Opis

Cykl “Niepoprawni uwodziciele (5)”

Gdy baron Fulkham, szef angielskiej siatki szpiegowskiej, spotyka w Londynie zachwycającą księżniczkę Aurorę, jest przekonany, że widział ją już wcześniej we Francji występującą na deskach teatru. Dręczony podejrzeniami próbuje rozwikłać tę zagadkę. Okazuje się, że sprawa wiąże się ze spiskiem, który może zniszczyć  jego karierę polityczną, wywlec na światło dzienne mroczne sekrety i zrujnować  kobietę, na której zaczyna mu coraz bardziej  zależeć. Księżniczką Aurorą jest bowiem istotnie francuska aktorka, która bierze udział w tej maskaradzie nakłoniona przez dziadka próbującego osiągnąć polityczne cele. Flirt z przystojnym baronem szybko przeradza się w namiętne uczucie, niebezpieczne dla obojga kochanków.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 397

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The Secret of Flirting

Projekt okładki: Iza Szewczyk

Copyright © 2018 by Sabrina Jeffries, LLC

All rights reserved, including the right to reproduce this book

or portions thereof in any form whatsoever. For information,

address Pocket Books Subsidiary Rights Department,

1230 Avenue of the Americas, New York, NY 10020.

Copyright © for the Polish edition Wydawnictwo BIS 2019

ISBN 978-83-7551-621-0

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22-877-27-05, 22-877-40-33

e-mail:[email protected]

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Dla Louise Burke, która przez wszystkie lata mojej współpracy z Pocket zawsze wspierała moją karierę. Dziękuję, bez Ciebie nie osiągnęłabym tego wszystkiego. I ciesz się swoją zasłużoną emeryturą!

I dla Micki Nuding, która nauczyła mnie tak wiele, jeśli chodzi o pisarstwo. Czerp radość z nowego domu i wnucząt. Należy Ci się!

Wstęp

Dieppe, Francja, rok 1827

Gregory Vyse, baron Fulkham, sączył wyśmienitą brandy, delektując się jej dymnym smakiem. Możliwość kosztowania zacnych napitków była jednym z plusów jego podróży po Francji. A bar w tym zajeździe w Dieppe serwował najlepsze trunki, chociaż cena za pokój była bez wątpienia zbyt wygórowana.

Jego towarzysz podróży, kapitan lord Hartley Corry, nie doceniał chyba szlachetnego napoju. Hartley, zwany przez przyjaciół Hartem, pił brandy dużymi łykami, jakby to było tanie piwo. I jakby był zdenerwowany. Hm… O co w tym wszystkim chodziło? Przecież miało to być proste przekazanie przesyłki.

Hart przesunął po blacie stołu przewiązaną sznurkiem paczuszkę.

– Tu są listy, Fulkham. Dasz radę dostarczyć je niedługo mojemu kuzynowi, prawda?

Gregory wsunął listy do kieszeni płaszcza.

– Jeśli utrzyma się dobra pogoda, nie powinno mi to zająć więcej niż kilka dni. Corunna jest niedaleko, jeśli płynąć statkiem. Niall mnie oczekuje.

Hart się nie odzywał, więc Gregory zapytał:

– Nie masz dla mnie żadnych wiadomości z Gibraltaru? Od Johna?

Hart zamrugał oczami.

– Spodziewałeś się czegoś?

– Raczej nie.

Chociaż miał pewną nadzieję… Jego młodszy brat John, który przyjaźnił się z Hartem, niedawno został wysłany ze swoim regimentem do Gibraltaru. Tymczasem oddział Harta wrócił z Gibraltaru do domu i czekał na kolejne zadania. John mógł przynajmniej przesłać mu aktualne informacje; już dawno temu Gregory powinien był otrzymać raport. Kiedy następnym razem zobaczy się ze swoim nieodpowiedzialnym bratem, zrobi mu kolejny wykład o tym, jak ważne są raporty.

Hart zamówił następny kieliszek brandy. Gregory uniósł brwi. Nigdy nie słyszał, żeby syn markiza był pijakiem. Najwyraźniej coś musiało go dręczyć. Gregory widział to po zaciśniętych w wąską linię ustach towarzysza, po nerwowym bębnieniu palcami, po jego rozbieganym spojrzeniu... Czekał więc – czekanie było najlepszym sposobem dochodzenia do prawdy, w czym baron Fulkham był mistrzem.

Nie trwało to zbyt długo. Hart upił nieco brandy i rozparł się na krześle.

– A skoro już mówimy o Johnie… wspomniał mi kiedyś, że czasami… eeee… płacisz za różne informacje.

Niech diabli wezmą Johna i jego długi język!

– Naprawdę?

Hart spojrzał na niego.

– John twierdzi, że wszędzie lubisz mieć swoje oczy i uszy.

– Owszem, o ile te oczy i uszy należą do kogoś, komu mogę zaufać. Widzę, że mój mały braciszek nie jest jedną z tych osób.

John powinien być mądrzejszy. Mimo że w ubiegłym roku ten cholerny głupek się ożenił, wciąż zachowywał się nierozważnie. I właśnie dlatego Gregory nie chciał korzystać z jego pomocy. Zgodził się na to, gdy stało się jasne, że jeśli nie narzuci bratu, co ma robić, John da się zabić.

Hart przysunął się bliżej.

– Nie wiń o to Johna. Kiedy zaproponował twoje pośrednictwo w dostarczeniu listów do Nialla w Hiszpanii, tak długo go wypytywałem, dopóki nie wyjaśnił mi twoich powiązań z moim kuzynem. To znaczy chodzi mi o to, że Niall… no…

– Zabił człowieka?

– Tak. Martwiłem się, że chcesz go schwytać i sprowadzić z powrotem do Anglii. W końcu pracujesz dla rządu.

– To prawda. – Gwoli ścisłości, współpracował z Ministerstwem Spraw Zagranicznych. Chociaż zatrudniony był jako podsekretarz stanu w Ministerstwie Wojny i Kolonii, to jego nieoficjalna pozycja była nieco bardziej… tajna.

Hart rozejrzał się po barze i ściszył głos.

– John wyjaśnił mi jednak, że Niall dostarcza ci czasem informacje z Corunny i dlatego przymykasz oko na to, że przebywa na wygnaniu z powodu swojego pojedynku. Pomyślałem więc…

– Że mógłbyś robić to samo w jakimś innym miejscu, skoro zostałeś wycofany z Gibraltaru.

– Właśnie.

Gregory nie odpowiedział od razu. Spokojnie sączył swoją brandy, przedłużając milczenie i obserwując reakcję Harta. Trzeba przyznać, że Hart nie kręcił się i nie krzywił. Większość ludzi właśnie tak by się zachowywała.

– Dlaczego sądzisz, że mógłbym na tym skorzystać? – zapytał w końcu.

– Bo nie masz nikogo w Fort Bullen czy na James Island. – Hart się zawahał. – A może masz?

– Nie. Ale nie ma powodu, żeby tam kogoś trzymać. Żołnierze tam stacjonujący zatrzymują statki przewożące niewolników. Nie ma to specjalnego znaczenia politycznego.

Hart westchnął. Najwyraźniej liczył na dodatkowe źródło dochodów ze szpiegostwa. Jako drugi syn markiza prawdopodobnie uważał, że jego pensja i płaca w armii nie zapewniają mu właściwego poziomu życia, umożliwiającego uprawianie hazardu i uganianie się za dziewczętami.

Cholera! Gregory wiedział, że później będzie tego żałował, ale ten człowiek był przecież przyjacielem Johna.

– Coś ci powiem – zaczął. – Po naszym spotkaniu wybieram się do nowego teatru na Wesele Figara. Może pójdziemy razem? Później zadam ci parę pytań, żeby sprawdzić, ile rzeczy spostrzegłeś. Jeśli udzielisz mi satysfakcjonujących odpowiedzi, rozważę możliwość skorzystania z twojej pomocy.

Posiadanie większej liczby szpiegów nie mogło nikomu zaszkodzić. Jeśli Hart rzeczywiście był tak spostrzegawczy, jak mówił John, jeszcze kiedyś okaże się użyteczny.

Hart się rozjaśnił.

– Świetnie! Słyszałem, że dziś wieczorem wystąpi mademoiselle Servais, więc będziesz zadowolony. Daję słowo, że jest równie dobra jak pani Siddons.

– Trochę w to wątpię. Miałem przywilej oglądania Sarah Siddons na scenie, w jej ostatniej roli. Robiła niesamowite wrażenie. Byłbym zaskoczony, gdyby teatr w mieście rozmiarów Dieppe miał w swoim zespole aktorkę o tak wielkim talencie.

