Wydawca: Kurhaus Publishing Kategoria: Specjalistyczne Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 679 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Frakersi. O gazie i ropie łupkowej - Gregory Zuckerman

Frakersi. O gazie i ropie łupkowej” to historia rewolucji energetycznej, która wydarzyła się na naszych oczach. Choć wiele w niej pasjonujących szczegółów o wydobyciu gazu łupkowego, rynku ropy i międzynarodowych trendach, to przede wszystkim jest to fascynująca opowieść o ludziach. O ich sukcesach, porażkach, wielkich fortunach i bankructwach, o sytuacjach bez wyjścia, tupecie, wierze, albo jej braku.
Przez ostatnie dziesięciolecia eksperci rynku energii snuli dramatyczne wizje na temat nieuniknionych niedoborów ropy naftowej i gazu ziemnego. Polityczni decydenci zastanawiali się, jak będzie wyglądał świat, w którym popyt na te surowce zacznie przewyższać podaż. Na naszych oczach koncerny zaczęły śrubować ceny energii do granic możliwości, siejąc tym samym coraz większy niepokój wśród odbiorców. Do czasu.
Garstka amerykańskich zapaleńców, wśród których znaleźli się Aubrey McClendon, Harold Hamm i Mark Papa, uparła się bowiem na poszukiwanie ropy i gazu w szczególnym rodzaju skały – łupku. Byli przekonani, że znajdują się w nim nieprzebrane złoża tych surowców. Musieli tylko znaleźć sposób, aby się do nich dostać. W tym samym czasie największe firmy naftowe stopniowo rezygnowały z poszukiwania nowych źródeł energii na amerykańskiej ziemi. Coraz bardziej realna wydawała się wizja kryzysu energetycznego na świecie. Poszukiwacze czarnego złota byli jednak zdeterminowani. Konsekwentnie eksperymentując ze szczelinowaniem hydraulicznym, czyli frakowaniem, w straszliwie gęstych skałach dokonali historycznego przełomu.
Frakersi. O gazie i ropie łupkowej” autorstwa Gregory Zuckermana to pasjonująca książka o ludziach, którzy zmienili kurs historii gospodarczej, środowiskowej i geopolitycznej świata.

Opinie o ebooku Frakersi. O gazie i ropie łupkowej - Gregory Zuckerman

Fragment ebooka Frakersi. O gazie i ropie łupkowej - Gregory Zuckerman

Frakersi

Niezwykła ‌historia

amerykańskich ‌poszukiwaczy

ropy i gazu ‌w łupkach

Gregory Zuckerman

Przełożył: Leszek ‌Jesień

Tytuł ‌oryginału:

The Frackers. ‌The Outrageous Inside Story ‌of the New Billonaire ‌Wildcatters ‌Copyright ‌© ‌2013 by ‌Gregory ‌Zuckerman

All rights ‌reserved including the right ‌of reproduction in whole ‌or ‌in ‌part in any ‌form. ‌This edition published by ‌arrangement with Portfolio, a ‌member ‌of ‌Penguin Group (USA) LLC, ‌a Penguin ‌Random House Company

Wydanie polskie:

© ‌2014 Kurhaus Publishing ‌Kurhaus Media sp. ‌z o.o. sp. ‌k.

Prawa do przekładu ‌polskiego:

© ‌2014 Kurhaus Publishing Kurhaus ‌Media sp. z o.o. ‌sp. ‌k.

Wszelkie ‌prawa ‌zastrzeżone.

Żaden z fragmentów książki ‌nie może ‌być ‌przedrukowywany bez zgody ‌wydawcy.

Przekład: Leszek Jesień

Redakcja: ‌Marta Sobolewska

Konsultacja merytoryczna: Maciej ‌Woźniak, Antoni Fałkowski

Korekta: ‌Jolanta Tyczyńska

Projekt ‌okładki: Dariusz Krupa

Opracowanie typograficzne ‌i łamanie: Marek ‌Wójcik

ISBN: 978-83-63993-53-5

Kurhaus Publishing Kurhaus ‌Media ‌sp. ‌z o.o. sp. ‌k.

ul. ‌Postępu ‌15C, IV p., 02-676 ‌Warszawa

Dział sprzedaży: kontakt@kurhauspublishing.com, ‌tel. 0 22 325 ‌34 70

Dla Michelle

Bohaterowie opowieści

Mitchell Energy

George ‌Mitchell ‌założyciel

Dan Steward ‌dyrektor zespołu ‌wierceń w łupkach

Nicholas Steinsberger ‌inżynier do spraw ‌szczelinowania hydraulicznego

Kent Bowker geolog ‌do spraw poszukiwań ‌w zespole do spraw ‌wierceń w łupkach

Jim Henry weteran geologii

Oryx Energy

Robert Hauptfuhrer prezes

Kenneth Bowdon geolog

Chesapeake Energy

Aubrey McClendon współzałożyciel

Tom Ward współzałożyciel

Marc Rowland dyrektor do spraw finansowych

Continental Resources

Harold Hamm założyciel

Jeff Hume dyrektor, inżynier

Jack Stark dyrektor, geolog

Cheniere Energy

Charif Souki założyciel

Meg Gentle kierowniczka do spraw planowania strategicznego

EOG Resources

Mark Papa prezes

Bill Thomas dyrektor

Pozostałe osoby

Sanford Dvorin syn rzeźnika z Newark; próbował wiercić w łupkach Barnetta

Ray Galvin dyrektor w Chevronie, starał się znaleźć gaz w łupkach

Michael Johnson siedemdziesięciolatek, który odkrył największe pole w Bakkenie

Buck Butler kowboj z Nixon w Teksasie, siedzi na gazie

Elizabeth Irish pochodzi z Oregonu, przeniosła się z rodziną do Williston w Dakocie Północnej

Znaczenie przełomów

Przedmowa dowydania polskiego

Nie krytyk się liczy, nie człowiek, który wskazuje, jak potykają się inni albo co inni mogliby zrobić lepiej. Chwała należy się mężczyźnie na arenie, którego twarz umazana jest błotem, potem i krwią”.

Słowa wypowiedziane ponad 100 lat temu na paryskiej Sorbonie przez byłego już wówczas prezydenta USA Theodore’a Roosevelta odnosiły się do powinności obywatelskich i w tym króciutkim fragmencie przytoczone zostały również w niniejszej książce. Słusznie, bo bez wiedzy, wysiłku, poświęcenia, a przede wszystkim wiary w sukces setek, a właściwie tysięcy Amerykanów nie byłoby najnowszej rewolucji energetycznej i nie doszłoby do geopolitycznej zmiany wywołanej przez wciąż jeszcze mało popularne zjawisko, jakim są łupki.

Theodore Roosevelt mówił dalej o człowieku „z areny”, że odważnie dąży do celu, myli się, lecz wkrótce ponawia próbę, a wreszcie zaznaje triumfu wielkiego osiągnięcia. Jeśli natomiast przegrywa, to wie przynajmniej, że dał z siebie wszystko.

REWOLUCJA ŁUPKOWA

Trudno byłoby znaleźć bardziej celny opis ludzi, którym Ameryka, a może i cały świat, prawdopodobnie już wkrótce zawdzięczać będzie przełom energetyczny. Wydobycie gazu ziemnego i ropy naftowej z olbrzymich formacji skał łupkowych było idée fixe garstki amerykańskich wizjonerów – geologów i przedsiębiorców, którzy nie uwierzyli w szczyt wydobycia ropy (peak oil) i wbrew prognozom ekspertów oraz na przekór trudnościom (głównie finansowym) rozwijali technologie wiercenia w gęstych skałach.

Łupki wywołują wielkie emocje. W Stanach Zjednoczonych codziennie ukazują się artykuły prasowe demaskujące negatywne dla środowiska naturalnego skutki technologii pozyskiwania ropy i gazu ziemnego z tych skał. Mówi się, że ślad węglowy, jaki gaz łupkowy odciska w przyrodzie, jest dużo większy od tego, jaki pozostawia węgiel kamienny. W dyskusji podkreślane jest prawdopodobieństwo skażenia wód gruntowych chemikaliami, które wykorzystuje się w tym procesie. Nie brakuje też informacji o uwalniającym się przy tym metanie, o groźbie wystąpienia trzęsień ziemi i wyginięcia pewnych gatunków roślin i zwierząt. W 2010 roku powstał film dokumentalny Gasland (pol. Kraj gazem płynący) Josha Foxa, będący protestem przeciwko eksploatowaniu złóż łupkowych w USA. Obraz zyskał olbrzymią popularność i otrzymał wiele nagród, w tym nominację do Oscara. W 2013 roku ukazała się druga jego część. W Europie, choć ta ewidentnie otworzyła się na surowiec z łupków, podchodzi się do tematu bardzo ostrożnie. Na początku 2014 roku Komisja Europejska wydała zalecenia mające na celu ochronę środowiska i zapobieganie zmianom klimatu, które mogą być skutkiem wydobywania ropy i gazu z tych skał. „W niektórych częściach Europy z gazem łupkowym wiąże się duże nadzieje. Jest on jednak także źródłem obaw społeczeństwa”, mówił wówczas Janez Potočnik, komisarz UE do spraw środowiska. Zwolennicy surowca ukrytego w gęstych skałach wskazują natomiast na brak jednoznacznych dowodów na negatywne skutki technologii jego pozyskiwania i na oczywiste korzyści płynące z rewolucji łupkowej: bezpieczeństwo energetyczne, wzrost liczby miejsc pracy oraz produkcji przemysłowej. Pełne poparcie łupki znajdują przede wszystkim w państwach, które próbują dogonić Zachód. Do nadrabiania zaległości potrzeba bowiem mnóstwa energii, także tej kopalnej.

Dziś nie sposób przewidzieć, jak długo potrwa wielka eksploracja skał łupkowych w USA i czy przykład amerykański da się powtórzyć w innych miejscach świata. Wydaje się jednak, że są istotne podstawy, by sądzić, że rewolucja łupkowa rozprzestrzeni się na inne zakątki świata niż Stany Zjednoczone i Europa.

CO TO JEST FRAKOWANIE

Gregory Zuckerman napisał książkę w najprawdziwszym, amerykańskim stylu. O znoju, z jakim przez lata ponawiano najrozmaitsze próby wyciskania gazu i ropy z formacji łupkowych, dowiadujemy się we Frakersach od ludzi, którzy uwierzyli, że będzie z tego wielki biznes, poświęcili więc temu umysły i talenty, siły i pieniądze, te ostatnie zresztą głównie pożyczone.

Są przynajmniej dwa powody, dla których warto przeczytać Frakersów. Pierwszy to podana w przystępny sposób wiedza o węglowodorach zawartych w skałach łupkowych, leżących zazwyczaj kilometry pod powierzchnią ziemi, o tym, jak się do nich dobrać i co z tego wynika. Drugi powód jest istotniejszy. To pojawiająca się przed czytelnikiem szansa uświadomienia sobie, jakich warunków wymagają i w jakich następują wielkie przełomy technologiczne.

Mnóstwo jest w tej opowieści faktów i danych, ale najbardziej liczy się w niej człowiek, okoliczności, w jakich działa, a przede wszystkim nieposkromiona wola odniesienia sukcesu. Pragnienia triumfu nie gasi u bohaterów książki świadomość porażek ponoszonych przez ich przyjaciół i konkurentów na drodze do tego samego celu.

