Wydawca: Biblioteka Analiz Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 348 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Folwark warszawski - Mateusz Poreda

Jak dużo mamy w swojej naturze zwierzęcych instynktów i zachowań? Gdzie są granice cywilizacyjnej ogłady, a gdzie zaczyna się darwinowska walka o byt?

Jedynym problemem wiodącego beztroskie życie, cynicznego studenta psychologii Janka Sobieskiego, wydaje się być pisanie pracy magisterskiej dotyczącej pochodzenia patologicznych zachowań ludzi od ich zwierzęcych przodków.

Praca ma mieć charakter eksperymentu społecznego, jej głównym zamierzeniem jest analiza zachowań ludzi z różnych grup społecznych, ale nie z pozycji obserwatora, a rzeczywistego uczestnika zdarzeń. Promotor nie oczekuje wysiadywania całymi dniami w bibliotece, tylko ?spania na ławce pod gazetami w slumsach i wciągania kresek koki z tyłków gwiazd popu?.

Nurkując przez przekrój grup społecznych, od dresiarzy i menelów po gwiazdy showbiznesu i polityki, Janek zaczyna na własne oczy poznawać zwierzęcą stronę ludzkiej natury. Jednocześnie uświadamia sobie, że postawiona w jego pracy magisterskiej teza jest zbyt optymistyczna - w rzeczywistości ludzie okazują się być bardziej zezwierzęceni, niż same zwierzęta.

 

W eksperymentalnej podróży w dorosłość Jankowi towarzyszą ekscentryczni znajomi:  uzależniony od marihuany i gier internetowych przyjaciel Marcel, siostra Natalia - hipiska i aktywistka oddana krucjacie o prawa mniejszości, Rafał - narcystyczny i pozbawiony talentu aktor, Samuel Schmidt - dążący do samodestrukcji promotor pracy magisterskiej, no i Majka, dziewczyna o której chciałby jak najszybciej zapomnieć.

 

Mateusz Poreda w oryginalny sposób wyśmiewa wszystko, co kojarzy nam się z telewizją i polityką. Folwark warszawski to opowieść o dorastaniu ? zarówno bohaterów historii, jak i otaczającego ich społeczeństwa.

 

Mateusz Poreda - student piątego roku Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Były członek zarządu studenckiej firmy consultingowej oraz International Manager konfederacji polskich firm studenckich, odpowiedzialny za reprezentowanie ich za granicą, w ramach międzynarodowej organizacji JADE. Pracował również w dziale produkcji jednego z polskich studiów filmowych. Świat biznesu równoważy artystycznymi pasjami. Poza pisaniem, zarówno powieści, jak i scenariuszy, występował na deskach warszawskich teatrów studenckich.

Opinie o ebooku Folwark warszawski - Mateusz Poreda

Fragment ebooka Folwark warszawski - Mateusz Poreda

© Co­py­ri­ght by Ma­te­usz Po­re­da, 2013

© Co­py­ri­ght by Ji­ra­fa Roja, 2013

Re­dak­cja: Da­riusz Pa­pież

Ko­rek­ta: Jo­an­na Ożóg

Ilu­stra­cja na okład­ce: Mo­ni­ka Win­nic­ka

Ła­ma­nie: Tat­su  tat­su@tat­su.pl

ISBN 978-83-63879-02-0

www.ji­ra­fa­ro­ja.pl

Wy­da­nie I 

War­sza­wa 2013

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

ROZDZIAŁ 1

– Two­je ży­cie musi po­wa­lać na ko­la­na! Ma być szyb­sze niż kino ak­cji i bar­dziej szo­ku­ją­ce niż zwie­rzę­ca por­no­gra­fia! Wy­maż z nie­go wszel­ką mo­no­to­nię. Je­że­li do tej pory my­łeś zęby zgod­nie ze wska­zów­ka­mi ze­ga­ra, to te­raz… prze­stań w ogó­le je myć! Za­mień po­ran­ną kawę na po­ran­ny seks, a wie­czor­ny jog­ging na nie­le­gal­ne wy­ści­gi ulicz­ne! Gdy Hol­ly­wo­od do­wie się o two­im ist­nie­niu, wy­twór­nie mają się po­za­bi­jać o pra­wa do opo­wie­dze­nia two­jej hi­sto­rii!

Za wszel­ką cenę sta­ra­łem się za­cho­wać kon­cen­tra­cję, ale pu­sty wzrok ota­cza­ją­cych mnie mar­twych zwie­rząt zna­czą­co utrud­niał to za­da­nie. Gdy sto­ją­ca na sto­li­ku ka­wo­wym wie­wiór­ka wy­ce­lo­wa­ła we mnie swo­je ogrom­ne sie­ka­cze, dłu­go­pis nie­mal wy­padł mi z ręki.

– Może pan po­wtó­rzyć tą część o zwie­rzę­tach? – w tych wa­run­kach cięż­ko było na­dą­żyć z no­to­wa­niem bez­cen­nych uwag dzie­ka­na, któ­ry był za­ra­zem (co na­pa­wa­ło mnie dumą) pro­mo­to­rem mo­jej pra­cy ma­gi­ster­skiej.

– Pro­szę cię, nie mów, że ty to wszyst­ko no­tu­jesz?

Pro­fe­sor Sa­mu­el Schmidt wy­sko­czył zza biur­ka, wy­rwał mi z rąk no­tes i od­czy­tał kil­ka ostat­nich zdań. Tak, no­to­wa­łem sło­wo w sło­wo.

– Jan­ku… po­wiem ci szcze­rze – na twa­rzy Schmid­ta ma­lo­wa­ło się za­ła­ma­nie – ze wzglę­du na two­ją re­pu­ta­cję dłu­go za­sta­na­wia­łem się nad tym, czy zo­stać two­im pro­mo­to­rem. We­dług mo­ich dro­gich ko­le­gów pro­fe­so­rów, któ­rzy zna­ją cię już kil­ka do­brych lat, je­steś naj­pil­niej­szym i naj­bar­dziej upo­rząd­ko­wa­nym, a tym sa­mym naj­nud­niej­szym uczniem w hi­sto­rii tego uni­wer­sy­te­tu – tu ci­snął moim no­te­sem do ko­sza na śmie­ci.

– Dzię­ku­ję… – z nie­po­ko­jem śle­dzi­łem los mo­ich skru­pu­lat­nie wy­ko­na­nych no­ta­tek, pusz­cza­jąc pe­jo­ra­tyw­ny ko­men­tarz mimo uszu.

– To nie był kom­ple­ment. – Sa­mu­el po­gła­skał wy­pcha­ne­go bor­su­ka, któ­ry zdo­bił jego ma­ho­nio­we biur­ko, po czym tą samą ręką po­pra­wił swo­ją siwą czu­pry­nę. Wzdry­gną­łem się na samą myśl o prze­nie­sio­nych pa­so­ży­tach.

– Z góry ostrze­gam, że je­że­li pra­ca choć w ułam­ku przy­po­mi­nać bę­dzie two­je sza­re ży­cie, nie do­sta­niesz za­li­cze­nia, nie wspo­mi­na­jąc na­wet o wy­ma­rzo­nym sta­żu w mo­jej pry­wat­nej kli­ni­ce.

Tu z sen­ty­men­tem ro­zej­rzał się po ta­pe­tu­ją­cych ścia­nę cer­ty­fi­ka­tach i od­zna­cze­niach. Na za­szczyt­nym miej­scu wi­siał dy­plom dla naj­lep­szej pla­ców­ki psy­cho­lo­gicz­nej w kra­ju, któ­ry ośro­dek pro­fe­so­ra Sa­mu­ela Schmid­ta zdo­był już czwar­ty raz z rzę­du.

– Od tej pory będę żył na kra­wę­dzi… – obie­ca­łem, po­pra­wia­jąc de­li­kat­nie wy­gię­ty koł­nierz ko­szu­li. – A może mi pan po­le­cić ja­kieś ar­ty­ku­ły lub książ­ki, któ­re po­mo­gą mi w pi­sa­niu pra­cy?

– Książ­ki? A kto w tych cza­sach czy­ta książ­ki? – pro­fe­sor był wy­raź­nie za­sko­czo­ny moim po­my­słem. – Two­ja pra­ca bę­dzie mia­ła cha­rak­ter eks­pe­ry­men­tu spo­łecz­ne­go. Je­że­li ma być wia­ry­god­na, mu­sisz oprzeć się na ob­ser­wa­cji wszyst­kich grup spo­łecz­nych: od me­ne­lów i dre­sia­rzy, po­przez kla­sę śred­nią i in­te­li­gen­cję, na po­li­ty­kach i ce­le­bry­tach skoń­czyw­szy.

– Ale nie znam oso­bi­ście żad­nych po­li­ty­ków i ce­le­bry­tów… – zgło­si­łem sprze­ciw – a tym bar­dziej me­ne­lów i dre­sia­rzy.

