Opis

W 1969 roku młodzi wspinacze, Gordon i John Stainforth, postanowili zmierzyć się z najwyższą w Europie pionową ścianą skalną, norweską Ścianą Trolli. Zachęceni przez „ekspertów”, pewni swoich umiejętności i zaopatrzeni w marny prowiant oraz sprzęt, który dziś określilibyśmy jako przestarzały, wybrali drogę nazywaną „Fiva” (słowo wymawiane jak angielskie fever – gorączka).

 

Niestety bracia zlekceważyli kapryśną i groźną naturę gór. Przygoda, która miała im zająć jedno popołudnie, okazała się trwającym ponad 50 godzin testem sprawności fizycznej, a także prawdziwą próbą charakteru i zaufania. To była wyprawa, która mogła kosztować ich życie.

 

Minęło 40 lat, nim autor – który dziś wspina się, pisze książki i fotografuje góry – zdecydował się opisać te dramatyczne wydarzenia. To bardzo osobista, wspaniale opowiedziana, a zarazem nietypowa relacja, pozwalająca czytelnikowi dotrzymać kroku młodym Stainforthom, pokonującym nieprzyjazną i trudną skalną drogę.

 

Unikalne, intensywne doświadczenie, o którym powinien przeczytać każdy pasjonat gór, każdy wspinaczkowy nowicjusz, by ustrzec się błędów. Ale również każdy doświadczony wspinacz – by przekonać się, że wszyscy je popełniamy. Fiva to pisarstwo najwyższej próby; nie tylko wpisuje się w nurt najlepszych książek alpinistycznych, lecz także dotyka tematów uniwersalnych, ogólnoludzkich.

 

 

„Nigdy nie czytałem książki lepiej opisującej przygodę alpinistyczną niż Fiva – tak bardzo ją przeżywałem, że docierając do ostatniej strony, odczuwałem stres pourazowy!”

Andy Kirkpatrick, autor Psychovertical: przestrzeń obłędu

 

„Zakochałem się w szczegółach z epoki i łagodnym autoironicznym humorze, który rozładowuje napięcie, a jednak nigdy nie przesłania trudów wspinaczki.”

Joe Simpson, autor Dotknięcia pustki

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 275

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Przez całe dorosłe życie wiedziałem, że pewnego dnia napiszę książkęo tym, jakw 1969 rokuz moim bratem bliźniakiem otarliśmy sięo śmierćw ścianie Store Trolltind, najpotężniejszej górze regionu Romsdalw Norwegii. Nazwa tej drogi, krótkie słowo „Fiva” (wymawiane jak angielska gorączka fever – fi:va:), na zawsze wryła mi sięw pamięć niczym tajemne hasło do rytuału przejścia.

Gdyw maju 2009 roku mój brat zasugerował od niechcenia, że zabawnie byłobyw czterdziestą rocznicę wyprawy znów pojechać do Romsdal, skwapliwie podchwyciłem ten pomysł. Zdaliśmy sobie sprawę, że jeśli tylko dostatecznie się zmobilizujemy, istnieje szansa, iż dotrzemy na miejsce na początku lipca, a więc dokładnie wtedy, gdy czterdzieści lat wcześniej zaczęła się nasza przygoda.

I tak po czterdziestu latach od dnia,w którym zostaliśmy uwięzieni na górskim szczycie, znów przycupnęliśmy nad półtorakilometrową przepaścią, wpatrując sięw jej dno. Nie spotkał nas zawód, było to jednoz najbardziej nieziemskich doświadczeńw naszym życiu. Kilka dni później szliśmy długimi łatwym podejściem na Nordre Trolltind, północny szczyt Store Trolltind,w nadziei, że zdołamy zobaczyć górną część drogi. Powiedziano nam, że widok jest oszałamiający, niestety, kiedy dotarliśmy na szczyt, spowiły nas chmury.

Czekaliśmy kilka godzin, aż wreszcie bezlitośnie ostry szczyt Store Trolltind przebił chmury kotłujące się dziesiątki metrów nad naszymi głowamii po chwili wyłoniła się przed nami cała Ściana Trolli, najwyższa pionowa ścianaw Europie, a nam zaparło dechw piersiach. Chmuryw głębokim żlebie poniżej szczytu wreszcie zniknęłyi niczym okiem Boga ujrzeliśmyz odległości 400 metrów górne 600 metrów drogi „Fiva”. Staliśmyz otwartymi ustami, wpatrując sięw ten niegościnny krajobraz,i czuliśmy się szczęściarzami, że mamy tak wspaniałe życie, choć czterdzieści lat temu mogliśmy je stracićw tej ponurej otchłani.

Następne cztery miesiące jai John spędziliśmy na intensywnym poszukiwaniu informacjii kompletowaniu wszystkich szczegółów dotyczących wspinaczki – przeglądaliśmy zapiskiw naszym dzienniku wyprawyi wspomnienia. Choć każdy miał inne, były niezwykle przydatne. Bardzo pomogły namw tym nowe zdjęcia góry, które zrobiliśmy, gdy znów odwiedziliśmy Norwegię. Rysowaliśmy plany, prowadziliśmy niekończące się dyskusje, dzięki czemu stopniowo udało się nam odtworzyć przebieg wydarzeńz dokładnością do pięciu minut i dojść do wspólnej ich wersji.

