Fotograf - Garance Le Caisne - ebook
Opis

Wstrząsające świadectwo funkcjonowania syryjskiej machiny śmierci Nigdy jeszcze nie ujawniono tak porażających dowodów zbrodni wojennych i zbrodni przeciw ludzkości. W Syrii pewnemu człowiekowi udało się takie dowody zdobyć. Jego pseudonim to Cezar. To Fotograf, zatrudniony przez syryjską policję wojskową, który ryzykował własnym życiem, przez 2 lata gromadząc zdjęcia i dokumenty więźniów torturowanych i zabijanych przez reżim. Ostatecznie udało mu się zebrać 53 tysiące fotografii. Nigdy nie ujawnił mediom swojej tożsamości. W styczniu 2015 roku w amerykańskim czasopiśmie „Foreign Affairs” prezydent Syrii Baszar el-Asad zadeklarował, że taka osoba po prostu nie istnieje: „Kto zrobił te zdjęcia? Kim jest ten człowiek? Nikt tego nie wie. Te rzekome dowody nie zostały zweryfikowane. To tylko bezpodstawne oskarżenia”. A jednak Cezar istnieje. Autorka tej książki spędziła z nim dziesiątki godzin. Jego świadectwo jest pod każdym względem wyjątkowe. Relację Cezara potwierdza śledztwo ujawniające sposoby funkcjonowania syryjskiej machiny śmierci. Poznając te dramatyczne fakty, zanurzamy się w sferze tego, co niewypowiedziane.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 215

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

OPÉRATION CÉSAR

Copyright © Editions Stock, 2015

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © Orlok / Shutterstock.com

Cet ouvrage a bénéficié du soutien des Programmes d’aide à la publication de l’Institut français.

Książkę wydano dzięki dofinansowaniu Institut français w ramach programów wsparcia wydawniczego

Redakcja: Krystyna Borowiecka-Strug

Korekta: Marta Chmarzyńska, Iwona Wyrwisz, Anna Just

ISBN: 978-83-7999-812-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Syryjkom i Syryjczykom.

Każdemu z tych numerów, które były kiedyś

dziećmi, kobietami i mężczyznami.

Ich pamięci – oraz pamięci ich bliskich.

Wielokrotnie w historii rozlegały się ludzkie krzyki,

Długo rozbrzmiewały na próżno,

I musiało minąć wiele czasu, by odbiły się echem.

Gustawa Jarecka,

członkini Oneg Szabat,

getto warszawskie, grudzień 1942 roku

Kiedy patrzyłem na te zdjęcia, one do mnie przemawiały. Wiele spośród widocznych na nich ofiar wiedziało, że zginie. Unosiły palec, tak jak wówczas, gdy przed śmiercią wypowiada się szahadę1. Miały otwarte z bólu usta i dało się wyczuć upokorzenie, którego doświadczyły. Nie mogłem zapomnieć tych twarzy.

Usiłowały wykrzyczeć swój ból, chciały zostać ocalone, ale nikt ich nie ocalił, nikt ich nie wysłuchał. Prosiły, ale nikt nie usłyszał ich próśb.

Każdego dnia słyszałem rozpaczliwe głosy ofiar, które mówiły o tym, co dzieje się w syryjskich więzieniach i aresztach. Nie było nikogo, kto by ich wysłuchał. Te ofiary powierzyły mi zadanie, na moich barkach spoczywa odpowiedzialność: nieść świadectwo tortur, którym je poddano – opowiedzieć o tym ich rodzinom, ludzkości i całemu wolnemu światu.

Opuściłem Syrię z jak najczystszymi intencjami. Powstało wiele dokumentów potwierdzających zbrodnie reżimu: użycie broni chemicznej, masowe mordy, tortury. Wszystkie te dokumenty zostaną kiedyś ujawnione i staną się dowodami przeciw Baszarowi al-Asadowi. W jaki sposób do tego dojdzie? Kiedy to się stanie? Nie wiem.

Prawda jest drogą do zwycięstwa. Przysłowie mówi: „Prawo pozostaje żywe, dopóki walczy o nie choć jedna osoba”.

Cezar, fotograf żandarmerii wojskowej reżimu syryjskiego Baszara al-Asada.

Kwiecień 2015 roku

Miejsca, w których więziono w Damaszku osoby składające świadectwo w tej książce

Syryjczycy, którzy składają świadectwo w tej książce

Cezar – były fotograf żandarmerii wojskowej z Damaszku. Jego zadanie polegało na fotografowaniu zamordowanych więźniów oraz na archiwizowaniu tych zdjęć. Przerażony potwornościami, które widział, zaczął kopiować dowody barbarzyństwa reżimu, a potem wywiózł je z Syrii i przedstawił światu. Cezar przez dwa lata ryzykował własne życie, by wypełnić tę misję.

