Fosa - Sylwia Siedlecka - ebook
Opis

Fosa rozpoczyna się w dniu ślubu Arka i Lizy. Zanim staną przed ołtarzem, Liza musi jeszcze raz, w gąszczu pozornie błahych spotkań, rozmów i wędrówek przez rodzinne miasteczko, powrócić do zapomnianych miejsc i zdarzeń.

Co się wówczas stanie w życiu bohaterki, które pełne jest lęku i zdziwienia otaczającym światem? Powieść Sylwii Siedleckiej to zabawna i okrutna proza o samotności i bliskości, o władzy nad człowiekiem i o tym, że przemoc bywa mylona  z dobrem.

Sylwia Siedlecka (ur. 1980) – autorka powieści, opowiadań i artykułów naukowych. Adiunkt w Instytucie Slawistyki Zachodniej i Południowej Uniwersytetu Warszawskiego, wykładowca UW, Collegium Civitas i Warszawskiej Szkoły Fotografii. W 2010 r. opublikowała debiutancki zbiór opowiadań Szczeniaki (W.A.B.), a w 2012 monografię Poganki i intelektualistki. Bohaterki Błagi Dimitrowej (nakładem Polskiej Akademii Nauk).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 183

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Sylwia Siedlecka

FOSA

Copyright © by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Wydanie I

Warszawa

1

Liza leży pod kołdrą i nasłuchuje. Wydrzyk zaczyna o czwartej nad ranem, tak-tak, krzyczy w gąszczu żyłkowanych liści, aż rozrywa mu brzuszek. Na ścianach domu z sauną, jacuzzi i dziesiątkami kamerek pulsujących czerwonymi guziczkami wiszą poroża saren, lisów i zajęcy. Nagie i otulone futerkiem głowy obserwują pokój oczami ze szkła. Dom zbudowało osiemnastu Ukraińców. Żona jednego z nich jest już umówiona na opiekunkę dziecka Lizy, które urodzi się za rok, jeśli wszystko odbędzie się zgodnie z planem. Ukrainki są czułe, dobrze opiekują się dziećmi.

W menu ślubnym zamówili: trzy dania ciepłe, butelkę wódki na głowę, wino słodkie, wino musujące, sok pomarańczowy, wodę. Roladki z łososia ze szpinakiem, tatar przygotowany tuż przed spożyciem, żeby nikt nie zachorował na salmonellę, wykrochmalone białe obrusy z haftami w anioły i strzępiaste chabry. W ogrodzie domu weselnego zostanie rozstawiony namiot z łakociami i owocami. Na paterach będą oblane lukrem serniczki, bezy fikuśnie spiętrzone w wysokie kopuły i czekoladowa fontanna, w której można maczać kawałki kandyzowanych pomarańczy albo ananasów. Trzy dania główne: w tym rulon z sarniny zapiekany w białym sosie z ryżem i szafranem. Na stołach będą stać wysokie wazony z rżniętego szkła: w każdym biała róża owinięta gałązką asparagusa. Lato jest dobre na ślub, ale jedzenie szybko się psuje. Zwłaszcza w ogrodzie. Kelnerzy muszą pamiętać, żeby odpędzać muszki, które siadają na owocach, najczęściej na słodkich, miękkich gruszkach i rozciętych na pół owocach mango, które kuszą je kleistym miąższem.

Obok Lizy śpi Arek. Pod prześcieradłem, którym jest przykryty, widać delikatny, pulsujący ruch, jaki wykonuje jego serce. Arek oddycha głęboko. Ale Liza powinna wstać, ma długą listę spraw na dzisiejszy dzień. Powietrze ciągle jest rześkie, chociaż trochę już czuć nadchodzącą falę gorąca. Liza przeciąga się. Arek powiedział: twoje ciało jest zbudowane z wysokogatunkowego białka i miłości. Mniejsza o to. Najważniejsze, że ciało zwykle nie zawodzi i jest na zawołanie. Ale dzisiaj, kiedy Liza widzi, ile jest do zrobienia, stawia opór i wsącza senność w każdą komórkę, żeby przedłużyć bezruch. Jej szerokie kości policzkowe, biodra jak brama do willi, duże usta i zęby, które potrafią zmiażdżyć najtwardszy orzech włoski, nabierają ciężaru, jak napęczniałe od wilgoci. To dzisiaj. Przed oczami pojawia się suknia z koronki i powietrza, model à la Jackie Kennedy, jak cukrowa wata, aż chce się polizać. Trochę zbyt opięta w biodrach, jak wszystko, co Liza na siebie wkłada. Sukienka wisi na żyrandolu, wyprasowana i gotowa na wieczór. Kiki będzie musiała pomóc Lizie ją włożyć, bo koronek jest tyle, że można się w nich udusić. Przed trzeba też sprawdzić, czy gdzieś nie została szpilka albo igła od fastrygi, bo krew źle schodzi z jedwabiu.