Po kilku falstartach – pisarzom zdarza się to często – postanowiłem opowiedzieć tę historięw pierwszej osobiei w czasie teraźniejszym. Było to dla mnie ogromne wyzwanie, ponieważ musiałem wskoczyćw górskie buty dziewiętnastoletniego chłopaka, niedoświadczonegoi zdecydowanie przeceniającego swoje umiejętności, odtworzyć wszystkie moje młodzieńcze wadyi błędne przekonania. Na przykład za wiele naszych problemów niesłusznie obwinialiśmy przewodnik, podczas gdy były one wynikiem tego, żew ogóle nie mieliśmy doświadczenia we wspinaczce na wysokich ścianach, których opisy są zazwyczaj bardzo oszczędne. Korzystaliśmyz przewodnika wydanego przez Rimmon Mountaineering Clubw 1966 rokuw odpowiedzi na prośbę jego sponsorów, pragnących promować wspinaniew Norwegii po zakończonej sukcesem wspinaczce klubowiczów na Ścianie Trolli. Opisyw większości opierały się na notatkach alpinistów, którzy wspinali sę tam wcześniej, a rok po naszej wyprawie przewodnik wydanow przejrzaneji poprawionej wersji, zawierającej skorygowany opis szlaku.Z radością mogę powiedzieć, że Tony Howard wziął sobie do serca komentarze nastolatka na temat wcześniejszego wydania. Powinienem również dodać, że ostatnia wersja przewodnika,z 2005 roku jest niezastąpiona dla każdego wspinacza znającego angielski, który odwiedza ten region (zob. przydatne lektury, s. 276).

Podobnie rzecz się miałaz rękawiczkami bez palców firmy Millarz Nottingham (niestety firma dawno wycofała sięz biznesu), których używaliśmy. Nie były przeznaczone do asekuracji, tak jak sądziłem. Powinienem też wspomnieć, że współczesne płachty NRCw niewielkim stopniu przypominają tez 1969 rokui są jak najbardziej godne polecenia jako wyposażenie wspinacza.

Na koniec chcę podziękować wszystkim osobom, które pomogły tej książce pojawić się na świecie.W pierwszej kolejności tym, którzy przeczytali ostateczną wersję maszynopisui opatrzyli ją pomocnymi komentarzami. Niech wyrazy mojej wdzięczności przyjmą: Chris Bonington, Steve Dean, Peter Gillman, Tony Howard, Charles Masefield, Hilaryi Kevin McKayowie, Jenny Trigonai Stephen Venables. Podziękowania kieruję także do Nils-Inge Saleni Ragnhild Hjelmstad za pomocw Trollstigen Resort, naszej bazie podczas wyprawyw 2009 roku, Billai Elizabeth Bromley-Davenportów za goszczenie nasw Fiva Farmw 2009 roku, Briana Capperai Hugha Tassella za ich wspomnienia dotyczące naszego powrotu do Fiva Farmw 1969 roku, Nicholasa Ashtona za udostępnienie mi angielskiego tłumaczenia relacji Eirika Heena na temat pierwszego przejścia „Fivy”w 1932 roku.

Chciałbym też podziękować Tony’emu Howardowi za to, że pozwolił mi zamieścić reprodukcje pierwszych trzech stron swojego osobistego przewodnikaz 1966 roku[1]; Chrisowi Fitzhugh za niezachwianą wiarę we mnie, mojemu agentowi, Johnowi Parkerowi, za to, że dodawał mi otuchyi służył radą.I wreszcie dziękuję moim dwóm „połówkom” – Fredzie, która zawsze mnie wspierała, oraz Johnowi, za nieocenioną pomocw zbieraniu informacjii redagowaniu, noi oczywiście za rolę, jaką odegrałw naszej młodzieńczej przygodzie.

Gordon Stainforth

Belper, październik 2011

[1] Reprodukcje dostępne w wydaniu angielskim: Gordon Stainforth, Fiva, Golden Arrow Books 2012, s. 203-205.

Gordon przed namiotem na Farmie Fiva.

ØVER-FIVA FARM, DOLINA ROMSDALEN

NIEDZIELA, 6 LIPCA 1969 ROKU

GODZINA 3.45

Oto wielka chwila – nie ma już odwrotu.W głębi duszy wiemy, że to czyste szaleństwo, mimo wszystko jesteśmy zdecydowani. Rozpoczęło się odliczanie, zupełnie jak przy starcie promu kosmicznego, za minutę wyruszymy na wspinaczkę, a ja kulę się na ocienionej leśnej polance i czuję się tak, jakby górowała nade mną gigantyczna wspaniała katedrao kamiennych murach wznoszących się na wysokość 1500 metrów. Pierzaste chmury powoli mijają potężne iglice, przyporyi wieżyczki tej świątyni.

