Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2006

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 376

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Fototapeta - Michał Witkowski

W pierwszej części Fototapety Witkowski podejmuje temat „kolaboracji z życiem”, cofa się do czasów komunizmu i zastanawia, czym dla dzisiejszego młodego człowieka, który nie „otarł się o historię”, są pojęcia takie jak „kolaboracja”, „ojczyzna”, „miłość” czy „śmierć”.

W drugiej części autora interesują nierealne marzenia, kiczowate sny, złudne wyobrażenia, którymi karmi nas kultura masowa. Właśnie dla wszystkich tandetnych strzępków tej kultury, które wałęsają się po naszej podświadomości, Witkowski stosuje określenie „Fototapeta”. Jego bohaterom wydaje się, że rzeczywistość, która została im dana, jest gorsza, niż powinna być, że z jakichś względów „miało być inaczej”. Obrażają się, wychodzą z domu i nigdy nie wracają. Autor zastanawia się, czy rzeczywiście ktoś nam obiecywał, że będzie inaczej, że życie jest gdzie indziej, że zasługujemy na coś lepszego...

Opinie o ebooku Fototapeta - Michał Witkowski

Cytaty z ebooka Fototapeta - Michał Witkowski

dorobić. Przekrzykują wycie źle obsługiwanego auta: Gdzie mi, kurwa! Zepsujesz sprzęgło! Zaraz mi to puścić! Ich córki w baraku udają sekretarki, ich zięciowie przychodzą w przebraniu lekarza wydawać zaświadczenia, a na wszystko to wciąż kapie szary deszcz, poddając niewidocznej erozji bele drewna i wkopane w ziemię opony. Za płotem krajobraz niewiele się zmienia. Pod plandekami rdzewieją stare auta za grosze, pilnowane przez skundlone wilczury i ludzi, którzy nie mają oczu, tylko przylepione przypadkowo rzepy. Kiełczowską

Fragment ebooka Fototapeta - Michał Witkowski

Michał Witkowski

FOTOTAPETA

Copyright © by Grupa Wydawnicza Foksal, MMVI

Wydanie II

Warszawa, MMXV

1

Grosz

Listopad 1999. Ten rok przypomina cenę w supermarkecie. A jeszcze się kończy i szuka właśnie tego grosza, żeby mi wydać, jakbym dotąd nie miał dosyć. Już już mam krzyknąć: nie chcę, proszę sobie darować, choć nikt tu nie zasłużył na napiwek! Ale nie, los nie jest dla mnie przymilnym kelnerem, jest raczej otyłą babą i teraz, zamiast szybko zakończyć uciążliwą transakcję, ta baba guzdra się, zadaje denerwujące pytania w stylu: a nie ma pan może dwudziestu groszy? A ja stoję i nerwowo trzepocę nogą, bo chce mi się sikać i chce mi się już nowego roku, o pięknej, płynnej cyfrze, chcę oddać mu się już bez reszty! Ten listopad to jest okropny okres. Niebo zapchane granatowymi chmurami przypomina płuca gruźlika na rentgenowskiej fotografii. Idę zaświntuszoną śniegiem ulicą w kierunku najbliższego McDonalda, żeby się odlać za bezdurno, i ciągnę za sobą kreskę mętnej krwi wyciekającej ze mnie wraz ze smarkami. Pewnie – biorę te wszystkie leki bardziej przeciwko newralgii niż anginie, popijam herbatą malinową. Biorę koenzym Q i kwasy omega 3, łykam zestawy witamin i minerałów, do tego na podniesienie odporności lymphozil i czosnek w kapsułkach. Na odchudzanie L-karnitynę stosuję... Gumy nicorette zamiast papierosów. Że nie wspomnę o nierównej walce z łysieniem i raz po raz napadającym mnie szale na siłownię – wtedy dopiero apteka puchnie od odżywek dla sportowców. Leży to wszystko w kuchni w koszyczku, z którym dawniej chodziło się święcić jajka, ale o jajkach, aj! O jajkach i kurach na razie cicho sza!

Coraz częściej z zazdrością spoglądam na dentystów i elektryków, bez których „w pewnych momentach życia” nie sposób się obejść. Ach, robić coś takiego, aby w życiu innych ludzi nadchodził taki moment, że musieliby wyłożyć kasę i nie mogli się obejść! Być hydraulikiem, strażakiem, mieć gabinet urologiczny. Rzecz w tym, że moje życie trwa, niestety, i nie chce na ten okres zmian wejść w stadium uśpienia, coś jak naciśnięcie guziczka „pause” lub wywieszenie tabliczki „remanent”, choćby i ręcznie wypisanej. „Remanent – pracownię humanistyczną przerabiamy na gabinet urologiczny”, zabolą cię jaja (!) i już nie możesz się obejść; „Remont – magister Witkowski zamienia się w inżyniera Witkowskiego, nie patrzyć, przebieram się!”. Ale dziś tyle lat zdobywa się kwalifikacje, na przykład ten gabinet kosztowałby mnie przerobienie biologii, fizyki i chemii z liceum, plus osiem lat medycyny ze specjalizacją i dwadzieścia lat zbierania na lokal i te wszystkie złote klamki, jakie w takich gabinetach prywatnych lśnią. Bo taki gabinet to jest wyposażony ze splendorem, jak luksusowy burdel, a czego się pan napije, a może w poczekalni pooglądać kolorowe szmatławe jakieś magazyny, a może siusiu zrobić do złotego pisuaru. Tymczasem ile ostatnio przyszło za opowiadanie z „Pisma Literackiego”, nieszmatławego? Osiemdziesiąt złotych!

Najpierw pada deszcz i mnie rozmiękcza, jakbym był zasmarkaną chusteczką ligninową, potem – śnieg zamraża w twarde gówno o poszarpanych kształtach, a na koniec dostaję zapalenia oskrzeli i nie idę do lekarza. Ponieważ zawsze interesowała mnie medycyna, sam umiem się wyleczyć. Dziś rano wszedłem na taboret, wywaliłem wszystkie przeterminowane węgle z najwyższej szafki i znalazłem tam pozostały po jakiejś starej chorobie duomox 1000, do tego dołożyłem nystatynę i leki wspomagające oraz silny przeciwzapalny lek apo-naproxen. Przy okazji znalazłem zdjęcie mojego brata w wersji dwulatek, obejmującego wielki kalosz. Dziecko jest jakby osmalone, na tle naszych bloków i malucha. Zaraz wylazła mi czerwona pręga na gardle, więc czym prędzej zamiast duomoxu dałem doxycyclinę i czopki butapirazol. Albo jestem uczulony, albo ten duomox dawno przekroczył datę przydatności do spożycia. A jeszcze na to wszystko mieszkam na dziesiątym piętrze i właśnie coś pode mną malują, i z wywietrznika, żeby mnie dobić, wylatują na całe mieszkanie rozpuszczalnikowe opary. Łeb mi pęka. Leżę w łóżku i zastanawiam się nad swoją absolutną nieprzydatnością do spożycia przez społeczeństwo z powodu ciężkiego przeterminowania, nad tym, że z nikim spoza humanistyki nie umiem gadać, a potem myślę o hermeneutyce i macam się po jądrze, i właśnie – stąd mi się wziął ten cały gabinet urologiczny.

– Pan pokaże to jądro... – Internistka wzdycha, nakłada zieloną gumową rękawicę aż po sam łokieć. Wyciągam to całe jądro z majtek i pokazuję. Wisi dużo niżej niż lewe, jest powiększone, boli, tak jakby rwało, a na dodatek na dole zrobił się najprawdziwszy guz.