Trudno jest wstać. W nocy nie mogła zasnąć. Swędzi ją obojczyk w okolicy serca, jak po ukąszeniu owada. Nocą przez uchylone okno wlatują muszki, czasem ćmy i chrabąszcze, ale większość odbija się od szyb jak gradowe kulki, tylko czasem któraś dostaje się do środka. Rano owady znikają albo po prostu są bardziej ciche. Dziś wleciało ich do sypialni sporo, słyszała w ciemności trzepot skrzydeł. A zatem ćmy.

Tak samo twardo i nagle uderzały o szyby. W parku rosło dużo drzew, od stawu ciągnęło wilgocią, pachniało tłustą ziemią, rozpulchnioną przez krety. Dlaczego tak szybko wyjechała? pyta ktoś z okolic prawego ucha. Nie zawracajcie Lizie głowy (lewe ucho), nie teraz, ma przed sobą ślub, pożycie. Byłaś z nią blisko. Niezła historia, wiesz coś więcej? Dajcie spokój (z prawa).

Słońce wzbija się, promienie coraz mocniej kłują powietrze, Arek nadal ma zamknięte oczy. Od dziś do końca życia ten mężczyzna będzie jej mężem.

Razem są od czterech lat, ale wiele rzeczy pamiętają zupełnie inaczej. Od pierwszego spotkania mają w głowach dwie różne historie, całkiem inne szczegóły zapisane w głowach.

Na przykład dla Arka pierwszym ważnym szczegółem były włosy Lizy. Wspaniałe włosy. I jeszcze coś. Widać było, że jesteś stąd, powiedział. Po sukience, po wszystkim. Liza obraziła się, ale dopiero po spotkaniu, kiedy sobie uświadomiła, że to wcale nie musiał być komplement.

Tylko że ja znałam cię wcześniej, powiedziała.

Chodziło o spotkanie, którego Arek nie pamiętał. Liza miała wtedy nocną zmianę na stacji benzynowej. W wakacje pracowała tam na kasie. Stacja znajdowała się przy wylotówce z miasta, Liza dojeżdżała tam rowerem. W środku przez całą dobę paliło się zimne fioletowe światło, a spod sufitu zwisały czarne kable, z których wystawały ostre druty. Pracownicy mogli jeść hot dogi trzy razy dziennie, ale psuła się od tego cera, więc Liza przynosiła sobie kanapki. Skóra, ubranie i włosy pachniały benzyną i kawą z automatu, która zostawiała w ustach kwaśny posmak. Liza znała niektórych kierowców. Pojawiali się w środku nocy, duzi i ciężcy, ze spodniami wypchanymi na kolanach i tyłkach. Niektórzy mówili do niej: jedź w trasę, poznasz kawałek świata, co ci zależy, nic cię tu nie czeka. Ludzie tak często mówili do Lizy, odkręcali się jak kurki z wodą, a ona słuchała. Chyba że zaczynali mówić obrzydliwości, ale to zdarzało się rzadko. Nie umiała temu zapobiec. Słuchała, patrzyła, nie oceniała, widząc, jak któryś z nich wpatrzony w czarną ścianę lasu onanizuje się w ciężarówce załadowanej pomidorami albo mrożonymi bułkami. Edyta, która miała z Lizą wspólne zmiany, powiedziała kiedyś, że nie można onanizować się na widok drzew. Ale Liza widziała: robiąc to, patrzyli w ciemność.