Mój dziewiętnastoletni brat bliźniak, John,z plecakiem na plecach obserwujew milczeniu, jak szamoczę sięz kartką przyciśniętą do przewodnika opartego na kolaniei z trudem bazgrzę coś długopisem…

W ten niedzielny poranek zimnego, ponurego, norweskiego lata czujemy się niczym dwa maleńkie okazy rasy ludzkiej we wnętrzu ogromnego prehistorycznego wąwozu. Różni się on od wszystkich poranków, jakie do tej pory przeżyliśmy.

Panuje niemal idealna cisza, zakłócana tylko pluskiem wodyi szmerem tysięcy wodospadów. Nad całym tym pradawnym górskim krajobrazem unosi się para, jakbyu zarania kolejnego dnia, roku, tysiąclecia skały brały oddechi ożywały, wydychając prastarą jak świat energię…

A teraz pora przelać to na papier. Oto najważniejsza chwila tego szczególnego rytuału,w którym zawarte są wszystkie uczucia przełomowego momentu życia. Kilka minut wcześniej tak gruntownie omówiliśmy każde słowo, że John mógłby mi dyktować tekst bez otwierania ust.

Najpierw zapisałem dużymi drukowanymi literami:

FIVA

Poprawiam litery, bo długopis zaczyna lepiej pisać,i podkreślam to słowoz największą pewnością, na jaką potrafię się zdobyć. Niżej, bardziej pośrodku, dopisuję:

POWRÓTW NIEDZIELĘW NOCY

NAJPÓŹNIEJW PONIEDZIAŁEK RANO

Tylko dziewięć słów. Jak nieodwołalnie można przypieczętować ludzki los kilkoma prostymi słowami.

– W porządku? – pytam.

– Tak – potwierdza John.

Precyzyjnym, zdecydowanym ruchem nabijam kartkę na metalowy szpikulec na szczycie naszego dziwacznie przekrzywionego namiotu firmy Good Companion – spłowiałego, pomarańczowego wigwamu, przypominającego miniaturowy górski szczyt.

Teraz już nie ma odwrotu. Jesteśmy zdecydowani. T-minus 10 sekund[2]– zaczęło się odliczanie.

Zostawiamy też wiadomość dla reszty naszej grupy, która dotrze tu za dzień lub dwa – koledzy sąw Jotunheim, łańcuchu górskim leżącym 160 kilometrów na południe –i mimo złej pogody wyruszamy.

Dolina Romsdalen to teraz bardzo ważne miejsce, wiemy, że za kilka dni przybędzie tu więcej brytyjskich wspinaczy. Mamy po prostu pewną przewagę nad innymi, nic więcej. Wiecie, Apollo 11 ciągle jeszcze stoi na wyrzutni na Przylądku Kennedy’ego, czekając na wystrzelenie na Księżyc, a my już wystartowaliśmy.

Jesteśmy dorośli, właśnie skończyliśmy szkołęi chcemy przeżyć prawdziwą, wielką, wspinaczkową przygodę. Każdyz naszych przyjaciół powie, że ogarnął nas istny wspinaczkowy szał. Niech im będzie. Wspinaliśmy sięz przewodnikami na dość wysokie szczytyw Alpachi zrobiliśmy kilka tuzinów drógw skałachw północnej Walii (w zeszłym roku).A teraz mamy zamiar zmierzyć sięz największą skalną ścianąw Europie.

Tak, Ściana Trolli zalicza się do czołówki wielkich europejskich ścian wspinaczkowych, a dla alpinizmu, jaki innych dziedzin, nadeszły prawdziwie rewolucyjne czasy.

– My iść, ja? – pyta John, przedrzeźniając Heinricha Taugwaldera, naszego szwajcarskiego przewodnika, z którym odbyliśmy pierwszą, wielką, alpejską wspinaczkę.

Zarzucam plecak na ramiona. Jest zaskakująco ciężki, bo chociaż staraliśmy się nie brać ani grama sprzętu więcej, niż to konieczne, zeszłej nocy przegrałemw orłai reszkęi teraz niosę linę, ogromny, dziewięćdziesięciometrowy zwój jaskrawoczerwono-żółtej nylonowej liny.

– Nie rób niczego, czego ja bym nie zrobił – dodajez uśmieszkiem brat. Teraz bezczelnie naśladuje naszą babcię, która wypowiedziała te słowa dziesięć dni wcześniej, kiedy odjeżdżaliśmyz dworcaw Knebworth, a ja uśmiecham się jak uczniak. Mój Boże, hrabstwo Hertford wydaje się takie odległe! Knebworth jest niesamowicie nudne, tak bardzo, że wszyscy nazywają je Deathworth[3] –w tym mieście nie dzieje się zupełnie nic, a już na pewno nie coś, co jestw jakikolwiek sposób związane na przykładz muzyką pop.

