do swo­je­go ojca od­no­sił się jak na­sto­la­tek, któ­ry uwa­ża, że zjadł wszyst­kie ro­zu­my; swych współ­bra­ci trak­to­wał jak dzie­ci, a Kla­rę – jak gdyby wciąż pró­bo­wa­ła go uwieść. Uwiel­biał dra­ma­tycz­ne ge­sty, za po­mo­cą któ­rych skupiał na so­bie uwa­gę; w żar­tach na­zwa­li­śmy go nie­gdyś pa­tro­nem eks­hi­bi­cjo­ni­stów!

Fran­ci­szek miał w każ­dym ra­zie głę­bo­ką po­trze­bę bycia kimś wy­jąt­ko­wym. Z dzi­siej­szej per­spek­tywy nie je­ste­śmy w sta­nie z całą pew­no­ścią stwier­dzić, czy jego prze­życia były za­wsze głę­bo­kie, czy też bywał ta­nim sen­tymen­ta­li­stą. Moim zda­niem, był wiel­ki nie tyl­ko w życiu, lecz rów­nież w grze­chu, in­nymi sło­wy – był czło­wie­kiem po­wo­ła­nym. Na­le­żał do tych, któ­rych Bóg do cze­goś po­trze­bu­je. Pod­trzymu­ją oni świat, po­nie­waż są pod­trzymywa­ni po­tęż­ną mi­ło­ścią. Są żywymi iko­na­mi zło­żo­ne­go pro­ce­su okre­śla­ne­go mia­nem na­wró­ce­nia lub oświe­ce­nia.

Bie­da­czyna z Asy­żu łą­czył w so­bie wszyst­kie bar­wy życia i dla­te­go świe­cił ja­sno jak słoń­ce. Nie od­rzucił mro­ku, któ­ry w nim był, lecz zin­te­gro­wał go, po­jed­nał się z nim i prze­mie­nił go w nowe świa­tło. Utrzymywał róż­ne ele­men­ty swo­jej oso­bo­wo­ści w cią­głym ruchu i tak je wza­jem­nie rów­no­wa­żył czy jed­no­czył, że re­zul­ta­tem była czysta sztuka i po­ezja. Tak moc­no trzymał się swo­je­go cen­trum, rdze­nia swo­jej oso­bo­wo­ści, czy też, ści­ślej mó­wiąc, tak moc­no po­zwa­lał się trzymać Bogu, że wszyst­kie te ele­men­ty po­łą­czyły się w har­mo­nij­ną ca­łość, sto­pi­ły ze sobą, i stwo­rzyły na­praw­dę nową ja­kość. Fa­na­tyzm rów­no­wa­żył prze­ba­cze­niem, de­spo­tyzm – ła­god­ną do­bro­cią, a sen­tymen­ta­lizm – wiel­ko­ścią du­cha. Sta­rał się go­dzić w so­bie cząst­kę Bo­ską i ludz­ką, po­nie­waż wła­śnie w tym upa­trywał wiel­ko­ści Je­zusa. Łą­czył w jed­nej du­szy wolę i ła­skę, in­ten­cję i dar, po­nie­waż wi­dział, że to samo czyni w nim Bóg. Utrzymywał w rów­no­wa­dze swój pier­wia­stek mę­ski i żeń­ski, do­ro­sły i dzie­cię­cy, i to tak, jak to jest moż­li­we tyl­ko wte­dy, gdy w czło­wie­ku dzia­ła ktoś Inny. To ów Inny po­zwa­lał mu być sobą, ko­chał go, prze­ba­czał mu i wy­zwa­lał go w tak głę­bo­kim wy­mia­rze, że osta­tecz­nie Fran­ci­szek stał się zdol­ny do tego, aby uczynić to wo­bec sie­bie, wo­bec in­nych, a być może tak­że wo­bec nas wszyst­kich. Pod­trzymywał ota­cza­ją­cy świat, po­nie­waż po­zwa­lał, aby jego sa­me­go pod­trzymywał Bóg. Nie­za­leż­nie od tego, czym tak na­praw­dę jest oświe­ce­nie, wy­da­je się, że jest to stan, któ­re­go nie mo­że­my sami w so­bie wy­wo­łać, któ­ry jest nam ra­czej dany, kształ­tuje się w nas. Jest ono ni­czym ta­niec na li­nie, wy­ma­ga­ją­cy wiel­kiej od­wa­gi i za­ufa­nia. Jest nie tyle ak­tem per­fek­cji, ile za­wie­rze­nia się. Jest nie tyle kwe­stią wy­sił­ku i za­sług, ile uf­nej mi­ło­ści. Jest nie tyle cią­głą wal­ką mię­dzy do­brem a złem, ile ra­czej otwar­ciem się na nie­skoń­czo­ne mi­ło­sier­dzie wo­bec sie­bie sa­me­go i in­nych. Ści­śle wią­że się ono wresz­cie z wdzięcz­no­ścią, wdzięcz­no­ścią za to, co nas ota­cza, i ra­do­ścią z tego, co nas ota­cza. Re­li­gie okre­śla­ją ten stan mia­nem świę­to­ści, a zwyczaj­ni lu­dzie na­zywa­ją go po pro­stu czło­wie­czeń­stwem.