I wtedy, podczas jednej z takich chłodnych nocy, pachnących benzyną i ciepłym asfaltem, nocy, które powodowały na przedramionach gęsią skórkę, bo mimo gorących dni i nocy klimatyzacja w sklepie była włączona, wtedy wszedł Arek. Było to w momencie, kiedy powieki Lizy skleiły się, a ona sama zapadała w coś na kształt drzemki. A właściwie sekundę wcześniej, gdy schyliła głowę, żeby odruchowo poprawić wpiętą w kombinezon plakietkę z imieniem „Iza” (nie było z „Lizą”, takie imię nie istnieje w katalogu plakietek, powiedział właściciel stacji), a może pięć sekund wcześniej, kiedy patrzyła jeszcze na stojak z pismami, na wysokości oczu były te, które najlepiej schodziły: programy telewizyjne i porno. Hipnoza erotyczna. I niżej: Małe szczeniaczki uroczo żonglują piłeczkami do ping-ponga. Tak, to prawdopodobnie nastąpiło właśnie wtedy. Otworzyły się drzwi, a stary ochroniarz, emerytowany woźny z podstawówki Lizy, który drzemał na krześle w kącie, otworzył oczy: o tej porze rzadko ktoś jeździł, droga nie była autostradą, tylko jedną z lokalnych, mniej ważnych dróg, tirowcy cenili ją z powodu spokojnych parkingów i mocnej kawy XXL podawanej w papierowych kubkach. Arek wszedł do środka, po to co wszyscy: zapłacić za benzynę.

Dobry wieczór.

Pasowałby do niego opis: miły, łagodny, lśniące czarne włosy, ładnie skorygowany zgryz, choć po aparacie nie było już śladu. W każdym razie gładka i ujarzmiona faktura skóry i włosów, ciepło, przedpołudnie, dyscyplina, ze sportów golf, jeśli jeszcze ktokolwiek na świecie gra w golfa. Ale to jest obraz zniekształcony, tak Liza widzi to teraz, mądrzejsza o parę lat spędzonych wspólnie. A pierwsze wrażenie było silne i brutalne: że chce go mieć, choć mieć go nie może. Bolesne i absurdalne przy tym podziale ról.

Benzyna E98, dwieście dwanaście złotych. Płatność kartą czy gotówką?

Koszulę miał wygniecioną po podróży. Kiedy schylał się po kartę, spojrzała ukradkiem na przedziałek, który rozdzielał jego ciemne włosy i pokazywał białą kreskę czaszki. Znała go z widzenia. Wiedziała, kim jest, wszyscy wiedzieli – syn właścicieli zakładów mięsnych, szynki, konserw i kiełbasy sprzedawanej w sklepach jako pachnąca dymem, sosnowym igliwiem, ze zwierząt, które za życia chodziły po trawie i oglądały słońce, a zatem mięso z nich było droższe niż chłam pompowany wodą. Arek przeprowadził się tutaj niedawno z rodzicami, żeby kontrolować na miejscu pracę zakładów. W ubojniach, chłodniach i plasterkowniach zatrudniali pół miasta. Liza przyjrzała się jego twarzy, kiedy chował kartę do portfela: nie pasował do mięsnej fortuny, bardziej do świata już przetworzonego przez ludzki umysł (sztuka, jedwab, cienkie papierosy). Delikatny handlarz żywcem, zaszeptało w głowie Lizy.

Arek zamówił kolę. Liza podważyła kapsel otwieraczem, tak było w zwyczaju, szef wymagał usłużności, która gdzie indziej dawno już nie obowiązywała. Podobno na innej stacji benzynowej nawet do pięćdziesięcioletnich tirowców mówi się już: cześć, na co masz ochotę? A oni oglądają się za siebie, żeby sprawdzić, czy sprzedawca mówi do kogoś innego, i zamawiają to, co zwykle: kanapkę z karkówką, „Świat Krzyżówek” i kolę.

Gaz syknął w powietrzu. Arek usiadł. Ochroniarz obudził się i poczłapał ciężko do toalety na zapleczu, zostali sami. Arek popatrzył na stojak z prasą, prześlizgnął się wzrokiem po Lizie jak sekundę wcześniej po okładkach pism, potem skierował spojrzenie wyżej, w okolice gwoździa wbitego w ścianę, na którym wisiał kiedyś kalendarz. Kilkoma dużymi łykami wypił całą kolę, odstawił butelkę na ladę, odwrócił się i wyszedł bez „do widzenia”.