Sami (pseudonim) – najbliższy przyjaciel Cezara. To jemu zwierzał się fotograf i to on podtrzymywał go na duchu nawet w najtrudniejszych chwilach. Obaj opuścili Syrię i znaleźli schronienie w Europie.

Abu al-Leith (pseudonim) – przedsiębiorca pochodzący z Kalamun, przez siedem miesięcy był więźniem wydziału 227. Wywiadu Wojskowego, następnie przeniesiono go do więzienia cywilnego w Adra, gdzie osadzano zwykłych przestępców. Uciekł z Syrii do Turcji.

Mazen al-Hammada – pracownik koncernu naftowego, którego siedziba znajdowała się w Dajr az-Zaur na północnym wschodzie Syrii. Trzykrotnie zatrzymano go pod zarzutem filmowania manifestacji i udostępniania tych nagrań w sieci. Półtora roku spędził w placówce podlegającej Wywiadowi Sił Powietrznych, gdzie został sukhra (co po arabsku oznacza człowieka wykonującego „prace przymusowe”) i musiał pomagać strażnikom w ich codziennych zadaniach – między innymi w przenoszeniu ciał zabitych więźniów. Obecnie mieszka w Holandii.

Amer al-Homsi – lekarz, który nie chce ujawniać swojej tożsamości. Przez piętnaście lat pracował w państwowym szpitalu w Homs. W latach 2011-2012 obserwował, jak stopniowo przekształcano tę placówkę w rodzaj ośrodka zatrzymań, służącego do torturowania rannych więźniów.

Munir Abu Muaz (pseudonim) – inżynier, który spędził w więzieniu dwa lata – od marca 2012 do stycznia 2014 roku. Przebywał w ośrodkach więziennych podlegających czterem wydziałom dwóch różnych służb wywiadu syryjskiego, a następnie trafił do położonego trzydzieści kilometrów od Damaszku więzienia Sajdnaja, w którym osadzano więźniów politycznych oraz islamistów. Było ono godnym następcą więzienia w Palmyrze. Munir Abu Muaz przebywał też przez wiele tygodni w szpitalu wojskowym w Mezzeh. Obecnie żyje w Turcji.

Ahmad al-Riz – zaangażował się w rewolucję w wieku dwudziestu pięciu lat. Nauczył się szyfrować wiadomości w Internecie i organizował tajne zgromadzenia. Ujęto go i przez siedem miesięcy znajdował się w ośrodkach zatrzymań podlegających różnym wydziałom syryjskiego wywiadu. Następnie trafił do więzienia Sajdnaja. Był dwukrotnie hospitalizowany w szpitalu wojskowym Tiszrin. Uciekł do Niemiec. Chodzi na kursy językowe, by móc kontynuować studia.

Wafa (pseudonim) – została zatrzymana z mężem w maju 2013 roku i zwolniona cztery i pół miesiąca później, podczas wymiany więźniów. Jej męża poddano torturom i zamęczono na śmierć. Wafa odnalazła zdjęcie jego ciała wśród fotografii zgromadzonych przez Cezara.

Ahmed – pochodzi z Daraji pod Damaszkiem. Nie chce zdradzać swojego nazwiska, dopóki nie wniesie skargi przeciw Baszarowi al-Asadowi. Jego brat i wuj zginęli w wyniku tortur, którym poddawali ich funkcjonariusze Wywiadu Sił Powietrznych. Dokumentacja tych praktyk znajduje się wśród materiałów zgromadzonych przez Cezara.

Abu Khaled – dowódca katiby z gór Kalamun, człowiek kruchy i małomówny, który latem 2013 roku zorganizował ucieczkę Cezara. To właśnie on doprowadził do wywiezienia z Syrii twardego dysku, na którym zapisano czterdzieści pięć tysięcy zdjęć obciążających reżim Baszara al-Asada.

Hassan Shalabi – członek założyciel Narodowej Rady Syryjskiej i działacz polityczny. Musiał opuścić Syrię. Śledził „operację Cezar” spoza kraju. To on przedstawił społeczności międzynarodowej dokumenty zgromadzone przez fotografa.

Imad Eddine al-Rachid – były prodziekan Wydziału Szariatu na Uniwersytecie w Damaszku i patron Narodowej Rady Syryjskiej. Walczył o postawienie Baszara al-Asada przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym. W lipcu 2014 roku Imad udał się wraz z Cezarem do Waszyngtonu, gdzie były fotograf reżimu przemawiał przed Kongresem.

Imran (pseudonim) – dwudziestoletni informatyk pochodzący z miejscowości Muadamija na przedmieściach Damaszku. Poszukiwany przez służby reżimu. Zbiegł do Turcji, gdzie wraz z Samim skatalogował i opracował tysiące zdjęć wykonanych przez Cezara.

