Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 406 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Flora i Grace - Maureen Lee

Nowa powieść popularnej angielskiej pisarki, autorki min. powieści „Wrześniowe dziewczynki”, „Wędrówka Marty”, „Matka Pearl” i „Nic nie trwa wiecznie”. Przejmująca opowieść o wojnie, macierzyństwie i trudnych wyborach.

Rok 1944. Nastoletnia Flora Knox rozkoszuje się pięknym wiosennym porankiem na stacji kolejowej w Szwajcarii. Niespodziewanie widzi zbliżający się pociąg do przewożenia bydła i słyszy dobiegające z niego błagania i jęki. Gdy przerażona podbiega do z wolna toczącego się przez stację pociągu, jedna z pasażerek wypycha przez szparę między deskami wagonu zawiniątko, rozpaczliwie szepcząc: „Zabierz go. Ma na imię Simon”. Pociąg odjeżdża, a Flora zostaje na peronie sama z maleńkim chłopcem. Chociaż wszystko wokół niej wygląda tak jak chwilę wcześniej, dla Flory nic już nie będzie takie samo...

Opinie o ebooku Flora i Grace - Maureen Lee

Fragment ebooka Flora i Grace - Maureen Lee

TYTUŁ ORYGINALNY: FLORA AND GRACE REDAKTOR PROWADZĄCY: Katarzyna Krawczyk REDAKCJA: Aldona Zaniewska KOREKTA: Marianna Filipkowska, Irena Kulczycka Copyright © Maureen Lee 2013 All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Grażyna Woźniak 2014Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 Księgarnia internetowa: Fabryka.pl DystrybucjaFirma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. k. a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel. 022 721 30 00 olesiejuk.pl FLORA I GRACE ISBN: 978-83-7943-814-3 Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Część I

Rozdział 1

Dolina rzeki Limmat, Szwajcaria

1944

Była wiosna. Późnym rankiem Flora, z przymkniętymi oczami i błogim uśmiechem na twarzy, wdychała przyjemnie rześkie powietrze. Tak chyba musiał smakować najlepszy szampan. Aż zakręciło jej się w głowie. Żółte jak cytryna słońce świeciło na jasnobłękitnym niebie, a pociąg do Zurychu, który właśnie ruszył ze stacji, wypuszczał białe kłęby pary, znikając w oddali, przez co cała ta scena wydawała się jeszcze bardziej bajkowa.

Flora usiadła na drewnianej ławce, wyciągnęła przed siebie długie nogi i rozłożyła ramiona na oparciu. Szkoda, że musiała pożegnać panią Rhonę Charlesworth, damę z Zurychu, rodowitą Amerykankę, która regularnie odwiedzała Else i Andrew w prowadzonej przez nich szkole.

Szkoła Świętej Teresy powstała przed dziesięciu laty dla uczczenia pamięci córki państwa Charlesworthów, Antonii, która zmarła na suchoty. Szkole nadano imię świętej Teresy z Lisieux, karmelitanki pokonanej przez tę samą chorobę w wieku dwudziestu czterech lat.

Flora Knox przyjechała do szkoły w tysiąc dziewięćset trzydziestym ósmym roku jako jedenastoletnia dziewczynka. Po śmierci jej rodziców ciotka Winifred przeczytała w „The Lady” artykuł poświęcony szwajcarskiej szkole dla dzieci z problemami zdrowotnymi. Aby się pozbyć kłopotu, odesłała tam bratanicę pod pretekstem jej uciążliwego kaszlu. Kaszel zniknął bezpowrotnie tuż po przyjeździe Flory, która rzadko pisywała do ciotki.

Po wybuchu wojny ciotka Winifred nie próbowała ściągnąć Flory z powrotem do Anglii, mimo że podróż przez wciąż wolną Francję była wówczas jeszcze możliwa. Po inwazji Niemiec na ten kraj ucieczka przestała wchodzić w grę. Szwajcaria pozostała neutralna, lecz wszyscy jej sąsiedzi byli okupowani.

Florze było to na rękę: nie lubiła mieszkać z ciotką Winifred, która dwa razy do roku przelewała do banku w Zurychu pieniądze na czesne – rodzice dziewczynki zostawili pieniądze na jej edukację, więc ciotka nie mogła narzekać.

Nadjechał kolejny pociąg, wolno sunąc po torach, błyszczących w świetle słońca. Flora przyglądała mu się ciekawa, czy się zatrzyma. Kolejarz, który po ich przyjeździe na stację sprawdził bilet pani Charlesworth, również wyszedł na peron, by popatrzeć na pociąg. Podobnie jak Flora był bardzo młody. Mundur, który miał na sobie, był na niego o wiele za duży.

Flora zbierała się do odejścia. Na stację miał zaraz przyjechać autobus i zawieźć ją krętą drogą do hotelu Świętego Alojzego, gdzie w wielkim mercedesie będzie na nią czekać Else. Stary silnik samochodu był ponoć zabezpieczony sznurkiem, tak przynajmniej twierdziła Else. Z hotelu do szkoły – starego, dawno opuszczonego przez zakonnice drewnianego klasztoru otoczonego iglastym zagajnikiem – prowadziła wyboista ścieżka. Else zawiozłaby panią Charlesworth aż na stację w Zurychu, gdyby nie to, że w środku nocy Andrew zbudził kolejny napad potwornej migreny, która zwykle przykuwała go do łóżka na kilka dni. Else nie chciała go zostawiać samego na dłużej niż pół godziny, nawet pod opieką Flory. Jej zdaniem byłoby to nieodpowiedzialne.

Pociąg wtoczył się na stację; koła wydawały głuchy klekoczący dźwięk, monotonny i hipnotyczny. Był to pociąg bydlęcy, złożony z długiego szeregu zbitych z desek wagonów. Flora straciła zainteresowanie i zaczęła przyglądać się swojej długiej, szczupłej stopie. Rozpaczliwie potrzebowała nowych butów. Podniosła wzrok dopiero, gdy dotarło do niej, że z pociągu nie dobiegają odgłosy bydła, lecz ludzi.

O mój Boże! Nie była pewna, czy powiedziała to na głos. Zerwała się z ławki. W wagonach jechali ludzie! Widziała ich przez szpary, gdzie brakowało desek: czyjeś ramię, czubek głowy, parę dłoni, a czasem bladą twarz i wlepione we Florę, głęboko zapadnięte oczy. Widok jak z najgorszych koszmarów.

Zdenerwowana i przestraszona Flora ruszyła wzdłuż peronu, wymachując rękami. Chciała jakoś pomóc, zatrzymać pociąg, lecz była zbyt daleko od lokomotywy. Ci ludzie potrzebowali wody i żywności. Tłoczyli się w wagonach niczym… no cóż, bydło. Zapach był potworny: woń ekskrementów, wymiocin i śmierci.

– Dokąd jedziecie?! – zawołała. – Kim jesteście?

Nikt jej nie odpowiedział. Wszyscy tylko na nią patrzyli. Widok tych twarzy i oczu miał prześladować Florę do końca życia.

– Signorina!

Skąd dobiegał ten głos? I czy tylko jej się wydawało, czy pociąg rzeczywiście przyspieszył?

– Signorina! – rozległo się znowu, tym razem głośniej.

W przejeżdżającym wagonie ktoś zaczął odrywać deski, między którymi mignęły dłonie. Drewno pękało i rozrywało się w drzazgi. W ścianie wagonu powstała szczelina.

– Szybko! – rozległ się kobiecy głos. Pociąg zdecydowanie nabierał szybkości. Flora zaczęła biec.

Ze szczeliny wyłoniło się dziecko. Flora przyspieszyła i napotkała udręczone, zdesperowane spojrzenie ciemnowłosej i ciemnookiej kobiety.

– Weź go – wychrypiała tamta. – Ma na imię Simon.

– Mam go! – Flora wyrwała dziecko z ramion kobiety i odskoczyła, a pociąg zniknął ze stacji kolejowej i z jej życia.

* * *

Znów siedziała na ławce, wstrząśnięta do głębi, z dzieckiem na kolanach. Chłopiec był duży, musiał mieć kilka miesięcy. Nie płakał, lecz po jego minie widziała, że się boi. Do tego brzydko pachniał! Jego piękny, robiony na drutach ażurowy szal był brudny, a on sprawiał wrażenie przegrzanego. Flora odsunęła chustę i zobaczyła ciemnorude falowane włosy. Oczy chłopca miały prześliczny zielony kolor.

Instynktownie ułożyła dziecko na ramieniu i delikatnie poklepała je po plecach.

– No już, Simonie, kochany – szepnęła. – No już.

Wszystko wyglądało dokładnie tak jak zaledwie przed kilkoma minutami – stacja, słońce, niebo, młody pracownik kolei, który nie ruszył się z miejsca – jednak od tej pory wszystko miało się zmienić.

* * *

Andrew Gaunt, obiecujący pejzażysta, jak pisano po jego pierwszej londyńskiej wystawie, pojechał walczyć w hiszpańskiej wojnie domowej. Został poważnie ranny i omal nie zadusił się dymem, kiedy podpalono kościół, w którym postanowił się schronić.

W szpitalu zakochał się z wzajemnością w szwedzkiej pielęgniarce, Else Landstrom. Jedna wojna się skończyła, druga dopiero miała się zacząć, gdy Else zabrała ukochanego do Szwajcarii, kraju o czystym powietrzu, dobrym dla jego poparzonych płuc i permanentnie osłabionej klatki piersiowej. Andrew był teraz postawnym, barczystym mężczyzną z gęstą czupryną, która posiwiała w jedną noc. Chociaż miał dopiero trzydzieści pięć lat, był niemalże inwalidą, głównie z powodu dręczących go migren.

Problem, jak zarobią na swoje utrzymanie, pojawił się, gdy Andrew odkrył, że stracił zainteresowanie malarstwem i talent do niego. Założyli więc z Else szkołę dla chorowitych dzieci, które mogły tu przyjechać na kilkutygodniową rekonwalescencję i zostać tak długo, jak to korzystne dla ich zdrowia. Postanowili nie przyjmować do szkoły więcej niż dwadzieścioro dzieci jednocześnie. Wtedy właśnie poznali panią Charlesworth, mieszkankę Zurychu, która zaoferowała się sfinansować ich projekt dla uczczenia pamięci swojej córki.

Dla Andrew był to fascynujący eksperyment. Wychowany w przemysłowej Środkowej Anglii jako jedyne dziecko matki rozkochanej w lekturze Biblii i ojca, który uważał kary cielesne za najlepszą formę dyscypliny, był ciekaw wpływu całkowicie liberalnego wychowania na młode umysły.

Wychowanków Szkoły Świętej Teresy zachęcano do wyrażania siebie bez oglądania się na innych, mówienia tego, co przyszło im do głowy, i spędzania dnia w łóżku zamiast w szkole, jeśli mieli na to ochotę. Andrew odkrył, że młodzi ludzie naprawdę chcą się uczyć, gdy mają wolną rękę, i są zdolni do oryginalnych pomysłów, jeśli nie mówi im się, co mają myśleć.

* * *

Dawny klasztor był przestronnym, jasnym, jednopiętrowym budynkiem z licznymi pokoikami, w których dawniej spały zakonnice, teraz pracujące w Afryce, a także dużą jadalnią, kaplicą, gdzie się modliły, oraz ascetyczną kuchnią. Nie było tu łazienki, tylko rząd umywalek i trzy zewnętrzne ubikacje, które Andrew prowizorycznym korytarzem połączył z głównym budynkiem.

Była godzina dwudziesta pierwsza. Niektóre dzieci zdążyły się położyć, inne grały w jadalni w tenisa stołowego. Te, które leżały w łóżkach, niekoniecznie spały – równie dobrze mogły czytać. Andrew lub Else zamierzali się później przejść po budynku i pogasić lampy naftowe. Jeśli ktoś chciał kontynuować lekturę, musiał to robić przy świecy. Oprócz Flory w szkole przebywało zaledwie dziewięcioro dzieci – trzy dziewczynki i sześciu chłopców – w wieku od jedenastu do czternastu lat.

Kaplicę zdekonsekrowano, służyła teraz jako salon. Siedemnastoletnia Flora, prawie dorosła, często przesiadywała w nim do późna. Nie uczestniczyła już w szkolnych zajęciach. Sama uczyła dzieci języka i literatury angielskiej z wielkim zaangażowaniem, żywo gestykulując. Tego wieczoru nie mogła zasnąć. Właśnie skończyła opowiadać – po raz trzeci czy czwarty – co ją spotkało, kiedy rankiem odwiozła panią Charlesworth na stację.