Albo być taką lekarką, internistką. Mieć całą szafę rękawiczek, tyle że z gumy. Wytworne jak przed wojną, aż po same łokcie, tylko papieros w długiej fifce i jakieś retro przeboje. Teraz nie pora szukać wymówek, fakt, że skończyło się, dziś przyszedł inny, bogatszy... Z najpoważniejszą na świecie miną wysłuchiwać takich jak ja poetów. Z najpełniejszym zrozumieniem mówić: „To poważna sprawa to jądro. Prawdopodobnie nie doleczył pan zapalenia oskrzeli i poprzez krew zapalenie przedostało się do zupełnie innej części ciała, gdzie utworzyło zupełnie nowe, groźne ognisko zapalne. Trzeba podać antybiotyk przenikający głęboko, aż do kości. Dalacin. Jest pan uczulony na dalacin?”. Jestem jak najbardziej uczulony na dalacin. Już kiedyś go brałem z powodu spuchnięcia nogi (zapalenie stawu). Noga nie chciała się zmieścić w nogawce, miała szerokość obu nóg razem wziętych i ten dalacin spowodował u mnie taki stan, że wylądowałem w szpitalu pod kroplówką i była brana pod uwagę możliwość śmierci. Mojej. Zresztą miałem rurki w nosie, a jak się ma rurki w nosie, to nawet inni pacjenci chodzą wokół ciebie na palcach i piszą do dyżurki podanie o przeniesienie na inną salę, bo wiadomo, że lada dzień przyjdą agenci pogrzebowi kilku firm walczyć o zlecenie na cały pakiet usług. Z tą spuchniętą nogą, pamiętam jak dziś, pakowałem się po schodach wydziału na egzamin z gramatyki historycznej, bo nie chciałem, żeby mi przepadł. I miałem pretekst, aby – jako „chory” – wychodzić ciągle do kibla, zgapiać, ile wlezie, prasłowiańskie wersje wyrazu „łabędź” i inne takie tam.

Więc być taką lekarką i podśpiewując retro przeboje, odkładać całą swoją seksualność na bok na czas oglądania cudzych jąder, być wypraną z tabu jak biały fartuch i dodatkowo wyprasowaną, robić minę surową, podszytą obowiązkowością i głębokim zrozumieniem, mieć wytatuowane na biuście po łacinie: „NIC, CO LUDZKIE, NIE JEST MI OBCE POZA SPRAWAMI EROTYCZNYMI. PS. Jądro nie kojarzy mi się z niczym poza przekrojem z podręcznika”. W mgnieniu oka robić z tego jądra preparat pływający w formalinie, a nie kawałek faceta, który przede mną siedzi. Na czas oględzin wkładać je do słoika i podpisywać: „Jądro. Wycięte podczas sekcji dnia tego i tego. Guzek wielkości ziarnka grochu. Denat miał raka”. RAKA?!

Raka! Nie napomknęła ani słowa o raku, nie było o tym mowy, to państwowa internistka, powiedziała tylko:

– Zapalenie – pożar w ciele.

I po chwili milczenia:

– Gdyby miał pan bóle głowy, to trzeba będzie wyeliminować padaczkę.

I odwróciła się teatralnym gestem do okna, zastygła zapatrzona w listopad oprawiony w łuszczące się ramy. Tyłem się do mnie odwróciła i stała! A w tym oknie, w tych ramach był kicz jesienny przemyśleniowy, buchał tam liść do szyby przyklejony, zacinał deszcz, odłaziła emalia, wiały wiatry, wschodził i zachodził księżyc spuszczany na sznurku, szła procesja i w ogóle – to było okno młodopolskie, okno teatralno-kiczowate, okno-pułapka na początkującego literata, okno-śmierć literata młodego, okno-konwencja, okno-gigantyczna okładka książki Tokarczuk. To było okno z teatru taniego, ulicznego, objazdowego, tfu!

Mimo tego okna zakład medyczny opuściłem w zupełnie dobrym nastroju, podśpiewywałem sobie wszystkie znane mi niemieckie przedwojenne piosenki, wszystkie te faszystowskie przeboje teatrzyku ogródkowego oraz burleski przeleciałem i dopiero w domu, w kuchni znajduję na stole porzucony przez kogoś z rodziny kolorowy magazyn „Vita”, a że przy jedzeniu ręka odruchowo sięga po cokolwiek, otwieram. Recenzja nowej odżywki Welli, Gołota i jego problemy z żoną, co robić, żeby na liściach kwiatów nie było plam od nikotyny, porady zdrowotne, badaj jądra co pół roku! Jeśli jądro jest cięższe, twardsze lub ziarniste (???), jeśli boli lub nie boli (bo rak nie boli), ale boleć może, bo z guzka mógł nastąpić już krwotok wewnętrzny! Nawet nie czytam dalej, doczytuję tylko, że to choroba ludzi młodych, pomiędzy dwudziestym a trzydziestym rokiem życia, i że wcześnie wykryta bywa uleczalna. Param, param, pam, pam, pam. Podrywam się do drzwi, wracam do telefonu, porywam książkę telefoniczną, ale nagle siadam, bo dopada mnie ta myśl koszmarna: piątek wieczór. Tymczasem tną ceny w supermarketach, a za oknami liście spadają z drzew. T-shirt 3,50, kilo pomarańczy 2,99. Włączam telewizor, ale mówią akurat o raku jądra, więc już lodówki nie otwieram i na głodnego chcę iść spać, ale zaraz wstaję, bo jak tu tak spać, kiedy się jest najprawdopodobniej skazanym. Innym okiem spoglądam na mój pokój i widok z okna, ale ile można spoglądać znad grobu? Pam, pam, pam. Najwyższy czas, Panie, pożegnać tę planetę. Chodzę po pokoju jak po więziennej celi tam i z powrotem, trzecia w nocy, muzyka wyłączona, bo ostatnio same kasety o raku wychodzą na rynku, nowa moda, miliony na tym raku zbijają siusiary z kolczykami w wargach. Zażyłem wszystkie znane mi antyutleniacze, witaminy C i E, koenzym Q, wypiłem litr staropolanki niegazowanej! Ale i papierosa zapaliłem z tych nerwów. Palę papierosa i wdycham głęboko rakotwórcze substancje. W połowie gaszę, myślę o przerzutach na płuca. Ciekawe, czy mi to jądro wytną na sekcji, czy wcześniej? Właśnie! Pierwsze co, to mi wytną i będę miał cienki głos, zero zarostu i piersi. Kastrat! Podobno kastraci dawniej byli prawdziwymi gwiazdami operowymi, cieszyli się ogólnym poszanowaniem, a do tego mieli przywilej strojenia się w kobiece ciuchy i śpiewania damskich ról. Tak więc nareszcie zupełnie się upodobnię do tych humanistów-intelektualistów, co to okulary na pół twarzy, łysina na pół głowy, a tułów węższy od łba. Dotąd się przed tym broniłem. Nie chciałem być tak do końca inteligentem, w inteligenta nie chciałem się stoczyć, broniłem się przed inteligentem tradycyjnym siłownią, przekleństwami, słuchaniem ostrych rockowych kapel, w chłopaka przed inteligentem uciekałem. Zamknięcie w inteligencie wydawało mi się jakieś takie ograniczające i zupełnie wykluczające tę część mojej osoby, którą nazywam „playboy”. Ale teraz koniec. Taki łysy będę mówił (w TV): „Proza Nataszy Goerke to literatura, w której uwidaczniają się...”. A ludzie w nocy, bo tylko w nocy puszcza się te literackie smęty, będą przerzucali kanały w poszukiwaniu filmów erotycznych, na których ścierać się będą ze sobą te wszystkie narządy tak narażone na raka, te gruczoły rakochłonne, życiodajne i życiozabierające. Albo taka sytuacja: noc, dziesiąte piętro, samotny facet, wyciąga z wideo jednego pornola i wkłada drugiego, a w przerwie włącza się Telewizja Polonia i widzi mnie, kastrata, mówiącego: „Czytelnik czuje się niczym intruz, podgląda bohaterkę, która przegląda się w drugiej kobiecie. Wątki safickie w poezji Marzeny Brody...”. I wtedy on szybko karmi wideo kolejną kasetą i już widać prysznic i faceta mydlącego sobie jaja (jakże narażone), wchodzi kobieta opasana ręcznikiem białym frotté. Nakręca sobie włosy na lokówkę, spogląda na te jego jaja bez skojarzeń z rakiem, powoli zjeżdża ręką w dół i wsuwa sobie lokówkę między nogi (a te wszystkie organy – jakże narażone!). Włącza radio, mówi „świetna piosenka” i się uśmiecha, a zaraz potem dodaje „kapitalna stacja”, a facet krzyczy z kabiny „rewelacyjne to radio!”. A potem ona siada na stole i już zupełnie oficjalnie suszy sobie tu i tam, a on zupełnie oficjalnie patrzy na nią przez przeźroczyste drzwi prysznica i mówi: „Wczoraj też nadawali niezłe piosenki”. Albo w starych dekoracjach. Narratorka (krynolina – peruka – pieprzyk na piersi) mówi: „I nakrył mnie baron, powiedział, że jeśli mu się nie oddam, powie, co widział, i pójdę do więzienia. Na dźwięk słowa «więzienie»...”. A potem znowu widzowie wyjmują kasetę i w przerwie nocny program Telewizji Polonia, a w nim ja, łysy inteligent z brzuchem. No i właśnie stąd marzenia o tym, aby mieć zawód, bez którego nie można się obejść. Bo bez tych moich opinii, za przeproszeniem, literackich wciskanych ludziom w nocy w TV...