Przerwał na widok nagłego błysku w oczach Harta.

– Przygotuj się więc na niespodziankę, staruszku.

* * *

Teatr w Dieppe miał dwa rzędy lóż. Harta bardzo ucieszyła wiadomość, że Gregory’emu, dzięki jego pozycji, na czas pobytu w mieście zaoferowano najlepsze miejsca do wyłącznego użytku. Fulkham musiał przyznać, że mały, ale nowy teatr miał swoisty urok, podobnie jak samo przedstawienie. Zawsze wolał oryginalną sztukę de Beaumarchais niż operę Mozarta.

Natomiast jeśli chodziło o mademoiselle Monique Servais, to Gregory musiał zdusić swoją irytację, gdy odkrył, jak świetną była aktorką. Nie lubił się mylić. No, może niezupełnie się pomylił. Komediowa rola Suzanne nie miała dramatycznego ciężaru, więc porównanie było nieadekwatne. Niemniej jednak…

– A nie mówiłem? – powiedział Hart, gdy w przerwie rozległa się muzyka. – Jest zdumiewająca.

Gregory nie znosił przesady.

– Jeśli mówiąc „zdumiewająca”, masz na myśli, że jest wyjątkowo ładną Francuzką o pięknym głosie i nieskazitelnych manierach, które uwierzytelniają jej grę jako Suzanne, to masz rację. Ale poza tym…

– Co poza tym? Przyznaj sam, stary. Ma kształty Afrodyty, twarz jak Helena Trojańska, głos…

– Syreny? Jeśli robisz porównania do mitycznych postaci, możesz dorzucić i syrenę. I mówisz jedynie o jej cechach fizycznych.

Te zaś były wyjątkowo pociągające. Pomimo ogromnej, wypudrowanej peruki na głowie kobieta potrafiła poruszać się ze zmysłowym wdziękiem, sprawiając, że Fulkham zaczął się zastanawiać, jak wygląda pod tym groteskowym kostiumem z epoki jego babki. No, ale nawet Francuzki o przeciętnej urodzie miały talent do roztaczania wokół siebie aury piękna. A uroda mademoiselle Servais, o ile mógł stwierdzić z takiej odległości, nie należała raczej do przeciętnych. Ponadto miała melodyjny głos, bez zaśpiewu, i wyraźnie wymawiała słowa dialogu. Porywała publiczność za każdym razem, kiedy pojawiała się na scenie. Jego również.

– Jesteś beznadziejny – zauważył Hart w przebłysku głębokiej wnikliwości. – Powiedz prawdę – jest lepsza, niż to sobie wyobrażałeś.

– Przyznaję. Ale nie miałem wielkich oczekiwań. – Widząc grymas na twarzy Harta, dodał: – Ty zaś miałeś zwracać uwagę nie tylko na aktorkę, pamiętasz? To przecież twój test.

– Dobrze. Pytaj, o co chcesz. – Hart splótł ręce na piersi.

– Jak się nazywał portier, który sprawdzał nam bilety?

– Pan Duval – natychmiast odpowiedział Hart.

Nie najgorzej. Zazwyczaj nikt nie zwracał uwagi na takich ludzi.

– Jak miał na imię?

Hart zagryzł wargę.

– Nie powiedział.

– Owszem, ktoś inny wymienił jego imię podczas powitania, ale mogłeś nie słyszeć. – Gregory rozparł się na krześle. – Opisz go, zaczynając od włosów, a na butach kończąc.

Gdy Hart wzorowo wypełnił zadanie, Gregory skinął głową.

– A teraz powiedz mi, jak twoim zdaniem wygląda jego życie domowe.

To pytanie zaskoczyło Harta.

– Jego życie domowe?

– Bardzo dużo można powiedzieć o człowieku na podstawie jego zachowania, stroju czy sposobu, w jaki mówi. Ale na razie opowiedz mi, jakie odniosłeś wrażenie.

Zanim Hart zaczął mówić, rozległo się pukanie do drzwi loży. Kiedy Gregory zawołał, że można wejść, w drzwiach pojawił się sam portier.

– Czy mają panowie jakieś życzenia? – zapytał po francusku Duval.

– Nie, dziękuję – odprawił go Gregory.

Jednak Hart, który najwyraźniej chciał zatrzymać portiera nieco dłużej, żeby jak najlepiej odpowiedzieć na pytanie Gregory’ego, wtrącił się.

– Czy mógłby nam pan zaaranżować po spektaklu spotkanie z mademoiselle Servais?

Gregory stłumił westchnienie. Twarz portiera spochmurniała.

– Obawiam się, że nie, proszę pana. Zwykle spieszy się do domu.

– Pewnie musi się zająć dziećmi i mężem – zauważył Gregory.

– Ma starzejącą się babkę. Mademoiselle Servais jest niezamężna.

Interesujące. I niespodziewane. Francuzi zawsze mówili o swoich aktorkach per mademoiselle, nigdy więc nie było jasne, czy mają mężów. Fulkham założył jednak, że kobieta o tak niezwykłym uroku musi być mężatką. Kiedy zatem usłyszał, że się pomylił, poczuł dziwne zadowolenie.

Łatwo mógł ją sobie wyobrazić w swoim łóżku. Była w jego typie, zmysłowa i pełna wdzięku niczym elegancka syrena.

No tak, syrena. Był równie głupi jak Hart. Nie miał teraz czasu na kobiety, a już z pewnością nie na flirt z francuską aktorką. Nie byłoby to korzystne dla jego kariery. A praca była dla niego najważniejsza.

Hart wstał.

– Może o tym nie wiesz, ale jestem synem markiza, a mój towarzysz jest baronem, zajmującym ważną pozycję w brytyjskim rządzie. Gdyby udało ci się zorganizować to spotkanie, twoja pomoc zostałaby wynagrodzona. Nie zajmiemy mademoiselle zbyt wiele czasu.

Gregory pytająco spojrzał na Harta. Do czego zmierzał?

Portier skinął głową.

– Zobaczę, co mogę zrobić, panowie.

– Jeśli sądzisz, że twój manewr mnie rozproszy i przestanę zadawać ci pytania… – rzucił Gregory po wyjściu portiera.

– Szczerze mówiąc, chciałem poznać francuską ślicznotkę i doszedłem do wniosku, że dwaj znamienici Anglicy zainteresują ją bardziej niż jeden.

No tak. John opisał Harta jako podrywacza.

– I wynagrodzimy portiera za jego starania?

– Możesz potrącić moją część z pierwszego honorarium za działania szpiegowskie.

Gregory parsknął śmiechem.

– Ależ jesteś pewny siebie.

– To przydatna cecha szpiega, nie sądzisz? – odparł z uśmiechem Hart.

Owszem, miał rację. Nie oznaczało to jednak, że Gregory pozwoli mu się prowadzić jak muł na postronku.

– Dziś wieczorem możesz ćwiczyć tę cechę beze mnie. Po zakończeniu przedstawienia zamierzam powrócić do pokoju. Mam do napisania raporty.

– Raporty mogą poczekać. Jak często zdarza ci się spotykać tak wielką gwiazdę jak mademoiselle Servais?

– Wystarczająco często, żeby mieć do tego cyniczny stosunek. Aktorzy dobrze wyglądają na scenie, w blasku świateł. Z moich doświadczeń wynika jednak, że gdy zejdą z podium, żeby stać się zwykłymi ludźmi, okazują się nudni albo kapryśni, a może jedno i drugie.

Hart się roześmiał.

– Nie przesadzaj. Wątpię, żeby była nudna, a jeśli jest kapryśna, to cóż z tego? Maleńki flirt nikomu nie zaszkodzi.

Gregory natychmiast usłyszał w głowie głos swojego ojca, za którym wcale nie tęsknił.

Nie przesadzaj, chłopcze. Komu to przeszkadza, że się troszkę napiję. Odrobina trunku nikomu nie zaszkodzi.

Tylko żeby nie towarzyszył temu cios na odlew. Albo uderzenie pięścią.

Zepchnął te myśli w głąb podświadomości.

– Szczerze mówiąc, wolę flirtować z kobietami, które podsycają moją ciekawość.

Hart potrząsnął głową.

– Dobry Boże, masz trzydzieści parę lat, a zachowujesz się jak starzec. Zacznij trochę żyć. Zanadto koncentrujesz się na swojej pracy.

Jego brat i mama często wysuwali podobne oskarżenia. Gregory zawsze uważał, że są absurdalne. Praca pozwalała mu uciec od wspomnień, uniknąć zimnego potu w nocy. Praca była darem niebios.

Hart zerknął na niego z ukosa.