– Jutro tam wrócę – zakończyła – i jeśli kolejny taki pociąg będzie przejeżdżać przez stację, zastąpię mu drogę i spróbuję uratować te biedne dusze.

– Nie zrobisz tego, naiwna dziewczyno – odparła łagodnie Else. – Pociąg i tak by się nie zatrzymał, a ty skończyłabyś w trumnie. Zresztą kolejny taki pociąg raczej nie przyjedzie. Ten, który widziałaś dzisiaj, pewnie pomylił drogę. Trafił tu przez pomyłkę.

Else była drobna i blada, miała rzadkie rozwichrzone blond włosy oraz cudowne błękitne oczy. Była silna jak wół, potrafiła unieść ogromne ciężary, chociażby samego Andrew, którego dźwigała niejeden raz. Mąż kochał ją nad życie.

Flora wyglądała zupełnie inaczej: była wysoka i szczupła – może nawet nieco za chuda, miała srebrzystoszare oczy, w których błyszczał teraz gniew, i bardzo długie blond włosy, które w odpowiednim świetle również wydawały się srebrne.

W tym odciętym od świata byłym klasztorze niewiele wiedziano o wojnie – wyjątkami byli Andrew i Else, którzy słuchali radia w swojej sypialni. Zanim Andrew jej o tym opowiedział, Flora nie wiedziała o istnieniu obozów koncentracyjnych, do których wywożono Żydów. Przeraziła ją wiadomość, że nieszczęśni pasażerowie pociągu byli prawie na pewno Żydami w drodze do obozu w Niemczech czy Polsce.

– Mussolini – odezwał się Andrew – chociaż był faszystą, z początku nie chciał więzić włoskich Żydów tylko po to, by sprawić przyjemność swojemu przyjacielowi Hitlerowi. Jednak po upadku Mussoliniego Niemcy bezwzględnie pozbywają się żydowskiej ludności z okupowanej części Włoch. Pewnie właśnie stamtąd przyjechał pociąg, który dzisiaj widziałaś.

– Kobieta, która pierwsza się odezwała, zwróciła się do mnie: signorina – przypomniała sobie Flora – ale ta, która podała mi dziecko, mówiła po angielsku. Może dlatego, że krzyczałam w tym języku. – Do oczu napłynęły jej łzy. – Wyobraźcie sobie, co musiała czuć, oddając swojego ślicznego chłopczyka obcej kobiecie.

Simon na wpół siedział, na wpół leżał w drewnianej kołysce ustawionej w bezpiecznej odległości od ognia. Był pięknym chłopcem o kasztanowych włosach i niezwykłych oczach. Else oceniła, że mógł mieć osiem lub dziewięć miesięcy i był zadbanym dzieckiem. Jego ubranka, całkiem porządne, schły, wyprane i rozwieszone, w kuchni. To, co teraz miał na sobie, było na niego o wiele za duże. Pieluszki dla niego powstały z pociętego na cztery części starego ręcznika.

– Nie został obrzezany – zauważyła wcześniej Else. – Możliwe, że wcale nie jest Żydem.

– Biedaczek – wzdrygnął się Andrew.

Głowa prawie przestała go boleć, chociaż zwykle jego migreny z czasem przybierały na sile. Zastanawiał się, czy zawdzięcza to pojawieniu się dziecka – niezwykłemu wydarzeniu, które przerwało codzienną rutynę. Być może potrzebowali w życiu odmiany, on i Else, żeby jego bóle głowy nie powracały z tak koszmarną regularnością jak ostatnio, mniej więcej co miesiąc.

Dziecko nie spało i nie odrywało oczu od tańczących płomieni. Umyte, przebrane i nakarmione chudą zupą, przecierem jabłkowym oraz mlekiem, najwyraźniej doszło już do siebie po trudach podróży pociągiem.

Nazajutrz Else wybierała się do Zurychu po jedzenie dla niemowląt, butelkę i ubranka. Simon musiał tęsknić za matką, lecz całe to zamieszanie wystarczyło, by na jego twarzy od czasu do czasu pojawiał się uśmiech. Flora co chwilę całowała chłopca, ściskała jego maleńkie rączki lub głaskała po włoskach. Mówiła do niego bez przerwy, opowiadając mu o sobie, Andrew, Else i szkole. Dziecko słuchało uważnie, nie spuszczając z niej wzroku.

Postanowiła, że Simon zostanie z nią na zawsze.

– Powierzono mi go i moim obowiązkiem jest się nim zająć.

– Ale, Floro – perswadowała jej Else – Simon ma przecież rodziców. Nawet jeśli żadne z nich nie przeżyje wojny, pozostają jeszcze ciotki, wujkowie i dziadkowie, którzy będą go chcieli odzyskać. Kiedy tylko ta okropna wojna się skończy, twoim obowiązkiem jest odnaleźć tych ludzi.

Flora w pierwszej chwili straciła rezon, lecz dość szybko go odzyskała.

– Niby jak? – wzruszyła szczupłymi ramionami. – Pociąg przyjechał z Włoch, z kim mam się skontaktować? Jego matka mówiła po angielsku. Z której części Wielkiej Brytanii pochodzi? Równie dobrze może być Amerykanką lub Kanadyjką. Jakim cudem mam się tego dowiedzieć? – Mówiła dobitnie i rozsądnie. Flora rzadko się gorączkowała, niezależnie od tego, jak bardzo była rozdrażniona czy przekonana o swoich racjach. Pochyliła się nad dzieckiem, wyjęła je z kołyski i przycisnęła do piersi. – Bóg jeden wie, jaki los czeka tych nieboraków z pociągu. Kto będzie wiedział, że dziecko trafiło w moje ręce?

– Istnieją pewne instytucje – mruknął Andrew, spoglądając na Florę z kwaśną miną. Jako jej nauczyciel, to on ponosił wyłączną odpowiedzialność za to, że mówiła jak czterdziestolatka. – Takie, które dysponują odpowiednimi danymi lub będą je mogły uzyskać od innych organizacji. Na przykład Czerwony Krzyż. Ciebie nie będą mieli w swoich aktach, droga Floro, lecz po pewnym czasie ktoś może im zgłosić zaginięcie Simona i jego matki. Pewnie istnieją sposoby na to, żeby ich odnaleźć.

Flora tylko się uśmiechnęła. Dziecko zacisnęło rączki na jej szyi. Miała pewność, że są dla siebie stworzeni.

– Nie ufam żadnym agencjom i organizacjom. Jedna z nich po śmierci rodziców wysłała mnie do ciotki Winifred i uparła się, że powinnam z nią mieszkać, chociaż ona nie miała na to najmniejszej ochoty. Lepiej by mi było w rodzinie adopcyjnej lub ochronce.

Teraz to Andrew się uśmiechnął.

– Tylko że wtedy nie moglibyśmy spędzić w twoim miłym towarzystwie tych wszystkich lat.

– I wzajemnie – odparła Flora. – Chociaż nie rozumiem, jakim cudem tak długo ze mną wytrzymaliście. Wiem, jaka potrafię być uparta, namolna i niecierpliwa.

– Sam cię do tego zachęcałem – zauważył Andrew. – Dlaczego dzieci miałyby przyjmować za pewnik, że dorośli zawsze mają rację, jeśli równie dobrze i oni mogą się mylić?

W tym wypadku Flora najprawdopodobniej słusznie założyła, że szanse na odnalezienie krewnych dziecka były niewielkie, a jego nieszczęsna matka oddała synka obcej kobiecie, by uratować mu życie.

* * *

Wojna wkroczyła w kluczową fazę. Po inwazji na Włochy od strony Sycylii wojska brytyjskie i ich sprzymierzeńcy stopniowo posuwali się na północ. Na początku czerwca tysiące żołnierzy rozmaitych narodowości przekroczyły kanał La Manche, wylądowały w Normandii i zaczęły się przedzierać przez Francję. Rosjanie atakowali Niemców w Polsce, alianci parli na północ przez Włochy, więc niemiecka machina wojenna została otoczona ze wszystkich stron. Było wielce prawdopodobne, że wojna zakończy się w ciągu roku.

W odciętej od świata szkółce Świętej Teresy życie toczyło się utartym rytmem. Nie brakowało w niej żywności ani przedmiotów codziennego użytku. Simon rósł jak na drożdżach. Flora, która wcześniej nie przejawiała podobnych zainteresowań, teraz bez przerwy dziergała mu na drutach ubranka, które były co prawda nieporadnie wykonane – pełne węzełków i opuszczonych oczek – lecz dziecko nosiło je bez słowa skargi.

Pewnego wrześniowego wieczoru Andrew i Else siedzieli na werandzie, obserwując, jak dzieci wspinają się po drzewach i grają w piłkę. Dziewczynki rozbiły namiot, w którym zamierzały spędzić noc. Olśniewająco piękne słońce zachodziło na ciemnym niebie. Majaczący w oddali hotel Świętego Alojzego, jedyny widoczny dowód istnienia innych ludzi na tej planecie, przypominał domek dla lalek.

Andrew czuł, że jego zdrowie poprawiło się na tyle, by po zakończeniu tej okropnej wojny przeprowadzić się w jakieś cieplejsze miejsce i może nawet wrócić do malowania.

– Chciałbym się przechadzać złocistą plażą, ze spienionymi morskimi falami u stóp – oświadczył trochę górnolotnie.

– A co z naszą szkołą? – zapytała Else.

– Szkoła nie należy do nas, Else, chociaż to my ją założyliśmy, tylko do pani Charlesworth. Jestem pewien, że znajdzie kogoś do jej prowadzenia. Po wszystkich tych wojennych okropieństwach dziesiątki mężczyzn z pocałowaniem ręki przeprowadzą się w to odległe i spokojne miejsce.

– I kobiet – upomniała go Else. – Wojna dała się wszystkim we znaki.

– I kobiet – przyznał gorliwie Andrew. Nie chciał, by uznała go za mizogina. – Jeśli się zgodzisz, zasugeruję pani Charlesworth zatrudnienie jakiegoś małżeństwa. Gdyby poprosiła nas, byśmy zostali, aż znajdzie zastępstwo, zrobimy to. Nie możemy jej zawieść.

– Oczywiście, że nie możemy. – Else wsunęła drobną dłoń w jego potężną rękę. – Zgadzam się, chociaż będę bardzo tęsknić za dziećmi. Szkoda, że nie mamy własnych, Andrew.

Mężczyzna ciężko westchnął.

– Ja też, ale przecież wciąż mamy czas. Oboje jesteśmy dopiero po trzydziestce. Musimy się po prostu bardziej starać. W każdym razie chciałem zaproponować coś jeszcze.

– Co takiego?

– Żebyśmy zabrali ze sobą Florę i Simona. Wątpię, żeby ciotka przyjęła ją z powrotem. Przez te wszystkie lata okazywała niewielkie zainteresowanie bratanicą. Od dawna traktuję Florę jak członka rodziny. Ta dziewczyna nie ma nikogo bliskiego, podobnie zresztą jak Simon. A przynajmniej nic nam o tym nie wiadomo.

Else wygięła usta w przebiegłym uśmiechu.

– Mylisz się, kochanie. Flora i Simon mają siebie nawzajem.

– Ale przecież nie poradzą sobie sami. – Po chwili milczenia Andrew westchnął i dodał: – Moim skromnym zdaniem nie powinni nawet próbować.

* * *

Flora wyznaczyła pierwszy sierpnia jako datę urodzin Simona. Tego dnia upiekła tort, wbiła w niego pojedynczą świeczkę, wypili wspólnie herbatę, zjedli ciasto i zaśpiewali chłopcu Sto lat. Pozostałe dzieci uwielbiały Simona i traktowały go jak młodszego brata. Radosny i pełen życia, dreptał po szkole na krótkich, tłustych nóżkach, nie milknąc nawet na moment.

Else uważała, że za bardzo go rozpuszczają, lecz Flora bagatelizowała jej obawy. Była tego świadoma, lecz nie stanowiło to dla niej problemu.

– Szkoda, że mnie nikt w dzieciństwie nie rozpieszczał. Rodzice byli wiecznie poza domem, opiekowały się mną gosposie, drugoplanowi aktorzy i pomocnicy w teatrze.