Bo oto właśnie teraz, nad ranem, w nocy z piątku na sobotę, dałbym wszystko, aby mieć w rodzinie lub w sąsiedztwie jakiegoś onkologa, który obejrzałby jądro, a potem poklepał mnie po ramieniu i powiedział: Stary, weź się lecz, ale na głowę, to zwykłe zapalenie jaja, rak nie boli i – i tu by dorzucił jeszcze jakąś cechę, której ja nie mam, a która koniecznie musi występować przy raku.

W poniedziałek jądro boli coraz bardziej i jest, co tu ukrywać, zdecydowanie większe, cięższe i – czy mi się tylko zdaje – jakby ziarniste? Wewnątrz czuję jakby szczelinę, jakby miało dojść do podziału na dwie części i ta druga to był ten guz. O siódmej obdzwaniam wszystkie prywatne kliniki, ale nigdzie jeszcze nikt nie odbiera, a automatyczne sekretarki mówią do mnie męskimi głosami, głosami opanowanymi, bez cienia histerii, głosami patrzącymi prosto w oczy jasnymi, skupionymi spojrzeniami trzydziestoletnich zdyscyplinowanych mężczyzn, ogolonych, nieźle zarabiających i pracujących na te swoje zarobki wcale ciężko. „Tu gabinety lekarskie. Wybierz tonowo numer lub poczekaj na zgłoszenie się operatora. Gabinet dentystyczny 1, gabinet ginekologiczny 2, gabinet dermatologiczny 3”. „Tu prywatny gabinet onkologii klinicznej i chirurgii. Rejestracja w czwartki, w godzinach od trzynastej do...”. W czwartki! A przecież rak wcześnie wykryty i wycięty bywa uleczalny! Ale jak ma być, kurwa mać, wcześnie wykryty, skoro we czwartki, i to od trzynastej, a nie w poniedziałki od siódmej! Czuję, jak rak rośnie we mnie, jak jego małe drobinki z linkami i haczykami wybierają się na wycieczkę wysokogórską ku płucom i mózgowi, można powiedzieć „przerzucają się” w inne rejony, ale w końcu ubieram się i jadę do szpitala Dolnośląskiego Centrum Onkologii na ulicę Hirszfelda. Dlaczego te szpitale specjalistyczne, izby przyjęć, ostre dyżury zawsze mieszczą się na ulicach jakichś dziewiętnastowiecznych naukowców w binoklach, pozytywistów, Pasteurów? W dzielnicach zupełnie zakazanych, z przylegającym klasztorem albo kościołem, naprzeciwko cmentarza? Znowu niebo jak płuca gruźlika, śnieg jak apteczna gaza, lignina jakaś jałowiona, wszystko mi się już medycznie kojarzy, medyczne postrzeganie mi się włączyło! Gdy widzę ponure zamczysko z czerwonej cegły, z góry nastawiam się na to, że zostanę odprawiony z kwitkiem z braku skierowania.

– Dzień dobry, ja mam taką sprawę, chciałem się poradzić jakiegoś onkologa, bo mam taki problem, no, tylko ja nie mam skierowania.

– U nas nie trzeba skierowania – rozpromienia się kobieta siedząca w dyżurce.

– Przepraszam, ale ja naprawdę...

– Nigdzie w Polsce nie trzeba skierowania do onkologa, trwa program profilaktyki raka.

Raka! Więc jestem w miejscu, gdzie to słowo jest niczym „znaczek” na poczcie lub „bułka” w piekarni, albo „aspiryna” w aptece.

– To ja bym od razu, jeśli można.

– W jakiej chorej kasie jest pan ubezpieczony? – Że też w całej Polsce nikomu nie chce się wymyślić czegoś śmieszniejszego!

– W Dolnośląskiej.

– Ostatnie drzwi tamtego korytarza.

A korytarzy w tym molochu jak w labiryncie. Spod niektórych drzwi wychodzi fioletowa poświata. Rentgeny? Sekcje? A może solaria dla nieboszczyków? Żeby nie wyglądali tak blado w grobach? Spotykam jakieś zejścia do piwnic zamknięte na kłódkę lub otwarte zachęcająco. Jedna kobieta, całkiem łysa, mruga do mnie, spoglądając na zejście do piwniczki (napis na drzwiach: DO MAGAZYNU, zamazany przez kogoś tak, że wyszło: DO GAZU). Tym jesteś, kim ja byłam. Tylko że mnie czeka to samo. Czyli chemioterapia! O – tu są nawet drzwi z takim napisem: CHEMIA, gabinet 127, a to dopiero parter. Włosów już i bez tego mam jak mysz na cipie. Spoglądam przez okno, z którego ramy łuszczy się pożółkły lakier. W dole widzę stacyjkę pogotowia, podjazd zalany teraz deszczem, jedną gołą żarówkę w stróżówce, wyboje. Obok pordzewiałe drzwi zamknięte na kłódkę, wszędzie wokół sczerniałe cegły ścian szpitala ze skrawkiem nieba. A w tych ścianach zakratowane okna, w oknach łyse kobiety zapatrzone jak stare lalki.

Siedzę tak, międląc w ręku kartę, którą mi wyrobili w rejestracji, i patrząc na nędzny, sztuczny kwiatek w wazoniku i na stolik kościsty, oznakowany farbą olejną, znakiem ewidencji, jakby go ktoś chciał ukraść, chwiejący się w lewo i prawo. Tak, rzeczywiście, chciałbym ukraść ten stoliczek, żeby go sobie postawić w charakterze przestrogi! Tak, potrafią sprowadzić człowieka na ziemię. Pokazać, że tu się ratuje życie. Że tu nie czas na pierdoły. Że tu nie szaleje to całe wasze życie pełne narzekania na kolor samochodu, zakupów, remontów, strojenia się i dyskotek. Tu jest asceza, a i na nią brakuje pieniędzy. Nikt mocniej nie stąpa po ziemi niż lekarz idący w swoich białych drewniakach i w białym fartuchu nałożonym na ubranie, idący takim „wystudzającym” pacjenta korytarzem, każdym klapnięciem sprowadzający go na ziemię, wdeptujący w nią, ach, nie wiem już. Ach, wszystko bym oddał, żeby tak kroczyć! Tak, warto by mieć u siebie w mieszkaniu taki stoliczek ohydny albo słoik ze sztucznym kwiatkiem, coś z tego świata, jako memento mori.

