Fobia - Sarah Epstein - ebook
Opis

To nie my wybieramy, czego mamy się bać. To strach wybiera nas.


Tash Carmody przeżyła traumę – jako dziecko była świadkiem porwania swojej koleżanki Mallory Fisher przez budzącego grozę, wyimaginowanego Wróbla. Nikt nie uwierzył Tash w historię o porwaniu i dziewczynka została zmuszona zaakceptować fakt, że go wymyśliła. Mallory zaginęła na tydzień. Teraz ma piętnaście lat i od czasu porwania nie odezwała się ani słowem.
Gdy po latach niepokojące wspomnienia powracają, siedemnastoletnia Tash znów widuje Wróbla. Zdaje sobie sprawę, że jedyną osobą, która może jej pomóc rozwikłać mroczny sekret, jest sama Mallory. Czy Wróbel jest prawdziwy? A może Tash jest bardziej niebezpieczna dla innych, niż jej samej się wydaje?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 373

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: SMALL SPACES
Przekład: KAROLINA POST-PAŚKO
Redaktor prowadzący: JOANNA LISZEWSKA
Redakcja: ELŻBIETA BŁUSZKOWSKA
Korekta: MONIKA PRUSKA, JULIA TOPOLSKA
Opracowanie graficzne i DTP: TYPO Jolanta Ugorowska
Opracowanie graficzne okładki: MICHALINA PACZYŃSKA
First published in the Great Britain 2018 by Walker Books Ltd
Text © Sarah Epstein Cover image © Jan Faukner/Shutterstock.com
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2019
All rights reserved
Wydanie I
ISBN 978-83-8154-357-6
Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 00-807 Warszawa, Al. Jerozolimskie 94 tel. 22 379 85 50, fax 22 379 85 51 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Dla Tony’ego, Hugona i Harveya

1

TERAZ

Mnóstwo osób odczuwa lęk w ciasnych pomieszczeniach.

W windach, budkach fotograficznych, sklepowych przebieralniach. Labiryntach z żywopłotu, zamkniętych zjeżdżalniach wodnych, wąskich klatkach schodowych, garderobach. Rozumiem to, bo sama unikam takich miejsc. Nawet w wannie miotam się jak ryba w sieci. Ale czasem myślę sobie, że miejscem budzącym mój największy lęk jest wnętrze mojej głowy.

– Świrujesz, co? – pyta moja najlepsza przyjaciółka Sadie.

Towarzyszyła mi już w tylu podobnych sytuacjach, że wie, co znaczą moje drżące ręce i nerwowe przełykanie śliny. Wiele razy widziała, jak przestępuję z nogi na nogę, rozpaczliwie szukając wzrokiem wyjścia. W ciągu ośmiu lat naszej znajomości Sadie co najmniej sto razy uratowała mnie przed napadem paniki. Jest moją osobistą negocjatorką na wypadek ataku klaustrofobii – czy jej się to podoba, czy nie.

– Nie świruję.

Sadie prycha, tłumiąc śmiech.

– Jaaasne. Łapiesz powietrze jak złotka rybka. Oddychaj głęboko. – Wpatruje się w ladę sklepową, pod którą wystawione są lody w dwudziestu różnych smakach. – Wytrzymaj jeszcze trzydzieści sekund, dobrze? – Delikatne pogróżki to najwyraźniej jej nowa technika negocjacyjna.

Zamykam oczy i staram się uspokoić oddech. Ostatnie, czego mi trzeba, to hiperwentylacja w miejscu publicznym takim jak lodziarnia Seaspray. Była prawie pusta, kiedy Sadie uparła się wejść do środka, ale zaraz po nas pojawiła się grupka licealistek.

Powietrze przesiąka wonią ciał i olejku kokosowego.

– Luuz... – cedzę przez zaciśnięte zęby. – Jestem zimna jak twoje ulubione miętowe czekoladki.

Sadie spogląda na mnie z powątpiewaniem, usiłując ustać w miejscu. Osłania mnie przed napierającymi na nas ciałami i broni małego skrawka wolnej przestrzeni, znosząc bolesne kuksańce i wrogie spojrzenia. Nad moją głową muchy z brzęczeniem wpadają do lampy owadobójczej. Staram się nie zwracać uwagi na chłodny powiew wokół kostek, dochodzący od stojącej pod ścianą lodówki z colą.

Po prostu oddychaj, Tash. Weź się w garść. Umysł ponad materią.

Tylko że poleganie na moim umyśle to proszenie się o kłopoty.

– Ty i ta twoja laska – mamroczę i obie zerkamy na rudą dziewczynę za ladą. „Alice” – głosi napis na plakietce. Jest smukła, sprawia wrażenie nieśmiałej, ma wymięty fartuszek i cienkie włosy, przez co stanowi całkowite przeciwieństwo mojej mocno zbudowanej i pewnej siebie przyjaciółki maoryskiego pochodzenia. – Wiesz, że pewnie woli facetów?

Sadie odwraca się do mnie, udając zaskoczenie.

– Natasho Carmody, łamiesz mi serce. Nie psuj mi zabawy.

Naprawdę chcę być dobrą przyjaciółką. Wolałabym tylko, żeby Alice pracowała w dwadzieścia razy większym miejscu. Lodziarnia Seaspray to wysmagana wiatrem i deszczem buda na samym końcu mola, gdzie promenada dociera do falochronu. Niegdyś dobrze utrzymana i przyciągająca turystów, teraz sterczy jak porzucona, przeżarta solą zabawka, która czasy świetności ma już dawno za sobą. Kiedy się nad tym zastanowić, to okazuje się, że jest trafną metaforą naszego miasteczka. Turystyczne serwisy internetowe nazywają Port Bellamy ukrytym klejnotem środkowo-północnego wybrzeża Nowej Południowej Walii, szczycącym się piaszczystymi plażami w pobliżu rozległych parków narodowych. Lecz porównanie do cennego klejnotu jest zbyt łaskawe. To raczej nieoszlifowany diament, którego wady widać już na pierwszy rzut oka.

– Zaraz nasza kolej – zapewnia mnie Sadie, przekrzykując głosy naszych koleżanek, uczennic klasy maturalnej, z którymi prawie nie gadamy, chociaż znamy się od podstawówki. Alice wydaje resztę dziewczynie obok nas i w końcu odwraca się w naszą stronę. Sadie wita ją przesadnie entuzjastycznym „Cześć” i właśnie wtedy Rachel Tan przepycha się łokciami do przodu.

– Sorbet malinowy w kubeczku – mówi, stukając w szybę błyszczącym od brokatu paznokciem. – Tylko tym razem napełnij cały kubek. Chciałabym chociaż raz dostać to, za co płacę.

Sadie odwraca się do Rachel, kręcąc głową z niedowierzaniem.

– Ej! Ziemia do Rachel! Wepchnęłaś się!

Rachel stara się na nas nie patrzeć i trudno sobie wyobrazić, że kiedy przeprowadziła się tutaj z Melbourne, nasza trójka była nierozłączna. Zaprosiłyśmy ją do stolika podczas lunchu, bo uznałyśmy, że musi jej być ciężko w nowej szkole, zwłaszcza że jej brat bliźniak został natychmiast przygarnięty przez członków kółka informatycznego. I choć Rachel od razu zaakceptowała gadatliwą i pewną siebie Sadie, odniosłam wrażenie, że zaledwie tolerowała moje niezręczne próby podtrzymania rozmowy. Pamiętam, że miałam jedenaście lat i byłam taka szczęśliwa, że ta śliczna dziewczyna, ubrana w modne ciuchy, latająca w odwiedziny do dziadków w Korei, wybacza mi toporność i małomiasteczkowość.

– Czekam tu całą wieczność – mówi Rachel, zakładając kosmyk czarnych włosów za ucho. – Teraz moja kolej.

– Yyyy... Nieee. – Sadie krzyżuje ręce na piersi. – Nie było cię tutaj, kiedy weszłyśmy.