Rodzice Flory należeli do grupy wędrownych aktorów, którzy przemierzali Szkocję i północną Anglię. Zginęli w wypadku, ich samochód rozbił się pośród szkockich wzgórz. Sześcioletnia Flora leżała wtedy na tylnym siedzeniu, opatulona kocami, dzięki temu przeżyła. Poczyniła tę uwagę bez żalu w głosie, podobnie jak wtedy, kiedy wspominała o niechęci ciotki Winifred do opieki nad nią. Zdążyła się już przyzwyczaić do samotności i przestała jej ona przeszkadzać.

Simon leżał wygodnie na kolanach Flory. Kiedy mocno go przytuliła, zachichotał.

– Może w przyszłości to on będzie mnie rozpieszczał – dodała.

– Nadal masz zamiar go zatrzymać? – zapytała Else.

Flora przekrzywiła głowę i po namyśle odparła:

– Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby ze mną został. – Postawiła chłopczyka na kolanach i potarła nosem o jego nos. – Kocham, kocham, kocham cię, Simonie Knox – zanuciła.

Simon znów się roześmiał.

– Kocham cię, Flo – odpowiedział śpiewnie.

Else westchnęła. Simon Knox! Lada chwila Flo zacznie rozpowiadać, że go urodziła. Jakoś nie wierzyła w to, że matka Simona kiedykolwiek wróci.

* * *

Nadeszło Boże Narodzenie i wojska sprzymierzone zbliżały się do Niemiec z różnych stron z zamiarem spotkania się w Berlinie.

– Myślę, że koniec jest już bliski – zauważyła pani Charlesworth w Nowy Rok, gdy przyjechała do szkoły na kilka dni. Była postawną, pewną siebie kobietą i przez całą wizytę nie rozstawała się z kasztanowym aksamitnym turbanem. Nigdy nie widziano jej bez nakrycia głowy. Flora zastanawiała się, czy pani Charlesworth nie jest przypadkiem łysa, lecz przeczyły temu kępki siwych włosów na jej karku.

Pani Charlesworth zgodziła się poszukać zaraz po zakończeniu wojny nowej pary do prowadzenia szkoły.

– Niedługo znowu będzie można normalnie podróżować, zaczną jeździć pociągi i latać samoloty. Nie mogę się już doczekać, by odwiedzić rodzeństwo w Nowym Jorku. Prawdę powiedziawszy – dodała poważnie – możliwe, że zdecyduję się tam zostać. Od dawna jestem wdową i wiele lat temu straciłam jedyne dziecko. – Pan Charlesworth pracował jako dyrektor jednego z amerykańskich banków. – W Zurychu trzymają mnie już tylko przyjaciele.

– Znacznie lepiej jest mieć przyjaciół niż krewnych – zapewniła ją Flora, korzystając z całej swojej siedemnastoletniej mądrości. – Z biegiem czasu przyjaciele darzą się coraz większą sympatią; krewni wprost przeciwnie.

Rozdział 2

Przez wzgląd na innych Flora gorąco pragnęła, żeby wojna się skończyła. Nie widziała jednak powodu, by zmieniać swoje życie, kiedy to już nastąpi.

Zdziwiło ją więc, gdy po zakończeniu wojny Andrew i Else na dobre postanowili opuścić szkołę i wyruszyć w podróż.

– Mam nadzieję, że po pewnym czasie osiedlimy się w jakimś mniej odizolowanym miejscu z bardziej przyjaznym klimatem – powiedział Andrew i zapewnił, że oboje z radością zabraliby Florę i Simona w tę podróż. – Stalibyśmy się prawdziwą rodziną – dodał ciepło.

– Ale ja nie chcę wyjeżdżać – jęknęła Flora. – Myślałam, że zostanę tu do końca życia.

– Moja droga Floro – odparł ze spokojem Andrew – masz dopiero osiemnaście lat i cały świat do odkrycia. Nie znasz nikogo w swoim wieku, a jedynymi dorosłymi osobami, z którymi regularnie się widujesz, jestem ja i Else. Nigdy nie obejrzałaś filmu ani sztuki, nie byłaś na potańcówce czy przyjęciu – takich prawdziwych, nie szkolnych.

– Nie zależy mi na tym – ponuro powiedziała Flora.

Andrew widział, że jest zdenerwowana, przerażona wizją opuszczenia szkoły i utraty parasola ochronnego, który ta nad nią roztaczała. Mimo pozornej pewności siebie Flory tragedia, która ją spotkała w dzieciństwie – śmierć rodziców, mieszkanie z posępną ciotką w Londynie i odesłanie zaledwie jedenastoletniej dziewczynki, samej jak palec, do Szwajcarii, z przypiętą do rękawa listą pociągów, do których miała wsiąść – musiała odcisnąć na niej jakieś piętno. Else wyjechała po Florę na dworzec w Zurychu i znalazła ją, kryjącą łzy za maską gniewu z powodu spóźnienia pociągu. Tę dziewczynę cechowała niezwykła odwaga.

– Dlaczego sama nie mogę się zająć prowadzeniem szkoły? – zapytała. – Pomagam tobie i Else od lat.

– Jesteś o wiele za młoda, by wziąć na siebie taką odpowiedzialność – wyjaśnił cierpliwie Andrew. – Do tego potrzeba dwojga ludzi, którzy będą się nią mogli podzielić. Poza tym Else jest pielęgniarką. Część uczniów przyjeżdża tu osłabiona i trzeba się nimi zająć. Nie poradziłabyś sobie w pojedynkę. Może jednak pojedziesz z nami, droga Floro?

Dziewczyna wzruszyła ramionami i nic nie powiedziała.

* * *

Nie chciała przyznać, że pragnie mieć Simona wyłącznie dla siebie – to by się im nie spodobało. Else i Andrew uwielbiali chłopca, a on odwzajemniał ich miłość, lecz to Florę kochał najmocniej. Gdyby zamieszkali razem, we czwórkę, w zwyczajnym miejscu, miasteczku czy mieście, namawialiby Florę – co zresztą przyznał Andrew – do chodzenia na przyjęcia, potańcówki, do kina czy teatru. Wcześniej czy później Flora czułaby się w obowiązku znaleźć sobie pracę. Kto wtedy zająłby się Simonem? Oczywiście Else. Andrew malowałby w swojej pracowni, Simon zacząłby traktować Else jak matkę, a Flora odgrywałaby w jego życiu znacznie mniejszą rolę niż teraz.

Flora nigdy wcześniej nie przywiązała się do nikogo równie mocno jak do Simona. Kochała go podwójnie: za siebie i za kobietę, która oddała jej swojego syna.

Kiedy Flora i Simon się uniezależnią, pojawi się problem pieniędzy. Flora niedawno osiągnęła pełnoletność i zakończyła edukację, więc ile mogło zostać ze spadku po jej rodzicach? Zakładając, że w ogóle zostawili jakiś spadek. Możliwe, że pieniędzy wystarczyło tylko na wykształcenie Flory. Postanowiła napisać do ciotki i o to zapytać, gdy tylko poczta zacznie normalnie działać.

* * *

Andrew postawił radio w salonie, gdzie wszyscy mogli słuchać wiadomości BBC o postępach działań wojennych. Świetnie rozumieli angielski i wiwatowali na wieść o wyzwoleniu Paryża, Brukseli, Belgradu, Aten…

Niemcy były bezlitośnie bombardowane, całe miasta niemal znikały po kolejnych nalotach. Pod koniec marca siły amerykańskie przejęły dwa ważne wrogie lotniska. Sam Winston Churchill przepłynął Ren z 21. grupą armii. Oddziały sowieckie weszły do Austrii. Wyzwalano obozy koncentracyjne, ujawniając liczne okropieństwa. Flora obawiała się, że matka Simona, jeśli przeżyła to piekło, zgłosi się po syna. Z pewnością zdołałaby sobie przypomnieć, na której stacji oddała go nieznajomej.

W ostatnich dniach kwietnia doniesiono, że Adolf Hitler się zabił, na co dzieci zareagowały okrzykami radości. Wojna naprawdę się zakończyła. Dla Andrew była ona dowodem, że Bóg nie istnieje. Prawdziwy Bóg nie powołałby do życia człowieka tak przenikniętego złem jak Hitler, który obrócił cywilizowany kraj w potworną machinę do zabijania i dopuścił się zbrodni nieznanych dotąd ludzkości.

Wszyscy wychowankowie i pracownicy szkoły zostali zaproszeni na przyjęcie do hotelu Świętego Alojzego. W tym samym czasie do skrzynki pocztowej w Zurychu zaczęły napływać listy od rodziców, którzy pragnęli zabrać swoje dzieci ze szkoły. Feta dla uczczenia końca wojny miała być także przyjęciem pożegnalnym. Możliwe, że skoro zakończył się ten straszny okres w historii świata, dając początek nowemu, rodzice woleli planować przyszłość, mając przy sobie dzieci, bezpieczne we własnym domu.

Else przedłużyła jedyną porządną sukienkę Flory i przyszyła wokół szyi koronkę odprutą z jakiejś starej sukienki. Gęste, srebrzyste blond włosy dziewczyny, umyte i ułożone w kok na czubku głowy, przypięła spinką z masy perłowej.

– Wyglądasz bardzo ładnie – powiedziała Else, patrząc na swoje dzieło – ale potrzebujesz nowych ubrań. Wszystkie, które masz, są po przeróbkach.

Florze nie zależało na pięknym wyglądzie i strojach. Pragnęła tylko pozostać przez resztę życia w szkole i opiekować się Simonem. Przyznała się do tego Else.

– Naprawdę sądzisz, że kiedy Simon dorośnie, nie będzie chciał nigdy stąd wyjechać?

Flora nie miała bladego pojęcia. Nie potrafiła wybiegać myślami tak daleko w przyszłość.

* * *

Pod koniec maja w szkole zjawiła się pani Charlesworth w towarzystwie dwóch Francuzek, sióstr Juliette i Anne Clemence, które chciały się rozejrzeć po budynku. Obie były młode, po dwudziestce, i miały jeszcze młodszą siostrę z wrodzonym upośledzeniem mózgu. Zamierzały przekształcić klasztor w szkołę dla dziewcząt z podobnym problemem.

Pani Charlesworth nie miała nic przeciwko temu, by szkołę wykorzystywano nieco inaczej niż pierwotnie.

– Ważne, by pomagać dzieciom – powiedziała do Andrew i Else, a przysłuchującej się Florze wyjaśniła: – Suchoty nie zbierają już takiego żniwa jak kiedyś. Pojawił się pomysł leczenia tej choroby nowoczesnymi antybiotykami. W tych czasach chorzy na suchoty mogą i powinni się leczyć w szpitalach.

Zanim odkryto antybiotyki, nie istniał żaden lek na tę chorobę.

Siostry Clemence miały przejąć budynek w sierpniu, co dawało jego obecnym mieszkańcom niewiele ponad dwa miesiące na znalezienie nowego lokum.

* * *

Else powiedziała Florze, że ich pierwszym celem podróży będzie południe Francji.

– Pojedziemy samochodem, miejsca starczy dla nas wszystkich.

Najwyraźniej uważała za rzecz oczywistą, że Flora i Simon pojadą z nimi.

Flora poinformowała ciotkę Winifred w liście, że szkoła wkrótce zostanie zamknięta. Ciotka nie interesowała się nią, kiedy Flora była dzieckiem. Teraz, gdy miała osiemnaście lat i była już dorosła, kobieta mogła nie chcieć nigdy więcej oglądać bratanicy. W takim wypadku Flora miała zamiar wyjechać z Else i Andrew. W liście nie wspomniała ani słowem o małym chłopcu.

Wracając z kolejnej wizyty w Zurychu, Else przywiozła list. Flora porządkowała kuchnię przed przyjazdem sióstr Clemence.

– To chyba list od twojej ciotki – powiedziała Else – sądząc po londyńskim stemplu.

Ku zdziwieniu Flory list był dość miły. Ciotka pisała, że czeka na jej powrót i nawet przelała dwadzieścia pięć funtów na konto w Zurychu na pokrycie kosztów podróży. „Nadal mieszkam w tym samym domu w Crouch End – napisała. – Na szczęście nie ucierpiał podczas nalotów. Możesz wrócić do swojego dawnego pokoju. Nie mam już sublokatora. Nie mogę się doczekać Twojego powrotu, kochanie”.

– Nie wiedziałam, że przyjmowała sublokatorów – odezwała się Else, kiedy Flora pokazała jej list.