Geolodzy od zawsze wiedzieli, że w łupkach jest gaz i ropa, bo inaczej trudno byłoby używać określenia „skała macierzysta”. Problem polegał i polega na tym, że jest to skała ściśnięta tak mocno, że staje się niedostępna dla klasycznego urobku. Można ją oczywiście przewiercić, ale przez jej mikroskopijne, wręcz nanoskopijne pory nie przecisną się ani cząsteczki gazu, ani tym bardziej ropy, więc szyb wiertniczy pozostanie suchy.

Rewolucja łupkowa była procesem technicznym ciągnącym się przez długie dekady. Do tej pory zresztą ten proces się nie zakończył. Najpierw chodziło w nim o takie kruszenie głębinowej skały, żeby uwolniła zawarty w niej gaz. Później okazało się, że umiejętnie potraktowane łupki uwalniają także ropę. Kruszenie odbywa się z użyciem wody wymieszanej z pewnymi związkami chemicznymi (jest ich kilkaset), wystrzeliwanej pod wielkim ciśnieniem. Nazwa tego procesu – szczelinowanie hydrauliczne, a z angielskiego i potocznie fraking (ang. fracking, od hydraulic fracturing), jest dziś coraz bardziej znana.

REWOLUCJA ŁUPKOWA

Udoskonalenie, jakim okazał się fraking, nie wywołałoby samo z siebie ogromnej rewolucji, gdyby jednocześnie nie rozwinęła się inna istotna technologia – wiercenie w poziomie. Amerykanie doszli w tym do takiej wprawy, że chwalą się, iż mogą wiercić kilometry w dół, a potem wszerz ziemi, by dotrzeć do celu o wymiarach szpilki od krawata. Bez wiercenia horyzontalnego liczba otworów pionowych, z których prowadzone byłoby szczelinowanie wydobywcze, musiałaby być w przypadku łupków o rzędy wielkości większa niż w przypadku konwencjonalnych złóż węglowodorów. Pożytek z połączenia obu technologii obrazować może widok tortu z jedną świeczką (szybem) i drugiego naszpikowanego od środka po brzegi świeczkami (szybami). Wywiercenie każdego szybu oznacza ogromne koszty.

We Frakersach Gregory Zuckerman dokumentuje wysiłki tysięcy nafciarzy oraz pracujących dla nich i z nimi geologów, inżynierów i robotników z wiertni. Jego książka należy do gatunku success stories, dużo można zatem w niej wyczytać o pieniądzach i pogoni za nimi. Nie odniesiemy jednak wrażenia, że motorem napędowym rewolucji łupkowej była chciwość. Niezwykle istotna okazała się wola działania i potwierdzenia własnych umiejętności oraz odporność na liczne niepowodzenia. Autorzy rewolucji łupkowej nie otrzymali za swoje przełomowe wynalazki sowitych premii, ale w rozmowach z autorem nie okazują z tego powodu rozczarowania.

ŁUPKI W POLSCE?

Przyszłości nie da się przewidzieć, wydaje się jednak, że zmierzch paliw konwencjonalnych został ogłoszony o dekady, a nawet stulecia za wcześnie. Na podstawie historii upowszechniania się w świecie zdobyczy wiedzy, nauki i techniki sądzić można, że przed gazem i ropą z łupków rysuje się długa przyszłość, choć pewności co do tego oczywiście nie ma. Może przecież nas coś zaskoczyć i tak jak machina parowa zmieniła świat 200 lat temu, jak internet przekształcił gospodarkę w ostatnich 30 latach, także w dziedzinie energii wydarzy się coś niespodziewanego, a łupki okażą się tylko epizodem. „Nikomu z nas nie przyszło do głowy, co może się wydarzyć”, wspomina w książce czasy tuż przed rewolucją łupkową inwestor miliarder Stanley Druckenmiller. To zdanie zachowuje aktualność.

Od kilku lat temat łupkowy obecny jest również w Polsce. Na początku podchodziliśmy do niego z euforią, z czasem ona znacznie osłabła. Rozsądek oraz obserwacja sytuacji geopolitycznej skłaniają jednak do oceny, że jeśli warunki geologiczne, finansowe i polityczno-społeczne na to pozwolą, zaczniemy z czasem również nad Wisłą czerpać korzyści z łupków.

WARUNKI REWOLUCJI

Nie jest celem niniejszej przedmowy do Frakersów formułowanie wskazówek co do rozwoju technik frakowania i eksploatacji skał łupkowych w Polsce. Warto jednak ostrożnie podkreślić, że należy w tej kwestii przede wszystkim studzić emocje.

W kontekście ewentualnej eksploatacji łupków jest to warunek konieczny, lecz – rzecz jasna – niewystarczający. Lektura książki Zuckermana uzmysławia, jak wielką rolę odgrywa w rewolucji łupkowej innowacyjność techniczna. Niestety, wiedzieć lub przynajmniej domyślać się, jak coś zrobić, to za mało – trzeba jeszcze móc. Zasoby tkwiące w łupkach pozostawałyby nadal niedostępne, gdyby nie obfitość kapitału i rozwinięty, a nawet przerośnięty, rynek finansowy. Bez tego rynku ikonom Frakersów, takim jak George Mitchell, Harold Hamm, Aubrey McClendon, Tom Ward czy Mark Papa, najzwyczajniej zabrakłoby pieniędzy. Gaz i ropa pozostałyby w swych kryjówkach: w formacjach łupkowych Bakken, Eagle Ford czy Magellan.

Pieniądze to zatem warunek numer dwa po innowacyjności połączonej z nieustępliwością poszukiwaczy, bo te właśnie okoliczności stoją jednak w historii eksploracji łupków na pierwszym miejscu.

Kolejny istotny czynnik – już trzeci – to charakterystyczna struktura przemysłowa. Skała łupkowa skruszona została przez płotki amerykańskiego sektora naftowego. Funkcjonują ich tam setki, a nawet tysiące. Giganci naftowi Ameryki i świata, z ExxonMobil na czele, nie wierzyli przecież w łupki i dołączyli do biznesu, dopiero gdy ryzyko niepowodzenia spadło prawie do zera. W Polsce mamy zaledwie trzy duże firmy paliwowo-naftowe, a żądnych sukcesu małych i średnich przedsiębiorstw w tej branży po prostu brak. Podkreślić też należy, że rodzimi „giganci” bardzo dokładnie kalkulują ryzyko. Po czwarte, warto odnotować, że amerykańska przedsiębiorczość karmiona jest długiem. Duże obciążenie kredytem to dla większości tamtejszych firm zupełnie normalny stan. Europejskie, w tym polskie, podejście do długu jest zupełnie inne. Nasze gospodarki są dużo bardziej zachowawcze, a decydenci znacznie ostrożniejsi niż amerykańscy. A przecież skłonność do podejmowania ryzyka okazała się jedną z najistotniejszych przesłanek amerykańskiej rewolucji łupkowej.

I wreszcie ostatnim, ale wcale nie najmniej ważnym warunkiem rewolucji łupkowej zdaje się być wolność. Wolność gospodarcza i świadomość tego, że otoczenie rynkowe nie będzie się zmieniało gwałtownie wraz z każdą zmianą władzy. Gregory Zuckerman zacytował jednego z protagonistów rewolucji łupkowej, mówiącego: „Co wieczór, gdy kładę się spać, wiem, że moje aktywa nie zależą od jakiegoś zamachu stanu czy zmiany podatkowej ani czegokolwiek takiego”.

Owa idea wolności, tak zresztą pięknie rozwijana w Ameryce, sprawia, że Frakersi mogą być lekturą dla wszystkich – dla entuzjastów gazu i ropy z łupków, dla osób, których poglądy dopiero się krystalizują, lecz także dla nieprzyjaciół technologii frakowania i adwokatów rozwoju odnawialnych źródeł energii. Mamy nadzieję, że niniejsza książka wzbudzi w Polsce ciekawą i merytoryczną dyskusję między tymi grupami.

Tomasz Konik

Partner, Lider Zespołu Energii

i Zasobów Naturalnych w Deloitte

Wstęp

William Butler nie spał po nocach, pełen niepokoju.

Szpakowaty, osiemdziesięciotrzyletni ranczer z południowego Teksasu był winien miliony dolarów rozmaitym pożyczkodawcom, nie miał prawie nic na koncie i obawiał się, że jego dwaj synowie nie poradzą sobie, gdy jego zabraknie.

Butler wyglądał, jakby był z planu zdjęciowego jednego z filmów Johna Forda. Wysoki i postawny, zaganiał bydło we flanelowej koszuli, niebieskich dżinsach i zabłoconych butach. Znany był jako Buck, przez siedem dni w tygodniu pracował na ranczu z tysiącami krów, a teraz – w starszym wieku – wspierał się na lasce wykonanej z męskości jednotonowego byka rasy Brahman.

Buck Butler nie był jednak bohaterem filmowym. Wielu lokalnych intrygantów i spiskowców wykorzystywało go przez lata. By zapomnieć o swych problemach, Butler wydawał całą gotówkę na kupno sąsiadujących gruntów, o czym mówił swej nerwowej żonie Verze dopiero po zawarciu transakcji.

Do roku 2009 Butler coraz gorzej radził sobie z biznesem i zaczął mieć problemy nerwowe. Vera zaczęła brać lekarstwa, by łagodzić własne niepokoje.

„Kiedy jesteś winien 3 miliony dolarów, martwisz się” – tłumaczy Vera.

Niecałe cztery lata później, pewnego ciepłego styczniowego popołudnia 2013 r., wierciłem się na przednim siedzeniu Dodge’a, nowego pikapa Butlera, a on opowiadał mi, jak te trudne dni wreszcie się skończyły i przyszło nowe życie.

Wskazując na rozciągające się przed nim hektary, Butler niczym dumny ojciec opisywał, jak pewnego dnia – tylko nieco ponad dwa lata wcześniej – przedstawiciel ConocoPhillips1 zapukał do drzwi jego biura, by zapytać, czy ta wielka firma naftowa mogłaby wiercić na jego ziemi. Okazało się, że pewien rodzaj skały, zwany łupkiem, znajdował się w tym miejscu, prawie dwa kilometry pod powierzchnią jego ziemi. Skała ta była nasączona ropą, która nagle stała się dostępna. Prawie z dnia na dzień grunty Butlera przekształciły się w jeden z najcenniejszych areałów na ziemi.

Butler zaparkował samochód przed meksykańską restauracją w mieście Nixon w stanie Teksas, zamieszkanym przez 2400 osób, i spojrzał na mnie przenikliwymi, niebieskimi oczami.

„Do diabła, trudno uwierzyć w to, co mi się przytrafiło w ciągu ostatnich dwóch lat” – powiedział z uśmiechem ulgi łagodzącym jego pooraną twarz. „Muszę się szczypać, bo to zbyt piękne, by było prawdziwe”.