Zakaria (pseudonim) – pediatra z Damaszku, uciekł z Syrii i przez Liban dotarł do Turcji. Na podstawie fotografii Cezara opracował klasyfikację medyczną tortur zadawanych ofiarom i ran oraz innych obrażeń widocznych na ich ciałach.

Wiosną 2014 roku mój wydawca zaproponował, bym udała się na poszukiwanie Cezara. Nie wahałam się ani przez chwilę. Ten człowiek, były fotograf wojskowy, wykazał się niezwykłą odwagą i zgromadził dowody dokonywanych przez reżim syryjski zbrodni przeciw ludzkości. Nikt dotąd nie zdołał zebrać takiego materiału. W tamtym okresie w mediach wiele mówiło się o człowieku, który korzystając z komputera w sztabie żandarmerii wojskowej w Damaszku, skopiował tysiące dokumentów i zdjęć zabitych więźniów.

Przez dwa lata, dzień po dniu, ten anonimowy bohater gromadził fotografie ciał – ciał torturowanych, wychudłych, przypalanych, oznaczanych numerami zapisywanymi wprost na skórze. Kopiował zdjęcia, które dla reżimu wykonywał i archiwizował, a potem zgrywał je na nośniki USB, które ukrywał i wynosił w bucie albo za paskiem.

Terroryści z Państwa Islamskiego eksponują dziś z dumą swoje barbarzyństwo w mediach społecznościowych, natomiast państwo syryjskie ukrywa swoje zbrodnie w ciemnych lochach i w mroku cel. Żaden człowiek spośród tych, którzy widzieli to wszystko od środka, nie dostarczył nigdy dowodów na istnienie syryjskiej machiny śmierci. Cezar tego dokonał. A zdjęcia i dokumenty, które zdobył, stanowią przerażające świadectwo.

Członkowie komórki, która pomogła Cezarowi, usiłowali przyciągnąć uwagę zachodnich władz i światowych mediów, akurat przyjechali wtedy do Paryża. Udało mi się uzyskać zgodę na wywiad poświęcony „archiwiście terroru”. Tekst miał się ukazać na łamach „Le Journal du Dimanche”.

W tym samym czasie, razem z fotografką Laurence Geai, przygotowywałyśmy reportaż w Aleppo, opublikowany w „Le Nouvel Observateur” latem 2014 roku. Byłyśmy świadkami tego, jak w dzielnicach miasta zajmowanych przez opozycję reżim próbował zdławić część narodu syryjskiego i pogrzebać jego pamięć. Pewnego środowego poranka, w ciągu dwóch godzin, w promieniu dwustu metrów od nas spadły trzy kolejne pociski. Na naszych oczach zginął młody człowiek, z którym żartowałyśmy poprzedniego wieczoru i z którym miałyśmy spędzić nadchodzący dzień, pracując nad reportażem. Widziałyśmy strzępy skóry, beczki trotylu zrzucane przez helikoptery armii Baszara al-Asada, naprędce organizowane pogrzeby, podczas których chowano porozrywane szczątki. A także groby – pracownicy kostnic chowają w nich ciała, po które nikt się nie zgłosił.

Odnalezienie Cezara stawało się naprawdę pilne. Spektakularne triumfy tzw. Państwa Islamskiego (Daesz) i coraz liczniejsze zamachy, dokonywane przez jego zwolenników, odwracały uwagę świata od brutalności i okrucieństwa reżimu syryjskiego. Konflikt zdążył już wtedy pochłonąć ponad 220 tysięcy ofiar. Połowa ludności cywilnej musiała opuścić swoje domy. Wiele rodzin nadal znajdowało się na obszarach bombardowanych i oblężonych przez wojska lojalistów.

Istniała nadzieja, że zgromadzone przez Cezara dowody pozwolą ponownie skupić uwagę opinii publicznej i przywódców państw zachodnich na aktach przemocy, których dopuszczały się władze w Damaszku. Wiedziałam, że muszę go odnaleźć. Byłego syryjskiego fotografa wojskowego szukali dziennikarze z całego świata. Miałam świadomość, że czeka mnie trudne zadanie – i nie myliłam się. Dwa razy prawie się poddałam. Ale dwa razy podjęłam swoją misję na nowo, przekonana, że ten człowiek nie może zostać pozbawiony głosu. Świadectwo Cezara uważałam za kluczowe dla zrozumienia wewnętrznych mechanizmów funkcjonowania reżimu syryjskiego, dla poznania skali i grozy tego zjawiska. Tej opowieści musiało towarzyszyć upublicznienie zgromadzonych przez Cezara zdjęć. Miałam w pamięci Aleppo, tamtejsze bezimienne groby, a także fotografie odnalezione w kostnicy usytuowanej w dawnej szkole dla dziewcząt.