– Podczas mojego pobytu miała dwoje – wyjaśniła Flora. – Pierwszą była urocza dama imieniem Isobel, z zawodu modelka. Mieszkała w suterenie. Kiedy wyjechała, jej miejsce zajął niejaki Johnnie. – Zmarszczyła brwi na samo wspomnienie. – Ten człowiek mnie nienawidził. Myślę, że ciotka mnie odesłała, żeby sprawić mu przyjemność. Chyba Johnnie chciał mieć ją wyłącznie dla siebie.

– Ale przecież był tylko sublokatorem!

– Nie zdziwiłabym się, gdyby łączyło ich coś więcej – odparła Flora, przypominając sobie ogorzałego mężczyznę z kruczoczarnymi włosami. – Nazywał się Lucas. Johnnie Lucas.

Else wyglądała na coraz bardziej zasmuconą.

– Czy to znaczy, że ty i Simon wrócicie do Londynu?

– Owszem – radośnie powiedziała Flora.

Uwielbiała swój pokój na drugim piętrze domu w Crouch End, położonym na szczycie wzgórza z widokiem na setki, jeśli nie tysiące innych domów z dachami w rozmaitych kolorach. Z natury optymistka, tęskniła za jedynym miejscem oprócz szkoły, które mogła nazwać domem.

Else odłożyła pakunki na kuchenny stół. Flora wyjmowała rzeczy z szafek i wycierała półki. Simon bawił się na dworze. Usiłował wspiąć się na drzewo, którego pień okazał się jednak zbyt gruby, żeby zdołał go objąć. Był sam, reszta dzieci zdążyła już wrócić do domów. Za kilka tygodni miał obchodzić swoje nieoficjalne drugie urodziny. Słychać było, jak mówi do siebie – miał dość bogate słownictwo jak na tak małe dziecko.

– Czy mam wyrzucić wszystkie uszkodzone naczynia, choćby z najmniejszą rysą? – zwróciła się Flora do Else, pokazując jej ładny biały kubek.

Else spojrzała pobieżnie na naczynie.

– Ma ładny kształt, ale chcę zostawić wyłącznie rzeczy w idealnym stanie.

Kubek z brzękiem wylądował w koszu. Flora czerpała sekretną przyjemność z rozbijania naczyń.

– Jak ciotka Winifred zareaguje na Simona? – zapytała Else, ruchem głowy wskazując chłopca za oknem. – Nic o nim nie pisze w liście.

– Pokocha go – odparła z przekonaniem Flora. – Jak można go nie kochać?

Prawdę powiedziawszy, wcale nie miała takiej pewności. Założyła po prostu, że ciotka nie będzie tak okrutna, by odprawić bratanicę tylko dlatego, że zjawiła się ze ślicznym i rozkosznym dzieckiem.

– Myślę, że w najbliższych tygodniach powinnyśmy się wybrać kilka razy do Zurychu na zakupy. Zjemy lunch, pojeździmy tramwajami. Powinnaś się przyzwyczaić do przebywania z ludźmi w mieście. W przeciwnym razie będziesz się czuła jak ryba bez wody, gdy już zamieszkasz w Londynie na stałe.

* * *

Był sierpień, wojna skończyła się przed blisko trzema miesiącami, a kobieta z pociągu nie zgłosiła się po dziecko.

To znaczy, że jest moje – przekonywała samą siebie Flora – już na zawsze.

* * *

Pożegnanie z Else i Andrew po tylu wspólnie spędzonych latach okazało się niezwykle bolesne. Flora cierpiała tak bardzo, że była bliska zmiany decyzji i wyruszenia razem z nimi. W porę jednak przypomniała sobie, dlaczego nie chciała tego zrobić.

Else odwiozła mercedesem ją i Simona na stację kolejową w Zurychu, skąd mieli pojechać do Paryża. Andrew siedział na tylnym siedzeniu z Simonem na kolanach. Flora wiedziała, że podjęła słuszną decyzję, widząc, jak kurczowo Andrew trzyma dziecko – jakby nie miał zamiaru go puścić. Zresztą z Florą też nie chciał się rozstawać.

Dziewczyna wiedziała, że gdyby pobyt w Londynie nie ułożył się po jej myśli, wystarczy jeden telegram, by Andrew zjawił się w mgnieniu oka i ją ocalił. Flora przeżywała jeden z tych rzadkich momentów w życiu, kiedy chciało jej się płakać, lecz ze wszystkich sił postanowiła tego nie robić.

* * *

W pociągu Simon sprawiał wrażenie świadomego ogromnej zmiany, jaka właśnie zachodziła w ich cichym, spokojnym życiu.

– Jedziemy w długą podróż – usłyszał wcześniej od Flory i wydawał się tym mocno przejęty. Siedział nieruchomo na jej kolanie, osłaniając się ramieniem dziewczyny niczym peleryną, i przypatrywał się pozostałym pasażerom w przedziale z takim zdumieniem, z jakim przybysz z obcej planety zareagowałby na widok ludzkich istot. W swoim krótkim życiu widział niewielu ludzi, i to głównie mówiące po angielsku dzieci. Simon ssał kciuk i zerkał przez palce Flory, ściskając swoją ulubioną zabawkę, pluszowego misia imieniem Rufus.

Siedząca naprzeciwko kobieta była nim zachwycona.

– Jest pani jego opiekunką czy matką? – zapytała Florę, kilkakrotnie lekko szturchnąwszy chłopca w brzuch. To miał być gest sympatii, lecz Simon najwyraźniej nie wiedział, co o tym myśleć. Kobieta mówiła po niemiecku, w języku, którym posługiwano się w tej części Szwajcarii. Flora znała go na tyle dobrze, by kontynuować rozmowę.

– Kuzynką – odparła. – Jego rodzice zmarli podczas wojny.

Z radością przedstawiłaby się jako matka Simona, lecz wtedy musiałaby sobie wymyślić męża, który zginął; chłopiec nie mógł być postrzegany jako dziecko z nieprawego łoża. To rodziłoby niepotrzebne komplikacje. Wolała odpowiadać, że matka i ojciec Simona zginęli niedawno w wypadku, tak jak jej rodzice. Oczywiście ciotce Winifred zamierzała powiedzieć prawdę. Paszport Simona, załatwiony nielegalnie przez Andrew, tkwił bezpiecznie w nowej torebce Flory.

Dziewczyna czuła się niezręcznie, widząc na sobie ukradkowe spojrzenia rzucane znad gazet przez dwóch młodych mężczyzn przy oknie. Tak samo patrzyli na nią ludzie w Paryżu, kiedy czekała na taksówkę. Stojący przed nią w kolejce mężczyzna uparł się, by zajęła jego miejsce, pomógł jej się zapakować do samochodu razem z Simonem i walizką, po czym grzecznie uchylił kapelusza. Trudno było nie zauważyć zachwytu w jego oczach i Flora zorientowała się, że musi pięknie wyglądać.

Przed wyjazdem, kiedy miała już na sobie nową niebieską wełnianą sukienkę, białe buty i rękawiczki oraz kapelusz, zdecydowanie bardziej elegancki niż jej noszona na co dzień wstążka z organdyny, Else powiedziała:

– Twój widok koi zmęczone oczy, Floro. Czy nie tak mawiają Anglicy? Zawsze uważałam to za przedziwny komplement.

W Paryżu pojechali taksówką ze stacji Gare de l’Est do hotelu w dzielnicy République, gdzie mieli spędzić noc. Flora chętnie wybrałaby się na spacer po mieście, lecz Simon był wykończony. Zjedli lekki posiłek w pokoju, potem Flora czytała chłopcu bajki – rozkoszne opowieści o wróżkach, bo Simon był zbyt mały, by słuchać o złych czarownicach i zjadających dzieci wilkach.

Z okna pokoju widać było tylko ścianę innego hotelu, więc Flora przez cały wieczór obserwowała śpiącego chłopca, tulącego do siebie Rufusa, i przysłuchiwała się odgłosom miasta: ruchowi ulicznemu, płynącym gdzieś z oddali dźwiękom akordeonu, do którego dołączał od czasu do czasu przejmujący kobiecy śpiew i głośne kłótnie przechodniów aż do późnej nocy. Obiecała sobie, że pewnego dnia wróci do Paryża i porządnie go zwiedzi, może kiedy Simon podrośnie.

Wczesnym rankiem pojechali taksówką na stację Gare du Nord, złapali pociąg do Bordeaux, a później prom do Folkstone, skąd inny pociąg miał ich zawieźć do Londynu. Flora nie mogła się już doczekać, aż dotrą do Crouch End w porze podwieczorku.

Rozdział 3

Ciotka Winifred czekała na przyjazd swojej jedynej krewnej, ale nie aż tak niecierpliwie, by wyjechać po nią na stację Charing Cross. Kiedy otworzyła drzwi domu w Crouch End, wyglądała dokładnie tak samo jak w dniu wyjazdu Flory przed siedmiu laty. Oczywiście Flora w tym czasie zmieniła się z dziecka w kobietę, podczas gdy ciotka Winifred z trzydziestodziewięciolatki stała się czterdziestosześciolatką, różnica niezbyt wielka.

Równie dobrze mogłaby mieć dziesięć lat więcej; zawsze wyglądała dojrzalej, niż wskazywała jej metryka. Chodziło nie tyle o siwe włosy czy głębokie zmarszczki na smukłej owalnej twarzy, ile o malujące się na niej zmęczenie. Nawet na zdjęciach z dzieciństwa ciotka Winifred miała dziwnie poważną minę, jak stara maleńka.

Flora pamiętała ubranie, które miała na sobie ciotka: niemodną zsuwającą się z bioder szarą spódnicę – tak odmienną od jej własnej i tych, w które ubrane były kobiety spotkane podczas podróży, bluzkę w jaśniejszym odcieniu szarości i obowiązkowo narzucony na nią czarny sweter, mimo pięknego, słonecznego letniego dnia. Do kompletu ciotka włożyła czarne jak smoła kolczyki i długi naszyjnik. Jej oczy miały kolor bagnistego brązu. Flora zauważyła, że cały dom jest równie ponury jak wygląd ciotki, pełen ciemnych mebli, z ciemnymi ścianami. Tak właśnie wyobrażała sobie zakład pogrzebowy.

– Flora! – ciotka Winifred niezgrabnie uścisnęła bratanicę, którą uderzył zapach wody toaletowej Wild Bluebell. – Pewnie miałaś okropną podróż, skarbie?

– Raczej męczącą – odparła Flora. Marzyła o filiżance kawy, lecz od tej pory będzie się musiała zadowolić herbatą. W domu ciotki Winifred nie pijało się kawy.

– Jesteś głodna? Przygotowałam lekki posiłek, mogę cię teraz poczęstować kanapkami.

– Byłoby miło.

Flora nie była pewna, czy ciotka celowo ignoruje obecność Simona, czy naprawdę go nie zauważyła, kiedy tak stał obok walizki i czekał, aż ktoś go pocałuje i zacznie się nim zachwycać. Kilkakrotnie zdarzyło się to podczas podróży, na promie i w pociągach, więc Simon spodziewał się, że nieznajoma dama zachowa się podobnie.

– A to kto? – Ciotka Winifred cofnęła się o krok, nie mogła dłużej udawać, że nie widzi dziecka na progu swojego domu.

– Mam na imię Simon – oznajmił chłopiec ze śmiertelną powagą. Wyciągnął rączki, lecz ciotka Winifred zrobiła jeszcze krok do tyłu i to Flora wzięła dziecko na ręce.

– Wytłumaczę ci później – powiedziała.

– Oczywiście, wejdźcie – kobieta wyglądała na zmieszaną. – Nastawię wodę na herbatę.

* * *

– Sama widzisz – zakończyła swoją opowieść Flora dwie godziny później. Simon spał w pokoju na drugim piętrze. – Czuję się tak, jakby Simon był darem od Boga, który wybrał mnie, żebym zajęła się tym chłopcem.

Jej dramatyczna deklaracja nie była całkiem szczera. Andrew nigdy nie uczył swoich podopiecznych religii i nie robił tajemnicy z tego, że nie wierzy w Boga. Kończąc szkołę, dzieci nie miały pewności, czy Bóg istnieje. Flora nadal jej nie miała.

Dom ciotki stanowił część długiego szeregowca. Składał się z trzech przestronnych sypialni, poddasza, na którym miała spać Flora, łazienki, trzech pomieszczeń na dole i piwnicy. To tutaj urodził się ojciec Flory i jego siostra, ciotka Winifred.