Idę, a wokół bezczelnie górują nade mną górskie olbrzymy. Serce wali miz podniecenia, odczuwam dziwną mieszankę strachui oczekiwania. Dlaczego uważam, że to, co robimy, to wariactwo? Ponieważ na drodze, którą wybraliśmy, warunki są zdecydowanie złe, oto dlaczego! Jest mokro,w szczelinach zalega dużo śniegu, a sześćsetmetrowe płyty na początku drogi lśnią od wody.I chociaż dzięki wiatrowi wiejącemu na północ pogoda się poprawia, unosząca się tajemnicza mgła nie wygląda szczególnie obiecująco. My jednak nie postrzegamy tegow taki sposób.I to się nie zmieni!

A zatem wyruszamy, rzucając ostatnie spojrzenia na nasz samotny, mały, pomarańczowy namiot, nasz Przylądek Kennedy’ego, który powoli znika namz oczu. Zmierzamyw stronę drzew za polaną, gdzie zaczyna się ścieżka. Sprawdziliśmy, którędy iść, ostatniej nocy, kiedy przebyliśmy przez las, żeby rano nie marnować czasu.

Nikt nie może nam niczego zarzucić. Chcieliśmy wyruszyć przed czwartą rano, zaoszczędziliśmy jednak kwadrans, bo nie zjedliśmy śniadania. Początkowo zamierzaliśmy wypić coś gorącego, lecz John powiedział nagle: „Nie marnujmy czasu na użeranie sięz prymusem”, a ja skwapliwie mu przytaknąłem. Cała ta krzątaninai zamieszanie ze spirytusemi parafiną jest ostatnią rzeczą, której potrzebujesz przed wyruszeniem na poważną wspinaczkę. Nie musieliśmy zresztą tego robić, bow nocy każdyz nas zjadł po dwie puszki wołowiny curryz ryżem, a nie, John zjadł chow meinz kurczakiem, wciągnęliśmy też trochę purée ziemniaczanegow proszku firmy Cadbury, więc teraz jesteśmy nabuzowani glutaminianem sodui gotowi na wszystko.I doskonale przygotowani!

Kiedy wczoraj gotowaliśmy kolację, minęło nas dwóch innych angielskich wspinaczy zmierzających pod sławny Filar Trolli, który jako pierwszy przeszedł legendarny wspinacz norweski Arne Randers Heen. Było tow 1958 roku, a więc ponad dziesięć lat temu. (Przed niemal trzydziestoma laty,w roku 1931, wspinacz ten jako pierwszy przeszedł „Fivę” – którą to nazwę wymawia się jak fever, gorączka – co ze względu na datę uznaliśmy za dobrą wróżbę. Do czasu, aż cztery lata temu poprowadzono pierwszą drogę na Ścianie Trolli, od strony doliny Romsdalen,w masywie Trolltindane istniały tylko dwie drogi, a jednąz nich poprowadzono dopiero cztery lata temu).

Anglicy wyglądali na doświadczonych, poprosiliśmy ich więc, żeby dali nam jakieś wskazówki dotyczące „Fivy”. Jedenz nich – miał chyba na imię Tony – wyrażał sięo niej lekceważąco, a kiedy zapytaliśmy, co powinniśmy zabrać do jedzenia, wybuchnął śmiechemi odparł: „Och, wystarczy wam parę marsów”. Cóż, nie mieliśmy marsów, ale mieliśmy kilka batonów Cadbury’s Fruit and Nut, które są chyba lepsze, wzięliśmy też trzy kanapkiz serem. (Zrobilibyśmy cztery, gdyby nie zabrakło nam chleba). Aha,i jeszcze kawałek sera.

GODZINA 4.00

W lesie jest mokro i kapie. Tworzy go chaotyczny, splątany gąszcz wiekowych brzóz rosnących na podłożu usianym głazami i kamieniami różnej wielkości pokrytymi mchem, plątaniną korzeni i spróchniałych gałęzi. Gdy je rozgarniamy, z gałęzi spada na nas deszcz kropli. Ostrożnie wybieramy drogę, upewniając się, że wciąż idziemy ledwie widoczną błotnistą ścieżką, którą z łatwością można pomylić z dróżką wydeptaną przez zwierzęta.

Jak wielu najlepszych wspinaczy z całej Europy – no dobrze, właściwie ze Skandynawii, Anglii i Francji – musiało w ciągu ostatnich trzech, czterech lat iść tą ledwie dostrzegalną ścieżką dla wybrańców. Teraz, kiedy przeszliśmy wspinaczkowy chrzest, nadeszła pora, byśmy i my dołączyli do tej elity.

Mamy naprawdę spore doświadczenie. Latem ubiegłego roku, które już zawsze będziemy nazywać naszym wielkim „latem ‘68”, po raz pierwszy przeszliśmy drogi nadzwyczaj trudne i skrajnie trudne[4]. Przez cały ten rok, gdy tylko nadarzyła się okazja, jeździliśmy w góry. Ja ukończyłem kurs wspinaczki zimowej w Glencoe, więc jeśli chodzi o technikę, to powinniśmy sobie poradzić.

Mamy też najnowszy sprzęt: siedem haków typu CVM różnej wielkości,w tym dwa listki, do najwęższych poziomych szczelin,i osiem kostek[5] różnego kształtui wielkości, największez nich,o pięciocentymetrowej średnicy, przeznaczone do większych szczelin – a każda na nylonowej pętli. Wzięliśmy też pięć pętli, każdaz karabinkiem.A nawet czekan, bo widzimy, że skała jest zalodzona, choć Tony Howardw swoim przewodniku napisał, że nie jest niezbędny. Przygotowaliśmy się na wszelkie okoliczności. Zdecydowanie.

