Fortuna po polsku. Dynastie, sukces i pieniądze w wielkim stylu - Leszek Kostrzewski, Piotr Miączyński - ebook
Opis

Czekolada od Wedla, suknia od braci Jabłkowskich, garnitur od Turbasy, krem od Soszyńskiego i kolczyki od Kruka. Czy w czasach sieciówek i supermarketów nie brzmi to dumnie? Na pozycję marek, które stały się symbolami polskiego handlu, pracowały pokolenia. Ich losy prześledzili Piotr Miączyński oraz Leszek Kostrzewski, dwaj dziennikarze „Gazety Wyborczej”.
Leszek Kostrzewski i Piotr Miączyński swoją opowieść zaczynają ponad 150 lat temu, gdy do stolicy Królestwa Polskiego przyjeżdża z Niemiec młody cukiernik Karol Wedel, a trzej bracia Hersowie otwierają tu Skład Koronek. Później trafiamy do przedwojennej Warszawy, której śmietanka towarzyska spotyka się przy kawie u Bliklego, a zakupy robi u braci Jabłkowskich. W końcu przenosimy się do epoki PRL-u, gdy prywatni przedsiębiorcy – jak Soszyńscy czy Krukowie – usiłują przechytrzyć władzę ludową. Wreszcie docieramy do XXI wieku, kiedy to buty od Kielmana czy garnitury od Turbasy wciąż są kwintesencją elegancji, choć dostępną tylko dla wybranych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 273

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: Karolina Oponowicz

Korekta: Monika Paluch-Wójcicka

Fotoedycja: Maciej Murański

Projekt okładki: Bartosz Tymosiewicz

Projekt graficzny makiety, skład i łamanie oraz przygotowanie zdjęć do druku:

Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN www.panczakiewicz.pl

Autorzy i źródła zdjęć (numery stron dotyczą wydania papierowego książki):

Getty Images: s. 9, 48–49, 110–111, 198–199, 228–229; NAC: s. 13, 14, 16, 27, 59, 83–84, 88, 101, 106, 138–139, 158–159, 205; ADM/CAG – Henryk Rosiak – s.35, Materiały Domu Towarowego „ Bracia Jabłkowscy”: s. 42; Agencja Gazeta: Albert Zawada: s. 45, 209; Sławomir Kamiński: s. 55; Kuba Ociepa: s. 70; Bartosz Bobkowski: s. 78, 214, 220; Tomasz Wierzejski: s. 93; Grażyna Makara: s. 115, 124, 134, 137; Adam Golec: s. 119, 129, 130; Jacek Łagowski: s. 163; Wojciech Olkusnik: s. 171; Grzegorz Skowronek: s.190; Dawid Zuchowicz: s. 174, 182, 187; Michał Kułakowski/Reporter: s. 98; Tricolor/East News: s. 142, 152; AKPA, Viphoto/East News: s. 156; W.Kruk: s. 165, 192, 197; Stefan Zubczewski/REPORTER: s. 147; Sławek Biegoński/FORUM: s. 161; Grażyna Rutowska/NAC: s. 188

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

© Copyright 2016 by Leszek Kostrzewski, Piotr Miączyński

© Copyright 2016 by Agora SA

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2016

ISBN: 978-83-268-1823-3 (epub), 978-83-268-1824-0 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Kiedy Hanka Ordonówna maszeruje ulicą Kredytową w stronę Marszałkowskiej, warszawskie elegantki dobrze wiedzą, że zmierza prosto do Domu Mody Bogusława Hersego. Ordonka – piosenkarka, tancerka i aktorka – to największa gwiazda II Rzeczpospolitej. Swoją popularność zawdzięcza kilku czynnikom. Po pierwsze – konferansjerowi międzywojennej Warszawy Fryderykowi Járosy’emu (wyłowił ją z tłumu tancereczek, „nagistek” – jak je nazywano – uwiódł, wychował, a następnie zdradził, ale przez cały ten czas genialnie zapowiadał na scenie). Po drugie – hitowi „Miłość ci wszystko wybaczy” (napisał go dla niej Julian Tuwim). Po trzecie – doskonałej dykcji i niebanalnej urodzie (głos miała przeciętny). Po czwarte – strojom, na widok których warszawianki mdleją z pożądania. A stroje kupuje właśnie u Hersego.

Ordonówna ma na głowie rozłożysty kapelusz, zawadiacko nasunięty na ucho. Pół twarzy pozostaje w cieniu ronda. Gwiazda uwielbia nakrycia głowy: czapeczki, chusty, kapelusze.