Flora zdążyła zapomnieć, jak cudownie wyglądał latem ogród. Okna tarasowe w salonie były otwarte, a wpadający przez nie słodki zapach róż oszałamiał. Ulubionym zajęciem ciotki Winifred było ogrodnictwo i robienie skomplikowanych wzorów na bardzo cienkich drutach, jej drugie hobby było zatem niezwykle czasochłonne.

Teraz też dziergała, na słowa bratanicy zareagowała lekkim prychnięciem.

– Chcesz powiedzieć, że Simon jest Żydem?

– Prawie na pewno, chociaż na szczęście nie został obrzezany. Andrew twierdzi, że to diaboliczna praktyka.

Ciotka Winifred zarumieniła się ze wstydu.

– Nic mi o tym nie wiadomo, skarbie – odparła wymijająco.

– Czy mogłabym jutro wstawić do mojego pokoju drugie łóżko, dla Simona? Tę noc możemy wyjątkowo przespać razem.

– Jak sobie życzysz, Floro. Muszę przyznać, że mnie zaskoczyłaś, przyjeżdżając z dzieckiem. Nie jestem przyzwyczajona do małych dzieci. Pojawiłaś się u mnie jako sześciolatka i byłaś bardzo cichą dziewczynką.

– Wkrótce się do niego przyzwyczaisz – zapewniła ją Flora, ignorując ostatnią uwagę ciotki. – To najsłodszy chłopiec na świecie. Zanim się obejrzysz, pokochasz go do szaleństwa.

* * *

Ciotka Winifred wprawdzie nie pokochała Simona, lecz obdarzyła go sympatią. Szczypała go w bródkę na dzień dobry i wieczorem, zanim położył się spać. Nie brała go jednak na ręce ani nie przytulała. Simon nazywał ją ciocią Win i próbował łapać za włosy lub twarz, przed czym zawsze się broniła. Kilka tygodni po ich przyjeździe kupiła mu bączka w sklepie z zabawkami Hamley’s Toy Emporium przy Regent Street.

Simon wydawał się całkiem szczęśliwy w Londynie. Po przebudzeniu Flora często zastawała go w oknie sypialni, przypatrującego się z uwagą rozciągającym się w dole dachom.

– Spójrz na dym, Flo – odzywał się do niej z powagą. Fascynował go dym, zmieniający kierunek w zależności od wiatru lub pnący się pionowo w górę w bezwietrzny dzień. Bywał biały, szary lub czarny; czasem towarzyszyły mu drobne czerwone iskry, a tuż po rozpaleniu ognia wydobywał się z kominów kłębami. Przywodził Florze na myśl dymne sygnały. – Uwielbiam dym, Flo – mówił Simon. – Czy któregoś dnia ciocia Win pozwoli mi rozpalić ogień na dole?

– Dopiero gdy będziesz znacznie starszy, kochanie.

* * *

Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiła Flora, było ustalenie, czy po jej rodzicach zostały jakieś pieniądze.

– Nie chcę zaczynać pracy, dopóki Simon nie pójdzie do szkoły, czyli dopiero za trzy lata. Czy pieniądze ze spadku pokryją nasze utrzymanie przez ten czas? – zapytała z niepokojem.

– Nie do końca – odparła ciotka Winifred. – Ale jesteś przecież moją bratanicą, Floro. Możesz… możecie tu zostać, jak długo będziecie chcieli. – Poza tym – dodała wspaniałomyślnie – będę ci wypłacać kieszonkowe w wysokości dwudziestu pięciu szylingów tygodniowo.

Flora serdecznie ją uściskała.

– Dziękuję ci, kochana ciociu.

* * *

Mimo tęsknoty za Andrew i Else Flora cieszyła się z powrotu do Londynu. Doszła do wniosku, że nie chciałaby się tułać po świecie z małym dzieckiem. Odkryła, że kocha tłumy, hałas i gwar miejskiego życia. Otrzymała już dwie pocztówki: jedną z południa Francji, ze zdjęciem Nicei i nienaturalnie niebieskiego morza, które ani trochę nie przypadło Florze do gustu. Druga pochodziła z miejsca o nazwie Menton, które wydało jej się okropnie nudne w porównaniu z prawdziwie fascynującym Londynem, którego uroki potrafiła wreszcie docenić jako dorosła kobieta.

„Zamierzamy się przeprowadzić – napisał Andrew – i szukamy ciekawszego miejsca, z bardziej wyrazistym charakterem. Else przesyła wam obojgu serdeczne pozdrowienia”.

Poniżej znajdował się szereg całusów, które mogła narysować wyłącznie Else; Andrew nie był typem osoby przesyłającej całusy.

* * *

Cudowne lato zmieniło się w mglistą złotą jesień. Flora zabierała Simona na długie spacery w używanym wózku, kupionym za pieniądze z kieszonkowego. Czasami jeździła wokół Crouch End, do Priory Park, w górę i w dół długiej ulicy Nelson Road, na samym szczycie której mieszkali. Droga była niesamowicie stroma i Flora pędziła jak szalona, koła wózka szczękały o chodnik, a Simon piszczał z uciechy. Wspinanie się pod górę wymagało wysiłku i po dotarciu do domu zwykle była wykończona.

Czasem wybierali się na przejażdżkę autobusem w miejsca takie jak Buckingham Palace czy Hyde Park. Flora piła herbatę, a Simon mleko w Lyons Corner House przy Oxford Street. Chłopiec uwielbiał jeździć autobusem i metrem. Jego zielone oczy błyszczały z podekscytowania widokami za oknem. Myślał zapewne, że Flora nie zauważy kolorowych sklepów, pięknych kwiatów i psów, które chętnie by pogłaskał, jeśli nie stuknie palcem o szybę, i nie krzyknie:

– Spójrz tylko, Floro! O tam!

– Widzę, skarbie – Flora przytulała go z miłością.

Kiedy szli piechotą, starała się omijać budynki zniszczone czy wręcz zburzone podczas nalotów na Londyn. Jak miała to wytłumaczyć Simonowi? Czuła się skrępowana i zawstydzona ich widokiem. Chociaż była Brytyjką, uniknęła okropieństw niedawno zakończonej wojny. Wydawało jej się niesprawiedliwe, że ominęły ją bombardowania, racjonowanie żywności, udręka i cierpienie, które musieli znosić jej rodacy. Co prawda wciąż brakowało żywności. Niesamowite, jak niewiele jedzenia wystarczało ludziom, by przeżyć. Flora i Simon dostali książeczki z kartkami, a ciotka Winifred zarejestrowała ich troje w sklepie spożywczym Worrall’s Grocers przy Crouch End Broadway. Flora szybko zorientowała się, że nie licząc prac w ogrodzie, jej ciotka jest dosyć leniwą osobą, i sama musiała co wtorek odbierać przydział żywności.

Luke Carr, niezwykle przystojny młodzieniec, którego spotkała w Priory Park, gdzie wyprowadzał psa wabiącego się Bertha, mieszkał zaś u podnóża Nelson Road, powiedział jej, że ludzie nigdy jeszcze nie byli tak zdrowi jak podczas wojny. Nie mogli się przejadać i wyszło im to na dobre, korzystny był zwłaszcza brak cukru. Opowiedział jej również o zbudowanym w ogrodzie schronie przeciwlotniczym, w którym jego rodzina spała przez prawie sześć lat.

– Nadal tam jest – powiedział. – Dawniej stały w nim piętrowe łóżka. Możesz przyjść i go zobaczyć, jeśli chcesz. Po wojnie mój tata urządził tam sobie warsztat.

Pani Carr, matka Luke’a, była chuda jak strach na wróble i niezwykle efektowna ze swoimi długimi do pasa czarnymi włosami. Miała jeszcze troje młodszych dzieci, jednego chłopca i dwie dziewczynki. Dom Carrów był dokładnie taki sam jak ciotki Winifred, lecz w środku w niczym go nie przypominał, przede wszystkim dzięki pomalowanym na pastelowe kolory ścianom, jaskrawym zasłonom i nowoczesnym meblom. Roiło się w nim od dzieci i ich przyjaciół.

Gloria Carr najchętniej nakarmiłaby ich wszystkich.

– Ale ledwie udaje mi się wykarmić z przydziałowej żywności moją trzódkę. Przykro mi, że nie mogę cię zaprosić na lunch ani herbatę, Floro. Mam za to tabliczkę czekolady dla Simona. Chodź, kochanie. Usiądź mi na kolanach. Och, tak mi brakuje małych dzieci. Miałabym dziesiątkę, gdyby tylko Thomas się zgodził.

Simon garnął się do niej. Był przyjacielskim dzieckiem i nie miał w sobie krztyny nieśmiałości. Flora zastanawiała się, czy gdzieś w zakamarkach pamięci pozostało mu wspomnienie czasu spędzonego z matką, szczególnie w pociągu – pociągu śmierci, jak często o nim myślała.

Thomas, mąż Glorii, pracował w City, obracając obligacjami i udziałami w imieniu swoich bogatych klientów. Wieczory i weekendy spędzał w schronie – wilgotnej, cuchnącej budowli, w połowie ukrytej pod ziemią, na szczycie której posadzono warzywa – na konstruowaniu wymyślnych modeli statków, które rozdawał każdemu, kto tylko chciał. Flora dostała model kecza z ciemnoczerwonymi wiosłami dla ciotki Winifred, która tylko udawała, że cieszy się z prezentu. Następnego dnia Flora znalazła go na komodzie w swojej i Simona sypialni.

Matka Luke’a od razu zaczęła traktować Florę jak jego dziewczynę, jednak w relacji Flory i Luke’a nie było nic romantycznego. Ona lubiła jego, a on ją, nic więcej.

Luke zawsze planował, że pójdzie na studia chemiczne, lecz rozpętała się wojna i tuż przed osiemnastymi urodzinami otrzymał wezwanie do wojska.

– Cieszyłem się, że wstąpię do armii, marynarki lub sił powietrznych, lecz zesłano mnie do kopalni w Walii – opowiadał Florze z obrzydzeniem. – Po przebudzeniu ciągle czuję zapach węglowego pyłu.

Teraz miał dwadzieścia jeden lat i pierwszego października zamierzał rozpocząć studia na Uniwersytecie Manchesterskim.

– Będziesz do mnie pisać? – zapytał.

– Oczywiście – obiecała.

– Czy miałabyś coś przeciwko, gdybym zabrał ze sobą twoje zdjęcie i mówił ludziom, że jesteś moją dziewczyną?

– Ani trochę.

Miała tylko zdjęcie paszportowe zrobione w Zurychu, na którym jej zdaniem wyglądała jak wiedźma. Zrobiła więc sobie dwa nowe zdjęcia: jedno w pojedynkę, dla Luke’a, i drugie z Simonem, które zamierzała wysłać Andrew i Else, gdy już dostanie ich adres.

Po wyjeździe Luke’a tęskniła za nim i nie mogła się doczekać Bożego Narodzenia, kiedy znów mieli się spotkać. Listy od niego przychodziły co tydzień i były coraz bardziej czułe. Flora chciałaby mu odpisać w podobnym stylu, ale się krępowała.

Zaprzyjaźniła się z jego siostrą, Millie, która miała siedemnaście lat i bzika na punkcie filmów. Millie co tydzień kupowała magazyn kinomana „Picturegoer”, czytała go od deski do deski i wiedziała wszystko na temat gwiazd filmowych. Zszokowała ją wieść o tym, że Flora nigdy w życiu nie widziała filmu, i postanowiła zaznajomić ją ze srebrnym ekranem, jak to nazywała.

– Myślę, że najpierw powinnaś zobaczyć Humphreya Bogarta, jest cudowny na swój szkaradny sposób. Podobnie Spencer Tracy. Nie można go nazwać przystojnym. Cary Grant jest niewiarygodnie uroczy, a Tyrone Power to chyba najprzystojniejszy mężczyzna na świecie.

– Czy w filmach nie występują żadne kobiety? – zdziwiła się Flora.

– Oczywiście, że tak: Betty Grable, której nogi ubezpieczono na tysiące dolarów, Dorothy Lamour i Katharine Hepburn, ponoć kochanka Spencera Tracy’ego. – Millie pokręciła lekceważąco głową. – Jednak kobiety nie są w najmniejszym stopniu tak interesujące jak mężczyźni. Pewnego dnia poślubię gwiazdora filmowego. Oszczędzam już nawet na bilet lotniczy do Hollywood.

– Naprawdę? – Flora była pod wrażeniem.