Byłem wówczas nowojorskim dziennikarzem biznesowym podróżującym do południowego Teksasu w poszukiwaniu tematu. Moja niebieska czapeczka klubu Yankee musiała kontrastować z obdartym kapeluszem kowbojskim Butlera, a słodki teksaski akcent ranczera brzmiał dla mnie jak zupełnie nowy język. Miałem za sobą karierę w Wall Street Journal, gdzie pisałem o mężczyznach i kobietach, którzy handlowali akcjami i obligacjami, a nie żywym inwentarzem. Zanim zacząłem swoje poszukiwania, słowo „frakowanie” brzmiało tak, że raczej radziłbym moim dzieciom, by go unikać.

W tym momencie byłem jednak przekonany, że opowieść o moim twardzielu Marlboro, a także historie o innych, które słyszałem w takich miejscach, jak Williston w Dakocie Północnej, New Milford Pensylwanii oraz Lexington w Oklahomie, należały do najbardziej przekonujących, jakie pisarz mógł napotkać. Buck Butler i inni, którzy znaleźli się w sercu największej rewolucji energetycznej w historii, doświadczyli zaskakującej i nieoczekiwanej zmiany dzięki odkryciom amerykańskiego gazu i ropy, jakie wydawały się nie do pomyślenia jeszcze kilka lat wcześniej. Tej zmiany doświadczył też cały naród i cały świat.

Im więcej pracowałem nad tym tematem, tym jaśniejsze się stawało, że eksplozja wierceń w łupkach i innych przez długi czas pomijanych formacjach skalnych to największy fenomen w świecie biznesu od czasu boomu na rynku nieruchomości i technologii. W pewnym sensie wpływ tej bonanzy energetycznej może być nawet bardziej doniosły niż poprzednich przełomów, szczególnie jeśli wiercenie w łupkach ogarnie cały świat. Gwałtowny wzrost produkcji ropy i gazu z pewnością przez dziesięciolecia będzie w istotny sposób wpływał na rządy, przedsiębiorstwa i jednostki.

Zwróćmy uwagę, że:

Jeszcze w 2006 r. liderzy biznesu i rządzący martwili się, że w Ameryce kończy się energia. Jednak już w 2013 r. Stany Zjednoczone produkowały dziennie 7,5 miliona baryłek ropy2. W 2005 r. było to 5 milionów baryłek ropy. Do 2012 r. mieliśmy do czynienia z największym wzrostem produkcji ropy w historii w kraju, a w 2020 r. możemy pompować ponad 11 milionów baryłek ropy dziennie, więcej niż kiedykolwiek wcześniej i więcej, niż obecnie produkuje Arabia Saudyjska.Dziś płynie tak dużo ropy, że w ciągu kilku lat Stany Zjednoczone mogą już nie potrzebować jej importu lub jedynie wspierać się dostawami od sojuszników takich jak Kanada czy Meksyk, kończąc w ten sposób pięćdziesięcioletnie uzależnienie od ropy pochodzącej z krajów, których interesy już wiele lat temu rozminęły się z amerykańskimi. W 2013 r. saudyjski miliarder książę Alwaleed bin Talal stwierdził, że gospodarka tego królestwa zależnego od ropy stała się wrażliwa na wzrost produkcji energii w USA, co jest szokującą zmianą w porównaniu z sytuacją sprzed kilku lat, gdy Ameryka wydawała się beznadziejnie zależna od bliskowschodniej ropy.Już dziś Ameryka jest największym producentem gazu ziemnego na świecie3, a to dzięki wierceniom w łupkach, i ma do dyspozycji największe na świecie pola gazowe. Produkcja gazu gwałtownie wzrosła o 20 proc. w ciągu ostatnich pięciu lat. Dziś Stany Zjednoczone powinny mieć wystarczającą ilość gazu na kilka pokoleń naprzód. Wkrótce kraj zacznie go eksportować, co było niewyobrażalne jeszcze kilka lat temu, gdy wyglądało na to, że dostawy energii wyczerpują się, a budowanie instalacji do importu gazu było sprawą wagi państwowej.Wzrost produkcji gazu ze skał zwięzłych spowodował gwałtowny spadek cen gazu – o 75 proc. od 2008 r.4. Ponieważ gaz jest używany do ogrzewania i schładzania domów, produkcji energii elektrycznej i żywności, napędzania niektórych samochodów, wytwarzania plastiku, stali i innych produktów, szyb wiertniczy stał się darem dla konsumentów i przedsiębiorstw, z których wiele ciągle jeszcze cierpi na skutek najgorszego kryzysu gospodarczego od czasu wielkiej depresji. Rosnąca w tym czasie produkcja ropy w USA pozwoliła krajowi relatywnie niskim kosztem zbojkotować irańskie dostawy. Może to na całe lata zahamować wzrost światowych cen surowca.Do roku 2020 ten boom energetyczny może dać ponad milion nowych miejsc pracy, amortyzując skutki załamania rynku nieruchomości dla zatrudnienia. W Teksasie, Oklahomie i Luizjanie, a także w Ohio, Wyoming, Wirginii Zachodniej i Pensylwanii poszukuje się pracowników. Regiony od dłuższego czasu borykające się z kłopotami dostały zastrzyk nowej energii. Dakota Północna odnotowuje bezrobocie na poziomie około 3 proc., sklep Walmart w samym sercu regionu ropnego w tym stanie płaci pracownikom 22 dolary za godzinę, a niektóre lokalne McDonaldy oferują nowym pracownikom bonusy wartości 330 dolarów oraz 32-calowe płaskie telewizory5.Elektryczność i gaz ziemny są o tyle tańsze w Stanach Zjednoczonych niż w większości innych krajów, że może to doprowadzić do nowej ery amerykańskiej dominacji gospodarczej. Już mamy do czynienia z trendem powrotu do kraju, polegającym na tym, że przedsiębiorstwa stalowe, chemiczne, producenci nawozów sztucznych, plastiku, firmy oponiarskie i inne przenoszą produkcję z powrotem do USA lub rozwijają tutejsze fabryki, a firmy zagraniczne budują w Stanach nowe zakłady. Dzięki temu odbudowują się miejsca pracy, które kiedyś uważano za bezpowrotnie stracone na rzecz Chin i innych gospodarek charakteryzujących się niskimi kosztami pracy6. Niektórzy nawet uważają, że jesteśmy w trakcie ponownego wzrostu przemysłu wytwórczego, a „made in USA” staje się ponownie przedmiotem dumy.Całość nowo odkrytych złóż ropy i gazu, wraz ze spodziewanym eksportem energii, może wzmocnić wartość dolara amerykańskiego i zmniejszyć deficyt handlowy kraju. Ta eksplozja ropy powoduje, że specjaliści od bezpieczeństwa i obrony zastanawiają się, czy Stany Zjednoczone będą mogły w przyszłości uniknąć niektórych działań militarnych mających na celu zabezpieczenie dostaw energii, co pozwoliłoby krajowi przyciąć rozdmuchany budżet obronny, a może też przekazać część odpowiedzialności za bezpieczeństwo [energetyczne] innym krajom, takim jak Chiny, które pozostają zależne od produkcji bliskowschodniej ropy naftowej.Wśród krajów posiadających poważne zasoby łupkowe, które mogą zostać uruchomione w nadchodzących latach, są Chiny, Rosja, Argentyna i Meksyk. Jednocześnnie przedstawiciele rządów w Wielkiej Brytanii i innych państwach wzywają do podjęcia wierceń łupkowych. Według niektórych analityków do 2035 roku światowa produkcja gazu mogłaby wzrosnąć o 50 proc. Pomogłoby to konsumentom i przedsiębiorstwom na całym świecie.

Pojawiły się jednak kłopotliwe pytania dotyczące konsekwencji środowiskowych niektórych metod produkcji, dzięki którym mamy dziś do czynienia z gwałtownym wzrostem dostaw ropy i gazu, w tym szczelinowania hydraulicznego, tzw. frakowania. Niektórzy martwią się o ich wpływ na jakość powietrza i wody, a inni niepokoją się, że szczelinowanie hydrauliczne może powodować zmiany klimatyczne i prowadzić do trzęsień ziemi lub innych kataklizmów. Gwiazdy Hollywood i rocka oraz potentaci mass mediów, tacy jak Yoko Ono, Sean Lennon, Alec Baldwin, Paul McCartney i Scarlett Johansson, podejmują ten gorący temat. Zdaje się, że w najbliższych latach nie będzie on schodził z czołówek gazet. Zespół Rolling Stones napisał nawet piosenkę „Doom and Gloom”, która dyskredytuje szczelinowanie hydrauliczne.

Wielu zagrożeniom środowiskowym można zapobiec i niekiedy obawy o nie są przesadzone. Zbyt mało dzieje się jednak w tej sprawie, a ponadto łupkom szkodzom wpadki, które się zdarzyły. Niektórzy uważają także, że brakuje regulacji prawnych. Choć gwałtownie rosnąca produkcja gazu ziemnego może rzeczywiście pomóc ograniczyć globalne ocieplenie, jako że w miejscach takich jak Chiny zmniejszy się zapotrzebowanie na brudniejszy węgiel, powrót paliw kopalnych osłabia zainteresowanie czystszymi alternatywnymi źródłami energii. Być może minie wiele lat, zanim w pełni zrozumiemy konsekwencje, jakie niosą z sobą nowye sposoby wiercenia. Zwłaszcza że niektóre firmy nadal opierają się przed ujawnieniem wszystkich szczegółów szczelinowania skał w celu wydobywania ropy i gazu, co tylko wzmaga niepokój.

Zmiany, jakie dokonały się w Stanach Zjednoczonych i które zachodzą na całym świecie, nie są jednak nawet w niewielkim stopniu tak zdumiewające, jak historia niewielkiej grupy ludzi, którzy sprawili, że na przekór wszystkiemu do tego doszło. Tak jak dawni poszukiwacze ropy naftowej, ich współcześni odpowiednicy ignorowali sceptycyzm i drwiny ekspertów, wielkich przedsiębiorstw naftowych, a nawet kolegów i wiercili kilometry pod powierzchnią ziemi w skale, która – jak wierzyli – powinna być nasączona ropą i gazem. Ludzie ci zmienili gospodarczy, środowiskowy i geopolityczny kurs świata, jednocześnie zapewniając sobie jedne z najszybszych zysków w historii.

George Mitchell, który odkrył nowy sposób wydobywania gazu z formacji łupkowych, zarobił ponad 2 miliardy dolarów. Jego znaczenie można porównać do znaczenia Henry’ego Forda czy Aleksandra Grahama Bella. Aubrey McClendon i Tom Ward, zaczynając z 50 tysiącami dolarów, stworzyli przedsiębiorstwo będące jednym z największych producentów gazu w Stanach Zjednoczonych. Kontroluje on prawa do wydobywania minerałów na 6 milionach hektarów, a więc powierzchni trzykrotnie większej niż stan New Jersey. Z resztek niesławnej korporacji Enron, Mark Papa zbudował potęgę naftową o wartości 43 miliardów dolarów.