Och,i jeszcze folia NRC! Koniecznie muszę wam opowiedziećo tym wspaniałym, nowym gadżecie. To cienka metalizowana płachta ze sztucznego tworzywa. Ma około pół metra kwadratowego, jest więc wystarczająco duża, żeby mogły się nią przykryć dwie osoby, a mimo to mieści sięw malutkiej srebrnej torebce wielkości batona Mars. Jest nie tylko nieprzemakalna, lecz także kumuluje ponad dziewięćdziesiąt procent ciepłoty ciała. Od srebrnej folii odbije się też światło reflektorów ekipy ratunkowej… To prawdziwy przełomw dziedzinie bezpieczeństwa, jeden ze wspaniałych „produktów ubocznych” ery kosmicznej – używają jejw NASA – a więci my jesteśmy jej częściąi będziemy mieli własną kosmiczną odyseję, hura!

Idziemy na „Fivę”, ponieważ Tony Willmottz londyńskiego sklepu YHA3[6] powiedział nam: „To wspaniała droga… Musicie ją zrobić! Najlepszy jest ten niesamowity sześćsetmetrowy komin. Wspaniała klasyczna droga”.

Nasz plan jest taki: jeśli na „Fivie” wszystko pójdzie dobrze, wybierzemy się na Filar Trolli.

Wyszliśmyz lasu na otwartą przestrzeń, gdzie strzelaw niebo monstrualny jak dinozaur (1600 m) masyw Trolltindane. Kolosalne limbyi wilgotne zbocza parująw pierwszych promieniach brzasku. Jeśli chcemy schwytać tego potworai bezpiecznie usadowić się między ogromnymi fałdami na jego wiekowym cielsku, popękanymi pobrużdżonym, musimy zakraść się niepostrzeżenie. Myślo tym, jak to będzie na górze, wywołuje ekscytację, która popycha nasi wabi.A równocześnie onieśmiela.W miarę, jak się zbliżamy, sześćsetmetrowe płyty wydają się rosnąći sprawiają wrażenie jeszcze gładszych. Dolna część przypomina olbrzymi, spuchnięty jęzor, który stara się nas dosięgnąći zagarnąć, potem wije się, aż wreszcie spiętrzaw ogromną, wydętą falę przewieszek. Kojarzy mi się to trochęz ohydną zupą ogonową, którą podawano namw szkole. Jej powierzchnię pokrywał zawsze tak gruby kożuch, że można było przechylić miskę, a ciecz – choć tworzyła wybrzuszenia na kożuchu – nigdy się nie wylewała.

Na szczęście tuż nad przewieszoną częścią dolne płyty przecina wielki, biegnący na ukos żlebi tamtędy właśnie prowadzi nasza droga. Nie wygląda jednak zachęcająco, bo najwyraźniej porośnięty jest roślinnością. Natomiast widok ściany powyżej zapiera dech – ponad 1200 metrów prawie idealnego pionu. Nigdy wcześniej nie widziałem niczego równie dalekiego, a może lepiej: dalekiegoi odpychającego.

Nasze serca są jednak gotowei nie wolno nam się wahać ani przez chwilę. Lepiej nie patrzećw górę. Lepiej pochylić głowy, skupić się na stromym trawiastym stoku przed nami. Który nie wygląda zachęcająco, bo nie mogę nie zauważyć ogromnej ilości niepokojąco świeżych, ostrych odłamków skalnych rozrzuconych wokół nas niczym łuski dinozaura.W końcu dochodzę do wniosku, że pod ścianą tych rozmiarów można się spodziewać właśnie czegoś takiego.W porównaniuz górą to zaledwie pyłek. Hej, słuchajcie, to łupież dinozaura!

Boże, ten stok to prawdziwe wyzwanie! Na sam jego widok zrobiło mi się gorącow norweskim swetrze, a koszulaz mieszanki wełnyi bawełny nasiąkła potem. Dziewięćdziesięciometrowa lina wydaje się tego ranka wyjątkowo ciężka (tak, właśnie ja mam ją nieść), mam zmęczone nogi, choć jeszcze nie zacząłem się wspinać.

GODZINA 4.30

Stoimy pod zadziwiająco gładką płytąz szorstkiej szarawożółtej skały, która, ku naszemu zaskoczeniu, przypomina początek drogi wspinaczkowej na Idwal Slabsw Snowdonii. Ponieważw dole drogi żebro skręca, nie widać, co jest wyżej. Równie dobrze moglibyśmy znajdować sięu stóp jakiejś ścianyw Walii, tyle że ta ma ponad 1800 metrów wysokości...