– W każdym razie – kontynuowała Millie – w kinie na West Endzie grają najnowszy film z Humphreyem Bogartem. Nosi tytuł Mieć i nie mieć i zbiera znakomite recenzje. Wybierzemy się go obejrzeć w weekend?

Flora zapewniła, że nie może się doczekać.

* * *

W ogrodzie ciotki Winifred liście zaczęły opadać, a róże przekwitły. Ciotka regularnie go porządkowała: obcinała kwiatom główki, zbierała liście i zamiatała wąską kamienną ścieżkę.

– Ogród znowu będzie wyglądał pięknie, kiedy spadnie śnieg i pojawią się jagody ostrokrzewu – powiedziała pewnego dnia pod koniec października – a później na długo straci swoją urodę. – Weszła z ogrodu do pokoju przez okno tarasowe, zdjęła buty, wyniosła je do kuchni i wróciła w kapciach. – Smutno mi, kiedy wszystko umiera.

– Ale przecież nie umiera na zawsze, prawda? – zauważyła z uśmiechem Flora. – Rośliny nadal żyją w ziemi i odradzają się wraz z nadejściem wiosny.

– Pewnie masz rację, kochanie, ale ich nie widać, prawda?

Ciotka sprawiała wrażenie mocno zasmuconej. Flora nie była tym zaskoczona. Ciotka Winifred wiodła zadziwiająco nudne życie. Trzy popołudnia w tygodniu spędzała na grze w brydża ze znajomymi. Raz w tygodniu przychodziły do niej koleżanki. Panna Herriott była niezamężna, podobnie jak ciotka Winifred, a pozostałe dwie były wdowami. Wszystkie oprócz ciotki miały dobrze po sześćdziesiątce. Wieczorami robiła na drutach i słuchała radia. Od przyjazdu Flory nie wychodziła nawet na zakupy. Flora bezskutecznie usiłowała ją przekonać, żeby poszła do kina. Sama uważała kino za cudowny, magiczny wynalazek; gdyby mogła, każdego wieczoru chodziłaby obejrzeć inny film.

– Dlaczego Isobel wyjechała? – zapytała kiedyś Flora.

– Isobel? – Ciotka zmarszczyła brwi.

– Modelka, która mieszkała dawniej w suterenie. Chodziłyście razem na musicale, a później śpiewała piosenki. Pamiętam, że miała śliczny głos.

W tamtych czasach ciotka sprawiała wrażenie znacznie szczęśliwszej i pełnej życia.

– Ach tak – przypomniała sobie. – Nazywała się Isobel Devlin. Jej narzeczony był tancerzem, więc mógł kupować bilety za pół ceny. Przedstawienia były cudowne. Noël Coward, Ivor Novello. – Zaświeciły jej się oczy. – Piosenki też. I’ll See You again i I Can Give You the Starlight należały do moich ulubionych. To były czasy… – westchnęła rozmarzona. – Isobel zapraszała mnie na pokazy mody, gdzie paradowała w przepięknych strojach.

– Dlaczego wyjechała? – powtórzyła pytanie Flora.

– Jej matka zachorowała. Isobel musiała wrócić do Liverpoolu, do dzielnicy o nazwie Bootle. Nadal podtrzymujemy kontakt. Zawsze wysyłamy sobie kartki na Boże Narodzenie.

– Czy mogłabym do niej napisać? – zapytała żarliwie Flora. – Poinformować ją, że wróciłam do domu?

– Oczywiście, skarbie. Dam ci jej adres.

Od powrotu Flora często zastanawiała się, jaki los spotkał Johnniego Lucasa, który zajął po Isobel mieszkanie w suterenie, lecz nie cierpiała go do tego stopnia, że nie miała ochoty nawet o nim wspominać.

* * *

Dni stawały się coraz chłodniejsze, a Flora nie miała zimowego płaszcza. Ciotka Winifred wyjęła z szafy w jednej z pustych sypialni czarną kurtkę z foczej skóry, cuchnącą kulkami na mole, i oświadczyła, że należała do matki Flory, która musiała ją tam przypadkiem zostawić.

– Powinna na ciebie pasować – powiedziała. – Twoja matka była podobnej budowy co ty, choć nie tak wysoka.

W tym momencie wyszła z pokoju. Flora przymierzyła kurtkę. Nawet gdy zmrużyła oczy, postać w lustrze nadal w niczym nie przypominała matki, którą usiłowała wskrzesić z pamięci.

Usiadła na łóżku. Nieczęsto wspominała rodziców. Po wypadku, w którym oboje zginęli, była tak oszołomiona, że nie mogła uwierzyć w ich śmierć. Jednak po pewnym czasie uświadomiła sobie, że to nie była rola w sztuce, że teatralna kurtyna zasunęła się dla nich raz na zawsze, i sześcioletnia Flora również zapragnęła umrzeć. Nie miała jednak pojęcia, jak to zrobić.

Siedząc na łóżku dwanaście lat później, zastanawiała się, czy gdyby znała sposoby na popełnienie samobójstwa, zdecydowałaby się na ten krok.

– Pewnie tak – mruknęła pod nosem. Nie miała wtedy ochoty żyć bez mamy i taty.

A jednak przeżyła i dopiero tamtego ranka na stacji kolejowej nieopodal Zurychu, kiedy wciśnięto jej w ręce dziecko, zrozumiała, że był powód, by tak się stało.

Pomacała kieszenie kurtki w nadziei, że znajdzie w nich zmiętą chusteczkę, kolczyk bez pary, jakąś pamiątkę po matce. Ale kieszenie były puste.

Rozdział 4

Zbliżało się Boże Narodzenie i Luke Carr przyjechał z uniwersytetu. Wpadł do domu jak po ogień i zaraz poszedł odwiedzić Florę, która była zadziwiająco uszczęśliwiona jego widokiem. Pocałowali się w korytarzu domu ciotki Winifred niemal namiętnie.

– Cudownie znów cię zobaczyć, Floro – powiedział lekko zachrypniętym głosem Luke. – Strasznie za tobą tęskniłem.

– A ja za tobą – zapewniła go też trochę ochryple.

– Gdzie się podział ten mały rozrabiaka, który nie odstępuje cię na krok?! – zawołał Luke. – O dziwo, za nim też się stęskniłem.

Simon przytuptał z salonu.

– Ja nie rozrabiam – powiedział rezolutnie. – To Luke jest niegrzeczny, nie Simon.

Flora chwyciła swoją kurtkę i płaszcz Simona, i wybrali się we trójkę na spacer. Ciotka nie przepadała za gośćmi i Luke zawsze zatrzymywał się w holu.

Były to pierwsze spokojne święta od siedmiu lat. Właściciele sklepów przystroili witryny światełkami i jaskrawymi kolorami. Crouch End przemieniło się w olśniewające i urzekające miejsce, które Simon uwielbiał.

Podobnie zresztą jak Flora. Trzymała Luke’a i Simona za ręce, dumając nad tym, jaki piękny jest świat.

* * *

Carrowie każdego roku urządzali przyjęcie świąteczne i sylwestrowe. Ciotka Winifred pomogła Florze uszyć sukienkę z resztek czerwonej krepy kupionej przy Petticoat Lane. Zdaniem Flory materiał był prosty i bardzo elegancki. Nie mogła się już doczekać świąt. Else i Andrew przysłali jej z Maroka piękny szal, cienki niczym pajęcza sieć i mieniący się wszystkimi kolorami tęczy, który świetnie pasował do nowej sukienki. Simon dostał drewnianą układankę zrobioną przez Andrew. Po złożeniu okazało się, że to ciężarówka.

Pani Charlesworth przysłała z Nowego Jorku broszkę ze sztucznych diamentów, w kształcie Statui Wolności, oraz pajacyka w pudełku dla Simona. Na kolorowej pocztówce zapewniła, że jest bardzo szczęśliwa i zadowolona z decyzji o wyjeździe z Zurychu. „Jestem teraz między swoimi” – napisała. Flora poprosiła Luke’a, żeby zrobił zdjęcie Simonowi i wysłał je pani Charlesworth, która miała słabość do chłopca.

Else poinformowała w liście, że zamierzają się osiedlić w Maroku, w mieście o nazwie Casablanca.

To cudownie ciepłe, bardzo tanie i fascynujące miejsce. Powstał nawet film pod tytułem Casablanca – musisz go koniecznie obejrzeć. Wynajęliśmy uroczy różowy dom z ogrodem na dachu, a Andrew próbuje rozkręcić szkołę języka angielskiego, ma jednak nadzieję znaleźć czas również na malowanie, ponieważ wróciła mu wena. Ty i Simon zawsze jesteście u nas mile widziani.

Podała też adres, na który Flora mogła odpisać.

Flora dostała również list od Isobel Devlin z Liverpoolu, która mieszkała teraz przy ulicy o pięknej nazwie Pearl Street.

Oczywiście, że Cię pamiętam, Floro. Zabawne, że o to pytasz! Byłyśmy dobrymi przyjaciółkami. O ile dobrze pamiętam, też chciałaś być modelką, gdy dorośniesz. Cóż, teraz jesteś już dorosła, ale nie napisałaś, czym się zajmujesz. Bardzo chciałabym Cię zobaczyć, skarbie. Jeśli tylko zdołasz się wyrwać na kilka dni, chętnie ugościmy Cię w Liverpoolu. Mamy dodatkową sypialnię, więc nocleg nie będzie problemem.

Flora poczuła się rozchwytywana – dostała aż dwa zaproszenia! Żeby uniknąć skomplikowanych wyjaśnień, nie wspomniała w swoim liście do Isobel o Simonie. Była świadoma, że kłamie, nazywając Simona swoim osieroconym kuzynem, lecz prawda wydawała jej się mało wiarygodna, a poza tym nie chciała, by ktokolwiek wiedział, jak chłopiec trafił pod jej opiekę. To była ich osobista sprawa. Nawet Simon miał poznać prawdę dopiero wtedy, gdy będzie znacznie starszy.

* * *

W Wigilię Flora dostała w paczce śliczny srebrny naszyjnik z różowym kwarcem oraz liścik od Isobel. Pisała w nim, że naszyjnik podarował jej przed dwudziestu laty pewien polski hrabia.

Gdyby był bardziej zamożny, podarowałby mi droższe klejnoty. Nie nosiłam tego naszyjnika od lat i jestem pewna, że lepiej ozdobi szyję znacznie młodszą niż moja.

W Boże Narodzenie przyjęcie u Carrów rozpoczęło się punktualnie o piętnastej, od podania lunchu w formie bufetu. Flora przyniosła tuzin pierożków z bakaliowym nadzieniem, upieczonych przez ciotkę Winifred. Simon dostał w prezencie ogromny wóz strażacki na pedały, należący dawniej do dzieci Carrów, a teraz odnowiony i odmalowany jaskrawoczerwoną farbą przez ich ojca. Chłopiec był zachwycony, chociaż Flora nie miała pojęcia, gdzie będzie się nim bawić – ciotka Winifred nigdy w życiu nie zgodzi się, żeby jeździł po jej ogrodzie, a nie mógł przecież pedałować po Nelson Road. Jazda w dół była zbyt niebezpieczna, w górę zaś – wyczerpująca. Ciężarówka z klocków przysłana przez Andrew była znacznie rozsądniejszym prezentem, choć okazała się trochę zbyt prosta jak na bystry umysł Simona. Potrafił ją ułożyć w kilka sekund.

Późnym popołudniem Georgina i Thomas Carrowie wybrali się na przyjęcie do przyjaciół mieszkających na Muswell Hill. Zjawiło się więcej zaprzyjaźnionej z ich dziećmi młodzieży, puszczano muzykę z płyt, grano we flirt towarzyski i szarady. O takich właśnie przyjęciach wspominali Else i Andrew; nie miały one nic wspólnego z tymi w Świętej Teresie. Flora była trochę zdenerwowana, lecz i tak świetnie się bawiła.

Luke całował ją za każdym razem, gdy odnajdywali się w tłumie młodych ludzi, którzy zachowywali się coraz śmielej: ganiali się z pokoju do pokoju, bawiąc się w tajemniczą, wymyśloną naprędce grę przy wtórze szaleńczego szczekania Berthy. Simon zasnął z Rufusem w ramionach w wozie strażackim, wyniesionym do kuchni. Flora nie chciała go zostawiać samego z obawy, że się obudzi i przestraszy lub przypadkowo nadepnie go któryś z rozochoconych gości. Luke usiłował przywrócić w domu coś na kształt porządku.