Rachel powoli przesuwa po niej wzrokiem, od spłowiałej koszulki z napisem Sex Pistols po nieodłączne fioletowe conversy. Alice obsługuje już kogoś innego, a ja jestem gotowa ograniczyć straty i się ulotnić. Ale Sadie, jak to ona, dopiero się rozgrzewa.

– Sorry, nie dosłyszałam? – mówi, przytykając dłoń do ucha. – Ktoś jest nam chyba winny przeprosiny.

Jęczę, bo wiem, jak to się skończy. Mało jej pyskówek w szkole? Do końca wakacji zostało tylko kilka dni, a ja miałam zamiar rozpocząć ostatni rok szkolny bez większego rozgłosu. Jeśli chcę udowodnić rodzicom, że potrafię o siebie zadbać, to nie mogę w tym roku pozwolić sobie na żadne wpadki. A jednak spędzam cały czas z najbardziej konfliktową osobą na wschodnim wybrzeżu. Chyba tego dobrze nie przemyślałam.

Przyjaciółki Rachel przeciskają się jeszcze bliżej, otaczają nas jak mewy na pikniku i czekają, aż Rachel rzuci im jakieś resztki, na które będą się mogły rzucić ze skrzekiem.

– Och, przepraszam najmocniej – mówi. – Nie wiedziałam, że lesby i szajbuski są obsługiwane poza kolejnością.

No i masz.

– Super – szepczę do Sadie. – Możemy już iść, Dee?

Słowo „szajbuska” dotyka mnie do żywego, pali niczym ogień. Wzdrygam się też w reakcji na „lesbę”, chociaż wiem, że Sadie ma to gdzieś. Nauczyła się olewać prowincjonalne żarty ze swojego koloru skóry i tęczowych koszulek. Jest jak pokryta teflonem, zawsze taka była. Ja natomiast chłonę wszystko jak gąbka.

– No co ty, Rachel – odpowiada Sadie, nachylając się i unosząc brew. – Wszyscy wiemy, dlaczego tyle razy zapraszałaś mnie na nocowanie.

Puszcza oko, jak gdyby flirtowała, ale wcale nie jest jej do śmiechu. Odciąga ode mnie uwagę mew, może skuszą się na taki łakomy kąsek. Rachel nie chwyta przynęty. Uśmiecha się chłodno, bębniąc palcami o ladę.

– Skoro mowa o nocowaniu – zerka przez ramię, żeby upewnić się, że ma widownię – to może Tash wyjaśni nam, czemu zsikała się u mnie w śpiwór jak dwulatka.

Koleżanki Rachel chichoczą, wilgotne powietrze oblepia mi szyję. Pani Tan kazała Rachel obiecać, że nie piśnie ani słowa o moim małym wypadku sprzed pięciu lat. Najwyraźniej obietnice mają termin przydatności do użytku, kiedy Rachel brakuje amunicji.

– A jak gadała przez sen. – Rachel zwraca się do Sadie, ale patrzy na mnie. – Wzywała tego swojego wymyślonego przyjaciela.

Stul pysk, Rachel. Stulpysk-stulpysk-stulpysk.

– „Och, Wróblu” – jęczy Rachel. – „Pomóż mi, Wróblu! Tak strasznie boję się ciemności”. – Zaciska dłonie w piąstki niczym bezbronne dziecko, a ja mam ochotę złapać je i walnąć ją nimi w twarz.

Nigdy nie mówiłam takich rzeczy przez sen. Jestem tego pewna.

A może mówiłam?

Wróbel jest ostatnią osobą, którą poprosiłabym o pomoc. Nie chciałam, żeby w ogóle istniał.

Na pewno?

Nie chciałam.

Nie chcę.

Nigdy więcej.

– Ale ściemniasz, Rachel – kwituje Sadie. Łapie mnie za rękę i ciągnie w stronę wyjścia, roztrącając ramieniem dziewczyny, które nie zdążą zejść jej z drogi. Wypadamy na dwór przez zasłonę z plastikowych pasków, morska bryza rozwiewa nam włosy. Wyrywam się Sadie i ruszam w stronę plaży.

– Tash! – woła za mną. – Daj spokój. Zaczekaj.

Dźwięk jej głosu i stukot takielunku o stalowe maszty łódek na przystani sprawiają, że cała się zjeżam. Jakiś rybak zbyt głośno słucha radia. Niebo zasnuła brązowa mgiełka, w parku narodowym dwadzieścia kilometrów stąd płonie busz. Dym nadciąga z zachodu jak zły omen.

Przygotuj się. Coś złego wisi w powietrzu.

Sadie dogania mnie w miejscu, gdzie promenada zbliża się do nabrzeża.

– Wszystko gra? – mówi do moich pleców. – Obiecuję, że nigdy więcej cię tam nie zaciągnę.

Myśli, że to przez moją klaustrofobię. Odwracam się gwałtownie.

– Mogłyśmy po prostu pozwolić Rachel zamówić ten cholerny sorbet.

Sadie opada szczęka.

– Nie, nie mogłyśmy. Nie możesz dać sobą pomiatać. Nie możesz siedzieć cicho, kiedy tobą poniewierają. To się w życiu nie sprawdza.

U mnie się sprawdza. Im łatwiej o mnie zapomnieć, tym lepiej. Piętno, które towarzyszyło mi od dzieciństwa, wreszcie się zatarło. Gdy skończyły się ataki paniki i wizyty u psychiatry, stałam się nijaka i niegodna uwagi – po prostu kolejna nieciekawa twarz na zatłoczonym szkolnym korytarzu. Sadie może sobie być arogancka i wyzywająca, ale ja nie mam najmniejszej ochoty, żeby ktoś obgadywał mnie za plecami.

– Nocowanie, Dee. Musiałaś o tym wspominać przy Rachel?

Sadie unosi ręce w geście przeprosin.

– Nie pomyślałam. Mogłam się ugryźć w język.

– Trzeba było. Teraz od samego początku roku będą w szkole plotkować, że moczę się w nocy. – Nie wspominam o Wróblu, a Sadie dobrze wie, że lepiej nie poruszać tego tematu.

– Daj spokój, Tashie. Wiesz, że nie zrobiłam tego specjalnie.

Uderzam czubkiem sandałka w deskę, aż się wygina; turkusowy lakier na paznokciach zdradza, że za bardzo się staram.

– Wiem.

– Carmody... – Sadie mierzy mnie surowym wzrokiem. – Na kogo zawsze możesz liczyć?

Prychając, spoglądam na ciężkie chmury zbierające się na horyzoncie.

– Carmody...?

Wzdycham i odpowiadam niechętnie:

– Na ciebie.

– Co takiego? Mów głośniej. Strzeliłaś takiego focha, że nic nie słychać.

– Mogę zawsze liczyć na ciebie.

– Racja, siostro. – Obejmuje mnie ramieniem i przyciąga do siebie. – Zawsze uratuję ci tyłek, cycki, te dziwne kościste kolana i tę wielką, skomplikowaną łepetynę.

Tym razem to ja się obruszam.

– Wspaniale. Moja najlepsza przyjaciółka uważa, że mam nierówno pod sufitem. Jak mam przekonać kogokolwiek, że jest inaczej?

Sadie macha ręką.

– Niech sobie myślą, co chcą. Te palanty w szkole już dawno wyrobiły sobie zdanie na nasz temat. To twoich rodziców mamy przekonać, prawda?

Zgadza się. Tylko jeśli uda mi się przekonać rodziców, że sama potrafię o siebie zadbać, będę mogła zdawać na fotografię w Sydney albo w Melbourne. Musiałabym wyprowadzić się z domu i zamieszkać w akademiku; moja mama nie będzie zachwycona tym pomysłem. Ta kobieta nie ufa mi, nawet jeśli chodzi o ładowanie zmywarki. Myśli, że nie słyszę, jak przekłada jej zawartość, gdy już położę się spać.