Milczymy. Wyjmujemyz plecaków sprzęt, by rozpocząć wielki rytuał: robienie uprzężyz sizalowej liny. Taka lina ma zwykle pół centymetra średnicy, jest jedwabistaw dotykui bardzo szczególnie pachnie – to ostry, migdałowy zapach, któryw ciągu ostatnich lat stał się dla nas cudownym zwiastunem okrutnej przygody (o mało nie powiedziałem zawistnego losu![7]). Tak bardzo działa na wyobraźnię, że kiedy trzymam linę przy nosie, jej woń zawsze wywołujeu mnie wizję bohaterskich czynów.

Uwielbiam ten rytuał oznaczający początek wchodzeniaw nowy wymiar, kiedy to zostawiamy za sobą terra cognita, a pod stopami mamy tylko przestrzeń. Wyznaczamy środek lin, po czym owijamy je dość ciasno wokół talii, całe siedem metrów. Nasze ręce raz za razem krzyżują sięz przodu, siedem razy, lina biegnie przez lędźwie, aż wreszcie starannie związujemy końce węzłem płaskim. Następnie kciukiem odciągamy linęi wsuwamy pod nią końcówki.W liny wpinamy zakręcane karabinkiz matowoczarnej stalii tak powstaje szyta na miarę uprząż wspinaczkowa. Jesteśmy gotowi do działania.

John ma prowadzić, przypina więc do uprzęży różne kostki, a przez ramię przerzuca pętlęz siedmioma ciężkimi hakami. Ja tymczasem klaruję linę – była zwijana dwa razy –i podaję Johnowi oba jej końce. Przy tym typie liny wspina się na dwóch żyłach jednocześnie, więc wyciągi mają maksimum 45 metrów długości. Lina jest prawie nowa, kupiliśmy ją zaledwie trzy tygodnie temui użyliśmy raz na wapiennej graniw Stoney Middletonw hrabstwie Derby. Jakże odległe wydaje mi się teraz tamto miejsce!

Wiążę na linie ósemkęi wpinam ją do karabinka przy uprzęży. Gotowy? Niezupełnie. Jeszcze jedna rzecz: młotek. Wsuwam go do specjalnej szlufkiz prawej strony spodnii przypinam linką do karabinka przy pasie.

Naglę zdaję sobie sprawę, że trochę zmarzłem. Północny wiaterek jest zdecydowanie odświeżający. Stojąc pod ścianąi asekurując Johna prowadzącego pierwszy wyciąg, zamarznę na kość.

– Włożę anorak – mówię do niego.

John spogląda na chmury.

– Masz rację, ja też to zrobię. Wiatr się chyba nasilił. Wolę, żeby było mi trochę za ciepło niż za zimno.

To pierwsze słowa, jakie wypowiadamy od jakichś pięciu minut.

Mamy już na głowach wielkie czerwone kaski firmy Compton, na wypadek gdyby zaczęło sypać się ze ściany, teraz więc, żeby włożyć anoraki na swetry, musimy je zdjąć.A potem znów założyć.

Kurtki są zupełnie nowe. Johna jest granatowa, moja pomarańczowa. Nie do końca był to nasz wybór, bo tylkow takich kolorach znaleźliśmy nasz rozmiar. Mają cudowny zapach bawełny Ventile[8]i są niesamowicie wygodne, choć raczej nikt nie wkłada ich na wspinaczkę.

Wreszcie jesteśmy prawie gotowi. John przysiada na niewielkim głazie, żeby mocniej ściągnąć sznurowadła przy brązowych, nowych, wielkich skórzanych Galibierach Super Guide’ach. Moje czarne Terray Fitzroye nadal są bardzo ciasne, choć od czasu, gdy chodziłemw nich po Jotunheimen, zrobiły się nieco wygodniejsze.

Wkładam kostkęw szczelinęw wielkim głazie obok mnie, bo to dobry sposób przypięcia się do góry, na wypadek gdyby partner odpadłi zaczął zsuwać się po stromym zboczu. Kostka, która pasuje, to moja ulubiona, zwana MOAC – skrót od Mountain activities. Tak nazwali ją ludzie, którzy ją wymyślili.

Mountain activity! Akcja górska! Brzmi wspaniale!

– Uważaj – mówi Johni bez dalszych ceregieli rusza do góryz miną człowieka, który wspinał się już tysiące razy.

– Jak tam skała? – pytam. To oczywiście pierwsza ważna kwestia.W tym właśnie miejscu kończy się teoriai trzeba zmierzyć sięz surową rzeczywistością. Ostatecznie wszystko zawsze wychodziw praniu.

– Bardzo dobra, trochę szorstka… bardziej szorstka, niż się spodziewałem. Ładny gnejs![9]

To stary żart, ale tym razem brat mówi poważnie.

Trochę wyżej:

– Hmm… Nie ma tu za dobrej asekuracji… (ma na myśli szczelinyi skalne zęby umożliwiające założenie przelotów). Właściwie to nic tu nie ma! Skała jest zupełnie gładka, ale bardzo łatwa.

Tak więc John, najpierw powolii metodycznie, a później coraz szybciej, pnie sięw górę, a podeszwy jego butów odcinają się od nieba. Wykorzystując tę kosmiczną metaforę, można powiedzieć, że przyciąganie ziemskie zostawia za sobą.

