Fortele Nierządnicy - Iny Lorentz - ebook
Opis

Izabela de Melancourt, przeorysza położonego w lesie klasztoru, chroni tajemnicę swego przodka. Wielki mistrz Leopold von Gordean i jego rycerze zakonni, przekonani o tym, że kobieta zna miejsce ukrycia Świętego Graala, napadają na klasztor. Zabijają kilka zakonnic, inne trzymają pod kluczem i bestialsko torturują. Jednej z sióstr – nowicjuszce Justynie – udaje się jednak uciec. Na polecenie przeoryszy próbuje dotrzeć do würzburskiego księcia biskupa Johanna von Brunna, by prosić go o pomoc, ale doganiają ją żądni śmierci siepacze wielkiego mistrza. W obronie siostry Justyny stają była nierządnica Maria, prowadząca już od dawna ustabilizowane i szczęśliwe życie na zamku Kibizstein, i jej mąż Michał. Nie wiedzą jednak, że ocalenie młodej zakonnicy stanie się dla nich początkiem niebezpiecznej wyprawy, podczas której za każdym rogiem czaić się będzie śmierć… „Wierni czytelnicy powieści Iny Lorentz i tym razem się nie zawiodą”. Passauer Neue Presse „Kolejna znakomita powieść Iny Lorentz– trzymająca w napięciu, nastrojowa i z bogatym historycznym tłem”. Ruhr-Nachrichten

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 739

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

DIE LIST DER WANDERHURE

Copyright © 2014 Knaur Verlag

Ein Unternehmen der Droemerschen Verlagsanstalt

Th. Knaur Nachf. GmbH & Co. KG, München.

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Zdjęcie na okładce: © Fabio Lensini/Archivio Lensini/Mondadori Portfolio via Getty Images

Wykonanie okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Korekta: Iwona Wyrwisz, Joanna Rodkiewicz

ISBN: 978-83-7999-595-0

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

CZĘŚĆ PIERWSZANapad

1

Izabela de Melancourt ponownie przeczytała list, czując w sercu gorycz. Posłaniec przyniósł go dwa dni temu. Aż do tej pory nie wyjawiła jego treści siostrze Justynie, ale nie mogła już dłużej z tym zwlekać. Za kilka dni życie tej młodej zakonnicy zmieni się całkowicie. Izabela musiała ją o tym uprzedzić.

„Chciałabym mieć już tę rozmowę za sobą” – pomyślała i podeszła do drzwi. Zdążyła położyć dłoń na klamce, gdy wtem usłyszała na korytarzu jakiś szmer. Szybko otworzyła drzwi i w świetle migającej pochodni zobaczyła micha, który przybył do jej klasztoru dziś po południu i poprosił o nocleg.

– Szukasz czegoś? – zapytała surowo.

Mężczyzna odwrócił się gwałtownie.

– Ależ mnie przestraszyliście, wielebna matko! – powiedział. – Szukam wygódki. Chyba musiałem zabłądzić.

– Z pewnością. Tędy się idzie do klasztornej furty. Wygódka jest z drugiej strony. Musisz skręcić w pierwszy korytarz w lewo. Trafisz bez problemu, bo są tam tylko jedne drzwi.

– Dziękuję, wielebna matko!

Mnich, o którym przeorysza wiedziała, że nazywa się Landolfus i podróżuje na zlecenie księcia biskupa z Pasawy, pospieszył we wskazanym kierunku i zniknął w poprzecznym korytarzu. W wygódce płonęła pochodnia, tak więc trafił bez problemu. Wszedł do środka, ale nie załatwił naturalnych potrzeb swego ciała, tylko w napięciu odczekał chwilę. Następnie wyszedł z powrotem na korytarz i zdążył zobaczyć, jak Izabela de Melancourt wchodzi do swych pokoi, prowadząc jakąś zakonnicę. Nie spodobało mu się, że mimo późnej pory obie kobiety jeszcze nie śpią, ale to nie mogło go powstrzymać.

Przemknął korytarzem, po czym zszedł schodami na dół. Znalazłszy się na parterze, zobaczył przed sobą drzwi prowadzące do furty. Siedziała tam na straży furtianka. Przez furtę, znajdującą się tuż przy zewnętrznej bramie, przechodziło się na otoczony murem dziedziniec klasztorny.

Landolfus wsunął rękę pod habit i zacisnął dłoń na rękojeści ukrytego tam sztyletu. Doszedł do drzwi furty i powoli nacisnął klamkę.

Drzwi się otworzyły, skrzypiąc lekko. Zakonnica, pogrążona w błogiej drzemce, podskoczyła przestraszona. Zobaczywszy wchodzącego do środka mnicha, poczuła ulgę, że to nie któraś z sióstr.

– Chyba się za bardzo pogrążyłam w modlitwie – powiedziała z płochliwym uśmiechem. Zmierzyła Landolfusa wzrokiem. – Czemu jeszcze nie śpicie o tak późnej porze? – zapytała ze zdziwieniem.

– Nie mogłem zasnąć – odrzekł mnich. – Nie chciałem nikogo zbudzić, więc pomyślałem sobie, że przyjdę tu i sobie trochę porozmawiamy.

– Chętnie!

W tym momencie Landolfus wyciągnął sztylet i zadał cios. Zakonnica otworzyła usta, ale zamiast krzyku z jej ust wydobyło się tylko rzężenie.

Mnich przekręcił sztylet w ranie, żeby mieć pewność, że kobieta nie żyje. Popatrzył, jak zsuwa się z krzesła i pada na posadzkę. W świetle przymocowanej do ściany pochodni widać było czerwoną kałużę krwi rozpływającej się po posadzce.

– Cóż za łatwowierna istota! – skwitował pogardliwie mnich, po czym otworzył drzwi wychodzące na główną bramę.

Zanim wyszedł na zewnątrz, nastawił uszu. Usłyszał jedynie dźwięki typowe dla puszczy otaczającej klasztor ze wszystkich stron. W obrębie murów nadal panowała cisza. W pokoju przeoryszy wciąż jeszcze płonęła świeczka. Landolfus miał nadzieję, że matce przełożonej nie przyjdzie do głowy, żeby zajrzeć do furtianki.

2

Izabela w zamyśleniu popatrzyła na młodą zakonnicę. Siostra Justyna miała wielkie niebieskie oczy. Wyglądała przez to dość dziecinnie, ale jej figura nabrała już kobiecych kształtów, których nie dawał rady ukryć nawet skromny habit. Jasne brwi, które jeszcze bardziej podkreślały lękliwy wyraz twarzy, pozwalały się domyślać, że dziewczyna schowała pod czepkiem włosy złociste jak słońce.

– Czego sobie ode mnie życzycie, wielebna matko? – szepnęła siostra Justyna drżącym głosem, jakby się obawiała, że czeka ją nagana za jakieś uchybienie.

Izabela de Melancourt uśmiechnęła się i wskazała krzesło.

– Usiądź!

Mniszka usłuchała. Poczuła ulgę, ponieważ to wezwanie świadczyło, że nie musi się obawiać upomnienia. Mimo to przysiadła jedynie na brzeżku krzesła, które – w przeciwieństwie do pięknie rzeźbionego krzesła przeoryszy – pozbawione było wszelkich ozdób.

– Wezwałam cię, żeby… – Izabela de Melancourt zaczęła mówić, ale przerwała, ponieważ wciąż jeszcze nie do końca wiedziała, jak ubrać w słowa to, co ma do przekazania tej młodej dziewczynie.

Los siostry Justyny miał się nieoczekiwanie zmienić, ale należało mieć wątpliwości, czy będzie to zmiana na lepsze. Przeorysza sięgnęła więc po list i spojrzała nad jego krawędzią na siostrę Justynę.

– Dostałam pismo od twego ojca – powiedziała ze szczerym żalem w głosie. – Obwieścił w nim, że przewidział dla ciebie odmianę losu.

Na dźwięk słowa „ojciec” siostra Justyna się skuliła. Prawie nie znała tego człowieka. Zachowała go w pamięci jako szorstkiego starca, który oddał ją do klasztoru czternaście lat temu. Nastąpiło to po śmierci jej matki. Justyna miała wtedy zaledwie trzy lata. Potem widziała go tylko dwa razy. Za każdym razem gdy zjawiał się w klasztorze, mierzył ją wzrokiem, jakby miał przed sobą niewiele wartą klacz. Dlatego wieść o liście od niego przyjęła z niepokojem.

– Co to ma być za odmiana? – zapytała tak cicho, że przeorysza ledwo dosłyszała jej słowa.

– Twoi bracia zginęli podczas wyprawy krzyżowej. Ponieważ żaden z nich nie spłodził potomka, twój ojciec poprosił króla Zygmunta o pozwolenie, byś to ty została spadkobierczynią tytułu i majątku – poinformowała Izabela, a w duchu pomyślała ze współczuciem: „To jeszcze nie wszystko. Najgorsze zaraz usłyszysz”.

Siostra Justyna wyglądała tak, jakby tuż obok niej uderzył piorun.

– Moi bracia nie żyją? Ale…

– Nie mogę ci powiedzieć, w jaki sposób zmarli, bo twój ojciec nic na ten temat nie napisał. Zarzekł się jedynie, że nie chce, by twoje mienie przeszło w posagu na rzecz naszego klasztoru. Wszystko mają otrzymać kiedyś jego potomkowie.

Twarz siostry świadczyła o tym, że Justyna nie rozumie sensu tych słów. Dlatego przeorysza musiała jej wszystko dokładnie wytłumaczyć.

– Ojciec wystarał się u papieża w Rzymie o dyspensę dla ciebie. Tak więc możesz zdjąć welon mniszki i wyjść za mąż.

– Mam wyjść za mąż? – zawołała przestraszona zakonnica, po raz pierwszy zdradzając drzemiący w niej temperament.

– Tak jest – przytaknęła Izabela. – Zgodnie z wolą ojca od dzisiaj nie jesteś już siostrą Justyną, tylko z powrotem panną Donatą von Frommberg. Masz też narzeczonego. Twym mężem zostanie Hartwin von Frommberg, młodszy brat twego ojca.

Tym samym wszystko zostało powiedziane. Izabela żałowała tej młodej dziewczyny, która stała się zabawką w rękach ojca, mającego na względzie tylko własne interesa. Ale list starego freiherra był sformułowany tak kategorycznie, że nie mogła w żaden sposób pomóc Justynie, albo raczej Donacie.