Pośród tego chaosu Flora postanowiła wrócić do domu. Włożyła śpiącego Simona do wózka, a Luke obiecał nazajutrz przynieść wóz strażacki przed wspólnym spacerem w Priory Park.

Po przyjściu do domu Flora od razu położyła Simona do łóżka i spędziła wieczór z ciotką, słuchając w radiu wspaniałej sztuki An Inspector Calls J. B. Priestleya. Ciotka przyniosła butelkę sherry i wypiły po szklaneczce na przyjemne zakończenie pełnego wrażeń dnia.

Tak przynajmniej wydawało się Florze. W środku nocy obudził ją dzwonek telefonu. Wiedziała, że w holu na dole stoi aparat, lecz po raz pierwszy od przyjazdu słyszała, żeby dzwonił. Z jakiegoś powodu – być może ze względu na późną godzinę – uznała sygnał telefonu za złowieszczy. Na zewnątrz panowała głęboka cisza i dzwonek zdawał się być jedynym dźwiękiem na całej planecie.

W końcu zamilkł i Flora zastanawiała się, czy ktoś odebrał telefon. Wstała, sprawdziła, czy Simon się nie obudził, i otworzyła drzwi swojego pokoju. Słyszała dobiegający z dołu głos ciotki, lecz nie rozumiała słów. Nie chciała podsłuchiwać, zamknęła więc drzwi i wróciła do łóżka. Przez resztę nocy spała niespokojnie i nie mogła się pozbyć z głowy dźwięku telefonu. Kto mógł dzwonić do ciotki o tak późnej porze?

Następnego ranka czekała, aż ciotka Winifred wyjaśni, od kogo był ten telefon, lecz ta nie puściła pary z ust, a Flora czuła, że nie powinna jej o to pytać.

* * *

Dwa dni później, kiedy Simon smacznie spał w swoim łóżku na drugim piętrze, Flora poszła do kina z Millie i Lukiem Carrami, by obejrzeć Spencera Tracy’ego i Katharine Hepburn w filmie The Keeper of the Flame. Fabuła filmu była zawikłana i tajemnicza. Po powrocie do Crouch End dyskutowali o niej w kuchni Carrów nad filiżanką kawy.

– Ten film bardzo przypominał mi Obywatela Kane’a – zauważyła Millie tonem znawcy.

– Mnie też – zgodził się z nią Luke. – Obydwa pokazują skutki niezasłużonej władzy wykorzystanej w złym celu.

Flora przyznała się, że nie oglądała Obywatela Kane’a, na co Millie obiecała zabrać ją na ten film, nieważne, w którym kinie akurat będą go wyświetlać.

Luke wyglądał na zasmuconego i przypomniał, że raczej nie będzie mógł im towarzyszyć.

– Niedługo wracam do Manchesteru.

– Nie martw się, braciszku, zaopiekuję się twoją ukochaną dziewczyną – powiedziała Millie ze słodkim uśmiechem. – A tak przy okazji, Floro, chętnie zostanę twoją druhną, kiedy w końcu się pobierzecie.

* * *

Flora i Luke niewiele mówili, idąc Nelson Road w kierunku domu ciotki Winifred. Ślub! Flora była przekonana, że ścieżka do małżeństwa powinna być bardziej wyrazista i namiętna niż to, co łączyło ją z Lukiem. Modliła się, żeby nie popełnił jakiegoś głupstwa, takiego jak oświadczyny, na które nie była gotowa i miała nadzieję, że on także nie.

Kiedy dotarli do bramy, Luke przelotnie ją pocałował. Możliwe, że był równie zaskoczony słowami Millie co Flora.

Po wejściu do domu już miała otworzyć drzwi do salonu i oznajmić, że wróciła, lecz zatrzymała się w progu. Z pokoju dobiegały jakieś głosy, jeden z nich należał do mężczyzny.

Flora zmarszczyła brwi, zmieniła zdanie i pobiegła na górę. Simon obudził się, kiedy weszła do pokoju, ale tylko wymamrotał pod nosem: „dobranoc, Flo”, nawet nie otwierając oczu.

Flora czule go pocałowała.

– Dobranoc, skarbie.

Pogłaskała go po czole i wróciła na dół. Ciotka słuchała radia, z którego właśnie dobiegał głos spikera BBC czytającego wieczorne wiadomości. Czyżby to jego wcześniej słyszała?

– Wcześnie wróciłaś, Floro – zauważyła ciotka.

– Nie tak bardzo.

Prawdę powiedziawszy, było dość późno, lecz nie zamierzała się o to spierać. Doszła do wniosku, że męski głos musiał dobiegać z radia.

– Jeśli nie masz nic przeciwko temu, zrobię sobie kakao i pójdę spać. Masz ochotę na filiżankę?

– Nie, dziękuję, kochanie. Wiesz – kontynuowała – tak sobie rozmyślałam, kiedy cię nie było. Simon jest ślicznym chłopcem, ale cię absorbuje. Nie masz jeszcze dziewiętnastu lat, powinnaś częściej wychodzić i miło spędzać czas, a tymczasem wzięłaś na siebie matczyną odpowiedzialność, chociaż wcale nie masz dziecka. – Pokręciła głową ze smutkiem.

– Co twoim zdaniem powinnam z nim zrobić? – zapytała zimno Flora. Już nie przypominała ciotce, że przecież dopiero co wróciła z kina.

Ciotka Winifred nie odpowiedziała, tylko niepewnie wzruszyła ramionami, więc Flora poszła spać.

* * *

Luke zjawił się następnego ranka, ciężko dyszał od dźwigania wozu strażackiego na szczyt wzgórza. Zabawka dopiero teraz dotarła do domu ciotki Winifred.

– Lepiej byłoby go chyba zostawić u nas w domu – zauważył, z trudem łapiąc oddech, i nieśmiało pocałował Florę w policzek.

– Właściwie to bardzo dobry pomysł – odrzekła. – Nie mam pojęcia, gdzie go upchnąć.

W korytarzu zjawił się Simon, radośnie uśmiechnięty na widok swojej nowej zabawki, potem we trójkę zeszli ze wzgórza do parku. Chłopiec najwyraźniej nie przejął się tym, że on i jego wóz strażacki nie spędzili nocy pod jednym dachem. Flora i Luke siedzieli na ławce, a Simon pedałował po ścieżce. Para wydawała się skrępowana. Siedzieli dobre pół metra od siebie i gawędzili o wczorajszym przyjęciu, pogodzie oraz studiach Luke’a. Flora nadal nie miała pojęcia, czym jest chemia pomiędzy dwojgiem ludzi.

W końcu Luke powiedział:

– Całe to gadanie Millie o byciu twoją druhną… Jeszcze nie czas, żeby o tym myśleć, prawda?

– Oczywiście – potwierdziła skwapliwie Flora. – Niczego nie przyspieszajmy.

Nachylili się do siebie, czule pocałowali i porzucili temat ślubu.

Później Luke zapytał:

– Nie wiesz przypadkiem, gdzie mieszka ten gangster? Mama powiedziała, że wprowadził się do domu gdzieś na końcu ulicy.

– Gangster? – zdziwiła się Flora.

– Tak, okropny człowiek. W czasie wojny plądrował domy zniszczone podczas nalotów, zabierał z nich pieniądze i kosztowności. Zdarzało się, że lokatorzy byli już wtedy martwi. Na szczęście policja go schwytała i trafił za kratki. Pech chciał, że na święta wyszedł z więzienia i wrócił do domu, w którym kiedyś mieszkał. Mama twierdzi, że widziała go jedna z sąsiadek.

Wyobraźnia Flory zaczęła pracować. W głowie dziewczyny zrodziło się potworne podejrzenie. Przypomniała sobie telefon w środku nocy i dobiegający z kuchni męski głos, który – jeśli dłużej się nad tym zastanowić – był znacznie bardziej szorstki niż głos spikera.

– Jak się nazywa ten gangster? – spytała Luke’a.

– Nie mam pojęcia. Zapytam mamę, na pewno będzie wiedziała. – Objął dziewczynę ramieniem. – Wybierzemy się wieczorem na kolację, żeby to uczcić?

– Co takiego?

– Och, wszystko – odparł wesoło. – Choćby to, że przeżyliśmy straszną wojnę, jesteśmy młodzi i mamy przed sobą przyszłość, jesteśmy oboje niezwykle atrakcyjni, udało nam się poznać… Jest wiele powodów do świętowania. – Roześmiał się w głos. – I na pewno powiem Millie, żeby nie przychodziła.

– Dobrze – zgodziła się Flora pod wpływem chwili. – Gdzie i o której?

– Próbowałaś już chińszczyzny?

– Nie. – Wiedziała tylko, że Chińczycy jedzą mnóstwo ryżu.

– Ani ja, więc może wybierzemy się do tej nowej restauracji przy Crescent Road? Nazywa się Niebieski Księżyc. Przyjdę po ciebie o siódmej.

– Lepiej o wpół do ósmej. Ciotka Winifred upiera się, żeby Simon spał, kiedy wychodzę wieczorem z domu.

Nie mogła się już doczekać.

* * *

Flora przypuszczała, że Luke będzie chciał rozmawiać o ich związku, i cieszyła się, że tego nie zrobił, tylko żartował z polityków i opowiadał o swoim studenckim życiu w Manchesterze. Kilka razy napytał sobie biedy, wszedł tam, gdzie nie powinien, dał się przyłapać na graniu w karty za pieniądze w środku nocy i zrobił parę innych rzeczy, o których wstydził się jej powiedzieć.

– No dobrze, ale czy czegokolwiek się nauczyłeś? – zapytała Flora, kiedy już pili kawę po skończonym posiłku.

– Owszem. Tak naprawdę między tymi strasznymi występkami uczyłem się bardzo solidnie. – Flora zapewniła, że mu wierzy, na co Luke odparł, że dowiedział się dzisiaj czegoś interesującego, chociaż nie ma to nic wspólnego z chemią.

– Mama powiedziała mi, jak nazywa się ten przestępca, o którym ci dzisiaj opowiadałem i który sprowadził się z powrotem na naszą ulicę: John Lucas, bardziej znany jako Johnnie.

Flora milczała dłuższą chwilę. Wczoraj wyczuła w salonie zapach tytoniu, a którejś nocy słyszała męski kaszel. Uznała, że to sąsiad, chociaż nigdy wcześniej nie słyszała tak głośnego kaszlu. Ciotka Winifred była ostatnio bardzo cicha i zamyślona. Flora pytała ją kilka razy o te dziwne odgłosy, lecz ciotka twierdziła, że nic nie słyszała.

Jeśli Johnnie Lucas wrócił na Nelson Road, to mógł zamieszkać wyłącznie w domu jej ciotki i był tam teraz, gdy Simon spał całkowicie bezbronny w pokoju na górze. Poprzedniej nocy ten mężczyzna również był w ich domu.

Flora wyśmiała swoje podejrzenia. Ciotka nie pozwoliłaby Johnniemu Lucasowi dotknąć Simona, a tym bardziej zrobić mu krzywdy. Jednak ten mężczyzna był na tyle zepsuty, że okradał zburzone hitlerowskimi bombami domy, których mieszkańcy nie żyli, a przynajmniej tak twierdził Luke. Flora przypomniała sobie, jak bardzo nienawidziła Johnniego i jak się go bała, kiedy w dzieciństwie mieszkali pod jednym dachem: sposobu, w jaki na nią patrzył, zachrypniętego głosu. Z tymi czarnymi tłustymi włosami i ciemnymi błyszczącymi oczami przypominał Cygana. W tysiąc dziewięćset trzydziestym szóstym roku, kiedy Isobel – zawsze pięknie ubrana i pachnąca – wyjechała z powrotem do Liverpoolu, o czym Flora niedawno się dowiedziała, ciotka Winifred napisała ogłoszenie o pokoju do wynajęcia i wywiesiła je w witrynie sklepu papierniczego oddalonego o kilka budynków od restauracji, w której siedzieli teraz z Lukiem. Zamiast odprawić z kwitkiem tę antypatyczną kreaturę, która odpowiedziała na ogłoszenie, ciotka przyjęła go pod swój dach i, o dziwo, szybko znaleźli wspólny język.