– To po­znasz! – podi­ry­to­wa­ny pro­fe­sor tup­nął nogą, że aż wy­pcha­ny dzik pod­sko­czył do góry. – Pa­mię­tasz po­czą­tek mo­jej pod­nio­słej prze­mo­wy, kie­dy to wzmian­ko­wa­łem o po­ry­wa­ją­cej przy­go­dzie ży­cia, któ­rą masz prze­żyć? Czę­ścią tej baj­ko­wej przy­go­dy bę­dzie spa­nie na ław­ce pod ga­ze­ta­mi w slum­sach i wcią­ga­nie kre­sek koki z tył­ków gwiazd popu.

– Ale jak niby mam to zro­bić?

– So­bie­ski, chcesz, że­bym się na cie­bie po­gnie­wał?

Pro­fe­sor usiadł na biur­ku, od­pa­la­jąc pa­pie­ro­sa. Ga­bi­ne­to­wy czuj­nik dymu za­le­pio­ny był gru­bą war­stwą ta­śmy kle­ją­cej. Dzie­kan świe­cił przy­kła­dem prze­strze­ga­nia za­sad BHP.

– Nie spieprz tego. – Schmidt nie prze­bie­rał w sło­wach. – Wszy­scy stu­den­ci psy­cho­lo­gii śnią po no­cach o sta­żu w mo­jej kli­ni­ce, a ty sta­jesz przed re­al­ną szan­są speł­nie­nia tego ma­rze­nia. Wy­star­czy, że na­pi­szesz naj­lep­szą pra­cę ma­gi­ster­ską, jaką wi­dzia­ła ta uczel­nia! Masz ku temu moż­li­wo­ści, w to nie wąt­pię, ale w two­jej pra­cy mu­szę zo­ba­czyć, że masz coś jesz­cze. Wiesz, co mam na my­śli?

– Wy­obraź­nię?

– Jaja! – po­pra­wił mnie Sa­mu­el. – W tej pra­cy chcę zo­ba­czyć two­je wiel­kie, so­czy­ste jaja! A te­raz zmy­kaj. Mam waż­ne spo­tka­nie.

Wsta­łem, ski­ną­łem gło­wą, lecz za­miast wyjść z ga­bi­ne­tu, przy­kuc­ną­łem nad ko­szem na śmie­ci, szu­ka­jąc spo­so­bu na czy­ste od­zy­ska­nie no­ta­tek.

Do­pie­ro po chwi­li zda­łem so­bie spra­wę, że Schmidt nadal mnie ob­ser­wu­je.

– Ma pan może gu­mo­we rę­ka­wicz­ki? – za­ry­zy­ko­wa­łem py­ta­niem, ale w od­po­wie­dzi pa­dło tyl­ko nie­na­wist­ne wark­nię­cie.

Prze­mo­głem się i z obrzy­dze­niem, uży­wa­jąc je­dy­nie ko­niusz­ków pal­ców, wy­cią­gną­łem no­tat­nik i szyb­ko wrzu­ci­łem go do ple­ca­ka.

Nie chcąc jesz­cze bar­dziej pro­wo­ko­wać dzie­ka­na, rzu­ci­łem się ku wyj­ściu. Schmidt dość mgli­ście na­kre­ślił mi za­rów­no plan, jak i spo­sób pi­sa­nia pra­cy, ale dal­sze py­ta­nia o ta­jem­ni­cze wy­tycz­ne nie mia­ły­by więk­sze­go sen­su. Mimo to po­zo­sta­wa­ła jed­na pa­sjo­nu­ją­ca mnie kwe­stia:

– Mogę mieć do pana jed­no pry­wat­ne py­ta­nie… – od­wró­ci­łem się od drzwi, przy­ła­pu­jąc pro­fe­so­ra na wy­cią­ga­niu z szu­fla­dy biur­ka flasz­ki z bursz­ty­no­wym pły­nem, któ­rą szyb­ko ukrył za ogo­nem bor­su­ka – na kam­pu­sie cho­dzą plot­ki, że zmie­nił pan na­zwi­sko ze Schnit­zel­ma­cher. To praw­da?

– Urzęd­ni­kom ger­ma­ni­zu­ją­cym mo­ich pra­dziad­ków nie bra­ko­wa­ło po­czu­cia hu­mo­ru, po­dob­nie zresz­tą jak two­im ro­dzi­com – od­parł ką­śli­wie, już bez krę­pa­cji spi­ja­jąc so­lid­ne­go łyka whi­sky. – Masz jesz­cze ja­kieś bły­sko­tli­we py­ta­nia?

Wy­star­czy­ło ob­jąć ga­bi­net wzro­kiem, by zro­zu­mieć, że dzie­kan był ty­pem fa­ce­ta, któ­re­go le­piej nie draż­nić. Dy­plo­my wy­da­wa­ły się je­dy­nym ele­men­tem ty­po­wym dla aka­de­mic­kich po­miesz­czeń. Bar­dziej jed­nak niż one w oczy rzu­ca­ły się opra­wio­ne w ram­ki, nie­mal­że nie­cen­zu­ral­ne zdję­cia z mło­dzień­czych lat Schmid­ta w ze­spo­le hard roc­ko­wym i mul­tum wy­pcha­nych tro­fe­ów my­śliw­skich, któ­rym akom­pa­nio­wa­ła za­wie­szo­na wśród po­ro­ży strzel­ba (zda­je się zresz­tą, że wbrew re­gu­la­mi­no­wi uczel­ni). Wy­sze­dłem na ko­ry­tarz z na­dzie­ją, że Cze­chow się my­lił.

***

Ja – nud­ny?! Co za bzdu­ra! – my­śla­łem, je­dząc ka­nap­kę w dro­dze po­wrot­nej z bi­blio­te­ki. Idąc chod­ni­kiem, do­ko­ny­wa­łem wszel­kich sta­rań, żeby omi­jać kra­wę­dzie łą­czą­ce pły­ty. Sło­wa pro­mo­to­ra od ty­go­dnia nie da­wa­ły mi spo­ko­ju.

Co taki dzie­kan, wiel­ka oso­bi­stość świa­ta psy­cho­lo­gii o wy­raź­nych skłon­no­ściach au­to­de­struk­cyj­nych, może wie­dzieć o mo­jej skrom­nej oso­bie? Pierw­sze sły­szę, żeby skru­pu­lat­ność, obo­wiąz­ko­wość i od­po­wie­dzial­ność były ce­cha­mi ne­ga­tyw­ny­mi! Mia­łem dość ja­sno okre­ślo­ny cel i szcze­gó­ło­wy plan, jak go zre­ali­zo­wać. Wy­star­czy­ło po pro­stu nie zba­czać z wy­zna­czo­nej ścież­ki. Ce­ni­łem bez­pie­czeń­stwo i spo­kój, ale żeby od razu na­zy­wać moje ży­cie sza­rym? Cho­le­ra, na­dep­ną­łem na kra­wędź.

Ok, w moje ży­cie wkra­dła się może mo­no­to­nia i na­wet by­łem jej świa­dom, ale w grun­cie rze­czy wca­le mi ona nie prze­szka­dza­ła. Nie by­łem roz­cza­ro­wa­ny ru­ty­ną. Ba! Za­ry­zy­ko­wał­bym stwier­dze­nie, że by­łem naj­szczę­śliw­szym czło­wie­kiem na świe­cie.

No bo może i do tej pory zbyt wie­le nie osią­gną­łem, ale wie­rzy­łem, że była to wy­łącz­nie kwe­stia cza­su. Nie za­ra­bia­łem żad­nych pie­nię­dzy, ale moje kon­to w ma­gicz­ny spo­sób co mie­siąc za­si­la­ły za­strzy­ki go­tów­ki od ojca, co za­pew­nia­ło mi bez­cen­ną bez­tro­skę. Nie mia­łem am­bi­cji, by zna­leźć się na okład­ce Forb­se’a, więc póki co w zu­peł­no­ści wy­star­cza­ła mi moż­li­wość za­spo­ko­je­nia mo­ich stu­denc­kich po­trzeb. A o fi­nan­so­wą przy­szłość po od­cię­ciu pę­po­wi­ny też spe­cjal­nie się nie mar­twi­łem. Do edu­ka­cji, a tym sa­mym fun­da­men­tu mo­jej ka­rie­ry za­wo­do­wej, pod­cho­dzi­łem za­wsze bar­dzo po­waż­nie, cho­ciaż ka­rie­ra nie była dla mnie ce­lem sa­mym w so­bie. Bar­dziej na­rzę­dziem. Fi­la­rem mo­je­go szczę­ścia i ładu była…

Para dre­sia­rzy ma­sze­ro­wa­ła dum­nie rów­no­le­głym chod­ni­kiem. Mój szó­sty zmysł na­tych­miast wy­czuł jed­no z naj­więk­szych za­gro­żeń, ja­kie czy­ha­ły w miej­skiej dżun­gli. Jak za­wsze w ta­kiej sy­tu­acji in­tu­icja pod­po­wia­da­ła mi, że­bym za­wró­cił, ukrył się mię­dzy drze­wa­mi, zszedł z pola wi­dze­nia po­dej­rza­nych ty­pów, ale w tym mo­men­cie roz­brzmie­wa­ją­ce w mo­jej gło­wie sło­wa pro­fe­so­ra Schmid­ta oka­za­ły się gło­śniej­sze.