W jednej z klas na ścianach wisiały dziesiątki zdjęć przedstawiających mieszkańców Aleppo, którzy zginęli podczas bombardowań przeprowadzanych przez siły reżimu. Kiedy weszłam do tego pomieszczenia, natychmiast stanęły mi przed oczami wiszące w dawnym liceum w Phnom Penh portrety Kambodżan zamordowanych przez Czerwonych Khmerów. Między 1975 a 1979 rokiem w S-21 – głównym ośrodku tortur reżimu Pol Pota – zginęło ponad 17 tysięcy ludzi. Dzisiaj to miejsce zostało przekształcone w muzeum, a na ścianach wiszą zdjęcia ofiar2.

Członkowie komórki, która chroniła Cezara, należący do Narodowej Rady Syryjskiej, umiarkowanej partii opozycyjnej, rozumieli, że książka ta nie ma wywołać burzy medialnej. Jej celem jest dotknięcie tego, co niewypowiedziane, udzielenie głosu Syryjczykom i pozostawienie śladu dla przyszłych pokoleń.

Spotykaliśmy się wielokrotnie. W Paryżu, w Stambule, w Dżuddzie w Arabii Saudyjskiej. Oni pokazywali mi zgromadzone przez siebie dokumenty i opowiadali, czego doświadczyli. Nadal jednak nie zdołałam spotkać się z Cezarem. Nie wiedziałam, jaka jest tego przyczyna, przypuszczałam, że ten człowiek najzwyczajniej w świecie się boi. Rozczarowała go inercja społeczności międzynarodowej, a do tego stopniowo psuły się jego relacje z członkami chroniącej go komórki. Ukrywał się – ciągle się ukrywa – i boi się o własne życie.

Cały czas zdawałam sobie sprawę, że bez jego świadectwa książka ta straci rację bytu. Dzięki jednemu z członków grupy udało mi się nawiązać kontakt z Samim. To właśnie Sami, nieznany dziennikarzom, którzy zajmowali się „sprawą Cezara”, najwięcej wiedział o fotografie wojskowym, któremu towarzyszył i którego wspierał podczas dwuletniej operacji. Okazało się, że to przez niego można trafić do Cezara.

Rozmawialiśmy cztery razy, a każde z naszych spotkań trwało wiele godzin. Razem z Saoussen Ben Cheikh, moją tłumaczką, spędziłyśmy z Samim i z jego żoną wiele czasu. Nawiązała się między nami relacja pełna sympatii i zaufania, zaskakująca, a czasem wręcz wzruszająca. Pewnego wieczoru Sami, chcąc uspokoić Cezara, połączył się ze mną na Skypie. Od początku rewolucji Skype stał się głównym narzędziem komunikacji syryjskich aktywistów. Zwykle podczas rozmów z Samim nie korzystaliśmy z kamer internetowych.

„Cezar się niepokoi – tłumaczył Sami. – Boi się. Prawnicy naciskają, żeby złożył oficjalne zeznania. Czy mogą go do tego zmusić?” Wtedy nie wiedziałam jeszcze do końca, jak funkcjonuje międzynarodowy system wymiaru sprawiedliwości, zapewniłam ich jednak, że żaden polityk nie aresztuje Cezara i nie doprowadzi go siłą przed sąd. Cezar i Sami nie żyli już w realiach syryjskiej dyktatury, przebywali na północy Europy, w demokratycznym państwie, w którym znaleźli schronienie. Nie powinni jednak zapominać, z jakiego powodu ryzykowali życie swoje i swoich rodzin. Dlaczego musieli uciekać z Syrii do kraju, którego języka nawet nie znali.

Powiedziałam też: „Pewnego dnia Cezar będzie musiał złożyć świadectwo, opowiedzieć o zbrodniach reżimu, o wszystkim, co widział i co musiał robić. Przez wzgląd na Syryjczyków, w imię sprawiedliwości. Może nie zrobi tego dzisiaj, ale jutro, pojutrze, za sześć miesięcy, za rok będzie musiał się na to zdecydować. Rozumiesz, Sami?”. Zapadła cisza. I nagle, ku swojemu zaskoczeniu, usłyszałam czyjś głos. Wyglądało na to, że naszej rozmowie przysłuchiwał się ktoś jeszcze. Człowiek, którego nie znałam ani nie mogłam zobaczyć: „Dobry wieczór. Dziękuję za rady. Jestem Cezar. Może pani do mnie przyjechać, kiedy pani zechce”.

Po trwających sześć miesięcy poszukiwaniach Cezar zgodził się wreszcie na wywiad. Tak jak w przypadku Samiego, naszemu pierwszemu spotkaniu towarzyszyło duże napięcie. Obaj moi rozmówcy przyjmowali defensywną postawę, a ja bałam się, że ich „stracę”, zadając niewłaściwe lub nadmiernie szczegółowe pytanie albo ulegając pokusie, by działać zbyt szybko. Cezar składał swoje świadectwo przez długi czas. Nasze rozmowy trwały łącznie ponad czterdzieści godzin.