Więc przychodzi (wkracza) wąsiasty lekarz i zaczyna wyczytywać po kolei. Uprzedziwszy wcześniej panie, żeby mnie zawołały w razie czego, idę na poszukiwanie toalety, gdzie mam zamiar oddać mocz i sprawdzić, jak się miewa jądro, a także obadać ogólny stan higieny narządów rodnych, które przecież – sądząc po kolejce – za jakieś dwie godziny będą znowu na topie. Cóż... byłem przygotowany, że nie znajdę tu złotych pisuarów, jak w prywatnych gabinetach, ale jednak gdzie tam literaturze i wyobraźni do rzeczywistości! Jest to klitka pół metra na pół, po kostki zalana szczyną i rzygami, z pękniętą rurą zatkaną papierem toaletowym, z okienkiem na to więzienne podwórko pogotowia zamalowanym żółtą olejną, z sedesem bez deski. Nad tym wszystkim smętnie zwisa sznurek wysmarowany czymś śliskim. Oczywiście to prosta wróżba wyniku badań. A na środku leży kula z gówna, a raczej pozlepiana z wielu gówien różnych odcieni. Leży jak jakaś artystyczna instalacja, bezczelna i dostojna. O, łazienki i kible w moim życiu! W zasyfionym WC szpitala onkologicznego na Hirszfelda stanęły mi przed oczami wszystkie łazienki, jakie w życiu widziałem, o jakich czytałem i marzyłem... A także konstruowane ad hoc fragmenty teorii na ich temat. Łazienki dawne i nowe, ze Wschodu i z Zachodu. Nowe salony reklamujące się sloganem „idee dla łazienki”. Idea, która sięgnęła eleganckiej kostki brukowej. Toalety ukraińskie, w których – stwierdziłem to z pewnym zakłopotaniem – gówno nie jest, niestety, tabu. W których goły sznurek do spuszczania wody zazwyczaj jest śliski od brązowej mazi. I na odwrót – przeestetyzowane kibelki Szwajcarii i Niemiec. Kiedyś, jadąc pociągiem z Krzysztofem Vargą, opowiadaliśmy sobie o co ciekawszych okazach zachodnich kibli. Chyba wygrałem wówczas relacją o jednym, w którym pisuary były... wyświetlonymi na nieskazitelnie białych ścianach slajdami przedstawiającymi wiekopomne dzieło Duchampa. Najciekawsze jednak rzeczy zachodzą na styku ciało – design toalety. Kiedy wchodzę w Niemczech, w jakiejś eleganckiej kawiarni, do ubikacji, takiej nowoczesnej, srebrno-szklano-granatowej, z kaflami, fotokomórkami, kiedy zanurzam się w ustalonej przez unijne urzędy temperaturze 20,5 stopnia, czuję dumę z tego, że jestem człowiekiem, i ta właśnie duma została wpisana w cały rozmach tego przedsięwzięcia łazienkowo-wychodkowego. Chodzi o to, aby ten niemiły fakt, jaki zaraz nastąpi i będzie nam przypominał o pewnych podobieństwach do zwierząt, zagłuszyć ostentacyjnym pokazem możliwości i elegancji cywilizacji oraz kultury europejskiej. Zamazać zapachem fiołkowym, zagłuszyć szumem srebrnych suszarek, wytrzeć białymi ręcznikami frotté, uperfumować. Jak na złość moje ciało wyłuskane z drogich ciuchów i siedzące na srebrnym sedesie wydaje się tak marne i brzydkie w całym tym splendorze. Pieprzyki, fałdki wydelikaconego cywilizacją inteligenta, czerwone plamki od jakiegoś uczulenia, czerwone odciski od paska na brzuchu. Gargantuiczny mimo wszystko odgłos robienia kupy – od tego ma odwrócić uwagę szalony design otoczenia.

Tymczasem stare lub wschodnie łazienki i kibelki, zamiast być najpiękniejszą i najbardziej wyrafinowaną częścią knajpy czy mieszkania, traktowane są zwykle po macoszemu. Wnętrze może być już zrobione „na zachodnio”, ale toaleta – tym zajmują się na szarym końcu. Tu wszystko chyli się ku upadkowi, a liszaje ścian nie tworzą takiego kontrastu z liszajami ciała. Pożółkłe wanny rymują się z pożółkłą skórą, przeciekające rury stanowią prostą wróżbę dla naszych żył i jelit. To łazienki nieukrywające śmiertelności! O tym wszystkim myślałem w kiblu na Hirszfelda, oglądając pośpiesznie genitalia i ciesząc się, że rozpad zapoczątkowany w moim ciele tak miło rymuje się z rozpadem otoczenia. Jakie by to było nie na miejscu, gdyby wokół panowała tytanowa doskonałość!

Wracam. Co rusz do gabinetu wchodzi pielęgniara z recepcji i wnosi całe stosy kart. Czytając dziesiątki razy tabliczkę z nazwiskiem i godzinami przyjęć, zastanawiam się, czy kładzie je na biurku lekarza górą, czy dołem, czyli – czy będę na początku, czy na końcu. Jestem na końcu, choć przyszedłem jako pierwszy.

– Pan Witkowski.

Nogi uginają się pode mną i słyszę jeszcze szept w mocno już przetrzebionej kolejce „taki młody i już, widzi pani”.

Oczywiście poza lekarzem w gabinecie siedzą aż trzy pielęgniary, wszystkie odstawione, wypachnione i utlenione, w miniówkach, w pończochach. Wszystkie w białych drewniakach, w świetnych rannych humorach, podniecone pierwszą kawą, papierosem (nasza służba zdrowia kopci jak komin), najnowszymi wieściami z zakupionych po drodze do pracy dzienników i tygodników. Podśpiewujące, choć w każdej chwili gotowe do przybrania poważnej miny. Kto by pomyślał, że za tymi odrapanymi drzwiami kryje się tyle sprzętu komputerowego i zupełnie nowych mebli! A jednak pewien element szaleństwa i tu się znajduje, tylko jak to opisać? Wyobraźcie sobie: pod oknem taki stelaż, jakby fotel ginekologiczny, z rusztowaniem na rozkraczone nogi. Fotel jest pusty, ale w miejscu „pomiędzy nogami” stoi miedziana miednica wypełniona po brzegi jakby wodą pomieszaną z krwią.

Zupa z trupa.

Wyjaśniam całą sprawę, myśląc, że teraz pielęgniary wyjdą, i myślicie, że wychodzą? Lekarz kiwa głową w kierunku kozetki z zimną białą ceratą. Nie, nie tak, odwrotnie, tu głowa i całkiem ściągnąć majtki, no i głębiej, a nogi położyć sobie całkiem na kozetce. Tak, śmiało. Jeszcze rękawica, nowa moda męska na jesień 1999. Gumowe rękawice po pachy! Od razu zaczyna macać TO jądro, nawet nie muszę mu mówić, które, a potem uciska brzuch, długo i ostentacyjnie myje ręce (mimo że przecież rękawica!), jakby chciał mi dać coś do zrozumienia. Pyta, czy boli, zagląda do gardła i oddycha z ulgą, a może nie? Może wzdycha?! Na pewno teraz zacznie mnie pocieszać, ale następuje coś zgoła innego.

– No ładnie... Długo pan już to ma? – i tu recenzent Witkowski, tak wygadany w TV i w gazetach, gdy w marynareczce i z noskiem z lekka upudrowanym, tu z opuszczonymi majtasami zaczyna się jąkać, choć pytania łatwe.

– No to na rentgen, pobieramy krew, robimy markery, BAC guzka, weryfikacja cytologiczna, wycinek, potem na pierwsze piętro, windą dla pacjentów, a potem z powrotem na oddział i wypisać kartę.

Po czym zaczyna dyktować siostrze, która siedzi przy komputerze. Dwie pozostałe już się przy mnie krzątają, podwijają mi rękawy, przyciskają żyły gumowym wężem, robię się bardzo ważny, żyła nie chce dawać krwi, jak zła krowa, kłują drugi raz, drugą rękę, zapach jakby gabinetu dentystycznego wypełnia mi całą głowę i, wierzcie lub nie, gdy tylko igła wbija się w moją żyłę, walę się w ciemność.

— — —

– A teraz położy się pan na tych noszach i siostra pojedzie z panem na pierwsze piętro zrobić prześwietlenie klatki piersiowej, a następnie zapisze się pan na USG jąder i brzucha, tyle że to proponowałbym prywatnie, bo u nas jest kolejka na dwa lata.

Ale te kobiety w kolejce siedzące wzdłuż ściany na korytarzu mają przedstawienie! Facet wchodzi do gabinetu na nogach, a wynoszą go białego jak płótno, którym jest przykryty, co prawda nie włącznie z głową... I to „taki młody”... Jestem osłabiony, jest mi miło, nosze falują przyjemnie, a jednolity sufit, upstrzony tylko rzadkimi zaciekami, nie drażni wzroku. Człowiekowi, szczególnie w taki ohydny jesienny czas, potrzeba czasem trochę uwagi ze strony otoczenia...