– Chyba że się boisz, iż nie spodobasz się francuskiej ślicznotce.

– Nie próbuj mną manipulować, stary. To nie działa. Doszedłem do perfekcji w ignorowaniu takich uwag, kiedy ty byłeś jeszcze w powijakach.

Hart westchnął ciężko.

– Do diabła, Fulkham! Zaledwie półgodzinne spotkanie z aktorką. Mogę nie mieć nawet tego, jeśli nie będziesz mi towarzyszył. Jeśli pojawi się tylko jeden z nas, dziewczyna może być zdenerwowana.

Ten facet był jak pies, który nie chce stracić swojej kości. Co niewątpliwie mogło robić z niego dobrego informatora. Poza tym lepiej mieć syna markiza po swojej stronie.

– Zgoda. Jeśli będzie chciała się z nami spotkać.

W gruncie rzeczy Gregory wcale w to nie wątpił. Jego pozycja i obietnica pieniędzy zwykle sprawiały, że dostawał to, czego chciał, a do tego dochodziła jeszcze pozycja towarzyska Harta.

Gdy jednak po zakończeniu ostatniego aktu służący zaprowadził ich na zaplecze sceny, Fulkham zrozumiał, że chyba się pomylił. Mijając bowiem zatłoczone garderoby, usłyszeli głos portiera, dyskutującego po francusku z jakąś kobietą. Trudno było pomylić słodki głos mademoiselle Servais, która była wyraźnie zirytowana.

– Nie obchodzi mnie, jak ważni są ci panowie – mówiła. – Przeklęci Anglicy, zawsze oczekują, że postawią na swoim. Muszę wracać do mojej babci. Gdyby się obudziła, byłaby bardzo zagubiona…

Portier coś powiedział, ale Gregory nie rozumiał słów. Kobieta westchnęła z rezygnacją.

– No dobrze, jeśli musisz. Wiem, że potrzebujesz pieniędzy. – Głos jej stwardniał. – Ale nie oczekuj, że będę się do nich przymilać. Nie mam cierpliwości do aroganckich mężczyzn.

Aroganckich? Najwyraźniej zarozumiała aktoreczka miała manię wielkości. Cholera, nie miał czasu na takie głupoty!

Zanim portier zdążył jej odpowiedzieć, służący wprowadził ich do pokoju niewiele większego niż garderoba w londyńskim domu Gregory’ego. Było tam tak ciasno, że z aktorką i portierem ledwo się mieścili.

Portier ukłonił się Gregory’emu i wymknął się na korytarz, pozostawiając ich sam na sam z aktorką. Za późno na ucieczkę. Dziewczyna zmierzyła ich spojrzeniem bez cienia skruchy, chociaż musiała zdawać sobie sprawę z tego, że słyszeli jej obraźliwe słowa.

Nadal miała na sobie kostium sceniczny, ale teraz Fulkham dostrzegł szczegóły, których nie widział na odległej scenie, takie jak obfity biust i zaskakujący wzrost artystki. Zdecydowanie zarysowana broda dodawała jej stanowczości. Z bliska wyglądała też na dużo młodszą. Nawet ciężki makijaż sceniczny nie mógł zamaskować jędrnej skóry na jej szyi, młodych dłoni i braku zmarszczek wokół oczu i ust.

Wokół jej cudownych oczu i ust. Umalowane szkarłatne wargi dziewczyny były niespodziewanie pełne, kusiły mężczyznę, by ich próbował, dotykał językiem, ssał. Jej zachwycające, obrzeżone długimi rzęsami zielone oczy mieniły się barwami w świetle lampy. Prowokowały go. To zaś kazało mu mieć się na baczności.

Te oczy również zdawały się go oceniać, szacując jego bogactwo, charakter i zainteresowania w podobny sposób, w jaki on sam często osądzał innych ludzi. Czuł się nieswojo, będąc obserwowanym. Kim w końcu była ta dziewczyna?

– Dobry wieczór panom – odezwała się nieskazitelną angielszczyzną. – Czym mogę panom służyć?

Hart złożył jej krótki ukłon.

– Przyszliśmy, żeby wyrazić, jak bardzo podobało nam się przedstawienie.

– Naprawdę? – Zimne spojrzenie skierowała prosto na Gregory’ego. – Nie sądzę, żeby pański towarzysz przyszedł tu w tym samym celu.

Czyżby patrzył na nią wilkiem? Bardzo prawdopodobne. Ta kobieta zbijała go z tropu. Wiele lat zajęło mu nauczenie się, jak powściągać emocje, zirytowało go więc, że udało jej się wyprowadzić go z równowagi.

Zmusił się do uśmiechu i skinął głową.

– Wprost przeciwnie, uważam, że aktorstwo było całkiem sprawne.

– Co za czarujący komplement – stwierdziła cierpko, zaskakując go znajomością angielskiego słownictwa. – Postaram się, żeby nie uderzył mi do głowy.

– On chciał powiedzieć… – zaczął Hart.

– Sam się wytłumaczę. – Gregory nie zamierzał pozwolić, żeby docinała mu jakaś francuska aktoreczka. Nie miał również zamiaru, używając jej określenia, przymilać się do niej. – Niewątpliwie jest pani bardzo zdolną artystką, przynajmniej w rolach komediowych.

– Co pan ma na myśli? Cóż złego jest w komediach? – zapytała słodkim głosem. Ale jej spojrzenie było ostre jak brzytwa.

Rozdrażniło go to i sprawiło, że chciał jak najszybciej zakończyć tę rozmowę.

– Musi pani sama przyznać, że w takich rolach brakuje głębi uczuć tragicznych postaci. Łatwiej jest więc je odgrywać.

Ku jego zaskoczeniu odpowiedział mu lekki, dźwięczący śmiech, drażniąc każdy jego nerw.

– Tak pan uważa, bo sam nigdy nie stał pan na scenie.

Hart wysunął się do przodu.

– Mój przyjaciel nie zamierzał nikogo obrazić…

– Oczywiście, że nie. – Błysk w jej oczach szydził z Gregory’ego. – Po prostu zaprezentował powszechną opinię, typową dla angielskiego arystokraty, że wielka literatura zawsze powinna być très tragique.

Poruszyło go określenie „typowa”.

– Nie jest to wyłącznie opinia angielskich lordów, podziela ją wielu krytyków kultury różnego formatu.

Do diabła, zabrzmiało to kompletnie inaczej, niż chciał, arogancko, potwierdzając jej wyobrażenie o nim.

– Różnego formatu? Naprawdę? Zawsze byłam przekonana, że tego rodzaju opinie głoszą ludzie, którzy nigdy nie przeżyli żadnej tragedii, mieszkając w otoczonych fosą zamkach, chroniących ich przed biedą i przemocą.

– Przed biedą? Owszem. – Stanął mu przed oczami obraz pobitej matki. – Ale w dzisiejszych czasach nikt, bez względu na swoją pozycję społeczną, nie ucieknie przed przemocą.

– Szanowny panie – odezwała się zimnym głosem – gdyby to była prawda, ludzie pańskiego pokroju nie uważaliby tragedii za zabawną. Ale ci z nas, którzy na co dzień zmagają się z mroczną stroną życia, wolą uciec od niej jak najdalej, choćby na chwilę. Wolimy się śmiać. Ja zaś naprawdę wierzę w to, że dawanie ludziom powodu do śmiechu jest szlachetnym przedsięwzięciem, o wiele cenniejszym niż doprowadzanie ich do łez.

Co za nieznośna kobieta! Co ona w ogóle wiedziała?

– Oczywiście ma pani prawo do swojego zdania. Pragnę tylko zauważyć, że Szekspir jest bardziej ceniony za swoje tragedie niż komedie.

– Przez kogo? Lubię jego komedie. Chociaż przyznaję, że wolę farsy de Beaumarchais. Albo pisane w pańskim języku doskonałe sztuki Olivera Goldsmitha. Przychodzi mi na myśl komedia Nie waha się, by uwodzić.

Była nie tylko śliczna, ale i oczytana. Zaczynał żałować swoich wcześniejszych zjadliwych uwag, które kazały jej zachowywać ostrożność.

– To także moja ulubiona komedia Goldsmitha – wtrącił Hart, wyraźnie zdeterminowany, żeby włączyć się do rozmowy.

– Nigdy jej nie widziałem ani nawet nie czytałem – obcesowo stwierdził Gregory.

Na twarzy dziewczyny pojawiło się rozbawienie.

– Naturalnie. Ale powinien pan się z nią zapoznać. Śmiem twierdzić, że spodobałby się panu główny bohater.

– Trafiony! – roześmiał się Hart.