– Hartwin jest bękartem. Dziadek wprawdzie uznał go za syna, ale dlaczego mam za niego wyjść? – wykrztusiła Donata.

– Ponieważ twój ojciec chce, żeby przetrwało nazwisko twego rodu i żeby jego majątek przeszedł na kolejne pokolenia Frommbergów. Ale obawia się, że Hartwin, pragnąc zostać wyłącznym spadkobiercą, mógłby spróbować zaskarżyć jego testament.

W opinii Izabeli istniało kilka powodów przemawiających za wydaniem Donaty za Hartwina, ale żaden z nich nie gwarantował siedemnastoletniej dziewczynie stadła, w którym między obydwojgiem małżonków mogłaby wykiełkować wzajemna sympatia.

– Chętnie bym ci pomogła, ale mam związane ręce – mówiła dalej przeorysza. – Twój ojciec wszystko dokładnie obmyślił i znalazł wysoko postawionych sprzymierzeńców. Gdybym usiłowała ochronić cię przed tym małżeństwem, musiałabym wystąpić przeciw woli papieża i króla. Nie mogę tego uczynić. Ojciec przyśle niebawem ludzi, którzy zabiorą cię do domu. A teraz idź do łóżka i się prześpij. Jutro, w świetle dnia, wszystko będzie wyglądało inaczej.

W głosie Izabeli zabrzmiała nutka zwątpienia. Przeorysza czuła się równie mocno przytłoczona rozwojem sytuacji jak jej podopieczna.

– Dobrze, wielebna matko! – odpowiedziała Donata, która wyglądała tak, jakby za chwilę miała się rozpłakać.

Izabela chciała zatrzymać dziewczynę jeszcze przez chwilę w swojej komnacie i podnieść ją na duchu. Ale w jaki sposób mogłaby to uczynić? Ojciec Donaty postanowił o losie dziewczyny i nie pozwoli, by ktoś próbował pokrzyżować mu szyki.

Z uczuciem goryczy patrzyła, jak Donata ze zwieszoną głową opuszcza komnatę.

– Śpij dobrze, moje dziecko! – zawołała za nią, mając przeczucie, że dziewczyna tej nocy nie zmruży oka.

Donata jeszcze raz się odwróciła i dygnęła.

– Ja też wam życzę dobrej nocy, wielebna matko.

Potem wyszła z pokoju. Po chwili wahania Izabela ruszyła za nią. Odprowadziła ją do celi i poczekała, aż dziewczyna zarygluje się od wewnątrz. Zazwyczaj siostry nie zamykały się w celach, ale tej nocy w klasztorze nocował brat Landolfus. Izabela nie chciała, by próbował napastować którąś z sióstr. Zła była, że musiała zakwaterować mnicha, bo jej mały klasztor nie posiadał nawet części gościnnej. Landolfus okazał jednak pismo polecające od księcia biskupa Leonarda von Laiminga z Pasawy. Izabela nie mogła sobie pozwolić na sprzeniewierzenie się woli zwierzchnika.

Czuła, że ona też nie zaśnie tak łatwo. Dlatego z powrotem usiadła przy stole i jeszcze raz przeczytała list freiherra von Frommberga. Napisał go w tonie pozbawionym wszelkiej serdeczności, ale jeszcze bardziej zraziło ją to, że nie okazał żadnej żałoby po swoich synach. Najwidoczniej ojciec Donaty przyjął ich śmierć tak po prostu do wiadomości i natychmiast zaplanował, w jaki sposób mógłby przekazać majątek potomkom noszącym jego nazwisko. Dopiero gdy wszystko załatwił, poinformował o swej woli klasztor i córkę. Teraz Donata nie miała innego wyjścia – musiała poślubić stryja bękarta, ponieważ jej ojciec postanowił, że jego następcą na Frommbergu może zostać tylko jej syn spłodzony przez Hartwina.

– Gdybym miała dość czasu, żeby napisać do Zygmunta… – powiedziała Izabela sama do siebie.

Kiedyś była kochanką Zygmunta i sądziła, że król ciągle jeszcze się z nią liczy. Ale monarcha często wyruszał walczyć na Węgrzech albo romansował w różnych odległych rejonach Rzeszy. Zanim posłaniec go odnajdzie, Donata już dawno będzie po ślubie.

Izabela żałowała, że nie może pomóc dziewczynie. Sprawa ta wciąż chodziła jej po głowie, nawet gdy szykowała się do snu i kładła do łóżka.

3

Gdy światło w pokoju przeoryszy wreszcie zgasło, brat Landolfus odetchnął z ulgą. Mimo to jeszcze przez chwilę nasłuchiwał, czy rzeczywiście nic się w klasztorze nie dzieje. Potem opuścił furtę i podszedł do bramy klasztoru. Na noc zabezpieczono wrota ciężkimi belkami, których sam nie dałby rady podnieść. Dlatego otworzył tylko małą furtkę w prawym skrzydle bramy, wystawił przez nią głowę i wydał z siebie odgłos przypominający pohukiwanie sowy.

Zaraz potem w odpowiedzi ktoś podobnie zahuczał, ale zabrzmiało to bardziej jak głos człowieka niż sowy. Wkrótce do klasztoru podbiegły ciemne postacie. Ludzie ci mieli na sobie peleryny, na głowy nasunęli kaptury, a w dłoniach trzymali miecze. Ich dowódca stanął przed mnichem. Był to wysoki i szczupły mężczyzna. Jego twarz w świetle księżyca wyglądała trupio blado.

– Udało się, bracie Landolfusie? – zapytał w napięciu.

Mnich skinął głową.

– Tak jest, Wasza Ekscelencjo. Ten świstek, co to go niby miał napisać biskup z Pasawy, otworzył przede mną wszystkie drzwi. No, chodźcie już! Przeorysza dopiero przed chwilą położyła się spać. Jak coś zauważy, może zagrodzić przejście do furty. Zanim wyłamiemy te drzwi albo któreś z dwóch innych przejść, będzie miała dość czasu na ucieczkę.

– Izabela de Melancourt nie może nam za nic w świecie uciec! – oznajmił chmurnie dowódca. – To samo dotyczy pozostałych zakonnic. Spędźcie je wszystkie razem!

Polecenie to wydał swym ludziom, którzy wchodzili właśnie przez bramę na dziedziniec, patrząc przy tym na ciemną sylwetkę klasztoru, jakby spojrzeniem mogli otworzyć sobie główne wejście.

– Czy do tej starej warowni prowadzą z zewnątrz jakieś inne przejścia? – zapytał dowódca.

– Jest jeszcze druga brama, tam, z tyłu, tuż koło wieży. Wychodzi się nią do lasu.

Mnich wskazał ręką okrągłą wieżę, która przewyższała klasztor o kilka sążni.

– Niech trzech ludzi wyjdzie z powrotem na zewnątrz i pilnuje bramy koło wieży! – rozkazał dowódca. – A ty prowadź do środka! – dodał, zwracając się do Landolfusa.

Mnich wskazał ręką furtę i wszedł do środka. Leopold von Gordean poszedł za nim. Spojrzał przelotnie na martwą zakonnicę i czułym gestem pogłaskał uchwyt miecza.

– Dobra robota, Landolfusie! Nie zdołała nawet krzyknąć.

– Gdyby krzyknęła, toby się tu teraz roiło od mniszek! A tak śpią sobie słodko i błogo – zadrwił mnich, dumny ze swego dzieła.

– Wiele z nich nie wybudzi się z tego snu!

Wielki mistrz odsunął się na bok i przepuścił swoich wojowników.

Izba była za mała dla tak wielu mężczyzn. Pierwsi wyszli już na korytarz prowadzący do klasztoru, podczas gdy do środka wchodzili kolejni.

– Ile jest tych zakonnic i gdzie śpią? – zapytał wielki mistrz.

– Podczas kolacji naliczyłem dwadzieścia cztery – poinformował Landolfus. – Wprawdzie podano mi do stołu w innym pokoju, ale mogłem je skrycie podglądać. Większość śpi w lewym skrzydle na pierwszym piętrze. Tu, w tym skrzydle, jest kaplica, a nad nią pokoje przeoryszy. Pomiędzy skrzydłami znajduję się refektarz i hol z wyjściem na główną bramę. Gdy się tam znajdziemy, musimy być bardzo cicho, w przeciwnym razie usłyszy nas matka Izabela albo któraś z mniszek.

Wielki mistrz skinął głową i po raz kolejny nakazał przechodzącym obok mężczyznom, by zachowywali się ostrożnie.

– Uważajcie na przeoryszę! Za wszelką cenę musimy pojmać ją żywą! Poznacie ją po rudych włosach. Tylko ona zna tajemnicę, którą pragniemy poznać. Zanim zabijecie którąś z mniszek, ściągnijcie jej czepek!

– Czy mamy pozabijać wszystkie oprócz przeoryszy? – zapytał ze zgrozą jeden z napastników, noszący imię Euzebiusz.

– Nie! Zostawcie kilka przy życiu, żebyśmy mogli torturować je na oczach Izabeli de Melancourt. Gdy zobaczy cierpienia tych kobiet, na pewno zacznie mówić. No, spieszcie się!

Kiedy wszyscy opuścili furtę, Leopold von Gordean ruszył ich śladem. Korytarzem doszedł do klasztornego holu, a stamtąd obserwował z zadowoleniem swych ludzi, którzy wspinali się cicho po schodach, podążając do cel, w których spały zakonnice.

„Długo to trwało – pomyślał – nim udało mi się trafić na trop, ale tu, w tym miejscu, rozwiążę jedną z największych zagadek świata, a dzięki temu zdobędę władzę większą, niż miał jakikolwiek człowiek przede mną”.

4

Izabela de Melancourt leżała w łóżku, rozmyślając o siostrze Justynie, która teraz znów miała się nazywać Donata von Frommberg. Przeorysza czuła w sercu gniew na ojca dziewczyny. Dla tego mężczyzny nieważne było szczęście córki. Zależało mu tylko na tym, żeby urodziła synów o nazwisku Frommberg.

„Jakie to smutne – pomyślała Izabela. – My, kobiety, jesteśmy zależne od woli mężczyzn i bardzo często stajemy się ofiarami ich zamysłów”.