O. Ri­chard Rohr OFM Al­bu­que­rque, Nowy Mek­syk

Wstęp

Fran­ci­szek i ja – nie była to mi­łość od pierw­sze­go wej­rze­nia. Nie po­ruszał mnie jako Boży we­so­łek, nie po­tra­fi­łem go so­bie tak­że wy­obra­zić jako „re­li­gij­ne­go za­kli­na­cza koni”. Tra­dycyj­ne wi­ze­run­ki Bie­da­czyny z Asy­żu ce­cho­wa­ła taka prze­sło­dzo­na świę­tość, że w ogó­le bra­ko­wa­ło w nich mę­sko­ści. Dla­cze­go w ta­kim ra­zie mimo to na­pi­sa­łem książ­kę o nim jako o męż­czyź­nie?

Tym, co mnie trwa­le za­fa­scyno­wa­ło, były jego pustel­nie w środ­ko­wych Wło­szech – istot­nie dzi­kie miej­sca. Tu wła­śnie mu­siał miesz­kać męż­czyzna, w któ­rym chcia­łem do­strzec męż­czyznę. Po na­pi­sa­niu pierw­szej książ­ki o Fran­cisz­ku – sta­ra­łem się w niej zdmuch­nąć z jego bio­gra­fii kurz po­zo­sta­wio­ny przez po­boż­nych dzie­jo­pi­sa­rzy i uka­zać po­stać Bie­da­czyny z Asy­żu w spo­sób „nie­wy­gła­dzo­ny” – za­czą­łem wraz z in­nymi męż­czyzna­mi jeź­dzić na piel­grzym­ki do Fran­cisz­ko­wych pustel­ni. Tam obu­dzi­ło się we mnie coś, co od­tąd już nie da­wa­ło mi spo­ko­ju. Świa­do­mie kon­tem­plu­jąc po­stać Świę­te­go Fran­cisz­ka jako męż­czyzny – będę go da­lej na­zywał po pro­stu Fran­cisz­kiem – uświa­do­mi­łem so­bie praw­dy, dla wy­ra­że­nia któ­rych mu­sia­łem zna­leźć od­po­wied­nią for­mę. Otwo­rzyły się przede mną głę­bo­kie wy­mia­ry mę­sko­ści, łą­cząc się w po­sta­ci tego świę­te­go, któ­re­go wiel­kość ja­wi­ła mi się w spo­sób co­raz bar­dziej na­ma­cal­ny. Co ten czło­wiek ma nam dziś do po­wie­dze­nia? Na to pyta­nie nie spo­sób po­szuki­wać od­po­wie­dzi z per­spek­tywy na­uko­wej. Do­ma­ga się ono od nas pod­ję­cia de­cyzji.

W tej książ­ce ko­bie­ty nie od­grywa­ją pra­wie żad­nej roli. Kie­dy moja żona prze­czyta­ła ma­nuskrypt, po­wie­dzia­ła: „Ko­bie­ta, któ­ra chcia­ła­by się do­wie­dzieć cze­goś o męż­czyznach, po­win­na prze­czytać tę książ­kę. Ko­bie­ta, któ­ra chcia­ła­by się do­wie­dzieć cze­goś o ko­bie­tach, bę­dzie roz­cza­ro­wa­na”. Jest to książ­ka o męż­czyź­nie i dla męż­czyzn. Być może jed­nak wła­śnie dla­te­go jest to rów­nież książ­ka dla ko­biet, któ­re są cie­ka­we męż­czyzn.