– Posłuchaj – ciągnie Sadie. – Moja mama ma dla nas nową fuchę, jeśli jesteś zainteresowana. Kilka godzin pracy jako kelnerka i pięćdziesiąt dolców do ręki, co ty na to? – Porusza zabawnie brwiami, żeby rozluźnić atmosferę.

Nie zaprzeczę, kasa przydałaby mi się na profesjonalne odbitki, ponieważ powinnam przygotować porządne portfolio na egzaminy wstępne. Poza tym trudno jest odmówić mamie Sadie, Kiri, która ciężko pracowała na sukces swojej firmy cateringowej, jest samotną matką i nie może liczyć na pomoc rodziny mieszkającej w Nowej Zelandii. Opieram się o drewniany pachołek portowy pomalowany tak, żeby przypominał ogorzałego marynarza.

– Gdzie i kiedy?

Sadie rozluźnia z ulgą ramiona. Choć miewa niewyparzony język, wiem, że nie lubi sprawiać mi przykrości.

– W przyszłą sobotę na Banksia Avenue – odpowiada.

Gwiżdżę cicho. Na Banksia Avenue wyburzają właśnie wszystkie stare ceglane rudery i zastępują je nowoczesnymi willami. Większość posesji ma bramy z lśniącego drewna i jest otoczona wysokimi murami, wzdłuż których rosną palmy, nie wspominając o widoku na ocean.

– Francja-elegancja – zgadza się Sadie. – To ma być wielkie przyjęcie powitalne dla jakiejś rodziny, która wraca do miasteczka.

– Chcesz powiedzieć, że udało im się stąd wyrwać, a teraz wracają tu z własnej woli?

– Dziwne, nie? – Sadie związuje falujące ciemnobrązowe włosy w luźny kok na czubku głowy i mocuje go gumką. – Nie wynajęli domu. Kupili ten dwupoziomowy z dziwnym okrągłym oknem. Mama mówi, że zaproszono setkę gości.

– Popularna rodzinka.

Czekamy przed przejściem przez Marine Drive, przepuszczając samochody wyjeżdżające niespiesznie z parkingu przy plaży, jakby niechętnie zostawiały za sobą ciepłe popołudnie. Po drugiej stronie ulicy przed budką z rybą i frytkami stoi pełno przyjezdnych w luźnych koszulkach, mokrych kąpielówkach i japonkach na zapiaszczonych stopach.

– Założę się, że Rachel skołowała zaproszenie – stwierdzam – tylko po to, żeby uprzykrzyć nam robotę.

– Pewnie tak – przyznaje Sadie. Przy kafejce na rogu skręcamy pod górę, oddalając się od sklepów. – Czy w Port Bellamy odbyła się kiedykolwiek impreza, na którą się nie wkręciła? Zresztą to mama Rachel sprzedała dom tym nowym, więc rodzina Tan będzie robić za oficjalny komitet powitalny.

Podchodzimy w górę Banksia Avenue i widzę, że Sadie miała rację: do muru pod numerem ósmym jest przyczepiona tablica agencji nieruchomości z naturalnej wielkości zdjęciem Francine Tan ubranej w niebieski sweterek. Kremowy budynek z eleganckimi drewnianymi żaluzjami w oknach i podjazdem z piaskowca stał pusty przez prawie osiem miesięcy. Teraz na werandzie ustawiono wiklinowe fotele, a po obu stronach drzwi frontowych pojawiły się ozdobne drzewka.

Podążam wzrokiem wzdłuż podjazdu, który kończy się dużym podwójnym garażem na tyłach posesji. Ten widok budzi we mnie niejasne wspomnienie czające się tuż pod powierzchnią pamięci, niczym zapach, który znasz, ale nie wiesz skąd. Na piętrze kremowego budynku w okrągłym oknie przesuwa się jakiś cień. Firanka się unosi, a potem szybko opada z powrotem.

Z powrotem.

Z powrotem?

– Mówiłaś, że kto tu mieszka?

– Nic nie mówiłam – zaprzecza Sadie. – Widziałam tylko wpis w kalendarzu ściennym mamy. – Mruży oczy, wytężając pamięć. – Jakieś morsko brzmiące nazwisko. Waters, Sailor czy coś w tym stylu.

Cały świat gwałtownie przyspiesza, a potem raptownie hamuje. Następne słowo wypowiadam bardzo ostrożnie:

– Fisher...?

– Tak, Fisher! Znasz ich?

Zasycha mi w ustach, boję się odezwać. Wzruszam obojętnie ramionami, ale w głowie mam gonitwę myśli.

– Dobra, będę lecieć – mówi Sadie. – Obiecałam mamie, że pomogę jej przygotować owoce morza w panierce. – Rusza w stronę skrzyżowania, na którym powinnyśmy się rozstać, ale orientuje się, że za nią nie idę. Z wahaniem robi krok do tyłu, bawiąc się nerwowo paskiem nabijanym ćwiekami. – Między nami wszystko gra? Wyglądasz, jakbyś się dalej gniewała.

– Tak – chrypię – wszystko gra.

– Przytulas?

Podchodzi do mnie z pełnym nadziei uśmiechem i otwartymi ramionami, a potem obejmuje mnie ostrożnie, tak jak ja obejmuję mojego młodszego brata, kiedy mi na to pozwoli. Spoglądam na dom numer osiem przy Banksia Avenue. Teraz w oknie nikogo nie widać, ale wiem, że gdzieś tam jest.

Mallory Fisher.

Dziewczynka, którą porwał zamiast mnie.

2

WTEDY

„The Mid Coast Times” (numer archiwalny)

Dział: Wydarzenia

Data: 13 stycznia 2008

GREENWILLOW, NOWA POŁUDNIOWA WALIA. Sześcioletnia Mallory Fisher została oficjalnie uznana za zaginioną.

Lokalne władze podają, że Mallory Fisher zaginęła w miejscowości Greenwillow na środkowo-północnym wybrzeżu Nowej Południowej Walii w sobotę 12 stycznia. Przebywała razem z rodzicami, Danielem i Annabel Fisher z Port Bellamy, w wesołym miasteczku przy Summit Road w Greenwillow. Mallory i jej ośmioletni brat Morgan rozdzielili się przed sanitariatami w południowej części lunaparku tuż po godzinie 14.00.

Rodzice Mallory oraz personel lunaparku przeszukali teren, po czym wezwali policję około 14.45. Poszukiwania przeciągnęły się do wieczora i objęły pobliskie posesje oraz busz.

Mallory to otwarta i ciekawska dziewczynka w wieku przedszkolnym, która mogła oddalić się i zabłądzić. Kiedy widziano ją po raz ostatni, była ubrana w sukienkę w biało-żółtą kratę, różowy sweterek z krótkim rękawem i białe tenisówki. Jest biała, ma około 112 cm wzrostu, blond włosy do ramion i niebieskie oczy.

Wszelkie informacje o miejscu pobytu Mallory Fisher prosimy kierować pod numer Crime Stoppers[1] (1800 333 000).

3

TERAZ

Jeśli poszukać w internecie zdjęć Mallory Fisher, to ciągle wyskakują te same trzy fotografie: zdjęcie z przedszkola, fotka z bratem na kempingu i ucięte, niewyraźne zdjęcie rodzinne zrobione w święta Bożego Narodzenia. Pierwsze dwa zostały udostępnione prasie przez rodziców Mallory i trafiły na krótko na plakaty. Świąteczna fotografia pochodziła zapewne od jakiegoś krewnego, który przekazał ją w dobrej wierze namolnemu dziennikarzowi.

Gdyby nie odnaleziono dziewczynki żywej, pewnie zdjęć byłoby znacznie więcej. Mallory niemowlak. Mallory obchodzi szóste urodziny. Mallory na karuzeli w Greenwillow. Może pojawiłyby się przetworzone komputerowo zdjęcia pokazujące, jak wyglądałaby za kilka lat – jako dziesięciolatka, dwunastolatka, śliczna nastolatka. Jej postarzona podobizna mogłaby właśnie krążyć po Facebooku.