Brak znajomości sztuki stawiał go w niekorzystnym położeniu. Gregory nie znosił takich sytuacji.

– Ja zaś domyślam się, że podoba się pani tytuł sztuki, bo to kobieta dokonuje podboju.

– Istotnie, podoba mi się tytuł, ale przede wszystkim to, w jaki sposób bohaterka zdobywa mężczyznę, ukazując mu jego snobizm i hipokryzję.

Gregory zesztywniał.

– Ciekawa ocena z ust kobiety, która…

– Która jest zwykłą aktoreczką? – rzuciła wyzywająco.

– Która jest taka młoda. – Do diabła, swoimi wcześniejszymi niezręcznymi uwagami musiał ją rozdrażnić! – Ile ma pani lat? Dwadzieścia jeden? Dwadzieścia dwa?

Gwałtownie zamrugała oczami, więc domyślił się, że dobrze trafił. Dziewczyna próbowała zamaskować swoje zdumienie, przesłaniając twarz wachlarzem.

– Powinien pan wiedzieć, że kobieta nigdy nie zdradza swojego wieku. To osłabia jej tajemniczość.

Skrzywił się na tę uwagę.

– Tylko wtedy, kiedy jest stara i traci swój urok. Pani zdecydowanie nie mieści się w tej kategorii. Zaryzykowałbym też stwierdzenie, że kryje pani wystarczająco wiele tajemnic.

W jej oczach błysnęło rozbawienie.

– A więc pełen wyższości Anglik, jeśli się trochę wysili, potrafi być czarujący.

I w tym momencie zobaczył prawdziwą mademoiselle Servais, zalotną i pełną życia pod kolczastą powłoką, którą narzuciła wobec jego protekcjonalnych uwag. Miał ochotę częściej oglądać szczere reakcje owej damy.

Przesuwając wzrokiem po jej wspaniałych kształtach, wycedził:

– W przypadku rozmowy z panią nie jest to żaden wysiłek. Proszę mi wybaczyć, jeśli moje wcześniejsze słowa sprawiły, że odniosła pani inne wrażenie.

Na twarzy dziewczyny pojawił się rumieniec. Hart wtrącił pospiesznie:

– Trzeba powiedzieć, że mój przyjaciel spędza całe dnie, poświęcając się przygnębiającej pracy w polityce. Niewiele ma okazji, żeby doskonalić swoje umiejętności w czarowaniu kobiet.

Słysząc, że został przedstawiony jako nieudacznik w dziedzinie flirtu, Gregory zjeżył się, zwłaszcza gdy Francuzka dodała lekkim tonem:

– Na dodatek ma pewnie niewielkie ku temu chęci. Wierzy, że jego pozycja w towarzystwie i bogactwo wystarczająco oczarują panie.

Gregory wbił w nią wzrok.

– Nigdy nie byłbym taki głupi. Wartościowe kobiety nie połaszczą się na tego rodzaju przynęty.

Zmierzyła go wzrokiem.

– No cóż, podejrzewam, że w swoich kręgach spotyka pan niewiele takich kobiet, czyż nie, monsieur?

– Z pewnością rzadko spotykam je w teatrze.

Te słowa miały być komplementem pod jej adresem, sugestią, że jest wyjątkiem od reguły.

Jednak jego ton musiał sugerować coś innego, bo aktorka pobladła, po czym wyniośle skinęła im obu głową.

– W takim razie wybaczą mi panowie, że się teraz oddalę. Już dawno powinnam być w domu.

Niech to diabli porwą! Co takiego było w tej dziewczynie, że tak niezręcznie się wypowiadał?

– Jestem pewien, że jego lordowska mość nie miał na myśli… – zaczął mówić Hart.

– Wiem, co miał na myśli – przerwała. – Mam więcej doświadczenia z ludźmi jego pokroju, niż mu się wydaje.

W tym miejscu powinien przeprosić, wyjaśnić, co chciał powiedzieć. Ale prędzej gotów był sczeznąć, niż zdobywać łaski jakiejś francuskiej aktoreczki, która uważała go za godnego pogardy. Na miły Bóg, przecież był cholernym podsekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych! Przed nikim nie będzie się płaszczył.

Hart wpatrywał się w niego, ale Gregory zignorował jego spojrzenie.

– No cóż, mademoiselle, może więc powinniśmy się spotkać, gdy będzie pani swobodniejsza.

Zielone oczy dziewczyny rozbłysły.

– Och, nie sądzę, żebym kiedykolwiek miała dość czasu dla pana, milordzie.

Gregory cały zesztywniał. Tymczasem dziewczyna odwróciła się i posłała w stronę Harta uroczy uśmiech.

– Natomiast pana czarujący towarzysz będzie zawsze mile widziany.

Hart uśmiechnął się w odpowiedzi, ale zerknął nerwowo na Gregory’ego. Baron poczuł, że mięśnie brzucha napinają mu się w nieznanym uczuciu. Zazdrość? Nie, to niemożliwe. Przecież zaledwie poznał tę kobietę. Co go obchodziło, że Hart zainkasował jej uśmiech? Rozgrywała ich obu przeciwko sobie, i tyle.

Chociaż Gregory dobrze znał tę grę, nigdy jeszcze nie zdarzyło się, by przegrał.

– Dobrze. Może więc zostać i zabawiać panią z właściwym sobie wdziękiem.

Odwrócił się na pięcie i opuścił garderobę, wściekły na aktorkę i na siebie. Doprowadziła do tego, że stracił kontrolę, a przecież nigdy do tego nie dopuszczał. Ale ta przeklęta dziewczyna utarła mu nosa! Nikt jeszcze nie ośmielił się tego zrobić.

Usłyszał za sobą kroki.

– Świetnie poszło – burknął Hart.

Gregory powstrzymał się przed złośliwym komentarzem. I tak już za bardzo się odsłonił przed mademoiselle Servais w obecności Harta, więc nie zamierzał przelewać czary goryczy.

Znudzonym głosem odpowiedział:

– To ty chciałeś umizgiwać się do aktorki. Powinieneś był zostać.

– Wcale mnie nie chciała. – Głos Harta nabrał ostrzejszego brzmienia. – Kompletnie mnie ignorowała, chyba że próbowała cię sprowokować. Tylko ty ją interesowałeś.

Czy Hart oszalał?

– Jeśli była mną zainteresowana, to wyłącznie po to, żeby poćwiczyć na mnie swój język, ostry niczym brzytwa. Nic ponadto.

– Moim zdaniem to wcale tak nie wyglądało.

Gregory nie miał nastroju na dyskusję.

– Podejrzewam, że oblałem test – dodał Hart.

Jaki test? Gregory niemal zadał to pytanie na głos, ale w ostatniej chwili przypomniał sobie, co Hart miał na myśli.

– Nie bądź śmieszny. – Nie zamierzał zdradzać, jak dziewczyna zalazła mu za skórę. – Marne próby jakiejś aktoreczki, żeby mnie obrazić, nie mają nic wspólnego z tym, czy mogę cię wykorzystać jako swojego informatora. Jeśli więc natkniesz się na coś, co mogłoby mnie ewentualnie zainteresować, daj mi znać.

Była to dość mglista obietnica współpracy. No bo jakie informacje Hart mógłby zdobyć na James Island?

– Och! Świetnie! Dziękuję – jowialnie odpowiedział Hart. – Miło z twojej strony.

Razem wyszli z teatru.

Hart odchrząknął.

– Jest jeszcze wcześnie. Masz ochotę…

– Przykro mi, staruszku, ale jak już mówiłem, mam do napisania raporty. Miłej podróży.

Zostawił kompana na środku ulicy. Nie obchodziło go to. Chociaż lubił Harta, miał dość towarzystwa jak na jeden wieczór. Czekała go praca.

Czemu więc, gdy wchodził do gospody, nadal się w nim gotowało na wspomnienie słów aktorki? Była zuchwała jak wszystkie Francuzki wobec angielskich dżentelmenów. Nie powinno go to irytować, a jednak…

Bo była nadzwyczaj błyskotliwa. I spostrzegawcza. Inteligentna. Uwielbiał u kobiet wszystkie te cechy. I nie był przyzwyczajony do tego, żeby taka kobieta nie zauważała podobnych cech u niego.

Ale była jedna chwila, kiedy zaczerwieniła się, on zaś pomyślał, że być może…

O Boże, przecież nic go to nie obchodziło! Te wszystkie myśli były po prostu bezsensowne.

Wdrapywał się po schodach na górę, tak zatopiony w rozważaniach, że w pierwszej chwili nie dotarło do niego wołanie gospodarza. Kiedy je w końcu usłyszał, odwrócił się do oberżysty i rzucił po francusku:

– O co chodzi?