Nad jednym z jej przodków również zawisł mroczny cień, który sprawił, że sama też nie mogła wieść innego życia, tylko musiała zostać zakonnicą. Na szczęście w tym oto klasztorze znalazła spokój; tu nie wyrzucano jej złej krwi, która rzekomo płynęła w jej żyłach i przez którą nie mogła liczyć na znalezienie sobie męża wśród równych jej rangą, choć wielu szlachetnie urodzonych mężczyzn na pewno nie odtrąciłoby jej jako kochanki. Taką drogą poszło wiele kobiet znajdujących się w podobnej co ona sytuacji. Izabela też przez jakiś czas nią kroczyła, póki nie uniosła się dumą i nie postanowiła przestać być uległą służką wysoko postawionych panów.

Westchnęła, bo właśnie sobie uświadomiła, że jej myśli cofnęły się w przeszłość, o której chciała zapomnieć. Wstała i zapaliła świecę w lampie. Słaby płomyk miał oświetlić drogę do klasztornej apteki. Chciała wziąć stamtąd środek, który już nieraz pomagał jej się uspokoić.

Gdy wyszła na korytarz, coś ją zaniepokoiło. Czyżby zaskrzypiał stopień? Izabela się odwróciła, spojrzała w dół schodów i zobaczyła migający płomień oraz chybotliwe cienie na ścianie. Obcy wdarli się do klasztoru! O tej porze z pewnością nie należało się spodziewać, że są przyjaciółmi.

– Jak to się mogło stać? – szepnęła do siebie i odsunęła się od schodów.

Znów usłyszała skrzypienie stopni, a chwilę potem dojrzała głowę i barki jakiegoś rosłego mężczyzny. Światło pochodni odbiło się w gładko wypolerowanym ostrzu miecza.

Izabela otrząsnęła się z odrętwienia i pobiegła w kierunku części budynku, gdzie spały zakonnice.

– Widzę jedną! – zawołał mężczyzna, który jako pierwszy wspiął się na piętro.

– To na pewno przeorysza! Nie może nam uciec!

Izabela rozpoznała głos Landolfusa i wysyczała pod jego adresem przekleństwo. Szybko skręciła w boczny korytarz i tak gwałtownie zatrzasnęła za sobą drzwi, które odcinały go od reszty klasztoru, że huk poniósł się echem. Gdy zasuwała rygiel, jedna z zakonnic wysunęła głowę z celi.

– Co się stało, wielebna matko?

– Napad! Szybko, obudź pozostałe! Weźcie do rąk broń! Landolfus zrobił coś siostrze Agnecie i wpuścił do środka nieprzyjaciół.

Po chwili na nogach były wszystkie zakonnice. Większość wyszła z cel odziana jedynie w koszule. Kilka z nich zdążyło naciągnąć szybko habity. Intruzi tymczasem dobijali się do drzwi. Pobladłe na twarzach siostry pobiegły do komnaty, w której przechowywały broń.

Zakonnicom nie wolno było utrzymywać żadnych kontaktów z mężczyznami, nie mogły mieć nawet do pomocy pachołków, dlatego same musiały bronić klasztoru i były przygotowane na taką ewentualność.

– Otwierajcie! Jeśli się dobrowolnie poddacie, nic wam nie zrobimy! – zawołał męski głos z zewnątrz.

– On kłamie! – szepnęła Izabela do kobiet.

Ku swemu rozczarowaniu dostrzegła na twarzach kilku sióstr, że są gotowe przystać na ofertę napastnika. Dlatego przegoniła je do tyłu, a przywołała te, do których miała największe zaufanie.

– Weźcie do rąk łuki i ustawcie się po trzy obok siebie – rozkazała.

Jej zastępczyni spojrzała na nią pytająco.

– Ilu ich tam może być?

– Nie mogłam ich policzyć, ale chyba wielu – odpowiedziała Izabela.

– Czy nie powinnyśmy może uciec? Schody po drugiej stronie korytarza prowadzą bezpośrednio do bocznego wyjścia – zaproponowała siostra Eulalia.

Natychmiast kilka zakonnic przesunęło się ku schodom.

Izabela pokręciła głową.

– Landolfus wczoraj wszędzie węszył i bez wątpienia odkrył boczne wyjście. A więc ci ludzie na pewno tam czuwają.

– Dowiemy się tego dopiero wtedy, gdy to sprawdzimy! – zawołała siostra Eulalia i zbiegła po schodach.

Izabela nie zdołała jej powstrzymać.

– Wracaj! – zawołała za nią.

W tym momencie intruzi zaczęli walić w drzwi jakimś ciężkim przedmiotem. Przerażona dostrzegła, że drewno ustępuje. Szybko ustawiła się za łuczniczkami i kazała im strzelać do napastników.

Kobiety były świetnymi wojowniczkami. Podczas ćwiczeń lubiły mierzyć się ze sobą w strzelaniu do tarczy. W ścisku panującym na korytarzu także nie chybiały. Kilku napastników, którzy pokonali drzwi, padło z krzykiem na posadzkę. Kobiety nie zdołały oddać więcej niż po dwa strzały, bo atakujący zdążyli je dopaść.

Zastępczyni Izabeli smagnęła pierwszego z nich bezużytecznym już łukiem po twarzy i wyciągnęła mieczyk. Tu, w korytarzu, broń ta była bardziej poręczna niż długie miecze wrogów. Ale mężczyźni byli zaprawieni w potyczkach. Łuczniczki zdołały odeprzeć dwóch napastników, potem zostały zabite.

Inne zakonnice broniły się jeszcze mieczykami, ale były spychane coraz bardziej w tył, w kierunku schodów. Pierwsze zaczęły już schodzić w dół, bo wydawało im się, że boczne wyjście zapewni im ratunek. Ponieważ walka z doświadczonymi wojownikami nie miała sensu, Izabela rozkazała siostrom uciekać na dół i przyłączyła się do nich jako ostatnia. Zdziwiona stwierdziła, że wrogowie nie pobiegli od razu w ślad za nimi. Usłyszała za to, jak na górze jeden z nich rozkazał, by dziesięciu zbrojnych udało się na zewnątrz. Mieli oni nie dopuścić, aby zakonnice uciekły. Prawie jednocześnie rozległ się krzyk bólu zakonnicy, która pierwsza dobiegła do bocznego wyjścia i je otworzyła.

Gdy Izabela znalazła się na parterze, zobaczyła, jak napastnicy wdzierają się do klasztoru także przez to wejście. Zakonnice, ściśnięte jak stado owiec, nie były już w stanie stawiać żadnego oporu. Kilka z nich zginęło z rąk bezwzględnych mężczyzn, reszta rzuciła się na podłogę i błagała o łaskę.

– Uważajcie, żebyście nie zabili przeoryszy! – rozległ się na nowo przeszywający głos, który Izabela słyszała już wcześniej.

To musiał być ich dowódca. Próbowała sobie przypomnieć, czy zna tego mężczyznę, ale szybko uznała, że ma teraz inne zmartwienia.

Ukryła się za schodami, wpadła tam na kogoś i ledwo zdołała się powstrzymać, żeby nie krzyknąć ze strachu. Druga osoba się nie odezwała. Gdy Izabela dotknęła tego kogoś, poczuła szorstki materiał habitu. Była to jedna z jej zakonnic.

– Spokojnie – szepnęła do niej. – Gdy tylko nadarzy się okazja, prześlizgniemy się do piwnicy.

– Ale tam będziemy siedzieć jak myszy w pułapce – usłyszała w odpowiedzi ledwie słyszalne słowa.

„Siostra Justyna!” – przeleciało jej przez głowę.

Wyczuła lęk, który trzymał dziewczynę w szponach. Obie zadawały sobie w duchu dziesiątki niewypowiedzianych na głos pytań. Kim są ci napastnicy? I czego tu szukają? Nie mogą to być zwykli zbójcy. Tacy rzadko kiedy posiadają rycerskie miecze i nie noszą peleryn przypominających płaszcze rycerzy zakonnych.

To skojarzenie sprawiło, że Izabela czuła na plecach na przemian raz zimno, raz gorąco. Tym ludziom nie zależało na tym, żeby splądrować klasztor, bo ten był zbyt biedny. Ponadto stał ukryty w gąszczu leśnym w górzystej okolicy, a najbliższa droga godna tego miana przebiegała w odległości około trzech mil. Ten, kto tu przybywał, miał określone zamiary.

„Czyżby moja tajemnica wyszła na jaw? – pomyślała Izabela. – A może napastnicy wdarli się tu jedynie z powodu plotek”.

W każdym razie znów popłynęła niewinna krew, jak kiedyś, gdy jej przodek próbował uchronić tę tajemnicę.

„Nie powinnam się była godzić, by być jej powierniczką” – stwierdziła w duchu.

Ale po śmierci ciotki była ostatnią potomkinią rycerza Raoula de Melancourta i musiała się podporządkować jego woli.

W jej głowie myśli goniły jedna drugą w szaleńczym tempie. W tym samym czasie obserwowała poczynania napastników. Mężczyźni pognali pozostałe przy życiu zakonnice z powrotem na górę, prosto w ręce wspólników.

– Macie przeoryszę?! – rozległ się znów przenikliwy głos dowódcy.

– To na pewno któraś z tych kobiet! – zawołał ze schodów jeden z wojowników.

– Sześciu z was zostanie na dole i będzie czuwać przy bocznej bramie. Nie chcę, żeby Izabela de Melancourt nam umknęła.

– Musimy się przedostać do piwnicy – szepnęła przeorysza do Donaty i odepchnęła dziewczynę do tyłu, żeby móc podnieść klapę.

Musiała być ostrożna, żeby straże nie usłyszały hałasu. Na szczęście mężczyźni bardziej zwracali uwagę na to, co działo się na górze.

Jeden ze strażników stuknął w bok jednego ze swoich kompanów.

– Jak myślisz? Czy wielki mistrz pozwoli nam się zabawić z siostrzyczkami? Miałbym ochotę poczuć pod sobą ciepłe ciałko niewiasty.

– Walcz z pokusą, bracie, bo zagraża ona twej duszy! – odrzekł drugi tonem nagany.