To nie tylko kwestia stylu. Ordonówna maskuje w ten sposób bliznę na skroni. To pamiątka po pierwszej miłości, aktorze Januszu Sarneckim. Poznała go, gdy miała 16 lat. Był oczywiście starszy i bardzo przystojny. Ukochany rzucił ją dwukrotnie. Po drugim razie, zrozpaczona, przyłożyła sobie do głowy pistolet i pociągnęła na spust. W ostatniej chwili przesunęła jednak dłoń. Kula rozorała tylko skroń. Niespełna 20-letnia Hanka przeżyła. A dzięki nieszczęśliwej miłości artystki, warszawianki odkryły fantazyjne kapelusze. Oprócz nakryć głowy gwiazda zainspirowała też przedwojenne elegantki do noszenia dużych dekoltów i spodni.

Hanka Ordonówna staje przed wejściem do domu towarowego. Potężne dwuskrzydłowe drzwi otwiera jej wyelegantowany portier zwany „szwajcarem”. W skórzanych rękawiczkach, czapce i liberii kieruje ruchem niczym policjant na skrzyżowaniu, grzecznie pokazując klientom drogę do szatni. Ordonówna zostawia tam płaszcz i rękawiczki, a następnie po marmurowych schodach udaje się na salony. Na podłodze leżą wschodnie dywany. Dookoła stoją lustra, palmy, kanapy, parawany oraz fotele z daszkiem i podnóżkami, przypominające nieco trony z baldachimem.

Gwiazda siada, nakładając nogę na nogę. Błyskawicznie podbiega do niej subiekt, proponując kawę lub herbatę: „Co szanowna pani woli?” pyta usłużnie. Ordonówna panią jest od niedawna – dopiero co poślubiła hrabiego Michała Tyszkiewicza. Tym razem artystka odmownie kręci głową, a ze stolika bierze do ręki katalogi materiałów i najnowsze żurnale. Czeka na krojczynię, która ma zdjąć z niej miarę.

Prezes Międzynarodowej Izby Przemysłowo-Handlowej Fentenera van Vlissingena (z lewej) w towarzystwie Bogusława Hersego (z prawej). Warszawa, 1935 rok

Z wieszaka czy z kosza

W przedwojennej Warszawie liczyły się dwa domy towarowe. Elita chodziła do Hersego, legendy Warszawy belle époque. Było tam drogo i luksusowo. U Hersego ubierała się głównie arystokracja (poza błękitną krwią posiadała rzecz jasna solidny majątek), przemysłowcy (żeby pokazać, że ich stać) oraz znani artyści (z majątkiem bywało różnie, ale lubili się pokazać). Mieszczanie zaopatrywali się z kolei w Domu Towarowym Braci Jabłkowskich, odległym od Hersego w linii prostej o nieco ponad kilometr.

A reszta? Reszta miała Nalewki – największą handlową ulicę miasta, na której rządzili żydowscy kupcy. Pachniała ona śledziem i pomarańczami. Dla niektórych mieszkańców przedwojennej Warszawy samo pojawienie się tutaj było dyshonorem. Ale za to na Nalewkach było tanio. Na klientów czekały księgarnie, sklepy spożywcze, galanteryjne, szewcy, małe fabryczki i duże fabryki, przechowalnie futer, kapelusze. Można tu było dostać wszystko, a jeśli czegoś brakowało, na specjalne zamówienie klienta dało się to szybko ściągnąć. Towar kupowało się prosto z wiklinowych koszy, ze sklepów urządzonych w luksusowych kamienicach (tak, tak były i takie, na handlu w stolicy można było się dorobić) albo sklepików w rozpadających się ruderach i suterenach. Nalewki żyły handlem, oddychały handlem, a nawet kiedy szły spać, myślały o handlu.

„W sobotę sklepy były wprawdzie zamknięte, ale o drugiej po południu na Nalewkach było pełno. Z Muranowa, z Miłej, Dzikiej tłum kierował się przez Nalewki w stronę dzielnicy południowej. Wychodzono na spacer. Tysiące par dążyło Bielańską i Niecałą do Ogrodu Saskiego. Mężczyźni w kapotach omijali ogród, idąc na Marszałkowską przez plac Saski. Bramy ogrodu były zamknięte dla osób w »nieeuropejskim ubraniu«. Na kilka godzin następowała transformacja językowa. Na Muranowskiej, Miłej, Nalewkach pary mówiły wyłącznie po żydowsku. Na Bielańskiej ci sami spacerowicze mieszali polski z żydowskim, a w Ogrodzie Saskim i na Marszałkowskiej mówili wyłącznie po polsku.” Tak Bernard Singer wspomina atmosferę tamtych lat w książce „Moje Nalewki”.