Mężczyzna pobladł. Drżącą dłonią podał baronowi małą kopertę.

– Milordzie, właśnie przyszedł ten list do pana. Proszono, żebym doręczył go panu do rąk własnych.

Gregory zauważył pieczęć, należącą do jednego z jego informatorów w Gibraltarze, i mruknął:

– Najwyższa pora.

Wreszcie jakieś wiadomości od kogoś powiązanego z misją Johna. Oczywiście wolałby, żeby pochodziły od jego brata, ale…

To dało mu do myślenia. Dlaczego list nie został wysłany przez Johna? Pospiesznie otworzył kopertę, przebiegł wzrokiem tekst i poczuł, że coś przewraca mu się w żołądku.

Milordzie, zostaliśmy zdemaskowani. Miał pan rację, zalecając ostrożność, ale i ona nie na wiele się zdała. Z przykrością muszę pana poinformować o śmierci pańskiego brata. Postanowił…

Dalej następował opis tego, co się nie udało, ale litery zaczęły mu pływać przed oczami. Kolana ugięły się pod nim i ciężko usiadł na schodach.

Jego brat nie żył? Niemożliwe. Jak to się mogło stać? To wykluczone.

Ale to musiała być prawda. Nie było powodu, żeby informator kłamał.

Gregory wpatrywał się niewidzącym spojrzeniem w izbę za plecami karczmarza, pełną popijających, bawiących się ludzi. I pomyśleć, że jeszcze kilka godzin temu on też…

Żal ścisnął go za gardło, a do oczu napłynęły trudne do powstrzymania łzy. Jak da radę żyć bez Johna? A mama?

O Boże, mama… To ją zniszczy.

– John, ty głupcze – wysyczał.

Pomimo jego ostrzeżeń chłopak poszedł i dał się zabić. I to wszystko było winą Gregory’ego. To on wykorzystał pomoc Johna, nie powstrzymał go. To on nie potrafił zastąpić mu ojca, gdy ich własny tata odszedł.

Gregory zesztywniał. Nie odszedł. Został zamordowany. Nigdy nie powinien o tym zapominać, bo inaczej naprawdę straci duszę. A przynajmniej tę jej część, gdzie drzemały jeszcze resztki sumienia.

Co powiedziała tamta aktorka?

Zawsze byłam przekonana, że tego rodzaju opinie głoszą ludzie, którzy nigdy nie przeżyli żadnej tragedii, mieszkając w otoczonych fosą zamkach, chroniących ich przed biedą i przemocą.

Ogarnął go gniew, mieszający się ze smutkiem, poczuciem winy i bólem. Niech ją diabli porwą! Nie miała pojęcia, o czym mówiła. Otoczone fosami zamki mogą ukrywać wstyd i ból, brak serca i cierpienie, krew i śmierć.

Zwłaszcza śmierć. A teraz John nie żył. Nie żył. Gregory musiał się z tym uporać, bo inaczej nie będzie mógł dalej żyć.

Pozwolił więc, żeby ogarnęła go rozpacz, pozwolił sobie zanurzyć się w tym szaleństwie, usuwając z pamięci wszelkie myśli o mademoiselle Servais.

Rozdział pierwszy

Dieppe, Francja, październik 1830 roku

Monique Servais siedziała sama w garderobie, poprawiając makijaż w przerwie pomiędzy aktami sztuki. Teatr w Dieppe znów wystawiał Wesele Figara, ale tym razem grała nie Suzanne, lecz hrabinę.

Skrzywiła się. Nic dziwnego, że otrzymała rolę dojrzalszej kobiety. Teraz, gdy osiągnęła zaawansowany wiek dwudziestu czterech lat, partię naiwnej Suzanne dostała jakaś młodziutka debiutantka.

No, nie była to do końca prawda. To raczej niezdrowy wygląd i częste zapominanie tekstu spowodowały, że dostała pośledniejszą rolę. Ostatnio niewiele sypiała, jej babcia Solange zaczęła bowiem wychodzić z domu o dowolnej porze dnia i nocy.

Dobrze się więc złożyło, że Monique mierzyła się z łatwiejszą partią. Niedługo jednak będzie zmuszona wynająć służącą, żeby pilnowała babci także w nocy. I jak miała za to zapłacić? Przecież teatr nie da jej teraz więcej pieniędzy.

Rozległo się pukanie do drzwi i w drzwiach ukazała się głowa pana Duvala.

– Pewien dżentelmen chciałby się spotkać po spektaklu.

– Jeszcze jeden? – Z lekceważeniem machnęła ręką. – Wiesz, że tego nie robię.

– Moja droga, wydaje mi się, że z tym dżentelmenem chciałabyś porozmawiać. Twierdzi…

– Nie obchodzi mnie, co mówi ani ile ci płaci. – Obróciła się na krześle w kierunku pana Duvala. – Dobrze wiesz, że nie mogę zostać w teatrze po przedstawieniu. Z babcią jest coraz gorzej. A poza tym nie znoszę tych wszystkich obleśnych wielbicieli. Pamiętasz tego kupca, który sądził, że kiedy podaruje mi futro, natychmiast zostanę jego kochanką? I tego okropnego Holendra, który chciał lizać mi palce u stóp?

Do tej pory unikała znalezienia sobie protektora. Ale jeśli stan babci nadal będzie się pogarszał, być może nie będzie miała wyboru.

– A jeszcze ten piekarz, który śmierdział rybami. Sam przyznałeś, że nie był wart pieniędzy, które ci zapłacił za spotkanie ze mną.

– Nie zapominajmy też o tamtym brytyjskim arystokracie, który tak cię zirytował.

Gregory Vyse, baron Fulkham. Nawet po upływie trzech lat pamiętała, jak się nazywał. I jego francuski z lekkim akcentem, i to, że po jego wejściu do garderoby pomieszczenie zdawało się kurczyć. No i te jego oczy, tak intensywnie niebieskie, i przystojną twarz, i szopę falujących włosów, czarnych jak bezgwiezdne niebo nocą.

Niech go diabli wezmą!

Monique odwróciła się do lustra i przystąpiła do malowania twarzy.

– Brytyjski arystokrata? – odezwała się z wymuszoną nonszalancją. – Nie przypominam sobie nikogo takiego.

Pan Duval się roześmiał.

– Wściekasz się na niego za każdym razem, gdy ktoś wspomni o przewagach tragedii nad komedią.

– Był arogancki, a jego opinie nie do zniesienia – prychnęła. – Oczywiście, że się na to wściekam.

– A więc go pamiętasz – chytrze zauważył pan Duval.

Wbiła wzrok w jego odbicie w lustrze.

– Pamiętam, że zmusiłeś mnie do spotkania z nim i że tego żałowałam. Tak jak niewątpliwie będę żałować spotkania, do którego mnie teraz nakłaniasz.

– Ten człowiek jest inny.

– Zawsze tak twierdzisz – mruknęła.

– Pochodzi z Chanay.

Zamarła z uniesionym w ręce pędzelkiem do pudru. Jej babcia też pochodziła z Chanay w Belgii.

– Jak się nazywa?

– Książę de Beaumonde. Utrzymuje, że jest twoim ciotecznym dziadkiem, szwagrem twojej babki.

Znała to nazwisko. Babcia wielokrotnie z sentymentem wspominała księcia.

Ręka Monique zaczęła drżeć tak bardzo, że dziewczyna upuściła pędzelek.

– Jest tutaj? W teatrze?

– Tak.

– Kto z nim jest?

– Tylko służący. Książę powiedział, że przyjechał dzisiaj z Calais, żeby porozmawiać z tobą i twoją babcią.

Trudno jej było w to uwierzyć. Po tych wszystkich latach, które jej babka spędziła na wygnaniu, odtrącona przez swoją rodzinę, jeden z jej krewnych w końcu przyjechał ją odwiedzić. Do tej pory nikt z gałęzi rodu z Chanay nie zadał sobie takiego trudu.

Co miała o tym myśleć? Cóż to mogło oznaczać?

– Czy powiedział, dlaczego przyjechał?

– Nie. Stwierdził tylko, że sprawa jest niezwykle ważna. Czy mam mu oznajmić, że możesz się z nim zobaczyć?

Musiała się zgodzić. W ostatnim czasie babcia nie mówiła o niczym innym, tylko o swoim dzieciństwie w Chanay. Książę mógłby poprawić jej nastrój. A poza tym Monique była ciekawa jednego ze swoich krewnych, których babcia zdawała się darzyć tak ciepłymi uczuciami.

– Umów mnie – rzuciła – ale nie tutaj. U nas w mieszkaniu. Powiedz mu, żeby przyszedł o jedenastej.