Inny pionier, Harold Hamm, zgromadził ponad 12 miliardów dolarów, stając się jednym z najbogatszych ludzi w Ameryce. Fortuna Hamma, który posiada więcej ropy w ziemi niż jakikolwiek Amerykanin, przewyższa bogactwo Ruperta Murdocha, Stevena Cohena, Sumnera Redstone’a, a nawet Steve’a Jobsa. Rozwód Hamma zapewne ustanowi rekord, jeśli chodzi o najwyższe koszty podziału majątku, i może uczynić jego żonę bogatszą niż Oprah Winfrey. Portfel najbliższego współpracownika Hamma wycenia się na 400 milionów dolarów, co jest dobrym wyznacznikiem niezmiernych zysków gromadzonych przez dzisiejszych innowatorów.

Niektórzy architekci tej łupkowej wichury zostali jednak zmieceni przez rewolucję, którą sami pomagali uruchomić. Przez ich palce przeciekły fortuny i raczej wyśmiewano ich i przeklinano niż podziwiano. Nie stali się bogaci. A jeśli potwierdzą się najgorsze obawy co do skutów wiercenia, ludzie stojący na czele tego ruchu będą zapamiętani raczej ze względu na szkody, jakie uczynią, niż bogactwa, które przyniosą.

Jak to się stało, że kilku ambitnych i upartych poszukiwaczy gazu – niektórzy nawet bez wyższego wykształcenia czy poważniejszej znajomości geologii lub technik wiercenia – potrafiło sięgnąć po ogromne złoża energii, na które nie zwracały uwagi największe potęgi energetyczne? Główna siedziba koncernu ExxonMobil znajduje się dokładnie nad ogromnym pokładem łupkowym, ale ten gigant energetyczny przeoczył go nawet wtedy, gdy George Mitchell pracował nad wydobywaniem historycznych ilości gazu ze skał w tym właśnie regionie.

Dlaczego nowa era w energii nastała zaraz po wielkiej recesji, gdy nawet szef Rezerwy Federalnej, Alan Greenspan, ostrzegał przed załamaniem amerykańskich dostaw, inwestorzy tacy jak Warren Buffett czy Henry Kravis grali na brak gazu ziemnego, a Władimir Putin przewidywał monopol rosyjskiego surowca?

Dlaczego prywatna przedsiębiorczość odnowiła perspektywy energetyczne kraju, koncentrując je na paliwach kopalnych, podczas gdy rząd Stanów Zjednoczonych wpompował 2 biliony dolarów w czystsze i alternatywne źródła energii? W jaki sposób nieznani przedsiębiorcy energetyczni wypracowali technologie, które przyniosły skok energetyczny, podczas gdy chór ekspertów, w tym Peter Thiel, jeden z pierwszych inwestorów w Facebooka, drwili ze swego kraju, bo uważali, że nie dojdzie już w nim do przełomowych zmian technologicznych? I dlaczego wszystko to stało się w Stanach Zjednoczonych, a nie w Chinach, Rosji czy innych krajach, które chełpią się ogromnymi zasobami ropy i gazu w podobnych skałach?

Książka ta, oparta na trzystu godzinach rozmów z ponad pięćdziesięcioma kluczowymi graczami tej ery, próbuje odpowiedzieć na takie właśnie pytania. Starałem się w niej przewidzieć, w jaki sposób nowa era energii może wpłynąć na światowe rynki finansowe, na gospodarkę, aktywność wojskową czy politykę międzynarodową. Eksperci rządowi, którym powierzono kształtowanie polityki energetycznej, zostali zaskoczeni tymi dramatycznymi, niedawnymi zmianami, podobnie jak specjaliści od środowiska czy najważniejsi menedżerowie zajmujący się ropą i gazem. Można więc wiele się nauczyć od tych, którym udało się doprowadzić do rewolucji łupkowej.

Ludzie, którzy wywołali to niezwykłe zjawisko, na każdym kroku podejmowali ryzyko. By dokonać epokowych odkryć, narażali swoją reputację i bezpieczeństwo finansowe. Ich saga rozgrywała się na pustkowiach, w bezładnie zaparkowanych półciężarówkach i w pełnych stresu salach posiedzeń. Te wydarzenia w ciągu najbliższych lat będą nadal oddziaływać na świat.

1 ConocoPhillips Company – międzynarodowa korporacja sektora energetycznego z siedzibą w Houston, utworzona 30 sierpnia 2002 r. wskutek fuzji Conoco Inc. oraz Phillips Petroleum. Firma zatrudnia 33 800 pracowników, wartość jej aktywów to około 142 miliardy dolarów. Majątek stały firmy to m.in. flota tankowców, 18 rafinerii oraz około 20 000 stacji benzynowych (przyp. Kurhaus Publishing).

2 W czerwcu 2014 r. USA osiągnęły poziom wydobycia ropy równy niemal 256 milionom baryłek miesięcznie. Do rekordowego wyniku z października 1970 r. brakuje niespełna 54 milionów baryłek (co stanowi ok. 20 proc. obecnego wydobycia). Źródło: www.eia.gov (przyp. Kurhaus Publishing).

3 Według przewidywań amerykańskiej agencji EIA z października 2013 r., USA stały się w 2013 r. największym producentem nie tylko gazu ziemnego, ale także gazu ziemnego i ropy naftowej liczonych łącznie, wyprzedzając Arabię Saudyjską i Rosję. Źródło: www.eia.gov/todayinenergy/detail.cfm?id=13251 (przyp. Kurhaus Publishing).

4 Według danych amerykańskiej agencji EIA, ceny gazu ziemnego dla użytkowników komercyjnych osiągnęły swój szczyt właśnie w 2008 r. (w lipcu tego roku cena wynosiła 15,68 USD za tysiąc stóp sześciennych gazu). Warto jednak pamiętać, że jeszcze w lipcu 2007 r. cena ta wynosiła 11,63 USD, a w lipcu 2004 r. jedynie 9,65 USD, co w przybliżeniu stanowi cenę za tysiąc stóp sześciennych w 2014 r. (przyp. Kurhaus Publishing).

5 Stacey Vanek Smith, „North Dakota, Land of Jobs”, Marketplace.org, 18 października 2011; Craig Karmin, Gregory Zuckerman, „A Boomtown Is Born in North Dakota”, Wall Street Journal, 14 listopada 2012.

6 Problem niższych kosztów energii w USA wydaje się w dalszym ciągu pozostawać bez odpowiedzi Unii Europejskiej, która zarówno na poziomie ambitnej polityki klimatycznej, jak i restrykcyjnego podejścia do kwestii wydobycia węglowodorów ze złóż konwencjonalnych i niekonwencjolanych doprowadza do spadku konkurencyjności gospodarek krajów UE (przyp. Kurhaus Publishing).

Prolog

Ten telefon był jak wstrząs.

Był maj 2007 r. i Harold Hamm raczył się kolacją w eleganckim hotelu w centrum Denver, Brown Palace Hotel and Spa. Po prawej stronie Hamma siedziało dwóch kolegów z jego firmy energetycznej Continental Resources. Dwóch bankierów inwestycyjnych z Merrill Lynch siedziało po jego lewej stronie. Cała grupa miała już za sobą dwie trzecie ciężkiej dziesięciodniowej podróży od wybrzeża do wybrzeża, mającej na celu przyciągnięcie inwestorów do pierwszej oferty publicznej wchodzącego na giełdę Continentalu.

Kiedy zespół rockowy rusza w trasę, dni mijają powoli, a noce są szalone; gdy menedżerowie ruszają w trasę, by sprzedawać udziały w przedsiębiorstwach, zwykle jest odwrotnie. Hamm i bankierzy spędzili właśnie cały dzień na przekonywaniu funduszy inwestycyjnych, że Continental będzie wielki w Dakocie Północnej, od dawna zapomnianej części kraju. Teraz ta grupa relaksowała się przy obiedzie i drinkach, marynarki zostały zdjęte i krawaty rozluźnione, a dyskusja dotyczyła sposobów udoskonalenia prezentacji.

Czarując inwestorów, Hamm nie opowiadał o osobistych wyzwaniach, jakim stawiał czoło. Choćby o tym, że dorastał w brudzie biednego wiejskiego Lexington w Oklahomie, jako najmłodsze z trzynaściorga dzieci. Unikał także wspominania o swym niespokojnym życiu osobistym.

Rozpuszczał pozytywne wieści o swojej firmie i o obiecującej formacji skalnej – zwanej formacją Bakkena – o powierzchni 39 tysięcy kilometrów kwadratowych, znajdującej się pod częścią Dakoty Północnej, Montany i Kanady. Hamm wierzył, że stoi na czele rewolucji, która da nowe dostawy ropy i gazu krajowi, któremu właśnie zaczynało brakować energii.

Przy całym tym wielkim gadaniu Continental produkował wówczas ze zwięzłej skały Bakken zaledwie 7 tysięcy baryłek ropy dziennie. Ot, takie małe ciurkanie, stanowiące ułamek procentu tego, co Exxon pompował codziennie. Te wyniki nie wskazywały na to, że znacznie więcej mogłoby popłynąć z regionu, który przez wiele lat frustrował poszukiwaczy ropy. Oferta Hamma stanowiła więc wyzwanie dla inwestorów.

Podróż wydawała się jednak pożyteczna, a jej ostatnia część – spotkania z inwestorami w Los Angeles – miała nastąpić zaledwie za kilka dni. Bankierzy z Merrill Lynch mówili Hammowi, że zainteresowanie Continentalem wydaje się na tyle duże, że można się spodziewać, iż w nadchodzącej ofercie publicznej uda się uzyskać po 18 dolarów za akcję. Wobec perspektywy oferty publicznej już za kilka tygodni, Hamm – sześćdziesięciojednolatek o rzednących kasztanowych włosach, ze sporym brzuchem i zabawnym szerokim uśmiechem – był w dobrym nastroju.

Od tej oferty publicznej zależało wiele. Continental był zadłużony na 253 miliony dolarów, więc Hamm planował wykorzystać nieco z przychodów z oferty do spłacenia części zadłużenia. Wiedział, że jego firma w pewnym momencie będzie potrzebowała dodatkowych setek milionów dolarów, by sięgnąć po wielkie złoża ropy w pokładach skały formacji Bakkena, o których istnieniu był przekonany. Wejście na giełdę było dla firmy jedynym sposobem na zebranie wystarczająco dużej gotówki, by za rozsądną cenę sięgnąć po tę całą ropę.

„Musieliśmy stać się firmą publiczną, by zostać poważnym graczem w Bakkenie” – wspomina Hamm. „Lecz w tym właśnie momencie mieliśmy niewielką produkcję”.

Wokół panowało przygnębienie. Rynek nieruchomości dogorywał, firmy finansowe drżały w posadach, a globalna gospodarka wchodziła w najgorsze spowolnienie od osiemdziesięciu lat. Guru od zarządzania i technologii twierdzili, że Ameryka straciła kreatywnego ducha, a jej dominacja gospodarcza zdawała się przeszłością. Wielu ekonomistów przewidywało przekazanie pałeczki w tym zakresie Indiom, Brazylii oraz Chinom. Producenci energii przegrywali, co na Wall Street i w Waszyngtonie prowadziło do rozpaczliwych pytań o sposoby zaspokojenia w przyszłości potrzeb energetycznych Ameryki.