Potem płynnie schodzimy po schodach i moja łódka wpływa do gabinetu rentgena. Przedziera się w końcu i ta myśl: gdyby lekarz powiedział, że to nic nie jest, podświadomie byłbym ZAWIEDZIONY.

Wewnątrz stoi mężczyzna. Tyłem do nas, a przodem do staroświeckiego okna. Odwraca się powoli i – wierzcie albo nie – mówi:

– Ale siostry, z takimi rzeczami mi tu nie wjeżdżać! – I dopiero po chwili, gdy poruszam się niespokojnie, podbiega do mnie i zaczyna przepraszać, z odległości nie było widać, że głowa jest odkryta. Wszyscy są bardzo podenerwowani, a we mnie nagle już coś puszcza, coś się przelewa, coś, co wzbierało sobie powolutku i podskórnie od dawna, od chwili gdy na stole w kuchni zobaczyłem to brukowe pismo. Wszystko ze mnie wychodzi. Płaczę nad tym, że tak łatwo mnie już pomylić ze zwłokami, z „takimi rzeczami”, że mam obie ręce całe pokłute i zaplastrowane jak jakiś narkoman, że umrę i nawet nie będzie można wtedy wnieść mojego ciała do gabinetu rentgena. I nawet nikt nie napisze nekrologu do „Wyborczej”, będzie tylko w lokalnym dodatku, napiszą: doktorant. Że to doktorant umarł, podpisane: koledzy z roku.

Albo być takim lekarzem rentgenologiem. Rozbierać wszystkich bez rozbierania, przenikać aż do kości, jak dalacin. To dopiero zadanie dla lubieżników! Robić USG, wodzić po śliskiej substancji (ach, te śliskości) rozlanej na brzuchu, pokazywać wszystkim: „To są twoje nerki, wyglądają całkiem apetycznie”; „To są twoje płuca. Bucha z nich para rozgrzanego powietrza. Składają się z pęcherzyków pełnych twojego oddechu”; „Pola płucne i cień środkowy nie wykazują zmian”; „A to twoja wątroba. Niepowiększona, bez zmian ogniskowych”; „Pęcherzyk żółciowy, drogi żółciowe, trzustka, śledziona, nerki nie wykazują zmian. Aorta prawidłowa. W obszarze badania nie stwierdza się powiększonych węzłów chłonnych”; „A to twoje jądra. Wielkość prawidłowa. Ilość płynu między osłonkami w normie. Najądrze prawidłowe, struktura echogeniczna prawidłowa”.

Prawidłowa!

Ponieważ badania hormonalne krwi nic nie wykazują, mam już pewność, że to zapalenie najądrza. Nagle okazuje się, że wszyscy moi koledzy (a także lekarze, którzy mnie badali) mają w rodzinie lub wśród znajomych najlepszego prywatnego urologa, i tylko do niego idź, bo to swój człowiek, bierze siedemdziesiąt złotych za wizytę, a wiesz, jacy są urolodzy...

– Bo to taki męski ginekolog, no wiesz... same pedały, i do tego drogie pedały.

Pedały! Chłopcy, którzy lubią chłopców, zbierają czarno-białe pocztówki, na których, zamknięci w serduszku, całują się kolesie w skórzanych kurtkach, z kolczykami i ogoleni na łyso, o niezwykle przystojnych twarzach i z gwiazdkami w oczach? Chłopcy, którzy nocami przeglądają kanały telewizyjne i kiedy zobaczą na RTL prognozę pogody, nagrywają spikera, aby potem zrobić stop-klatkę? Świry ućpane amfetaminą na Love Parade w Berlinie? Pedały są wśród nas, sam widziałem. Wychodzili z McDonalda, siedzieli na ławce w parku o złej sławie, krążyli wokół szaletu niedaleko Opery. Podawali mi herbatę z cytryną w kawiarni i pytali „jak ostrzyc” u fryzjera. Wszędzie goniły mnie ich oczy. Czy to wszystko urolodzy? Specjaliści od męskich organów rodnych, medyczni transwestyci nakładający te retrorękawice, gumowe kreacje sprzed wojny? Może mają do kompletu gumowe peruki i suknie? Już wyobrażałem sobie taką żółtą albo lepiej zieloną (chirurgiczna zieleń) rękawicę naciągniętą aż po owłosioną pachę urologa, do którego zdecydowałem się pójść.

W powodzi topniejącego śniegu, jakby już była wiosna, z czterema siatami dobrnąłem do domu. Wszystko ze mnie opadało, topniałem, spływał po mnie ten niedoszły rak. W Auchanie nakupowałem całe stosy tygodników, „Politykę”, „Newsweeka”, olbrzymie torby żarcia, jakieś lody pakowane w kilogramowe pudełka z lider price po 3,99, polewy karmelowe do nich, wielkie paczki chipsów o smaku bekonu, dwie dwulitrowe butelki 7up plus dwie cytryny do wrzucania plasterków, całe tony filmów za 19,99 na vcd, kompaktów z muzyką PRL za 9,99, wszystko to walnąłem na łóżko, wreszcie przy Sławie Przybylskiej przebrałem się w starą pidżamę i jeszcze starszy szlafrok. Kaloryfery dałem na full, telefony wyłączyłem i na wpół leżałem tak przed komputerem całą noc aż do rana, oglądając te filmy i żrąc, wrzucając lód i cytrynę do 7up, jak jakiś stary, zbysiały Elvis Presley w ostatniej fazie swojego życia. Bo podobno też tak tylko siedział przed TV i żarł. Bekał, pierdział i przerzucał kanały. Bogaty, ale nieszczęśliwy w tym całym kapitalizmie. Siedziałem tak i żarłem, i oglądałem Trainspotting na zmianę z Człowiekiem z marmuru, zagryzałem Larsem von Trierem i popijałem Przesłuchaniem, które kiedyś w pierwszej licealnej oglądaliśmy jako „kultowy” film. Patrzyłem na „kultowo” chudą Jandę, młodą i gniewną, aby sięgnąć po kolejnego chipsa, tik-taka, kinder-bueno, kinder-niespodziankę, czekoladowy śliniaczek, piankę, landrynkową pizdę. Wstałem od komputera, poszedłem siku, popatrzyłem w lustro, aż wreszcie się rozpłakałem i było to bardzo przyjemne. Że tak to się wszystko posrało, że się teraz tylko żre i ogląda. Wracałem, zahaczając po drodze o lodówkę. Otworzyłem paczkę elemów lajtów, strzepywałem popiół, robiłem sobie kawę parzoną w szklance, bo latte jakoś już nie wypadało, kiedy bezgłośnie wybiła trzecia. Więc piłem sobie tę kawę po turecku komunistyczną, paliłem papierosy, bo ranek mógł mi co najwyżej skoczyć, bo ranki późną jesienią nie istnieją. Zarzucałem kolejną płytkę, w końcu wszystkie zachodnie poszły w odstawkę, została Polska i komuna, moja młodość, i już nawet jeść nie wypadało, wypadało dużo palić, z dna szafy czarny golf wyciągnąłem. Więc paliłem dużo, uwolniony nagle od raka, paliłem i raz po raz stawałem w tym niebezpiecznym o tej porze roku oknie, obiecującym tanie literackie spełnienia. Patrzyłem na świecący w dole neon telepizzy, oferującej ostatnio nową usługę o surrealistycznej nazwie „telekurczak”. To już za wiele było, bo koło telepizzy solarium Fototapeta i salon plus gieesem, zamiast sklepu giees wybudowali; wstałem w tym czarnym golfie, naciągnąłem go mocniej, bo ze spodniami od pidżamy, niestety, nie konweniował zbyt dobrze, i z szafy wódkę wyciągnąłem, kieliszek, a z łazienki lustro przyniosłem. Puściłem jeszcze to i owo niezbyt głośno, aby nie pobudzić sąsiadów – bo tu wokół sama klasa robotnicza mieszka, o piątej do pracy wstają, się społeczeństwu przydają. A w sobotę Ich Troje na cały głos puszczają. Mną się nie przejmują. Cyk, do lustra wypiłem, papierosa zapalam, komediant – filtr nawet urwałem, żeby bardziej robotniczo było. Patrzę w to lustro i zadumane miny strzelam, miny pod tytułem: wieczór pisarza, noc pamięci narodowej i mojej prywatnej pamięci instytut, spoważniały nagle pod wpływem starych filmów pisarz. Bo na co dzień rozlatany, zinfantylniały, zakupy, pierdoły, promocje serków i promocje książek własnych, telewizja i co do niej nałożyć, żeby nie wyjść na dupka inteligenta, na co dzień syf, powódź tandetnych poruszeń, jak pisała Podgórnik. I śmiech mnie ogarniał na zmianę z płaczem, w komputerze śpiewały chóry, mądrzyła się Polska Kronika Filmowa, aż w końcu zostałem poinformowany, że teraz mogę bezpiecznie wyłączyć komputer, i tak się bezpiecznie skończyła jeszcze jedna noc listopadowa.