GODZINA 7.30

W życiu nie byłemw takim miejscu, jak ten zachód[10]. Nigdy nie przebywałemw środowisku,w którym czułbym się tak mały, a czas wydawał się tak nieistotny. Jakbyśmy zostali przeniesieni do obcego, prehistorycznego świata. Otoczenie jest tak przytłaczające, że jesteśmy niczym dwie maleńkie mrówki próbujące wdrapać się do ogromnego wiszącego ogrodu, który tworzą przerośnięte skalne półki, gdzie znalazły schronienie dziwaczne krzewy nieznanych gatunków. Nie zdziwiłbym się, gdybyśmyw którymś momencie zostali zaatakowani przez wściekłe pterodaktyle lub za rogiem zobaczyli triceratopsy pasące się na trawiastej półce.

Cóż, po ponad dwóch godzinachi wbiciu trzech pierwszych hakóww nietrudną („łatwy gnejs!”)i ładną ścianę, zrobiło się tak łatwo, że się rozwiązaliśmy,i teraz John ciągnie za sobą 90 metrów liny przyczepionej do plecaka. Zdejmujemy anoraki, bo kiedy dotarliśmy do płyt, zza chmur wyszło na chwilę słońcei zrobiło nam się zdecydowanie za gorąco. Mimo zimnego wiatrui tego, że wspinamy się terazw samych swetrach, pokonywanie niekończących się płyti porośniętych trawą graniek naprawdę rozgrzewa krew. Bez asekuracji wspinamy się tak szybko, że wydaje nam się, iż lecimy samolotem. Dno dolinyz tycią pomarańczową plamką naszego namiotu na leśnej polanie rozciąga się pod nami niczym mapa.A przed nami, niezmiennie, tam, gdzie kończą się płyty, wznosi się pionowa, tysiącpięćsetmetrowa Ściana Trolli. Mimo że nadal dzieli nas od niej około 800 metrów, jest tak ogromna, że trudno objąć ją rozumem.

Choć to łatwe wspinanie, jest dość niebezpieczne.W żargonie wspinaczkowym taki teren to murchy albo chęchy. Skałę pokrywa zielona wilgotna maź, co oznacza, że teren jest zdradliwyi istnieje spore ryzyko, iż poślizgnięcie może posłać wspinaczaw czeluść sześćsetmetrowej przepaści. Nikt nie chciałby się tu poślizgnąć.

Nie mogę odpędzić od siebie myśli, jak to wspaniale, że nasz ojciec – tak, jako bliźniacy zawsze nazywaliśmy go Naszym Ojcem – choć twardo stąpa po ziemii nie chodziz głowąw chmurach, zachęcał nas, byśmy zajęli się czymś tak absurdalnie niebezpiecznym jak wspinanie, mimo iż niedawno zmarła na raka nasza matka. Była to dla nas straszna tragedia, jakbyw naszej rodzinie powstała wielka wyrwa. Mimo wszystko tata nie był przeciwny naszemu wspinaniu, a nawet wspierał nas na każdym etapie. Co było zgodnez jego naturą.

Lata wojny, podczas której został spadochroniarzem, były dla niego wielką przygodą. Służyłw oddziałach Royal Engineersi zgłosił się na ochotnika do nowo powstałej kompanii Airborne Forces, której plakat rekrutacyjny zobaczył na tablicy ogłoszeń. Zrobił to głównie dlatego, że chciał uniknąć wcielenia do wojsk chemicznych. Nie do końca wiedział, na co się decyduje. Wysyłano go na niebezpieczne akcje do Afryki Północnej, Tunezjii Włoch. Podczas zakończonej klęską bitwy pod Arnhem został ranny (kula przeszła przez płuco)i trafił do niewoli. Chociaż nigdy wcześniej nie wspinał sięw wysokich górach, trzy lata temu, kiedy to zabrał nas do Zermatt, żebyśmy doszli do siebie po śmierci mamy, wszedłz ciotką Hazel na Matterhorn.

Tow Zermatt złapaliśmy bakcyla wspinania. Przed wyjazdem przeczytaliśmy klasyczną książkę Edwarda Whympera[11]Scrambles Amongst the Alps,w której opisał swoje próby wejścia na Matterhorn wreszcie zakończone sukcesem. Kiedy więc się tam znaleźliśmy, czuliśmy się jak rybyw wodzie, a właściwie jak świstaki na skale.

Kiedy nasze pierwsze alpejskie wakacje dobiegły końcai wróciliśmy do domu, byliśmy tak napaleni na wspinanie, że tata zafundował nam kurs wspinaczki skałkowej dla początkujących, zorganizowany przez klub wspinaczkowyw północnej Walii, który miał się odbyćw następnym roku, a rok później znów pojechaliśmy do Zermatt.W ramach treningu wspinaliśmy się na Riffelhorni tam Johni ja po raz pierwszy prowadziliśmy. Oczywiście najbardziej chcieliśmy zdobyć Matterhorn, jednak przewodnicyz Zermatt stanowczo się temu sprzeciwili, ponieważ przestrzegali zasady, która mówiła, że aby wejść na ten szczyt, trzeba mieć ukończone osiemnaście lat, a my mieliśmy siedemnaście. Zgodzili się jednak, żebyśmy wspięli się na tylko trochę niższy Zinalrothorn, wspaniały, bardzo spiczasty szczyto wysokości 4221 metrów. Nie spodziewaliśmy się, że naszym przewodnikiem będzie sam Heinrich Taugwalder, prapraprawnuk Starego Petera Taugwaldera, któryw 1865 roku towarzyszył Whymperowiw pierwszym pechowym wejściu na Matterhorn.