Sko­ry­go­wa­łem tor ru­chu, pę­dząc pro­sto na dwóch osob­ni­ków ubra­nych tak, jak gdy­by upra­wia­li jog­ging lub szli na mecz. Oba­wia­łem się jed­nak, że ich za­mia­ry nie mia­ły nic wspól­ne­go ze spor­tem. Z każ­dym kro­kiem wzma­ga­ło się we mnie prze­ra­że­nie i na­dzie­ja, że moje po­dej­rze­nia są nie­słusz­ne. Może ci dżen­tel­me­ni byli tyl­ko nie­win­ny­mi stu­den­ta­mi, któ­rzy naj­zwy­czaj­niej w świe­cie mie­li taki styl ubie­ra­nia się?

– Po­ży­czysz port­fel? – ni­ski głos gro­dzą­ce­go mi dro­gę chło­pa­ka spra­wił, że moja wia­ra w ludz­kie do­bro ru­nę­ła jak do­mek z kart.

Odzia­ny w spodnie dre­so­we i T-shirt trze­cio­li­go­we­go klu­bu pił­kar­skie­go dwu­dzie­sto­kil­ku­la­tek chy­ba jed­nak nie był stu­den­tem, po­dob­nie zresz­tą jak to­wa­rzy­szą­cy mu dwu­me­tro­wy ły­sol.

– I ko­mó­rę… – do­dał nad wy­raz wy­so­kim, wręcz pi­skli­wym gło­sem łysy, otrze­pu­jąc ze żwi­ru no­wiut­kie, bo wciąż świe­cą­ce się jak jego gla­ca, adi­da­sy.

Czte­ry od­bla­sko­we pa­ski bie­gną­ce od obu­wia przez dre­so­wy kom­plet aż po za­ni­ka­ją­cą szy­ję świad­czy­ły wy­raź­nie o tym, że męż­czy­zna dbał, by za­wsze być wi­docz­nym na dro­dze.

– A kie­dy od­da­cie? – za­py­ta­łem na­iw­nie, wy­cią­ga­jąc z kie­sze­ni żą­da­ne ode mnie przed­mio­ty. Szyb­ko jed­nak zro­zu­mia­łem, że coś jest nie tak. – Za­raz, prze­pra­szam pa­no­wie, czy wy chce­cie mnie okraść? – zde­cy­do­wa­łem się za­py­tać wprost, nie­po­strze­że­nie cho­wa­jąc z po­wro­tem ko­mór­kę i port­fel.

Gdy chło­pa­ki za­sta­na­wia­li się nad od­po­wie­dzią, ką­tem oka zba­da­łem ewen­tu­al­ne dro­gi uciecz­ki. Mo­głem biec, ale otwar­ta prze­strzeń Pola Mo­ko­tow­skie­go nie da­wa­ła szans na dzia­ła­nia dy­wer­syj­ne.

– No a co, kur­wa!? – od­po­wie­dział niż­szy, naj­wy­raź­niej mózg przed­się­wzię­cia.

– Aha, to ja w ta­kim ra­zie… – już chcia­łem za­koń­czyć tą nie­wąt­pli­wie głę­bo­ką kon­wer­sa­cję, gdy po­tęż­na łapa ły­se­go za­ci­snę­ła się na mo­jej krta­ni.

Czu­łem się jak mała mysz przy­gnie­cio­na ko­cią łapą. Od gry­zo­nia róż­ni­ło mnie tyl­ko to, że nie pró­bo­wa­łem za wszel­ką cenę wy­do­stać się z pu­łap­ki dra­pież­ni­ka. Wie­dzia­łem, że opór tyl­ko po­gor­szył­by moją sy­tu­ację.

– Wy­ska­kuj z kasy! – za­żą­dał niż­szy, dum­nie za­gi­na­jąc da­szek nie­co przy­ma­łej bejs­bo­lów­ki z wy­mow­nym na­dru­kiem HWDP.

Nim jed­nak się­gną­łem do kie­sze­ni, na żwi­ro­wej ulicz­ce tuż obok nas za­trzy­mał się ra­dio­wóz. Przez okno po­jaz­du wy­glą­dał oty­ły funk­cjo­na­riusz, za­ja­da­jąc się opły­wa­ją­cą lu­krem droż­dżów­ką.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – za­py­tał, za­pi­ja­jąc po­si­łek ły­kiem kawy.

Mi­nę­ła chwi­la, nim na­past­ni­cy uświa­do­mi­li so­bie, że na dro­dze do zdo­by­czy sta­nę­ła im więk­sza ryba.

– Ja­cha, pa­nie wła­dza, to prze­cież nasz zio­mek, co nie? – od­parł z ol­brzy­mią dozą wia­ry­god­no­ści niż­szy chło­pak, in­stynk­tow­nie prze­krę­ca­jąc bejs­bo­lów­kę o 180 stop­ni.

– Ty, Ju­rek, tam­ci chy­ba spo­ży­wa­ją al­ko­hol! – spo­strzegł ofi­cer w fo­te­lu pa­sa­że­ra, wska­zu­jąc na trój­kę stu­den­tów sie­dzą­cych na ław­ce w cie­niu roz­ło­ży­ste­go kasz­ta­now­ca.

Moi ró­wie­śni­cy, gdy tyl­ko spo­strze­gli mun­du­ro­wych, dys­kret­nie (jak im się wy­da­wa­ło) wsu­nę­li pusz­ki z pi­wem do ple­ca­ków.

Po­li­cjan­ci nie dali się zwieść. Ru­szy­li z pi­skiem opon, zo­sta­wia­jąc mnie na pa­stwę mo­ich opraw­ców. Jak zwy­kle wy­bra­li sy­tu­ację o więk­szej szko­dli­wo­ści spo­łecz­nej.

– Psy już ci nie po­mo­gą… – niż­szy po­pra­wił bejs­bo­lów­kę, pre­zen­tu­jąc mi zdo­bią­cą ją in­skryp­cję – wy­cią­gaj hajs!

– Ale za­raz, pa­no­wie – za­pro­te­sto­wa­łem – nie pod­ka­blo­wa­łem was po­li­cji – co ko­re­lo­wa­ło ze zgnia­ta­ją­cą moją krtań łapą ły­se­go. – Czy wasz ko­deks ho­no­ro­wy nie na­ka­zu­je zo­sta­wić mnie w spo­ko­ju?

– Ej, czy on nas ob­ra­ża? – za­py­tał wyż­szy, za­ci­ska­jąc pię­ści.

Głos ły­se­go drą­ga­la był tak ni­ski, że jego dłuż­sza wy­po­wiedź wy­star­czy­ła­by, żeby ściąć mózg lub przy­wo­łać sta­do bez­pań­skich psów. Sko­ja­rzy­ło mi się to z dzi­ki­mi ko­ta­mi, któ­re pa­ra­li­żu­ją swo­je ofia­ry nie tyl­ko wi­do­kiem ostrych kłów, ale też in­fra­dź­wię­ka­mi za­war­ty­mi w ich ryku. Za­raz, o czym ja my­ślę? Chy­ba za­czy­na bra­ko­wać mi po­wie­trza.

– Spo­ko Łysy, ko­leż­ka jest nie­ku­ma­ty – ni­ski kom­pan na szczę­ście zdo­łał w porę wy­ja­śnić sy­tu­ację, co au­to­ma­tycz­nie po­lu­zo­wa­ło uścisk drą­ga­la.

– Ad­rian, nie mów do mnie po ksy­wie. – Łysy szep­nął kon­spi­ra­cyj­nie do ucha niż­sze­go ko­le­gi, pra­gnąc, by jego jak­że ory­gi­nal­ne i za­ska­ku­ją­ce prze­zwi­sko po­zo­sta­ło ta­jem­ni­cą.

Niż­szy, za ujaw­nie­nie imie­nia, wal­nął Ły­se­go w tył gło­wy, do któ­re­go zresz­tą le­d­wo do­się­gnął.

– Gdy­byś po­wie­dział coś psom, już byś nie żył – zwró­cił się do mnie. – A tak, to na­wet wpier­dol nie bę­dzie – ode­tchną­łem z ulgą. – Ale ko­mó­rę i hajs mu­si­my za­brać, taka ro­bo­ta.

Już chcia­łem zrzec się żą­da­nych obiek­tów, gdy w mo­jej gło­wie roz­brzmia­ły wąt­pli­wo­ści, co dziw­ne, gło­sem Schmid­ta – „I to ma być przy­go­da? A co cie­ka­we­go jest w pod­da­niu się na­past­ni­kom?! Zrób coś, do cho­le­ry!”.

„W su­mie co mi szko­dzi.” – po­my­śla­łem na­iw­nie – „wy­star­czy, że za­ła­twię spra­wę de­li­kat­nie.” – na­stęp­nie zwra­ca­jąc się do na­past­ni­ków:

– Wy­bacz­cie pa­no­wie, ale mo­że­cie mi ob­cią­gnąć.