Tymczasem Izabela zdołała zapanować nad nerwami. Kazała Donacie zejść na dół. Szepnęła jej, by dziewczyna pomagała sobie znaleźć drogę dotykiem.

„Cóż to za dopust boży dotknął nasz klasztor?” – zastanawiała się.

Wielki mistrz – takim tytułem posługiwał się zwierzchnik zakonu krzyżackiego, ale Krzyżacy na pewno nie wdarliby się nocą do jej klasztoru jak złodzieje. Peleryny napastników także różniły się od płaszczy rycerzy krzyżackich. Były ciemne – czarne albo brązowe – bo w chybotliwym świetle pochodni Izabela nie potrafiła dokładnie stwierdzić, jaki miały kolor. Nie dostrzegła też, czy były na nich naszyte jakieś krzyże.

„Warto by się było dowiedzieć czegoś więcej o tych draniach” – pomyślała.

– Jestem na dole! – powiedziała Donata nieco zbyt głośno.

Izabela po raz ostatni rzuciła okiem na mężczyzn, którzy stali przy furcie nieruchomo niczym posągi, a potem zeszła w nieprzenikniony mrok piwnicy.

5

Landolfus przyglądał się pojmanym zakonnicom stojącym przed nim niczym spłoszone kury. Próbował dojrzeć w ich gronie matkę przełożoną. Na jego polecenie kilku wojowników zaczęło ściągać kobietom czepki, ale żadna z nich nie była Izabelą de Melancourt.

– Co jest? Masz ją? – zapytał ostrym tonem przywódca.

– Tu jej nie ma. Mam nadzieję, że nie zabito jej przy bocznej bramie – odpowiedział zmartwiony Landolfus.

– To byłaby katastrofa! Ona jest kluczem do tego, czego szukamy. Inne kobiety na pewno nie mają o niczym pojęcia. – Wielki mistrz zwrócił się do kilku ze swoich podwładnych: – Przynieście tu na górę martwe zakonnice i przeszukajcie. Biada, jeśli przeorysza będzie jedną z nich.

Większość wojowników, usłyszawszy tę groźbę, położyła uszy po sobie. Ale jeden pokręcił głową.

– Z całą pewnością nie zabiliśmy przeoryszy! Widziałem tę kobietę kilka lat temu w Norymberdze i poznałem ją dzisiaj. To ta mniszka, która ostatnia zbiegła na dół.

– W takim razie powinna się znajdować wśród branek – ofuknął go wielki mistrz. – Najpewniej gdzieś się schowała. Przeszukajcie klasztor! Znajdźcie przeoryszę!

Jego ludzie rozbiegli się szybko, jakby gonił ich diabeł.

Gordeanus trącił nogą jedną z martwych łuczniczek.

– Przeklęte babska uśmierciły czterech naszych braci, a dwóch kolejnych zraniły. Zapłacą nam za to! Zostaw przy życiu tylko sześć, resztę zabij.

Nim jego podwładni zdołali wykonać rozkaz, wmieszał się Landolfus.

– Wasza Ekscelencjo, odradzam wam ten krok. Gdyby Izabeli de Melancourt udało się znaleźć jakąś sprytną kryjówkę, będziemy potrzebowali mniszek na przynętę, by ją stamtąd wywabić i pojmać. Nie może się wydostać poza klasztor, bo pilnujemy obu bram. A więc musi siedzieć gdzieś w jakimś ukryciu. Proponowałbym, by kilku naszych obwieściło na każdym piętrze budynku głównego i we wszystkich pozostałych zabudowaniach, że jeśli przeorysza nie odda się nam w ręce, będziemy co godzinę zabijać jedną zakonnicę. Niech podejmie decyzję, czy chce mieć ich śmierć na sumieniu czy nie.

– Dobry pomysł! Mimo to nie zasługujesz, bym cię chwalił. To twoja wina, że przeorysza zdołała się schować.

Wielki mistrz odwrócił się do Landolfusa plecami, po czym kazał jednemu ze swych ludzi zapalić więcej pochodni.

– Jest tak ciemno jak podczas nowiu – stwierdził.

Stanął przed zakonnicami i przyjął dumną postawę.

– Słyszałyście, co powiedział brat Landolfus? Wam też powinno zależeć, żeby przeorysza się ujawniła, bo na pewno nie chcecie przez nią umrzeć. A więc powiedzcie nam o wszystkich miejscach, gdzie mogła się ukryć.

Jedna z zakonnic, wysoka, ładna kobieta o bursztynowych oczach, splunęła na niego.

– Niczego wam nie powiemy! – zawołała z nienawiścią w głosie. – Jesteście zbójcą, kanalią i mordercą, który nie uniknie wiecznego potępienia…

Więcej nie zdążyła powiedzieć, bo wielki mistrz chwycił ją za szczękę i zdusił dalsze słowa. Przyciągnął ją do siebie tak blisko, że ich czoła prawie się zetknęły.

– Nie dla mnie przyszykowane jest miejsce w piekle, lecz dla twojej pani, która ukryła przed Kościołem największą relikwię chrześcijaństwa! Moc tej relikwii jest tak potężna, że zdołałaby z Węgier i z całej Europy wypędzić pogańskich Osmanów. Dzięki niej mogłaby nastąpić nowa era, u której kresu zatriumfowałby Chrystus, a wszyscy poganie zginęliby i nastąpiłoby wieczne Królestwo Boże. – Wypowiedziawszy te słowa, uderzył zakonnicę tak mocno, że upadła na posadzkę. Spojrzał na Landolfusa i oznajmił: – Jeśli Izabela de Melancourt nie wyjdzie z ukrycia w ciągu godziny, ta kobieta umrze jako pierwsza.

Landolfus skinął głową i oschłym tonem zapytał zakonnicę o imię.

Spojrzała na niego wylękniona niczym ptaszek.

– Siostra Hilaria.

– Świetnie – pochwalił ją Landolfus, a potem zawołał tak głośno, jak tylko się dało, że siostra Hilaria za godzinę umrze, jeśli Izabela de Melancourt nie wyjdzie ze swej kryjówki.

6

Izabela i Donata zeszły niedostrzeżone przez strażników do piwnicy i znalazły się w prawdziwych egipskich ciemnościach. Donata stanęła w miejscu, bojąc się, że wpadnie na jakiś przedmiot, natomiast Izabela podeszła do niewielkiej szafy wbudowanej w ścianę, otworzyła ją i wydobyła stamtąd krzesiwo, krzemień i puszkę z hubką. W ciemnościach trudno było skrzesać iskry. Ale po kilku próbach udało się i w puszce zapłonął maleńki płomyk, zbyt słaby, by rozświetlić twarz Izabeli, ale przeorysza zdołała zapalić od niego jedną ze świec, które również leżały w szafie.

Teraz było na tyle jasno, że mogły się rozejrzeć po pomieszczeniu. Donata podeszła do Izabeli i uczepiła się jej habitu.

– Ci obwiesie wkrótce znajdą wejście do piwnicy. Wtedy będziemy zgubione.

– Chodź ze mną! – odpowiedziała Izabela i ze świecą w ręce ruszyła przed siebie.

Roztrzęsiona Donata poszła za nią.

– Co to za ludzie, którzy napadli na nas w środku nocy? – zapytała.

Izabela prychnęła gniewnie, nie spowalniając kroku.

– Też bym chciała wiedzieć. Ale teraz musimy wydostać się stąd na zewnątrz klasztoru.

– Przecież ci ludzie ustawili straże przy obu bramach!

– Nie mówiłam, że przejdziemy przez bramę.

Izabela stanęła przodem do tej części piwnicy, gdzie zmagazynowane były klasztorne zapasy. Z sufitu zwisały szynki i kiełbasy. Pomiędzy nimi była umieszczona długa deska, na której w koszykach przechowywano chleb, żeby nie mogły się do niego dostać myszy ani szczury. W półmroku ledwo można było dostrzec stojak z beczką na wino, a w najdalszym kącie znajdowała się jeszcze jedna bardzo duża beczka, której nie dałoby się przewieźć na żadnym wozie. Na ile Donata się orientowała, nigdy jeszcze nie napełniano jej winem. Właśnie do tej beczki podeszła Izabela.

– Przyświeć mi! – zakomenderowała.

Wcisnęła Donacie świecę do ręki i pociągnęła za szpunt. Jej towarzyszka się zdziwiła. O co chodzi matce przełożonej?

Izabela, trzymając szpunt w jednej ręce, drugą sięgnęła do powstałego otworu. Rozległo się pyknięcie, a potem przednia część beczki roztworzyła się niczym drzwi.

Izabela wskazała ciemny otwór gestem zaproszenia.

– Tu znajduje się wejście do tajemnego korytarza, którym możemy niepostrzeżenie opuścić klasztor. Gdy znajdziemy się na zewnątrz, ściągniemy pomoc i uratujemy nasze siostry.

Chciała właśnie wejść do beczki, gdy wtem gdzieś na górze rozległ się głos Landolfusa:

– Izabelo de Melancourt! Wiemy, że się ukryłaś. Jeśli się nie ujawnisz, będziemy co godzinę zabijać jedną z zakonnic. Słyszałaś? Jeśli w dalszym ciągu będziesz siedziała w swojej kryjówce, będziemy co godzinę zabijać jedną mniszkę.

– To nie ludzie, tylko wcielone diabły! – szepnęła Donata drżącymi wargami.

Izabela mimowolnie jej przytaknęła, zastanawiając się, co ma robić. Uważała, że ci obwiesie są jak najbardziej zdolni zabić pozostałe zakonnice, nad którymi sprawowała pieczę. Przeraziła ją myśl, że następnej nocy o mniej więcej tej samej porze wszystkie będą martwe. Jednakże przeczuwała, że gdy się ujawni, ci szubrawcy dalej będą ją szantażować życiem sióstr, aby tylko osiągnąć swój cel. Przysięgła, że nigdy nie zdradzi tajemnicy powierzonej jej przez przodka, choćby ją żywcem krajano. Czuła, jak na przemian robi się jej zimno i gorąco. Miała pokusę, by kosztem innych uratować własne życie. Ale potem pokręciła głową. Jeśli zostawi siostry w nieszczęściu, nigdy więcej nie będzie mogła spojrzeć w lustro, nie widząc w nim trupio bladych twarzy zakonnic patrzących na nią z wyrzutem.