Ale Mallory Fisher odnalazła się na szlaku turystycznym, brudna i odwodniona, z zakrwawionymi plackami na głowie, z której w kilku miejscach wyrwano kępki jasnych włosów. Mallory Fisher zniknęła na siedem dni, a kiedy znów się pojawiła, ta gadatliwa wcześniej sześciolatka już nigdy nie wypowiedziała ani słowa. Plakaty z jej zdjęciem pozrywano, a Fisherowie wyjechali z Port Bellamy, jak się wydawało, na zawsze.

Wśród miejscowych panuje przekonanie, że Mallory została porwana, najprawdopodobniej z Old Meadow Lane – pierwszej drogi, do której dotarła po wyjściu z lunaparku. Ludzie uznali, że ktoś po prostu skorzystał z okazji – porwał Mallory pod wpływem impulsu, a potem wystraszył się, znudził albo dopadły go wyrzuty sumienia, i w końcu porzucił ją w Parku Narodowym Barrington Tops. Gazety donosiły, że przesłuchiwano podejrzanych, ale nikogo nie aresztowano. Sprawdzano i eliminowano różne tropy, a zeznania niewiarygodnych świadków obalono.

W tym także moje.

Wzdrygam się na samą myśl o tym, co powiedziałam policji. To wszystko, co wtedy widziałam, wydawało się takie rzeczywiste.

– Kto to?

Zatrzaskuję laptopa i zdjęcia Mallory Fisher zostają pochłonięte jednym gwałtownym kłapnięciem. Mój braciszek Tim stoi w drzwiach sypialni i wyciąga szyję, usiłując zobaczyć, co przykuło moją uwagę.

– Hej. Jak leci, Timber?

Chłopiec opiera się o framugę drzwi i zaczyna skubać zaciek z farby.

– Mama chce, żebyś jej oddała laptopa. I nie wolno ci tak do mnie mówić.

– Jak mówić, Timber?

– Przestań – odpowiada opryskliwym tonem, jak na dziewięciolatka przystało. – Mama mówi, że już nie wolno ci mnie tak nazywać.

– Według mamy w zasadzie nic mi nie wolno. Może więc chociaż ty mi odpuścisz?

Tim zastanawia się przez chwilę, po czym wzrusza ramionami na znak zgody. On też nie rozumie, dlaczego już nie wolno mi go tak przezywać. Kiedy uczył się chodzić i upadał na pupę, wołałam „Timberrr!”, jak gdyby był ścinanym drzewem w lesie[2]. Chichotał za każdym razem, więc przezwisko przylgnęło do niego na dobre. Nikt nie miał nic przeciwko temu aż do chwili, gdy dwa tygodnie temu Tim po raz pierwszy spróbował jeździć na deskorolce.

– Natasho, nie wołaj „Timber” za każdym razem, kiedy się przewraca – skarciła mnie mama. – Skupiasz uwagę na jego niepowodzeniach. To może zostawić trwały ślad w jego psychice.

Z grubsza oznaczało to: „W rodzinie wystarczy jedno dziecko stwarzające problemy”.

Nie „problemy”, poprawiłaby ją doktor Ingrid. „Wyzwania”.

– Co oglądałaś? – pyta Tim, zerkając na laptopa. Gdy przesuwam się z krzesłem, żeby odwrócić jego uwagę, Tim unosi podejrzliwie brwi. – Kto to był?

– Hej, o co się kłócą rodzice? – Wsuwam laptopa pod pachę i wypycham Tima na korytarz. Nasza długowłosa kotka Mysza zeskakuje z mojego łóżka i bezszelestnie rusza za nami.

– Nie wiem – odpowiada Tim, sięgając po komputer. Jestem od niego szybsza i unoszę laptopa nad głowę. – Wszystko było w porządku przed tym telefonem do taty. – Zatrzymujemy się na szczycie schodów.

– Jakim telefonem?

– Ja odebrałem, a ona poprosiła tatę. Powiedziała, że jest ciocią Ally. – Tim unosi ku mnie usianą drobnymi piegami buzię i patrzy niebieskimi oczami. Ma pociągłą twarz o delikatnych rysach jak mama, a nie pulchne policzki z dołeczkami jak ja. – Mamy jakąś ciocię Ally?

– Tak. – Przygryzam wargę od środka. – Mamy.

Tim unosi brwi.

– Jesteś pewna? Nigdy o niej nie słyszałem. Czy ona jest stara? Jak babcia? Albo bogata?

Chichoczę pod nosem, jednym uchem nasłuchując głosów z dołu. Nic dziwnego, że rodzice się kłócą. Zawsze tak jest, ilekroć Ally pojawia się w ich życiu niczym granat wrzucony do ogniska.

Schodzimy na palcach do połowy schodów i siadamy na naszym stopniu. Można stąd oglądać telewizję, podsłuchiwać rozmowy w kuchni i podglądać, co się dzieje w ogródku przed domem, samemu pozostając niewidocznym.

– Ciocia Ally jest cztery lata młodsza od taty – szepczę do Tima. – Nie jest stara. I na pewno nie jest bogata.

– Tata jest już stary.

– Ma czterdzieści dziewięć lat, Tim.

– Ma siwe włosy – szepcze Tim z oburzeniem. – Nikt inny w klasie nie ma taty z siwymi włosami. Nikt nie ma taty, który ma prawie pięćdziesiąt lat. – Kręci głową, jak gdyby nie mógł uwierzyć, że umknęło to mojej uwadze.

– Wiesz przecież, że byłeś niespodzianką. Rodzice myśleli, że etap powiększania rodziny mają już za sobą. Może tata był w takim szoku, że osiwiał. – Robię wielkie oczy, a Tim rozdziawia buzię. Dotyka koniuszkiem palca rozjaśnionej słońcem czupryny.

– Czy to możliwe? Jak bardzo trzeba się wystraszyć? – Łaskocze Myszę za uchem i odpływa gdzieś myślami, a ja chciałabym zajrzeć mu do głowy, żeby zobaczyć rozgrywające się w niej scenariusze. Zepsuty Xbox, zły pies sąsiada, mama smarująca mu włosy preparatem przeciw wszom. Niewinne lęki dziewięciolatka – i właśnie takie powinny być.

Z dołu dolatuje głos mamy:

– Mówiłeś, że ma być w Byron Bay do lutego. Chryste, Richard! To tyle, jeśli chodzi o element zaskoczenia.

– To bez znaczenia – odpowiada tata. – Wycena agencji nieruchomości jej nie przekona. Uparła się.

– Richardzie, wiem, że się uparła. – Mama wypowiada imię taty takim tonem, jak gdyby to było przekleństwo. – Właśnie dlatego wysłaliśmy tam agentkę pod jej nieobecność, żeby w ogóle mogła dostać się do środka. Francine Tan twierdzi, że twoja siostra oblała ją wodą z wiadra!

Tim zasłania usta ręką, tłumiąc śmiech. Pewnie myśli sobie, że ta stara ciotka bez grosza przy duszy jest wystarczająco postrzelona, żeby być fajna. I chyba jest fajna, na swój własny, hipisowsko-artystyczny sposób. Kiedy widziałam ją ostatnim razem, ogoliła głowę na łyso i zamierzała namalować mural w środku swojego domu. Sęk w tym, że dom w Willow Creek nie jest wyłącznie jej własnością – należy do niej i do mojego taty. Babcia zostawiła im ten stary dom w stylu kolonialno-georgiańskim w spadku i od jej śmierci dziesięć lat temu tata chce go sprzedać.

– Właśnie tu jedzie – oznajmia tata. – Spróbujmy usiąść razem i porozmawiać o tym jak poważni ludzie.