Gdy więc Hamm się przyglądał zebranym wokół stołu, był przekonany, że jest już blisko realizacji swego życiowego marzenia – ofiarowania swemu krajowi niezwykłego błogosławieństwa dokładnie wtedy, kiedy będzie tego najbardziej potrzebował. Większość menedżerów w jego wieku zajmowała się negocjowaniem pakietów emerytalnych i zwiedzaniem pól golfowych. Tymczasem prawdziwe życie Hamma w pewnym sensie dopiero się zaczynało. Był przekonany, że na horyzoncie pojawił się historyczny szyb naftowy, który ponownie pobudzi cały kraj.

I właśnie wtedy zadzwonił telefon komórkowy Christophera Mize’a, jednego z bankierów z Merrill Lynch. Hamm obserwował rozmowę.

„Och… to zaskakujące… tak… dzięki”.

Hamm wyczuł, że coś poszło źle.

„Nie jest dobrze” – powiedział Mize.

Dwaj konkurenci z Dakoty Północnej właśnie donieśli o wynikach własnych poszukiwań w pokładzie skalnym Bakken. To było wielkie rozczarowanie, co sugerowało, że Continental też przegra w tym regionie.

„Zawalili próbę” – stwierdził jeden z bankierów, używając slangu gazowego dla określenia wielkiej przegranej.

„Możemy odwołać ofertę publiczną albo ją podtrzymać na tym etapie, mając nadzieję, że dojdzie do skutku, ale to będzie o wiele trudniejsze” – mówili Hammowi bankierzy. „To zależy od ciebie, Haroldzie. Przemyśl to dokładnie”.

Hamm ledwie wydusił z siebie „dobranoc” i poszedł prosto do pokoju, wstrząśnięty tą wiadomością.

Następnego ranka powiedział współpracownikom, że będą kontynuować giełdową ofertę publiczną, nawet jeśli miałoby to oznaczać obniżenie ceny w celu przyciągnięcia inwestorów. Może nie doceniają tego, co Continental robi, ale Hamm był pewien, że z biegiem czasu zrozumieją.

Pewność siebie Hamma opierała się na zrozumieniu wielkiego postępu, jakiego dokonało kilka amerykańskich firm, w tym jego własna, w sposobach wiercenia i wydobywania ropy i gazu. Tego przełomu nie potrafili w pełni docenić ani inwestorzy z Wall Street, ani eksperci tego biznesu, ani nawet największe firmy naftowe. Przez dziesięciolecia poszukiwacze szczelinowali, inaczej mówiąc – kruszyli – formacje skalne, tłukąc w nie rozmaitymi płynami, by stworzyć w ten sposób ścieżki, którymi gaz ziemny płynąłby na powierzchnię. Ten proces został nazwany szczelinowaniem hydraulicznym albo frakowaniem.

Hamm oraz inni przedsiębiorczy poszukiwacze ropy z całego kraju zaczęli łączyć ulepszoną technologię szczelinowania hydraulicznego z przełomowymi metodami wiercenia poziomego głęboko w ziemi. Na cel brali długie, szerokie pokłady skalne nasączone ropą i gazem. To były formacje skały łupkowej oraz inne formacje, o dostępie do których geologowie mogli niegdyś jedynie pomarzyć. Codziennie Hamm otrzymywał raporty szczegółowo opisujące, jak jego ekipa wierciła trzy kilometry pod ziemią, by następnie skręcić głowice wiertnicze i kontynuować przez ponad trzy kilometry poziomo, by dotrzeć do pokładów skalnych pełnych ropy. Jeden z ludzi Hamma chwalił się, że może dotrzeć do celu nie większego niż szpilka do krawata, który znajduje się kilometry pod ziemią.

Hamm był zdeterminowany, by zastosować tę nową technologię w celu stworzenia nowoczesnego szybu wiertniczego, który zmieni przyszłość jego firmy, a nawet jego kraju. Potrzebował jedynie pociągnąć za sobą inwestorów.

Kilka tygodni później Continental sprzedał akcje po obniżonej cenie 15 dolarów za akcję. Wall Street jest przyzwyczajone do ofert publicznych, które skaczą do góry po otwarciu. Ta jednak zaledwie utrzymywała się na tym samym poziomie. Miesiącami kurs się nie zmieniał, by na początku września 2007 r. spaść poniżej 15 dolarów za sztukę. Wtedy jeden z kluczowych pracowników załogi Hamma sprzedał wszystkie swoje akcje – nawet on obawiał się, że firma nie będzie wiele warta.

Hamm jednak ciągle wierzył w obfitość nietkniętej ropy leżącej na przeoczonych obszarach Ameryki, a jego firma powoli zbliżała się do ich znalezienia. Jednak niewielu się z nim zgadzało.

„Czy oni nie rozumieją, co się dzieje?” – zastanawiał się Hamm.

Istniały jednak dobre powody głębokiego sceptycyzmu wobec Harolda Hamma i jego dążenia do uwolnienia wielkich zasobów ropy w Dakocie Północnej. Hamm był genialnym marzycielem, choć może już u schyłku życia, był marzycielem, jak cały jego naród.

Przemysł naftowy zaczął się od Stanów Zjednoczonych i przez ponad stulecie kraj ten był gigantem w produkcji światowej energii. Ale w latach 70. XX wieku coraz trudniejsze stawało się odkrywanie obiecujących złóż. Amerykańska produkcja ropy naftowej osiągnęła szczyt w roku 1970 na poziomie 9,6 miliona baryłek ropy dziennie. Wtedy też gwałtownie zaczął wzrastać import tego surowca, bo kraj usiłował pozyskać wystarczającą ilość ropy na pokrycie rosnącego zapotrzebowania. Arabskie embargo naftowe z 1973 r. posłużyło za ostrzeżenie – Ameryka stała się zależna od innych. A ci inni niekoniecznie byli jej najlepszymi przyjaciółmi. Magnaci naftowi, tacy jak J.R. Ewing z Dallas czy Blake Carrington z Dynastii, być może uwodzili widownię telewizyjną w latach 70. i 80. XX wieku, ale prawdziwym wiertaczom trudno było odzyskać dumę, gdy wokół mieli suche dziury, tj. bez śladów gazu czy ropy. Globalny przesyt na rynku ropy w latach 80. i 90. XX wieku przyniósł niskie ceny – to była dobra wiadomość dla konsumentów, lecz zła dla amerykańskich poszukiwaczy ropy, którym trudno było rywalizować z zagranicznymi konkurentami.

Bossowie takich stolic energetycznych jak Dallas, Houston i Tulsa zupełnie zignorowali to, co Hamm robił w Dakocie Północnej. Zamiast niego publiczny podziw, a nawet zawiść wzbudzał Aubrey McClendon, nowy przedsiębiorca z Oklahomy, który stosował własną technikę usprawnionego wiercenia i szczelinowania. Późną wiosną 2008 r. McClendon stał się multimiliarderem, gdy akcje jego nowej firmy energetycznej Chesapeake Energy poszły w górę. Pomógł także sprowadzić do Oklahoma City zawodowy zespół koszykówki, co zelektryzowało cały stan. Później, gdy McClendon siadywał na meczach na widowni z Kate Upton, swoją kuzynką, modelką i projektantką kostiumów kąpielowych ze Sports Illustrated, zazdrość i plotki jeszcze się wzmogły. Tuż obok w pierwszym rzędzie miał wykupione własne miejsce Hamm. Lecz jego dostrzegało niewielu.

Na początku 2008 r. głównym tematem rozmów energetycznych w Waszyngtonie i na Wall Street był szczyt wydobycia ropy. Zgodnie z teorią neomaltuzjańską1 globalne zasoby energii osiągnęły kres, co z pewnością doprowadzi do wzrostu cen i globalnych napięć gospodarczych. Firma McClendona była jedną z niewielu wciąż odkrywających nowe ogromne złoża, bo koncentrowała się na wierceniu w łupkach, zwięzłej skale od dawna ignorowanej przez gigantów ropy naftowej.

W marcu 2008 r. McClendon był gospodarzem kolacji wydanej w drogim i luksusowym nowojorskim klubie ‘21’ dla grupy miliarderów z Wall Street i innych, którzy starali się zrozumieć nowy świat energii. Byli tam inwestorzy George Soros i Stanley Druckenmiller. Było tam także kilka czołowych mózgów globalnego biznesu energetycznego. W czasie kolacji goście McClendona twierdzili, że rozpoczęła się właśnie era braku ropy i gazu oraz ich rosnących cen.

Gdy ze szczytu stołu McClendon obserwował rozwój dyskusji, nie potrafił ukryć uśmiechu zdradzającego pewność siebie. Mimo pesymizmu przy stole jego firma wydobywała coraz więcej gazu ziemnego. McClendon planował pompować więcej, co dałoby mu szansę stać się kimś współcześnie podobnym do Getty’ego czy Rockefellera2.

Jednak z dala od tego ważnego nowojorskiego miejsca w ciszy rozwijała się rewolucja, której nie były świadome ani inwestorskie gwiazdy, ani eksperci energetyczni, ani większość menedżerów zajmujących się ropą naftową. Ta rewolucja rozpoczęła się dekadę wcześniej w Teksasie, gdy pewien poszukiwacz ropy nazwiskiem George Mitchell szukał sposobu, by ratować swój biznes.

Wkrótce Hamm, McClendon i inni niegdyś nieznani wiertacze mieli wyzwolić spektakularną przemianę kraju i całego świata. Jednak tego wieczoru w Nowym Jorku niewielu przy stole miało pojęcie, co ich czeka.

„Nikomu z nas nie przyszło do głowy, co się wydarzy” – wspomina Druckenmiller.

1 Maltuzjanizm – teoria, której twórcą był Thomas Malthus, opublikowana w 1798 r. Według Malthusa skoro liczba ludności rośnie w postępie geometrycznym, a produkcja żywności – w arytmetycznym, to nieunikniony jest stan przeludnienia. Teoria ta stała się podwaliną wielu ruchów neomaltuzjańskich i została rozszerzona np. na zasoby naturalne (przyp. Kurhaus Publishing).

2 Jean Paul Getty (1892–1976), amerykański przemysłowiec. Założył Getty Oil Company. W 1957 r. został uznany przez magazyn Fortune za najbogatszego Amerykanina. W chwili jego śmierci, zgromadzony przez niego majątek wynosił 1,2 miliarda dolarów (według dzisiejszej wartości dolara byłoby to 8,3 miliarda). John Davison Rockefeller (1839–1937) to z kolei amerykańskiprzedsiębiorca, filantrop i fundator Uniwersytetu Chicagowskiego. Obecnie uważany za najbogatszego człowieka w historii Stanów Zjednoczonych, którego majątek w chwili jego śmierci oceniano na 663,4 miliarda dolarów (według przelicznika z 2007 r.) (przyp. Kurhaus Publishing).

Przełom

Rozdział 1

Cisi odziedziczą ziemię, lecz nie prawa dojej minerałów

J. Paul Getty

George Mitchell nie miał zamiaru zmieniać historii. Chciał po prostu utrzymać swe przedsiębiorstwo.

Było lato 1998 r. i Mitchell Energy codziennie słało wielkie ilości gazu ziemnego ze swych pól w Teksasie do rurociągu zasilającego Chicago. Przez dziesięciolecia ten układ zapewniał firmie stałe zyski, pozwalając Mitchellowi się bogacić.