Przyciągnęła do siebie Donatę i spojrzała na nią stanowczo.

– Posłuchaj mnie, moje dziecko! Uciekniesz tajemnym przejściem i ściągniesz pomoc. Ja oddam się w ręce wrogów, żeby uratować siostry.

Donata spojrzała na nią z przerażeniem.

– Ale w jaki sposób mam ściągnąć pomoc? W okolicy przecież nikt nie mieszka!

– Może powinnaś pobiec do… – zaczęła Izabela, ale urwała, bo wokół klasztoru faktycznie nie było ludzi, którzy mogliby pomóc jej i siostrom.

Zastanawiała się, czy nie posłać Donaty do króla Zygmunta, ale potem pomyślała, że władca, który kiedyś darzył ją względami, może przebywać w każdym dowolnym miejscu Rzeszy, a nawet na Węgrzech, więc podjęła inną decyzję.

– Masz tu pieniądze! Kup po drodze konia, pojedź do Würzburga i zażądaj, żeby cię dopuszczono przed oblicze księcia biskupa Johanna von Brunna. Podaj mu ten pierścień i zażądaj od niego, żeby wywiązał się z obietnicy, którą mi kiedyś złożył.

Izabela dała dziewczynie sakiewkę ze złotymi monetami, którą z przyzwyczajenia zawsze nosiła przy sobie, z palca ściągnęła jeden z dwóch pierścieni i wcisnęła go Donacie w dłoń. Potem wepchnęła dziewczynę do beczki.

– Uważaj, żeby ci świeca nie zgasła, bo droga na zewnątrz jest uciążliwa. Życzę ci szczęścia, moje dziecko! Jeśli podczas ucieczki znajdziesz trochę czasu, pomódl się za nas! Obawiam się, że bez Bożej pomocy będziemy zgubione.

– Może wy też, matko, powinnyście ze mną uciekać – szepnęła dziewczyna.

Izabela pokręciła głową.

– Muszę tu zostać i przyjąć mój krzyż, jak to uczynił nasz Pan Jezus Chrystus na Golgocie.

Co powiedziawszy, zamknęła wejście do tajemnego korytarza, wkręciła znów fałszywy szpunt do beczki i wróciła do przedniej części piwnicy. Dziwiło ją nieco, że napastnicy nie znaleźli jeszcze klapy. Zapewne dlatego, że wśród nocnych ciemności była ona słabo widoczna. Jak tylko światło poranka przegoni cienie nocy, będzie inaczej. Ale tak długo Izabela nie mogła zwlekać. Postanowiła odczekać dużą część godziny, która została jej wyznaczona, aby Donata zdołała się jak najbardziej oddalić od klasztoru.

7

Donata przemykała szybko tajemnym przejściem, cały czas dbając o to, żeby przeciąg nie zgasił świecy, bo wtedy na zawsze pozostałaby zamknięta w tej wilgotnej i śmierdzącej stęchlizną sztolni. Korytarz po części wykuty był w skale, częściowo składał się z nieregularnie ociosanych kamieni, a w kilku miejscach z sufitu zwisały korzenie drzew. W jednym miejscu Donata musiała się nawet przeciskać między dwoma szczególnie grubymi korzeniami. Z tego wywnioskowała, że owo tajemne przejście dawno nie było użytkowane.

Daleko z przodu coś się ruszyło. Przestraszona krzyknęła cicho. Zrobiła dwa ostrożne kroki i odetchnęła z ulgą. To tylko jaszczurka. Ostrożnie szła dalej, nie chcąc przypadkiem dotknąć któregoś ze stworzeń zamieszkujących to miejsce. Gady te, jak uważano, mogły być sługami szatana, który wysłał je, by szpiegowały dla niego ludzi.

Donata bała się, że korytarz nigdy się nie skończy. Nagle znalazła się przed zardzewiałą kratą. Szarpnęła ją, ale ta ani drgnęła.

– Panie w niebiesiech, Chrystusie miłosierny, pomóż mi! – błagała i ciągnęła z całej siły, ale równie dobrze mogłaby próbować przesunąć skałę.

Zrozpaczona puściła kratę i zaczęła się jej przyglądać.

– Wielebna matka powinna była mi powiedzieć, jak mogę ją otworzyć – powiedziała, czując, że łzy napływają jej do oczu.

W końcu jednak się wyprostowała. Na pewno istnieje jakiś sposób, żeby stąd wyjść. Musiała go tylko znaleźć. Przyświecając sobie świecą, obejrzała całą kratę i z lewej strony na górze oraz z prawej na dole odkryła rygle. Były zardzewiałe, ale srebrnym kółeczkiem przymocowanym do sakiewki zdrapała trochę rdzy i zdołała je odciągnąć.

Z ulgą otworzyła kratę i wyślizgnęła się na zewnątrz. Jeszcze raz spojrzała za siebie, z powrotem przymknęła kratę, sięgnęła dłonią na drugą stronę i zasunęła oba rygle. Stwierdziła przy tym, że zamocowano je w taki sposób, że z zewnątrz nie były widoczne. Można je było odnaleźć jedynie na dotyk. Zapamiętała położenie rygli, ponieważ uznała, że jeśli uda jej się sprowadzić pomoc, to ewentualnych ratowników będzie musiała wprowadzić do klasztoru prawdopodobnie tą właśnie drogą. Mężczyźni, którzy grozili, że jeśli przeorysza nie odda się w ich ręce, będą zabijać siostry, szantażowaliby w ten sposób także ewentualnych przeciwników oblegających klasztor.

Idąc dalej, Donata uświadomiła sobie, że już nie jest zakonnicą, ponieważ ojciec kazał ją przywrócić do stanu świeckiego. Czyż jego posłańcy nie mieli przyjechać po nią za kilka dni? Teraz zastanawiała się, czy nie poczekać na tych ludzi i nie poprosić ich, by pomogli Izabeli de Melancourt i pozostałym mniszkom.

Ale potem pokręciła głową. A co, jeśli mężczyźni odmówią i zawiozą ją do ojca, nie ruszając nawet palcem, by uratować mniszki przetrzymywane w klasztorze? Przeorysza kazała jej się udać do würzburskiego księcia biskupa Johanna von Brunna, żeby im pomógł. Donata uznała, że spełni tę prośbę, nawet jeśli będzie musiała całą drogę pokonać pieszo.

Rozmyślając, dotarła do końca tajemnego przejścia, które za kratą ostro skręciło i ciągnęło się jeszcze na dystansie kilku kroków. Krzaki oraz grube korzenie drzew zarosły wyjście i musiała się przeciskać przez dziki zagajnik. Gdy wreszcie znalazła się na zewnątrz, wokół niej wznosiły się olbrzymie drzewa prastarej puszczy. Ich korony tworzyły nieprzenikniony dach, pod którym było tak ciemno, że ledwo mogła dojrzeć własną dłoń przed oczami. Świeca już nie była dla niej pomocą, ponieważ pierwszy powiew wiatru zdmuchnął ją, mimo że próbowała ją osłonić.

Donata najchętniej rzuciłaby się na ziemię i rozpłakała. Strach przed prześladowcami i dzikimi zwierzętami pchnął ją jednak do przodu. W dziczy wokół klasztoru żyły niedźwiedzie i wilki, ale też tury, które były równie niebezpieczne.

Uświadomiła sobie, że jej los zależy całkowicie od woli niebios. Poza pieniędzmi otrzymanymi od przeoryszy i pierścieniem, który miała przekazać księciu biskupowi, posiadała tylko koszulę i habit oraz sandały na cienkich podeszwach i mały drewniany krzyżyk na sznurze drewnianych korali. Była nędznie wyposażona jak na podróż do Würzburga, który był odległy o kilka dni konnej jazdy.

Popadając chwilami w głęboką rozpacz, a chwilami usilnie pragnąc pomóc swym siostrom, szła naprzód, znajdując drogę między drzewami i odmawiając po cichu różaniec, aby przezwyciężyć strach.

8

– Izabelo de Melancourt! I co teraz? Jeśli natychmiast nie wyjdziesz ze swej kryjówki i nie staniesz przed nami, zginie jedna z twoich mniszek!

Słowa Landolfusa poraziły nerwy Izabeli niczym piorun. „Już czas” – pomyślała. Albo odda się w ich ręce, albo już zawsze będzie musiała się obwiniać o tchórzostwo i nie zapomni krzyku mordowanej siostry.

– No i co? Nie słyszysz? Zaraz będzie po niej! – zaryczał brat Landolfus najgłośniej jak mógł.

Ledwo skończył, gdy w pomieszczeniu rozległ się krzyk przerażenia.

– Nie, proszę, litości!

Izabela nie wytrzymała już dłużej w piwnicy. Pełnym rezygnacji gestem uniosła klapę i wyszła na górę. Strażnicy, którzy cały czas mieli na oku boczne wyjście z klasztoru, odwrócili się zdumieni i ujrzeli ją w chybotliwym świetle pochodni.

– To chyba ona – wykrztusił jeden, drugi zaś wbiegł na schody.

– Mamy przeoryszę! – zawołał.

– A więc jednak! – ucieszył się brat Landolfus i postąpił kilka kroków do przodu, żeby móc spojrzeć w dół. Gdy ją zobaczył wchodzącą zmęczonym krokiem po schodach, skinął z zadowoleniem głową. – Witajcie, Izabelo de Melancourt!

Przeorysza odpowiedziała na jego spojrzenie gniewnym wyrazem twarzy.

– Ponieważ to mój klasztor, to raczej ja powinnam witać w nim gości. Wy jednak nie jesteście tu mile widziani.

– Ciągle jesteś taka dumna i piękna jak wtedy, gdy dzieliłaś łoże z Zygmuntem? – zaśmiał się szyderczo Gordeanus. – Ale duma ci już w niczym nie pomoże. Król także nie, bo ma dość zajęcia z husytami i Turkami. – Wskazał ręką na pozostałe zakonnice. – Zamknijcie te niewiasty i uprzątnijcie trupy. Jutro mniszki je pochowają.

Jeden z jego ludzi skinął głową i chwycił ciało, ale Landolfus go powstrzymał.

– Jeszcze nie! Przynieście je wszystkie tutaj. A wy, niewiasty, bądźcie cicho, abym mógł was policzyć.