Albo – w końcu – być takim urologiem-pedałem. Nie mieć żony i dzieci, tylko całą kasę dla siebie. Na studiach być pierwszym kujonem, niezaabsorbowanym studentkami, całe niespełnienie seksualne wsadzać w tę naukę, a nocami w akademiku chodzić po tych wszystkich pedalskich zaułkach Internetu i śmiać się z ogłoszeń matrymonialnych. I odrzucać wszystkie propozycje humanistów, księży i innych specjalistów od duszy. Potem dorobić się ciężką pracą gabinetu, noce spędzając w państwowym szpitalu na dyżurach. Pani A ma zatwardzenie, a panią B bolą nerki, tymczasem pan C zasnął z termometrem i zbił go, bo nie wiadomo po co wszystkim mierzy się temperaturę o piątej rano. Słuchać monotonnego postukiwania wózka z obiadem, czuć jego nędzny, stołówkowy zapach, ale samemu co lepsze jeść. Być na ziemi. I mówić takim jak ja, nikomu niepotrzebnym, długo, długo myjąc ręce: „Najważniejsze, żeby jądro było uniesione. Suspensorium. Unieruchomienie. Majtki, okłady z rivanolu, kompresy, ale musi być uniesione. Spać w majtkach. Jądro musi mieć ciepło. Nie wychodzić z domu na ten ziąb. Brać czopki i przede wszystkim, powtarzam, unosić je, ono nie ma prawa tak zwisać!”. I zawsze, ale to zawsze musieć wstawać rano, a nigdy nie móc siedzieć do późna w nocy. I robić długie, uważne zakupy w hipermarketach. Któregoś razu przywieźć samochodem do swojej willi świetny faks-telefon, długo i metodycznie rozpakowywać starannie posklejane pudło z nadrukiem „Siemens”, długo szukać, gdzie w instrukcji obsługi jest język polski, w końcu znaleźć tekst, pełen literówek, aby kilka samotnych nocy spędzić na odchrząkiwaniu i nagrywaniu od nowa i od nowa automatycznej sekretarki: Tu prywatny gabinet urologiczny doktora Witkowskiego. Doktora nie ma teraz w domu. Rejestracja odbywa się w piątki od osiemnastej (a niech czekają), cena wizyty...

W „Newsweeku” napisali, że w XXI wieku średnia ludzkiego życia może dojść nawet do stu lat. Gdy to przeczytałem, od razu postanowiłem zarezerwować ten luksus dla siebie. Zażyłem oczywiście stosowne witaminy i już zawczasu przygotowałem się na pięćdziesięcioletnią starość.

2001

Kolaboracja

Kurica nie ptica, a jednak!

Z początku znosi mniej więcej jedno jajko na pięć sekund. Po obu stronach migają dwie grzędy i raz po raz skapuje jajo. Potem jakby jej ktoś wbił w dupę śrubokręt. Coraz szybciej. A ja mam tylko jeden koszyczek, cztery trzeszczące klawisze, dwa spocone kciuki. Kciuki na kuricę. I ja te jajka wyzbieram! Teraz coś się stało w dupie kury, bo lecą z czterech różnych stron, lecą naraz, a mogą się stłuc tylko trzy razy. Melodyjka jakby głośniejsza, szybsza, coraz bardziej nerwowa. Więc dwoję się i troję, aby dogodzić radzieckiej kurze napędzanej dużą, płaską baterią. Nu, pocz’kaj, kurko, ja ci jeszcze pakażu! Kura też jakby się na mnie zawzięła – nastroszyła się, sra tymi jajcami na całego. Ale im bardziej się wścieka, tym wyraźniej widać po niej, że jest tylko wiązką grafitowych kropek na szarym tle. I w tym miejscu, gdzie przed chwilą zapaliły się kropki i ułożyły w kurę, teraz ich brak układa się w brak kury. W ciekłokrystaliczny brak. I już w innym miejscu kropki układają się w kurę. Oczywiście tylko po to, żeby w tym innym miejscu znieść jajko. Bo to kropki znoszą jajko. Ale ludzie to się przejmują tymi kropkami. Kiedy układają się w jajko, które spada na ziemię i się tłucze, to jakby im ktoś w pysk!

Kura jest pamiątką po mojej literackiej kolaboracji z systemem komunistycznym. Jakbym już nie umiał znaleźć innej. Jeszcze się załapałem. I to jak! Byłem lizusem systemu, byłem prawdziwym Putramentem. A wszystko przez ten nieszczęsny Teleranek. Co deprawował dzieci już u samego progu ich kariery.

Zawsze w niedzielę o dziewiątej rano przywlekałem się do dużego pokoju z poduszką i właziłem do olbrzymiego łoża małżeńskiego rodziców, którzy z zapartym tchem oglądali swój ulubiony program dla dzieci. W czołówce piał kogucik, Ciotka-Klotka miała każdy paznokieć umalowany na inny kolor, Majka Jeżowska zabawiała dzieci kolorowymi miniówkami i lakierkami na wysokich obcasach, by umilić czekanie na kino familijne.

Tej niedzieli prowadzący oświadczył, że zaraz zostanie nam, dzieciom, puszczony film dokumentalny produkcji radzieckiej na temat naszych rówieśników z Leningradu. Rodzice wydali radosny okrzyk i naciągnęli na siebie szczelnie kołdrę. Oglądajcie uważnie i napiszcie pracę o życiu dzieci z Leningradu! Pierwsza nagroda – wyjazd do dzieci, do Leningradu! Na koszt ulicy Woronicza! Nawet tego konkursu nie zauważyłem, jadłem zupę mleczną, jeszcze w pidżamie, czekając na kino familijne. Na przykład na coś takiego: para proekologicznych buntowników ratuje zdychającego węża, wąż – ofiarą panów ze sztucznymi zębami, ale o tym brak wiedzy w nadmorskiej miejscowości na Florydzie, para buntowników wie, że chodzi o szmal, ratuje węża (w ostatniej chwili), ratuje miasteczko, ratuje cały ten amerykański, nadmorski świat przed panami ze sztucznymi zębami, którzy ukrywają wszystko przed opinią publicznie wydającą pieniądze na ich Złotych Piaskach. I jeszcze kilka rozmów na tematy ogólnożyciowe w składzie: ojciec – syn, nad brzegiem morza. Wiesz, wszystko przemija – lektor śpiewnie czyta angielskie dialogi za obydwu – ale w życiu trzeba być dobrym. Dlatego uratowaliśmy tego węża i inne zwierzęta. Wiesz, oni (panowie z zębami) nie są tak naprawdę źli, oni tylko nie potrafią słuchać głosu węży, przyrody.

Gdy film się kończy, nie zauważam nawet, że mój ojciec przez całe rano chodzi niespokojnie, drapie się po głowie, w końcu zaszywa się w swoim pokoju i coś tam pisze, rysuje kredkami świecowymi z mojego tornistra. Potem nastaje niedzielny obiad, kura (!), buraki, wino. Skąd miałem wiedzieć, że to wróżba, że ta kura ma coś wspólnego z nieobecnym spojrzeniem ojca, który zamiast jeść, porusza tylko ustami, układając jakieś nieme mowy, a buraki to prosta zapowiedź tego, czym się stanę w przyszłości? Przy podwieczorku (płyn z galaretki) w ogóle go nie ma. Przy Misiu Uszatku wychodzi i daje mi gotowy tekst do przepisania: przepisz, synku, kulfonami wzorowego pierwszaka, pojedziemy razem do dzieci, do Leningradu. A tekst zaczyna się tak:

„Gdyby jeszcze wczoraj zapytano mnie, co sądzę o dzieciach z Leningradu, jaka jest ta młodzież, odpowiedziałbym: zła, obca, bo... nieznana. Tak to już bowiem w życiu jest, że obszary nam nieznane nie budzą w nas sympatii, lecz nieufność, i dopiero trzeba kogoś poznać, aby polubić. Jakież więc było moje pozytywne zdziwienie, gdy pewnego dnia obejrzałem program o dzieciach ze szkoły im. ...”.