I drugie spotkanie, pierwsze wspólne wspomnienie Lizy i Arka. Arek potrącił psa Lizy, jadąc samochodem, i pojechał dalej, jakby nic się nie stało. W domu czekała roztrzęsiona Regina, matka Lizy:

Zabił mojego Luciana, łkała, jechał i przetrącił mu krzyż. Pies krwawił na poboczu, a tamten nawet się nie zatrzymał.

Lizę zakłuło coś w środku: mocno, ale króciutko. Już dawno temu postanowiła nie przywiązywać się do zwierząt, wiedząc, że zwykle żyją krócej niż ludzie. Poza tym matka rościła sobie prawo, by całą rozpacz tej chwili zagarnąć dla siebie. Luciano był psem kupionym dla Lizy. Ale przez lata upodobnił się do matki, która z roku na rok spędzała z nim coraz więcej czasu. Pies nazwany w hołdzie dla Pavarottiego: najbrzydsze zwierzę świata, krzyżówka kundla z pudlem, nadmierny apetyt i żyły zatkane tłuszczem. Stracił sierść, kiedy matka traciła włosy, ich więź wtedy się umocniła. Przywiozły go ze schroniska wiele lat temu, kiedy Liza zaczęła dojrzewać.

Miała wtedy dwanaście lat.

Boi się wyjść. Panie doktorze, powiedziała matka w gabinecie pomalowanym jasnoniebieską farbą olejną, mało wychodzi, oczy matki błądziły po spękaniach na ścianie.

Liza sztywno siedziała na krześle i nosiła krótką grzywkę, obciętą krzywo przez koleżankę matki panią Krystynę, nieczynną zawodowo fryzjerkę z zesztywniałymi palcami, które nadawały się tylko do tego, żeby ciąć nożem materiał na tapicerkę.

Ona nie wychodzi, powtórzyła matka twardo, myślałam, że to przez te włosy, ale potem sobie uświadomiłam, że wcześniej też siedziała w pokoju, nawet wpadałam znienacka, żeby sprawdzić, ale nigdy nie dała się zaskoczyć: zawsze coś tam czytała, spała albo przekładała papiery w biurku.

Dobsz, powiedział lekarz, wcale nie patrząc na Lizę, tylko na swoje wypolerowane, obcięte w idealne półksiężyce paznokcie.

Liza już w poczekalni wyczuła, że nie jest to zwykły lekarz, bo przed jego drzwiami siedzieli inni ludzie, nie w gipsie albo z katarem, tylko chłopak ogolony na jeża, z białą pianką w kącikach ust, gruba pani w rozpiętej bluzce, bez stanika i z głęboką bruzdą między ogromnymi piersiami, i jeden, właściwie bez znaków szczególnych, jeśli nie liczyć tego, że nie mrugał oczami.

Dobsz, powtórzył lekarz, wypuszczając z płuc świst zmęczenia i udręki, damy ci takie minileki, właściwie witaminki, pierwszy raz zwrócił się do Lizy matowym głosem, dzięki którym poczujesz się lepiej. I nagle oczy mu zabłysły, jakby coś sobie uświadomił.

Czy to się aby nie łączy z niechęcią do podróży? zapytał, a głos wraz z jego oczami wzniósł się na sekundę jak zasłonka poruszona wiatrem.

Tak. Wspaniale pan to ujął. To się łączy też z niechęcią do podróży, odparła Regina, jakby wypowiedziała na głos odwieczną prawdę zapisaną na kamiennych tablicach, i przez pół minuty kiwała głową na znak, że zgadza się z tym wielkim odkryciem, kiwała jeszcze, kiedy wypisywał receptę, przyglądając się rzędom liter, łacińskim nazwom chorób albo leków, które nic jej nie mówiły. Ona właściwie nie znosi podróży, ciągle siedzi w domu, powtórzyła matka zafrasowana.

Zatem witaminy. I pies, powiedział doktor, a Liza obiecała sobie, że nie weźmie żadnego z tych leków. Niech jej pani kupi psa towarzysza.