Flora przypomniała sobie zastanawiające słowa ciotki z ubiegłego wieczoru: o tym, że Simon jest dla jej siostrzenicy ciężarem i że lepiej by jej było bez niego. Kto ją zaraził tym pomysłem? Flora zerwała się na równe nogi, głośno odsuwając krzesło. Ogarnęło ją silne i potworne przeczucie, że wydarzyło się coś bardzo złego. Musiała natychmiast wrócić do domu.

– Co się stało? – Luke popatrzył na nią zdziwiony.

– Muszę iść.

Luke nadal wyglądał na zaskoczonego.

– Pozwól mi najpierw zapłacić rachunek.

Flora nie miała zamiaru czekać. Chwyciła palto i wybiegła z restauracji, zanim Luke zdążył zawołać kelnera, po czym ruszyła w górę Nelson Road. Zanim dotarła do domu ciotki, oddech uwiązł jej w gardle. Dopiero po kilku minutach pod bramą znów mogła swobodnie oddychać. Wyjęła klucz z torebki, otworzyła drzwi i weszła do środka.

* * *

Miała zamiar pobiec na górę i upewnić się, że tak jak poprzedniej nocy Simon bezpiecznie śpi w swoim łóżku. Jednak gdy tylko weszła na korytarz, z salonu dobiegł ją donośny męski rechot, któremu towarzyszył dziecięcy śmiech.

Simon! Ktoś zniósł chłopca na dół i teraz mały zaśmiewał się do rozpuku z Johnniem Lucasem. Flora poczuła zbierające się pod powiekami łzy. Ogarnęła ją wściekłość i strach. Zmieniła kierunek i ruszyła w stronę salonu. Pchnęła drzwi i zobaczyła siedzących po dwóch stronach kominka ciotkę i Johnniego Lucasa, który trzymał na kolanach ubranego w pasiastą piżamę Simona.

Flora nie wiedziała, co powiedzieć. Wpatrywała się bez słowa w dziecko, które kochała najbardziej na świecie, i znienawidzonego mężczyznę. Simon ponownie się roześmiał i pomachał do Flory.

– Mały się obudził, Floro – odezwała się ciotka Winifred – a Johnnie zniósł go na dół. Właśnie miałam mu zagrzać mleko. Napijesz się czegoś, kochanie?

Siostrzenica zignorowała jej pytanie.

Johnnie Lucas podrygiwał kolanem, bujając Simona, który piszczał z uciechy.

– Zabawny z niego koleżka – odezwał się Johnnie i Flora po raz pierwszy zauważyła, że mówi ze szkockim akcentem. – Win opowiedziała mi, jak do ciebie trafił, Floro. Wiesz, że gdzieś tam żyją jego krewni: dziadkowie, ciocie i wujkowie, prawdopodobnie bogaci, skoro są Żydami, a jego matka mówiła po angielsku. Mogłabyś dostać wysoką nagrodę, gdybyś dała ogłoszenie w amerykańskich i brytyjskich gazetach, trzy-, może nawet czterocyfrową sumkę. Znasz przecież jego imię i możesz opisać jego matkę.

Flora rzuciła się przed siebie i zabrała chłopca z kolan Johnniego. Simon przestraszył się i rozpłakał. Dziewczyna ruszyła na górę, zatrzasnęła za sobą drzwi sypialni, żałując, że nie ma w nich zamka lub zasuwki, i padła na łóżko razem z chłopcem, ściskając go tak mocno, że zaczął jeszcze bardziej płakać.

– Przepraszam, kochanie – wyszlochała. Pogłaskała go po policzku i scałowywała z niego łzy, dopóki chłopiec się nie uspokoił. – Och Simonie – szepnęła – co my teraz zrobimy?

Położyła go do łóżka i właśnie opatulała dziecko kołdrą, kiedy usłyszała ciche pukanie.

– Co znowu? – syknęła.

– Naprawdę nie spodziewałam się powrotu Johnniego, skarbie. – Ciotka przekręciła gałkę, lecz nie otworzyła drzwi, coś ją powstrzymało. – Nie sądziłam, że go jeszcze kiedyś zobaczę, ale kiedy przyszedł do mnie i poprosił o swój dawny pokój, pomyślałam, że przydadzą się nam pieniądze i pomoc mężczyzny w domu.

Flora nic nie powiedziała i po kilku minutach ciotka odeszła.

* * *

Nie mogła zasnąć. Wiedziała, że w domu ciotki nie zmruży więcej oka. Musiała uciec, tylko dokąd?

W pewnym momencie – nie miała pojęcia, która była godzina – usłyszała na dole hałas, szepty oraz dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi. Po chwili Flora wstała i wyszła na półpiętro. Z pokoju ciotki na dole dobiegły dziwne odgłosy dyszenia, sapania, głośne mruknięcia i stłumione jęki.

– O Boże, Boże, mój Boże! – krzyknęła ciotka Winifred.

Kiedy Flora mieszkała tu jako dziecko, słyszała podobne dźwięki. Wtedy nie wiedziała, co oznaczają. Jednak w szkole w Szwajcarii Else wyjaśniła jej, skąd się biorą dzieci, co zachodzi pomiędzy kobietą a mężczyzną i że zazwyczaj jest to obezwładniająco przyjemne doznanie.

Cóż, sądząc po dobiegających z dołu odgłosach, w istocie tak było, przynajmniej jeśli chodzi o ciotkę.

* * *

Następnego ranka po przebudzeniu Flora czuła się tak, jakby prawie nie zmrużyła oka.

Usiadła na łóżku i okryła ramiona kołdrą. W pokoju panował ziąb. Simon nadal spał jak zabity w łóżku po drugiej stronie pokoju. Był spokojny i nieświadomy niebezpieczeństwa, przed którym kiedyś uciekł, i tego, które groziło mu teraz.

A może nie? Czy powrót do prawdziwej rodziny – dziadków, ciotek i wujków, a być może także starszych braci i sióstr, czy nawet ojca – stanowił dla niego niebezpieczeństwo? Flora zaczęła się niespokojnie wiercić. Czy ci ludzie w ogóle istnieli? A jeśli tak, czy mieli do tego dziecka większe prawo niż ona? Była prawie pewna, że i owszem, lecz nikomu nie mogło zależeć na Simonie równie mocno jak jej. Była jedyną osobą na świecie, która ze swoją postawą i miłością mogła zastąpić mu matkę. Zresztą już to zrobiła.

Wyobraziła sobie Johnniego Lucasa zamieszczającego ogłoszenie w gazecie, czy nawet kilku gazetach, również w krajach, gdzie językiem urzędowym był angielski, na przykład w Stanach Zjednoczonych lub Kanadzie, oraz setki listów spływających do skrzynki pocztowej i kolejki ludzi czekających przed domem na to, by upomnieć się o Simona. Mężczyźni i kobiety, rodziny, które straciły dziecko podczas wojny, wyciągną po niego rękę, gotowi kłamać, żeby go dostać, choćby nawet nie był ich utraconym synkiem. Jedna z tych osób ofiaruje Johnniemu Lucasowi setki lub nawet tysiące funtów i odbierze Simona Florze, kobiecie, którą uważał za swoją matkę. Inna kobieta, której wcale nie musiał pamiętać, zdążyła już zniknąć z jego krótkiego życia.

Nie pozwolę go zabrać – przysięgła sobie Flora – nikomu!

Godzinę później cały dobytek jej i Simona znalazł się w wypchanej skórzanej walizce, którą Else i Andrew podarowali Florze przed wyjazdem ze Świętej Teresy. Dziewczyna ubrała Simona w najcieplejsze ubrania: gruby płaszcz i rajtuzy, buciki, wełnianą czapeczkę, chroniącą uszy, osłoniła mu szyję szalikiem, na dłonie włożyła rękawiczki. Chłopiec stał z poważną miną, gdy Flora zasłaniała każdy skrawek jego ciałka oprócz twarzy.

Na koniec pocałowała go w nos.

– Czas ruszyć w drogę – powiedziała.

– W drogę – powtórzył. – Czy to długa podróż, Flo?

– Krótsza od tej, którą już przebyliśmy, skarbie.

– Gdzie jest Rufus?

– Tutaj, nadal smacznie śpi. – Podała Simonowi misia, a on przytulił go do piersi.

Ciotka Winifred nakrywała do stołu w jadalni. Flora zauważyła cztery talerze. Wyglądało na to, że Johnnie Lucas miał się stać pełnoprawnym członkiem ich rodziny. Tylko że połowa tej rodziny właśnie zbierała się do odejścia.

Ciotka obrzuciła ich oboje zdumionym spojrzeniem: Simon był opatulony, jakby wybierał się na biegun północny, Flora miała na sobie kurtkę z foczego futra.

– Dokąd to się wybieracie tacy wystrojeni?

– Do Casablanki, do Else i Andrew – odparła pewnym głosem Flora. – Else twierdzi, że to urocze i ciepłe miejsce. Andrew rozkręca szkołę, a ja mogę mu pomóc. Nieźle sobie radziłam jako nauczycielka, chociaż krótko się tym zajmowałam.

– Ależ, Floro, nie ma powodu, żebyś wyjeżdżała tak nagle i bez uprzedzenia. – Ciotka wyglądała na zdziwioną i poirytowaną, ale nie zmartwioną.

Ona chce, żebym wyjechała – pomyślała Flora. Z jednej strony jest jej przykro, lecz z drugiej cieszy się, że zejdziemy jej z oczu i że będzie miała cały dom dla siebie i Johnniego Lucasa.

– Johnnie nie mówił wczoraj poważnie. On tylko żartował.

Z kuchni dobiegł dźwięk gwizdka w czajniku i ciotka Winifred poszła zaparzyć herbatę. Flora uzmysłowiła sobie, że marzy o filiżance gorącej herbaty, a Simon właśnie w ten sposób rozpoczynał każdy swój dzień. Oboje jednak musieli zaczekać, aż dotrą na stację. Przypomniała sobie o przydziale żywności i wyjęła książeczki z kartkami z niewielkiej szuflady w komodzie.

Ciotka wróciła z dzbanuszkiem przykrytym dzierganym ogrzewaczem.

– Zostaniesz chociaż na herbatę, Floro?

Gdyby to zrobiła, mógłby się zjawić Johnnie Lucas, a ona wolała uniknąć spotkania z nim twarzą w twarz.

– Nie, dziękuję. Będziemy się zbierać. Chodź, Simon.

W ten oto sposób Flora i Simon opuścili dom przy Nelson Road, na bardzo wiele lat.

Rozdział 5

Nowy Jork

wieczór sylwestrowy 1945

Dwadzieścia pięć lat wcześniej Joshua Lewin, syn Martina, podjął decyzję o rozwinięciu swojej niewielkiej firmy jubilerskiej i zatrudnił jako swoją sekretarkę młodą kobietę, Lenkę Gorski, która mieszkała w tym samym co on domu z brunatnego pias- kowca przy Bleecker Street. Lenka uczyła się stenografii oraz maszynopisania i cieszyła się, że dostała poważną pracę w tak młodym wieku. Miała dopiero szesnaście lat.

Pomagała Joshui przez kolejne lata, kiedy budował firmę, która pewnego dnia miała osiągnąć wartość miliona dolarów. Firma znana była po prostu jako Lewin, importowała diamenty z Afryki Południowej i złoto z Indii, a cenne kamienie i metal zmieniała w elegancką biżuterię zaprojektowaną przez samego Joshuę. W tamtych czasach wykonywali ją głównie rzemieślnicy z Polski, skąd ojciec Joshui, z zawodu zegarmistrz, wyemigrował pod koniec dziewiętnastego stulecia. W tamtych czasach jego nazwisko stanowiło zbitkę liter prawie nie do wypowiedzenia. Dopiero Joshua nadał mu prostsze brzmienie.

Lenka Gorski była oddaną i lojalną pracownicą, idealną sekretarką aż do roku tysiąc dziewięćset czterdziestego pierwszego, kiedy Stany Zjednoczonej dołączyły do wojny przeciwko Niemcom i Japonii, a ona zaciągnęła się do amerykańskich sił powietrznych, od razu otrzymując rangę sierżanta.

Być może właśnie utrata Lenki przekonała Joshuę do przejścia na emeryturę. Zbliżał się do osiemdziesiątki, był dostatecznie sprawny i stanowczy, by w przyszłości poświęcić się działalności w rozmaitych organizacjach charytatywnych. Kontrolę nad firmą przejął Martin, jego najstarszy i jedyny syn, niezwykle przystojny mężczyzna, imponująco wysoki, ciemnooki i ciemnowłosy, z nieprzyjemnie zawziętą miną.