***

Wyda się to może szo­ku­ją­ce, ale opór nie na wie­le się zdał. Co praw­da moja wul­gar­na wy­po­wiedź zo­sta­ła przy­ję­ta nad wy­raz po­błaż­li­wie, ale te­le­fon i port­fel i tak stra­ci­łem. Na­stęp­nie, żeby nie było zbyt pięk­nie, dżen­tel­me­ni w dre­sach uzna­li, że mam pe­dal­skie buty, dla­te­go też, rzecz ja­sna dla mo­je­go do­bra, po­sta­no­wi­li mi je skon­fi­sko­wać.

Po­ko­nu­jąc resz­tę dro­gi boso, przy­cią­ga­łem wzrok roz­ba­wio­nych prze­chod­niów. Czu­łem się jak po­zba­wio­ny ogo­na kot, któ­ry wśród resz­ty sta­da po­strze­ga­ny jest jako osob­nik gor­szy.

Zda­ję so­bie spra­wę, że sto­so­wa­nie tak czę­stych po­rów­nań do świa­ta zwie­rząt wy­da­je się in­fan­tyl­ne i nie­dzi­siej­sze, albo in­a­czej – de­bil­ne i nie­mod­ne. Otóż nie jest to do koń­ca ob­jaw mo­je­go zdzi­wa­cze­nia – uwa­żam się za oso­bę re­la­tyw­nie nor­mal­ną. Sto­so­wa­ne prze­ze mnie za­bie­gi sty­li­stycz­ne mają cha­rak­ter czy­sto na­uko­wy.

Wy­tłu­ma­czę to tak: je­stem stu­den­tem pią­te­go roku psy­cho­lo­gii na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim i pi­szę pra­cę ma­gi­ster­ską pod ty­tu­łem „Stu­dium za­cho­wań homo sa­piens jako do­wód na ich ewo­lu­cję od naj­pry­mi­tyw­niej­szych form ży­cia”.

Od po­cząt­ku stu­diów ma­rzy­łem o tym, żeby otrzy­mać staż w le­gen­dar­nej już, pry­wat­nej kli­ni­ce rów­nie sław­ne­go Sa­mu­ela Schmid­ta, a gdy do­wie­dzia­łem się, że prze­pust­ką do mo­ich ma­rzeń może stać się pra­ca ma­gi­ster­ska, po­sta­wi­łem wszyst­ko na jed­ną kar­tę. Ostat­nie dwa lata wy­ci­ska­łem z sie­bie siód­me poty, żeby zna­leźć się w eli­tar­nym gro­nie jego se­mi­na­rzy­stów, a te­raz – gdy w koń­cu mi się to uda­ło – czu­łem, że nie je­stem jesz­cze na­wet w po­ło­wie dro­gi.

Nad te­ma­ty­ką pra­cy gło­wi­łem się całe wa­ka­cje. Jej do­bór nie mógł wy­ni­kać z mo­jej pa­sji czy ja­kich­kol­wiek głęb­szych prze­sła­nek – naj­zwy­czaj­niej w świe­cie mu­siał być pod­pa­so­wa­ny pod dzie­ka­na Schmid­ta, któ­ry zna­ny był z za­mi­ło­wa­nia do kon­tro­wer­sji. Ta nie­do­szła gwiaz­da roc­ka spe­cja­li­zo­wa­ła się w za­bu­rze­niach pro­ce­sów psy­chicz­nych (na któ­re zresz­tą z dzie­więć­dzie­się­cio­pro­cen­to­wym praw­do­po­do­bień­stwem sam cier­piał), więc en­tu­zja­stycz­nie pod­szedł do mo­jej pro­po­zy­cji i chęt­nie po­sta­wił mnie przed wy­zwa­niem udo­wod­nie­nia mu, że wszel­kie od­chy­le­nia od nor­my w ludz­kich skłon­no­ściach i za­cho­wa­niu to wca­le nie spo­łecz­ne pa­to­lo­gie, tyl­ko spa­dek po na­szych zwie­rzę­cych przod­kach.

Te­mat pra­cy, nie dość że speł­niał wszyst­kie wy­ma­ga­nia pro­mo­to­ra (któ­ry do­dat­ko­wo był pa­sjo­na­tem fau­ny, cho­ciaż pre­fe­ro­wał ją w for­mie mar­twej na­tu­ry), to jesz­cze wy­da­wał się względ­nie pro­sty – mia­łem udo­wod­nić, że nie ode­szli­śmy da­le­ko od na­szych zwie­rzę­cych przod­ków, cze­go po­twier­dze­nie znaj­do­wa­łem nie­mal­że na każ­dym kro­ku.

Z dru­giej stro­ny wie­dzia­łem jed­nak, że awan­gar­do­wy pro­fe­sor nie przyj­mie mnie na staż, póki moja pra­ca nie bę­dzie lep­sza niż bi­blia i Har­ry Pot­ter w jed­nym. Ma­sze­ru­jąc boso i z pu­sty­mi kie­sze­nia­mi, czu­łem, że nic nie jest w sta­nie mnie za­trzy­mać.

– Chłop­cze, cze­mu pa­ra­du­jesz po uli­cy bez obu­wia? – na mo­jej dro­dze wy­ro­sło na­gle dwóch straż­ni­ków miej­skich.

Mun­du­ro­wi ni­czym czuj­ne psy wy­niu­cha­li, że coś jest nie tak.

– Wi­docz­nie pro­si się o man­dat! – stwier­dził dru­gi, wy­cią­ga­jąc no­tes.

– Są na to pa­ra­gra­fy? – za­py­ta­łem po­waż­nie, zer­ka­jąc na moje na­gie sto­py.

– Ty, on chy­ba jest pi­ja­ny… – stwier­dził ura­żo­ny moim py­ta­niem straż­nik. – Na­zwi­sko! – za­żą­dał.

– So­bie­ski Jan… – od­par­łem, na twa­rzach straż­ni­ków do­strze­ga­jąc nie­do­wie­rza­nie.

Już chcia­łem się­gnąć po do­wód, gdy przy­po­mnia­łem so­bie, że znaj­do­wał się w skra­dzio­nym mi wcze­śniej port­fe­lu.

– I może jesz­cze pod Grun­wal­dem miesz­kasz? – in­te­li­gent­nie za­żar­to­wał je­den ze straż­ni­ków.

– To nie ten król… – po­pra­wi­łem uprzej­mie, lecz pa­no­wie straż­ni­cy nie przy­kła­da­li spe­cjal­nej wagi do zgod­no­ści hi­sto­rycz­nych fak­tów.

W funk­cjo­na­riu­szach coś pę­kło. Zro­zu­mia­łem, że w ich oczach by­łem upier­dli­wym, draż­nią­cym się z nimi ko­tem. Nie­ste­ty, tych psów nie krę­po­wa­ły żad­ne łań­cu­chy.

– Zo­ba­czy­my, jaki bę­dziesz mą­dry na ko­men­dzie…

***

Straż miej­ska do­trzy­ma­ła sło­wa. Wy­star­czył je­den te­le­fon do „Zby­cha” z po­bli­skie­go po­ste­run­ku, by zna­la­zło się dla mnie miej­sce w przy­tul­nej celi. By­łem pod wra­że­niem, że sys­tem kar­ny dzia­łał w na­szym kra­ju aż tak spraw­nie.

Jesz­cze przed go­dzi­ną grzecz­nie uczy­łem się w bi­blio­te­ce, a te­raz sie­dzia­łem za krat­ka­mi. I kto by po­my­ślał, że do­bre rady Schmid­ta tak szyb­ko za­pro­wa­dzą mnie aż tak da­le­ko.

Nie­ste­ty i tu nie za­zna­łem spo­ko­ju. Celę dzie­li­łem z pi­ja­nym jak szpa­del pa­nem Wład­kiem. Gdy za­py­ta­łem ofi­ce­ra dy­żur­ne­go, dla­cze­go nie trzy­ma­ją Wła­dy­sła­wa na izbie wy­trzeź­wień, od­po­wie­dział mi, że nie mają tam już miejsc. Sko­ro tak peł­no było tu w śro­do­we po­po­łu­dnie, prze­szło mi przez myśl, że w piąt­ko­wy wie­czór pa­no­wie po­li­cjan­ci mu­szą chy­ba za­bie­rać trzeź­wych in­a­czej je­go­mo­ściów do swo­ich do­mów.

Roz­mo­wa z Wład­kiem (z któ­rym na­tych­miast prze­szli­śmy na „ty”) spra­wi­ła, że sam po­czu­łem się jak po kil­ku głęb­szych:

– Słu­chaj Edek… – za­czął Wła­dy­sław, z nie­ma­łym tru­dem wy­do­by­wa­jąc z sie­bie każ­de sło­wo.

– Ja­nek… – mi­mo­wol­nie po­pra­wi­łem to­wa­rzy­sza nie­do­li.

– Ma­rek. Je­steś dla mnie jak syn – kon­ty­nu­ował – nie chcę, że­byś skoń­czył jak ja… – tu mu się od­bi­ło. – Ty Ma­re­czek wyj­dziesz na lu­dzi, je­steś rów­ny gość. Nie dla cie­bie kry­mi­nał. Sam prze­ki­blo­wa­łem kil­ka lat i po­wiem ci, że jak już wpad­niesz do tego sra­cza, to już z nie­go nie wyj­dziesz. Pań­stwo za­raz spusz­cza wodę.