Jego relacja jest wyjątkowa. Prostymi słowami, niczego nie udając, Cezar opowiedział mi o swojej pracy w najdrobniejszych szczegółach. Podczas naszej rozmowy szkicował, żeby lepiej zobrazować niektóre zagadnienia natury technicznej. Na mapie satelitarnej wyznaczył trasę, którą pokonywał każdego dnia, wskazał też hangary jednego ze szpitali wojskowych, w których fotografował ciała zabitych. Podczas naszych spotkań Cezar stopniowo się otwierał, ale jednocześnie utrzymywał pewien dystans i niejednokrotnie starał się ukryć swoje emocje. Nie przestał się obawiać o swoje bezpieczeństwo. Zdecydował, że zatrzyma kartki, które pokrył notatkami podczas rozmów. Chciał uniknąć sytuacji, w której ktoś mógłby rozpoznać jego charakter pisma. Zostawił mi tylko jeden ze swoich szkiców. Postanowiliśmy też nie ujawniać wszystkich szczegółów dotyczących jego życia prywatnego, z tego powodu niektóre zawarte w tej książce fakty zostały zakamuflowane.

Fotografowie syryjskiej żandarmerii wojskowej stanowią tylko jedno z wielu ogniw łańcucha śmierci. Oni robią zdjęcia ofiar, po czym umieszczają je w archiwach. Żeby w pełni zrozumieć i poszerzyć świadectwo Cezara, musiałam spotkać się z tymi, którzy przeżyli tortury w aresztach, ośrodkach zatrzymań, więzieniach i szpitalach wojskowych. Z tymi, którzy widzieli śmierć ludzi w sąsiednich celach albo na sąsiednich łóżkach szpitalnych. Z tymi, którzy przenosili zwłoki zabitych. Z tymi, którzy patrzyli, jak na ciałach zabitych zapisuje się numery. Ludzie ci składają w tej książce świadectwo, nie ukrywając swojej tożsamości albo pod pseudonimem.

Trwający od trzech lat proces gromadzenia dowodów zbrodni popełnianych przez reżim syryjski dopiero się rozpoczął. Ta książka jest próbą zapisu prawdziwego obrazu tamtej rzeczywistości. Śledztwo musi trwać dalej.

Numery, zdjęcia. Wychudłe ciała. Widzimy tylko to, co już znamy. Informacje i zdjęcia przekazywane przez Cezara kojarzą mi się z eksterminacją Żydów, z Zagładą. Ale to Historia i sprawiedliwość dokonają ostatecznej oceny zbrodni reżimu syryjskiego.

Czy należało w tej książce zamieścić zdjęcia Cezara? Razem z wydawcą podjęliśmy decyzję, by tego nie robić. Wiele z tych fotografii można znaleźć w Internecie. Nie potrafilibyśmy zdecydować, które z nich powinny się tu pojawić. Są przerażające. Wymowa tych zdjęć jest na tyle silna, że po ich obejrzeniu czytelnik może być tak bardzo wstrząśnięty, by nie móc lub nie chcieć kontynuować lektury świadectw ocalałych. A przecież powinien je poznać.

Ta książka stanowi relację poświęconą barbarzyństwom, których dopuszcza się reżim Baszara al-Asada. To historia Syryjczyków, którzy stali się ich ofiarą.

Rozdział pierwszyUjawnić. Zeznać. Oskarżyć

Dyplomaci, doradcy, współpracownicy – wszyscy mają opuścić pomieszczenie. Przy drzwiach zamkniętych jedenastu obecnym tu ministrom spraw zagranicznych zostanie przedstawiony ściśle tajny materiał o kluczowym znaczeniu. Rozpoczyna się nagranie, wyświetlane na dużym ekranie. Głos z offu uprzedza: „Film, który państwo za chwilę zobaczą, zawiera szokujące, drastyczne sceny, które stanowią zapis czynów dokonywanych przez reżim syryjski. To tylko kilka spośród dziesiątek tysięcy oficjalnych fotografii, których prawdziwość potwierdziliśmy na podstawie dowodów sądowych, oryginalnych dokumentów oraz zeznań. Specjaliści w dziedzinie prawa karnego gwarantują prawomocność tych materiałów i wiarygodność źródeł. Przedstawiamy państwu ściśle tajny raport”.

W niedzielę 12 stycznia 2014 roku, w urządzonej w stylu empire sali jadalnej Ministerstwa Spraw Zagranicznych przy Quai d’Orsay, Laurent Fabius wita swoich gości: Johna Kerry’ego, amerykańskiego sekretarza stanu, oraz szefów dyplomacji Niemiec, Arabii Saudyjskiej, Egiptu, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Włoch, Jordanii, Kataru, Wielkiej Brytanii i Turcji.