– Co takiego? Ally tu jedzie?

– Rano była w Hunter Valley, więc wpadnie do nas w drodze powrotnej.

Tom mruga z niedowierzaniem, a jego usta układają się w literę „o”. Wcześniej nie przyszło mi do głowy, że nigdy nie rozmawiamy przy nim o Ally. Kilka razy spędzała z nami święta, ale Tim był jeszcze za mały, żeby cokolwiek zapamiętać. Któregoś roku Ally tak się wstawiła, że kopniakiem przewróciła choinkę i poszła spać w swoim samochodzie. Innym razem nazwała tatę nadętym durniem i chlusnęła mu drinkiem w twarz. Nic dziwnego, że mama przestała ją do nas zapraszać.

Kilka minut później na podjeździe słychać niski pomruk forda F100 należącego do Ally. Stary pick-up zatrzymuje się z piskiem hamulców, po czym strzela z gaźnika. Tata na pewno się wzdrygnął – kocha ten brązowy wóz z chromowaną kratką chłodnicy i karoserią we wzory z lat siedemdziesiątych. Oglądanie go w takim stanie musi być dla niego torturą. Samochód należał do babci, a ponieważ tata woził nim antyki, którymi handlowała, jasne było, że to on go odziedziczy. A potem Ally wróciła z którejś ze swoich wypraw z plecakiem i przywłaszczyła sobie auto.

Kiedy tata otwiera drzwi, jego siostra maszeruje właśnie ścieżką przez ogród i bez wahania wchodzi do środka.

– Richardzie – wita się krótko, poprawiając falujące kasztanowe włosy obiema rękami. Sięgają jej teraz do połowy pleców, co uzmysławia mi, ile lat minęło od naszego ostatniego spotkania. Jest szczupła, ma na sobie sukienkę w kolorach ziemi, a na nadgarstkach całą masę bransoletek z rzemyków i paciorków.

– Przywiozłaś któregoś ze swoich facetów, żeby mnie zastraszyć? – Tata wskazuje ruchem głowy pick-upa. – Tego frajera PJ-a? A może tego niemieckiego palanta Klausa? – Drzwi z siatki zamykają się z trzaskiem, a ja schylam się, żeby wyjrzeć przez okno. W oknie samochodu dostrzegam postać palącą papierosa.

– Jasne, Rich – odparowuje Ally – bo to w moim stylu. Jakbym potrzebowała pomocy jakiegoś faceta. Aż tak przeraża cię wizja niezależnej kobiety?

– Nie wiem. A oblejesz mnie wiadrem wody?

– Nie wiem. A będzie to konieczne?

W tej wymianie zdań da się wyczuć żartobliwą nutę, która przypomina mi, że dorastali w tym samym domu, jedli przy tym samym stole i oglądali te same programy w telewizji. Gdyby nie zadawnione urazy, mogliby ze sobą konie kraść. Jednego zdążyłam się jednak nauczyć: im bliższa jest ci jakaś osoba, tym mocniej rani cię jej krytyka. Jej nieufność wobec ciebie wywołuje panikę, a jej rozczarowanie tobą jest niczym trucizna.

– Witaj, Ally. – W głosie mamy słychać napięcie. – Co możemy dla ciebie zrobić? – Nie proponuje, żeby ciocia usiadła. Nie oferuje kawy.

– Chodzi raczej o to, co możecie przestać robić, Elaine. Na przykład wysyłać mi do domu aroganckie zdziry, które mają czelność same sobie otwierać drzwi.

Siedzący obok mnie Tim z trudem hamuje radosną ekscytację brzydkim słowem. Marszczę ostrzegawczo brwi i przykładam palec do ust.

– Francine Tan jest agentką nieruchomości – mówi mama powoli, jak gdyby tłumaczyła coś dziecku. – Myśleliśmy, że jesteś w Byron i chcieliśmy...

– Dobrze wiem, co chcieliście zrobić – przerywa jej Ally. – Dlatego przyjechałam po mój komplet kluczy.

– Twój komplet kluczy? – pyta mama.

– To moja prywatna przestrzeń – ciągnie Ally. – Nieproszeni goście nie są mile widziani w moim domu.

– Dlaczego? Masz coś do ukrycia? – Wymowna pauza po tym pytaniu jest jak wbicie szpili owiniętej drutem kolczastym. Przypominam sobie lato spędzone u Ally dziewięć lat temu, pokoje z zakazem wstępu i zamknięte na klucz drzwi, wilgotne schody prowadzące do piwnicy przypominającej czarną gardziel bestii gotowej połknąć mnie w całości. Prawie czuję kredowy zapach zmurszałych drewnianych framug, niemal słyszę stukania i trzaski, gdy staremu domowi strzela w stawach. Gdybym sobie na to pozwoliła, pewnie byłabym w stanie przywołać uczucie bycia ciągniętą z jednego pokoju do drugiego i pamięć o skarpetach zaczepiających o gwoździe w deskach podłogi.

– Daj mi klucze, Rich – rozkazuje Ally.

– Nie dostaniesz mojego kompletu. Połowa domu należy do mnie, pamiętasz?

– I postanowiłeś sprzedać ją ze mną w środku.

Tata wzdycha.

– Nie próbujemy cię wykurzyć. Wiesz, że chciałem sprzedać swoją połowę od lat. Nie stać cię, żeby mnie spłacić, więc musimy to omówić.

– A co to za bzdury z wpisaniem domu do rejestru zabytków, skoro po prostu chcesz go sprzedać?

– Odezwała się do mnie rada hrabstwa Gloucester – odpowiada tata. – Chcą go kupić i mają kilka świetnych pomysłów, jak go wykorzystać.

– Ktoś już z niego korzysta. Ja!

– Ten dom zaraz zawali ci się na głowę, a żadnego z nas nie stać na remont – odparowuje tata. – Musimy go sprzedać komuś, kogo na to stać.

– Ten dom stoi od 1820 roku, Rich. Nie zawali się jutro.

– Posłuchaj, dałem ci dziesięć lat...

– Więc skąd ten nagły pośpiech?

– Tash idzie w przyszłym roku na studia – tłumaczy tata. – Trzeba będzie opłacić czesne, pomożemy jej też kupić samochód, kiedy przyjdzie czas.

Brat podnosi na mnie wzrok, a ja wzruszam ramionami. Nie miałam pojęcia, że rodzice chcą mi pomóc opłacić czesne. Myślałam, że popracuję na pół etatu jako kelnerka i jak wszyscy wystąpię o odroczenie opłaty za studia. Zresztą i tak będzie to konieczne, bo rodzice nie biorą pod uwagę kosztów utrzymania w Sydney czy Melbourne. Spodziewają się, że będę dojeżdżać z domu do kampusu w Newcastle. Żeby mieć mnie na oku. Monitorować.

– A co u Tash? – pyta Ally. Ton jej głosu przechodzi z obronnego w zaciekawiony. Cała sztywnieję, a Tim szturcha mnie łokciem w żebra. – Ile ma już lat? Szesnaście?

– Siedemnaście – odpowiada tata.

Znów zapada niezręczna cisza, ale tym razem w powietrzu zawisa to, o czym nikt nie chce mówić.

– Wszystko z nią... w porządku?

– Jak najlepszym – ucina mama. – Twój siostrzeniec też ma się doskonale, jeśli cię to interesuje.

– Oczywiście, że mnie interesuje. To wy nie chcecie go przywieźć do Willow Creek. Spodobałoby mu się tam, busz zaczyna się zaraz za drzwiami, mógłby ganiać po okolicy razem z Bennym.

Tim dotyka mojego ramienia.

– Jej psem – szepczę, a on uśmiecha się radośnie.

– A co z Tash? – dopytuje Ally. – Dalej robi zdjęcia? Może zmiana otoczenia pobudziłaby jej kreatywność. Jest zawsze mile widziana w domu rodzinnym.

– Tu jest jej dom rodzinny – mówi mama z naciskiem. – I nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł.