Wła­dek przy­bli­żył się do mnie, wy­peł­nia­jąc moje noz­drza sub­tel­ną wo­nią czło­wie­ka, któ­ry nie za­znał ką­pie­li od mie­się­cy.

– Nie po­zwo­lę, byś zgnił w pier­dlu, Eduś.

Po wy­po­wie­dze­niu tych wiel­kich słów, Wła­dek ro­zej­rzał się w koło, kon­spi­ra­cyj­nie się­ga­jąc dło­nią do swo­ich gaci. Po­grze­bał w nich tro­chę, wy­cią­ga­jąc po chwi­li alu­mi­nio­wą łyż­kę. Pa­trzył na mnie z taką dumą, jak­by za­miast sztuć­ca wy­jął po­kaź­nych roz­mia­rów przy­ro­dze­nie.

– Wy­do­sta­nę nas stąd – szep­nął ra­do­śnie. – Nie dam im znisz­czyć… na­szych ma­rzeń!

Na­pę­dzo­ny okrzy­kiem Wła­dek pod­biegł do ścia­ny i za­czął okła­dać ją łyż­ką. Do­my­śli­łem się, że jego ge­nial­ny plan za­kła­da zro­bie­nie pod­ko­pu. Nie­ste­ty nim zdo­łał co­kol­wiek zdzia­łać, zgiął się w pół i jak kot pró­bu­ją­cy od­chrząk­nąć kła­czek, po­mę­czył się chwi­lę, po czym pu­ścił pa­wia i po­ło­żył się pod ścia­ną, przy­ci­na­jąc ko­ma­ra.

Za­zna­łem w koń­cu upra­gnio­nej ci­szy. Przy­sia­dłem na pry­czy, uśmie­cha­jąc się do sie­bie.

Zdra­dzi­łem już, że uwa­ża­łem się za oso­bę ogrom­nie szczę­śli­wą. Przy­go­dy po­dob­ne do dzi­siej­szych do­tych­czas sta­ra­łem się omi­jać z da­le­ka, ale na­wet gdy­by przy­tra­fia­ły mi się co­dzien­nie, to i tak nie mógł­bym na­rze­kać. Zresz­tą, cze­go jesz­cze mo­głem chcieć, sko­ro mia­łem już wszyst­ko?

– So­bie­ski! – krzyk­nął straż­nik, wy­ry­wa­jąc mnie z za­my­śle­nia. – Masz szczę­ście. Ktoś przy­niósł two­je do­ku­men­ty. Wy­cho­dzisz.

Nie­co za­sko­czo­ny opu­ści­łem celę, roz­glą­da­jąc się za moim wy­ba­wi­cie­lem, a ra­czej wy­ba­wi­ciel­ką.

I wte­dy ją uj­rza­łem – mi­łość mego ży­cia.

By­łem ty­pem czło­wie­ka, któ­ry nig­dy nie zwra­cał uwa­gi na wy­gląd in­nych. Nie ob­cho­dzi­ło mnie, ja­kie­go ko­lo­ru ktoś ma wło­sy; czy jest gru­by, czy chu­dy; jaką ma cerę lub w co jest ubra­ny. Moje po­dej­ście zmie­nia­ło się o 180 stop­ni, gdy sta­wa­ła przede mną Maja.

Mo­głem ga­pić się na nią ca­ły­mi go­dzi­na­mi. O każ­dym cen­ty­me­trze kwa­dra­to­wym jej cia­ła mo­głem pi­sać epo­pe­je. Jej cia­ło było moją bi­blią, któ­rą po­boż­nie stu­dio­wa­łem każ­de­go wie­czo­ra (i w trak­cie dnia, gdy przy­da­rza­ła się ku temu oka­zja).

Do­tyk jej kru­czo­czar­nych wło­sów, któ­re spły­wa­ły wzdłuż ra­mion jak wo­do­spa­dy ropy naf­to­wej spra­wiał, że czu­łem się bo­gat­szy niż Exxon Mo­bil, Shell i BP ra­zem wzię­te. Trzy słod­kie pie­przy­ki zdo­bi­ły jej bla­dy po­li­czek ni­czym czar­ne per­ły. Jej piw­ne oczy były dla mnie tym, czym głę­bia bu­tel­ki dla al­ko­ho­li­ka. Jej szczu­pła syl­wet­ka, de­li­kat­nie za­okrą­glo­ne kształ­ty opra­wio­ne w zwiew­ną, tur­ku­so­wą su­kien­kę po­wo­do­wa­ły u mnie… każ­dy fa­cet wie, co po­wo­do­wa­ły…

– So­bie­ski, co zno­wu prze­skro­ba­łeś? – za­py­ta­ła roz­ba­wio­na Maj­ka, przy­tu­la­jąc mnie na po­wi­ta­nie.

Choć sie­dzia­łem w aresz­cie tyl­ko pół­to­rej go­dzi­ny, czu­łem się jak de­ge­ne­rat wy­cho­dzą­cy na prze­pust­kę po od­sie­dze­niu kil­ku do­brych lat. Na wi­dok ko­bie­ty po­czu­łem się jak pies, któ­ry do­strze­ga sucz­kę z ciecz­ką. By nie dać nic po so­bie po­znać, przy­tu­li­łem się do Maj­ki, od­chy­la­jąc bio­dra do tyłu.

– Do­brze się czu­jesz? – za­py­ta­ła, przy­glą­da­jąc się moim nie­zgrab­nym sta­ra­niom.

Sko­ro i tak mnie przej­rza­ła, nie mia­łem nic do stra­ce­nia:

– Chodź­my stąd… – szep­ną­łem jej do ucha – bo za sto­su­nek w miej­scu pu­blicz­nym mogą za­mknąć mnie na dłu­żej.

ROZDZIAŁ 2

Uwiel­bia­łem te chwi­le, gdy le­że­li­śmy w łóż­ku po uda­nym sek­sie. Od­prę­żo­ny, wol­ny od ne­ga­tyw­nych emo­cji, na chwi­lę znaj­dy­wa­łem się z dala od ca­łe­go świa­ta.

Po­tra­fi­li­śmy spę­dzać całe dnie jak zwie­rzę­ta. Le­że­li­śmy w na­szym le­go­wi­sku, opusz­cza­jąc je tyl­ko po to, by sko­czyć po je­dze­nie lub ewen­tu­al­nie uroz­ma­icić miej­sce sto­sun­ku. Jeść, spać i ko­chać się – tak po­win­no wy­glą­dać ży­cie czło­wie­ka, gdy­by za­brać te wszyst­kie inne atrak­cje, któ­re mają rze­ko­mo „od­róż­niać nas od zwie­rząt”.

Zresz­tą, jak na je­den dzień mia­łem już zde­cy­do­wa­nie dość przy­gód. Wtu­lo­ny w ra­mię Mai za­sta­na­wia­łem się, skąd Schmidt wziął tego typu me­to­dy dy­dak­tycz­ne. Cho­ciaż zwa­ża­jąc na jego bo­ga­tą prze­szłość, nie­trud­no było mi wy­obra­zić so­bie, że on rów­nież zdo­by­wał wie­dzę prak­tycz­ną na star­ciach z dre­sia­rza­mi i noc­le­gach w aresz­cie.

– Mu­sisz? – za­py­ta­łem, gdy Maja się­gnę­ła po pa­pie­ro­sa.

– Ko­tecz­ku, co to za seks, je­śli nie wień­czy go fa­jecz­ka? – od­po­wie­dzia­ła py­ta­niem.

Za­sta­na­wia­łem się, ja­kie inne zwie­rzę poza czło­wie­kiem prak­ty­ku­je ja­kiś ry­tu­ał po sto­sun­ku sek­su­al­nym, ale do gło­wy przy­szła mi tyl­ko mo­dlisz­ka. Ucie­szy­łem się, że moja sa­mi­ca je­dy­nie za­dy­mia na­szą sy­pial­nię, a nie po­że­ra mnie żyw­cem.

Maja teo­re­tycz­nie rzu­ci­ła pa­le­nie – przy­najm­niej tym chwa­li­ła się wszyst­kim w koło. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak „oka­zyj­nie” po­zwa­la­ła so­bie na „ma­łe­go dym­ka”. Nie wy­obra­ża­ła so­bie prze­rwy w za­ję­ciach bez faj­ki, spo­tka­nia ze zna­jo­my­mi bez faj­ki, obia­du bez faj­ki, kawy bez faj­ki, sek­su bez faj­ki, piwa bez faj­ki, czy choć­by „prze­wie­trze­nia się” bez faj­ki. Tym spo­so­bem „nie pa­li­ła”, wy­pa­la­jąc je­dy­nie pacz­kę dzien­nie.

– Słu­chaj… – za­czę­ła pół­szep­tem Maja – chy­ba za­po­mnia­łam wczo­raj wziąć ta­blet­ki.