Do schroniska pojechały jeszcze tego samego dnia. Matka, podniecona po rozmowie z lekarzem, musiała działać. Chodziły między klatkami, wszędzie pachniało mokrą sierścią, a kiedy przechodziły obok klatek, psy przywierały pyskami do krat i zaczynały szczekać. Dawały dowód życia i odgrywały przed nimi teatrzyk uroku osobistego. Liza zatrzymała się przed klatką, w której siedział pies zajęty sobą, szkaradny, z nieproporcjonalnie dużym walcowatym tułowiem i niewielką trójkątną głową, ale jakoś godnie lizał długim językiem twardą, sterczącą sierść. Nic sobie nie robił z tego, że przed klatką stoją i patrzą na niego dwie obce kobiety. Nie był już szczeniakiem, nie miał nadziei, że ktoś go zabierze, nie próbował się przypodobać.

Tego weźmiemy, powiedziała Liza, wskazując palcem.

Nad sobą się litujesz, odparła matka, najgorszą psią łajzę wzięłaś, żeby się poużalać. A co mi tam, bierz, dodała. Regina miała na nogach czerwone szpilki, bardzo w jej stylu, na obcasach było już kilka psich gówien. Uklękła przy klatce i spróbowała przez kratę podać psu palec do oblizania. Ugryzł ją. Ale kiedy przywiozły go do domu, wyjadł całą lodówkę, nawet stare bułki namoczone w barszczu.

Teraz na spacerek, powiedziała matka. Pies nie zareagował. Głuchy?

Liza uśmiechnęła się do ściany.

I tak przez kolejne dni, miesiące, lata. Siedział w pokoju, leżał w nogach Lizy, spał albo oglądał telewizję, a kiedy już wyszedł, stał pod drzewem i patrzył na biegające psy zupełnie jak człowiek obserwujący zwierzęta.

To dlatego że jest gruby, mówiła matka, ale sama go tuczyła. Pies świnia, mówiła z wyrzutem, ale czule. Idź na jakiś spacer jak normalne psy, bo się spasiesz tak, że trzeba cię będzie dźwigiem, no jedz, jedz, prosiaku, dobry prosiak, mój piesek, słyszała Liza o świcie głos dobiegający z kuchni i zgrzyt ogryzanych kości z zupy ugotowanej poprzedniego dnia.

Spisałam tablice, musisz tam iść, niech sobie nie myśli, czknęła głośno Regina, rozmiękczona i czerwona na twarzy od płaczu. Był moim przyjacielem. Pies jest przyjacielem człowieka, mówiła matka do siebie. Regina była śpiewaczką estradową w stanie spoczynku, nawet kiedy siedziała przy kuchennym stole, wycierała nos, tak jakby to było wycieranie nosa na środku sceny, głośno, aż furczało. Nigdy nie można było mieć pewności, czy właśnie nie przelewa łez w imię sztuki. Ale teraz cierpiała naprawdę, chyba tak. Gruby Luciano był jej ulubieńcem.

Trzeba było działać. Liza wstała, weszła do swojego pokoju, otworzyła szafę i zdjęła z wieszaka sukienkę, czerwoną i sztywną jak papier pakowy. Najtańszy materiał, kolor światła „stop” na przejściu dla pieszych, wycięty dekolt i plecy wykrojone w literę V. Było trzy tygodnie po wizycie Arka na stacji benzynowej i nawet nie pomyślała o tym, że wygląda jak dziwka. Połyskliwość, jaskrawe barwy to był świat, w jakim się wychowała, takie rzeczy nosiła matka, nawet teraz, po zejściu ze sceny, wkładała szlafroki obszyte złotą lamówką, do pantofli domowych na wysokim obcasie. (Stopy mi się wyprofilowały, nie mogę już nosić innych, mówiła). Ale przede wszystkim Liza chciała odróżnić się od tamtej siebie ze stacji benzynowej, od siebie pachnącej parówkami obracającymi się na elektrycznym ruszcie i cytrynowym wunderbaumem, który wisiał nad ladą i zawsze zaczepiał o jej włosy, kiedy ktoś otwierał drzwi i robił przeciąg. Poszła na piechotę i szło się jej ciężko. Czuła opór ziemi, ciężar mokrych grudek ziemi wbitych w podeszwy.

Mieszkał w nowej dzielnicy, do której nie było jeszcze asfaltowej drogi, tylko piaszczysta, z głębokimi koleinami, w których stała teraz woda. Dom miał wysokie ogrodzenie, a przy wejściu w budce siedział ochroniarz, który powoli wyszedł do Lizy i zapytał, o co chodzi.