Da jej to godzinę po zakończeniu spektaklu na przebranie się, wystrojenie babci i przygotowanie jej na spotkanie z dawno niewidzianym powinowatym. Obie muszą wywrzeć na nim jak najlepsze wrażenie. Monique nie miała pojęcia, dlaczego książę znalazł się w Dieppe i czego chciał, ale nie zamierzała dopuścić do tego, żeby zobaczył ją wyglądającą jak wymalowana ulicznica w tej zagraconej garderobie. I żeby współczuł babci, że ma taką wnuczkę.

W końcu spotkanie z członkiem królewskiego rodu z Chanay nie zdarzało się codziennie.

* * *

Nie mogąc usiedzieć, Monique przemierzała niewielki salonik w ich wygodnym mieszkaniu, babcia tymczasem siedziała na sofie, zajęta haftem. Gdy starszą panią zaczął zawodzić rozum, powróciła do dawnych zajęć, znanych jej od dzieciństwa – do wyszywania torebek, do wygłaszania iście królewskich przemów. Oczekiwała też luksusów, których Monique nie mogła jej zapewnić.

– Kim jest nasz dzisiejszy gość? – zapytała babcia.

Monique już dwukrotnie odpowiadała na to pytanie, więc rzuciła lekko zniecierpliwiona:

– Twój szwagier, książę de Beaumonde. Pamiętasz go.

Babcia rozpromieniła się, tak samo jak dwa razy wcześniej.

– O tak! Cudowny człowiek. Jak miło z jego strony, że składa nam wizytę. Z radością go zobaczę. – Podniosła się. – Czy mam kazać podawać wino?

Monique pospieszyła w jej kierunku.

– Nie ma potrzeby.

Zwłaszcza że ich ostatnia służąca opuściła je dawno temu. Ruchem ręki wskazała butelkę czerwonego burgunda, stojącą na stoliku wraz z trzema kieliszkami i talerzykiem z małymi pączkami.

– Jesteśmy gotowe na jego przybycie.

– To bardzo dobrze. Musimy go przyjąć jak najlepiej.

Rozległo się pukanie do drzwi.

Monique wytarła w spódnicę spocone dłonie, wyprostowała się i spokojnie podeszła do wejścia.

Za progiem stał siwowłosy mężczyzna, wyglądający jeszcze starzej niż jej sześćdziesięciopięcioletnia babcia. Atrakcyjny w mroczny sposób, ubrany w kosztowny płaszcz z czarnej satyny, czarny frak, krawat w kolorze kości słoniowej i kamizelkę w drobny wzorek, był wyobrażeniem dyskretnej elegancji. Nie wiedzieć czemu przypominał kobiecie jej zmarłego dziadka, mimo że panowie nie byli ze sobą spokrewnieni.

Stojący za księciem służący też nie był najmłodszy, ale łagodny uśmiech na jego obliczu sugerował, że cieszy się ze swojej tu obecności.

W przeciwieństwie do księcia, który ukłonił jej się bardzo oficjalnie.

– Rozumiem, że mam do czynienia z panną Servais?

Monique dygnęła i odpowiedziała:

– Dobry wieczór panu. – Nie miała zamiaru okazywać mu przesadnego szacunku. Przecież cała rodzina przez dziesięciolecia ignorowała ją i jej babcię.

– Ma pan rację, milordzie – mruknął mu do ucha służący. – Spokojnie mogłaby być siostrą księżniczki.

Miała ochotę zapytać, o jaką księżniczkę chodzi, ale zanim zdążyła otworzyć usta, babcia wstała, niepewnie przyglądając się księciu.

– Kim jest ten starzec, Monique? – zapytała z rosnącą w ostatnim czasie bezceremonialnością.

Dziewczyna zignorowała wzdrygnięcie gościa i powiedziała:

– To jest książę de Beaumonde, mąż twojej najstarszej siostry.

– To niemożliwe. – Babcia podeszła bliżej, żeby mu się lepiej przyjrzeć. – Jest o wiele za stary.

Książę prychnął i wykrzywił się do Monique.

– Nie powiedziałaś jej, że dziś wieczorem złożę wam wizytę?

– Powiedziałam – cicho stwierdziła Monique. – Ale ona nic nie pamięta. W jej myślach jest pan równie młody jak wówczas, gdy widziała pana po raz ostatni.

Gdy pojął znaczenie jej słów, twarz mu złagodniała.

– Aha…

Wszedł głębiej do pokoju i zbliżył się do babci.

– Księżniczko Solange, bardzo mi miło znów cię widzieć. Doskonale wyglądasz.

Babcia się rozpromieniła.

– Och, książę, zawsze był z pana taki pochlebca.

Ta krótka chwila, w której babcia odzyskała pamięć, sprawiła, że Monique poczuła wdzięczność dla starszego kuzyna. Dopóki nie przypomniała sobie, że i on, i jego rodzina pozbyli się babci z Chanay za to, że bez zgody swojego ojca uciekła ze zwykłym aktorem.

Monique stłumiła gniew. Babcia nigdy nie miała o to do nikogo żalu. Zawsze powtarzała, że sama dokonała wyboru, w pełni zdając sobie sprawę z konsekwencji i akceptując je. I że gdyby musiała ponownie wybierać, postąpiłaby tak samo.

Wzruszenie ścisnęło Monique za gardło. Jej dziadkowie bardzo się kochali. Ale babcia przez całe życie płaciła za swój wybór. Na jej przykładzie Monique nauczyła się, żeby nigdy nie stawiać romantycznej miłości ponad rodzinę.

Służący wszedł do pokoju za swoim panem.

– Czy pamięta mnie pani, księżniczko? – odezwał się do Solange z nadzieją w głosie. – Zwykła mnie pani nazywać Chanceux, ze względu na moje szczęście w kartach. Dzieliliśmy wiele miłych chwil, kiedy była pani małą dziewczynką.

Puste spojrzenie babci świadczyło o tym, że krótki moment przytomności umysłu minął.

– Ja… ja… tak, oczywiście, Chanceux. – Gwałtownie odwróciła się w stronę Monique. – Jestem bardzo zmęczona. Pora jest już dość późna jak na gości, prawda?

– Tak, babciu. – Monique poczuła jeszcze większy ucisk w gardle. Dawna Solange nie posiadałaby się z radości, podejmując po tylu latach członka swojej monarszej rodziny i jego służącego. Dzisiejsza Solange nie zdawała sobie do końca sprawy nawet z tego, kim byli jej goście. – Czy chcesz się teraz udać na spoczynek?

– Tak. – Babcia posłała obu mężczyznom niepewny uśmiech. – Wybaczcie mi, panowie, ale widzicie sami, że nie jestem już taka młoda.

Na twarzy księcia pojawił się wyraz żalu.

– Oczywiście. Musisz odpocząć. Śpij dobrze, moja piękna milady.

Solange się rozpromieniła.

– Dziękuję. Na pewno będę doskonale spała.

Gdy babcia wyszła do przedpokoju, Monique targały sprzeczne uczucia: chciała iść za babką, a jednocześnie pozostać ze swoimi gośćmi. Jednak babcia sama radziła sobie jeszcze z przygotowaniami do spania, więc wnuczka postanowiła nie pozbawiać jej tych resztek godności.

Gdy tylko starsza pani znikła za drzwiami, książę odezwał się poważnym głosem:

– Od jak dawna jest w takim stanie?

Monique westchnęła.

– Od jakichś pięciu lat. To dlatego przestałyśmy jeździć z dawną trupą teatralną dziadka. Ale w ciągu ostatniego roku bardzo jej się pogorszyło.

Książę pokręcił głową.

– Przykro jest oglądać taką wspaniałą kobietę w tak żałosnym stanie.

Dziewczyna zjeżyła się. Jak śmiał?!

– Pana troska jest nieco spóźniona, milordzie. Gdzie pan był, gdy jej ojciec odsunął ją od rodziny tylko dlatego, że chciała wyjść za mąż z miłości? Albo kiedy urodziła się moja matka i doktor powiedział, że babcia nie może mieć więcej dzieci? Gdzie pan był, kiedy mój ojciec porzucił moją mamę, w ciąży ze mną, tuż po wymuszonym małżeństwie? I kiedy mój dziadek i mama zapili się na śmierć, skazując mnie i babcię na samotność?

Zmierzyła go wyniosłym spojrzeniem.

– Moja babcia jest wspaniałą kobietą. Należało jej się więcej od Rochefortów.