Mar­kus Ho­fer

Jan, syn Pio­tra Ber­nar­do­ne

Gdy Jan, syn Pio­tra Ber­nar­do­ne, przy­szedł na świat, była praw­do­po­dob­nie zima, po­czą­tek roku 1182. Zimy w Asy­żu bywa­ją wpraw­dzie chłod­ne, ale rzad­ko pada tu śnieg. Pa­nują­ca wów­czas at­mos­fe­ra nie mia­ła za­pew­ne wie­le wspól­ne­go z ro­man­tycz­ną aurą świąt, zwłasz­cza że to do­pie­ro Fran­ci­szek wy­na­lazł Boże Na­ro­dze­nie w po­sta­ci, jaką zna­my dzi­siaj; o tym jed­nak póź­niej. Gdy Jan uj­rzał świa­tło dzien­ne – nie zna­my ani do­kład­nej daty jego na­ro­dzin, ani daty chrztu – jego oj­ciec prze­bywał akurat w in­te­re­sach we Fran­cji. Był su­kien­ni­kiem, a mod­ne tka­ni­ny z Pro­wan­sji sta­no­wi­ły wów­czas ostat­ni krzyk mody. Ro­dze­nie dzie­ci było zaś w tam­tych cza­sach spra­wą, któ­ra an­ga­żo­wa­ła wy­łącz­nie ko­bie­ty; jako męż­czyzna Piotr nie zo­stał­by praw­do­po­dob­nie w ogó­le do­pusz­czo­ny do łoża, w któ­rym jego żona po­wi­ła po­tom­ka. Gdyby miał jed­nak do dys­po­zycji te­le­fon ko­mór­ko­wy i sa­mo­lot, oj­ciec, kre­owa­ny póź­niej w ca­łej hi­sto­rii na czar­ny cha­rak­ter, bez wąt­pie­nia po­gnał­by na zła­ma­nie kar­ku do domu. Ko­chał­by pier­wo­rod­ne­go po­nad wszyst­ko i po­kła­dał w nim wszyst­kie swo­je na­dzie­je. Prze­bywał jed­nak z dala od domu, a jego żona, mat­ka Jana, na te­mat któ­rej wie­my bar­dzo nie­wie­le, ochrzci­ła syna tym wła­śnie imie­niem. Nie­obec­ność ojca przy na­ro­dzi­nach oraz trud­no­ści, ja­kie miał z nim póź­niej po­to­mek, spra­wia­ją, że zbyt po­chop­nie myśli­my o przy­szłym świę­tym jako o roz­czula­ją­cym się nad sobą ma­min­syn­ku. Tym­cza­sem ta­kie myśle­nie zbyt­nio uprasz­cza spra­wę, a póź­niej­szy Fran­ci­szek nie raz udo­wod­nił, że odzie­dzi­czył po ojcu nie­spo­żytą ener­gię.

Gdy Piotr Ber­nar­do­ne, ob­ła­do­wa­ny oka­zyj­nie na­bytymi tka­ni­na­mi, po­wró­cił do Asy­żu, z dumy i ra­do­ści „prze­chrzcił” pier­wo­rod­ne­go, na­da­jąc mu imię Fran­ce­sco, „Fran­cu­zik”; oczywi­ście nie udał się w związ­ku z tym do księ­dza, tym bar­dziej, że nie było wów­czas jesz­cze dla chłop­ca świę­te­go pa­tro­na o tym imie­niu. W jego me­tryce chrztu, gdyby ta­ko­wa ist­nia­ła, wid­nia­ło­by dziś więc za­pew­ne imię „Gio­van­ni di Pie­tro di Ber­nar­do­ne” (Jan, syn Pio­tra Ber­nar­do­ne) lub po­dob­ne. W tam­tych cza­sach lu­dzie, z wy­jąt­kiem szla­chet­nie uro­dzo­nych, zwykle nie po­sia­da­li jesz­cze sta­łych na­zwisk i no­si­li przy­dom­ki, umoż­li­wia­ją­ce roz­róż­nie­nie wśród licz­nych Pio­trów czy Ja­nów. Imię Fran­ci­szek, pod któ­rym zna­my dziś świę­te­go, po­cho­dzi wła­śnie od nada­ne­go przez ojca imie­nia; przy­szły świę­ty po­sługi­wał się nim przez całe życie.