Przyszłam do właściciela, powiedziała.

A wie, że pani przyjdzie?

Tak, może wiedzieć, że ktoś przyjdzie, odpowiedziała głupio.

Ochroniarz popatrzył na nią od góry do dołu i wykręcił numer, chwilę rozmawiał półgłosem, aż brama rozsunęła się cicho i przed Lizą otworzył się widok na duży ogród. Liza urodziła się w tym mieście, spędziła tu większość życia, ale w innej dzielnicy. Wiedziała, że tu są nowe domy, może jest ten dom, jakaś ogrodzona przestrzeń, jednak wysoki płot oddzielał go od wzroku ludzi z ulicy. Zdziwiła się, że taki duży kawałek miasta, które myślała, że zna, został przed nią ukryty. Była przyzwyczajona do otwartych przestrzeni: drogi, podwórka, klatki schodowe. Tutaj wszystko oddzielało się od ulicy, nie było drzew, ale rosły wysokie krzewy, zielone, fioletowe, czerwonawe kępy. Trawa była wystrzyżona równo jak kartka papieru, ścieżki wybrukowane jasnymi kamieniami, gdzieniegdzie biegły kładki, a w głębi ogród przechodził w pagórki, których przecież nie było w tych okolicach o płaskim i nudnym krajobrazie, więc musiały zostać usypane specjalnie. Na środku tej dużej przestrzeni stał duży dwupiętrowy dom otynkowany na biało. Okna były zrobione z małych szybek, które odbijały światło, więc nie można było zobaczyć, co jest w środku. Ktoś ciągle musiał o to dbać, dzień i noc, żeby tak wyglądało, żeby nie zarosło, pomyślała. I te okna, przecież wieczorem wszystko widać, jak w akwarium. Każdy krok. Stanęła na progu, obcasy były całe w błocie, wytarła je chusteczką. Zadzwoniła dwa razy. Wyprostowała się, a z nią czerwona sukienka, sztywna jak futerał. Drzwi się otworzyły, stał w nich Arek. Nadal bardziej przypominał maklera albo malarza niż właściciela zakładów mięsnych, a jego spojrzenie pytało. Liza miała przygotowany wstęp, najpierw milczenie, potem przemowa o psie, honorze i tchórzostwie, ale po otwarciu drzwi w jednej sekundzie uciekło wszystko, co przygotowała po drodze, i zamiast tego na jednym oddechu wyrzuciła z siebie:

Dzień dobry, przejechał pan mojego psa i nawet się nie zatrzymał.

I drugi raz ukłuła ją łatwość, z jaką odjechał, zostawiając konające zwierzę na poboczu.

Pauza, mężczyzna odsunął się pół kroku. Bardzo mi przykro, powiedział, ale widać, że nie było mu przykro. Myślałem, że to sarna. I skinął ręką, zrobił coś w rodzaju „prosz”.

Liza przeczesała włosy palcami i zaraz poczuła całą niestosowność tego gestu. Wybacz, Luciano.

Nie jest panu przykro, powiedziała, już na głos. Przecież widzę. Nawet się pan nie zatrzymał, starała się mówić powoli, luka między każdym słowem, a wyszło jak dziecięcy wierszyk, szczekanie. Rekompensata, jak wam mogę pomóc? Banknot. Wycenił stratę na dwieście złotych, tyle co bak E98 wtedy na stacji.

Wie pan, że moja matka miała tylko jego? Co niestety od czasu, kiedy matka zeszła ze sceny, było prawdą. Karl Lagerfeld uważał, że jest aseksualny, ale kiedy znajomy oddał mu pod opiekę swojego kota Choupette, zakochał się i codziennie zasypuje kota kosztownymi prezentami, mówią znajomi projektanta, przypomniała sobie Liza słowa z gazety ze stojaka.

I właśnie wtedy poczuła, jak żałosna jest ta historia, zabłocone buty, odziedziczony po matce czerwony kwiat wstydu na dekolcie i ten nieprzyjazny dom. Ale trzeba było walczyć, tylko jeszcze nie wiadomo o co. Wiedziała, że stąd nie wyjdzie, więc uparcie, sztywno, wrośnięta w podłogę stała tam, na środku obcego pokoju.