Dom Mody Herse formalnie założyło w 1868 roku trzech braci: Adam, Bogusław (na zdjęciu) i Ferdynand. Najważniejszy jednak w tym przedsięwzięciu był Bogusław

Futro dla księżniczki

Wróćmy jednak szybkim krokiem do Śródmieścia. Dom Hersego formalnie założyło w 1868 roku trzech braci: Adam (1850–1915), Bogusław (1839–1880) i Ferdynand (1845–1905). Najważniejszy w tym przedsięwzięciu był Bogusław. To on dyrygował, reszta słuchała. Rodzina Herse należała do francuskich hugenotów. Jej członkowie musieli uciekać do Niemiec przed prześladowaniami religijnymi prawdopodobnie na początku XVIII wieku.

Początkowo osiedli w Poznaniu, który po zajęciu miasta przez Szwedów i po zarazie, która zdziesiątkowała jego mieszkańców, ściągał na potęgę osadników z Niemiec (tamtejsze wsie były z kolei przepełnione). Z Poznania Hersowie przenieśli się do Warszawy. Jak ­wielu ­innych cudzoziemców, którzy zostali Polakami z wyboru, szybko ­stali się ­patriotami.

Pierwszy sklep braci Herse nosił nazwę Handel Koronek i Towarów Białych. Oferował, jak łatwo się domyślić, wstążki i firanki, a mieścił się na rogu ulicy Senatorskiej, pod numerem 10. Stopniowo się rozrastał, a w 1880 roku zamienił się w Dom Mody. Na początku mały Magazyn Mód mieścił się na parterze, w bramie budynku. Po pewnym czasie (jakim – nie wiadomo, annały rodzinne milczą w tej sprawie) Hersowie poczuli się na tyle bezpiecznie finansowo, że zdecydowali się przenieść na pierwsze piętro i rozszerzyć działalność. Otwarcie było imponujące. Rodzina Herse przygotowała wspaniałą kolekcję ubrań, a do jej obejrzenia zaprosiła całą warszawską śmietankę. Pokaz miał uświetnić wypożyczony z Wiednia futrzany płaszcz, który zawisł jako ozdoba przy wejściu do salonu.

Warszawa znajdowała się wtedy pod zaborem rosyjskim. Na pokaz zaproszono więc Aleksandrę, żonę rosyjskiego gubernatora, generała Piotra Albiedyńskiego, z domu księżniczkę Dołgoruki. I to był początek tragedii, która miała się rozegrać w kolejnych godzinach.

Gubernatorowa, wówczas kobieta około pięćdziesiątki, była kochanką cesarza Aleksandra II, co znacząco wpłynęło na karierę jej męża. W młodości była atrakcyjną kobietą o wydatnych wargach, dużych oczach i regularnych rysach twarzy, na które cień rzucał ciut za duży nos. Bez wątpienia nie brakowało jej jednak kobiecego uroku.

Aleksandra wkroczyła do Magazynu Mód i jej wzrok od razu padł na wiszące przy wejściu futro. Zapałała żądzą posiadania go: „Przyślijcie mi je do pałacu” zażądała. Oczywiście – darmo. Sprzeciwić się nie było można. A raczej można, ale dla rodziny mogło to się skończyć zsyłką na Syberię albo w inne odległe i bardzo zimne miejsce. Cesarska Rosja miała takich pod dostatkiem.

Bogusław musiał spełnić życzenie gubernatorowej i wysłać jej futro. Tyle że Hersowie stanęli w obliczu totalnej klęski. Nie było ich stać na taki wydatek! Nie teraz, kiedy wszystko co mieli, zainwestowali w nowy interes. Bogusław wyjął więc rewolwer. Przyłożył go do głowy, uważnie wycelował, po czym pociągnął za spust. Jego ciało padło na podłogę. Popłynęła krew. Kupiec osierocił 10-letnią Marynię i 8-letniego Bogusia, który w kronikach rodzinnych będzie nazywany Bogusławem II.

Fragment ulicy z kamienicą Bogusława Hersego. Warszawa, lata 1926-1934

Rodzina była znokautowana. Rozważała ogłoszenie upadłości. Jednak Adam Herse postawił weto: „Absolutnie się na to nie zgadzam!” oświadczył. Tym samym zrobili wielki krok w tył. Owszem, zostali w tym samym domu, zrezygnowali jednak z piętra i wrócili do lokalu w bramie.