Syn no­wo­bo­gac­kie­go kup­ca

Fran­ci­szek był pier­wo­rod­nym sy­nem czło­wie­ka, któ­ry le­gi­tymo­wał się świe­żo osią­gnię­tym sta­tusem bo­ga­cza. Jego oj­ciec był po­wa­ża­nym asy­skim miesz­cza­ni­nem, a tym sa­mym na­le­żał do no­wej war­stwy spo­łecz­nej. Wcze­śniej ist­nia­ły tyl­ko dwie war­stwy: szlach­ta i lud, a więc moż­ni i po­zba­wie­ni wpływów, bo­ga­ci i bied­ni. W tam­tym wła­śnie okre­sie kształ­to­wa­ła się jed­nak nowa, co­raz sil­niej­sza kla­sa spo­łecz­na – am­bit­ne miesz­czań­stwo, za­wdzię­cza­ją­ce swo­ją po­tę­gę roz­wo­jo­wi go­spo­dar­ki ryn­ko­wej. Dzię­ki rze­mio­słu, han­dlo­wi, a nade wszyst­ko mo­no­po­lo­wi w dzie­dzi­nie trans­ak­cji pie­nięż­nych miesz­cza­nie sta­le umac­nia­li swo­ją po­zycję, wpływy i siłę po­li­tycz­ną. Gdy Fran­ci­szek miał szes­na­ście lat, w sa­mym Asy­żu wy­bu­chła woj­na do­mo­wa, w trak­cie któ­rej wiel­mo­żo­wie po­cząt­ko­wo po­nie­śli klę­skę i mu­sie­li się ra­to­wać uciecz­ką do Pe­ru­gii.

Jak to jed­nak czę­sto bywa, do­pie­ro dzie­ci no­wo­bo­gac­kich za­cho­wują się jak praw­dzi­wi no­wo­bo­gac­cy. Oj­ciec do­sko­na­le jesz­cze pa­mię­tał, jak cięż­ko jest za­ro­bić pie­nią­dze i jak ła­two szczę­śli­wa pas­sa w in­te­re­sach może zo­stać prze­rwa­na. Świa­do­mość swo­jej po­zycji spo­łecz­nej, jaką prze­ja­wiał Piotr, bę­dąc za­moż­nym miesz­cza­ni­nem, wy­ra­ża­ła się bar­dziej w jego we­wnętrz­nej du­mie niż w skłon­no­ści do ota­cza­nia się sym­bo­la­mi sta­tusu. Ta­kie za­cho­wa­nia sta­no­wi­ły spe­cjal­ność jego syna eks­tra­wer­tyka, któ­ry za naj­bar­dziej dla sie­bie od­po­wied­nie uwa­żał naj­droż­sze sza­ty. Fran­ci­szek był mod­ni­siem ze skłon­no­ścią do „de­si­gner­skich ciu­chów”, spo­śród któ­rych żad­ne nie były dla nie­go zbyt eks­tra­wa­ganc­kie. Pew­ne­go razu mło­dy czło­wiek uznaw­szy, że nie da się już zna­leźć bar­dziej eks­klu­zyw­nych tka­nin, przy­szył do dro­giej sza­ty ka­wał­ki sta­re­go ma­te­ria­łu, aby w ten spo­sób pre­zen­to­wać się jesz­cze bar­dziej awan­gar­do­wo.