Sło­wa te ude­rzy­ły we mnie jak grom z ja­sne­go nie­ba. Za­la­łem się po­tem. Ner­wo­wy stru­mień emo­cji spo­wo­do­wał jesz­cze bar­dziej im­pul­syw­ny stru­mień my­śli:

„O Boże! Czy już w tak mło­dym wie­ku mam zo­stać oj­cem? Czy je­stem na to go­to­wy? Czy je­stem wy­star­cza­ją­co doj­rza­ły? Na pew­no nie – nie mogę być – je­stem w koń­cu za mło­dy. Je­stem tyl­ko stu­den­tem – pod­mio­tem nie­od­po­wie­dzial­nym i nie­go­to­wym na tru­dy ży­cia. Czy uni­wer­sy­tet przy­go­to­wał mnie do by­cia do­ro­słym? Po­tra­fię z pa­mię­ci wy­re­cy­to­wać teo­rię be­ha­wio­ry­zmu i in­tro­spek­cjo­ni­zmu, ale czy będę umiał być gło­wą ro­dzi­ny?”.

„Ale za­raz, prze­cież zwie­rzę­ta nie po­trze­bu­ją wyż­sze­go wy­kształ­ce­nia ani na­wet ja­kiej­kol­wiek szko­ły, aby wy­cho­wać swo­je po­tom­stwo. Dla nich jest to czyn­ność tak na­tu­ral­na jak spa­nie, gdy jest się zmę­czo­nym, lub wą­cha­nie się po tył­kach. Wiem, że będę w sta­nie spro­stać temu wy­zwa­niu. Będę do­brym oj­cem”.

– Nie martw się skar­bie… – od­par­łem, opie­kuń­czo przy­tu­la­jąc Maję do pier­si – za­opie­ku­ję się na­szym dziec­kiem.

– O czym ty mó­wisz? – wy­raź­nie obu­rzo­na Maja wy­rwa­ła się z mo­je­go uści­sku. – Prze­cież do­sze­dłeś na ze­wnątrz.

– No tak… – przy­po­mnia­łem so­bie.

Maja włą­czy­ła te­le­wi­zor. Ja się­gną­łem po kom­pu­ter. Do­pie­ro, gdy za­czą­łem prze­le­wać na twar­dy dysk zdo­by­tą dziś wie­dzę, uświa­do­mi­łem so­bie, że cały ten cyrk z dre­sa­mi, stra­żą miej­ską i po­by­tem w aresz­cie nie­spe­cjal­nie prze­kła­da się na moją pra­cę.

Su­ge­ru­jąc się zda­niem Sa­mu­ela, wpa­ko­wa­łem się w nie­złe ba­gno, ale te­raz, na spo­koj­nie, gdy przy­szedł czas na re­flek­sje, nie po­tra­fi­łem prze­ło­żyć zdo­by­te­go do­świad­cze­nia na od­po­wied­nie sło­wa.

Po­krót­ce na­kre­śli­łem moją wi­zję Wła­dy­sła­wa, jako za­mknię­te­go w klat­ce pta­ka, któ­ry utra­cił umie­jęt­ność la­ta­nia. Co za ba­nał.

– Hej Py­siu! Chodź zo­ba­czyć, jaki wspa­nia­ły przy­rzą­dzi­łam obiad! – z te­le­wi­zji do­biegł mnie do­sko­na­le skon­stru­owa­ny dia­log, in­spi­ru­jąc do twór­czej i wia­ry­god­nej pra­cy.

Maja z pa­sją oglą­da­ła 4836 od­ci­nek po­pu­lar­nej te­le­no­we­li scien­ce fic­tion pod ty­tu­łem „Klon”.

– Mo­żesz prze­łą­czyć? – w koń­cu nie wy­trzy­ma­łem.

– Cze­mu?

– Bo jak tego słu­cham, to mam ocho­tę wy­cią­gnąć so­bie mózg przez noz­drza.

Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu, Maja ule­gła bez wcho­dze­nia w dys­ku­sję i obro­ny nie­za­prze­czal­nej war­to­ści ar­ty­stycz­nej i mo­ra­li­za­tor­skiej „Klo­na”. Co dziw­niej­sze, uczy­ni­ła to wte­dy, gdy na ekra­nie po­ja­wi­ło się se­ria­lo­we „cia­cho” – Ra­fał Pa­ląg.

Bez tru­du pod­da­łem me­ta­fo­rze za­cho­wa­nia Ad­ria­na i Ły­se­go, a tak­że prze­mi­łych straż­ni­ków miej­skich. Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu, od­czy­tu­jąc uwiecz­nio­ny do tej pory frag­ment za­uwa­ży­łem, że za­pi­sa­ne prze­ze mnie rów­no­waż­ni­ki zdań ukła­da­ły się w coś bar­dziej przy­po­mi­na­ją­ce­go po­wieść niż pra­cę na­uko­wą. Czy to o to cho­dzi­ło Schmid­to­wi?

– To­masz Ryś, wi­tam ser­decz­nie. Mo­imi dzi­siej­szy­mi go­ść­mi są Ire­na Ma­choń, pre­zes Li­ber­ta­riań­skie­go Ru­chu Rów­no­ści, oraz Miesz­ko Bi­gos, li­der Na­ro­do­wej Par­tii Pa­trio­tycz­nej.

Z desz­czu pod ryn­nę. Maja prze­łą­czy­ła na pro­gram pu­bli­cy­stycz­ny, któ­re­go sza­cow­ny­mi go­ść­mi byli prze­wod­ni­czą­cy dwóch naj­bar­dziej skraj­nych par­tii w tym kra­ju.

– Za­cznę od kwe­stii, któ­ra od ja­kie­goś cza­su dzie­li Po­la­ków na dwa obo­zy – kon­ty­nu­ował Ryś. – Wczo­raj w sej­mie prze­gło­so­wa­na zo­sta­ła de­cy­zja w spra­wie re­fe­ren­dal­ne­go spi­su po­wszech­ne­go Po­la­ków, któ­ry od­bę­dzie się 10 mar­ca. Le­wi­ca z Li­ber­ta­riań­skim Ru­chem Rów­no­ści na cze­le prze­ko­na­ła więk­szość rzą­dzą­cą o ko­niecz­no­ści okre­śle­nia pro­cen­to­wej ilo­ści ho­mo­sek­su­ali­stów w spo­łe­czeń­stwie i po­par­cia resz­ty dla roz­sze­rze­nia ich praw. Re­fe­ren­dum od­bę­dzie się za 5 mie­się­cy, jed­nak już dzi­siaj po­ja­wia­ją się gło­sy, za­rów­no w kra­ju jak i za gra­ni­cą, że mamy tu do czy­nie­nia z na­ru­sza­niem pod­sta­wo­wych praw czło­wie­ka.

– Nic bar­dziej błęd­ne­go… – za­ne­go­wa­ła Ire­na Ma­choń. – Wła­śnie dla­te­go na­sza par­tia od mie­się­cy na­ci­ska­ła, aby nie ba­dać spo­łe­czeń­stwa w spo­sób jaw­ny, lecz po­przez ano­ni­mo­we re­fe­ren­dum. Każ­dy bę­dzie mógł bez żad­nych obaw wy­po­wie­dzieć się o swo­jej orien­ta­cji sek­su­al­nej. W koń­cu otrzy­ma­my re­al­ny ob­raz struk­tu­ry spo­łe­czeń­stwa pol­skie­go.

– A nie boi się pani o to, że Po­la­cy re­pre­zen­tu­ją­cy więk­szość sek­su­al­ną i na­ro­do­wo­ścio­wą po pro­stu nie we­zmą udzia­łu w re­fe­ren­dum, po­nie­waż nie będą w nim mie­li żad­ne­go in­te­re­su? Oczy­wi­ście, gdy­by do urn sta­wi­li się wy­łącz­nie przed­sta­wi­cie­le mniej­szo­ści ho­mo­sek­su­al­nej, na po­sta­wie ogó­łu lud­no­ści moż­na by okre­ślić ich udział pro­cen­to­wy. Ist­nie­je jed­nak re­al­ne za­gro­że­nie, że je­że­li re­fe­ren­dum nie przy­cią­gnie po­nad po­ło­wy upraw­nio­nych do gło­su oby­wa­te­li, to nie przy­cią­gnie ni­ko­go. Mniej­szo­ści mogą bać się ujaw­nić, je­że­li nie będą czu­ły wspar­cia więk­szo­ści.

– Oczy­wi­ście – przy­zna­ła Ma­choń – dla­te­go naj­waż­niej­szym za­da­niem za­rów­no dla po­li­ty­ków, jak i dla me­diów na naj­bliż­sze mie­sią­ce jest pro­mo­wa­nie re­fe­ren­dum i uświa­do­mie­nie spo­łe­czeń­stwu jego wagi.