Grupa Przyjaciół Syrii postanowiła udzielić poparcia Ahmadowi al-Dżarbie, przewodniczącemu Syryjskiej Koalicji Narodowej, głównej organizacji reprezentującej syryjską opozycję. Przedstawiciele opozycji oraz reżimu syryjskiego mają spotkać się za dziesięć dni w Szwajcarii, by pod egidą ONZ dyskutować o utworzeniu rządu przejściowego. Niektórzy członkowie Syryjskiej Koalicji Narodowej mają jednak wątpliwości co do sensu swojego udziału w tej międzynarodowej konferencji pokojowej, która rozpocznie się w Montreux, a potem przeniesie do Genewy. Jedenastu przedstawicieli Grupy Przyjaciół Syrii chce, żeby Syryjska Koalicja Narodowa uczestniczyła w konferencji po to, by Baszar al-Asad nie mógł obarczyć opozycji winą za niepowodzenie rozmów pokojowych.

Francuski minister, gospodarz tego spotkania, siada na środku, naprzeciw Ahmada al-Dżarby. Pod koniec przedpołudniowych obrad, ku zaskoczeniu zgromadzonych, udziela głosu Khalidowi al-Attiyahowi. Kilka dni wcześniej minister spraw zagranicznych Kataru poinformował Fabiusa o tym, że grupa opozycjonistów przekazała mu tajny dokument, który chciałby zaprezentować. Prace zostają przerwane. Z pomieszczenia wychodzi około trzydziestu osób. Przy stole zostaje jedenastu ministrów.

Gasną światła. Rozlega się muzyka napisana przez Itzhaka Perlmana do filmu Lista Schindlera, a na ekranie pojawiają się kolejne zdjęcia nagich ciał w slipach albo łachmanach, wychudzonych trupów, niekiedy okaleczonych, z porozcinaną albo przypaloną skórą. Niektórym z ofiar wyłupiono oczy. Inne są oszpecone w wyniku działania substancji chemicznych. Zdarzają się takie, które zostały owinięte plastikowymi workami i ułożone w hangarze. Obiektyw zatrzymuje się przy numerze każdego z ciał, zapisanym niezmywalnym markerem bezpośrednio na skórze albo na białej naklejce przyklejonej do czoła ofiary. Nie ulega wątpliwości, że ten makabryczny inwentarz sporządził profesjonalny fotograf. Pośród złoceń przy Quai d’Orsay zapada pełna grozy cisza.

Głos z offu mówi dalej: „Brutalne tortury, jakich dopuszczał się reżim syryjski, stanowią wyjątkowy przypadek. Stosunkowo rzadko w historii ludzkości tego typu akty dokumentowano z taką pieczołowitością. Wydział kryminalny żandarmerii wojskowej drobiazgowo archiwizował i katalogował fotografie ofiar od momentu ich zatrzymania i umieszczenia w aresztach, więzieniach albo szpitalach wojskowych, aż do śmierci i fizycznej likwidacji ciał… Według raportów medycznych ludzie ci zmarli na skutek zatrzymania akcji serca, tymczasem ich ciała noszą ślady tortur, nie ma też wątpliwości, że ofiary były głodzone”. Na końcu padają następujące słowa: „Czy to nowy Holokaust? To wszystko dzieje się na naszych oczach”.

Ministrowie opuszczają salę bez słowa. Na ich twarzach maluje się powaga. John Kerry jest blady. Posiłek, na który przyszła teraz pora, pozostanie nietknięty. Laurent Fabius powie później swoim współpracownikom: „To potworne, ohydne. Trzeba zdobyć jak najwięcej informacji na temat tych dokumentów. Są niezwykle ważne”.

„Te fotografie potwierdziły to, na co Francja od lat zwracała uwagę w kontekście rządów Baszara al-Asada – podkreśla dziś osoba z otoczenia Fabiusa. – Takich obrazów nie oglądaliśmy od czasów Zagłady i zbrodni dokonywanych przez Czerwonych Khmerów. Precyzja, z jaką reżim syryjski dokumentuje swoje czyny, każe nam cofnąć się pamięcią o siedemdziesiąt lat”.

Pod koniec dnia Laurent Fabius staje przed mikrofonem podczas konferencji prasowej i publicznie potwierdza swoje poparcie dla konferencji w Genewie. Ma ona „doprowadzić do realnego przejęcia władzy, które położy kres obecnemu, despotycznemu reżimowi… i stanie się wyrazem suwerenności narodu syryjskiego”. Na koniec francuski minister podkreśla poważnym tonem: „Z pełną stanowczością potępiamy potworne zbrodnie dokonywane przez reżim syryjski, zbrodnie popełniane na własnym narodzie – zwłaszcza te, do których dochodziło w ostatnim czasie. Wbrew temu, co zwykło się twierdzić, nie mamy do czynienia z sytuacją, w której po jednej stronie barykady znajduje się Baszar al-Asad, po drugiej zaś terroryści. Reżim Asada karmi terroryzm, żeby zatem zwalczyć terroryzm, trzeba doprowadzić do tego, by ów reżim upadł”.