– Daj spokój, Elaine. Nadal się z nią cackasz? Jest już prawie kobietą.

– Nie podnoś głosu! – syczy mama. – Zachowaj swoje zdanie dla siebie. Nie masz pojęcia, co się dzieje z tą dziewczyną.

Z „tą dziewczyną”. Zwykle jestem „tą dziewczyną”, kiedy mama żali się tacie za zamkniętymi drzwiami, że nie wie, co ze mną począć.

– Dlaczego nie zapytasz Tash, czego ona chce? – drąży Ally. – Może przydałoby jej się kilka tygodni przerwy od twojej krytyki i osądzania. Bo mnie na pewno.

Mama aż sapie z oburzenia i mamrocze coś pod nosem. Obok mnie Tim przestał się uśmiechać i usiłuje zrozumieć, o co chodzi.

Słowa Ally wywołują u mnie dziwną mieszaninę wdzięczności i podejrzliwości. Chcę wierzyć, że coś nas łączy – obie wiemy, jakie to uczucie być trzymaną na dystans przez własną rodzinę. Jak gdyby rozumiała, jak się czuję, a przecież... ledwie mnie zna.

– Dobra – odzywa się tata. – Kończymy na dziś. Wyślę ci maila w sprawie domu.

– A co z moimi kluczami?

– To moje klucze – odpowiada tata. – Wciąż ma je agentka nieruchomości.

– Chcę je z powrotem, Rich. I koniec niezapowiedzianych wizyt w celu naprawienia cieknącego prysznica. Wiem, że robisz to wyłącznie po to, żeby mnie szpiegować.

Tata kręci głową i wychodzi do holu. Staje z jedną ręką na biodrze, a drugą wskazuje na drzwi niczym bramkarz wyprowadzający z nocnego klubu awanturującego się gościa. W spłowiałym dresie, z siwymi włosami, którym przydałoby się przycięcie, sprawia wrażenie znużonego.

Ally natomiast przemyka żwawo do drzwi, zamiatając spódnicą i pobrzękując koralikami, a włosy jej falują niczym u furii.

– Chciałabym powiedzieć, że było mi miło, braciszku, ale byłoby to naciągane.

– Serio? – Tata udaje zszokowanego. – Nie mów.

Gdybym zmrużyła oczy, mogłabym ich wziąć za nastolatków.

Mysza uznaje otwarte drzwi za zaproszenie do wyjścia do ogrodu. Zeskakuje Timowi z kolan, drapiąc go przy tym pazurem, a chłopcu wyrywa się okrzyk bólu. Tata i Ally odwracają się i zauważają nas na schodach. Tata zerka ze skruchą w stronę kuchni, jakby uwagi na mój temat wciąż unosiły się tam w powietrzu niczym swąd przypalonych tostów.

Spojrzenia moje i Ally się spotykają. Wyczuwam w jej oczach solidarność. Jak gdyby dokładnie wiedziała...

„To będzie nasz mały sekret, Tash”.

...o czym myślę.

Tim próbuje wstać, ale obejmuję go opiekuńczym gestem i przyciągam z powrotem do siebie. Nie wiem dlaczego. Nie wiem, dlaczego wolę, żeby nie miał nic wspólnego z Ally. Ani z Willow Creek. Bądź co bądź, to ja narobiłam tam kłopotów.

Do holu wkracza mama i nić porozumienia między mną a Ally zostaje zerwana. Ally wymyka się z domu, drzwi z moskitiery zamykają się za nią z trzaskiem, a mama zauważa mnie i Tima na schodach. Z pewnością zaraz zbagatelizuje całe to zajście z ciotką albo zbeszta nas za podsłuchiwanie.

Jednak mama nie robi żadnej z tych rzeczy. Wyciąga tylko rękę i mówi:

– Laptop, proszę.

Wychylam się przez balustradę i podaję go jej, uświadamiając sobie zbyt późno, że zapomniałam zamknąć stronę ze zdjęciami Mallory Fisher.

4

WTEDY

4 marca 2008

Gabinet dr n. med. Ingrid Ballantine

Stenogram z wywiadu lekarskiego

Oddział psychiatrii dzieci i młodzieży

Klinika dziecięca w Newcastle

Pacjentka: Natasha Carmody, 8 lat

IB: Witaj, Natasho. Miło znów cię widzieć. Poznałam ciebie i twoją mamę kilka tygodni temu, pamiętasz?

NC: Tak.

IB: Jestem doktor Ballantine. Możesz mi mówić Ingrid.

NC: Dobrze.

IB: Twoja mama poszła do pokoju obok napić się kawy, żebyśmy mogły porozmawiać w cztery oczy. Nie masz nic przeciwko temu?

NC: Nie...

IB: Ile masz lat, Natasho?

NC: Osiem. Niedługo skończę dziewięć.

IB: Myślisz, że z okazji urodzin będziesz miała przyjęcie z tortem?

NC: Hm, chyba nie. Byłam niegrzeczna.

IB: Tak? Uważasz, że byłaś niegrzeczna?

NC: Mama tak uważa.

IB: Naprawdę?

NC: Tak.

IB: Dlaczego tak myślisz?

NC: Bo... sikam do łóżka.

IB: To się czasem zdarza.

NC: Mnie się zdarza często.

IB: Naprawdę?

NC: Tak. Nie mogę nic na to poradzić. A mama mówi: „Dość tego. To się musi skończyć”.

IB: Czy to cię martwi?

NC: Tak, bo nie robię tego specjalnie.

IB: To się zdarza, kiedy śpisz?

NC: Czasami.

IB: A w innych sytuacjach? Czy zdarza ci się to, kiedy nie śpisz?

NC: ...

IB: Jak myślisz, dlaczego tak się dzieje?

NC: Wstrzymuję się, bo nie chcę pójść do łazienki.

IB: Bo jesteś zmęczona?

NC: Bo się boję.

IB: Czego się boisz, Natasho?

NC: On czasem przychodzi, kiedy jest ciemno.

IB: Kto taki?

NC: ...

IB: Czy ktoś do ciebie przychodzi po ciemku?

NC: Teraz już nie. Ale może wrócić. Powiedział mi, że cały czas ma mnie na oku. Jeśli wyjdę z łóżka, żeby pójść do łazienki, on może zaczaić się w moim pokoju.

IB: Kto?

NC: ...

IB: Czy to ktoś, kogo się boisz?

NC: Na początku się nie bałam.

IB: Kiedy zobaczyłaś go po raz pierwszy?

NC: U cioci Ally.

IB: Pojechałaś w odwiedziny do cioci Ally?

NC: Rodzice wysłali mnie do niej, kiedy miał się urodzić Tim. Chyba na dwa tygodnie. Dla mnie to było długo.

IB: Czy wcześniej nocowałaś poza domem bez rodziców?

NC: Nie.

IB: Tęskniłaś za nimi?

NC: Nie chciałam, żeby byli z Timem. Chciałam, żeby byli ze mną.

IB: Rozumiem. Czułaś się pominięta?

NC: Byłam zupełnie sama. Nie miałam z kim porozmawiać.

IB: A co z ciocią Ally?

NC: Była zajęta. Nie wolno mi było wchodzić do pokojów, w których pracowała. Poza tym jeździła z dostawami.

IB: Rozumiem. Więc naprawdę potrzebowałaś przyjaciela? Kogoś, z kim mogłabyś porozmawiać?

NC: Potrzebowałam mamy i taty.

IB: A potem pojawił się ten nowy przyjaciel, tak?

NC: Nie prosiłam go o to.

IB: Czy to chłopak?

NC: Nie.

IB: Dorosły?

NC: Nie.

IB: Przedszkolak?

NC: ...

IB: Dzidziuś, jak twój braciszek Tim?

NC: ...

IB: Zwierzę?

NC: Nie wiem, czym on jest.