Niestety, jego zasoby gazu wyczerpywały się powoli, ale nieubłaganie. Ceny akcji Mitchell Energy spadały, cały przemysł był rozłożony na łopatki; kończył się czas nie tylko dla 79-letniego menedżera, ale także dla jego biznesu. Powolny upadek wydawał się nieunikniony, choć Mitchell starał się mu zapobiec.

W dużej sali konferencyjnej w siedzibie swojej firmy na przedmieściach Houston, zwołał spotkanie najważniejszych menedżerów. Od prawie dwóch dziesięcioleci bezowocnie poszukiwali oni nowych źródeł gazu ziemnego, co wielu z nich doprowadzało do frustracji. Mitchell był przekonany, że najlepszym pomysłem byłaby próba odblokowania zasobów gazu z łupków, zwięzłego typu skały leżącej w Teksasie Północnym głęboko poniżej powierzchni należącej do Mitchell Energy. Lata całe spędzili wiercąc w tej skale, wciąż bez efektów, bo skała nie pracowała.

Jego więksi rywale, tacy jak Exxon, Royal Dutch Shell i Chevron, dawno już zakończyli prace mające na celu pozyskanie ropy i gazu z podobnych formacji skalnych w kraju. Te wielkie korporacje skierowały się poza granice Stanów Zjednoczonych, by wiercić w Afryce, Azji, Brazylii i na morzach. Niemal każde miejsce poza Stanami Zjednoczonymi wydawało się bardziej obiecujące niż teksaskie łupki Mitchella.

Zasoby energii w Stanach Zjednoczonych wyczerpywały się, podobnie jak Mitchell Energy. Rosnąca zależność od zagranicznej energii wikłała kraj w kosztowne działania, które przynajmniej częściowo miały służyć zabezpieczeniu źródeł ropy i gazu. Tak było siedem lat wcześniej w przypadku inwazji na Irak, który anektował Kuwejt, potęgę naftową Zatoki Perskiej. Wydawało się, że Stany Zjednoczone będą musiały przyzwyczaić się do głębszej zależności od zagranicznej energii i dodatkowych kampanii wojskowych, podczas gdy Rosja i inne kraje obdarzone ogromnymi zasobami energii zaczną przejmować władzę.

W trakcie tego spotkania w 1998 r. Bill Stevens, który miał później zastąpić Mitchella, wystąpił z mocnym przesłaniem. „Firma traci czas” – mówił. „Nawet jeśli w jakiś sposób moglibyśmy wydobywać więcej gazu z tej trudnej skały, koszty produkcji byłyby zbyt wysokie, by było to opłacalne. Wiercenie w teksaskich łupkach nie było warte wydatków na dzierżawę kolejnych gruntów w tym regionie” – argumentował Stevens, zwracając się do Mitchella i pozostałych członków rady dyrektorów firmy.

Mitchell słyszał to już od swego syna Todda, doświadczonego geologa, również członka rady dyrektorów. Być może wiercenie w łupkach pewnego dnia zacznie przynosić spektakularne efekty, mówił Todd, ale teraz firma wydaje na nie zbyt dużo. Todd powtarzał to podczas firmowych lunchów, na spotkaniach rodzinnych i na prywatnych posiedzeniach z ojcem. Ostrzegał, że firma lewaruje się1 na zastraszającą skalę, a osobiste długi George’a Mitchella osiągnęły niepokojący poziom.

Wydawało się, że uparcie kontynuując wiercenia w łupkach, George Mitchell ryzykuje przyszłość swego przedsiębiorstwa.

Podczas spotkania rady Mitchell cierpliwie słuchał sceptyków. Właściwie nic im nie odpowiedział i gwałtownie zakończył spotkanie, zostawiając sfrustrowanych członków rady.

Poszedł do swoich geologów i inżynierów, pracujących nad projektem w teksaskich łupkach. Powiedział im, że jest pewien, iż ostatecznie znajdą sposób na wydobycie poważnych ilości gazu z tej skały.

„Pracujcie dalej, gaz musi tu być” – powiedział, starając się podnieść ich na duchu.

Prywatnie Mitchell miał wątpliwości. „Myślałem, że może oni mają rację i to nie zadziała” – wspomina.

Nie mógł jednak dzielić się swymi wątpliwościami z żadnym z menedżerów, nie mówiąc o tym, by dyskutować o tym z zespołem pracującym w polu. To była jego ostatnia szansa.

„Nie miałem wyboru, naprawdę” – wspomina Mitchell. „Musieliśmy sprawić, by gaz popłynął”.

Wyczerpywanie się gazu było poważnym problemem dla George’a Mitchella i jego firmy. Na szczęście przeszkody nie były niczym nowym w jego rodzinie. Jako imigranci musieli się borykać z wieloma kłopotami. Taka przeszłość dawała mu nadzieję, że zwycięży w tych ostatnich poszukiwaniach swojego życia.

Savvas Paraskevopoulos, ojciec Mitchella, był pastuchem kóz w Nestani, małej wiosce wśród pełnych kurzu gór południowej Grecji. W 1901 r. w wieku dwudziestu lat Paraskevopoulos jako czwarte z pięciorga dzieci uzmysłowił sobie swoje marne dziedzictwo w tym wiejskim, biednym kraju – tysiąc metrów kwadratowych ziemi bez dostępu do wody. Szybko zdecydował, że musi coś zrobić ze swym życiem.

Biedny i niepiśmienny Paraskevopoulos poszedł osiemdziesiąt kilometrów do frachtowca kierującego się na wyspę Ellis u wybrzeży Nowego Jorku i za darmowy przejazd zgodził się pracować na statku, w ten sposób stając się jednym z tysięcy Greków emigrujących do Ameryki. Tam, choć prawie nie znał angielskiego, został przejęty przez robotników kolejowych. Wkrótce z ekipą z Arkansas kładł tory w stronę Teksasu. To była katorżnicza praca, która położyła podwaliny pod rozwój kraju.

Pewnego dnia Mike Mitchell, irlandzki kasjer ekipy, podszedł poirytowany do Paraskevopoulosa. Stwierdził, że ma zbyt wiele kłopotów z pisaniem jego długiego i skomplikowanego nazwiska. Kazał imigrantowi je zmienić.

„Od dzisiaj twoje nazwisko będzie takie same jak moje” – powiedział kasjer Paraskevopoulosowi.

I tak Savvas Paraskevopoulos stał się Mikiem Mitchellem. Ostatecznie dotarł do Houston i dołączył do swego kuzyna, który pracował jako pucybut tuż obok wspaniałego hotelu miejskiego. Wkrótce młody Grek oszczędził wystarczająco dużo pieniędzy, by otworzyć własny biznes oferujący czyszczenie butów i prasowanie, naprzeciwko hotelu Buccaneer w Galveston, mieście odległym o 80 kilometrów od Houston, w którym wciąż rosła liczba greckich imigrantów.

Pewnego ranka, przeglądając lokalną grecką gazetę, Mitchell zobaczył artykuł o atrakcyjnej młodej kobiecie, Katinie Eleftheriou, która podróżowała do Tampa na Florydzie, by dołączyć do swej siostry. Zauroczony jej urodą, Mike Mitchell wyciął artykuł i włożył do kieszeni marynarki. Dwa lata później, odłożywszy odpowiednio dużo pieniędzy, by móc sobie pozwolić na podróż pociągiem do Tampa, założył płaszcz i krawat i pojechał na poszukiwanie Eleftheriou.

W Tampa Mitchel nikogo nie znał, ale dotarł do kogoś ze wspólnoty greckiej i udało mu się zlokalizować młodą kobietę, która była już zaręczona z pewnym mężczyzną. Jednak dzięki swojemu urokowi i uporowi Mike Mitchell doprowadził do zakończenia tamtego związku i sprowadził pochodzącą z Peloponezu Eleftheriou do Galveston. Pobrali się w 1905 r. i wychowali czworo dzieci. Trzecim był urodzony w 1919 r. George Phydias, którego imię pochodzi od jednego z największych rzeźbiarzy greckich.

Rodzina Mitchellów żyła w dzikiej imigranckiej okolicy, którą miejscowi zwali Ligą Narodów i gdzie kwitły przemyt i hazard2. Z pieniędzmi było krucho, więc George pomagał rodzinie wiązać koniec z końcem, polując na kaczki i gołębie oraz łowiąc nakrapiane pstrągi i karmazyny, które sprzedawał w Gaido’s, restauracji rybnej w Galveston, po 40 centów za kilogram.

Katina Mitchell nigdy nie nauczyła się angielskiego. Cieszyła się jednak poważaniem lokalnej wspólnoty greckiej, a w domu Mitchellów czasami całymi tygodniami pomieszkiwali nowi imigranci. Katina zmarła nagle na skutek wylewu w wieku 44 lat, gdy George miał 13 lat. Wkrótce potem Mike pogruchotał nogę w wypadku samochodowym. Starsze rodzeństwo George’a, Christine i Johnny, było już na tyle dorosłe, że mogło sobie samo poradzić, ale George i jego siostra Maria zostali wysłani do krewnych.

George Mitchell nie mówił po angielsku, dopóki nie rozpoczął szkoły podstawowej, ale udało mu się zostać jednym z najlepszych uczniów w dobrze notowanej Ball High School w Galveston. Zamierzał spełnić marzenie matki i pójść na Uniwersytet Rice’a, by zostać lekarzem. Zmienił jednak zdanie w ostatniej klasie, dzięki lekcjom matematyki ciekawie prowadzonym przez nauczyciela oraz letniej pracy na polach naftowych Luizjany ze starszym bratem Johnnym.

„Dokonywanie odkryć poprzez studiowanie map wydawało się ekscytujące” – mówił Mitchell. Nawet mimo to, że ropa sprzedawała się wówczas po zaledwie 1,2 dolara za baryłkę, a przemysł przechodził trudne chwile.

Mitchell studiował geologię na teksaskim Uniwersytecie A&M3, gdzie dał się poznać jako jeden z najlepszych tenisistów, choć często brakowało mu pieniędzy na opłacenie czesnego. By na nie zarobić, zaczął sprzedawać na terenie kampusu słodycze kolegom. „Stawiało się stoisko, pisało »Wrzuć pieniążek« i miało się dwadzieścia czy trzydzieści rodzajów słodyczy” – wspominał. „To było fajne”.

Cóż, było fajnie, dopóki członkowie szkolnego zespołu futbolowego nie zaczęli zabierać Mitchellowych słodyczy, nie płacąc za nie i drażniąc się z nim, gdy próbował ich powstrzymać. Zdał sobie sprawę, że musi wymyślić nowy sposób zarabiania pieniędzy, więc zakochanym studentom pierwszego roku zaczął sprzedawać wytłaczane złotem przybory piśmiennicze, zarabiając w ostatnim roku szkolnym 300 dolarów miesięcznie4.

Wtedy też pewien profesor inżynierii naftowej dał Mitchellowi radę, która zrobiła na nim wrażenie. „Jeśli chcesz iść do pracy dla Humble Oil, to w porządku, będziesz mógł jeździć w miarę przyzwoitym chevroletem” – powiedział profesor, odnosząc się do jednego z największych producentów energii tamtych czasów, który później stał się częścią Exxona. „Lecz jeśli chcesz jeździć cadillakiem, lepiej pewnego dnia pójdź na swoje”.