– Po­wiem wprost, że całe to re­fe­ren­dum to naj­więk­sza bzdu­ra od cza­su otwar­cia na­szych gra­nic – wtrą­cił się Bi­gos. – Czy Po­la­cy na­praw­dę mu­szą pła­cić gru­be mi­lio­ny z wła­snych kie­sze­ni, żeby do­wie­dzieć się, ilu z nas cier­pi na ho­mo­sek­su­alizm? Le­piej wy­dać te pie­nią­dze na le­cze­nie tych nie­licz­nych nie­szczę­śni­ków.

– Le­cze­nie? – obu­rzy­ła się Ma­choń. – Nie­licz­nych?! A to do­bre. Wie pan, cze­mu wy­da­je się panu, pod­kre­ślę, wy­da­je, że ho­mo­sek­su­ali­ści są w tym kra­ju gru­pą nie­licz­ną? Wła­śnie przez lu­dzi ta­kich jak pan i pań­scy zwo­len­ni­cy, mniej­szo­ści nie ujaw­nia­ją się, a jest ich wię­cej, niż po­tra­fi pan to so­bie wy­obra­zić! Dla po­rów­na­nia, w Sta­nach Zjed­no­czo­nych ho­mo­sek­su­ali­ści sta­no­wią nie­mal­że 20% spo­łe­czeń­stwa! 20%! Czy pol­skie sta­ty­sty­ki oscy­lu­ją­ce wo­kół 3% są wia­ry­god­ne? Bar­dzo w to wąt­pię. To spo­łe­czeń­stwo jest prze­siąk­nię­te stra­chem, a re­fe­ren­dum jest je­dy­ną szan­są gło­su dla każ­de­go w tym kra­ju, nie­za­leż­nie od jego upodo­bań.

– Dla­cze­go wia­ry­god­ność tych sta­ty­styk jest tak istot­na? – do­py­ty­wał Ryś.

– Re­fe­ren­dum i uzy­ska­nie praw­dzi­we­go ob­ra­zu struk­tu­ry pol­skie­go spo­łe­czeń­stwa to pierw­szy krok w kie­run­ku wiel­kich prze­mian. Gdy uzy­ska­my pew­ność, że po­nad 10% miesz­kań­ców na­sze­go kra­ju to ho­mo­sek­su­ali­ści, wal­ka o ich pra­wa na­bie­rze zu­peł­nie in­ne­go wy­mia­ru. Otwo­rzy to dro­gę do ślu­bów par ho­mo­sek­su­al­nych, do pa­ry­te­tów na sta­no­wi­skach rzą­do­wych, a w koń­cu do le­ga­li­za­cji ad­op­cji przez ta­kie pary.

– I może jesz­cze po­zwo­li­my ko­bie­tom zo­sta­wać księż­mi!? Co za non­sens… – od­parł ostro Bi­gos. – Od­da­łem dla tego kra­ju wszyst­ko i nie po­zwo­lę, żeby moja oj­czy­zna za­mie­ni­ła się w So­do­mę i Go­mo­rę.

– Jak mamy to ro­zu­mieć? – spy­tał Ryś. – Pla­nu­je pan ja­kieś od­wo­ła­nia od de­cy­zji władz?

– Nic bym tym nie wskó­rał… – przy­znał Miesz­ko. – Re­fe­ren­dum było lob­bo­wa­ne przez całą rze­ko­mą „eli­tę” tego kra­ju: zde­pra­wo­wa­ne oso­by pu­blicz­ne, dla któ­rych tra­dy­cje Rze­czy­po­spo­li­tej i war­to­ści chrze­ści­jań­skie są po pro­stu nie­mod­ne. Ak­to­rzy, pio­sen­ka­rze, spor­tow­cy, prze­bo­jo­wi po­li­ty­cy… wszy­scy sta­ra­ją się być tacy no­wo­cze­śni, po­dą­żać za za­cho­dem, ka­li­for­ni­za­cją świa­ta. A resz­ta na­ro­du pa­trzy na ten roz­pad, na tą zgni­li­znę i wie, że je­stem ich ostat­nią na­dzie­ją… – w stu­diu za­pa­dła ci­sza.

– Łał… – mil­cze­nie prze­rwał w koń­cu Ryś. – To było… wstrzą­sa­ją­ce. Ale da­lej nie po­wie­dział pan, jak za­mie­rza się usto­sun­ko­wać do re­fe­ren­dum?

– Po­wiem tyl­ko, że stoi za mną cały na­ród. Nie za­gro­zi nam gru­pa so­do­mi­stów, choć­by nie wia­do­mo jak wy­so­ko po­sta­wio­nych. Pro­szę się nie oba­wiać – tu Bi­gos zwró­cił się wprost do te­le­wi­dzów – gwa­ran­tu­ję, że 10 mar­ca nic nie zmie­ni. Pol­ska po­zo­sta­nie Pol­ską!

Sło­wa te w ustach Bi­go­sa mo­gły ozna­czać tyl­ko jed­no – woj­nę. A że fa­cet miał za sobą ar­mię dre­sia­rzy, skin­he­adów i słu­cha­czy ra­dia Ma­ry­ja, mógł po­krzy­żo­wać pla­ny, jak on to na­zy­wał, „so­do­mi­stycz­nej eli­ty”, któ­ra śmia­ła wal­czyć o rów­no­upraw­nie­nie. Re­al­na groź­ba apo­ka­lip­sy nie mo­ty­wo­wa­ła do dal­sze­go pi­sa­nia pra­cy. Roz­po­czę­cie ko­lej­ne­go pa­ra­gra­fu stra­ci­ło na­gle ja­ki­kol­wiek sens. Na szczę­ście z nie­spo­dzie­wa­ną po­mo­cą przy­szła tu Maja.

– Ko­cha­nie – słod­ki „przy­tu­las” od­wró­cił moją uwa­gę od po­now­nie włą­czo­ne­go „Klo­na” – nie po­gnie­wasz się, jak w pią­tek wyj­dę bez cie­bie?

Przed mo­imi ocza­mi sta­nę­ła gru­pa smu­kłych ga­ze­li w okre­sie go­do­wym. Zbli­ża­jąc się do wo­do­po­ju, ga­ze­le przy­cią­gnę­ły uwa­gę pa­są­cych się sam­ców. Pod wpły­wem uno­szą­cych się w dusz­nym po­wie­trzu fe­ro­mo­nów, na­pię­cie sek­su­al­ne u odu­rzo­nych tra­wa­mi sa­wan­ny pa­rzy­sto­ko­pyt­nych wzro­sło do tego stop­nia, że go­to­wi byli po­kryć na­wet co bar­dziej za­okrą­glo­ną ska­łę. Sa­mi­ce z po­cząt­ku mia­ły się na bacz­no­ści, lecz wraz z kon­sump­cją ko­lej­nych źdźbeł ich zmy­sły tę­pia­ły. Wkrót­ce sa­wan­na za­mie­ni­ła się w sce­nę or­gii.

Prze­la­łem mrocz­ną wi­zję na baj­ty, za­cho­wu­jąc przy tym ka­mien­ną twarz.

– Zno­wu?

– No wiem… ale z dziew­czy­na­mi już od daw­na pla­no­wa­ły­śmy bab­ski wie­czór. Wło­ży­my szpil­ki, ja­kieś faj­ne kiec­ki; na­pi­je­my się ma­li­bu, a po­tem sko­czy­my gdzieś po­tań­czyć.

Ok, więc moja dziew­czy­na chcia­ła tyl­ko sek­sow­nie się ubrać, na­wa­lić i pójść do klu­bu bez swo­je­go fa­ce­ta. Naj­wy­raź­niej nie mia­łem po­wo­dów do obaw.

– A może jed­nak za­bie­rzesz mnie ze sobą i bę­dzie­my uda­wać, że je­stem two­im ho­mo­sek­su­al­nym przy­ja­cie­lem? – spró­bo­wa­łem, za­in­spi­ro­wa­ny obej­rza­ną przed mo­men­tem au­dy­cją, ale peł­ne po­li­to­wa­nia spoj­rze­nie Mai po­słu­ży­ło mi za od­mo­wę. – No co? Jest to chy­ba te­raz do­syć mod­ne, nie? – spro­sto­wa­łem.

– Nie bie­rze­my ze sobą ni­cze­go, co ma pe­ni­sa… – to już trud­niej było obejść. – Wstęp tyl­ko dla ko­biet.

– Wła­ści­wie to w po­ło­wie je­stem ko­bie­tą – po­twier­dze­nie tej tezy oka­za­ło się nad wy­raz pro­ste. – Moja mat­ka jest ko­bie­tą.

ROZDZIAŁ 3

– Jak­bym miał dziew­czy­nę, w ży­ciu nie wy­pu­ścił­bym jej sa­mej do klu­bu. Bo po co cho­dzi się do klu­bów? Chy­ba nie po to, żeby spo­tkać się ze zna­jo­my­mi, bo tam się na­wet sło­wa nie da za­mie­nić. Do klu­bów cho­dzi się tyl­ko w jed­nym celu: żeby rwać. – Swo­je po­glą­dy przed­sta­wił mój przy­ja­ciel Mar­cel, gdy ma­sze­ro­wa­li­śmy na za­ję­cia przez kam­pus uni­wer­sy­te­tu.