W wypracowaniu fruwają białe gołębie, a idący w radosnym pochodzie pianiery niosą czerwone i biało-czerwone sztandary. Przewodzi im jakaś postać męska, ale z długimi włosami, w garniturze i krawacie, ale jakby trochę kręci dupą, może Wanda Wasilewska? W klubie młodego modelarza chłopcy ze szkoły im. Kogoś Tam pracowicie sklejają samoloty i sputniki. Więc z większą już ochotą wyrywam z zeszytu do polskiego podwójną kartkę, robię linijką marginesy, biorę pióro na naboje i cały wieczór przepisuję laurkę, dodając raz po raz coś od siebie. Na przykład, że „młodość nadzieją narodów” albo że „nauka to potęgi klucz”. No jak piszesz „potęgi”?! – beszta mnie tato i muszę przepisać od nowa. Jeszcze ładniej. Do tego kilka obrazków świecówkami – to już robota mamy, ona ma talent plastyczny. A na koniec podpisujemy w dwóch językach, także grażdanką: Миша Станиславович Витковский.

Tak, już wtedy jako pisarz Michaił Stanisławowicz był skłonny do wszelkiego rodzaju zdrady, podlizywania się i czerpania zysków. W szkole podstawowej lizus i aktywista koła teatralnego, liczne konkursy recytatorskie, konszachty z polonistkami i woźnymi, intrygi mające na celu zapewnienie mu głównej roli (Czapli) w spektaklu Bajki zwierzęce wystawianym w sali gimnastycznej. Szczególnie dawał się we znaki pewien wyjątkowo nieprzyjemny rys charakteru młodego twórcy – Michaił Stanisławowicz lubił stawiać wszystko na jedną kartę i palić za sobą mosty. Był porywczy i nawet wczesny romans z Nataszą (przodowniczką w sekcji baletowej) nie potrafił złagodzić charakteru młodego pisarza. Rzecz jasna, rówieśnicy Michaiła Stanisławowicza nie wypowiadają się o nim zupełnie szczerze w swoich wspomnieniach. Prawda jednak wygląda inaczej – pisarz był znienawidzony w szkolnym teatrze, szczególnie przez Katarzynę Aleksandrownę Liputkin, która ubiegała się o tę samą rolę (Czapli) i podobnie jak on była targana namiętnymi marzeniami o przyszłej sławie. W archiwum prywatnym wdowca po mademoiselle Liputkin zachowała się do dziś znamienna fotografia, na której Mlle Liputkin patrzy na mistrza zza kulis wzrokiem pełnym nienawiści, a on sam w stroju Czapli kłania się rozentuzjazmowanym tłumom, chwytając się za serce gestem już nawet jak na owe zamierzchłe czasy staroświeckim.

Tak, do dziś z tym u siebie walczę... Do tego w moim charakterze nie podoba mi się także i to, że jestem taki cwany. Tak, Wysoki Sądzie i Wy, Panowie Przysięgli! Weźcie, proszę, poprawkę na to, że sam się do wszystkiego przyznaję, znam swoje wady i cierpię z ich powodu. Wciąż przypomina mi się ta scena z filmu Przesłuchanie, kiedy Janda, czyli piosenkarka Dziwisz Antonina, mówi, że przecież od dziecka pracowała, na co Gajos pyta: „Merdanie dupą nazywacie pracą? Jaki ustrój u nas panuje? Co to jest władza ludowa?”. I ja też, Wysoki Sądzie, całe swoje życie merdam piórem i czerpię z tego pokaźne zyski, mimo że powinienem wziąć się do łopaty, bo talentu nie mam za grosz, a tylko wyczucie koniunktury i literackiej mody. Tak! Jestem cwany i wtedy też specjalnie upraszczałem skomplikowaną składnię taty, waliłem olbrzymie kulfony, w miejscu (udawanych) byków malowałem kwiatki. W końcu zaklejamy kopertę, piszemy na niej: Warszawa, centrum, władza i ZLP, ulica Woronicza, ta, na której mieszkają stwory z dobranocek i gadające głowy. Adresaci: Wielce Szanowny Pan prowadzący program telewizyjny, jego pomocnica, szalona Ciotka-Klotka, oraz Majka Jeżowska – kolorowy skrzat. Po czym o całej sprawie zapominamy.

Kura jest cwana.

– A wycieczkę do Rosji wygrywa... Michał Witkowski z Wrocławia! Gratuluję, Michale! – I nawet nie robi takiego wrażenia sam fakt wygranej, tylko to, że oto pan prowadzący ma w ręku moje kartki, poznaję je! Wymachuje nimi, o, o! A teraz przekłada kartki do tej samej ręki, w której trzyma mikrofon, na pewno je pogniecie! A mikrofon, mikrofon, mikrofon... z uciętym kablem! W pokoju wszyscy krzyczą „gool!”. Bo oto właśnie nasza drużyna strzeliła decydującą bramkę. Oczywiście pan prowadzący nie mówi nic o tym, w jaki sposób mam wyegzekwować moją nagrodę, w ogóle nie mówi już o mnie. Teraz czterdziestoletnia Ciotka-Klotka udaje podlotka! Ale u nas w domu wciąż trwa to wołanie „gool”, to sylwestrowe otwieranie radzieckiego szampana na cześć dzieci!

„Minął rok i z telewizji, droga gazeto, drogi kąciku porad i interwencji, nie dano żadnego sygnału. Byliśmy z ojcem doprawdy zdesperowani, przybici. Sami nie wiedzieliśmy, co w takiej sytuacji wypada nam zrobić. Matka też była bardzo smutna i często wzdychała. Byliśmy zdemoralizowani faktem, że oto sama Telewizja Państwowa nas oszukała mimo niekwestionowanej wygranej. Napisaliśmy list na Woronicza. Bez odpowiedzi. Zadzwoniliśmy. Odpowiedziano ojcu, że «pana takiego to a takiego (dane personalne znane Redakcji) nie ma w gabinecie i nie wiadomo, kiedy wróci». Znowu minęło ponad pół roku, gdy, zdesperowani, zdecydowaliśmy się z ojcem pojechać. Raz kozie śmierć – pomyśleliśmy. I nie zostaliśmy przyjęci. Powiedziano nam, że sprawa uległa... przedawnieniu! Cała rodzina jest wstrząśnięta takim potraktowaniem naszego cudownego dziecka i wnuka, jakim bez wątpienia jest Michałek (na zdjęciu w sputniku). Prosimy o pomoc w naszej – słusznej – sprawie. Stanisław, Izabela, Zyta, Andrzej i Adam Witkowscy z Wrocławia”.

W wyniku interwencji dokooptowano nas w końcu do jakiejś lewej grupy, skąd mogłem wiedzieć, że jest to dyplomatyczna wycieczka przedstawicieli czegoś tam. Żartowaliśmy, że chyba firm produkujących zdekatyzowane dżinsy i przeciwsłoneczne okulary! Smurfy – tak się na nich mówiło, bo po uszy ubrani w zachodnie dżinsowe ciuchy na handel, obwieszeni aparatami fotograficznymi, z torbami wypchanymi suszarkami Farel, lokówkami, katalogami Neckermanna i Quelle. Oficjalnie: przedstawiciele ludu pracującego na wycieczce organizowanej przez Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Siedzę na ławce, zajadając zapiekankę, tato poszedł kupić dużo wody mineralnej, w końcu mamy jechać bez wagonu restauracyjnego przez dwie doby. A ja, zamiast uciekać na te straszne słowa, jeszcze się z tego, durny, cieszę. W pociągu okazuje się od razu, że nie ma toalety ani okien – jedno i drugie dosłownie „zabite dechami”. Przez okna nie wolno patrzeć, ponieważ teren jest obiektem strategicznym dla armii. Tak jak u nas, byle kran z tabliczką „woda niezdatna do picia” także oznaczony jest zakazem fotografowania. Skąd oni wiedzą, że ja właśnie tylko takie krany z zardzewiałą wodą ulubiłem sobie opisywać? Że nieczuły omijam wszystkie nowe budowle i lgnę instynktownie do liszajowatych stacyjek kolejowych? I teraz też podoba mi się ta cała egzotyka, którą powinienem koniecznie opisać w dzienniku podróży, ponieważ System nie poprzestał na jednorazowym wykorzystaniu mojego pióra. Skoro raz straciłem dziewictwo...