Książę sprawiał wrażenie zaskoczonego jej gorzkimi słowami. Ją samą też zdumiały. Nigdy nie brakowało jej kontaktu z królewskimi krewnymi. Babcia jednak potrzebowała tych relacji. Może nie do tego stopnia, żeby zostawić ukochanego mężczyznę, ale…

– Dlaczego pan tu przybył? Czego pan od nas chce? – zażądała wyjaśnień.

Zebrał się w sobie, tak jak robiła to babcia, gdy musiała stawić czoło skrajnej bezczelności. Zwykle ze strony Monique.

– Przyjechałem prosić o przysługę.

– Ma pan czelność…

– Wynagrodzę ci to sowicie. I twojej babce.

Ta informacja kazała Monique się zatrzymać. Wsparcie finansowe bardzo by im się przydało. Zatrudniłaby wówczas pomoc, która przez całą dobę pilnowałaby babci. Mogłaby intensywniej pracować, dzięki czemu zaoszczędziłaby więcej pieniędzy, które zapewniłyby Solange komfort w ostatnich dniach jej życia.

Były zdane na siebie, od kiedy Monique skończyła jedenaście lat. Gdyby nie babcia, kto wie, co by się z nią stało? Monique zawdzięczała jej wszystko. Jeśli więc teraz mogła odwdzięczyć się choćby w niewielkim stopniu…

Kobieta powściągnęła swoją dumę.

– O jaką przysługę chodzi?

Książę wymienił spojrzenia ze służącym.

– Pozwolisz, że usiądziemy.

– Oczywiście. – Gestem dłoni wskazała sofę i wino, stojące przed nią na stoliku. – Proszę mi wybaczyć. Nie nawykłam do gości o królewskim rodowodzie.

Gdy jej cioteczny dziadek siadał na kanapie, służący powiedział:

– Z wyjątkiem twojej babki. Nadal jest księżniczką.

– Doprawdy. Trudno by się było tego domyślić, patrząc na to, jak potraktowała ją rodzina. – Na widok grymasu na twarzy księcia dodała pospiesznie: – Ponadto nie uważa się za członka pańskiej familii. – Monique usiadła na krześle i przystąpiła do nalewania wina. – To życie jest już za nią.

Prawda była nieco inna. Ostatnimi czasy pamięć płatała Solange różne figle. Czasami wyglądało to tak, jakby ostatnie kilkadziesiąt lat w ogóle się nie wydarzyło i nadal była dziewczynką, bawiącą się w ogrodach pałacu w Chanay.

– Nie musi tak być.

Książę wziął od niej kieliszek.

Monique spojrzała na niego, mrużąc oczy.

– Co ma pan na myśli?

– Jeśli wyświadczysz nam tę przysługę, możemy ją zabrać do pałacu, dbać o nią i zapewnić jej wszelkie wygody do końca jej dni. – Widząc, że Monique się zjeżyła, dorzucił szybko: – Oczywiście pojedziesz do Chanay razem z nią. Rodzina powita cię z radością. Jesteś przecież wnuczką księżniczki Solange i bliską kuzynką panującej w Chanay księżniczki Aurory.

Monique z trudem mogła oddychać. Jej świat miałby zniknąć. Babcia znajdzie opiekę. A kiedy odejdzie, Monique będzie miała jakąś rodzinę.

Rodzinę, która do tej pory wcale się nią nie interesowała.

Odwróciła wzrok.

– Rozumiem, że musiałabym zrezygnować ze sceny. – Jej dom, jedyne miejsce, gdzie czuła się naprawdę dobrze.

Spojrzenie księcia stwardniało.

– Naturalnie. Członek królewskiego rodu nie może parać się aktorstwem.

Oznaczałoby to pożegnanie się z dawnym życiem, wymazanym jednym ruchem ręki przez monarszą rodzinę z Chanay. Jakby nigdy się nie zdarzyło. Była to ogromna cena do zapłacenia. Uwielbiała grać; to było jedyne, co potrafiła.

Jednak z drugiej strony, stan babci pogarszał się z każdym dniem.

– Wybacz mi, moja droga – dodał książę – ale chyba sama rozumiesz, że życie na łonie królewskiej rodziny jest zdecydowanie korzystniejsze od życia na scenie, zarówno dla ciebie, jak i dla twojej babci. Przyznaję, że jesteś doskonałą aktorką, i to jest jeden z powodów, dla którego zwróciliśmy się do ciebie, ale…

– No tak, czego więc wasza książęca mość ode mnie oczekuje, co zamaże te wszystkie lata, kiedy nie chcieliście mieć z nami nic wspólnego?

Westchnął, upił nieco wina, po czym odstawił kieliszek.

– Chcemy, żebyś zagrała najlepszą rolę w swoim życiu. Rolę Aurory, córki mojego bratanka, panującej księżniczki Chanay.

* * *

Dwa dni później książę wprowadził Monique do luksusowego apartamentu hotelu w Calais. Zostawił swojego służącego Chanceux w Dieppe, żeby opiekował się babką dziewczyny. Monique była zdenerwowana, pierwszy raz w życiu bowiem znalazła się tak daleko od kobiety, która ją wychowała. Ale jeszcze bardziej denerwowała się perspektywą spotkania ze swoją kuzynką Aurorą.

Zupełnie niepotrzebnie. Książę nie kłamał, opisując jej sytuację. Księżniczka leżała nieprzytomna w ogromnym łożu, otoczona przez trzy kobiety, które się nią opiekowały.

Ale nawet pomimo rozpalonych od gorączki policzków i zamkniętych oczu młodej kobiety Monique miała wrażenie, że patrzy na swoją siostrę bliźniaczkę. Aurora miała jasną cerę, pełne wargi i taki sam paskudny garbek na nosie jak ona. Jej brązowe włosy tworzyły identyczną niesforną masę. Pewnie można je było okiełznać, jedynie zbierając je w wysoko upięty kok, który groził rozpadnięciem się przy każdym ruchu.

Miały różne podbródki. Monique miała przeklętą wydatną brodę, tymczasem broda księżniczki była mała i delikatnie zarysowana. Policzki Aurory również były odrobinę pełniejsze, a jej szyja – masywniejsza. Jednak choroba mogła szybko wszystko wysmuklić – pytanie tylko, jak długo potrwa.

– Księżniczka jest w takim stanie od wielu dni – wyjaśnił książę. – Boimy się ją stąd ruszyć. Ale wczoraj miała się pojawić na konferencji, a delegaci nie mogą dłużej czekać. Musimy albo ją zaprezentować, albo wycofać jej kandydaturę na władczynię Belgii.

Monique skinęła głową. Książę już wcześniej wyjaśnił jej całą sytuację, nadal jednak wszystko wydawało jej się dość skomplikowane. Polityka. Chodziło o polityczne roszady związane ze świeżo osiągniętą niepodległością Belgii.

Belgia oderwała się od Królestwa Zjednoczonych Niderlandów, żądając własnej państwowości. Pomimo protestów Holendrów inne mocarstwa, którym podobała się koncepcja państwa buforowego pomiędzy potężną Francją i równie wpływową Holandią, popierały tę koncepcję. Pozostawało jedynie ustalić warunki porozumienia i wybrać władcę nowego kraju.

I to był drażliwy punkt. Księżniczka Aurora uchodziła za faworytkę. Po pierwsze, Chanay leżało w samym środku Belgii, a korzenie tamtejszego królewskiego rodu sięgały całe wieki wstecz. Po drugie, każdy inny kandydat zachwiałby równowagą sił w Europie.

Francuzi chcieli osadzić na belgijskim tronie jednego ze swoich książąt. Anglicy zaproponowali księcia Leopolda z Hanoweru, ze względu na jego neutralność i związki z angielską rodziną królewską. Ta kandydatura nie zyskała jednak przychylności Francji. Tak więc księżniczka Aurora była najlepszym wyborem dla wszystkich.

Dlatego właśnie książę chciał, żeby Monique udawała księżniczkę. Jej wysokość miała pozostać w ukryciu w Calais, otoczona opieką zaufanej służby i swojej matki. W tym czasie Monique miała się pokazać w Londynie, żeby uspokoić obawy delegatów i przekonać ich, że Aurora jest godna belgijskiej korony.

– Zastąpisz ją? – zapytał książę. – Jak widzisz, jej stan nie pozwala na to, żeby podołała swoim obowiązkom.

Chcąc zyskać na czasie, Monique zadała pytanie:

– Co jej dolega?

Śliczna, mniej więcej trzydziestoletnia kobieta oderwała się od łóżka. Na jej twarzy malowała się troska.

– Nie jesteśmy pewni. Zachorowała wkrótce po przybyciu do Calais, kiedy szykowaliśmy się do popłynięcia do Anglii. Obawiamy się, że to może być cholera, chociaż poza nią chyba nikt w hotelu nie zachorował. Medyk dwa razy upuścił jej krwi, ale bez efektów.