Ostatnie słowa skierowane były do pojmanych mniszek, które zbiły się w wystraszoną gromadkę.

– O co ci chodzi? – zapytał zaskoczony wielki mistrz.

– Gdy po południu przybyłem do klasztoru, naliczyłem dwadzieścia cztery zakonnice. Ale teraz jest ich tylko dwadzieścia trzy. Jednej brakuje! Czy furtiankę też wnieśliście tu na górę? – zapytał Landolfus. Gdy mężczyźni skinęli głowami, jeszcze raz głośno przeliczył niewiasty, a potem zwrócił się do dowódcy, wykrzywiając usta. – I znów wyszło mi, że jest ich dwadzieścia trzy.

– Może wczoraj się pomyliłeś – powiedziała Izabela, żeby zbić go z tropu.

Mężczyzna nie zwrócił na nią uwagi, tylko gestem ręki przywołał do siebie dwóch kompanów.

– Zejdźcie do piwnicy i przeszukajcie wszystko. Może ostatnia mniszka siedzi gdzieś tam schowana.

Obaj mężczyźni usłuchali. Niebawem wrócili.

– Na dole niczego nie ma poza zapasami jedzenia.

– Zajrzeliście w każdy kąt i za każdą skrzynkę? – zapytał ostro Landolfus.

– Oczywiście – przytaknął mężczyzna. – W piwnicy nikogo nie ma. Proponuję, żebyśmy jeszcze raz przeszukali cały klasztor. Może brakująca mniszka zaszyła się w swojej celi albo siedzi w którymś z budynków obok.

– Zróbcie to – nakazał wielki mistrz i spojrzał na Izabelę. – Wiesz, gdzie jest ta mniszka? Mów albo jedna z twoich podopiecznych zginie!

Izabela popatrzyła na mężczyznę, który miał na sobie czerwoną pelerynę z kapturem, uszytą z grubego materiału, z naszytym na niej krzyżem w kształcie, z jakim się jeszcze nigdy nie spotkała. Poprzeczna belka była krótsza niż zazwyczaj, za to znacznie grubsza, przez co krzyż przypominał bardziej młot niż symbol męki Chrystusowej.

– Nie wiem – powiedziała, ignorując wyraz przerażenia na twarzy siostry Hilarii, która została wybrana na pierwszą ofiarę.

„Nawet nie skłamałam” – pomyślała. Donata już od dawna znajdowała się w lesie i Izabela nawet przy najlepszych chęciach nie potrafiłaby powiedzieć, w którym dokładnie miejscu przebywa w tej chwili.

– Mów – nakazał wielki mistrz i dobył miecza. – Jeśli nie powiesz, będziesz winna śmierci tej służebnicy bożej.

– Naprawdę nie wiem! – Izabela wykrzyknęła te słowa najgłośniej jak mogła i zdołała przez to zbić Gordeanusa z pantałyku.

Obrzucił drwiącym spojrzeniem siostrę Hilarię, która była tak blada, jakby śmiertelne uderzenie już ją dosięgło, a potem spojrzał na Izabelę, która patrzyła na niego z nienawiścią.

– Może mówi prawdę – zwrócił się na koniec do Landolfusa. – Z drugiej strony nie zamierzam dopuścić, by mnie choć trochę oszukiwano. Dlatego odetnijcie zakonnicy prawą dłoń. Wówczas pozostałe będą wiedziały, że to nie żarty.

– Nie! Litości! Proszę, nie! – błagała Hilaria.

Landolfus chwycił ją i wyciągnął jej rękę do przodu, ale broniła się tak zawzięcie, że dwaj kompani musieli mu pomóc i ją przytrzymać. Gdy udało im się ją unieruchomić, trzeci zamachnął się mieczem.

Ostrze przecięło kości, powodując makabryczny dźwięk. Odcięta dłoń siostry Hilarii przeleciała przez pomieszczenie i spadła Izabeli pod nogi. Krew trysnęła z rany, opryskując Landolfusa oraz jego pomocników. Mnich pchnął okaleczoną kobietę w kierunku pozostałych branek.

– Opatrzcie ją, bo się wykrwawi jak zaszlachtowana świnia.

Siostry, bandażując Hilarię pasami oderwanymi z własnej odzieży, spoglądały z wyrzutem na przeoryszę. Wielki mistrz z zadowoleniem stwierdził, że udało mu się wbić klin między Izabelę de Melancourt a jej podwładne. Chciał to wykorzystać. Podszedł do mniszek i powiedział niemal łagodnym tonem:

– Żałuję, że musiałem wam zadać tyle cierpienia. To tylko i wyłącznie z winy tej kobiety! Powiedzcie mi, gdzie może się znajdować wasza zbiegła siostra.

Izabela zrozumiała, że nie zdołałaby wymusić na zastraszonych kobietach dyskrecji. Dlatego była rada, że żadna z nich nie wie, co się stało z Donatą. Na myśl o dziewczynie wzdrygnęła się, bo w jej komnacie wciąż jeszcze leżał list od freiherra von Frommberga. Jeśli ten dziwny wielki mistrz każe przeszukać klasztor, jego ludzie znajdą również to pismo i będą wiedzieć, że wkrótce przybędą tu posłańcy z zamiarem zabrania dziewczyny.

„Czy krewni Donaty nam pomogą?” – zadała sobie w duchu pytanie i nagle poczuła iskierkę nadziei.

Tymczasem wielki mistrz kazał mówić siostrze o imieniu Adelina. Ta pokręciła głową i zacisnęła usta.

Inna miała mniej zaparcia i tak szybko zaczęła wyrzucać z siebie słowa, że trudno ją było zrozumieć.

– Brakuje siostry Justyny! Jest najmłodszą z nas.

– Ona ma rację – przytaknęła Eulalia. – Przeorysza wezwała ją wieczorem do siebie.

– Zgadza się! – potwierdził gorliwie Landolfus. – Widziałem, jak siostra Justyna opuszcza jej komnatę i idzie do tej części klasztoru, gdzie się znajdują cele zakonnic.

– Była z nami, gdy na nas napadliście, mój panie – dodała siostra Adelina. – Widziałam, jak zbiega schodami, żeby dotrzeć do bocznej furty. Potem straciłam ją z oczu.

– Czy pod schodami jest może jeszcze jakaś inna droga na zewnątrz? Albo może istnieje jakaś ukryta piwnica? – zapytał wielki mistrz.

Zakonnica skinęła głową.

– Z piwnicy jest jeszcze przejście do kuchni, aby był lepszy dostęp do artykułów żywnościowych.

Landolfus zaklął cicho.

– Ta dzierlatka mogła uciec do kuchni. Sprawdźcie tam jeszcze raz wszystkie drzwi i przeszukajcie korytarze, do których można stamtąd dotrzeć.

Na te słowa kilku mężczyzn natychmiast wybiegło. Oprócz Landolfusa i wielkiego mistrza na miejscu pozostali tylko dwaj zbrojni mężowie. Izabela zastanawiała się, czy można by w jakiś sposób wykorzystać tę sytuację. Dziewięć zakonnic nie odniosło obrażeń. Wspólnie mogłyby obezwładnić tych dwóch ludzi, a ich broni użyć przeciwko rozproszonym po całym klasztorze mężczyznom. Ale gdy spojrzała w twarze sióstr, wyczytała w nich tylko strach i rozpacz, ale nie znalazła nawet najmniejszej oznaki gotowości, by zawalczyć z losem.

Izabela zastanawiała się, kim są ci ludzie, a zwłaszcza ich dowódca. Ów najwidoczniej posiadał o niej sporą wiedzę, ale ona sama nigdy nie widziała go na oczy. W każdym razie zwyciężył na całej linii.

„Nie na całej” – poprawiła się od razu. Donata uciekła i z każdym kwadransem oddalała się coraz bardziej od klasztoru. Ale nawet jeśli dotrze do Würzburga i otrzyma pomoc od księcia biskupa Johanna von Brunna, dla nich wszystkich może już być za późno. Dlatego Izabela wahała się, czy warto trzymać usta na kłódkę. Czy jej rodzinna tajemnica jest aż tak ważna, żeby za nią umrzeć, a nawet poświęcić życie sióstr? Nie zdążyła jeszcze podjąć decyzji, gdy wrócili pierwsi rycerze.

– Wasza Ekscelencjo, nie znaleźliśmy brakującej zakonnicy – oznajmił jeden z nich.

– Musicie ją znaleźć!

Wielki mistrz zacisnął pięści i pogroził w nieokreślonym kierunku. Jego ludzie znów zniknęli. Słychać było, jak przeklinają, otwierając i z powrotem zatrzaskując drzwi.

9

Gdy cienie nocy zniknęły, wszyscy zrozumieli, że siostry Justyny, a właściwie Donaty von Frommberg, nie ma na terenie klasztoru. Gordeanus stał na korytarzu ze skamieniałą twarzą i poruszał szczęką, jakby coś przeżuwał. Wprawdzie nic nie powiedział, ale Izabela była pewna, że w myślach przeklina ją i Donatę.

– Jak ta mniszka mogła stąd uciec? – zapytał Landolfusa.

Ten uniósł bezradnie ręce.

– Nie wiem. Może mają jakieś tajemne przejście.

Izabela musiała się mocno wziąć w karby, żeby nie okazać lęku, usłyszawszy te słowa. Gdyby ci ludzie poszli po rozum do głowy, pomyśleliby o piwnicy i przeszukali ją gruntownie. Wtedy z pewnością zwróciliby uwagę na pustą beczkę na wino z przejściem do podziemnej sztolni. Ale ku jej uldze wielki mistrz machnął ręką.

– Gdyby takie przejście istniało, to przeorysza by z niego skorzystała i uciekła.

– Ale przecież zakonnica nie mogła stąd odlecieć. – Landolfus wzruszył ramionami.

Wtedy jeden z obwiesi pchnął do przodu swego kamrata.

– No, mówże, bracie Euzebiuszu – szepnął.

Wielki mistrz odwrócił się w ich kierunku.

– O co chodzi?

– No więc, to było tak: gdy w nocy mieliśmy schwytać wszystkie zakonnice, opuściliśmy na moment nasze stanowisko przy głównej bramie. Nie mieliśmy pojęcia, że jedna z mniszek siedzi gdzieś w ukryciu. Dlatego mogła się prześlizgnąć przez kuchnię na dziedziniec i uciec do lasu.