Zadzwonił telefon. Przykro mi naprawdę, ale muszę odebrać, odwrócił się, plecy na tle dużego okna, za którym rozpościerał się ogród. Niewidzialna Liza nienawidziła tych odwróconych pleców. Może gdyby była bardziej pewna siebie, stawiała warunki, plecy by się odwróciły i ten człowiek zacząłby z nią rozmawiać. Rozejrzała się po pokoju, drzwi do pomieszczenia obok były otwarte.

Wtedy zobaczyła kawałek nogi, odcięty przez futrynę od reszty ciała. Solidny trzewik z okrągłym noskiem, wbity w łydkę obciągniętą brązowymi rajstopami. Kobieta? Matka? Bo chyba mniej prawdopodobne, że ojciec. Ktoś w sukience. Czyja to noga, chciała zapytać Liza, kiedy wychodziła, a on za nią pobiegł. Wychodziła prędko, spieszyła się, żeby już zatrzasnąć za tym wszystkim drzwi, bo nie mogła znieść tej nogi i tych pleców. Pobiegł za nią, nagle przejęty.

Naprawdę przepraszam, powiedział. Teraz już bardziej mogła mu uwierzyć. Stał przed nią inny, już nie tak pewny siebie, skóra nieco prześwitująca, niebieskie żyłki na skroniach. Mięso wytwarza się w halach bez okien, on jest raczej od uścisku dłoni. Stał w starych kapciach z filcu, wyglądały jak kapcie po ojcu, nie pasowały do cienkiego jasnego garnituru.

Spotkajmy się, powiedział. I: jest przeciąg, dodał, a okno w głębi zatrzasnęło się z hukiem. Możesz wieczorem?

Tak zapisało się ich pierwsze spotkanie w pamięci Arka.

Upór, siła, sukienka, było w tobie coś autentycznego, powiedział, a Lizie zrobiło się wówczas trochę nieswojo. Nie wiedziała dlaczego.

Kino na starym kempingu Razvana wyświetlało złe rzeczy, ale nikomu to nie przeszkadzało, bo mało kto oglądał tu filmy, większość przyjeżdżała na pieprzenie, w otoczeniu drzew zawsze przyjemniej to robić niż za sklepem spożywczym albo za domem kultury. Więc filmy były sprawą drugorzędną w tym miejscu. Niże demograficzne, emigracja, samobójstwa, też potencjalne, bo ktoś, kto jest zaprzątnięty myślą o samobójstwie, to jakby trochę nie żył. Liza umówiła się tutaj, bo jeśli to jednak nie wyjdzie, nikt przynajmniej się nie dowie. Poza tym nie chciała, żeby za nią płacił.

Razvana, właściciela kina, nazywano w mieście „Ośmiornicą”, bo kiedy tu przyjechał, wszyscy żyli serialem o pogromcy mafii, komisarzu Cattanim, i nikt nie wyrzucał Razvanowi, że podaje się za Włocha, a ma na nazwisko Popescu. Sprzedawał w Polsce wełniane skarpety, a potem kilimy z Miłosierdziem Bożym, dorobił się i kupił kemping, z czego opłacał alimenty dla trójki nieślubnych dzieci, które miał z Polkami (blondynki). Po latach, kiedy jego farbowane włosy rozdzielały się na karku na kilka tłustych czarnych pasm, rzeczywiście przypominał ośmiornicę. Pilnował domków i wydawał klucze, lubiła go zwłaszcza młodzież, bo sprzedawał na miejscu prezerwatywy i piwo z beczki, a rodzicom dziewczyn, co do których było podejrzenie, że zaszły w ciążę podczas któregoś seansu, zawsze mówił:

Panie, nie wiem, kto siedział w samochodzie, dla mnie wszyscy poniżej dwudziestki mają takie same twarze.