Mitchell uzyskał dyplom z inżynierii naftowej w 1940 r. i pracował w stanie Luizjana na platformie wiertniczej Amoco. Kiedy wybuchła druga wojna światowa, obawiał się, że zostanie powołany do wojska i wysłany na front. Ponieważ stracił w ten sposób zbyt wielu przyjaciół, postanowił mieć się na baczności. Dlatego zaciągnął się do korpusu inżynierskiego armii Stanów Zjednoczonych. Mitchell starał się przekonać swego dowódcę, że jest nieodzowny w Houston. Ciężko pracował, grał w tenisa z pułkownikiem, a nawet umawiał się z jego córką; wszystko po to, by nie dać się wysłać za morze. Zadziałało – prawie pięć lat Mitchell spędził, zarządzając setkami osób i projektami budowlanymi w Houston i okolicach.

W tamtych czasach Mitchell bardziej skupiał się na płci przeciwnej i unikaniu walki niż na przyszłości w biznesie energetycznym. Prawie dwa tygodnie przed atakiem na Pearl Harbor, gdy wracał pociągiem do Houston z meczu futbolowego Texas A&M University, spostrzegł atrakcyjną młodą kobietę Cynthię Woods i jej siostrę bliźniaczkę Pamelę, które właśnie były na podwójnej randce ze studentami. Cynthia stawała się coraz bardziej przygnębiona, bo jej chłopak był pijany i nieznośny.

„Facet pił whisky z butelki i to ją złościło” – wspomina Mitchell.

W końcu Cynthia poprosiła chłopaka swej siostry, by pozbył się głupka, aby nie musiała już z nim mieć do czynienia. Ten odkrył, że w wagonie obok rozgrywana jest partia pokera i przekonał młodego awanturnika, by tam poszedł. Mitchell szybko wykorzystał okazję, przedstawił się Cynthii i dostał od niej numer telefonu. George i Cynthia zaczęli się spotykać. Skończyło się to podwójnym ślubem – Cynthii i George’a oraz Pameli i jej chłopaka z tamtego wieczoru.

Po wojnie George zajmował się konsultowaniem projektów wiertniczych w poszukiwaniu ropy i gazu w Houston, zyskując dobrą opinię jako ekspert od selekcjonowania produktywnych szybów. Szło mu na tyle dobrze, że razem z bratem Johnnym postanowili spróbować szczęścia jako poszukiwacze ropy i gazu. Chcieli zostać nowoczesnymi poszukiwaczami skarbów, którzy ryzykują ruinę finansową w nadziei odkrycia bogactwa. Byli w stanie postawić wszystko na wiercenie własnego szybu, bo George chciał zdobyć tego cadillaca, o którym kiedyś mówił mu profesor.

Bracia nie wybrali specjalnie oryginalnej nazwy dla swej firmy – Oil Drilling Inc. Ale razem z trzecim partnerem i z wielkimi nadziejami na sukces w 1946 r. Mitchellowie otworzyli firmę w budynku Espersona w centrum Houston.

Szybko pojawił się pierwszy problem: George i jego brat nie mogli sobie pozwolić na wniesienie opłat wymaganych przez lokalną bibliotekę za wypożyczanie dzienników szybów naftowych, czyli szczegółowych zapisów dotyczących formacji geologicznych, które są kluczowe dla poszukiwań ropy i gazu. By wyrwać się z tego potrzasku, George przekonał lokalną firmę, by wypożyczała im dzienniki na koniec dnia roboczego; zwracał je im przed 8 rano następnego ranka, zanim na nowo otworzyli biuro.

George, wykształcony geolog, co noc do drugiej nad ranem ślęczał nad dziennikami, próbując znaleźć obiecujące działki. Gdy już zlokalizował obszar, który wydawał się atrakcyjny, Johnny – bardziej wygadany i rzutki niż brat – robił podchody do grupy promotorów poszukiwań gazu i ropy gromadzących się w miejscowym sklepie, jednocześnie będącym znanym miejscem spotkań i śniadań, by zebrać trochę pieniędzy, aby bracia Mitchellowie mogli zacząć wiercenie szybów.

Wkrótce Johnny zaprzyjaźnił się z żydowskimi biznesmenami z Houston i Galverston, właścicielami sklepu spożywczego, Abem i Bernardem Weingartenami, którzy szukali sposobów na zainwestowanie zaoszczędzonych pieniędzy. Zgodzili się płacić braciom Mitchell 50 dolarów miesięcznie za poszukiwania dla nich działek do wiercenia. Dodatkowo bracia otrzymywali na własność około jednej trzydziestej drugiej udziałów w każdym szybie, jaki wywiercili dla grupy inwestorskiej. Po pierwszych sukcesach także inni biznesmeni zaczęli dawać pieniądze chłopakom Mitchellów za to, że szukali im szybów naftowych i gazowych.

„Zyskaliśmy dobrą reputację jako poszukiwacze ropy, więc ludzie sami nas szukali” – mówi Mitchell. „Wszystkie duże rodziny żydowskie były gotowe ryzykować pieniądze, inwestując w ropę i gaz”.

Bracia zgromadzili imponujące doświadczenie, także w rywalizacji z gorączką niezależnych poszukiwaczy ropy, która napłynęła po drugiej wojnie światowej do Teksasu. Grupa inwestorska zarabiała pieniądze, ale dla George’a i Johnny’ego była trudnym partnerem, bo w każdej chwili mogła wycofać swoje poparcie, jeśli bracia Mitchellowie trafiliby na zbyt wiele suchych dziur.

Pewnego razu, gdy George Mitchell powiedział Willowi Zinnowi, prawnikowi z Galveston, że w ważnym szybie znaleźli słoną wodę, a nie ropę, ten odpalił: „Hej, mam już całą słoną wodę, jakiej potrzebuję w Galveston… Nie potrzebuję wydawać moich pieniędzy, by zdobyć jej więcej”5.

„Gdybyśmy zrobili pięć suchych dziur z rzędu, opuściliby nas” – wspomina Mitchell.

By uniknąć takiego scenariusza, George zawsze starał się zachować jeden szczególnie obiecujący szyb w rezerwie, by wiercić tam wtedy, gdy trafiło mu się wiele pustych z kolei. Pozwalało to powstrzymać inwestorów przed ucieczką.

Wkrótce gotówka zaczęła spływać do nich z całego kraju. Jednym z udziałowców był Sam Maceo, magnat hazardu z Galveston i szef zorganizowanego świata przestępczego. Innym była Barbara Hutton, słynna i nieszczęśliwa dziedziczka fortuny Woolworthów6, która jednocześnie była córką założyciela firmy brokerskiej E.F. Hutton. Barbara Hutton trafiła na czołówki gazet dzięki temu, że miała siedmiu mężów, w tym słynnego aktora Cary’ego Granta. Skorzystała na sukcesach wiertniczych Mitchella, ale zmarła niemal bez grosza, roztrwoniwszy swoją fortunę na alkohol, narkotyki i licznych playboyów.

Innym zadowolonym inwestorem był Robert E. Smith, niezależny producent energii i dobrze znany inwestor na rynku nieruchomości w Houston. W młodości Smith został odrzucony przez oficera rekrutującego do armii, który zauważył, że na skutek wypadku podczas polowania brakuje mu dwóch palców u prawej dłoni.

„Ale nadal mam palec do spustu i może pan dać tu najtwardszego faceta z okolicy, a skopię mu tyłek” – Smith powiedział do oficera, a ten szybko go zapisał7.

Po wyjściu z wojska Smith dwa razy został wyrzucony z pracy w dużych firmach naftowych za pobicie współpracowników. Młody człowiek ze średnim zaledwie wykształceniem postanowił zostać poszukiwaczem ropy i odniósł ogromny sukces, wiercąc własne szyby. Później przyczynił się do ściągnięcia do Houston zespołu bejsbolowego Astros.

Smith zgodził się objąć 25-procentowy udział w niektórych szybach Mitchellów. Z jednej strony złagodziło to ciążącą na nich presję finansową, ale z drugiej strony dołożyło im innego rodzaju stresów, których się nie spodziewali.

„Smith dzwonił i robił raban o to czy tamto” – mówi Mitchell. „Ale był dobrym inwestorem”.

George i Johnny zaczęli obejmować coraz większe udziały własnościowe w szybach, które wiercili w różnych miejscach Teksasu, Luizjany i Nowego Meksyku. Choć nazwa ich firmy odnosiła się do ropy naftowej, Mitchellowie zwykle polowali na gaz ziemny, biedniejszego kuzyna z rodziny energetycznej. Gaz ziemny to lekki węglowodór, który pochodzi z rozkładu pozostałości roślin i zwierząt. Można go przekształcić do postaci ciekłej, obniżając jego temperaturę, co czyni go nieco bardziej pożytecznym, lecz do drugiej połowy XX wieku był uważany za nieużyteczny produkt uboczny wydobycia ropy naftowej, którą znacznie łatwiej przechowywać i transportować.

Ropa, w odróżnieniu od gazu, składa się z ciężkich węglowodorów, które mają postać ciekłą. To czyni z niej produkt idealny do różnych zastosowań, takich jak napęd samochodów, silników odrzutowych i innych środków transportu. To główny powód, dla którego ropa stała się bardziej popularna niż gaz ziemny, który też ma własne zastosowania, takie jak gotowanie i ogrzewanie domów.

Wówczas, w początkach lat 50. XX wieku, gaz ziemny sprzedawano po zaledwie 2,5 dolara za tysiąc metrów sześciennych. Była to tak niska cena, że większość dużych kompanii energetycznych ignorowała ten surowiec i spalała go jako odpad podczas wiercenia w poszukiwaniu ropy. Nie było jeszcze rozległych systemów przesyłu międzystanowego, którymi łatwo dziś przesłać gaz do domów, elektrowni, przedsiębiorstw, utrzymując zapotrzebowanie w ryzach.

Mitchellowie zrozumieli, że mogą liczyć na zyski, jeśli będą utrzymywali niskie koszty. Założyli także, że rynek gazowy będzie rósł wraz z ekspansją przemysłu petrochemicznego. Równie ważne okazało się to, że ich rywale zajęci byli poszukiwaniem ropy, co ograniczało konkurencję.

„Wielkie firmy nie dbały o gaz, chciały ropy” – mówi George Mitchell.

Johnny Mitchell – atrakcyjny, dobrze ubrany i ostentacyjny – w 1946 r. jeździł po Houston kasztanowym fordem i zajmował się inwestorami firmowymi. Czasami, według doniesień ówczesnej prasy, przechadzał się w szortach i w kasku w stylu safari. Nieco później napisze powieścidło o czasach wojny pod tytułem Tajemna wojna kapitana Johnny’ego Mitchella: barwne wspomnienia wojenne jednego znajbardziej kolorowych nafciarzy teksaskich. Większa część książki opisuje podboje seksualne Johnny’ego z czasów wojny w nieco niezgrabnych słowach. Oto próbka: „Islandia nie była pozbawiona ładnych dziewcząt; a niektóre z nich były niezwykle piękne. Nosiły wełniane sukienki, importowane z Brytanii w zamian za ryby”.