RYZYKUJĄC WŁASNE ŻYCIE

Następnego dnia, pięć tysięcy kilometrów dalej, w Dosze w Katarze, odbywa się inne ściśle tajne spotkanie. Od początku rewolucji to małe państewko położone w Zatoce Perskiej wspiera syryjską opozycję, zwłaszcza tę o tendencjach islamistycznych. Kiedy katarski minister spraw zagranicznych dowiedział się o zdjęciach Cezara i obejrzał kilkanaście spośród nich, bez wahania udzielił poparcia Narodowej Radzie Syryjskiej. To właśnie opozycjoniści z tej organizacji, reprezentujący poglądy umiarkowanie islamistyczne i konserwatywne społecznie, chronią człowieka, który pozwolił wywieźć z Syrii dziesiątki tysięcy cennych fotografii.

Rząd Kataru, świadomy, że jego dotychczasowa polityka, wymierzona w Baszara al-Asada, może podważyć wiarygodność tych dokumentów, zlecił londyńskiej kancelarii adwokackiej Carter-Ruck and Co wykonanie ekspertyzy i potwierdzenie wiarygodności zdjęć. Kancelaria zatrudniła trzech międzynarodowej renomy prawników oraz trzech ekspertów w dziedzinie antropologii medycznej, którzy mieli sporządzić raport dotyczący tych materiałów, rozszyfrować cyfry pojawiające się na ciałach więźniów oraz przygotować naukową analizę fotografii. Te informacje miały odegrać kluczową rolę w momencie upublicznienia tzw. „teczki Cezara”.

Trzynastego stycznia 2014 roku, w prywatnej sali luksusowego hotelu w Dosze, dwóch spośród tych prawników siedzi przy stole, na którym leżą dwie karty pamięci. Pierwszy z nich to Amerykanin David Crane, drugi zaś to Brytyjczyk Desmond Da Silva. Dobrze się znają, obaj stali na czele Specjalnego Trybunału dla Sierra Leone, który osądził i skazał liberyjskiego prezydenta Charlesa Taylora za zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciw ludzkości.

Byli prokuratorzy przybyli do Kataru, żeby przesłuchać anonimowego informatora, od którego pochodzą cenne fotografie. Okazuje się, że to dezerter z armii syryjskiej. Przybył do Dohy dzień wcześniej, a teraz siedzi obok swojego tłumacza, naprzeciwko Davida Crane’a i Desmonda Da Silvy, i z własnej woli uczestniczy w przesłuchaniu. Ma na sobie lekką bluzę, wydaje się zdezorientowany, a w jego oczach maluje się niepokój. Od czasu do czasu trzeba powtarzać pytania, których nie rozumie. Udziela krótkich odpowiedzi, używa też prostych i konkretnych określeń – wygląda na człowieka powściągliwego, ledwo świadomego heroizmu, jakim się wykazał. Jego zachowanie cechuje skromność i spokój.

„– Czy przekazał pan te fotografie z własnej woli? – pyta Desmond Da Silva.

– Tak. Zrobiłem to dla Syrii. Dla rodzin syryjskich więźniów – odpowiada mężczyzna.

(…)

– Chciałbym zadać panu proste pytanie. Dlaczego pan to zrobił? – pyta David Crane.

– Zrobiłem to dla Syryjczyków, dla mojego narodu. Po to, żeby zbrodniarze odpowiedzieli za swoje zbrodnie, żeby zostali osądzeni – twierdzi przesłuchiwany.

– Zatem zrobił pan to w imię sprawiedliwości. Po to, żeby sprawiedliwość została wreszcie wymierzona?

– Tak, zrobiłem to w imię sprawiedliwości.

– Po to, żeby winni ponieśli odpowiedzialność?

– Tak, winni stojący na czele syryjskiego wywiadu wojskowego.

(…)

– Czy kopiowanie tych zdjęć wiązało się z dużym niebezpieczeństwem? – pyta Desmond Da Silva.

– Tak, bardzo dużym.

– Gdyby przełożeni znaleźli przy panu te zdjęcia, miałby pan poważne problemy.

– Tak, ja, moja rodzina i wszyscy, którzy mają ze mną kontakt.

– Opuścił pan Syrię. Dlaczego i w jaki sposób pan wyjechał?

– Wyjechałem, bo bałem się o siebie i swoją rodzinę. Gdyby służby bezpieczeństwa dowiedziały się, że skopiowałem te zdjęcia, czekałaby nas kara śmierci – odpowiada przesłuchiwany.