Nasze wejście na Zinalrothorn było fantastyczne – to słowo jest jak najbardziej na miejscu, przenieśliśmy się bowiem do nowego, nieznanego nam magicznego królestwa wysoko ponad chmurami. Johni ja dosłownie wbiegliśmy na szczyt – Heinrich powiedział, że przypominaliśmy kozice, choć zaznaczył, że podczas schodzenia nie byliśmy już aż tak zwinni. Gdy wróciliśmy do Zermatt, poszliśmy wszyscy na uroczystą kolację do hotelu Monte Rosa, któryw latach sześćdziesiątych XIX wieku był letnią siedzibą londyńskiego Alpine Clubu. Kiedy nadeszła pora, by zapłacić uroczemu staremu przewodnikowi, Emilowi Perrenowi, który zajmował się organizacją wyprawy, skonsternowany tata wpatrywał się przez chwilęw rachunek.

– Ależ, Emilu, to chyba pomyłka. Za mało nam policzyłeś…

Na co Emil odparłz figlarnym uśmieszkiem:

– To są bliźniacy – dwajw cenie jednego!

Była to wyjątkowo wzruszająca chwila, bo Emil wiedziało śmierci naszej matkii dlaczego przyjechaliśmy do Zermatt.

Odnosiliśmy coraz większe sukcesy. Począwszy od jesieni 1967 roku,w każdą niedzielę wspinaliśmy sięw Harrison’s Rocksw hrabstwie Kent, dokąd dojeżdżaliśmy na rowerach ze szkoływ Tonbridge. Dość szybko wznieśliśmy się na olśniewające wyżynyi przechodziliśmy brytyjskie 5c, takie jak słynne akrobatyczne wyzwania: „Niblick” czy „Slim Finger Crack”.A potem nadeszło lato ‘68 roku – wspaniałego roku, gdy studenci „rozpaskudzili się”, jak zwykł określać tamte wydarzenia tata – a my cały sierpień spędziliśmyw Snowdonii. Jakbyw nagrodę przez miesiąc nie spadła ani kropla deszczu. Wspięliśmy się na ponad siedemnaście słynnych skałek, a wakacje zakończyliśmy, przechodząc przyprószone siwizną, ekstremalnie trudne klasyki, takie jak „Spectre”i „Kaisergebirge Wall” koło przełęczy Llanberis.

Johni ja tworzymy naprawdę świetny zespół. Wspinamy się na podobnym poziomie – cou bliźniaków nie dziwi – chociaż brat zawsze wydawał mi się lepszy technicznie. Kilka razy cofnął się przed kluczowym miejscemi prowadzenie przejmowałem ja, przeważnie jednak wybierałem łatwiejsze obejście. Jako bliźniacy fantastycznie współpracujemyi przyjęliśmy zasadę, że zawsze prowadzimy na przemian bez względu na to, co się dziejei jakie wyzwania mamy przed sobą. Podczas wspinaczki bardzo rzadko rozmawiamy, chyba że jest wyjątkowo trudno lub nie możemy znaleźć drogi. Można odnieść wrażenie, że porozumiewamy się telepatycznie lub na podstawie ruchów liny jeden wyczuwa, co myśli drugi.

Patrząc teraz na Johna znajdującego się około 3 metrów niżej, widzę, że jego twarz zalewa pot. Wygląda na to, że ciąży mu 90 metrów liny przyczepionej do plecaka. Dodatkowe obciążenie sprawia, że porusza się bardzo niezgrabnie, traci równowagę. Ani trochę mu nie zazdroszczę, mimo to proponuję szlachetnie, że wezmę od niego linę.

– Nie – sapie John. – Wszystko gra!

Doskonale wie, że na następnym wyciągu zmienimy się na prowadzeniu bez względu na to, jak będzie trudny, więc tak naprawdę mówi: „O nie, stary, nie zakłócimy kolejności naprzemiennego prowadzenia”.

Zrobiło się tak ciemnoi ponuro, że ledwie widzimy trawę, po której idziemy, a prastary krajobraz zrobił się jeszcze bardziej posępny. Żaden normalny człowiek nie chciałbyz własnej woli znaleźć sięw tym miejscu, gdyby nie miał po temu naprawdę dobrego powodu. Olbrzymia, stroma łąka przypomina gigantyczną strzechę zrobionąz grubej warstwy wilgotnej trawy, nachyloną pod kątem trzydziestu stopni. Brniemyw górę, łapiąc się kępek trawy, a nasze sztruksowe spodnie są nasiąknięte wodą.