Książę się rozzłościł.

– Puszczaliście jej krew wbrew moim instrukcjom? W jej stanie to głupota.

Starsza kobieta wstała od łóżka i zgromiła go wzrokiem.

– Nie wiń lady Ursuli. To ja wydałam jej rozkazy. Nie zamierzam ryzykować życia mojej córki tylko dlatego, że masz idiotyczne wyobrażenia o medykach.

Prywatnie Monique zgadzała się z księciem. Cholera sama w sobie była wystarczająco poważną chorobą, a mogła się okazać śmiertelna w przypadku księżniczki osłabionej staromodnym upuszczaniem krwi. Nic dziwnego, że kuzynka Aurora wyglądała tak blado.

Książę zacisnął wargi. Odwrócił się do Monique, patrząc na nią zapadłymi oczami.

– Jak widzisz, potrzebujemy cię. Upłynie jeszcze sporo czasu, zanim księżniczka wydobrzeje na tyle, żeby się pokazać publicznie.

Jeśli w ogóle wyzdrowieje, pomyślała Monique, ale się nie odezwała. I bez tego wszyscy wydawali się zaniepokojeni stanem księżniczki Aurory.

– Przyznaję, że z wyglądu jesteśmy do siebie podobne, ale na pewno ludzie, których wcześniej poznała…

– Nikt, poza dworzanami w Chanay, nie widział jej wcześniej. A już z pewnością nikt z uczestników londyńskiej konferencji. Księżniczka nigdy wiele nie podróżowała, wolała spędzać czas w domu. A jej jedyną istniejącą podobizną jest portret, który widziało niewiele osób. Zresztą tak niewiele was różni…

– Owszem, ale wygląd to nie wszystko – zauważyła Monique. – Księżniczka ma za sobą wieloletnie przygotowanie i edukację w królewskiej rodzinie. Ja zaś wiem tylko to, czego nauczyła mnie babcia, oraz czego dowiedziałam się podczas pracy w teatrze.

Słysząc te słowa, matka księżniczki prychnęła, po czym przeprosiła i oddaliła się pospiesznie. Wyraźnie nie aprobowała planów księcia.

Książę odprowadził kobietę wrogim spojrzeniem i ponownie skoncentrował się na Monique.

– Nie będziesz musiała zbyt często pokazywać się publicznie i zawsze w takich momentach będzie ci towarzyszył ktoś, kto przypilnuje, żebyś zachowywała się w odpowiedni sposób. Podróż prywatnym statkiem przez kanał zajmie nam kilka dni, w czasie których lady Ursula, dama dworu Aurory, będzie mogła poinstruować cię…

– Ja? – zawołała wyraźnie zdenerwowana lady Ursula. – Ależ miałam nadzieję, że zostanę tutaj z księżniczką.

Książę zmierzył ją spojrzeniem niebieskich oczu.

– Jesteś potrzebna gdzie indziej. Z Aurorą pozostaną jej matka i służące. Na szczęście Anglicy zapewnili nam w Londynie rezydencję ze służbą, ty jednak musisz z nami pojechać, moja droga.

Wargi lady Ursuli zaczęły drżeć, ale dygnęła tylko i powiedziała:

– Jak pan sobie życzy, milordzie.

Książę odprawił ją ruchem głowy, po czym uśmiechnął się ciepło do Monique.

– Razem z lady Ursulą zaznajomimy cię z najważniejszymi zasadami dobrego wychowania, ale delegaci pewnie i tak się nie przejmą, jeśli popełnisz jakiś błąd. Uznają, że jest on efektem twojego długoletniego pobytu w Chanay, z dala od wielkiego świata.

– A jeśli zwrócą uwagę na moje potknięcia? Jeśli pomylę się i zrujnuję jej szansę na objęcie tronu? Albo jeszcze gorzej, przypadkiem zdekonspiruję wasz plan?

– Po pierwsze, Aurora nie zasiądzie na tronie, jeśli nasz plan się nie powiedzie. A jeśli coś się nie uda, po prostu oświadczymy, że jesteś chora, przewieziemy cię z powrotem na kontynent i zabierzemy Aurorę z Calais do domu.

– Ją. Ale nie mnie. I nie babcię. – Mocno zacisnęła pięści, wbijając paznokcie w dłonie.

Uśmiech księcia pozbawiony był ciepła.

– Wybacz, moja droga, ale nasza umowa zależy od tego, czy ci się powiedzie. Jeśli ci się nie uda, sprawy wrócą do poprzedniego stanu. – Widząc, że pod wpływem jego szorstkich słów dziewczyna gwałtownie wciągnęła powietrze, złagodził wyraz twarzy. – Ale na pewno wszystko pójdzie dobrze. Jesteś doskonałą aktorką, przyzwyczajoną do wcielania się w rozmaite postaci. Nigdy wcześniej nie grałaś roli królowej?

– Owszem, ale wtedy musiałam jedynie odgrywać to, co ktoś zapisał w scenariuszu. A jeśli popełnię jakąś gafę? Użyję niewłaściwego słowa albo coś takiego?

– Nie wydaje mi się to możliwe. Doskonale władasz angielskim. Prawdę mówiąc, mówisz po angielsku lepiej niż księżniczka, co jest dla nas dodatkową korzyścią.

– Dziadek był w połowie Anglikiem – przypomniała mu Monique. – Dopilnował, żebym biegle mówiła po angielsku. Chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że mam obcy akcent.

– Delegaci powinni się tego spodziewać.

– Ale nie znajomością angielskiego się martwię. Jest tyle zasad właściwego zachowania i…

– Nauczymy cię tego wszystkiego. I obiecuję, że w każdej chwili ktoś z nas będzie przy tobie, kierując cię na właściwy trop i maskując ewentualne błędy.

Nie brzmiało to zbyt zachęcająco.

Przyszło jej do głowy coś jeszcze.

– Nie martwi was, że może mnie rozpoznać ktoś, kto widział mnie wcześniej na scenie w Dieppe?

Mężczyzna zbył jej obawy machnięciem upierścienionej dłoni.

– W teatrze nosiłaś perukę, kostiumy, miałaś sceniczny makijaż. Nikt cię nie pozna. Gdyby moi szpiedzy nie donieśli mi wcześniej o twoim podobieństwie do Aurory, sam bym tego nie dostrzegł, widząc cię na scenie.

Gwałtownie zamrugała oczami.

– Szpiedzy?

Zmroził ją dźwięk jego zimnego śmiechu.

– Daj spokój, dziewczyno, czy naprawdę myślałaś, że nasza rodzina kompletnie zapomniała o twojej gałęzi rodu? Zapewniam cię, że nie zapomnieliśmy. Nigdy nie wiadomo, kiedy następca tronu może zginąć, pozostawiając dziedzictwo dalekiemu krewnemu. Jako najstarszy członek rodu zawsze uważałem, że śledzenie waszego losu jest ważne. Dzięki temu mogłem się z tobą tak szybko skontaktować, kiedy księżniczka Aurora zachorowała. Od zawsze wiedziałem, co się z wami dzieje.

Bo miał swoich szpiegów. Wzdrygnęła się. Przez cały ten czas była otoczona przez ludzi, którzy ją śledzili.

Szczerze mówiąc, było to dość głupie z jego strony. Była odległą sukcesorką do tronu – babcia miała wszak czworo rodzeństwa, z których każde musiało mieć własne dzieci.

Ta myśl przyniosła jej ulgę. Monique nie chciała zostać księżniczką Chanay, zmuszoną do ślubu z kandydatem wybranym przez jej arystokratyczną familię. Nie była przekonana do małżeństwa z miłości, ale nie ufała też decyzjom królewskich rodów. Musiała istnieć jakaś równowaga pomiędzy związkiem wynikającym z głębokiego uczucia a wyjściem za mąż z powodów politycznych.

– Nawet gdyby ktoś cię rozpoznał – ciągnął dalej książę – nie spotkasz go podczas publicznych spotkań, w których będziemy uczestniczyć. Będą na nich obecni jedynie najwyżsi rangą przedstawiciele władzy i świata polityki, a tacy ludzie nie odwiedzają prowincjonalnych teatrów.

Zjeżyła się, słysząc lekceważący ton jego głosu, musiała jednak przyznać mu rację. Większość cudzoziemców w teatrze stanowili kupcy i marynarze, czasem pojawił się jakiś posłaniec. Dżentelmenem o najwyższej pozycji, jakiego zdarzyło jej się spotkać w Dieppe, był…

Baron Fulkham.