– Drogi panie Michale – prowadzący odwrócił się od okna, przez które patrzył na blok F1 przy Woronicza 17. – Drogi panie Michale, mamy dla pana dodatkową propozycję. Sam pan przecież nie pojedzie, ma pan dopiero... ile? Trzynaście? Trzynaście lat! Damy więc jeszcze pieniążki na szanownego tatusia i dołożymy was do wycieczki, która będzie oprowadzana po wszystkich kołchozach, przyjmowana chlebem i solą przez dzieci w strojach ludowych, czy jakie tam inne panują zwyczaje, będzie przyjmowana na konferencjach z okazji 22 Lipca i karmiona kawiorem rybim i sztuką ludzką. Pojedziecie do Kijowa, Charkowa i Połtawy, a nawet do Moskwy – dzieci są wszędzie, a Leningrad daleko. A pan od nas dostanie malutkie, słodziutkie stypendium na opisanie wszystkiego w świetlanych – (użył rusycyzmu!) – barwach i tu pan ma zeszyt, tu ołówek, tu mapę i... coś niecoś na drobne wydatki. – (Wręczył mi pokaźny zwitek dolarów.) – No, to tak na sto stron i z takim samym zapałem, jak było w pańskim opowiadaniu: Dzieci, gołębie, sztandary. Tych miejsc, gdzie nie wolno fotografować, to niech pan nie opisuje, bo...

– Przecież podobno tam wszędzie panuje zakaz fotografowania! – starałem się oponować, może odzywały się we mnie resztki godności. Ale jakiej? Opozycyjnej? Powielaczowej? Owszem, produkowałem nielegalne ściągi na każdą okazję, kolportowaliśmy z kolegami nielegalne kasety wideo, na przekór Systemowi (szkolnemu) paliliśmy w kiblach. Ostentacyjnie narażaliśmy życie na chemii, bo nauczycielka biła szpikulcem wielkiego cyrkla do rysowania na tablicy kółek. Spiskowaliśmy w Podziemiu kotłowni, pisaliśmy wyklęte przez System (szkolny) wiersze nowoczesne (to znaczy bez rymów i sensu) o spermie i czerwonych podwiązkach, przyszpilaliśmy te anonimy do tablicy zastępstw. Bywaliśmy internowani po lekcjach, prześladowani, torturowani, a niektórzy z nas musieli nawet udać się na emigrację do którejś z innych szkół albo uciec na wolność, wybrać wagary i palić do woli, pić do woli, walić konia do woli, oglądając pornosy, do zerzygania, wręcz tęsknić za Systemem, siedząc nad wezbraną Odrą w powodzi całkowitej wolności wagarów.

– Dlatego tu pan ma coś ode mnie – pogrzebał w szufladzie i wyjął okulary przeciwsłoneczne, z tym że w kształcie dwóch dużych ruskich gwiazd, oczywiście czerwonych, a ze szkłami różowymi. – Gdy coś będzie brzydkie albo zakazane, wówczas nałoży pan po prostu różowe okulary i one już panu pomogą. A po powrocie wydajemy panu książkę w najlepszym wydawnictwie, Imiona krajobrazów. Dziennik podróży do Związku Radzieckiego, i... panie Witkowski, no co pan, niech pan nie płacze, niech pan mnie nie całuje po rękach! No już, już, już, wstajemy, otrzepujemy się, dorosły mężczyzna, wąs mu się sypie, głos mutuje, jodłuje, kto to widział! I cały jeden odcinek Teleranka o panu, a jak taki odcinek walniemy, to zaraz 5–10–15 też będzie pana chciało, bo oni nam zawsze podprowadzają wszystkie pomysły (tu na redaktorkę klnie). Ciotka-Klotka przyjedzie do pana do domu. (Boże! Tylko nie to!). Obrazki takie się nakręci: pan odrabia lekcje, pan podczas zajęć sportowych, w szkole... No, słowem – cudowne dziecko z pana robimy! No, spraw się pan dobrze, panie Michałku kochany! Pani Jaśmino – nacisnął dzwonek w blacie biurka i schylił głowę do ukrytego tam mikrofonu – pani Jaśmino, dwie kawy! A tu – poszperał w szufladzie – tu jeszcze dla pana kilka upominków od Telewizji, w ramach rekompensaty za to czekanie... – I daje mi reklamówkę (z nadrukiem Marlboro!) wypełnioną czymś, co w domu okaże się: 1) płytą Majki Jeżowskiej Wesołe nutki z osobistym autografem, 2) piosenkami z filmu Pan Kleks w kosmosie z autografami Fronczewskiego i Ostrowskiej, 3) płytą Natalki Kukulskiej z autografem, 4) zdjęciem Ciotki-Klotki (z braku płyty) z autografem i odciśniętymi ustami.

Tymczasem jednak otwierają się obite skórą drzwi i staje w nich młoda kobieta w przeźroczystej bluzce, pod którą widać brak biustonosza, w skórzanej miniówce i ze słuchawką (bez kabla!) pomiędzy uchem a obojczykiem. Niskim, zachrypniętym głosem gada ze słuchawką. W końcu słuchawka robi „pip”, zapala się w niej jakaś czerwona lampka, dziewczyna chowa miniaturową antenkę i zauważa mnie.

– To jest ten Witkowski... – mówi leniwie, jakby właśnie po obfitym obiedzie wygrzewała się na plaży – aha, to on chce śpiewać – oznajmia raczej, niż pyta. I już klnie na redaktorkę tego 5–10–15, co to za kobieta, znowu nam podprowadziła pomysł, ten z tańczącymi małpkami, wiesz...

Poczekaj, kurko...

– Tato, musimy pogadać, będę miał dla ciebie małą robotę, taki, wiesz, dziennik z wycieczki, co to dla ciebie – mówię, gdy pociąg rusza. W przedziale zgromadziło się już całkiem miłe towarzystwo handlarzy i handlarek z naszej wycieczki. Popijają różne alkohole, chowają po kątach siatki z rzeczami na handel, choć do granicy w Brześciu zostało jeszcze trochę czasu, a i celnicy już ich znają, kilka dolców załatwia sprawę. Wszędzie palą papierosy, bo w tym nieoznakowanym świecie nigdzie nie ma ani zakazów, ani przyzwoleń. Na korytarzu stoi grubas, pali jednego za drugim i wrzuca niedopałki do wielkiego słoika po kwasie z jakąś cieczą na dnie.

Zupa papierosowa.

Facet na głowie ma siatkę! Czepek z siateczkowego materiału, przylegający do łysiny jak kąpielowy.

– Nic z tego, teraz ty pokaż, co potrafisz, nie będę do końca życia pisał wszystkiego za ciebie... – Ojciec ostentacyjnie zaczyna wertować gazetę. No tak. Kim byłby Michał Witkowski, cudowne dziecko socrealizmu końca lat osiemdziesiątych, gdyby nie cudowny tatuś, ukrywający się w cieniu jego sławy!

– Taato, zlituj się, zrobią o mnie program w 5–10––15...

– No, no.

„Z regionu.

CUDOWNY NASTOLATEK!!!

Mieszkaniec Wrocławia laureatem!

Trzynastoletni mieszkaniec Wrocławia, Michał Witkowski, uczeń szkoły podstawowej nr 66, wygrał w ubiegłą niedzielę ogólnopolski konkurs literacki ogłoszony przez Teleranek. W nagrodę wyjedzie