– Postanowił pan zatem opuścić Syrię. Kto panu w tym pomógł?

– Nielegalnie przekroczyłem granicę.

– Otrzymał pan w zamian pieniądze? – pyta Desmond Da Silva.

– Nie.

– Nie czerpał pan zatem żadnych korzyści? – nalega David Crane.

– Nie.

– Wykonywał pan tę pracę dlatego, że nakazywało to panu sumienie?

– Inszallah. Jak panów zdaniem mogę zadbać o swoje bezpieczeństwo? – pyta mężczyzna z niepokojem. Mówi to łagodnym tonem, ale w jego głosie słychać niepokój.

– Tutaj jest pan bezpieczny – zapewnia Desmond Da Silva. – W żadnym z naszych raportów nie pojawi się pańskie zdjęcie ani nazwisko. Właśnie dlatego nadaliśmy panu pseudonim: Cezar”.

Rozdział drugiZawód: fotograf zwłok

Cezar

„Jestem Cezar. Pracowałem dla reżimu syryjskiego. Byłem fotografem żandarmerii wojskowej w Damaszku. Opowiem o swojej pracy przed wybuchem rewolucji i podczas dwóch pierwszych lat rewolucji. Nie mogę podać wszystkich szczegółów, bo przedstawiciele reżimu mogliby mnie zidentyfikować na podstawie tych informacji. Uciekłem do Europy. Boję się, że zostanę tu odnaleziony i zabity, że coś strasznego spotka moją rodzinę.

Przed wybuchem rewolucji miałem za zadanie fotografować sceny zbrodni i miejsca wypadków, w których uczestniczyli wojskowi. Zdarzały się samobójstwa, utonięcia, wypadki drogowe, pożary… Razem z pozostałymi fotografami z mojej jednostki musiałem jeździć na miejsce zdarzenia i wykonywać zdjęcia otoczenia oraz samych ofiar. Sędzia albo śledczy dawali polecenie: «Zrób zdjęcie temu człowiekowi. Sfotografuj to miejsce». Nasza praca uzupełniała ich pracę. Kiedy na przykład popełniano zbrodnię w jakimś biurze, fotografowaliśmy miejsce, w którym znaleziono ciało, a potem jechaliśmy do kostnicy, gdzie robiliśmy kolejne zdjęcia dokumentujące, którędy weszła kula i którędy opuściła ciało. Zdarzało się też, że fotografowaliśmy dowody i narzędzia zbrodni, takie jak pistolet czy nóż. Jeżeli chodziło o wypadek drogowy, skupialiśmy się na miejscu zdarzenia i samochodzie. Na koniec wracaliśmy do naszej siedziby, gdzie powstawał raport, do którego dołączano zrobione przez nas zdjęcia. Raport trafiał do sądu wojskowego i ten rozpoczynał postępowanie karne.

W tamtym okresie do naszej jednostki chciało się dostać wielu poborowych i żołnierzy. Praca, którą wykonywaliśmy, uchodziła za atrakcyjną, bo mieliśmy dużo wolnego, przydzielano nam zadania raz na dwa, trzy dni. Nie musieliśmy też nosić mundurów: my decydowaliśmy, czy wolimy pracować w mundurze, czy po cywilnemu.

Z kolei oficerowie wcale nie garnęli się do tej pracy! Dowodzenie fotografami i archiwistami to nie jest szczególnie prestiżowe zajęcie. Żandarmeria wojskowa, w przeciwieństwie do służb wywiadowczych, nie cieszy się w Syrii zbyt dużym szacunkiem. Poza tym nie mieliśmy żadnych kontaktów z cywilami, przez co nie mogliśmy zarabiać dodatkowych pieniędzy na łapówkach, tak jak to robiono w służbach celnych i w ministerstwach.

Nikt nie zwracał uwagi na naszą pracę, nikt się z nami nie liczył. Byliśmy tylko jednym z wielu ogniw. Żandarmeria wojskowa składa się z dziesiątek wydziałów, departamentów, batalionów. W samym Damaszku funkcjonowało przynajmniej trzydzieści jednostek: fotografowie, kierowcy, mechanicy… służby operacyjne, sportowe, brygada odpowiadająca za transport więźniów między poszczególnymi wydziałami Wywiadu Wojskowego. Najważniejsze były oczywiście: wydział dochodzeniowy i wydział więziennictwa.

Pewnego dnia kolega z pracy poinformował mnie, że będziemy fotografować również ciała cywilów. Kilka dni wcześniej kazano mu zrobić zdjęcia ciał manifestantów z prowincji Dara3. Były to pierwsze tygodnie rewolucji, marzec albo kwiecień 2011 roku. Opowiadał z płaczem: «Żołnierze bezcześcili ciała, kopali je i krzyczeli: Skurwysyny!».

Mój kolega