– I dopiero teraz mi to mówisz?! – wrzasnął na niego Gordeanus. – Na Boga, do tej pory zakonnica mogła się oddalić o kilka mil. Przeszukajcie las i wszystkie drogi w pobliżu.

– Czy to naprawdę konieczne? – zapytał Landolfus. – Ten klasztor leży na uboczu i w okolicy nie ma nikogo, kogo ta zakonnica mogłaby poprosić o pomoc. Zginie w tej puszczy. Żyje tu dość niedźwiedzi i wilków, które się skuszą na ludzkie mięso.

Kilku mężczyzn się roześmiało, jakby usłyszeli dobry żart, ale umilkli, zobaczywszy gniewną minę dowódcy.

– Chcę uczynić ten klasztor nową siedzibą naszego bractwa – rzekł Gordeanus stłumionym głosem, żeby żadna z zakonnic nie mogła go usłyszeć. – Ale to będzie możliwe tylko wtedy, gdy żadna z zakonnic nam nie ucieknie i nie oskarży nas o napad. Ludziom oświadczymy, że przejęliśmy ten klasztor i nie wiemy, dokąd siostry się przeniosły.

Izabela zrozumiała każde słowo. Z żalem stwierdziła, że ten fortel może się udać. Do klasztoru rzadko przybywali goście, a krewni zakonnic zadowoliliby się takim oświadczeniem. Jeśli ona i mniszki przepadłyby bez wieści, można by obarczyć winą husytów, którzy wciąż jeszcze pustoszyli rejony graniczące z Czechami.

Izabela błagała w milczeniu siły niebieskie o pomoc dla Donaty. W tym czasie Landolfus wyznaczył dwunastu mężczyzn, podzielił ich na trzyosobowe grupki i kazał im przeszukać okolicę.

– Nie wracajcie bez tej niewiasty! – zawołał za nimi, gdy opuszczali klasztor.

Tymczasem Gordeanus się uspokoił i wskazał na pojmane mniszki.

– Zamknijcie wreszcie te białogłowy, ale tak, żeby żadna nie mogła się wydostać. Przeoryszę zaprowadźcie do jej komnat. Przesłucham ją tam osobiście.

Izabela przyglądała się z bezradnym gniewem, jak trzej mężczyźni pędzą pozostałe przy życiu zakonnice na parter, by je potem zamknąć w piwnicy. Ją samą dwaj inni ludzie zaciągnęli do jej komnat i wepchnęli do pokoju, w którym przyjmowała gości. Wielki mistrz podążył za nimi dostojnym krokiem, potem usiadł na krześle przeoryszy i skinął głową.

– Rozbierzcie ją! – rozkazał. – Chcę być pewien, że nie ukryła przy sobie jakiegoś sztyletu.

Izabela zesztywniała, ale miała świadomość, że nie zdoła się obronić przed obwiesiami wykonującymi rozkaz.

Śmiejąc się, zerwali z niej habit, rozdarli go na pół, podarli w strzępy jej koszulę, a potem obrócili się do swego dowódcy.

– Nie ma przy sobie sztyletu, Wasza Ekscelencjo! – zameldowali.

– Widzę! Stójcie obok niej i pilnujcie, żeby nie zrobiła jakiegoś głupstwa. Izabelo de Melancourt, mówię teraz do ciebie! Powiedz, gdzie ukrywasz Świętego Graala!

– Przecież Graal jest tylko bajką! – roześmiała się hardo Izabela.

Spojrzenie wielkiego mistrza pozostało lodowate.

– Oboje wiemy dokładnie, że to wcale nie bajka. Twój przodek, ten przeklęty templariusz Raoul de Melancourt, znalazł go i przywiózł do ojczyzny. Potwierdziło to wielu templariuszy, których przesłuchiwano w Paryżu i Rzymie. Zamiast przekazać tę cenną relikwię Kościołowi, Raoul zachował ją dla siebie i ukrył. Potem, łamiąc śluby czystości, spłodził dzieci i powierzył im swą tajemnicę. Od tego czasu wiedza o Świętym Graalu jest w twojej rodzinie przekazywana z pokolenia na pokolenie. Na szczęście nie wszyscy członkowie twojej rodziny zachowali milczenie, tak więc w moje ręce wpadł pewien interesujący list. – Mężczyzna umilkł na moment, by potem roznamiętnionym głosem mówić dalej: – Twój przodek Raoul i wszyscy jego potomkowie, łącznie z tobą, popełnili wielki grzech, ukrywając Świętego Graala przed światem. Jakież to cuda mogła zdziałać ta potężna relikwia w rękach światłych rycerzy wiary! Jerozolima wciąż jeszcze byłaby nasza, a nad Konstantynopolem panowałby krzyż, a nie pogański półksiężyc wyznawców Mahometa.

– Graal to naprawdę tylko legenda – odpowiedziała Izabela, z trudem panując nad sobą. – Mój przodek Raoul przywiózł być może wśród łupów z Ziemi Świętej jakiś złoty kubek albo puchar, ale jeśli nawet tak było, to ów przedmiot zaginął już dawno temu. Może go sprzedano albo komuś podarowano. Ja osobiście nic nie wiem na ten temat.

– Kłamiesz!

Wielki mistrz podszedł do niej i wyciągnął sztylet.

Izabela spojrzała mu śmiało w twarz.

„Jeśli mnie zabije – pomyślała – to może wówczas uwolni pozostałe siostry, a tym samym moja śmierć nabierze sensu”.

Ale wielki mistrz zdawał sobie sprawę, że ma przed sobą jedyną osobę, która może mu zdradzić tajemnicę, którą tak mocno pragnął poznać. Wykrzywił szyderczo usta i przejechał ostrzem sztyletu po policzku, szyi i prawej piersi Izabeli.

Przeorysza poczuła ból, gdy zarysował jej brodawkę, ale zachowała niewzruszony wyraz twarzy.

– Mógłbym ci odciąć piersi! – zagroził.

– Jesteście rycerzem czy rzeźnikiem? – zapytała drwiąco.

Cofnął sztylet i uderzył ją lewą dłonią. Mocny policzek sprawił, że Izabela zatoczyła się, wpadając na strażnika. Ten, śmiejąc się szyderczo, przytrzymał ją mocno, przygniatając przedramieniem jej piersi.

– Jeśli nie będziesz posłuszna Jego Ekscelencji, nasi rycerze mogą zapomnieć, że złożyli śluby czystości – szepnął jej do ucha.

– Jesteście bydlętami! Niczym więcej jak tylko brudnymi wieprzami! – wykrztusiła Izabela.

W odpowiedzi wielki mistrz drugi raz ją spoliczkował.

– Właśnie wypełniłaś słowa Jezusa i nadstawiłaś drugi policzek – powiedział ze śmiechem, ale po chwili znów spoważniał. – Mogę cię zmusić do mówienia innym sposobem! Otóż jeśli nadal będziesz milczała, to każę, by co godzinę ścinano głowę jednej z twoich zakonnic.

– Jezus Chrystus przyjmie je do siebie, a ja podzielę ich los – powiedziała Izabela, bo nie miała pojęcia, jak inaczej mogłaby zareagować na jego słowa; gdy wszystkie siostry umrą, ona też nie będzie miała prawa nadal żyć.

Wielki mistrz zrozumiał, że mówiła to całkiem poważnie, i cofnął się o krok. Patrząc posępnym wzrokiem na nagą kobietę, myślał chaotycznie. Nie ma co liczyć, że przeorysza udzieli mu szybko informacji, na których mu tak zależy. Nic nie da próba zaszantażowania jej, że każe zabić zakonnice. Izabela jeszcze bardziej się zaprze, a na koniec poświęci własne życie, by choć w ten sposób odnieść nad nim zwycięstwo. Ale on nie po to stracił tyle lat życia, tropiąc tę tajemnicę, żeby poddać się tak blisko celu.

Uśmiechnął się, by pokazać swą przewagę, i usiadł z powrotem na krześle przeoryszy.

– Zaprowadźcie ją do jednej z pustych cel i zadbajcie, żeby nie uciekła – rozkazał swoim ludziom.

Ci chwycili Izabelę i pociągnęli ją w kierunku drzwi. Wkrótce potem znalazła się w pomieszczeniu, w którym starczało miejsca tylko na łóżko i krzesło. Wyjrzała przez okienko wielkości otworu strzelniczego, przez które mógłby uciec może gołąb, ale nie człowiek. Rozgniewana zaczęła złorzeczyć słowami, które nie powinny znaleźć się na ustach pobożnej przeoryszy. Gdyby ten drań umieścił ją przynajmniej razem z pozostałymi zakonnicami, może udałoby im się uciec przez tajemne przejście. A teraz wszystkie były uwięzione. Jedyną siostrą, która oprócz niej znała drogę ucieczki, była jej zastępczyni, a ta zginęła z rąk tych oprawców.

10

Pierwsze promienie słońca padły na korony drzew, a ciemność nocy ustąpiła miejsca złotemu blaskowi, w którym wyraźnie widać było otoczenie. Donata von Frommberg osunęła się na kolana. Nie była w stanie powiedzieć, jak długo biegła w nocy i jaką odległość udało jej się pokonać. Nie wiedziała też, w jakim właściwie biegnie kierunku. Klasztor mógł być wszędzie, na wschodzie, jak i na zachodzie. Obtarła sobie łydki i ramiona, w stopę wbił jej się kolec i – co było najgorsze ze wszystkiego – zgubiła sakiewkę przeoryszy.

Jej uwagę zwróciło pluskanie potoku. Wstała i pokuśtykała w tym kierunku. Po chwili dostrzegła przed sobą wodę. Dokuczliwe pragnienie zwyciężyło w tym momencie nad strachem. Nie miała żadnego naczynia do picia, jedynie własne dłonie, ubrudzone i poranione. Tam, gdzie się obtarła podczas upadku, była zaschnięta krew. Umyła sobie ręce i twarz w potoku, ale wciąż miała uczucie, że jest nieczysta. Jej pragnienie napicia się było jednak silniejsze od obrzydzenia.