Liza była powyżej dwudziestki, grubo. W rankingu Strzałek była na granicy ryzyka, tak zwany ostatni moment. Na zewnątrz kończyło się lato, ale od lasu ciągnęło już jesienią. Gałęzie chyliły się ku ziemi, ciężkie od grubych korali zimnej rosy. Nawet w ciemności było widać, że trawa na polanie sztywniała od wieczornego chłodu, na brzegach schła i zaczynała brunatnieć. Na początku sezonu prześcieradło, na którym wyświetlano film, było zawsze białe, suche i napięte jak dziewicze błony wszystkich dziewcząt z miasteczka, które przyjeżdżały tu w czerwcu i najpóźniej w lipcu stawały się kobietami dzięki chłopcom z kempingów i miastowym samczykom. Czasem chłopcy byli miejscowi, a dziewczęta z kempingów, ale to zdarzało się rzadko. Co roku jasne pięty i nagie łydki znikały, za nimi zamykała się czarna ściana lasu, wracali inni, rozkojarzeni i ubrudzeni mchem, z poocieranymi łokciami i plecami. Wczesnym latem Razvan szedł nawet do magla i oddawał prześcieradło do krochmalenia. Żeby było sztywne i twarde. Rozwieszał je, kiedy po kempingu kręcili się ludzie, pragnął widowni w dzień otwarcia sezonu, a na jego drobnych, prawie dziewczęcych ustach wykwitał w jednym kąciku uśmieszek. Jak czarny, brzydki kwiatek.

Teraz prześcieradło opadało i marszczyło się, poszarzałe od deszczu. Siedzieli w samochodzie, ona i ten Arek. Liza czuła fakturę materiału: prążków, drobnych tłoczeń, szwów, czuła zimno skórzanego fotela i to, jak powoli nagrzewał się od jej skóry. Milczeli. Liza kuliła się i odrobinę drżała w za lekkiej sukience, ale powstrzymała się z prośbą, żeby Arek włączył ogrzewanie: bała się, że zabrzmi to jak propozycja.

Świeciło się tylko w jednym domku, kierowca ciężarówki zaparkowanej na betonowym placyku właśnie zdejmował koszulę i szykował się do snu. Łysa czaszka odbijała światło nagiej żarówki. Nocowali tutaj głównie tirowcy, przedstawiciele handlowi niższego szczebla w starych volkswagenach polo, latem obozy dziecięce, szkoły i ludzie bez pomysłu, bo ci, co pomysł mieli, jechali dalej. Jezioro prawie zarosło, na starych budkach kempingowych łuszczyła się żółta farba, a w oknach wisiały spłowiałe i przepalone słońcem zasłonki w kolorze zeschniętej skórki pomarańczy.

Razvan puścił film i kaczkowatym krokiem zbliżył się do nich. Zapukał w okno, a jego usta poruszyły się w kształcie słów: jesteście sami. Arek opuścił szybę i dał mu banknot.

To ja pójdę się położyć, powiedział Razvan.

Mógł ich rozpoznać, znał wszystkich, ale zatrzyma to dla siebie. Zostali sami. Białe prześcieradło rozwieszone między drzewami marszczyło się, w fałdach znikały usta aktora, a nos wybrzuszał się bulwiasto. To mógł być jakiś film o miłości, ale równie dobrze tanie kino erotyczne sprzed tysiąca lat, jakieś Lody na patyku, bo Razvan miał pełno takich staroci. Był z tych, co mówili, że kino się skończyło, kiedy skończyła się młodość ich samych.

Arek z Lizą nie widzieli ekranu wyraźnie, bo ich oddechy skraplały się na szybie i mgiełka rozmywała ekran za przednim oknem samochodu. Wystarczyło przeciągnąć ręką po szybie, żeby zobaczyć, w jakim momencie jest właśnie akcja filmu, ale żadne z nich tego nie zrobiło. Powietrze nagrzało się w środku od ciał. Sweter Arka pachniał praniem, a jego buty były wypastowane na błysk, jakby w domu specjalnie do tego zatrudniali pucybuta. Buty Lizy pozostawiały wiele do życzenia, zwłaszcza podeszwy, na których zgromadziło się błoto, domowy majdan matki, czyli historia muzyki estradowej drugiej połowy XX wieku, w tym spieczony brokat, kolorowe piórka, a najbardziej zużyte plasterki woskowe do usuwania nadmiernego owłosienia w okolicach górnej wargi, które przyklejały się do butów.

Chciałbym tutaj zostać, powiedział Lizie, kiedy skończyli o psie matki. Naprawdę mi przykro. Jak się wabił?

Misiek, po prostu Misiek.

Przyroda, jod, kontrakty, buduję dom