„Johnny to organizator, pozytywny facet, który naprawdę potrafił pozyskać inwestorów” – wspomina T. Boone Pickens, który rozpoczynał karierę inwestora energetycznego i wiertacza w latach 50. XX wieku w Teksasie.

George Mitchell – wysoki, łysiejący, nieco bardziej refleksyjny i uczuciowy niż brat – koncentrował się na znajdowaniu i wierceniu szybów gazowych. Żonaty i już dzieciaty, mieszkał w skromnym domu, jak wspominają jego pracownicy. Pilnował wydatków firmy, a także własnych, choć czasami jeździł starszym, różowym cadillakiem, tak jak przewidywał to jego profesor.

Odmienne osobowości braci czasami prowadziły do konfliktów. Pewnego razu George, w marynarce z rozdartą kieszenią, wszedł do biura kolegi, przerywając spotkanie z udziałem Johnny’ego.

„George, wyglądasz jak śmieć” – powiedział Johnny do brata. „Może kupisz sobie nowy garnitur i jakieś nowe ubrania?”.

„Jeśli wypłacisz mi choć trochę pieniędzy, które jesteś mi winien, będzie mnie stać na nowe ubrania” – odpalił George.

Pewnego dnia w 1952 r. jeden z chicagowskich bukmacherów dał cynk Louisowi Pulaskiemu, jednemu z inwestorów George’a Mitchella, w sprawie pola gazu ziemnego w północno-środkowym Teksasie, niedaleko Fort Worth. Bukmacher niewiele wiedział o sprawach energetycznych; zwykle po prostu obstawiał konie dla Pulaskiego, który był właścicielem złomowiska w Houston. Nieznający tego miasta bukmacher powiedział Pulaskiemu, że rozmawiał z kimś z biznesu wiertniczego i miał przeczucie, że obszar o wielkości 1200 hektarów koło rancza Hughes w hrabstwie Wise to pewna wygrana. Sądząc, że bukmacher może mieć jakiś gorący cynk, Pulaski od razu zadzwonił do George’a Mitchella, mówiąc mu, by przyjrzał się temu obszarowi.

Mitchell był sceptyczny. I to nie tylko dlatego, że cynk przyszedł od bukmachera wyścigów końskich, mieszkającego w oddaleniu o 1200 kilometrów od tego obszaru. Ziemia, którą ekscytowali się bukmacher i Pulaski, była już przejęta przez miejscowych. Wśród weteranów tego biznesu zyskała nawet nazwę „cmentarz poszukiwaczy ropy”.

„No, nie wiem, generale, to pole było badane już od lat” – powiedział Mitchell do Pulaskiego, zwracając się do niego per „generale”, po słynnym generale Kazimierzu Pułaskim, najemniku, który uratował życie Jerzemu Waszyngtonowi podczas wojny o niepodległość Ameryki.

„Nie ma tu wiele do zdobycia” – stwierdził Mitchell.

Jednak Pulaski nalegał i George zgodził się sprawdzić to pole. Pomogli mu w tym Ellison Miles, wykonawca robót wiertniczych, którego poznał w college’u, oraz inny geolog, który badał ten region. Po przeprowadzeniu pierwszych prób Mitchell nabrał nieco optymizmu i zdecydował się na próbę wiertniczą na tym obszarze.

Pierwszy odwiert okazał się trafiony. Także następny, a potem jeszcze siedem kolejnych. Mitchell trafił na pułapkę stratygraficzną8, ogromne nagromadzenie gazu ziemnego. Bukmacher był jednak na dobrej drodze.

By wykorzystać odkrycie, w ciągu zaledwie dziewięćdziesięciu dni Mitchell i jego firma kupili ponad 120 tysięcy hektarów ziemi. Płacili 7 dolarów za hektar i kupowali grunt dopóty, dopóki im i ich inwestorom nie zabrakło pieniędzy. Duże kompanie naftowe, w języku biznesu energetycznego zwane majors, uważały ten obszar za bezwartościowy, ponieważ zawierał gaz ziemny, a nie ropę. Mitchell uważał jednak, że może osiągnąć tu zyski. Niektóre rynki gazowe, takie jak region Chicago, notowały wzrost zapotrzebowania. Ceny gazu ziemnego były niskie – mniej niż 3,5 dolara za tysiąc metrów sześciennych (co stanowi ekwiwalent około 25 dolarów w 2013 r.), lecz Mitchell sądził, że były wystarczająco wysokie, by zrobić na tym pieniądze.

Ekipa Mitchella wierciła w różnych pokładach skalnych hrabstwa Wise, także w konglomeracie osadowym, który był uważany za bardzo ściśnięty albo skompresowany. Innymi słowy, pory tej skały zostały tak bardzo zgniecione, że ciężko było spowodować, by popłynął z niej gaz. Konglomerat osadowy ma tak niską przepuszczalność, że jest to dodatkowy powód dla wielkich kompanii naftowych do unikania tego obszaru.

George Mitchell chciał tu spróbować relatywnie nowej techniki wiertniczej, o której przeczytał w inżynierskiej literaturze naftowej. Według niej możliwe było rozluźnienie tak zwięzłej skały i spowodowanie wypływu z niej gazu. Technika ta, stanowiąca sposób „wykończenia” otworów naftowych i gazowych lub przygotowania ich do produkcji, zwana była szczelinowaniem hydraulicznym lub fraccingiem. Polegała na kruszeniu lub łamaniu skał za pomocą uderzeń wykonywanych różnymi płynami, aby uwolnić zakleszczony w tych skałach gaz.

Lata później w popularnych mediach szczelinowanie hydrauliczne (ang. hydraulic fracturing) stanie się znane jako „fracking”, gdy drugie „c” zostanie zamienione na „k”. Od samego początku profesjonaliści nie cierpieli tego słowa z powodu jego podobieństwa do bardzo popularnego przekleństwa oraz do słowa „fragging”, oznaczającego atak na własnego dowódcę. „Fracking” rymuje się także z „hacking”9, kolejnym słowem o negatywnych konotacjach. Weterani energii uważają, że słowo „fracking” zostało ukute przez przeciwników tej gałęzi gospodarki. W rzeczywistości zostało po raz pierwszy użyte w latach 70. XX wieku w serialu science fiction pod tytułem Battlestar Galactica jako substytut przekleństwa.

Pomysł, by siłą kruszyć skałę w celu wydobywania ropy lub gazu, należy porównać do wynalazku Edwarda A.L. Robertsa z lat 60. XIX wieku, który w randze podpułkownika walczył po stronie Unii (Północy) w wojnie secesyjnej w bitwie pod Fredericksburgiem. W trakcie bitwy Roberts zauważył, że gdy granat z moździerza wpadnie do wąskiego kanału, wysoko w górę wystrzeliwuje kolumna wody. To podsunęło mu pewien pomysł.

Dotąd, aby wydusić ropę z upartych szybów, wiertacze stosowali materiały wybuchowe z czarnego prochu. Była to metoda dość kłopotliwa. Pewnego razu John Wilkes Booth wraz z partnerami całkiem zniszczyli szyb swej firmy w Pensylwanii, gdy zastosowali czarny proch w celu przyspieszenia produkcji z szybu. Booth ostatecznie zrezygnował z biznesu naftowego i wściekł się na wieść o przegranej Południa w wojnie secesyjnej. W kilka dni po klęsce generała Roberta E. Lee strzelił do prezydenta Abrahama Lincolna i zabił go.

Po powrocie z wojny do domu Roberts skonstruował mechanizm torpedy, który wprowadzał w dół szybów kapsuły eksplozyjne z nitrogliceryną. Kapsuły te kierowały siłę wybuchu na boki zamiast w górę dziury. To kruszyło warstwy roponośne wokół dziury znacznie skuteczniej niż inne metody. W ten sposób można było wydobyć więcej ropy.

Wynalazek Robertsa został entuzjastycznie przyjęty przez amerykański przemysł naftowy, który powstał zaledwie dekadę wcześniej, w 1859 r., wraz z odkryciem ropy naftowej w Titusville w stanie Pensylwania. Wiertacze płacili Robertsowi aż 200 dolarów za każde użycie jego mechanizmu torpedy, plus jedną piętnastą wartości zwiększonego wypływu ropy. Była to tak wysoka opłata, że szybko pojawił się czarny rynek. Robotnicy starali się stosować technikę torpedy Robertsa pod osłoną nocy. To wiercenie z użyciem ładunków wybuchowych w ukryciu i pod gwiazdami zostało nazwane pracą na czarno, co wkrótce stało się terminem popularnym w amerykańskim leksykonie.

Do lat 30. XX wieku mężczyźni pracujący przy otworach wiertniczych eksperymentowali z karabinami i amunicją, tak jak mężczyźni lubią to robić. Podziemny karabin maszynowy wysokości 1,8 metra stał się popularnym narzędziem do robienia dziur w ocembrowaniu i do uwalniania ropy. Rakieta bazooki, opracowana przez szwajcarskiego inżyniera Henry’ego Mohaupta w ramach tajnego programu armii amerykańskiej, także stała się powszechnym sposobem powodowania wypływu ropy, gdy dotarła do pól naftowych w latach 50. XX wieku. Prawdą jest też, że Stany Zjednoczone i Związek Radziecki detonowały ładunki jądrowe, aby powodować wypływ ropy i gazu ze ściśniętych skał, choć metoda ta nie przyjęła się z dość oczywistych powodów.

Firma Standard Oil ze stanu Indiana (która później przekształciła się w Amoco) w roku 1947 jako pierwsza zastosowała ciecz pod wysokim ciśnieniem do rozbijania podziemnych formacji skalnych w hrabstwie Grant w stanie Kansas. Niektórzy uważają, że technika ta mogła być stosowana nawet nieco wcześniej.

Na początku lat 50. XX wieku, gdy George Mitchell skoncentrował swe próby na ściśniętej skale w hrabstwie Wise w stanie Teksas, wielu jego rywali opierało się przed stosowaniem szczelinowania. Nie działo się tak z powodu kwestii podnoszonych w dzisiejszych sporach o tę technikę. Wówczas ani Mitchellowi, ani nikomu innemu nie przychodziło do głowy, że może ona nieść ze sobą jakiekolwiek ryzyko środowiskowe.

Przedsiębiorstwa unikały szczelinowania, ponieważ było kosztowne i wymagało poświęcenia dodatkowego czasu w projektach wiertnicznych. Dlatego firmy preferowały tradycyjne metody poszukiwania węglowodorów: wywierć dziurę jako słomkę w ziemi i staraj się trafić na rozlewisko uwięzionej ropy lub gazu, które same mogą wypłynąć na powierzchnię bez dodatkowej stymulacji przez szczelinowanie hydrauliczne.

Mitchell nie miał jednak wiele do stracenia, więc próbował szczelinowania, mając nadzieję, że teksaskie pola dostarczą ropy lub gazu ziemnego. Zauważył, że metoda ta dobrze działa jako stymulator rezerwuarów, które potrzebowały pewnej zachęty, by zacząć pracować – trochę tak, jak stuknięcie ręką w tył starego telewizora. Wysiłki jego firmy przyniosły rezultaty i pod koniec lat 50. XX wieku pole w hrabstwie Wise stało się jej najważniejszym źródłem gazu ziemnego.