5

TERAZ

Liceum w Port Bellamy jest oddalone od klifu tylko o dwie przecznice, ale stamtąd nie widać oceanu. Składa się z trzech budynków z surowej cegły; najstarszy z nich zbudowano ponad sto lat temu. Na tle bezchmurnego nieba i licznych boisk szkoła całą sobą krzyczy „instytucja”. Im jestem bliżej, tym wolniej idę, tak że przez kilka ostatnich metrów mam wrażenie, że brnę w błocie.

Zaraz za bramą z kutego żelaza wysyłam do Sadie trzeciego tego ranka SMS-a:

Gdzie jesteś, kiwi?

Odpowiada błyskawicznie.

W drodze, kanga. Trzy minuty. Maks pięć.

Pierwszy dzień szkoły, a ona już jest spóźniona. W zasadzie nie powinnam się dziwić, skoro spóźnia się w dwóch przypadkach na trzy.

Zaczekam na ciebie pod eukaliptusem, odpisuję, pójdziemy razem na lekcje.

Dzięki temu nie muszę samotnie stawiać czoła szkolnym korytarzom. Nie wstydzę się przyznać, że kiedy Sadie nie ma w pobliżu, czuję się nieswojo. W ósmej klasie Sadie wagarowała co drugi piątek, bo jej mama miała zajęcia w szkole hotelarskiej. Gdy sprawa się wydała, było mi jej żal, ale w duchu skakałam z radości.

Moja komórka znów wibruje.

Już cię obgadują? Jakieś żarty na temat pieluch?

Prycham i rozglądam się za Rachel Tan.

Jeszcze nie, odpisuję, ale dzień dopiero się zaczął.

Chowam się w cieniu wielkiego eukaliptusa na końcu parkingu i rzucam plecak na ziemię. W tej samej chwili na miejscu przede mną parkuje czarny SUV. Wysiada z niego wysoki mężczyzna o jasnych włosach. Kiedy zdejmuje okulary słoneczne, mój żołądek wywija salto.

To Daniel Fisher, mój dawny ortodonta. Ojciec Morgana i Mallory Fisher.

Wpatruję się w pozostałe drzwi samochodu, serce bije mi jak szalone. Morgan i Mallory mogą siedzieć po drugiej stronie przyciemnianej szyby. Mrużę oczy, bezskutecznie usiłując przeniknąć wzrokiem ciemne szkło, jak gdybym chciała przygotować się na spotkanie z nimi. Na żadnej z sesji z doktor Ingrid nie omawiałyśmy takiej ewentualności. Nigdy nie rozmawiałyśmy o tym, że spotkanie twarzą w twarz z Fisherami może wywołać u mnie regres.

Nie jestem już tamtą dziewczynką, powtarzam sobie. Tamtą osamotnioną ośmiolatką, która wymyślała niestworzone historie. Dziewczynką, która powiedziała policji, że widziała, jak Mallory zostaje porwana z lunaparku przez wymyślonego potwora.

Nie mogę być znowu tą dziewczynką, bo nigdy stąd nie wyjadę, nigdy nie pójdę na studia, nie będę miała żadnej przyszłości. Nie mogę pozwolić, żeby mój umysł znów osunął się w czarną dziurę, z której już raz udało mi się wydostać.

Zanim zdołam przypomnieć sobie jedną z uspokajających mantr doktor Ingrid, otwierają się drzwi od strony pasażera. Z samochodu wysiada tyczkowaty nastolatek, który rozgląda się wokoło, drapiąc się po głowie. Jest kilka cali wyższy ode mnie, ma ciemne włosy, postawione do góry, przystrzyżone na wysokości uszu i karku, pewnie pod naciskiem matki. Na jednej ręce nosi zegarek na skórzanym pasku, drugą zatknął za szlufkę obcisłych dżinsów.

„Morgan”, huczy mi w głowie. „Morgan Fisher”.

Czerwieni się aż po same uszy, jak gdybym została przyłapana na podglądaniu kogoś w bieliźnie. Wycofuję się między niskie gałęzie eukaliptusa i patrzę, jak Morgan i jego tata idą przez parking w stronę sekretariatu.

Morgan i tak by mnie nie rozpoznał, a nawet gdyby, na pewno byłby rozczarowany. Mam grzeczną fryzurę, wyraźne piegi, a jedyną odjazdową częścią garderoby, jaką posiadam, jest oldskulowy T-shirt z E.T., który wyszperałam w lumpeksie. Zresztą i tak go nie noszę, nie jestem wystarczająco wyluzowana.

– Rany. – Podskakuję, gdy obok mnie pojawia się Sadie. – Oprócz pieluch będę ci chyba musiała sprawić śliniak.

Przesuwa okulary słoneczne na czoło, odprowadzając wzrokiem Fisherów znikających właśnie w budynku szkoły.

– Proszę cię – prycham, zakładając ręce na piersi. – Wcale się nie ślinię.

– Czemu nie? Ma niezłą stylówę, zwłaszcza włosy.

Patrzę na Sadie spod zmrużonych powiek, a ona dla odmiany robi wielkie oczy.

– Powaga – mówi. – Sama chętnie bym się tak ostrzygła. Chodź. – Łapie mnie za rękę i ciągnie w stronę drzwi, za którymi zniknęli Fisherowie.

– Czekaj. – Próbuję stawiać opór. – Chcesz poprosić go o poradę w kwestii stylizacji włosów?

Sadie uśmiecha się krzywo, szukając czegoś w plecaku. Wyciąga z niego ulotkę reklamową „So Delish Catering”, firmy swojej mamy.

– Świetny pomysł. Ale nie. Muszę to zanieść Promiennej Janice, żeby zamieściła reklamę w szkolnym biuletynie. Jest winna mamie przysługę.

Bierze mnie pod ramię i relacjonuje ze szczegółami, kogo widziała w drodze do szkoły, a ja uśmiecham się od czasu do czasu z udawanym zainteresowaniem, nie przestając myśleć o dwójce Fisherów, na których zaraz natkniemy się w sekretariacie.

Wiesz, co masz robić. Zachowaj spokój. Minęło wiele lat, a Fisherowie nie mają pojęcia, co naopowiadałaś policji.

Poza tym byłam dzieckiem. Dzieciom wybacza się zmyślanie, prawda? Nawet w poważnych sprawach. Nawet jeśli robią to, żeby znaleźć się w centrum uwagi.

Ssę kciuk i staram się nie patrzeć na swoje odbicie w szklanych drzwiach.

– A, mam coś dla ciebie – mówi Sadie i puszcza moją rękę, żeby znów poszperać w plecaku. Rzuca mi coś czarnego w przezroczystym plastikowym opakowaniu. Zauważam logo „So Delish” ze spiralnym symbolem koru[3]. – W sobotę mamy włożyć czarne koszulki. Mama nie była pewna, czy jakąś masz.

Wpycham koszulkę polo do plecaka i wchodzę za Sadie do sekretariatu. Promienna Janice, nasza wiecznie skwaszona sekretarka, właśnie rozmawia przez telefon i podnosi palec na znak, że mamy zaczekać. Kątem oka zauważam, że ktoś siedzi na kanciastej kanapie pod oknem. Wiem, że to Morgan – jego tata jest w gabinecie dyrektora naprzeciwko recepcji.

Janice kończy rozmowę i nie zaszczyciwszy nas nawet spojrzeniem, wchodzi do sąsiedniego pokoju. Sadie przewraca oczami i opiera się plecami o kontuar. Kiwa komuś głową na powitanie.

Nie komuś. Morganowi.

– Cześć – mówi.

– Cześć.

Wiem, że też powinnam się odwrócić – będzie dziwnie, jeśli tego nie zrobię – ale nadal wpatruję się w kolekcję miniaturowych sukulentów na biurku Janice.

– Jesteś nowy? – pyta Sadie.