Złożyła dłonie w taki sposób, że utworzyły czarkę. Gdy piła, w głowie miała gonitwę myśli. Napad na klasztor wydawał jej się złym snem, ale niestety był gorzką rzeczywistością. Wprawdzie przeorysza umożliwiła jej ucieczkę i poprosiła przy tym o wezwanie pomocy, ale pod gęstym dachem z listowia Donata nie mogła stwierdzić, gdzie znajduje się zachód. A nawet gdyby wiedziała, nic by jej to nie dało, bo po nocnej ucieczce nie czuła się na siłach, by pokonać pieszo daleką drogę do Würzburga.

Zaczęła płakać, przejęta tym, że musi wykonać zadanie, z którym sobie nie radzi. Jak dalece sięgała pamięcią, jej domem był klasztor, w którym żyła sobie bezpiecznie i nie musiała się przejmować światem zewnętrznym. Znała na pamięć wszystkie modlitwy i potrafiła haftować stroje duchownych oraz obrusy na ołtarz, ale nie znała nawet nazwy położonej najbliżej wioski. Würzburg znała tylko ze słyszenia. Opowiadały o nim inne zakonnice. Wiedziała, że to stolica biskupiego księstwa i że takich księstw na terenie Rzeszy jest więcej. Z jednej rzeczy zdawała sobie sprawę: w żadnym wypadku nie mogła iść na wschód, bo tam znajdowały się Czechy, kraj morderczych husytów, którzy nie napadli jeszcze na ich klasztor tylko dlatego, że leżał na uboczu.

– Pozbieraj się, Justyno! – powiedziała sama do siebie i dopiero wtedy przypomniała sobie, że właściwie ma teraz na imię Donata.

Imię to brzmiało dziwnie obco, a jednak będzie musiała je nosić do końca życia. Na tę myśl jej spojrzenie prześlizgnęło się po skałach i prastarych omszałych drzewach rosnących wokoło. Dopadł ją lęk niczym drapieżna bestia. Jeśli nie znajdzie ludzi, którzy jej pomogą, nie uda jej się tu długo przeżyć.

Ryk zwierzęcia sprawił, że się skuliła. Nie wiedziała, co za stworzenie go wydało, ale zabrzmiał tak głośno, że musiało być ono bardzo groźne.

Strach pędził ją naprzód, a ponieważ w tej chwili każdy kierunek mógł być niewłaściwy, szła w dół potoku. „W końcu – pomyślała – potok wpadnie do większej rzeki, a na jej brzegu będzie się z pewnością znajdować jakieś miasto albo przynajmniej wieś”. Przez chwilę Donata wyobrażała sobie, że przez wiele dni będzie daremnie biec i w końcu wyczerpana padnie na ziemię, by nigdy więcej nie wstać. Szybko przegnała tę myśl, ale ona wracała uparcie.

Bloki skalne i krzaki zagradzały jej drogę. Kilka razy straciła potok z oczu. Po długiej wędrówce dotarła do miejsca, gdzie strumień wrzynał się w strome zbocze gęsto porośniętego wzgórza. Dalej nie było przejścia. Z trudem próbowała obejść przeszkodę, ale nie odnalazła strumienia, szła więc przygnębiona dalej.

Gdy już się chciała poddać, dotarła do drogi i nabrała otuchy. Gliniasta, prawie prosta przecinająca las drożyna była wprawdzie wąska, ale wyraźnie widoczne były na niej koleiny pozostawione przez jakiś wóz. To dawało nadzieję, bo droga musiała prowadzić do miejsca, gdzie żyją ludzie. Ale w którą stronę powinna iść? Jeśli wybierze niewłaściwy kierunek, dotrze być może z powrotem do klasztoru i wpadnie w ręce mężczyzn, którzy dokonali napadu.

Ponieważ nie mogła się zdecydować, powiedziała cicho wyliczankę, a potem skręciła w prawo.

Minął jakiś czas i znów poczuła pragnienie, a także dotkliwy głód. Wszystko by dała za kawałek chleba i kubek wody wymieszanej z winem. Ale nie znalazła żadnego strumienia, z którego mogłaby się napić. Jej jedynym posiłkiem było kilka jagód, które uskubała po drodze z krzaka. Ponieważ siostry zbierały i podawały na deser właśnie takie jagody, zjadła je bez obaw. Znalazła ich jednak zbyt mało, by się nimi nasycić. Szła dalej, mając wrażenie, że los obchodzi się z nią szczególnie źle. Jej jedyną pociechą było to, że drzewa wkrótce się przerzedziły i mogła dostrzec słońce. Z ulgą stwierdziła, że faktycznie porusza się na zachód.

– Prawdopodobnie tą drogą dałoby się dojechać do klasztoru – powiedziała do siebie, żeby usłyszeć dźwięk swego głosu.

Minął dzień. Donata poczuła, że opada z sił. Dały znać o sobie nieprzespana noc, głód i wysiłek ucieczki. Chwiała się na nogach i w końcu upadła na ziemię. Nie miała nawet siły płakać. Leżała tylko cicho na drodze, przysypiając. Dopiero gdy zrobiło się ciemno, doszła nieco do siebie. Dalekie wycie wilka tak bardzo ją przestraszyło, że podczołgała się do krzaka i się w nim zaszyła. Ochłodziło się i niebawem dygotała z zimna.

– Och, Przenajświętsza Panienko, dlaczego mnie tak męczysz? – wyjęczała.

Dłonie przycisnęła do uszu, żeby nie słyszeć wilka, którego wycie dobiegało teraz z mniejszej niż wcześniej odległości. Strach powodował, że nie mogła usnąć, ale w końcu znużenie wzięło górę. I choć podczas snu nawiedzały ją koszmary, spała mocno.

11

Ze snu wyrwały ją pokrzykiwania i odgłos kopyt końskich. Przestraszona otworzyła oczy. Stwierdziła, że nastał już jasny dzień. Ostrożnie wystawiła głowę z zarośli.

W górę drogi jechało pięciu jeźdźców. O dziwo, prowadzili ze sobą szóstego konia, który miał na sobie damskie siodło. Donata poczuła ulgę, widząc, że mężczyźni mają na sobie zwykłe podróżne odzienie, a nie płaszcze z kapturami. Mimo to prawie pozwoliła, by przejechali obok. W ostatniej chwili zmusiła się, żeby wstać. Wygrzebała się z zarośli, stając tuż przed jednym z koni.

Jeźdźcy wyciągnęli z pochew miecze, ale zobaczywszy przed sobą pojedynczą osobę, a nie bandę zbójców, zatrzymali konie.

Ich przywódca, barczysty, silny mężczyzna w wieku trzydziestu, czterdziestu lat spojrzał nieufnie na Donatę.

– Kim jesteś? – zapytał oschle.

Donata uniosła błagalnie ręce.

– Musicie mi pomóc, panie! Źli ludzie napadli na nasz klasztor, zabili kilka sióstr, a resztę przetrzymują w niewoli. Mnie jedynej udało się uciec.

– O jakim klasztorze mówisz? Czy nie o tym, któremu przewodzi Izabela de Melancourt? – zapytał mężczyzna.

– Ależ tak, panie, o nim! – odpowiedziała Donata.

Mężczyzna się skrzywił.

– To fatalnie! Właśnie tam po kogoś jadę. Ilu mężczyzn was napadło?

– Nie mogłam ich zliczyć, ale na pewno ponad dwudziestu.

– Ponad dwudziestu? – odezwał się jeden z towarzyszy. – Nas jest tylko pięciu, a więc nie ma sensu narażać się dla sióstr, panie Hartwinie. Zwłaszcza że nie wiemy, czy wasza narzeczona jeszcze żyje.

– Może któryś z tych obwiesi ją zhańbił – dodał inny.

Donata zrozumiała, że mężczyźni nie mają najmniejszej ochoty zrobić czegokolwiek dla Izabeli de Melancourt i sióstr. Jednocześnie domyśliła się, że ów rycerz o wyglądzie prostego chłopa jest wyznaczonym jej narzeczonym.

– Jeśli dziewczyna nie żyje albo już nie jest dziewicą, nie potrzebujecie jej brać za żonę, a i tak możecie dostać spadek po bracie – powiedział jeden z rycerzy.

– Jesteś głupcem, Bubku! – zrugał go Hartwin von Frommberg. – Nawet gdybym był ślubnym dzieckiem, miałbym prawo tylko do zamku Frommbergów. Największa część tego, co mój brat nazywa swą własnością, została nadana mu przez króla jako lenno. Zygmunt może je w każdej chwili odebrać, jeśli następcą mojego brata nie zostanie potomek albo, jak w tym wypadku, potomkini z jego krwi. Do diabła! Dlaczego ci przeklęci bandyci nie napadli na ten klasztor kilka dni później?

To ostatnie zdanie sprawiło, że Donata poczuła niechęć do rycerza. Jednak w tej chwili nie miała nikogo innego, kogo mogłaby prosić o uratowanie przeoryszy i sióstr.

– Proszę was, panie, nie zostawiajcie nas na łaskę i niełaskę tych drani! Bóg wam to wynagrodzi! – mówiła z płaczem.

– Kim ty właściwie jesteś? – zapytał mężczyzna, którego nazywano Bubek.

Przez chwilę Donata zastanawiała się, czyby nie podać innego imienia i nie skłamać, że panna von Frommberg znajduje się wśród pojmanych zakonnic. Ponieważ rycerz Hartwin musiał się z nią ożenić, żeby otrzymać majątek po jej ojcu, musiałby pomóc. Ale gdy otworzyła usta, w ostatnim momencie przestraszyła się kłamstwa.

– Ja… jestem siostra Justyna.

– Justyna? To znaczy, że jesteś Donatą von Frommberg!

Rycerz Hartwin odetchnął z ulgą, a jeden z jego towarzyszy dał kamratowi kuksańca w bok, uśmiechając się złośliwie.

– Ta mała nie jest głupia! Wie, gdzie znajdzie wyściełane gniazdko. Na pewno usłyszała, że panna Donata ma zostać zabrana z klasztoru, i teraz się za nią podaje, żebyśmy ją zabrali.

– Jestem Donatą von Frommberg! – zawołała oburzona, ale jej słowa wywołały u tych ludzi tylko drwiący śmiech.

Hartwin von Frommberg popatrzył na nią przymrużonymi oczami. Wyglądał na zdezorientowanego. Jego zastępca Bubek podjechał do niego bliżej i wskazał na Donatę.