Wszyscy razem mieszkali w jednym pokoju z małą antresolą. Na dole Adam, a na pięterku żona zmarłego już Bogusława razem z dziećmi. Rano Adam wstawał pierwszy. Miał składane łóżko, które chował, potem palił w piecu, zamiatał, rozstawiał maszyny i zaczynał szyć. Pomagały mu bratowa z córką. Robiły proste wykończenia, obrabiały tkaniny.

Ich wyroby szybko znajdowały zbyt. Przyczynił się do tego nieformalny pakt: wspólnota z Kościoła ewangelickiego zawarła porozumienie towarzyskie, że w dobrym tonie jest kupować u Hersego. Jeśli więc ktoś potrzebował ubrania, szedł właśnie tam. Dlaczego? To proste – trzeba pomóc Hersem w obliczu tragedii.

I tak Adam Herse powoli spłacał długi. Ba! Zaczynało mu się powodzić. Czasy zaboru rosyjskiego były rzecz jasna trudnym okresem, ale co bardziej przedsiębiorcze osoby mogły się wówczas szybko wzbogacić. Rynek zbytu był duży. Magazyn Mód znów zajął pierwsze piętro.

Kiedy kilka lat później bratanica Adama, Marynia, wychodziła za mąż, jej posag wzbudził sensację. Na warszawskich salonach powtarzano ze zdumieniem, że panna Herse dostała 5 tysięcy rubli. Tyle co szlachcianka z bardzo dobrego domu. Bratanka, Bogusława II, Adam posłał z kolei do Paryża, do francuskiej szkoły handlowej Ecole des Hautes Etudes Commerciales.

Adam słynął z tego, że był człowiekiem niezwykle dumnym. Kiedy poznał na tańcach Joannę z Temlerów – która zrobiła na nim mniej więcej takie wrażenie, jakie kura robi na lisie – od razu chciał się żenić. Ale poprosił, żeby na niego poczekała. Wiedział, jaki miała posag i oświadczając się, chciał dysponować identyczną sumą. Na szczęście, panna nie musiała długo czekać – Herse wiedział, jak się robi interesy.

Jego dzień przez lata wyglądał tak samo: wstawał o piątej rano, jadł żurek i – choć był protestantem – szedł na szóstą rano na mszę do karmelitów. W domu czekał na niego fryzjer, który go golił i strzygł. Po zabiegach higienicznych szedł do firmy, wracał o dziewiątej na śniadanie i znów udawał się do pracy, gdzie zostawał aż do szóstej po południu.

Po ślubie, kiedy pojawiły się dzieci, zaczęto budować dom Hersowski. Prace ruszyły w 1894 roku i trwały pięć lat. Czteropiętrowy budynek w stylu neorenesansowym miał cztery wieżyczki, windy, własną elektrownię i – wówczas luksus – centralne ogrzewanie. Zaprojektował go Józef Huss, znany chociażby z kamienicy Pod Gryfami na warszawskim placu Trzech Krzyży.

Dom był nadzwyczajnie położony: między Marszałkowską, Erywańską (później Kredytową), placem Zielonym (obecnie placem Dąbrowskiego) i ulicą Szkolną. Od strony Kredytowej znajdowało się wejście do sklepu, a od Marszałkowskiej – do mieszkań. Ubrania szyto na podwyższonym parterze budynku. Stały tu długie stoły krawieckie. Podobno dzieci Hersów uczyły się przy nich chodzić.

Na pierwszym piętrze mieścił się sklep. Na drugim mieszkali właściciele, na czele z Adamem i jego bratankiem Bogusławem II, zapalonym taternikiem. Trzecie piętro wynajmowano lokatorom. Na czwartym mieściły się szwalnie i pracownie krawieckie.

Mieszkania w kamienicy były duże i niezwykle komfortowe. Przedpokój, za nim hol, salon jadalny i gabinet – to była część oficjalna. Do części prywatnej należało cztery-pięć pokoi dla członków rodziny, kuchnia, pokój dla służby.

Przy drzwiach wejściowych do części mieszkalnej siedział portier, pan Prędki. Była z nim związana pewna anegdota. Jeden z lokatorów miał na nazwisko Patschke. Pewnego dnia w domu pojawiła się jego ciotka. Stanęła na dole klatki schodowej i zdyszana wypaliła: „Panie Prędki, proszę prędko paczkę dla pana Patschke!”. Na początku XX wieku ludzie słysząc tę historię, turlali się ze śmiechu.

[...]