Pra­gnie­nie rzuca­nia się w oczy było dla Fran­cisz­ka swe­go ro­dza­ju na­ło­giem; chło­pak nie był po­zba­wio­ny próż­no­ści i skłon­no­ści do szpa­no­wa­nia. Był czło­wie­kiem, któ­ry kre­ował swój wi­ze­runek, i praw­do­po­dob­nie zo­sta­ło mu to na całe życie. Mamy pra­wo wy­obra­żać go so­bie jako ty­po­we­go miesz­kań­ca środ­ko­wej Ita­lii – męż­czyznę nie­zbyt wy­so­kie­go, żywe­go, peł­ne­go ener­gii, z iskier­ka­mi w oczach; czło­wie­ka, któ­ry swo­je sło­wa pod­kre­śla rów­no­le­głymi rucha­mi, prze­ma­wia­ją­ce­go ca­łym cia­łem, ge­stykulu­ją­ce­go i prze­ko­na­ne­go, że nie mogą mu za­szko­dzić ele­men­ty pew­ne­go show, a więc jako ko­goś, kto do­sko­na­le zna się na efek­tach dra­ma­tycz­nych. Wy­stą­pie­nia Fran­cisz­ka mu­sia­ły ro­bić duże wra­że­nie na lu­dziach w jego oto­cze­niu; jego ka­za­nia, dość mo­no­ton­ne pod wzglę­dem tre­ści, mu­sia­ły przy­kuwać uwa­gę wła­śnie dzię­ki jego zdol­no­ściom ak­tor­skim. Ob­raz po­kor­nie zgar­bio­ne­go męż­czyzny, uwiecz­nio­ny na słyn­nym ob­ra­zie Ci­ma­bu­e­go, jest dość mylą­cy.

Fran­ci­szek nie był jed­nak zwyczaj­nym po­ze­rem; był lu­bia­ny przez asy­skich ró­wie­śni­ków ze wzglę­du na po­god­ne uspo­so­bie­nie i na­tural­ny wdzięk, a tak­że – co nie mniej waż­ne – ze wzglę­du na swo­ją hoj­ność. Mło­dzie­niec chęt­nie wy­da­wał bo­wiem pie­nią­dze nie tyl­ko na stro­je, lecz tak­że na or­ga­ni­zo­wa­ne dla przy­ja­ciół wy­staw­ne bie­sia­dy. Ro­dzi­ce wpraw­dzie za to go ga­ni­li, ale nie za­bra­nia­li mu się ba­wić.

Ma­rze­niem wie­lu mło­dych przed­sta­wi­cie­li no­wej war­stwy spo­łecz­nej było pa­ra­nie się rze­mio­słem rycer­skim, w związ­ku z czym ukrad­kiem pod­pa­trywa­li oni życie szlach­ty. Fran­ci­szek od­czuwał nie­skrywa­ną sła­bość do dwor­skie­go stylu życia, co wy­ra­ża­ło się nie tyl­ko w jego sta­ran­nym do­bo­rze stro­jów, lecz tak­że w spo­so­bie wy­sła­wia­nia się oraz umi­ło­wa­niu bar­dzo wów­czas ce­nio­nych fran­cu­skich pie­śni truba­du­rów, któ­rych jego oj­ciec na­uczył się we Fran­cji. Sam przy­szły świę­ty, od­czuwa­jąc ra­do­sny, eu­fo­rycz­ny na­strój, prze­cho­dził na ję­zyk fran­cu­ski i czę­sto in­to­no­wał jed­ną z tych pie­śni.

Ty­tuł orygi­na­łu: Fran­zi­skus für Män­ner. Was uns der Mann aus As­si­si zu sa­gen hat

Pro­jekt okład­ki: Krzysz­tof Krzywa­nia

Re­pro­duk­cja na okład­ce: Ca­ra­vag­gio, Świę­ty Fran­ci­szek na mo­dli­twie, Wi­ki­pe­dia

© 2013 Ty­ro­lia-Ver­lag, Inns­bruck-Vien­na

© For the Po­lish edi­tion by Świę­ty Woj­ciech Dom Me­dial­ny sp. z o.o., Po­znań 2015

ISBN 978-83-7516-997-3

Wy­daw­ca:

Świę­ty Woj­ciech Dom Me­dial­ny Sp. z o.o.

Wy­daw­nic­two

ul. Char­to­wo 5, 61-245 Po­znań

tel. 61 659 37 13

wy­daw­nic­[email protected]­tywoj­ciech.pl

Za­mó­wie­nia

Dział Sprze­da­ży i Lo­gi­styki

ul. Char­to­wo 5, 61-245 Po­znań

tel. 61 659 37 57 (-58, -59), faks 61 659 37 51

sprze­[email protected]­tywoj­ciech.pl • [email protected]­jek­siaz­ki.pl

www.swie­tywoj­ciech.pl • www.mo­jek­siaz­ki.pl

Kon­wer­sja do e-wy­da­nia: Wy­daw­nic­two Świę­ty Woj­ciech