– Co mnie zdradziło? – Ma niższy głos, niż się spodziewałam. Gdziekolwiek się podziewał, wkroczył w okres dojrzewania i urósł pół metra. Może ma pryszcze. Może nawet się goli.

– Po pierwsze – zaczyna Sadie – nikt tutejszy nie nosiłby tak postawionych włosów. Morskie powietrze jest zbyt wilgotne i słone. Gdybyś był stąd, już dawno byś się poddał. Daję twojej fryzurze maksymalnie dwa tygodnie.

– Aha. – W jego głosie słychać rozbawienie. – Mów dalej.

– Poza tym jesteś blady. Tak blady, jak gdybyś spał w trumnie. Wolisz księgarnie od plaż, mam rację?

Morgan chichocze.

– Tak jakby. Coś jeszcze?

– Po trzecie, do tej szkoły chodzi mniej niż sześciuset uczniów. A ja nigdy wcześniej cię nie widziałam. Zgaduję, że w Port Bellamy jesteś nowy.

– Niezupełnie.

Sadie przestępuje z nogi na nogę, zaintrygowana. Ja nadal wpatruję się w równy rządek doniczek z terakoty.

– Urodziłem się tutaj, ale wyprowadziliśmy się, kiedy miałem osiem lat – wyjaśnia Morgan. – Mieszkaliśmy w Brisbane, a potem moi rodzice postanowili wrócić do rodzinnego miasta.

– Chwileczkę. – Sadie się prostuje i strzela palcami. – Nazywasz się Fisher?

Zmiana nastroju jest wręcz namacalna. Zerkam przez ramię, żeby zobaczyć reakcję Morgana. Policzki ma zaróżowione, a grube brwi zjechały mu nisko nad oczy.

– Taak... – potwierdza niepewnie.

– Moja mama obsługuje waszą imprezę w sobotę. Tash i ja będziemy kelnerkami. – Sadie klepie mnie w ramię, chcąc mnie przedstawić. Nie mam wyboru, więc uśmiecham się niezręcznie i kiwam głową na powitanie.

Morgan spogląda na mnie po raz pierwszy i rozchmurza się, jak gdyby mnie rozpoznał. Jak gdyby pamiętał, że w drugiej klasie siedzieliśmy naprzeciwko siebie na lekcjach z panią Suresh i za każdym razem przyłapawszy mnie na tym, że na niego zerkam, robił zeza, po czym oboje, chichocząc, chowaliśmy głowy w książkach. Jak gdyby pamiętał ten dzień, kiedy podzieliłam się z nim swoim lunchem, a on narysował mi małpkę trzymającą flagę z napisem „Tash jest miła”.

– Tash Carmody – mówi z szerokim uśmiechem. Jeden z jego przednich zębów jest uroczo wykrzywiony. Jak to możliwe, skoro ma ojca ortodontę? – Wow. Kopę lat.

– Mhm.

– Nadal mieszkasz przy Melaleuca Road? Koło starych szop na łodzie?

Pamięta.

– Tak – odpowiadam ostrożnie. – Od urodzenia.

Uśmiecha się jeszcze szerzej, przez co dołeczki na jego policzkach sięgają aż do podbródka.

– Mieszkałem dwie przecznice dalej, na Boronia Avenue.

– Pod jedenastką – wyrywa mi się.

– Tak. – Morgan śmieje się cicho, jest pod wrażeniem mojej dobrej pamięci. Jego spojrzenie skupia się na mnie, okrągłe zielone oczy nie obejmują już Sadie. – Więc ostatni raz widziałem cię... Kurczę, kiedy to mogło być?

Jeśli wcześniej było mi ciepło, to teraz oblewa mnie fala gorąca.

– Hm... – Marszczę brwi, jak gdybym wytężała pamięć, a tamten dzień nie zostawił na mojej psychice zaognionej blizny. Błysk w oczach Morgana przygasa i wiem już, że nie muszę odpowiadać. Uśmiech znika mu z twarzy. Przypomniał sobie.

Kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, Morgan siedział na tylnym siedzeniu policyjnego wozu. Nogi zwisały mu z otwartych drzwi, oczy miał czerwone, jakby płakał. Była piąta po południu i wesołe miasteczko w Greenwillow właśnie zamykano. Jego siostra zaginęła trzy godziny wcześniej i policja wydawała instrukcje ekipie poszukiwawczej zebranej pod karuzelą. Wspaniałe rumaki galopowały z wdziękiem, światła odbijały się w ich rżących łbach, co w połączeniu z głuchą organową muzyką sprawiało wrażenie, że wszystko jest w porządku.

Ale nic nie było w porządku.

Nie było w porządku to, że lunapark działał normalnie jeszcze przez kilka godzin po tym, jak pochłonął małą dziewczynkę.

Sama nie wiedziałam, co robić, kiedy początkowa panika Fisherów ustąpiła miejsca bezradności. Kręciłam się w pobliżu rodziców Mallory i ekipy poszukiwawczej, wahając się, czy powiedzieć im, co widziałam. Kiedy w końcu pojawiła się Ally, żeby zabrać mnie do domu, czekała w naszym umówionym miejscu cała roztrzęsiona. Usłyszała od kogoś na parkingu, co się stało.

– Myślałam, że to ty – szepnęła, łapiąc mnie za ramiona. – Powiedzieli, że zaginęła dziewczynka i byłam pewna, że chodzi o ciebie.

Kucnęła przede mną i zamknęła mnie w zbyt mocnym, duszącym uścisku; jej bluzka była jak zawsze przesiąknięta słodkawym zapachem dymu. Nad jej ramieniem widziałam Morgana siedzącego samotnie z tyłu biało-niebieskiego policyjnego wozu. Uwolniłam się z objęć Ally i podeszłam do niego, uśmiechając się blado.

– Do zobaczenia w szkole?

Podniósł na mnie wzrok pełen lęku i poczucia winy.

– Nie wiem, jak to się stało, że mi zginęła.

Przez dziewięć lat przechowywałam w pamięci jego obraz, odtwarzając go raz po raz, jakbym rysowała ołówkiem, podkreślając krągłość jego przerażonych oczu, smugę cienia wokół wygiętych w podkówkę ust. Pozwoliłam, żeby ciotka odciągnęła mnie od niego, bo sama chciałam znaleźć się jak najdalej od lunaparku.

Myślałam, że jeszcze go zobaczę. Myślałam, że będę miała okazję go pocieszyć: „Morgan, to nie twoja wina, tylko moja”.

– Więc dziś zaczynasz szkołę? – pyta Sadie.

Morgan mruga.

– Eee, nie. Za kilka tygodni.

– Ostatnia klasa? – pyta Sadie. Morgan kiwa głową. – Super. To do zobaczenia na zajęciach. Hej, masz jakieś ładne siostry, o których powinnam wiedzieć?

Morgan traci na chwilę pewność siebie. Rzuca mi niespokojne spojrzenie, a mnie aż skręca w żołądku.

– Ma tylko piętnaście lat – odpowiada sztywno. – Zresztą nie chodzi do szkoły.

Sadie zerka na mnie, unosząc brwi.

– Spokojnie. Tylko żartowałam.

– Ma nauczanie domowe – wyjaśnia Morgan. – I z tego, co wiem, woli chłopaków.

– Nie rozmawia z tobą na takie tematy?

Policzki Morgana czerwienieją jeszcze bardziej.

– Moja siostra w ogóle nie mówi.

Sadie ma już coś odpowiedzieć, kiedy kilka rzeczy dzieje się naraz: dzwoni szkolny dzwonek, pojawia się Promienna Janice, a tata Morgana wystawia głowę z gabinetu dyrektora i kiwa na niego.

– Do zobaczenia w sobotę – mówi Sadie. – Postaramy się nie uwalić żarciem dywanu twojej mamy.

– Jasne – mamrocze Morgan. – Miło było cię poznać. – Zerka na mnie i coś w jego wzroku topnieje. – Do zobaczenia, Tash.

– Pa, Morgan.