– To, że ty trak­tu­jesz „club­bing” jak po­lo­wa­nie, nie zna­czy, że wszy­scy tak ro­bią – od­par­łem.

– Ja? – obu­rzył się Mar­cel. – Ja się w klu­bach czu­ję jak zwie­rzy­na łow­na!

– Po­wi­nie­neś się cie­szyć, że obec­nie wśród stu­den­tek pa­nu­je moda na eg­zo­ty­kę. – Tu po­wi­nie­nem po­in­for­mo­wać, że Mar­cel był czar­ny.

– No wła­śnie, moda – z wy­rzu­tem po­wtó­rzył Mar­cel – nie je­stem ni­czym wię­cej, niż tyl­ko se­zo­no­wym do­dat­kiem, któ­ry wło­ży się raz, a po­tem wy­rzu­ca. Mam już dość związ­ków, któ­re koń­czą się przed śnia­da­niem.

– Nie po­wi­nie­neś za­li­czać przy­pad­ko­we­go sek­su do ka­te­go­rii związ­ku… – po­ra­dzi­łem. – A zresz­tą, je­że­li szu­kasz cze­goś na po­waż­nie, to klu­by nie są chy­ba naj­lep­szym do tego miej­scem.

– Ja­sne, że nie, ale gdzie mam szu­kać? Je­dy­ne dziew­czy­ny na ca­łej tej pie­przo­nej uczel­ni, z któ­ry­mi chciał­bym mieć coś wspól­ne­go na trzeź­wo, trak­tu­ją mnie jak po­wie­trze… – za­sta­no­wił się chwi­lę. – Nic z tego nie ro­zu­miem.

– A nie są­dzisz, że two­je nie­po­wo­dze­nia mogą mieć ja­kiś zwią­zek z tym, że co­dzien­nie po za­ję­ciach od­pa­lasz skrę­ta i cały wie­czór to­czysz bi­twy dru­ży­ną ma­gów na zmia­nę z oglą­da­niem sit­co­mów? – wy­ra­zi­łem swo­je wąt­pli­wo­ści.

– Nie wi­dzę związ­ku… – stwier­dził bez wa­ha­nia Mar­cel. – Zresz­tą po czy­jej ty je­steś stro­nie?

Klep­ną­łem Mar­ce­la po ple­cach, nie chcąc da­lej cią­gnąć tej in­te­li­gent­nej dys­ku­sji. Poza tym już kil­ka mi­nut wcze­śniej od­nio­słem dziw­ne wra­że­nie, że ktoś nas śle­dzi. Po­sta­no­wi­łem zba­dać tą spra­wę.

– Kim jest ten gość, któ­ry idzie za nami i ma­cha do mnie za każ­dym ra­zem, gdy się ob­ró­cę? – spy­ta­łem.

Mar­cel rzu­cił okiem za sie­bie, do­strze­ga­jąc ni­skie­go chło­pa­ka szcze­rzą­ce­go się jak hie­na na wi­dok pa­dli­ny.

– To Ma­ciek, mój chło­pak. – Mar­cel od­parł bez ogró­dek.

– Aha… – roz­wią­za­nie drę­czą­cej za­gad­ki przy­nio­sło mi spo­kój, ale tyl­ko do mo­men­tu, gdy do­strze­głem pe­wien za­ska­ku­ją­cy aspekt w od­po­wie­dzi Mar­ce­la. – Za­raz… twój „chło­pak”? Zmie­ni­łeś na­gle orien­ta­cję?

– Wiem tyl­ko tyle, że mam dość ko­biet… – od­parł Mar­cel. – Ma­ciek to rów­ny gość i z nim po raz pierw­szy czu­ję, że mój zwią­zek jest sta­bil­ny.

– To tro­chę… dziw­ne – chcia­łem użyć mniej dy­plo­ma­tycz­ne­go okre­śle­nia – no do­bra, ale… no nie wiem… ca­łu­je­cie się, śpi­cie ze sobą? – py­ta­nie to wy­da­ło mi się o tyle trud­ne, że przed ocza­mi sta­nę­ły mi te wszyst­kie noce, któ­re spę­dzi­łem z Mar­ce­lem sam na sam w jed­nym po­ko­ju, czy w jed­nym na­mio­cie, a że przy­jaź­ni­li­śmy się od dziec­ka, było ich spo­ro.

– Po­sta­no­wi­li­śmy z tym po­cze­kać.

– Chy­ba nie do ślu­bu? – wy­msknę­ło mi się.

Wy­star­czy­ło jed­no spoj­rze­nie Mar­ce­la bym zro­zu­miał, że mam na­tych­miast zmie­nić te­mat.

– Ja­koś go nie ko­ja­rzę. Też stu­diu­je psy­cho­lo­gię?

– Nie, pra­wo – wy­znał Mar­cel – a poza tym Me­to­dy Ilo­ścio­we w Eko­no­mii i Sys­te­my In­for­ma­tycz­ne w Głów­nej Han­dlo­wej.

– Brzmi jak kupa świet­nej za­ba­wy.

– Po­noć i tak nie ma cza­su na uczel­nie, bo pra­cu­je w ja­kiejś fir­mie au­dy­to­wej, co­kol­wiek to ozna­cza. Zwe­it&Old, czy ja­koś tak.

– Uwa­żasz, że pra­co­ho­lik to do­bra par­tia? Chcesz sa­mot­nie wy­cho­wać wa­sze dzie­ci? – tym ra­zem pięść Mar­ce­la wbi­ła się w moje ra­mię.

– A wła­ści­wie dla­cze­go on idzie za nami? – po­sta­no­wi­łem wy­ja­śnić tę dziw­ną nie­pra­wi­dło­wość.

– Uzna­li­śmy, że le­piej bę­dzie nie ujaw­niać się pu­blicz­nie. Przy­najm­niej na ra­zie – wy­ja­śnił Mar­cel. – W tym kra­ju roi się od pie­przo­nych ho­mo­fo­bów. Już i tak ba­lan­su­ję na kra­wę­dzi przez to, że uro­dzi­łem się czar­ny. Gdy­bym jesz­cze wy­znał, że je­stem ge­jem, naj­praw­do­po­dob­niej zo­stał­bym ukrzy­żo­wa­ny.

– Coś o tym wiem – po­sta­no­wi­łem roz­ła­do­wać at­mos­fe­rę pięk­nym wspo­mnie­niem. – Wczo­raj stra­ci­łem la­kier­ki, bo dwóch dre­sów uzna­ło, że są pe­dal­skie.

– Bo były pe­dal­skie… – oce­nił Mar­cel.

– Spójrz na sie­bie… – zri­po­sto­wa­łem, gdy we­szli­śmy na aulę.

– My­ślisz, że to całe re­fe­ren­dum choć tro­chę po­pra­wi na­sta­wie­nie do mniej­szo­ści w tym kra­ju? – za­py­tał z nut­ką na­dziei, kie­dy roz­sie­dli­śmy się już w ław­ce. Aż głu­pio mi było mu ją od­bie­rać:

– Nie na­sta­wiał­bym się zbyt opty­mi­stycz­nie. Mam dziw­ne prze­czu­cie, że ar­mia two­je­go bra­cisz­ka może zre­du­ko­wać fre­kwen­cję na re­fe­ren­dum do zera… – aha, nie wspo­mi­na­łem też, że czo­ło­wy na­cjo­na­li­sta w tym kra­ju, Miesz­ko Bi­gos, był uko­cha­nym bra­tem mo­je­go ne­gro­idal­ne­go kum­pla.

– Też wi­dzia­łeś go u Ry­sia… – od­gadł Mar­cel. – Je­stem cie­kaw, co ten skur­wy­syn zno­wu knu­je. Nie mogę uwie­rzyć, że jest moim bra­tem. Na­sza mat­ka mu­sia­ła się pu­ścić z li­sto­no­szem.

Na­szą głę­bo­ką wy­mia­nę po­glą­dów prze­rwa­ło po­ja­wie­nie się na auli pro­fe­so­ra Ada­ma Ka­su­sa. Był to prze­mi­ły star­szy czło­wiek o fa­scy­nu­ją­cym po­dej­ściu do ży­cia.

– Dzień do­bry. Wi­dzę, że z każ­dym wy­kła­dem jest nas co­raz mniej… – za­czął jak zwy­kle. – I do­sko­na­le! Cie­szę się, że tylu stu­den­tów po­szło w koń­cu po ro­zum do gło­wy! Ten wy­kład to nie­wy­obra­żal­na stra­ta cza­su. Nie­wąt­pli­wie jest mi­lion in­nych miejsc, w któ­rych wo­le­li­by­ście być w tym mo­men­cie. Za­chę­cam, aby­ście po­dą­ży­li za gło­sem ser­ca i opu­ści­li tę aulę. Śmia­ło, nie krę­puj­cie się!

Na twa­rzach stu­den­tów dało się do­strzec za­kło­po­ta­nie. Mil­czą­ce ocze­ki­wa­nie pro­fe­so­ra wy­war­ło na nie­któ­rych tak sil­ną pre­sję, że pod­nie­śli się z miejsc i ru­szy­li ku wyj­ściu.